Blizna. Seria z Robertem Kreftem - Przemysław Żarski - ebook

Blizna. Seria z Robertem Kreftem ebook

Przemysław Żarski

4,1

37 osób interesuje się tą książką

Opis

„Komisarz Robert Kreft w wirze zbrodni.

Żarski napisał intensywny i nieodkładalny kryminał!”

Robert Małecki

Po każdej traumie zostaje blizna…

W noworoczny poranek w sypiącym się pomieszczeniu gospodarczym zespół śledczych odnajduje zwłoki młodej kobiety. Dwadzieścia kilometrów dalej inna dziewczyna budzi się na tylnej kanapie rozbitego samochodu, należącego do Błażeja Urygi. W jaki sposób się tam znalazła i co łączy te sprawy? Dokąd prowadzą zbrodnie, które wkrótce wstrząsną całym miastem?

Dwadzieścia pięć lat wcześniej komisarz Robert Kreft przekonał się, jak niewiele dzieli dzieciństwo od przedwczesnej dorosłości. Mimo upływu lat Kreft wciąż nie uporał się z samobójczą śmiercią matki. Teraz, gdy koszmar powraca po latach, komisarz znów musi zmierzyć się ze swoimi demonami.

Blizna to opowieść o tym, że przeszłość kroczy za człowiekiem niczym cień, odciska się pieczęcią na skórze i wspomnieniach. To historia o złych wyborach, o rozmywaniu się winy, kary czy ról ofiary i kata, ale także o dążeniu do prawdy, które sprawia ból, rujnuje życie, odziera ze złudzeń. I o ranach, które mimo upływu czasu nie chcą się zabliźnić.

Kontynuacja bestsellerowego Śladu z komisarzem Kreftem!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 385

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Przemysław Żarski, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Greta Kaczmarek

Redakcja: Ewelina Pawlak / Słowne Babki

Korekta: Agnieszka Zygmunt, Monika Marczyk / Słowne Babki

Projekt typograficzny, skład i łamanie: TYPO Marek Ugorowski

Projekt okładki i stron tytułowych: PiK Studio

Fotografie na okładce: Marlon Martinez, Marek Mucha, Ellie Burgin / pexels

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66553-26-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Helenie. Wciąż wędruję z Tobą

w leśnych ostępach wspomnień

PROLOG

Samochód tkwił w ciasnej bliźnie między drogą a krawędzią lasu, ukryty w mroku przed wścibskim wzrokiem gapiów. Noc zaciągnęła szczelnie zasłony i uparcie strzegła swoich tajemnic. Niebo w oddali przecięły ostatnie salwy strzałów. Noworoczny zapał gasnął z każdą upływającą minutą.

Spod rozbitej maski wydostawał się czarny gryzący dym. Wędrował ku niebu i gęstym kokonem otulał korony pochylonych nad szosą drzew. Zroszona topniejącym śniegiem szosa kręciła w lesie zgrabne piruety, ciągnąc się niczym szarfa zaplątana wokół gałęzi. Rzadko uczęszczana droga w noworoczną noc zamilkła niemal zupełnie. Jaskrawe ślepia stojącego po drugiej stronie jezdni auta ślizgały się po jej gładkiej powierzchni, ukrywając pobocze w smudze gęstniejącego mroku.

Kierowca zgasił światła i otworzył drzwi. Nasłuchiwał, czy coś nadjeżdża z naprzeciwka. Cisza. W sylwestrową noc nikomu nie przyszło do głowy włóczyć się po takich dziurach jak ta bez wyraźnego powodu. Wolał dmuchać na zimne. Oświetlił snopem światła tylną szybę pojazdu. Nie teraz…

Mężczyzna zapiął wełniany płaszcz i schował kostkę krawata pod sterczącym sztywno kołnierzem. Obszedł rozbite auto i zatrzymał się przy szybie od strony kierowcy, jakby zamierzał upewnić się, że wszystko poszło zgodnie z planem.

Kierowca żył. Mężczyzna widział ślady pary na szybie i unoszącą się nieznacznie klatkę piersiową. Gdyby przyłożył do niej dłoń, pewnie wyczułby bicie serca.

Nie mógł tak ryzykować. Z rozbitej głowy kierowcy sączyła się krew. Miał czas, by wrócić na drugą stronę i dokończyć to, nad czym tak długo pracował.

Otworzył bagażnik i wyciągnął bezwładne ciało kobiety. Usiłował zarzucić je sobie na plecy, ale ześlizgnęło mu się z ramienia. Chwycił ją pod pachami i przeciągnął na drugą stronę drogi. Ważyła niewiele ponad pięćdziesiąt kilogramów, przywykł do dźwigania większych ciężarów. Była nieprzytomna. Zacisnął palce pod jej piersiami i szedł w stronę wraku, rozglądając się, czy nic nie wyjeżdża zza zakrętu. Czysto.

Złapał za klamkę tkwiącego w rowie samochodu. Z trudem wciągnął kobietę na tylne siedzenie i okrył ją kocem. Nie mógł pozwolić, by zamarzła. Potrzebował jej. Upewnił się, że zarówno ona, jak i kierowca nie odzyskali przytomności. W przypadku kobiety był pewien, że podwójna dawka środka usypiającego nie pozwoli jej obudzić się za szybko. Zadbał o to.

Zamknął drzwi i kątem oka spojrzał na mężczyznę. Z jego nozdrzy, przyklejonych krwią do kierownicy, wydobywał się urywany oddech, który kreślił na szybie niewyraźne okręgi. Najtrudniejszą część planu miał już za sobą.

Układając w głowie scenariusz, zastanawiał się, czy kierowca zdoła przeżyć wypadek. Martwy nie byłby mu do niczego potrzebny. Wszystko wskazywało jednak na to, że ryzyko się opłaciło. Rozejrzał się po wnętrzu pojazdu; przeszukał kieszenie kurtki mężczyzny, przekopał schowki. I odnalazł to, czego szukał.

Jako zadośćuczynienie zostawił mu pod fotelem mały prezent.

Rozluźnił się. Zeszło z niego ciśnienie, jakby ktoś przebił rosnący mu w żołądku balon. Wrócił do samochodu. Z podajnika pod deską rozdzielczą wyciągnął paczkę papierosów. Wsunął jednego do ust i zaciągnął się z taką rozkoszą, jakby robił to pierwszy raz, w szkolnej ubikacji na przerwie między lekcjami. Miał gdzieś, czy ktoś będzie tędy jechał. I tak nie zauważy niczego na czarnej jak ogon diabła szosie. Wybrał ją nie bez powodu.

Skończył palić, zgniótł niedopałek podeszwą i dla pewności wyrzucił go w głąb lasu. Wolał nie kusić losu. Od lat miał z nim niewyrównane rachunki.

Włączył radio i zaczął wystukiwać rytm na skórzanym obiciu fotela. Głęboki wdech. Wydech. Jeszcze jeden. Ból głowy nie ustępował. Musiał nauczyć się z nim żyć. Uruchomił silnik i odjechał, nie oglądając się za siebie. Wykonał zadanie. Zrobił pierwszy krok.

Uryga, gmina Łazy, styczeń 2018 roku

Wiatr rozgonił chmury. Gdzieś na horyzoncie majaczyła srebrna bryła księżyca, wychylając się zza koron kołysanych wiatrem drzew.

Andrzej Bugaj miał dość sylwestrowej gorączki. Możliwość odreagowania za kółkiem traktował jak świetną wymówkę, żeby świętowanie Nowego Roku zakończyć na dwóch piwach. W końcu musiał zawieźć ich do domu.

Zresztą co tu świętować? Z roku na rok człowiekowi jedynie przybywa lat.

Zerknął w lusterko nad głową. Młody spał, odkąd udało im się przenieść go do samochodu, a córka wciąż klepała w klawiaturę smartfonu, który dziadkowie wręczyli jej pod choinkę. Uśmiechała się i pąsowiała na zmianę, jakby noworoczny entuzjazm przenosił się kliknięciem do wirtualnego świata.

Lucyna wyglądała na wykończoną. Gdy opuścili dom jej siostry i ruszyli w drogę powrotną, zacisnęła dłoń na jego ręce, utrudniając mu zmianę biegów.

Zawsze, gdy udało jej się postawić na swoim, zachowywała się w ten sposób. Chciała okazać wdzięczność za to, że spędził z rodziną więcej czasu niż zwykle, co z uwagi na nieregularny czas pracy i romans na boku wymagało coraz większej ekwilibrystyki. Specjalnie nad tym nie ubolewał.

Kochał ją, ale zdawał sobie sprawę, że po dwudziestu latach małżeństwa coś się między nimi wypaliło. Pożądanie ustąpiło miejsca przywiązaniu i zwykłej rutynie. „Ale przecież nic nie konserwuje związku tak jak codzienne rytuały”, powtarzał w myślach, jadąc opustoszałą leśną drogą, bardziej po to, by zająć czymś myśli i nie zasnąć, niż szukać usprawiedliwień.

Wieczór w towarzystwie siostry Lucyny i grupki jej znajomych dłużył się niemiłosiernie, choć trudno o właściwy dystans, gdy człowiek odstawia alkohol, i to grubo przed północą. Nic, odbębnił, co miał odbębnić, ważne, że dzieci się wyszalały, a żona wyglądała na zadowoloną. Jego potrzeby od lat schodziły na dalszy plan i trudno się dziwić, że zaspokajał je poza domem.

Odruchowo spojrzał na wyświetlacz. Zostało sześćdziesiąt kilometrów, potem walnie się do łóżka i pośpi co najmniej do południa. Włączył światła przeciwmgielne i wjechał prosto w gardło ciągnącego się z obu stron lasu. Nie spodziewał się, aby coś nagle wyjechało z przeciwka, a nawet jeśli, po prostu je wyłączy. Robił tak za każdym razem, kiedy jechał tą trasą.

– Sprytnie wybrnąłeś z tych wspólnych wakacji – szepnęła Lucyna, patrząc nieobecnym wzrokiem przed siebie. Odkąd w ich ustabilizowanym życiu pojawiło się drugie dziecko, wrócili do zarzuconej lata temu praktyki i rozmawiali szeptem, by nie zbudzić syna. „Nie ma nic gorszego od niewyspanego dziecka”, powtarzali zgodnie. I choć Mikołaj skończył siedem lat, to podświadomie, dla świętego spokoju, trzymali się tej zasady.

– Dobrze wiesz, że to kiepski pomysł.

– Wiem – odparła przekornie. – Zdążyłam się przyzwyczaić do tego, że siedzimy sami w naszej norze przez okrągły rok. To dużo lepsza rozrywka.

– Nie przesadzaj. Gdy dzieci były małe, spędzaliśmy z nimi każde wakacje.

– Przesadzam? – prychnęła. – Nie utrzymujesz żadnych kontaktów z ludźmi, nie licząc tego, że raz na tydzień zawieziesz Mikołaja na basen. No, góra dwa, jeśli ma akurat gimnastykę korekcyjną.

Był zbyt zmęczony, żeby się kłócić, dlatego nie ciągnął wątku. Zmienił bieg i wbił pedał gazu w podłogę. Odkąd ruszyli w drogę powrotną, nie widział na drodze żadnego pojazdu. Marzył jedynie o prysznicu i miękkiej pościeli.

– Dzieci powinny mieć kontakt z rówieśnikami, nie myślałeś o tym? – Żona najwyraźniej nie zamierzała odpuścić. Otwierała wciąż nowe pola konfliktu.

– Chodzą do szkoły, na zajęcia pozalekcyjne, na urodziny do znajomych z klasy – wyliczał. Wolał przemilczeć, że słono za te przyjemności płaci. – Nie trzymam ich pod kloszem! I tak przez większość czasu gapią się w monitor.

– To nie to samo – upierała się, zadowolona z tego, że się uniósł.

Wałkowali ten temat na okrągło. Był nim zmęczony, w końcu ile razy można kłócić się o to samo? Droga skręcała ostrym łukiem w lewo, zwolnił więc, czując, że koła ślizgają się na zmarzniętej nawierzchni. Z doświadczenia wiedział, że powinien tu zachować szczególną ostrożność.

Wydawało mu się, że zauważył coś przed sobą. To sarna? Wiele razy widział, jak wyskakiwały na jezdnię i w ostatniej chwili pierzchały przed maską rozpędzonego samochodu, dlatego wcisnął ostrożnie hamulec i pochylił się nad szybą, gapiąc się w pustą przestrzeń. Czuł mrowienie na skórze.

– Chcesz nas pozabijać? – odezwał się głos z tylnego siedzenia. Córka pokręciła głową z niedowierzaniem, a gdy nie zareagował, wsunęła z powrotem słuchawki na uszy i wróciła do wpatrywania się w rozjaśniony ekran telefonu.

– Przepraszam… – odparł, chociaż miał ochotę przywołać ją do porządku.

To nie była sarna. Nie czuł żadnego uderzenia, mimo to serce wciąż pracowało na pełnych obrotach. Bugaj był przekonany, że dostrzegł ludzką sylwetkę zmierzającą niespiesznie w ich kierunku. Jak to możliwe?

Na zmianę zamykał i otwierał oczy, próbując przyzwyczaić wzrok do ciemności. Nie przywidziało mu się. Niewyraźna postać znów nabrała kształtu.

– Cholera! – zaklął pod nosem i zjechał na krawędź jezdni. Stanął na poboczu, nie chciał spowodować żadnego wypadku. Włączył awaryjne.

– Co się stało? – dopytywała Lucyna, przyglądając się, jak mąż wysiada z auta.

– Zaczekajcie w środku – odparł i wykonał uspokajający gest. Bał się.

Kobieta szła środkiem jezdni w ich stronę. Miała na sobie jeansy i koszulę, jej nagie stopy zdawały się płynąć po lodowatej nawierzchni. Stawiała kroki niepewnie, jakby nie stąpała po stabilnym gruncie, tylko się w nim zapadała. Zaplotła ramiona ciasno na piersi. Drżała.

Z każdym krokiem widział ją wyraźniej. Z jej twarzy, umazanej czymś, co przypominało zaschniętą krew, bił nienaturalny spokój, jakby pogodziła się z tym, co nieuniknione, i z godnością przyjmowała to, co przynosił jej los. Jakby znalazła się w równoległej rzeczywistości, oderwana od tu i teraz.

Andrzej Bugaj zastygł w bezruchu. Wciąż nie wiedział, co powinien zrobić: podejść do niej czy zaczekać, aż ona zbliży się do niego. Rysy jej twarzy stawały się wyraźne, a potargane, zakrwawione ubranie odsłaniało coraz więcej tajemnic. Kobieta słaniała się na nogach i mówiła coś do siebie pod nosem, jakby odpędzała złe duchy. Zdawała się go nie zauważać.

Zaschło mu w gardle. Nie zdołał wydusić słowa i stał jak zahipnotyzowany.

Usłyszał za plecami dźwięk otwieranych z impetem drzwi.

Kątem oka zobaczył żonę biegnącą w kierunku półprzytomnej dziewczyny. Złapała ją wpół i obie upadły na lodowatą jezdnię niczym marionetki, które ktoś wypuścił z rąk. Wszystko trwało ułamek sekundy. Żona zdołała dźwignąć się na kolana, odwróciła się do niego i krzyknęła zdecydowanie:

– Weź koc z bagażnika, szybko!

Zrobił, co kazała. Otworzył bagażnik i zaczął przerzucać rupiecie, które leżały tam przynajmniej od lata, szukając czegoś, czym mógłby okryć zmarzniętą dziewczynę. Koc. Bluza żony. Złapał je i pobiegł przed siebie, mijając po drodze zaskoczoną córkę. Obserwowała tę niedorzeczną sytuację.

– Zadzwoń po pogotowie! – Chwycił ją za rękę i powtórzył, gdy wyciągnęła słuchawki z uszu. – Słyszysz mnie? Zadzwoń po karetkę!

Kreft, Sosnowiec, styczeń 2018 roku

Robert Kreft obudził się po szóstej. Zwykle wstawał wcześnie, dręczony koszmarami lub bezsennością, ale tej nocy nawet one zrobiły sobie wolne.

Źle sypiał poza domem, dlatego nie zwalał całej winy na sylwestrowe szaleństwo, tym bardziej że w jego przypadku oznaczało ono zwykle rysowanie do późna ze słuchawkami na uszach. W tym roku zrezygnował z tego rytuału i spędził noc z Igą. O drugiej odwiózł ją do mieszkania w centrum miasta i stwierdzili, że nie ma sensu, żeby wracał z powrotem do siebie.

Wygrzebał się z łóżka, nie chcąc jej zbudzić, i doczłapał do znajdującej się na końcu korytarza łazienki. Czas zmyć z siebie podły noworoczny nastrój.

Stanął przy umywalce naprzeciw drzwi, sięgnął po kubek i wypłukał usta zimną wodą. Z trudem przyzwyczaił się do sztucznego światła. Wszedł pod prysznic. Strumień wody zahartował ciało przed uderzeniem zimna.

Ściągnął ręcznik, wytarł się i włożył spodnie od dresu. Przyglądał się sobie w lustrze; tygodniowy zarost łączył się z krótko przystrzyżonymi włosami i oplatał twarz komisarza wydziału kryminalnego, dodając mu charakteru. Tu i ówdzie w gęstej oprawie ciemnego zarostu przebijały srebrne nitki.

Nie zamierzał walczyć z upływem czasu. Uważał to za przejaw próżności.

Wszedł do kuchni. Wstawił wodę na kawę, rozgrzał masło na patelni, wbił jajka i je zamieszał. Stał przy otwartej lodówce i zastanawiał się, czy nie wkroić pomidorów i szynki. Uznał, że odrobina soli i szczypiorek wystarczą. Nie zauważył, kiedy usiadła przy stole. Na spodnie od piżamy i koszulkę narzuciła szlafrok. Bez makijażu wyglądała naturalnie i dziewczęco.

– Skąd wiedziałeś, że mam ochotę na jajecznicę? – Iga spięła gumką opadające jej na czoło ciemne pasemka włosów.

– Bo jest najlepsza na kaca – odparł i włożył patelnię do zlewu, po czym ją opłukał.

– Bardzo śmieszne. Obiecaj, że jeśli padnę na twarz po dwóch lampkach wina, to nie zawahasz się i dobijesz mnie poduszką – droczyła się z nim.

Wypili wieczorem po dwie lampki wina i obejrzeli komedię na Netfliksie, korzystając z okazji, że rodzice Igi zabrali wnuka do Wisły. O północy Antek zadzwonił, by złożyć Idze życzenia. Z trudem odkleiła głowę od poduszki, wytrwała jeszcze dwie godziny i stwierdziła, że wraca do siebie.

– Obiecuję, że ręka mi nie zadrży. Napijesz się kawy? – zaproponował.

Ziewnęła, co wydawało się odpowiedzią lepszą niż tysiąc zbędnych słów.

Kreft wręczył jej filiżankę kawy ze spienionym mlekiem. Sam pił podwójne espresso. Nie lubił mleka. Zraził się do niego w dzieciństwie i twierdził, że zajeżdża szmatą do mycia podłóg. Pamiętał tęgą kucharkę w szkolnej stołówce, która podawała im wyszczerbione kubki przez okienko wybite w ścianie. Na samą myśl czuł na podniebieniu smak przypalonego kożucha.

Na zewnątrz wciąż było ciemno. Temperatura utrzymywała się na poziomie kilku stopni powyżej zera, co zapowiadało ciepły początek stycznia i błoto na ulicy po roztopach. Nocą chwytał mróz, a na drogach robiła się szklanka. – Jest Nowy Rok, a my wstaliśmy po szóstej. Strach pomyśleć, co będziemy robić, gdyby przyszło nam się wspólnie zestarzeć – zaśmiała się Iga i popiła pierwsze kęsy śniadania solidnym łykiem kawy.

– To prawda, fantazji nam nie brakuje. – Komisarz myślał o telefonie, który odebrał przed północą. Nie chciał psuć im wieczoru i odłożył to na później.

W przesyłce wysłanej do jednego z mieszkań niedaleko centrum miasta znajdował się fragment ludzkiej skóry z bliznami przypominającymi ślady po przypaleniach. Poprosił o wysłanie zdjęć na skrzynkę mailową.

Po drodze do Igi odwieźli ojca. Kreft próbował go przekonać, aby przespał się na kanapie w salonie, skoro większość wieczoru i tak spędził, drzemiąc w fotelu. Wreszcie skapitulował i odstawił go do domu. Nie miał siły się z nim spierać. Komisarz zastanawiał się, co oznacza zawartość przesyłki. Ktoś przypomniał mu o zdarzeniach sprzed lat. O wypadku, o którym wiedziało raptem kilka osób. I który dawno zagrzebał w pamięci. Nie wierzył w przypadki.

Wyobrażał sobie wycinek skóry dołączony do przesyłki i wysłany do studentki, u której znaleźli kasetę VHS z zapisem zbrodni popełnionej wiele lat temu. Taśma dotyczyła innej sprawy, za to fragment skóry podświadomie skojarzył ze swoją przeszłością. Wypalone wzory wziął za ostrzeżenie.

– Robert? Słyszysz, co do ciebie mówię? – ledwie dotarł do niego głos Igi.

– Słyszę – skłamał. Wyłączył się.

– Odbierzesz Antka od rodziców? Wracają o piętnastej, ja się nie wyrobię. Mam spotkanie z klientem na mieście. Może się ze mną zobaczyć tylko dzisiaj i nie chce tego przełożyć. Wiem, że to dziwne, ale jest szansa na naprawdę ciekawy projekt.

– Pojadę na dworzec, zjemy coś na mieście i zaczekamy u mnie. Wracam do pracy jutro, a i tak nie ma nic na tapecie. – Pożałował tych słów od razu, gdy je wypowiedział. Telefon na stole zawibrował nerwowo. Zły znak.

Odblokował ekran. Nieodebrana wiadomość. Rybicka. „Oddzwoń, to pilne”.

Dokończył śniadanie. Wstał od stołu bez słowa. Iga czuła, co się święci. Spotykali się zaledwie od kilku miesięcy, wiedziała jednak, na co się pisze, umawiając się z komisarzem wydziału kryminalnego policji. Milczała.

– Przepraszam. Muszę oddzwonić. – Wybrał numer Rybickiej i zniknął w korytarzu.

Dwadzieścia minut później dotarł na miejsce. Obszedł wrak samochodu z każdej strony i nie mógł zrozumieć, w jaki sposób zakończył on podróż w rowie. I jak Błażej Uryga z tego wyszedł. Droga była w przyzwoitym stanie; żadnych kolein, przejezdna, chociaż śliska. Według relacji patrolu, który dotarł na miejsce, sanitariusze ułożyli rosłego policjanta na noszach i zawieźli do szpitala. Żył, lecz w dalszym ciągu nie odzyskał świadomości.

Zapewniali, że sytuacja wyglądała dziwnie. W zaparkowanym kilkadziesiąt metrów stąd radiowozie siedziała skulona dziewczyna i trzęsła się z zimna. Gdyby nie ich interwencja, pewnie udusiłaby Urygę gołymi rękami. Kreft wciąż rozmyślał o okrucieństwie, jakie wyłaniało się z jej zeznań.

Nie udało mu się jej przesłuchać. Podobnie jak Uryga, trafiła już do szpitala. Była roztrzęsiona, miała gorączkę. Zdał się na strzępy zdań, które wyrzucała z siebie pod wpływem emocji, oraz na relację patrolu, który pierwszy dotarł na miejsce i chwilę z nią porozmawiał.

Dziewczyna zapewniała, że przez kilka dni była więziona o chlebie i wodzie w stodole lub podobnym miejscu z inną kobietą. Nie znała jej. Zakneblowano im usta, aby nie mogły się porozumiewać. Nie pamiętała, w jaki sposób tam trafiła ani jak znalazła się na drodze. Ocknęła się dopiero w leżącym w rowie samochodzie i wyszła poszukać pomocy. To wszystko.

Gdy szok minął, zamknęła się w sobie. Dotarł do niej ogrom krzywd, jakich doznała. Chęć przetrwania za wszelką cenę znieczuliła ją na ból.

Lekarz pogotowia, który zbadał ją po przyjeździe na miejsce, stwierdził, że dziewczyna jest w fatalnym stanie psychicznym i przesłuchanie nie będzie wiarygodne. Nie miała ze sobą żadnych dokumentów. Zmieniała zeznania, nie potrafiła przypomnieć sobie własnego nazwiska. Potrzebowała spokoju, żeby dojść do siebie.

Zespół pogotowia zajął się Błażejem Urygą, a do niej wezwał drugą karetkę. Policjant był w stanie stabilnym, choć wydawał się solidnie poturbowany.

Kreft szedł wzdłuż krętej drogi, ciągnącej się w ramionach gęstego lasu, w stronę mężczyzny opartego o drzwi srebrnego volkswagena. Widział, jak tamten przekłada papierosa z jednej ręki do drugiej, próbując zająć czymś myśli. W samochodzie siedziało kilka osób – świadczyły o tym zaparowane szyby.

– Robert Kreft, wydział kryminalny policji. To pan znalazł tę dziewczynę?

Mężczyzna zmierzył go nienawistnym spojrzeniem. Najwyraźniej miał dość odpowiadania na ten sam zestaw pytań. Zaciągnął się dymem i odburknął:

– Ja. Sądzi pan, że nie mam do roboty nic ciekawszego od wystawania w tej dziurze kolejną godzinę i recytowania w kółko tego samego?

– Proszę powiedzieć, co tu się stało. – Kreft nie pozwolił się sprowokować.

– To bez sensu. Ciągle przepytują nas nowi ludzie, jeden ważniejszy od drugiego, i każdy pyta o to samo. Chcę wrócić do domu i zapomnieć o tym wszystkim.

– Nikt z nas nie jest tu dla przyjemności – upomniał go. – Proszę opowiedzieć wszystko od początku. Jeśli uznam, że to wystarczy, będzie pan wolny.

Bugaj wiedział, że niewiele wskóra. Zaciągnął się papierosem i teatralnie westchnął. Z pomocą przyszła mu żona. Uchyliła drzwi od strony pasażera i stanęła obok komisarza. Była młodsza od męża, nie pasowali do siebie. Kreft zrozumiał, że w pewnym wieku wygodniej ciągnąć ten wózek razem.

– Ja wyjaśnię – wtrąciła i przysiadła na masce. – Wracaliśmy z imprezy sylwestrowej u siostry, wie pan, zwykłe rodzinne spotkanie. Gdzieś w połowie drogi zza zakrętu wyszła ta dziewczyna. Szła spokojnie wzdłuż jezdni, jakby się zgubiła albo czekała, aż ktoś ją potrąci. W koszuli, bez butów. Wyobraża pan sobie? Noc nie była rekordowo zimna, ale proszę mi wierzyć, trzęsłam się na sam jej widok, naprawdę – podkreśliła z przejęciem.

Kreft zajrzał do środka. Na tylnej kanapie zauważył dwoje dzieci. Chłopiec spał, a siedząca obok nastolatka nie odrywała wzroku od smartfonu, jakby cały świat mieścił się w jego plastikowej obudowie. Bugaj siedział w fotelu kierowcy i wyrywał gałkę radioodbiornika. Poirytowany, manewrował nią we wszystkie strony.

– Mówiła coś, gdy udzielaliście jej pomocy?

– Nic. W ogóle nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. Okryłam ją kocem i wsadziłam do auta, a córka zadzwoniła po pogotowie. Wydawało mi się, że jedzie do nas kilka godzin, czas dłużył się niemiłosiernie. Wreszcie zabrali ją do karetki, a nam kazali czekać. Tylko nie wiem na co. – Spojrzała na Krefta wymownie, a po chwili dodała: – Jesteśmy naprawdę zmęczeni, możemy wracać do domu?

– Oczywiście. Dziękuję za pomoc. W razie czego odezwę się do państwa. W odpowiedzi usłyszał trzaśnięcie drzwiami i warkot pracującego silnika.

Po drugiej stronie szosy czekał ambulans, który pierwszy dotarł na miejsce. Ratownicy porozmawiali z dziewczyną i odprowadzili ją, otuloną w połyskującą folię, do drugiej karetki. Wyglądała jak szeleszczący cukierek. Kreft machnął ręką na kierowcę, żeby zaczekał, i podszedł bliżej.

– Jak on się czuje? – zapytał chudego sanitariusza w okularach, który wyszedł z auta i gapił się w niebo. Wyglądał na niewyspanego i wkurzonego, że musi zostać i składać relację policjantowi.

– Wyliże się. Ma poharataną twarz, niegroźne rany i stłuczenia, połamane żebra. Stracił sporo krwi, ale odzyskał przytomność i oddycha samodzielnie. Ważne, że nie ucierpiał kręgosłup, bo facet skończyłby na wózku inwalidzkim. Musimy sprawdzić, czy nie ma wstrząśnienia mózgu. Nie wie, jak doszło do wypadku – uprzedził następne pytanie komisarza.

– Co z dziewczyną? – Kreft zdał sobie sprawę, że od tego powinien zacząć.

– Nie mogliśmy zabrać ich razem, dlatego ściągnęliśmy drugi zespół. Jest odwodniona i wyziębiona, ale jej życiu nic nie zagraża. Z pewnością jest w szoku. Nie ciągnąłem jej za język, to nie nasze zadanie – podkreślił i skinął na radiowóz. – Miejscowi usiłowali z nią porozmawiać.

„I niewiele zdołali ustalić”, dopowiedział w myślach Kreft. Dziewczyna niewiele pamiętała. Zapewne porywacz czymś ją nafaszerował.

– Gdzie go zabrali?

– Na SOR. Do Centrum Urazowego – odparł sanitariusz i wsiadł do auta.

Zaczęło świtać. Świat odsypiał noworoczne szaleństwo. O trzeciej Kreft miał odebrać Antka z dworca. Obiecał to Idze i nie chciał jej zawieść.

Uznał, że wróci do miasta, napije się kawy i wstąpi do antykwariatu w pasażu pod dworcem po jakąś książkę. Musiał zebrać myśli. Odreagować.

Wibrujący telefon sprawił, że po raz kolejny zweryfikował plany.

Kreft, gmina Pilica, styczeń 2018 roku

Maria Bogusz przebierała nogami z zimna i przeklinała perfidny los, brodząc po kostki w błocie przed stodołą sąsiadów. Od najbliższych zabudowań tę sypiącą się ruderę dzieliło kilkaset metrów, i to w linii prostej. Żeby tu dotrzeć, musiała sforsować ugór, który po każdej ulewie podtapiała woda. Stodoła i przylegający do niej, zaniedbany dom były gęsto obsadzone sosnami, których rozłożyste korony sięgały na wysokość krytego eternitem dachu i chroniły to opuszczone miejsce przed wścibskim wzrokiem sąsiadów.

Wyrzucała sobie, że uległa pokusie i posłuchała intuicji, a ta przywiodła ją do tego przeklętego miejsca. Szczerze tego błędu żałowała. Co ją skłoniło, by wyjść z domu i szukać tego niesfornego kundla, zamiast siedzieć przed telewizorem i oglądać, jak świat wita Nowy Rok? „Stara, a głupia”, przeklinała się w myślach, rozcierając ręce i próbując pobudzić krążenie w zmarzniętych palcach. Gdyby Władek był w domu, czułaby się pewniej. „Stary znów kolędował po kumplach i pewno wróci urżnięty w trupa”, domyślała się po cichu. „Stara, a głupia…”

Drugi raz nie zajrzy do środka, o nie. Ubolewała, że w ogóle wsadziła nos za futrynę tej parszywej budy. Z naprzeciwka, od strony kończącej się przed domem Muzyków drogi, polnym duktem toczył się policyjny radiowóz. Ciekawe, kogo tym razem wysłali. Wyszła przed dom i pomachała do kierowcy. Wokół było jeszcze szaro. Musiał ją widzieć, bo zamrugał światłami, a za chwilę radiowóz zatrzymał się przy ubłoconym podjeździe przed domem.

– No nareszcie! Wyczekałam się na was i zmarzłam tu na kość. Za mną – rzuciła bez zbędnych ceregieli i ruszyła pokracznie przed siebie, z każdym krokiem głośno chlupocząc w rozlanym na podjeździe błocie. Złapała poły wełnianego płaszcza i przesuwała się do przodu z zadziwiającą zręcznością baletnicy. Dwaj rośli funkcjonariusze z trudem dotrzymywali jej kroku.

– To tu – wskazała, zatrzymując się przed otwartymi drzwiami prowadzącymi do stodoły. – Ja dalej nie pójdę, choćbyście mnie ogniem przypalali!

Mężczyźni spojrzeli po sobie. Żaden nie pamiętał, aby ktoś zgłaszał w tym domu jakąś interwencję. W ogóle go nie kojarzyli, z drogi był niemal niewidoczny. Przejeżdżali tędy od czasu do czasu, zwykle w niedzielę, gdy pod kościołem albo remizą rozgrywały się dantejskie sceny. Tutaj nie zaglądali.

Nie było potrzeby wjeżdżać w polną drogę, co przy odrobinie pecha groziło urwaniem zawieszenia. Znali za to na pamięć rozkład domów w sąsiednich wsiach, w których pas za często szedł w ruch, a udana impreza kończyła się obrażeniami. Przywykli do tego. Na nikim nie robiło to wrażenia. Zerkali na siebie, jakby wyliczali w myślach, który powinien pójść przodem.

– Pani Boguszowa, powie nam pani chociaż, po co nas wezwała? – Młodszy i wyższy z mężczyzn robił wszystko, żeby odwlec to, co nieuniknione.

Znał Marię Bogusz od dziecka. Jeśli dobrze pamiętał, chodził do szkoły z jej młodszą córką, która pewnego lata za sprasowanym w belę sianem dała mu nawet pomacać pierś. Słyszał, że wyszła za miastowego i przyjeżdża tu na święta, od wielkiego dzwonu. Szkoda. Miała niezłe cycki.

– Sami zobaczycie, co będę gadać po próżnicy. Wyszłam po drewno, bo w piecu zaczęło przygasać, i usłyszałam, jak ten czort ujada. Skaranie boskie z tym kundlem. Na nic nawoływania, za nic nie chciał przyleźć, tylko ujadał i ujadał, jakby go coś opętało czy co? To żem polazła za nim, nie zostawię przecie gadziny na mrozie. – Pokręciła głową, wyraźnie zdenerwowana. – No i żem ją znalazła. Świętej pamięci matula powiadała, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Miała rację, oj tak. Świeć panie nad jej duszą. – Przeżegnała się trzy razy, na wszelki wypadek.

– Ktoś w ogóle mieszka w tym domu?

– A skąd. Od lat stoi pusty. Czasem ktoś tu zajrzy, sprawdzi ino, czy dalej stoi, albo skosi trawę, jak sięga po kolana, a tak cisza i spokój. Chaszczami zarosło i sypie się. Gdulowa się pewnie w grobie przewraca.

Starszy policjant uznał, że niespecjalnie jest się czego obawiać, więc ruszył dziarsko w stronę otwartych drzwi od stodoły, spoglądając pod nogi, by nie ubrudzić trzewików. Żonka pewnikiem będzie mu o to suszyć głowę.

Sięgnął po latarkę i przestąpił próg. Stodoła miała na oko dziesięć metrów długości i była szeroka na sześć, siedem kroków. W czasach świetności mogła pomieścić trochę sprzętu. W gospodarstwie nie było innych zabudowań. Kamienne mury wolno się nagrzewały i równie niechętnie oddawały ciepło, nic dziwnego, że w środku było cieplej niż na zewnątrz. Policjant nie znalazł w pomieszczeniu żadnych okien. Z trudem wymacał włącznik światła i czekał, aż wisząca na kablu żarówka zaleje wnętrze żółtym blaskiem.

Snop latarki zatrzymał się na skulonej postaci w rogu pomieszczenia. Wzrok mężczyzny powoli przyzwyczajał się do ciemności. Oswajał ją.

Odruchowo się cofnął i o mały włos nie wyrżnął o stojące w progu wiadro. Zatoczył się i zbladł, dając znać uniesioną ręką, że wszystko w porządku.

– Mówiłam, że jest martwa. Sześćdziesiąt osiem lat żyję, panie, i nigdy żem czegoś takiego nie widziała. A ojciec był rzeźnik, nieraz się oglądało, jak gadzinę szlachtuje, ale żeby z ludźmi takie rzeczy wyrabiać? Świeć panie nad jej duszą. – Przeżegnała się znowu, kręcąc z niedowierzaniem głową.

Drugi policjant wszedł do środka na miękkich nogach i zwymiotował w progu. Mimo to nie odpuścił i szedł dalej. Ciało młodej dziewczyny było przywiązane łańcuchami do wystających z murów zardzewiałych obręczy. Ofierze poderżnięto gardło, jej głowa oparła się o mur za plecami. Wokół kobiety było widać zakrzepłe kałuże gęstej krwi, a pod stropem niósł się słodkawy zapach zwłok.

– Wyjdź stąd! Zadzwoń do bazy i niczego nie dotykaj! – upomniał go starszy policjant. Zaczynał dochodzić do siebie. Stał przed kałużą wymiocin i zastanawiał się, czy powinni to sprzątnąć, czy zostawić w nienaruszonym stanie. Widział w życiu parę zbrodni, ale sprawca zwykle był na miejscu, zalany w trupa bądź zaskoczony obrotem sprawy.

Kreft wbił nazwę wsi oddalonej kilkanaście kilometrów od Ogrodzieńca do aplikacji w smartfonie, wyłącznie po to, żeby wiedzieć, gdzie go właśnie wiozą. Siedział z tyłu i podziwiał widoki za szybą samochodu.

Zimą barwnie oświetlony i górujący nad okolicą zamek wciąż robił wrażenie, choć nie przyciągał tłumów zwiedzających. Miejscowi zamknęli bramy świetnie prosperujących przydomowych parkingów, wokół zrobiło się cicho i sennie. Interwencja komendant Olgi Krynickiej nie zostawiała mu wyboru. Sprawa była poważna, skoro odsunięto miejscowych i zdecydowano się wezwać posiłki. Miał pecha, bo akurat był pod ręką.

Radiowóz zjechał z głównej drogi, biegnącej przez martwe o tej porze roku pola, minął dwupiętrowy dom z czerwonej cegły o płaskim jak stół dachu i wjechał w utwardzoną dróżkę, odchodzącą łukiem od głównej drogi. Z daleka widział migające koguty, nieuchronny znak, że zaczynają się schody.

Samochód zwolnił kilkadziesiąt metrów przed zaniedbanym, osłoniętym drzewami domem. Kreft nie zdążył nawet wysiąść. Kątem oka dostrzegł policjantów z komisariatu w Ogrodzieńcu, wyskakujących nerwowo z radiowozu. Mógł przysiąc, że ścigali się, który z nich przywita go pierwszy. W połowie drogi zreflektowali się, że to idiotyczny pomysł, i jak na zawołanie stanęli w rozkroku, poprawiając naciągnięte na uszy policyjne czapki.

– Dzień dobry, panie komisarzu – rzucili chórem, kiedy Kreft szedł w ich stronę.

– Darujcie sobie ten komitet powitalny. Powiedzcie lepiej, co tu się stało.

– Proszę za mną – odparł niższy z nich. Był trochę starszy od komisarza, a może to szczotkowany wąs pod nosem sprawiał, że wyglądał nobliwiej?

– Otrzymaliśmy wezwanie. Zadzwoniła sąsiadka. Odesłaliśmy ją do domu, kobiecina słaniała się na nogach. Zbyt wiele wrażeń na jeden dzień – dodał, pomijając fakt, że sami wcale nie trzymali się lepiej. Uspokoił oddech.

Przekroczyli próg pomieszczenia. Kreft widział, że mimowolnie odwracają wzrok i nie chcą oglądać ciała zamordowanej kobiety. Nie dziwił im się.

Zwłoki wyglądały fatalnie. Oprócz głębokiej rany na szyi i zaschłych strupów krwi na piersiach ofiara miała poszarpaną twarz, jakby wygłodniałe zwierzęta urządziły sobie na niej ucztę. Opinia patologa pewnie potwierdzi te przypuszczenia. Kobieta była rozebrana do pasa, została tylko w poplamionym krwią biustonoszu. Na przedramionach i klatce piersiowej miała zasklepione blizny i ślady po przypaleniach. Kreft był przekonany, że znęcano się nad nią przed śmiercią. Musiała spędzić tu więcej czasu.

Przełknął ślinę. Nie dał po sobie poznać, że ciężko oddycha. Kazał zadzwonić po ekipę techniczną i usiadł na drewnianej ławce przed domem.

Zerkał nieobecnym wzrokiem w dal, jakby podświadomie odsuwał od siebie bolesne wspomnienia. Zakręciło mu się w głowie, przed oczami tańczyły skrzące się mroczki. Wziął serię głębokich wdechów i wydechów, próbując uspokoić rozpędzone tętno i zapomnieć na moment o traumie sprzed lat. Bez powodzenia.

– Nikogo nie ma w domu. – Z zamyślenia wyrwał go głos młodego funkcjonariusza miejscowej policji. – Jest zamknięty na cztery spusty i przeszukanie na blachę nie wchodzi w grę. Nie zdołamy wyważyć drzwi, musielibyśmy wzywać fachowca. Zaglądaliśmy do środka, ale niczego tam nie ma. To co robimy?

– Wiemy, do kogo należy ten dom?

– Nie. – Zamyślił się. – Trzeba podpytać Boguszową, wie komisarz, tę kobiecinę, która nas wezwała – zaczął plątać się w zeznaniach. – Wspominała tylko, że nikt tu nie mieszka. Właściciel zagląda tu kilka razy w roku.

– W porządku. Mimo wszystko wypada zawiadomić go o przeszukaniu.

– No niby tak – przytaknął i sterczał bez sensu, spodziewając się dalszych instrukcji.

– Na co w takim razie czekasz?

Chłopak nie odpowiedział. Komisarz przyglądał się, jak wsiada do auta i odjeżdża w stronę zabudowań po przeciwnej stronie łąki.

W ciągu następnych godzin ciągnące się wokół pola wypełniły się życiem, mieniąc się odbitym światłem policyjnych kogutów. W stodole pracowali patolog i ekipa techników w szeleszczących uniformach. Wciąż nie dotarł nikt z prokuratury. Policjanci krążyli wokół posesji, szukali śladów i zabezpieczali miejsce znalezienia zwłok. Strzelały flesze aparatów, a za rozciągniętą taśmą zaczęli gromadzić się sąsiedzi.

Robert Kreft podwinął rękaw kurtki i przyglądał się pokrytej tatuażami skórze przedramienia. Wypukłe blizny, ukryte pod tuszem, znów zapiekły jak dawniej.

Kreft, Sosnowiec, sierpień 1995 roku

To było niezapomniane lato. Nie dlatego, że temperatura tygodniami nie schodziła poniżej dwudziestu kresek i słońce rzadko chowało się za chmurami. Mając dwanaście lat, nie myśli się o takich rzeczach, tylko korzysta z życia i wyciska z niego, ile wlezie. To było niezapomniane lato, bo zmieniło bieg naszego życia. I nie mogliśmy nic na to poradzić.

Tego dnia wstałem wcześniej. Słońce wdzierało się do pokoju każdą szczeliną w wysłużonej framudze i nie miałem szans z nim wygrać. Nie chciałem zbudzić ojca, więc wszedłem do kuchni na palcach.

Słyszałem, że wrócił późno. Zasłużył na to, by się wyspać po ciężkim dniu pracy. A w zasadzie po ciężkiej nocy, bo w tym miesiącu pracował na nocnej zmianie.

Nie poświęcał mi tyle czasu, ile bym chciał, ale nie miałem mu tego za złe. Śmierć mamy go zmieniła, zobojętniła, pozbawiła pasji, którą zarażał wszystkich dookoła. Stracił ostatnią wartość w życiu, kogoś, kto stawiał go do pionu i prowadził przez życie za rękę. Zrozumiałem to dopiero wiele lat później.

Wieczorem zdążył odgrzać zupę, która starczała nam na kilka dni, o ile nie zgęstniała albo nie zapomniałem wstawić jej do lodówki, o co często suszył mi głowę. Otworzył puszkę piwa i zasnął, siedząc przed telewizorem. Nie nadużywał alkoholu, nie wyżywał się na mnie. Chciał tylko odpocząć.

Minąłem jego pokój na palcach, wysikałem się i wróciłem do kuchni. Nie miałem ochoty myć zębów, włosów nie czesałem wcale. Były krótkie, a pod czapką i tak nikt ich nie oglądał. W biegu zmieniłem przepoconą koszulkę.

Półki w lodówce świeciły pustkami. Stałem i gapiłem się na migające światło. Z braku laku zgarnąłem do plecaka parówki i kawałek szarlotki, którą przyniosła ojcu sąsiadka. Z jakiegoś powodu się nim interesowała, choć bez wzajemności. „Na targu dokupię dwie bułki i do wieczora powinno starczyć”, uznałem. Włożyłem plecak i wymknąłem się ukradkiem z domu. Nie musiałem tego robić. Ojciec nie pytał, gdzie i z kim się włóczę. Wstydziłem się tego i w rozmowach z kumplami tłumaczyłem, że muszę wracać do domu, bo inaczej złoi mi skórę. Wierzyli mi. Wiele czasu zajęło mi zrozumienie, że po prostu mi ufał.

Nie pamiętam, by kiedykolwiek mnie uderzył. Czasem wydawało mi się, że obojętność, z jaką mnie traktuje, rani bardziej niż fizyczny ból. Nauczyłem się z nią żyć.

Łysy mieszkał w sąsiednim bloku, na parterze. Podchodziłem do budynku od strony wybrukowanej kocimi łbami jezdni i rzucałem czym popadnie w okno, aż je otworzył i wystawił przez nie rudy łeb. Miał gęste, kręcone włosy. Jak nietrudno zgadnąć, jego ksywa pochodziła od nazwiska.

Nie był nią zachwycony, fakt, miał jednak na tyle oleju w głowie, by zrozumieć, że nazwisko Pałys podsuwa kilka gorszych rozwiązań, które od czasu do czasu forsowaliśmy, żeby mu dopiec. W każdym razie tego ranka nie musiałem się schylać. Łysy czekał w oknie, gotów dać drapaka. Zaskoczył mnie. Punktualność nie była jego mocną stroną.

– Zwijamy się? – zapytał, szykując się do skoku.

Już miałem skinąć głową, ale coś mnie naszło.

– Wziąłeś wszystko, o czym gadaliśmy? Wrócimy dopiero wieczorem.

Spuścił chude nogi z parapetu i prychnął pogardliwie, jakbym palnął jakąś głupotę.

– Wal się, złamasie – odgryzł się i szturchnął mnie w ramię, dźwigając się z ziemi. – Ciśniemy po Budynia – dodał i wypruł do przodu.

Budyń czekał na nas na murku za komisariatem policji, gdzie często się spotykaliśmy. Mieszkał niedaleko stąd, w jednym z fińskich domków, które miały postać kilkadziesiąt lat, a przeżyją pewnie nas wszystkich razem wziętych.

Zobaczył nas i podniósł tłusty zad z murku. Wcisnął gruby bęben w gacie i zaczął w nich grzebać, jakby oblazły go mrówki faraonki. Szczerzył się przy tym jak wtedy, gdy znalazł w krzakach pokaźny zbiór świerszczyków.

Długo zarzekał się, że to jego najfartowniejszy dzień w życiu. Wierzyliśmy mu. Wcisnął je sobie w gacie za plecami, przeszmuglował pisma do domu i ukrył pod łóżkiem, gdzie panował taki syf, że nikt nie zaryzykował tam szperać.

– Już myślałem, że spękaliście – rzucił hardo, zmierzając w naszą stronę.

– Ciągnij się, Budyń. I ciesz ryło, że zabieramy cię ze sobą. Gdyby nie my, znów spędziłbyś dzień z mamą. Wiemy, że to lubisz. – Łysy puścił do niego oko i śmiał się na głos. Nie było mi do śmiechu, ale podchwyciłem ten żart.

– Chyba ty, frajerze. Odszczekaj to! – Budyń skoczył do niego z pięściami.

– Zamknijcie się! – wtrąciłem. Miałem dość tego stroszenia piór. – Ile można słuchać tych waszych czerstwych gadek? Idziemy czy nie?

Minęliśmy budynek liceum, który przypominał baraki dla bezdomnych, a nie szkołę średnią, i poszliśmy dalej, wzdłuż rur ciepłowniczych i ogródków działkowych, w stronę Zagórza. Zbiegliśmy w dół stromej skarpy, okrążyliśmy pokopalnianą hałdę i dotarliśmy do niewielkiego lasku. Od początku wakacji urządzaliśmy w nim naszą bazę. Wszystkich wkręcaliśmy, że idziemy na stadion pograć w nogę, żeby nikt nie wyczaił naszej kryjówki.

Na polance leżało zwalone drzewo. Korzystając z nieobecności ojca, zszedłem do piwnicy i zabrałem brzeszczot oraz zardzewiałą siekierę. Rzadko ich używał. Pół dnia mordowaliśmy się z odrąbaniem okrągłych słoi, które po oszlifowaniu papierem ściernym służyły za wkopane w ziemię siedziska.

Z resztek drewna i wiórów rozpaliliśmy ognisko, pilnując, by nie zajął się cały lasek i wakacyjna baza nie poszła z dymem. W następnych dniach przeszukaliśmy teren i udało się nam zgromadzić trochę fantów.

Budyń przytaszczył oponę. Przywiązaliśmy ją sznurem do gałęzi, tworząc coś w rodzaju huśtawki. Mnie udało się znaleźć trochę gwoździ i stare prześcieradło, które rozciągnęliśmy nad nasłonecznioną częścią polanki, by chroniło nas przed wiatrem i słońcem. Mieliśmy tarczę do darta, przybitą gwoździem do drzewa, pole do minigolfa i sklecone na szybko boisko do siatkonogi. Za bramki służyły nam kartonowe pudła, przynajmniej do czasu, aż przemokły. Szybko się nudziliśmy. Większość rzeczy przynosiliśmy z domów.

Budyń miał imponującą kolekcję gier planszowych i wciąż kupował nowe, a ja sporo komiksów, którymi wymienialiśmy się na weekendy, ale wszystkich i tak przebił Łysy, wyjmując karty z panienkami i alkohol z barku starych. Rzygaliśmy po nim jak koty. Nikt nie pisnął słowa.

Gdy wyczerpały nam się pomysły, kładliśmy się w cieniu drzew, słuchaliśmy szumu wiatru przechadzającego się po łące, przypalaliśmy lupą robaki, a przy odrobinie szczęścia podpatrywaliśmy baraszkującą w trawie parę. Wracali co jakiś czas, objuczeni koszem z owocami, alkoholem i z kocem pod pachą. Za pierwszym razem niewiele widzieliśmy, byliśmy za daleko i nie chcieliśmy czołgać się w trawie. Mogliśmy ich spłoszyć. Odkąd Łysy skołował lornetkę, na zmianę oglądaliśmy ten spektakl. To ciekawsze niż świerszczyki Budynia.

A było na co popatrzeć. Dziewczyna miała wspaniałe piersi i lubiła się nimi dzielić. Nie tylko z tym patykowatym gościem, co odkryliśmy po czasie i co niespecjalnie nam przeszkadzało, w przeciwieństwie do niego, jak sądzę. Miała lekką nadwagę, ale ktoś, kto twierdzi, że chude laski są ponętniejsze, musiał się z głupim zamienić na rozum. Byliśmy co do tego zgodni.

Tego dnia się ich nie spodziewaliśmy. W tygodniu nigdy tu nie zaglądali.

– Mam zarąbistą grę, złamasy, zobaczycie – przechwalał się Budyń, człapiąc wolno i pijąc wodę mineralną ze szklanej butelki. Ciągle nosił ją ze sobą. Taszczył ten zielony bukłak niczym butlę z tlenem. – Kuzyn mi ją naraił. Zlejecie się w gacie, słowo – ciągnął tę drętwą gadkę, a my milczeliśmy, jakby nas to nie ruszało. Zazdrościliśmy mu. Skompletował serię Magicznego miecza, z Grodem, Jaskinią i wszystkimi dodatkami. Nie byłoby nas na nie stać, nawet gdybyśmy przehandlowali organy. I to po kilka razy, gdyby mogły nam odrosnąć.

Budyń miał dzianych starych i dziadków, wszyscy wiedzieli, że nie szczędzili na niego grosza. Wpieprzał drożdżówki i nikt nie śmiał mu wypomnieć przerośniętej dupy w obawie o to, że nie dotknie tych wszystkich bajerów. Serio.

Rozłożyliśmy koce pod zwalonym drzewem i siedliśmy w kręgu, jak zwykle, gdy szykowaliśmy się do wielogodzinnej rozgrywki. Ta potrafiła wciągnąć na tyle, że właściwe usadowienie kości miało znaczenie strategiczne. Zdarzało nam się odlewać do plastikowych butelek, by nie przerywać.

– Dajesz to cacko – zagadnął Łysy. Nie mogliśmy się doczekać nowej gry.

Już samo pudełko robiło robotę. Czarne, lśniące, z wampirem na przedzie, zachęcało do tego, by zajrzeć do środka. Rzuciliśmy plecaki pod drzewo i czekaliśmy, aż wyciągnie Wampira. Skurczybyk wiedział, jak stopniować napięcie. Schował grę za plecami i ciągnął durne gadki, aż Łysy walnął go skręconym kocem w ramię, zapewniając, że nie żartuje.

– Będą następne kocówy, jeśli nie wyciągniesz w końcu tej pieprzonej gry!

– Dobra, dobra. Żartowałem, weź wyluzuj.

Podziałało. Rozłożył wszystko i zaczął czytać instrukcję na głos. Zawsze, kiedy graliśmy w nową grę, ktoś musiał ją rozgryźć i za każdym razem padało na cholernego Budynia. To on był Wampirem, a nam pozostało wcielić się w role tych, którzy mieli go dopaść i wybić mu te denerwujące ząbki. Zostałem więc hrabią von Rodkiem, co wywołało salwy śmiechu wśród pozostałych.

Rodek. Smrodek. Mało brakowało, a ta ksywa przylgnęłaby do mnie na dobre.

– Mordy w kubeł! – broniłem się, jak mogłem.

Wstyd się przyznać, ale mieliśmy nad Budyniem przewagę. Nosił okulary grube niczym denka od jaboli i miał tak kiepski wzrok, że z trudem czytał drobny tekst, dlatego po serii jęknięć i seplenienia odpuszczał i oddawał instrukcję jednemu z nas, tracąc możliwość dyktowania reguł gry.

Wciągnęliśmy się w rozgrywkę, od czasu do czasu głośno przeklinając i przekrzykując się nawzajem lub wymierzając sobie soczyste razy, jak to u chłopaków w tym wieku bywa. Nie usłyszeliśmy ich. Podeszli nas od tyłu.

Poczułem mocny uścisk wokół szyi i przewróciłem się na plecy, z trudem łapiąc powietrze. Jeden z nich doskoczył do Budynia, złapał go za uszy i pociągnął do góry, sprawiając, że o mało nie zlał się w gacie. Łysy zdążył odskoczyć na kilka kroków, kiedy zobaczył, co się święci.

– Co tu robicie, koniobijcy? – odezwał się większy z dwójki wyrostków, na oko starszych od nas o cztery, pięć lat. Szczerzył się jak debil, prezentując wyżarte przez próchnicę uzębienie bez górnych jedynek.

– Nic. Gramy sobie – odpowiedział Łysy, utrzymując dystans. Był najodważniejszy z naszej trójki. Z trudem podniosłem się z ziemi. Budyń chlipał pod drzewem jak baba, masując obolałe uszy. – Zaraz się stąd zwijamy.

– Macie szlugi, pedzie?

Spojrzeliśmy po sobie. Nie mieliśmy papierosów, chociaż okazjonalnie zdarzało nam się przypalać. Żaden nie był też pedziem, ale to przemilczeliśmy.

– Nie palimy – skłamałem w imieniu nas wszystkich.

– Nie palimy – przedrzeźniał nas chłopak, wywołując salwy śmiechu u kolegi, mniejszego i chudszego do siebie. Było widać, że naśladuje tego palanta. Przypominał wkurzającego psa z bajki Wredniak i Bałwan w swych latających maszynach i przylgnęła do niego ta ksywa. Bałwan.

– Co wy tu, kurwa, robicie? Brandzlujecie się nawzajem? – Irytujący rechot Bałwana działał mi na nerwy. Nie byliśmy głupi, woleliśmy trzymać gęby na kłódki.

– Następnym razem lepiej weźcie ze sobą szlugi. Inaczej będzie wpierdol – ostrzegł nas jego kumpel.

Podszedł bliżej i spojrzał każdemu z nas głęboko w oczy. Wyraźnie chciał nas nastraszyć. Wreszcie stanął na środku i kopnął planszę z taką siłą, że do zmierzchu szukaliśmy pionków i kostki w porastających łąkę zaroślach.

– Rozumiemy się?

Skinęliśmy głowami. Guma – później dowiedzieliśmy się, że tak mamy się do niego zwracać – podszedł do tarczy darta i ściągnął z niej wszystkie lotki. Przez chwilę patrzyliśmy, co zamierza z nimi zrobić, a gdy zaczął w nas mierzyć, rozbiegliśmy się z krzykiem po polance.

– Zobacz, jak spieprzają! Gońcie się, skurwiele, gońcie! – wrzeszczał, zaśmiewając się do rozpuku i biegając za nami, aż mu się znudziło i odszedł.

Ulżyło nam. W drodze do domu żaden z nas nie wspomniał o tym słowem.

Oberwałem wtedy w ramię i bolało jak diabli, gdy przemywałem ranę wodą utlenioną, ale jak się później okazało, była to ledwie rozgrzewka i niewinna pamiątka po człowieku, który zmienił bieg naszego życia.

Nieodwracalnie.

Uryga, Sosnowiec, styczeń 2018 roku

Otworzył oczy i od razu zrozumiał, że to błąd. Rażące światło zakłuło go boleśnie. Odruchowo zmrużył powieki. Czuł zaschnięte na policzkach łzy. Kolejne źródła bólu odzywały się jedno po drugim niczym pchnięty ciąg kostek domina. Sporo czasu zajęło mu zorientowanie się, gdzie się znajduje.

Błażej Uryga upewnił się, że jest w stanie poruszać kończynami. Czucie w rękach i nogach wracało stopniowo. Nie miał siły się podnieść i zmienić niewygodnej pozycji. Leżał w szpitalnym łóżku, słyszał dobiegający zewsząd warkot specjalistycznej aparatury i wyczuwał specyficzną woń szpitala, wdzierającą mu się uparcie do świadomości. Żył. To teraz najważniejsze.

Na zmianę zamykał i otwierał powieki, musiał przyzwyczaić je do pracy na pełnych obrotach. Każda próba kończyła się instynktowną ucieczką, choć trwała dłużej niż poprzednia. Wzrok stopniowo oswajał się z ostrym światłem, rejestrował szpitalne sprzęty i poznawał układ pomieszczenia.

Znajdował się w przytulnej dwuosobowej sali. Łóżko pod oknem było pościelone. Jasne meble pod ścianą wciąż pachniały nowością, co przeczyło obiegowej opinii o służbie zdrowia. Z trudem odkleił głowę od przepoconej poduszki. Był słaby. Każdy ruch kosztował go sporo wysiłku.

Znów otworzył oczy. I zamknął. Wydawało mu się, że widział zarys kobiecej sylwetki na krześle przy łóżku. Usiłował się do niej odezwać, ale zaschło mu w gardle i nie zdołał wydusić z siebie ani słowa. Przełknął ślinę.

– Jak się czujesz? – odezwała się pierwsza. Widział ją jak przez mgłę i robił, co mógł, żeby dopasować głos do niewyraźnej postaci. Olka? Nie. Wzajemne pretensje i urazy były zbyt świeże, żeby skłonić ją do zmiany frontu. Nawet teraz, gdy leżał przykuty do łóżka. Wciąż byli małżeństwem, jednak narosło między nimi tyle brudu, że posprzątanie tego bałaganu zajmie miesiące, a może nawet lata. To on musiał zrobić pierwszy krok. Nie miał odwagi go wykonać.

Skoro nie Ola, to kto? Z Natalią zerwał kontakt. Nie chciał jej widzieć.

– Błażej, wszystko w porządku?

Z trudem odwrócił głowę w stronę siedzącej obok kobiety. Marta Rybicka.

– Wody… – wydukał, a policjantka pochyliła się nad nim, ostrożnie wsunęła dłoń pod jego głowę i przystawiła mu szklankę do ust. Czuł, jak płyn nawilża zaschnięte gardło i spływa chłodnym strumieniem z przełyku do żołądka. Zakręciło mu się w głowie. Nigdy wcześniej woda nie smakowała mu tak bardzo.

Zdawało mu się, że w progu stoi jakiś człowiek. Zaglądał do środka, jakby coś go zaniepokoiło. Zmrużył oczy i już go nie było. „Co się ze mną dzieje?”

– Co tu robisz? – zapytał z trudem. Każde słowo sprawiało mu ból.

– Pomyliłam sale. Właśnie zamierzałam wyjść, ale się obudziłeś. Pech.

Spróbował się zaśmiać, co wywołało nową falę bólu, która rozlała się po ciele.

– Chciałam zobaczyć, jak się czujesz. I ile pamiętasz z poprzedniej nocy.

Problem w tym, że nie pamiętał nic. W jego pamięci rozciągała się czarna dziura.

– Niewiele. Czuję się, jakby ktoś nafaszerował mnie prochami. Ale dochodzę do siebie – odparł niepewnie. Chyba czekał na potwierdzenie tych przypuszczeń.

Marta nachyliła się nad nim, co jakiś czas spoglądając w stronę korytarza.

– Za drzwiami siedzi dwóch gości w cywilu. Biuro Spraw Wewnętrznych wszczęło postępowanie w twojej sprawie. Uznałam, że powinieneś wiedzieć. – Ściszyła głos i przysunęła się bliżej. Tak blisko, że czuł jej zapach.

– W jakiej sprawie? Chodzi o ten wypadek?

Spojrzenie, jakim uraczyła go Rybicka, świadczyło o tym, że się wygłupił.

– Ty naprawdę o niczym nie wiesz?

– O czym mam wiedzieć? – zakręciło mu się w głowie. Usiłował odczytać coś z wyrazu jej twarzy, lecz jej obraz się rozmył, zawirował i zniknął mu z pola widzenia. Wydawało mu się, że unosi się nad łóżkiem, słyszał tylko pojedyncze, urywane słowa.

– To nie jest dobry czas na rozmowę, Błażej. Dbaj o siebie.

Gdy znów się ocknął, już jej nie było. Został sam na sam z