Blizna - Juan Gómez-Jurado - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Blizna ebook i audiobook

Gómez-Jurado Juan

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

262 osoby interesują się tą książką

Opis

Bestsellerowa międzynarodowa seria thrillerów

Simon Sax mógłby być szczęściarzem. Jest młody, inteligentny, a jeśli sprzeda swój niesamowity algorytm międzynarodowej korporacji, zostanie także miliarderem. A mimo to czuje się samotny. Jego sukces kontrastuje z całkowitym brakiem zdolności towarzyskich.

Aż pewnego dnia pokonuje swoje uprzedzenia, wchodzi na portal randkowy i szaleńczo, z pasją i niedoświadczeniem nastolatka, zakochuje się w Irinie, pomimo tysięcy dzielących ich kilometrów. Ona jednak skrywa mroczny sekret… Kim jest ta dziewczyna? Czy to naprawdę przypadek, że trafiła do jego życia? Jaka tragiczna historia kryje się za blizną na jej policzku? Co jest prawdą, a co misternie opracowanym kłamstwem?

Kolejna książka hiszpańskiego mistrza sensacji w duchu doskonale przyjętej przez czytelników w Polsce serii thrillerów Reina Roja, Loba Negra i Rey BlancoBlizna to jej prequel, w którym piętrzą się tajemnice, buzują emocje, a pozory i przekonania prowadzą w ślepe zaułki.

Gómez-Jurado trzyma czytelników w napięciu i nie daje złapać tchu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 429

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 34 min

Lektor: Jakub Kamieński

Oceny
4,4 (97 ocen)
60
23
10
4
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
tynsik
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

[Kryminał na talerzu] “Blizna” Juana Gómeza-Jurado to prequel trylogii z Antonią Scott, Reiną Roją, która na polskim rynku pojawiała się w roku 2023. To te same uniwersum, ale powiązanie jest bardzo delikatne – jedną postacią z drugiego tomu, więc równie dobrze można tę książkę czytać bez znajomości serii. Historia przenosi nas do Chicago, do świata Simona, informatyka, geeka komputerowego, który od lat tworzy swój autorski algorytm… Brzmi mocno programistycznie, ale bez obaw, autor kieruje opowieść tak, że wciąga od samego początku. Bo już od początku wiemy, że bohater będzie musiał wyjść ze swojej strefy komfortu i robić rzeczy, o których nigdy by nie pomyślał. To jego oczami widzimy świat, poznajemy tę opowieść. Zaczyna się spokojnie, jednak w momencie, gdy dochodzi do zbrodni tworzy się tak zwany efekt śniegowej kuli - zdarzenia narastają, kumulują się aż do wielkiego, dynamicznego, filmowego finału. Historia ta to jednak więcej niż tylko czysta rozrywka - opowiada o emocjach, o re...
10
wroowroo

Dobrze spędzony czas

UWAGA: To nie jest zaden prequel!!! Za samo takie stwierdzenie należy się odjęcie jednej gwiazdki. Czyta sie ok ale nie ma nic wspolnego z serią Anny Scott. NIC!
10
ewakurz

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo dobra , fabuła i akcja wciągająca. polecam
10
bigagus

Z braku laku…

Nudna..., przewidywalna, nierealna. To nie Antonia Scoy.
00
Eli238

Z braku laku…

Niestety nie jest tak dobra i wciągają, jak seria o Antonii Scott.Mimo to czekam na kolejna powiesc autora i mam nadzieję, ze będzie lepiej
00

Popularność




W tekście wykorzystano fragment Zimowej powieści Williama Shakespeare’a w przekładzie Gustawa Ehrenberga.

Dla Babs

Miej oczy szeroko otwarte przed ślubem i przymykaj je później.

Benjamin Franklin

Jak ktoś ciepło odziany może zrozumieć kogoś, komu jest zimno?

Aleksander Sołżenicyn

Powiedz mi, mały, czy tańczyłeś już z diabłem w bladym świetle księżyca?

Jack Napier (przeł. Wojciech Łysek)

IRINA

Dziewczynka nie poczuła bólu, kiedy gwóźdź rozerwał jej skórę pod lewym okiem.

SIMON

Mój pierwszy błąd polegał na tym, że się w niej zakochałem.

Mój drugi błąd polegał na tym, że nie zapytałem ją o tę bliznę.

Zła wiadomość jest taka, że jestem o krok od popełnienia trzeciego błędu, a będzie on znacznie gorszy niż dwa poprzednie.

Z mojego prawego ramienia zwisa plecak, a w nim, w mocno ściśniętych plikach po sto, znajduje się przyszłość moja i wszystkich moich pracowników. Jeśli przejdę przez drzwi, które mam przed sobą, jeszcze bardziej zrujnuję życie wszystkich, których znam, i ich rodzin. Jakby i tak już niewystarczająco mnie nienawidzili.

Z mojego lewego ramienia wypływa gorący strumień, który cieknie po ręce i skapuje z lufy pistoletu. Uchwyt lepi się od krwi, która zasycha między palcami. Ściskam go mocniej, żeby dodać sobie pewności siebie.

Nie działa.

Szkarłatna kałuża obok mojego buta robi się coraz większa, w miarę jak ogarniają mnie wątpliwości, a siły witalne wyciekają przez ranę. Oświetlający korytarz białawy neon mruga, a moje oczy na moment tracą ostrość. Trzęsą mi się kolana, a strach jest lodowatą stalową kulą w moich trzewiach.

Jestem o krok od popełnienia największego błędu w swoim życiu.

Dobra wiadomość?

Dobra wiadomość jest taka, że nie będę żył na tyle długo, by go żałować.

1

Spotkanie

Pochylam się i wymiotuję do wielkiego chromowanego kosza na śmieci. Mój żołądek kurczy się jak cytryna wyciśnięta do cna. Napór krwi w głowie sprawia, że czas wokół się zatrzymuje i istnieje tylko ta zimna, metaliczna krawędź, o którą się opieram, aż znów mogę normalnie oddychać.

– Dobrze się czujesz, Simon? – pyta Tom.

Dotyk dłoni przyjaciela na moim ramieniu jest uspokajający, pokrzepiający. Przynajmniej do chwili, gdy przytakuję. Wtedy chwyta mnie za koszulę i ciągnie do tyłu, próbując mnie wyprostować. Żeby to się udało, muszę się oprzeć o ścianę, bo Tom jest ode mnie jakieś dwadzieścia centymetrów niższy i waży dwadzieścia kilogramów mniej.

– No to weź się w garść, na miłość boską. Dziś stawiamy wszystko na jedną kartę, drągalu – mówi, dając znać recepcjonistce za swoimi plecami.

Próbuję wciągnąć do płuc więcej powietrza, robiąc długie, nieregularne wdechy.

– Może należałoby przełożyć spotkanie o kilka dni. Udoskonalić kilka zmiennych, dać Lisie nowy…

– Jezu, twój oddech cuchnie dyskotekowym kiblem – przerywa mi Tom, marszcząc nos. – Nie, niczego nie będziemy przekładać, bo ten koleś wróci do Chicago dopiero w przyszłym roku, a do tego czasu wylądujemy na ulicy, żebrząc pod mostem albo jeszcze gorzej. Wiesz, ile mnie kosztowało załatwienie tego spotkania? Wejdziesz tam, pokażesz mu to cholerne cudo, które zaprojektowałeś, i będziemy bogaci.

Tom oczywiście ma rację, choć nie chcę tego przyznać.

Nie reaguję zbyt dobrze na presję, na interakcje społeczne ani nawet na bycie w pobliżu innych ludzi. Lubię samotność. Poszedłem kiedyś do psycholożki, żeby opowiedzieć jej o lęku, zimnych potach, mdłościach i zawrotach głowy, na jakie cierpiałem w obecności innych, a ona powiedziała mi, że ja tylko tak myślę, że wolę być sam, ponieważ nigdy nie przestałem być sam. Że moje rzekome preferowanie izolacji to racjonalizacja.

Na stole stała miska pełna jeżynowych cukierków, a ja nie mogłem oderwać od nich wzroku, podczas gdy ona wypowiadała te słowa, które zamieszały w moich schematach myślowych bardziej, niżbym chciał. Gdy tylko poruszyła temat mojego brata, ucieszyłem się, że mam pretekst, by wstać i przerwać sesję. A ponieważ do wybicia pełnej godziny zostało jeszcze dziesięć minut, wziąłem sobie garść tych jeżynowych cukierków. Mam wielką rękę i wciąż pamiętam skonsternowaną twarz psycholożki, kiedy jej nowy pacjent i trzy czwarte miski z cukierkami zniknęli za drzwiami.

Nie pozwalam, by ktokolwiek mówił o moim bracie Arthurze. Nigdy.

Wraz z ostatnim szarpnięciem Toma jakimś cudem biorę się w garść. Omijam stado pufów w krzykliwych kolorach, które zachęcają do pozostania na nogach, i podchodzę do recepcjonistki. Uśmiechnięta Azjatka w zbyt mocnym makijażu i z włosami zebranymi w tak ciasny kucyk, że aż boli od samego patrzenia, siedzi za biurkiem wykonanym z żywicy i szkła, które zawstydziłoby centrum dowodzenia statku Enterprise.

– Przepraszam, że musiała to pani oglądać.

Dziewczyna śmieje się wyrozumiale.

– Proszę się nie przejmować. Jest pan czwartą osobą, która wymiotuje do kosza, a jestem w tej pracy dopiero od dwóch tygodni.

Wyciąga do mnie pudełko chusteczek i z wdzięcznością biorę całą garść.

– Kiedy dawali pani pracę, na pewno nikt nie uprzedził, że będzie tu pani miała darmowe widowisko. Parada żebraków!

– Wiem, co dla was, mózgowców, znaczy spotkanie z wielkim szefem. Niektórzy przychodzą nawet w koszulce z logo naszej firmy, żeby się podlizać. Oni nie wytrzymują nawet trzech minut.

– A więc ta słynna historia z klepsydrą to prawda?

Ona wzrusza ramionami, jak gdyby powiedziała za dużo.

– Wygląda pan na miłego gościa. Podpiszcie swoje NDA i zaprowadzę was do sali konferencyjnej, będzie się pan mógł trochę odświeżyć.

Pokazuje mi ekran dotykowy z bardzo długim tekstem pełnym punktów i klauzul, załączników i parafek zamieszczonych przez prawników. Nawet nie udaję, że to czytam, tylko składam podpis palcem wskazującym na końcu dokumentu. Nie wiem, czy podpisałem umowę o zachowaniu poufności, czy sprzedałem swoją duszę Infinity. W tym przypadku to jedno i to samo. Biorąc pod uwagę to wszystko, co ci goście o mnie wiedzą (o każdym z nas, tak naprawdę), to tak, jakby już byli moimi właścicielami.

Tom podchodzi ze swoją skórzaną teczką i z moją torbą listonoszką. On też podpisuje się na ekranie, po czym otwierają się dwa szklane panele, aby wpuścić nas do raju. Dziesięć lat temu, kiedy skończyłem studia na inżynierii informatycznej, dałbym wszystko, byle tylko dostać się do siedziby Infinity, żeby być częścią tego zespołu, poznać niektóre z ich licznych sekretów. To była najmniejsza z siedzib przedsiębiorstwa, ale i tak cieszyła się wszystkimi udogodnieniami, dzięki którym stała się najbardziej pożądaną firmą przez młodych absolwentów w całej Ameryce: darmowe przekąski i napoje o każdej porze, stołówka prowadzona przez szefa kuchni godnego pięciogwiazdkowej restauracji, sale wypoczynkowe, siłownia… Widzimy to wszystko, przechodząc, więc recepcjonistka nie musi zadawać sobie trudu, by cokolwiek nam wyjaśniać. My przyszliśmy prosić o pieniądze, a zatem nie zasługujemy na zwyczajowe zwiedzanie z przewodnikiem, czego z pewnością ma już po dziurki w nosie.

Jestem wdzięczny za jej obojętność. Ten Simon, który zabiłby, żeby tu wejść, już nie istnieje. Lata pukania od jednych drzwi do drugich, żeby dostać szansę, zniszczyły go, nasilając jego fobię społeczną, aż stał się mierzącym metr dziewięćdziesiąt i ważącym sto kilogramów pustelnikiem, który teraz przemierza korytarze swojego wyblakłego raju.

Tom Wilson, mój prawnik i najlepszy przyjaciel (obiektywnie rzecz biorąc, jedyny) jest moim zupełnym przeciwieństwem. Drobny, rudowłosy, o żywym spojrzeniu, niezmordowany. Zawsze ma dobre słowo i uśmiech dla każdego, kogo spotka. Jeśli poszukasz w Wikipedii hasła „powierzchowny urok”, pojawi się jego zdjęcie. Przechodząc obok stołówki, mijamy atrakcyjną dziewczynę w dużych okularach w rogowej oprawie, w znoszonej koszulce z Kermitem Żabą i dopasowanych dżinsach. Niesie tacę z sałatką, butelką wody i zielonym jabłkiem. Tom zabiera jabłko i puszcza do dziewczyny oko. Gdybym ja zrobił coś takiego, skończyłoby się telefonem na policję i zakazem zbliżania się, ale Tom w odpowiedzi dostaje śmiech zaskoczenia, a potem szeroki uśmiech, który trwa do chwili, gdy Tom znika za pierwszym rogiem, gdzie prowadzi nas recepcjonistka.

Kiedy Tom się odwraca, napotyka moje słabo skrywane zazdrosne spojrzenie. Nienawidzę go.

– Nienawidzę cię – mówię mu tylko po to, żeby nie miał żadnych wątpliwości.

– No weź, Simon. Rozchmurz się. Dla naszego gospodarza musisz być w dobrym humorze.

Rzuca mi jabłko, z którego ugryzł jeden, okrągły i wielki kęs – parodia słynnego logo Apple. Desperacko macham rękami, żeby je złapać, nie upuszczając torby, ale nie udaje mi się. Jabłko i torba lądują na podłodze.

Recepcjonistka się odwraca i spogląda na mnie pełnym nagany spojrzeniem, podczas gdy ja próbuję zebrać kawałki jabłka z wykładziny. Sprawia wrażenie, jakby żałowała, że wcześniej potraktowała mnie tak uprzejmie, i lodowatym gestem wskazuje nam salę konferencyjną.

– Proszę tu zaczekać i postarać się za bardzo nie napaskudzić.

Jak zawsze Tom świetnie się bawi, a ja płacę za nieswoje grzechy. Odsuwam go na bok i wchodzę do pomieszczenia, szukając śmietnika, by wyrzucić resztki bałaganu.

– Nie obrażaj się, stary – mówi Tom. – Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Ci ludzie lubią spontaniczność.

Prycham rozdrażniony. Palce mam lepkie od soku, a mój oddech przyspiesza. Zachary Myers, właściciel i założyciel Infinity, człowiek, którego podziwiałem i chciałem poznać, odkąd byłem dzieciakiem i zainstalowałem jego pierwszy, rewolucyjny system operacyjny, za chwilę tu przyjdzie, a ja uścisnę mu dłoń swoją wielką lepką łapą. Kręcę się dookoła, nie znajdując żadnego miejsca, gdzie mógłbym pozbyć się zmiażdżonego owocu.

Sala jest pomalowana cała na biało, stół jest zrobiony z jednego kawałka jakiegoś sztucznego tworzywa, a za każde z szesnastu otaczających go krzeseł mógłbym opłacić sobie rok studiów. Nigdzie jednak nie widzę śmietnika. W końcu się poddaję i wrzucam resztki jabłka do bocznej siatkowej kieszonki w torbie listonoszce, gdzie powinna siedzieć butelka z wodą. Nienawidzę zapachu jabłka i nienawidzę Toma za to, że zniszczył moją ulubioną torbę, która jest w idealnym rozmiarze, by zmieścił się w niej laptop, i jest jedną z nielicznych toreb na pasku wystarczająco długim, by otoczyć moje wielkie cielsko i nie wyglądać przy tym niczym szalik, jak w przypadku innych.

– Ej, stary, dlaczego nie wyrzuciłeś go do tego śmietnika? – pyta mój przyjaciel, wskazując szczelinę w ścianie. Po naciśnięciu część wysuwa się na zewnątrz: za późno, by uratować moją torbę, ale w samą porę, by moja złość na Toma osiągnęła temperaturę wrzenia.

– To koniec. Wychodzimy stąd. Nie mam zamiaru pokazać się Myersowi w takim stanie – mówię, zabierając torbę i kierując się do wyjścia.

Tom łapie mnie za przedramię.

– Zamknij się i usiądź. Prawda, że teraz czujesz się lepiej? Zniknęły mdłości?

Zatrzymuję się w pobliżu drzwi ze szkła grubego jak pięść i odwracam się do niego. Ten drań urządził to całe przedstawienie, żebym zapomniał o napadzie lęku i skupił się na jego głupstwach, co najwyraźniej zadziałało.

– Nie schrzań tego, okej? Nie chcę, żeby było tak samo jak…

Gestem nakazuję, żeby się przymknął, i wzrokiem wskazuję małą szklaną półkulę w rogu sali; to na pewno kamera wykorzystywana podczas wideokonferencji, której Myers bez wątpienia użyje do nagrania naszego spotkania, o ile już nie jest włączona. W Infinity nigdy nie szanowali prywatności klientów, którzy korzystają z ich przeglądarki internetowej, poczty e-mail czy urządzeń elektronicznych. W przeszłości celebryci na całym świecie padali ofiarą ich braku skrupułów, ostatnim razem kilka tygodni wcześniej, kiedy nastąpił ogromny wyciek zdjęć erotycznych dużej liczby gwiazd, które przechowywały w chmurze Infinity pamiątki ze swoich łóżkowych akrobacji.

Infinity wystosowało żałosne przeprosiny, tłumacząc się potężnym atakiem grupy hakerów, ale to na kilometr śmierdziało tym, że ktoś zostawił otwarte tylne drzwi, sekretne wejście dające dostęp do danych wszystkich klientów, którzy przechowywali swoje osobiste informacje na przepastnych serwerach Infinity. Wystarczyło tylko wpisać nazwisko konkretnej osoby i sprawdzić, czy zachowywała się niegrzecznie ze swoim partnerem albo z kimś innym.

Każdy system ma tylne drzwi, a jeśli nie szanujesz prywatności swoich klientów na tyle, by jej chronić, bardzo wątpię, byś nie naruszał prywatności skromnych właścicieli start-upu, którzy przychodzą prosić o pieniądze do twojego biura.

Tom od razu rozumie, puszcza do mnie oko i zaczyna gadać o swojej zdobyczy, farmaceutce, która pracuje przy ulicy Main, i o niesamowitej kolacji, jaką zjedli wczoraj w greckiej restauracji nieopodal jej domu. Jestem przekonany, że zmyśla połowę szczegółów, że to tylko teatr dla naszych gospodarzy, ale i tak zazdroszczę mu tej łatwości nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi. Jestem pogrążony w myślach, słucham Toma jednym uchem, gdy nagle odchrząknięcie tuż przy drzwiach sprawia, że obaj zrywamy się na równe nogi.

Za nami, jakby wyrósł spod ziemi, stoi jedyny człowiek, który może uratować naszą firmę przed ruiną.

2

Impertynencja

Z biegiem lat przestałem wierzyć w Zachary’ego Myersa, przestałem czuć pełne szacunku uwielbienie, jakim darzyłem takie postaci jak on, Bill Gates czy Steve Jobs. Kiedy byłem niewiele więcej niż nastolatkiem, który stawiał swoje pierwsze kroki w środowisku programistycznym, znałem każdy szczegół z ich życia, chłonąłem każde słowo, jakie wypowiadali w wywiadach, chciałem się dowiedzieć, jak się rozwijali od absolutnie niczego do chwili, gdy stali się rewolucjonistami, którzy zmienili świat.

Aż pewnego dnia wpadłem na własny pomysł, plan, dzięki któremu sam chciałem dorzucić swoje ziarenko piasku i, jak powiedziałby Tom, „zarobić tyle forsy, że mógłbym się na niej położyć”. Nagle moi bohaterowie stali się bardziej przyziemnymi, mniej wspaniałymi facetami. Wraz z każdą z tysięcy godzin, jakie spędziłem na wstukiwaniu kodów, wymyślając Lisę, blask gwiazd powoli przygasał, a ich słowa traciły swój sens. Nie chciałem już myśleć inaczej ani pozostać głodny i szalony. Chciałem tylko dokończyć ten cholerny wynalazek, na którego punkcie miałem obsesję od lat. W szczególnie ciężkim okresie zerwałem ze ścian zdjęcia moich idoli i wyrzuciłem je do kontenera na śmieci w pudełku po pizzy pełnym brzegów.

Nie cierpię brzegów pizzy.

Ciężka praca i fiasko ponoszone za fiaskiem sprawiły, że stałem się cyniczny wobec moich idoli z lat nastoletnich – co za zaskoczenie. Cóż, muszę przyznać, że poznanie osobiście Zachary’ego Myersa absolutnie nie pomogło w zmianie tego podejścia.

– Dzień dobry, panie Wilson, panie Sax – wita się.

Przyszedł sam, ubrany w swój kultowy strój, złożony z dżinsów i białego T-shirta, bledszy i bardziej postarzały niż na zdjęciach. Zbliża się do sześćdziesiątki i nawet te miliardy, które ma, nie zdołają tego zmienić.

Tom podchodzi, żeby uścisnąć mu dłoń, ale założyciel Infinity trzyma ręce za plecami.

– Przepraszam, ale nie podaję ręki, kiedy kogoś poznaję – mówi oschle. – Proszę usiąść.

– Rezerwuje pan to sobie na drugie spotkanie, panie Myers?

– Słucham?

– Uściśnięcie dłoni.

Myers uśmiecha się lodowato, lustrując nas spojrzeniem z góry na dół. Moja wygnieciona koszula i bojówki z szerokimi kieszeniami, tani garnitur Toma. Czuję ciężar jego spojrzenia i znowu dopadają mnie lęk i mdłości. Nawet Tom, który ma skórę z tytanu i mniej wstydu niż libański sprzedawca używanych samochodów, wierci się skrępowany.

– Łatwo sprawdzić, kto zajmuje się ciężką pracą, a kto public relations – mówi Myers i stawia przed sobą mały plastikowy przedmiot, mityczną klepsydrę, dzięki której zyskał sławę bezkompromisowego i chłodnego szefa nawet w tym świecie wypełnionym tak wielkimi ego, że potrzeba szerpów, lin wspinaczkowych i tlenu, żeby je pokonać. Podobno używa tej klepsydry do wszystkiego, od prezentacji dokonywanej przez szefa działu po wypicie kawy. „Każda czynność, której wykonanie zajmuje dłużej niż trzy minuty, jest stratą czasu”, oświadczył w magazynie „Time”, gdy został wybrany Człowiekiem Roku. Kiedy przygotowywaliśmy się do tego spotkania, Tom mocno podkreślał, jak bardzo żal mu pani Myers.

– Upokarzanie się pukaniem do kolejnych drzwi, aby pozyskać inwestorów, to bardzo ciężka praca – broni się Tom, który nie lubi, gdy bierze się go za człowieka z drugiego szeregu.

Myers go ignoruje i zwraca się do mnie.

– Panie Sax, jeśli pański wspólnik nadal będzie opowiadał dykteryjki, jeśli jeszcze raz otworzy usta na tym spotkaniu, nie będziemy nawet potrzebować tego – mówi, odwracając klepsydrę. – Proszę zaczynać. Niech mi pan opowie o Lisie.

Rzucam Tomowi rozpaczliwe spojrzenie. Nie tak to zaplanowaliśmy. Tom miał zrobić około czterdziestosekundową prezentację, potem ja miałem wykonać minutowy pokaz, a na końcu Tom miał powiedzieć o możliwościach Lisy, o wszystkich jej zastosowaniach i szansie, jaka się z nią wiąże. Bez wsparcia podczas wystąpienia czuję się pogubiony, mdłości wracają. Tom wzrusza ramionami i daje mi znak głową, żebym mówił.

Myers zaczyna się niecierpliwić i bębni palcami w stół.

– Dwie minuty i czterdzieści sekund.

Próbuję głęboko oddychać, co teoretycznie pomaga mi kontrolować mdłości, i wyjmuję z torby telefon. Nie jest to jeden z tych jego i Myers nie kryje niezadowolenia, ale dobrze wiem, co robię. Nie chcę podejmować ryzyka, dlatego załadowałem prototyp aplikacji na telefon innej firmy, na którym zablokowałem możliwość kontaktu ze wszystkim, oprócz mojego laptopa. Nie połączymy się nawet z kuszącym wi-fi Infinity. W tym momencie komputer, który właśnie postawiłem na stole, i mój telefon tworzą system zamknięty chroniony 4096-bitowym kluczem zabezpieczeń. Gdyby wszystkie serwery Infinity, umieszczone w hali przemysłowej wielkości sześciu boisk piłkarskich w Kolorado, pracowały jednocześnie nad jego rozszyfrowaniem, zajęłoby im to około sześciu tysięcy lat, plus minus sto lat. Oczywiście w tym celu należałoby odciąć od poczty elektronicznej dwadzieścia procent światowej populacji, a ciekawe, jak ludzie wytrzymaliby sześć tysięcy lat bez wysyłania sobie filmików z kotami.

– Przypuszczam, że przekazano panu, co…

– Proszę niczego nie przypuszczać, panie Sax. Nie wiem nic o Lisie. Proszę mi ją sprzedać.

Jego współpracownicy musieli przekazać mu streszczenie tego, co przygotowaliśmy – to pewne. Pojawiliśmy się na kilku blogach, ale nie było to nic spektakularnego. Jumping Crab (tak nazwaliśmy naszą firmę, nazwa, która nagle brzmi dla mnie śmiesznie i dziecinnie), młoda firma z Chicago, pracuje nad nowym systemem rozpoznawania obrazów. Drugorzędne gazety w paru linijkach wspomniały mimochodem, że mamy problemy z pozyskaniem finansowania – eufemizm na określenie tego, że pukaliśmy do drzwi wszystkich możliwych inwestorów i że jesteśmy totalnie spłukani.

To, że nikt nie wspomógł nas nawet centem, nie jest winą Toma, tylko moją. LISA jest skomplikowana, to cudo, ale nie zawsze działa, w znacznej mierze z powodu ograniczeń narzuconych przez moją obsesję na punkcie bezpieczeństwa. Na wszystkich prezentacjach poniosłem spektakularną klęskę. W ciągu ostatnich miesięcy, w obliczu nieuchronnego bankructwa, Tom dzwonił do Infinity (jedni z nielicznych, u których jeszcze nie zaliczyliśmy porażki) ponad sto razy – bez powodzenia. A mimo to parę tygodni temu dostał telefon i zaproszono nas na dziś, tutaj, nie na spotkanie z szefem działu czy kimś takim, tylko z samym Zacharym Myersem. Gdyby zadzwonił do niego święty Piotr, zapraszając na spotkanie z Wszechmogącym, Tom byłby mniej zdziwiony.

– LISA to angielski akronim od Algorytmu do Wyszukiwania Interpolacji Liniowej. W przeciwieństwie do tradycyjnych algorytmów, jak program do odwrotnego wyszukiwania obrazów, jaki oferuje pańska firma, nie wykorzystuje krawędzi obiektu, żeby określić, czym on jest. LISA szuka na obrazie fragmentu, który może rozpoznać, i przewiduje, co najprawdopodobniej znajdzie później.

– Uczenie statystyczne. Już tego próbowano.

– Ale robiono to za pomocą obrazów, szukając podobieństw między krawędziami, co wymaga niemal nieskończonych porównań. Mój algorytm wykorzystuje słowa.

Myers unosi brew. Nie wiem, czy tylko udaje, czy naprawdę jest zaskoczony. Jak na razie nie powiedziałem niczego, czego nie przekazali mu już jego współpracownicy, przypuszczam, że głośno się z nas śmiejąc.

– To niemożliwe, panie Sax. Mówi pan o intuicji. Sztucznej intuicji.

Gdybym dostawał centa za każdym razem, gdy to słyszałem, mógłbym kupić sobie sofę, która zastąpiłaby tę, którą w zeszłym tygodniu musiałem sprzedać na eBayu, żeby zapłacić rachunek za prąd, i nie musiałbym siadać na drewnianych skrzynkach.

– Zamiast szukać sylwetki i porównywać ją ze swoją bazą danych, co zajęłoby znacznie więcej czasu i byłoby nieprecyzyjne, LISA identyfikuje parametr i ustanawia prawdopodobieństwo, wykorzystując zmienne w danym kontekście. Nie skupia się na obrazie jako takim, tylko próbuje zrozumieć, gdzie on pasuje, tak jak małe dziecko, kiedy patrzy na coś nowego.

To Arthur podsunął mi pomysł, żeby właśnie tak zaprogramować Lisę. Arthur i jego wyjątkowy sposób postrzegania świata, tak czuły, tak niewinny. Ale nie będę mu o tym opowiadał. Nigdy nie rozmawiam z nikim o Arthurze.

– Panie Sax, to, co pan proponuje, jest genialne, ale to tylko science fiction.

Tom prostuje się na krześle i zamierza zaoponować, ale Myers paraliżuje go, podnosząc kościsty palec w kształcie pałeczki do gry na bębnie. Z teczki wyjmuje trzy przedmioty i kładzie je przed sobą na stole: pudełko zapałek, dozownik cukierków PEZ w kształcie księżniczki Disneya oraz zwykły długopis.

– Proszę zidentyfikować te trzy przedmioty za pomocą swojej aplikacji, zanim skończy się czas, panie Sax. Wtedy będziemy mogli dalej rozmawiać.

Kątem oka spoglądam na klepsydrę i oceniam, że nie zostało nawet czterdzieści sekund. Zaczynam od długopisu, bo to najłatwiejsze. Za pomocą aplikacji robię zdjęcie, pilnując, żeby nazwa marki długopisu była dobrze widoczna. Później dozownik cukierków. Księżniczka na wieczku stanowi problem, bo może poprowadzić algorytm setkami różnych ścieżek. Nie mam pojęcia, jak zareaguje, więc robię dwa zdjęcia, jedno z przodu, drugie z boku, i wciskam przycisk wyślij.

I na końcu prawdziwe wyzwanie, czyli pudełko zapałek. To jedno z tych w kształcie książki, dużo tekstu i mała objętość. Chcę je przestawić, żeby znaleźć jak najlepszy kąt, ale Myers mi na to nie pozwala.

– Bez dotykania, panie Sax.

Słońce zachodzi, a gasnące światło, które wpada przez duże okna na dwudziestym siódmym piętrze, nie jest bynajmniej korzystne dla Lisy. Zrobienie zdjęcia na wprost na niewiele się przyda, więc umieszczam telefon z boku w bliskiej odległości i fotografuję w taki sposób, żeby było widać główki zapałek. Kiedy odsuwam komórkę, spada ostatnie ziarenko w klepsydrze.

– Obawiam się, że wasz czas dobiegł końca, panowie – mówi Myers, wstając.

– Nie chce pan zobaczyć rezultatów? – pytam, próbując zyskać na czasie. LISA nie wydała jeszcze wibracji, która wskazuje na zakończenie wyszukiwania.

Myers patrzy na mnie i na telefon. Zauważam, jak jego własne zasady walczą z ciekawością. Wreszcie zwycięża ta ostatnia i Myers wyciąga rękę. Podaję mu telefon, a on wciska zielony przycisk, który właśnie pojawił się na ekranie.

– Pierwszy. Przedmiot – mówi kobiecy głos, czysty i wyraźny. Najbardziej zmysłowy, jaki udało mi się znaleźć w bankach audio, ale robi tyle pauz, że trudno go polubić. – Długopis. Uni-ball. Eye Micro. Kolor. Czarny. Dostępny w. Infinity Shopping. Za. Dwa dolary trzydzieści osiem centów. Czy mam go zamówić, Simon?

– Nie, dziękuję, LISA. Przejdź do następnego.

Aplikacja robi pauzę, przetwarzając moje polecenie, i przez chwilę jestem w strachu, że się zawiesiła.

– Drugi. Przedmiot – mówi w końcu. – Dozownik. Cukierków. PEZ. Różne modele. Dostępny w. Infinity Shopping. Od. Trzech dolarów jednego centa. Chcesz iść do sklepu, Simon?

– Nie, LISA. Przejdź do następnego.

Wbijam paznokcie w wewnętrzną część dłoni. To będzie boleć.

– Trzeci. Przedmiot. Wyniki. Niejednoznaczne.

Nie mogła rozpoznać pudełka zapałek. Czuję falę porażki i opadam na krzesło, nie mając odwagi spojrzeć Myersowi w twarz. Zapada cisza, która zdaje się trwać całą wieczność, i wreszcie Tom ośmiela się ją przerwać.

– Czy mogę się już wtrącić, panie Myers?

Założyciel Infinity niezauważalnie kiwa głową, nie odrywając ode mnie wzroku.

– Jeśli można, proszę pana. LISA ma nieskończenie wiele zastosowań. Pierwotnie Simon wymyślił ją jako system mający ułatwiać ludziom zakupy. Wystarczy zobaczyć przedmiot, zrobić zdjęcie w aplikacji i gotowe, już można go kupić. Nie potrzeba kodu kreskowego ani nawet nie trzeba wiedzieć, jak się nazywa. Człowiek jedzie autobusem, widzi czyjeś adidasy i dziesięć sekund później może je sobie zamówić w jakimkolwiek sklepie online.

Tom nie musi dodawać, że sklepem, ze względu na domyślną przeglądarkę, byłby Infinity Shopping, wielki ból głowy dla Zachary’ego Myersa, zawsze dwa kroki za Amazonem. Nie musi mu też wyjaśniać, co aplikacja mogłaby zrobić dla jego biznesu.

LISA oznacza przełom, największą rewolucję na rynku nowych technologii, odkąd Steve Jobs zaprezentował iPhone’a w 2007 roku.

– Ale LISA może zrobić znacznie więcej niż tylko pomagać w zakupach. Algorytm Simona jest skalowalny, proszę pana, im więcej wie, tym więcej się uczy i szybciej dostarcza wyniki. A za parę lat moglibyśmy sprzedawać licencje na aplikacje edukacyjne, artystyczne, przemysłowe i badawcze.

– O ile będzie działać – fuka Myers, podnosząc pudełko zapałek.

– Potrzebowalibyśmy pieniędzy na udoskonalenie algorytmu, na bazę danych…

Mężczyzna po drugiej stronie stołu sztywnieje, słychać trzeszczenie kręgów szyjnych, kiedy jego ciało się napina, szykując się do bitwy. Teraz jest na swoim terenie.

– Ile?

Nie zawiedź mnie teraz, Tom, myślę. Niech nie zadrży ci głos.

– Dziesięć milionów dolarów na początek w zamian za dziesięć procent akcji – odpowiada Tom z taką samą swobodą, z jaką czytałby menu dnia. Kto by pomyślał, że parę godzin temu pożyczał pieniądze od mojej sąsiadki, żeby móc zatankować. – Sto milionów w drugiej turze w zamian za kolejne dziesięć procent. Pięćset milionów w trzeciej turze, otwartej dla każdego oferenta, za pozostałe dwadzieścia procent.

Myers powstrzymuje wybuch śmiechu, wydając nieprzyjemne dźwięki, niczym miech, który nie napełnił się do końca.

– Powiedział pan, panie Wilson, że LISA ma wiele zastosowań. Kto będzie decydować o tym, jakie konkretnie?

– Simon i ja będziemy kontrolować pięćdziesiąt jeden procent akcji.

– Myślę, że nie macie odpowiedniej pozycji, by wynegocjować tak dobry układ, panie Wilson. Wasza aplikacja działa z przerwami, jej interaktywność jest słaba, a interfejs użytkownika pozostawia wiele do życzenia. Nie wspominając o waszej sytuacji finansowej. Na rachunku bankowym pańskiego wspólnika jest debet w wysokości siedmiuset dolarów – mówi, wskazując na mnie palcem – i nie sądzę, by mógł spłacić dwa kredyty hipoteczne, jakie zaciągnął na dom swoich rodziców. A pan nie jest wcale w lepszej sytuacji. Ani wasi trzej pracownicy, którzy od miesięcy nie dostają nędznej pensji.

Tom na mnie patrzy, udając zbulwersowanego, ale obaj wiedzieliśmy, że ten moment nadejdzie. Żaden miliarder nie spotyka się z kolesiami, którzy przychodzą prosić go o pieniądze, nie zlecając uprzednio finansowego prześwietlenia.

– Jestem pewien, że możemy dojść do porozumienia, pod warunkiem że Infinity zostanie właścicielką technologii – ciągnie Myers.

– To wykluczone – mówi Tom. – Jeśli nie chce pan w to wejść, w porządku. Znajdziemy kogoś innego.

– Pukaliście już do wszystkich drzwi. Jak zamierzacie opłacić rachunki do tego czasu?

Wtedy przypominam sobie odcinek Zwariowanych melodii, który oglądałem kiedyś z Arthurem. Królik Bugs wlecze się spragniony przez pustynię, szukając oazy, a Kaczor Daffy wyskakuje zza kamienia, sprzedając lemoniadę w cenie złota. To najbrudniejsza i najstarsza na świecie zagrywka. Zastanawiam się, czy to właśnie z tego powodu Infinity nie przyjęła nas wcześniej. Myers chce mieć tę technologię, chce jej rozpaczliwie, i przez cały ten czas krążył nad nami, czekając, aż znajdziemy się w krytycznej sytuacji, byśmy nie mogli negocjować.

– LISA jest prawie gotowa – mówi Tom. – Pokażemy ją innemu inwestorowi.

– Nie, nie jest. Trafiła w pełni w przypadku produktu, na którym widać nazwę modelu, trafiła częściowo w przypadku cukierków i nie trafiła z zapałkami. Będziecie potrzebować więcej niż dziesięciu milionów dolarów, żeby zbudować bazę danych obrazów, i mnóstwo teraflopsów, żeby LISA mogła się uczyć. Ja mogę wam to wszystko zaoferować. Jestem gotów kupić waszą technologię i włączyć was do naszego zespołu za sześciocyfrową pensję, ubezpieczenie zdrowotne dla was i waszej najbliższej rodziny – mówi, patrząc na mnie kątem oka.

Ta wzmianka o Arthurze, choć zawoalowana, to więcej, niż mogę znieść, więc wstaję.

– Panie Myers – mówię, starając się brzmieć stanowczo. – Przez sześć lat wklepywałem pięć milionów linii kodu Lisy. Myśli pan, że pańscy inżynierowie mogą odkryć, jak to zrobiłem? W takim razie życzę powodzenia, bo prędzej będę pracował w McDonaldzie, niż sprzedam panu swoje pomysły za pensję i opiekę dentystyczną.

Pod koniec mój głos drży tak bardzo, że da się zrozumieć ledwie co trzecią sylabę, ale domyślam się, że przekaz dotarł do Myersa, ponieważ wstaje i wściekły wychodzi z sali.

Tom klepie mnie po plecach.

– Gratulacje, Simon – mówi. – Właśnie doprowadziłeś nas do ruiny.

3

Kij hokejowy

Tom i ja pokonujemy drogę powrotną w niewygodnej ciszy. Widzę jego oburzenie i frustrację, jakie okazuje w sporadycznych wybuchach. Jestem wdzięczny, że wyładowuje się na dźwigni zmiany biegów starego forda fiesty, zamiast skręcić mi kark.

– Posłuchaj, Tom…

Jak zwykle czeka, aż zacznę przepraszać, żeby móc zaatakować. Robi tak, odkąd się poznaliśmy, osiem lat temu, kiedy obaj byliśmy na ostatnim roku studiów. Właśnie zmarli moi rodzice, więc żeby zapewnić Arthurowi opiekę, starałem się zarobić trochę dodatkowego grosza, naprawiając komputery. Tom traktował swojego laptopa dokładnie tak samo jak forda fiestę (to ten sam, którego miał wtedy), więc potrzebował wszelkiej pomocy, jakiej mogłem mu udzielić. Kiedy skończyłem naprawę, powiedział, że nie ma pieniędzy, by mi zapłacić, ale zaprasza mnie na piwo. Po sześciu kolejkach byliśmy już przyjaciółmi. Tom lubił gadać jak najęty, a mnie podobało się, że poznałem kogoś, kto wypełnia ciszę, która towarzyszyła mi wszędzie, niczym dodatkowa część mojego ciała. Chociaż teraz chyba patrzę na to inaczej. Tom był wszystkim, czym ja nie byłem: wulkanem energii bez celu, reklamą bez produktu. Poznając mnie, znalazł właściwą ścieżkę i dowiedział się, co sprzedawać, a ja mu to właśnie odebrałem.

– Nie, to ty mnie posłuchaj – mówi, skręcając w prawo tak gwałtownym ruchem kierownicy, że aż mną zarzuca. – Mogłem iść do jakiejś prestiżowej kancelarii, zamiast łapać gówniane zlecenia tu i tam, nie mogąc tak naprawdę z nikim nawiązać stałej współpracy, bo musiałem organizować tę firmę, prowadzić twoją księgowość, rozmawiać z inwestorami. Okej, może nie do jednej z tych wielkich kancelarii, ale na pewno do jakiejś mniejszej. Teraz miałbym dobrą pensję i samochód młodszy niż dwudziestoletni. Przed czterdziestką zostałbym wspólnikiem. Ale odłożyłem to wszystko na bok przez ciebie, gnojku. Przysięgałeś mi, że będziemy bogaci.

Zmienia pas, nie włączając kierunkowskazu, i trzyma palec na klaksonie, wyprzedzając samochód, który nie jedzie tak szybko, jak on by chciał, co w przypadku Toma oznacza co najmniej dziesięć kilometrów ponad dozwoloną prędkość.

– Jedź po swojej stronie, palancie! – krzyczy do lusterka wstecznego. – Nie żebym prosił o zbyt wiele. Wystarczyłoby mi osiągnięcie zysku za okres, jaki nad tym pracowaliśmy, i Myers był naszą ostatnią szansą. Teraz nie mamy nic i siedzimy w długach po uszy. Myślałeś o tym, co będzie z Arthurem za kilka tygodni, kiedy ludzie z ośrodka przestaną wierzyć, że czek został wysłany pocztą?

Nie wkurzam się na Toma za to, że wspomniał o Arthurze, ponieważ Tom należy do rodziny, ponieważ ma rację i ponieważ boję się, że wylądujemy na barierce ochronnej, jeśli zacznę się krzywić.

– Infinity oferowała nam rozwiązanie, Simon. Nie było idealne, jasne, że nie, ale to dobre rozwiązanie. A ty wszystko zaprzepaściłeś.

Tylny błotnik fiesty mija drugi samochód o niecałe trzy centymetry. Silnik protestuje, jakby miał za chwilę wybuchnąć, a ja trzymam się fotela i zastanawiam, czy dojedziemy żywi.

Kiedy wreszcie hamuje dwie przecznice od mojego domu, oddycham z ulgą, wysiadając z samochodu, ale Tom natychmiast dba o to, żeby w moim gardle powstała kolejna gula, tym razem innego rodzaju.

– Wiesz, co tak naprawdę mnie wnerwia, Simon? – pyta, nachylając się do szyby od strony pasażera. – Że ty się nie odzywasz. Zawsze siedzisz cicho, we własnym świecie, czekając, aż inni wyciągną cię z tarapatów, aż rozgryzą, co się dzieje w twojej głowie. Od dawna zachęcam cię, żebyś wyrzucił z siebie wszystko, żebyś odważył się wykrzyczeć światu prosto w twarz, ile jesteś wart. A w dniu, kiedy wreszcie to robisz, tylko wszystko chrzanisz.

Odjeżdża z piskiem opon, zostawiając na asfalcie czarny ślad i drugi taki sam w mojej świadomości. To, co zrobiłem, nie było fair wobec Toma, z kolei coś przeciwnego nie byłoby fair wobec Lisy. Chciałbym mu to wyjaśnić, móc wszystko naprawić, ale jego ford fiesta jest już tylko punkcikiem na końcu ulicy.

Niebo zrobiło się brudnoszare, idealnie pasujące do moich myśli, a latarnie powoli nabierają życia, kiedy idę do domu przy ślepej uliczce na końcu osiedla. Mieszkam tu całe życie, chociaż teraz nie jest to już okolica zamieszkała przez wyższą klasę średnią, jak wtedy, gdy moja matka, ze mną w ciąży, się tu wprowadziła. Z powodu kryzysu wielu sprzedało swoje domy i wyprowadziło się z Chicago do Indiany albo Missouri, gdzie lokale są tańsze. Cena metra kwadratowego drastycznie wzrosła i wiele domów stoi teraz pustych. Zabito w nich okna, bezskutecznie próbując nie dopuścić do tego, by nastolatkowie zakradli się do środka, żeby tam pić, ćpać i się migdalić.

W oddali widzę kilku takich, grają w hokeja na wolnej przestrzeni między moją ulicą a prostopadłą do niej. Normalnie nie zwróciłbym na nich uwagi, gdyby nie postać, która idzie wyprostowana jak struna, stawiając krótkie i pospieszne kroki, i wchodzi w sam środek grupy. Jeden z nastolatków, jakiś idiota wyższy i większy od pozostałych, w czarnej koszulce z czaszką, akurat w tej chwili podnosi kij, żeby oddać strzał na prowizoryczną bramkę zrobioną z dwóch plecaków. Potyka się o nowo przybyłego i o mało nie upada na ziemię.

– Niedorozwój z ciebie, czy co? – pyta Czaszka, popychając go.

– No tak, stary, nie widzisz? – odzywa się inny ze śmiechem.

Obstępują go i dotykają, popychają, śmieją się z jego ciemnych, skośnych oczu, okrągłej twarzy, krótkich palców. On rozgląda się wokół, przestraszony. Chce, żeby przestali.

To Arthur.

– Co jest, niedorozwój? – rzuca Czaszka, łapiąc go za ramię. – Jesteś w szoku, widząc tylu bystrzaków, co?

– Zesrał się w spodnie, na bank – mówi inny.

– To prawda, niedorozwój?

Arthur nie odpowiada, tylko patrzy w ziemię, niczego nie rozumiejąc.

– Sprawdzimy – zarządza Czaszka, sięgając ręką do jego paska. – Ciekawe, w jakim kolorze ma gacie.

Arthur wydaje jęk sprzeciwu, dla mnie niesłyszalny, ponieważ przemierzam ulicę długimi susami, biegnąc mu na ratunek, przeklinając się za to, że jestem taki powolny i ociężały. W każdym razie wcale nie muszę tego słyszeć. Słucham tego od lat. To przytłumione, głębokie, rozdzierające miauczenie. Wołanie o pomoc bezbronnego niewinnego chłopca, kogoś, kto nie rozumie, czym jest agresja, ponieważ w jego sercu istnieje tylko dobroć. Wyrządzenie krzywdy komuś takiemu to niedopuszczalne okrucieństwo.

Wpadam do kółeczka, odsuwając nastolatków na boki. Nie muszę nawet używać rąk, jestem czterdzieści centymetrów od nich wyższy. Ich lider, Czaszka, to już inna sprawa. Musi być gdzieś w drugiej klasie szkoły średniej, ma metr osiemdziesiąt wzrostu i szerokie bary. To jeden z tych łobuzów, które zbyt wcześnie się rozwinęły, pewnego dnia odkryły, że podoba im się, gdy inni się ich boją, i zrobiły sobie dwór sługusów z tych najsłabszych. Widzę ich w ciągu tych paru sekund, jakich potrzebuję, by do niego dopaść: ten odrabia mu pracę domową, ten śmieje się z jego żartów, tamten aspiruje do roli lidera, ale zadowala się byciem mięśniakiem. Kiedy jesteś takim przegrywem jak ja, uczysz się zauważać swoich wrogów i ich unikać. Ale teraz krzywdzą Arthura.

Łapię Czaszkę za ramię, nie dając mu czasu na reakcję. Wyrywam mu kij z rąk. Szarpie się, próbując go odzyskać i się mnie pozbyć. Jest duży i silny. Ale ja jestem większy i silniejszy.

Rzucam go na ziemię. On próbuje się podnieść, ale ja łapię kij za plastikowy uchwyt, dawniej biały, a teraz poszarzały od potu i brudu, i opieram główkę o jego brodę.

– Trisomia dwadzieścia jeden. Na to cierpi Arthur. Jego geny mają dodatkowy chromosom. Nie on o tym decydował, podobnie jak ty nie decydowałeś o tym, że będziesz blondynem. Powtórz to, chcę mieć pewność, że dobrze zapamiętałeś. Trisomia dwadzieścia jeden.

Czaszka patrzy na mnie wybałuszonymi oczami. Nie jest przyzwyczajony do przegrywania. Podnosi rękę do twarzy, próbując odsunąć końcówkę kija od podbródka. Przyciskam mocniej.

– Pojebało cię, stary? To boli!

Nie znoszę żadnej z politycznie poprawnych nazw, jakimi ludzie określają to zaburzenie: zespół Downa, niepełnosprawność intelektualna. A jeśli komuś przyjdzie do głowy powiedzieć na głos jedną z tych powszechnych obelg (niedorozwój, mongoł, debil) najprawdopodobniej dostanie w ryj. Nie jestem agresywny, ale nikt nie będzie obrażał mojego brata.

Nigdy.

– Nie wiem, czy mnie pojebało – mówię, jeszcze mocniej przyciskając kij. – Może. Ale teraz to ja mogę sprawić, że zaraz połkniesz własne zęby, jeśli nie zrobisz tego, co każę.

Czaszka rozgląda się dookoła. Wszyscy przyjaciele na niego patrzą, a on nie jest gotów stracić swojego statusu samca alfa. Próbuje się wywinąć, pełznąc do tyłu w niezbyt godnej lidera pozycji, ale przydeptuję krawędź jego spodni z obniżonym krokiem, a on ląduje na tyłku, obcierając sobie łokcie.

– Cholera!

Znowu umieszczam kij przy jego ustach, upewniając się, że ostra krawędź przyciska jego dolną wargę do dziąsła.

– Trisomia dwadzieścia jeden. Na to cierpi Arthur. Powtórz.

– Trisomia dwadzieścia jeden! Trisomia dwadzieścia jeden! Już! Zadowolony?!

Chwytam kij hokejowy oburącz (to gruby kij z dobrego dębowego drewna) i rozwalam go na prawym kolanie z suchym i gwałtownym trzaskiem. Boli jak diabli, ale wytrzymam. Warto, żeby zobaczyć ich przerażone gęby. Ci chłopcy praktycznie przyszli na świat z takim kijem pod pachą i wiedzą, że aby go złamać, potrzeba ogromnej siły.

– Teraz już tak – mówię, rzucając resztki kija na Czaszkę. – Wynocha stąd.

Chłopcy przerywają kółko, które utworzyli wokół nas, i rzucają się do ucieczki. Czaszka biegnie na końcu, a kiedy znajduje się w bezpiecznej odległości, odwraca się, żeby do mnie krzyknąć:

– Jak cię złapię, to zabiję, skurwielu!

Ignoruję go, odwracam się do Arthura i rozkładam ramiona. Z początku nie jest mu łatwo, wciąż jest śmiertelnie przestraszony. Patrzy na mnie, lewą ręką ciągnie za prawy rękaw, robi krok w bok, potem drugi. Nie poganiam go, nie wykonuję żadnego gwałtownego ruchu, który mógłby go przestraszyć jeszcze bardziej. Wreszcie się poddaje i podchodzi szukać pocieszenia, obejmuje mnie, ukrywa głowę w mojej klatce piersiowej i wybucha płaczem.

– Popychali mnie, Simon.

– Wiem, Arthur.

4

Spaghetti

Arthur urodził się cztery lata przede mną, co oznacza, że zostało mu jeszcze siedemnaście, co najwyżej dwadzieścia lat. Rzadko kiedy bowiem osoby z trisomią 21 przekraczają pięćdziesiątkę, tym bardziej gdy mają problemy z sercem, tak jak Arthur. Wszystko w nim jest skomplikowane, inne. Każdy organ jego ciała jest zagrożony ze względu na genetyczną osobliwość. Raz, kiedy rodzice myśleli, że śpimy, usłyszałem, jak tata mówi, że wszystkie wady w jego organizmie były spowodowane przez Naturę, która jak najszybciej próbowała naprawić błąd Boga. Mama nie odpowiedziała, wydała jedynie – niewinny, nieznaczący – pomruk niezadowolenia.

Arthur i ja siedzieliśmy wtedy na tylnym siedzeniu w samochodzie, nie pamiętam już, skąd wracaliśmy, i chciałem krzyknąć, powiedzieć, że Arthur nie jest żadnym błędem, ale byłem tylko wystraszonym dzieciakiem, a Arthur spał, więc milczałem, zamieniłem te słowa w długie, zatrute ciernie, i pozwoliłem, by zostały w moim wnętrzu. Myślę, że to właśnie tamtego dnia zacząłem nienawidzić ojca, że wtedy zaczęło we mnie dojrzewać to, co stało się później.

– Dlaczego nie jesteś w ośrodku, Arthur? – pytam w drodze do domu.

Ośrodek Caulfield dla Osób Wymagających Szczególnych Potrzeb znajduje się zaledwie cztery przecznice stąd, właśnie dlatego mama wybrała to osiedle. Już przed moimi narodzinami nasze życie kręciło się wokół Arthura. Ja nie mogę narzekać. Biorąc pod uwagę ryzyko, jakie istniało, że i ja urodzę się z trisomią, to cud, że odważyli się mnie mieć. Cud, lekkomyślność albo skrajny egoizm. Jeszcze nie zdecydowałem.

– Dziś był kalafior.

Wykonuję przesadzony gest wymiotny, a Arthur śmieje się na całe gardło. Dołączam do niego, chociaż jestem smutny, zmartwiony, a lodówka jest pusta. Chcę mu powiedzieć, że nie rozumiem, dlaczego, do cholery, nie zostaje na kolacji tam, gdzie jedzenie jest zdrowe, odpowiednie i opłacone aż do końca tygodnia, zamiast przychodzić do domu, kiedy przypuszczalnie miałem być sam, żeby lizać rany i użalać się nad sobą, włączyć jakiś odcinek Zagubionych albo House of Cards i psioczyć na scenarzystów na jakimś blogu, żeby poczuć się lepszy, a później użalać się nad sobą jeszcze trochę, aż zasnę. Tymczasem on swoją obecnością wszystko psuje, bo muszę przygotować mu kolację i robić dobrą minę do złej gry, i zagrać z nim w UNO i spróbować wygrać, bo jeśli przegrywam, on się na mnie złości, a wygranie jest bardzo trudne, ponieważ on jest w tym ode mnie znacznie lepszy. W dodatku cały czas myślę o swojej wtopie na spotkaniu i o tym, jak zawiodłem Toma, i o tym, jak poprawić zmienną rozpoznawania otoczenia świetlnego Lisy w zależności od godziny, żeby nie powtórzyło się już coś takiego jak z zapałkami, i o tym, że jeśli nie zapłacę rachunku, to jutro odetną nam wodę, bo przysłali już trzecie wezwanie.

Chcę powiedzieć mu to wszystko, ale mówię tylko:

– Zrobię ci spaghetti.

Arthur znowu się śmieje.

– A ja zrobię sos pomidorowy i zetrę ser.

Obdarza mnie takim uśmiechem, że na chwilę zapominam o problemach. Jego sos pomidorowy nie ma sobie równych.

Ponieważ poziom jego niepełnosprawności intelektualnej jest relatywnie niski jak na takie schorzenie, Arthur może dowolnie wychodzić z ośrodka i do niego wracać. Chociaż powinien tam spać i jeść posiłki, dają mu dość dużą swobodę, czasami nawet mnie o tym nie uprzedzając, tak jak dziś. Nie mogę narzekać, biorąc pod uwagę cierpliwość, jaką mają do opłat, i to, jak bardzo pobyt tam jest korzystny dla mojego brata. Każdego dnia wykonuje ćwiczenia psychomotoryczne, żeby wspomóc koordynację i równowagę mięśniową, uczy się wykonywać proste zadania i maksymalnie rozwijać swoje umiejętności. Parę lat temu nauczyli go posługiwać się wiertarką i postanowił zmienić wystrój salonu. Siedziałem wtedy w piwnicy, programując ze słuchawkami na uszach i słuchając bardzo głośnej muzyki, bo tylko w taki sposób mogę się skupić i nie myśleć o niczym innym. Kiedy się zorientowałem, co robi Arthur, na głównej ścianie umieścił już w rzędzie siedemnaście haczyków. Idealnie wypoziomowanych, w odległości dokładnie dwóch cali jeden od drugiego i półtora metra od podłogi.

– Na kurtki – powiedział z szerokim uśmiechem.

Nie mamy tylu kurtek, ale oprócz haczyków Arthura teraz w salonie nie zostało wiele więcej, o czym się przekonuję po wejściu do domu. Otwierając drzwi, odsuwam stopą kilka kopert, które wrzucono do wrzutki w drzwiach, z bijącym po oczach czerwonym napisem OSTATNIE WEZWANIE, ZAPŁAĆ TERAZ, i dokonuję inwentaryzacji:

okropna lampa z fioletowym tulipanem, której na eBayu nikt nie chciał licytować,sterta gazet z lat osiemdziesiątych robi za stolik kawowy,trzy drewniane skrzynki, które znalazłem obok kontenera na śmieci przy Walmarcie (po jabłkach), orazsporo pajęczyn.

Arthur niespecjalnie jest zaskoczony tymi pustkami. Jego pokój wciąż jest nienaruszony, a tam, gdzie w pozostałej części domu widzę puste przestrzenie, on widzi teraz nowe miejsca, w których może ustawić swój pociąg z lego. Za każdym razem, gdy jakiś mebel zamienia się na pieniądze, którymi mogę opłacić OSTATNIE WEZWANIE, on rusza na poprzednie miejsce, gdzie zostawił swój pociąg, rozmontowuje go i buduje na nowo (nie patrząc na instrukcję) w tym nowym miejscu, w którym parkiet zachował jeszcze oryginalny kolor i pachnie nieco inaczej, kurzem i nieobecnością.

Ostatnim miejscem, w którym zbudował pociąg, jest to po sofie, która zniknęła dwa tygodnie temu, więc mijamy go (ja stawiam krok nad, on obchodzi dookoła) w drodze do kuchni. Wyjmuję duży garnek, ale zamieniam na mały, gdy się przekonuję, że z ostatniej paczki spaghetti została tylko połowa, i parskam śmiechem, gdy umieszczam garnek pod kranem i okazuje się, że odcięli nam wodę.

– Ostatni dzień jest jutro, chciwe skurwysyny! – krzyczę do szefów przedsiębiorstwa, którzy na pewno mnie słuchają.

– Powiedziałeś „skurwysyny” – zwraca mi uwagę Arthur, który trzyma już w dłoni tarkę do sera.

Przeszukuję kieszenie i szuflady w kuchni (mógłbym przysiąc, że gdzieś tu leżało parę ćwierćdolarówek) i udaje mi się zebrać ostatnie osiem dolarów i dziewięćdziesiąt dziewięć centów, które wystarczą na pizzę neapolitańską z Joe’s bez dodatkowych składników, bez napiwku dla dostawcy.

– To już nie jest wieczór spaghetti, Arthur, teraz to wieczór pizzy.

– Mogę zjeść twoje brzegi?

Wkurzony dostawca, pizza w zasadzie bez smaku i film z Jamesem Bondem (to ulubiona seria Arthura). Po tym wszystkim wysyłam brata do łóżka. Po chwili słyszę jego głos, woła mnie, żebym przyszedł i powiedział mu „dobranoc”.

– Wstrząśnięty, nie zmieszany!

Przytulam go, opowiadam sprośny żart, skręca się ze śmiechu, znowu go przytulam. Nagle łapie mnie za nadgarstek i pyta:

– Simon kocha Arthura?

Myślę o wielkiej porażce, jaką jest moje życie, o odpowiedzialności, jaką oznacza w nim Arthur, o tym, jaki jestem samotny. Myślę o tym, że żebym mógł być blisko Arthura, Tom i ja nie przeprowadziliśmy się do Doliny Krzemowej, rzut beretem od inwestorów i miejsc, gdzie rzeczy po prostu się dzieją dla ludzi takich jak ja.

– Tak, Arthur. Simon kocha Arthura. Bardzo mocno.

Uśmiecha się, zamyka powieki, jego oddech staje się coraz wolniejszy. Całuję go w czoło i gaszę lampkę na stoliku nocnym. Jestem już prawie przy drzwiach, kiedy woła mnie ponownie.

– Simon?

– Słucham, Arthur.

– Podobała mi się ta koszulka z czaszką.

– Śpij już, Arthur.

Schodzę po schodach, kiedy dzwoni telefon.

To Tom.

Wątpię, żeby dzwonił z przeprosinami. Tom nigdy się nie usprawiedliwia, tylko żartuje i zachowuje pozory normalności, a dzięki temu wcale nie poczuję się znacznie lepiej. Dochodzi północ, a ja jestem wyczerpany, więc odrzucam połączenie. Kilka sekund później dzwoni ponownie.

– O co chodzi?

– Jesteś pieprzonym geniuszem, o to chodzi.

Jego głos ma jakieś dziwne metaliczne echo, którego nigdy wcześniej nie słyszałem.

– Tom, jest późno…

– Simon, zadzwonił do mnie Myers. Powiedział, że jest pod wrażeniem twojego podejścia i twojej wiary w siebie, i że lepiej to sobie przemyślał.

W tym momencie Tom równie dobrze mógłby mówić do mnie po mandaryńsku albo klingońsku, bo nie rozumiem absolutnie niczego. Nagle mojemu mózgowi udaje się połączyć słowa ze znaczeniem.

– Chcesz powiedzieć…?

– Chcę powiedzieć, że wchodzą do pierwszej tury, Simon. Chcę powiedzieć, że jesteśmy bogaci.

Rozglądam się dookoła, patrzę na pusty salon, laptop, na którym oglądaliśmy film, puste i zatłuszczone pudełko po najgorszej pizzy w mieście.

Po raz drugi tego wieczoru parskam śmiechem.

Cicatriz

Copyright © Juan Gómez-Jurado 2015 in collaboration with Antonia Kerrigan Literary Agency

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2024

Copyright © for the translation by Barbara Bardadyn 2024

Redakcja – Kornelia Dąbrowska

Korekta – Paulina Stoparek, Anna Strożek, Aneta Wieczorek

Projekt typograficzny i skład – Kasia Kotynia

Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Ilustracja na okładce – Midjourney

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana

elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2024

ISBN epub: 9788383304397

ISBN mobi: 9788383304403

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Aleksandra Parzyszek, Paulina Gawęda, Barbara Chęcińska, Małgorzata Folwarska, Marta Ziębińska, Kamila Piotrowska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga

E-commerce: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Klaudia Sater, Monika Czekaj, Małgorzata Pokrywka

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl