Blind spot - Rebelia White - ebook
NOWOŚĆ

Blind spot ebook

Rebelia White

4,7

408 osób interesuje się tą książką

Opis

Ostatnie, co Kylie Farley słyszy w słuchawce, to głos brata i huk tłuczonego szkła. Chwilę później Jason znika, a jedynymi śladami są krew, ślady walki i sekrety, które mogą kosztować ją życie.

Szukając prawdy, Kylie wkracza do świata nielegalnych walk, brutalnych zasad i ludzi, którym nie wolno ufać. Wtedy poznaje Alexa Knoxa – bezwzględnego zawodnika Podziemia, który jest równie niebezpieczny, co pociągający. Wie więcej, niż mówi, a im bliżej prawdy znajduje się Kylie, tym trudniej jej trzymać się od niego z daleka.

W świecie, gdzie lojalność można kupić, a zaufanie bywa wyrokiem, jedno jest pewne: ktoś kłamie. Pytanie tylko, czy Kylie zdąży odkryć kto, zanim sama stanie się kolejną ofiarą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 430

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (26 ocen)
22
2
1
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
chwila_z_ksiazka

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna historia. Pełna niebezpieczeństw, napięcia, tajemnic i intryg. Do tego ciągle towarzyszące emocje, rewelacyjnie wykreowani bohaterowie. Fabuła wciaga tak, że nie chce się odłożyć czytania na później.
90
Aspera1990

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna lektura! Znakomicie się bawiłam. szczerze polecam ♥️
80
zibi0312

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna historia, od której ciężko się oderwać. Emocjonalny rollercoaster, napięcie towarzyszy przez całą książkę. Bohaterowie wykreowani idealnie. Trudne decyzje, niebezpieczne momenty i sytuacje, w których trzeba wybrać pomiędzy mniejszym a większym złem.
80
KrystalZajack

Nie oderwiesz się od lektury

Ta książka to jakiś OBŁĘD! 🔥 Tajemnice, brutalny świat Podziemia i bohaterowie, których decyzje potrafią doprowadzić do szału a mimo to chce się za nimi iść dalej. Kylie ma charakter, Knox kompletnie miesza w głowie, a ich wspólne sceny? Ta chemia jest wręcz bezczelna! Uwielbiam, jak romans splata się tutaj z intrygą, a kolejne odkrycia każą na nowo zastanawiać się, komu można ufać. I jeszcze to zakończenie… Jak można zostawić czytelnika w TAKIM momencie?! Mroczna, wciągająca historia, po której od razu chce się drugiego tomu. 🖤
60
niedramatyzuj216

Nie oderwiesz się od lektury

Co za sztos!!! Dawać mi drugi tom!!! 🔥🔥🔥🔥🔥🔥🔥🔥🔥
50



Co­py­ri­ght © by RE­BE­LIA WHI­TE Co­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­two All ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne Re­dak­cja: Bar­ba­ra Wro­na (tekst­na­no­wo.pl) Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Opra­co­wa­nie okład­ki: K&K De­si­gner Po­my­sł na okład­kę: Moje Wy­daw­nic­two

ISBN Pa­pier: 978-83-68837-49-0 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-50-6

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two

Spis Treści

Od Au­tor­kiPro­logRoz­dział I: Po­czątekRoz­dział II: Od­wa­ga

Od Autorki

Dlawszyst­kich,któ­rzynie mie­li cza­su na by­cie dziec­kiem, a za­miast ma­rzyć, mu­sie­li sto­czyć cu­dze woj­ny. I mimo wszyst­ko od­wa­ży­li się je wy­grać.

Prolog

Ból czy­ni cię sil­nym. Stra­ta czy­ni cię po­tężnym.

Cas­san­dra Cla­re, „Mia­sto za­gu­bio­nych dusz”

Wy­da­waćbysięmo­gło, że dzie­ci­ństwo to czas bez­tro­ski, nie­win­no­ści i pierw­szych przy­ja­źni. Tak przy­naj­mniej wy­ni­ka­ło z opo­wie­ści in­nych. W teo­rii po­win­ni­śmy mieć twa­rze brud­ne od sza­lo­nej za­ba­wy, a nie od bło­ta z le­śnych po­li­go­nów. Po­win­ni­śmy być dzie­ćmi. W prak­ty­ce by­li­śmy nimi tyl­ko we­dług me­try­ki.

Oj­ciec zda­wał się za­po­mi­nać, że dzie­ci po­trze­bu­ją cza­su, by po­zna­wać świat w swo­im tem­pie. Nie in­te­re­so­wa­ły go na­sze po­trze­by, a już na pew­no nie na­sze pra­gnie­nia. Ka­żdy week­end spędza­li­śmy z dala od domu. W la­sach, cza­sem w gó­rach, a nie­kie­dy nad je­zio­rem. Roz­bi­ja­li­śmy obóz i przez dwa dni funk­cjo­no­wa­li­śmy bez kon­tak­tu ze świa­tem, bez te­le­fo­nów, bez cy­wi­li­za­cji. Te wy­jaz­dy nie były wy­ciecz­ka­mi. Oka­zy­wa­ły się szko­le­niem. Oj­ciec trak­to­wał nas jak re­kru­tów, a nie jak wła­sne dzie­ci. Uczył nas wszyst­kie­go, co we­dług nie­go mo­gło po­móc nam prze­trwać w trud­nych cza­sach – tech­nik wal­ki wręcz, su­rvi­va­lu, ob­słu­gi bro­ni pal­nej i bia­łej, a na­wet pod­staw kryp­to­gra­fii.

Mia­łam dzie­si­ęć lat i żad­na z tych umie­jęt­no­ści nie była mi do ni­cze­go po­trzeb­na. On jed­nak sądził ina­czej. Na po­cząt­ku nie­na­wi­dzi­łam tych wy­jaz­dów. Nie­na­wi­dzi­łam walk z Ja­so­nem, do któ­rych nas zmu­szał, i tego, że nie mo­głam za­dzwo­nić do mamy. A po­tem… wszyst­ko się roz­my­ło.

Nie po­tra­fi­łam wska­zać mo­men­tu, w któ­rym lal­ki Bar­bie prze­sta­ły mnie in­te­re­so­wać, a ko­le­żan­ki ze szko­ły sta­ły się tyl­ko tłem. Przy­sze­dł czas, że wy­cze­ki­wa­łam tych wy­jaz­dów. Nie z obo­wi­ąz­ku, lecz z po­trze­by. Przy­szło to na­tu­ral­nie. Może na­wet zbyt na­tu­ral­nie. Wy­gry­wa­nie sta­ło się moją pod­sta­wo­wą po­trze­bą. Mu­sia­łam być naj­lep­sza. W ka­żdej wal­ce, w ka­żdym za­da­niu i w ka­żdym ko­lej­nym wy­zwa­niu. Oj­ciec tego od nas wy­ma­gał.

Wo­bec Ja­so­na po­zo­sta­wał bar­dziej su­ro­wy, mnie cza­sem oszczędzał. Mimo to w wie­ku pi­ęt­na­stu lat czu­łam się le­piej z pi­sto­le­tem w dło­ni niż ze smart­fo­nem. A wy­gra­na bój­ka z bra­tem, spro­wo­ko­wa­na przez ojca, zna­czy­ła wi­ęcej niż ja­ka­kol­wiek oce­na w szko­le. Z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy wiem, że to było tok­sycz­ne. Jego me­to­dy wy­da­wa­ły się bru­tal­ne, po­de­jście nisz­czące. A mimo to, w pew­nym sen­sie, dał mi wi­ęcej niż szko­ła.

Z cza­sem wszyst­ko za­częło się zmie­niać. Po­ja­wi­ły się py­ta­nia, lecz nie zna­łam na nie od­po­wie­dzi, jak­by cała do­tych­cza­so­wa rze­czy­wi­sto­ść po­zo­sta­wa­ła tyl­ko wierz­cho­łkiem góry lo­do­wej. I wte­dy za­częłam do­strze­gać rze­czy, któ­rych wcze­śniej nie wi­dzia­łam. Śla­dy pro­wa­dzące do miejsc, o któ­rych nie mia­łam po­jęcia, i śmier­tel­nie nie­bez­piecz­na praw­da. Do­pie­ro gdy sta­nęłam na kra­wędzi wszyst­kie­go, co zna­łam, zro­zu­mia­łam, po co były te wszyst­kie zim­ne noce, zdar­te dło­nie i krzyk roz­ka­zów za­miast słod­kich ko­ły­sa­nek.

W tym per­fek­cyj­nym pla­nie prze­trwa­nia jed­nak zna­la­zła się luka. Oj­ciec na­uczył mnie roz­po­zna­wać wro­ga, ale nie po­wie­dział, co zro­bić, gdy ten wróg sta­nie się je­dy­ną oso­bą, przy któ­rej po­tra­fię od­dy­chać. Nie ostrze­gł mnie, że naj­wi­ęk­sze nie­bez­pie­cze­ństwo przyj­dzie pod po­sta­cią ko­goś, kto zro­zu­mie mój mrok le­piej niż ja sama.

Rozdział I: Początek

Dla­te­go nie lu­bię za­my­kać oczu, bo wte­dy lu­dzie zni­ka­ją. A je­śli zni­ka­ją, ni­g­dy nie wia­do­mo, czy wró­cą.

Cas­san­dra Cla­re, „Mia­sto za­gu­bio­nych dusz”

Pró­bo­wa­łamsku­pićsięna wy­kła­dzie. So­cjo­pa­tia od za­wsze mnie fa­scy­no­wa­ła – jej zło­żo­no­ść, zim­na lo­gi­ka, gra­ni­cząca z czy­mś nie­mal bli­skim ge­niu­szo­wi, a aku­rat tego dnia wy­kła­dow­ca wresz­cie po­ru­szył te­mat w spo­sób, któ­ry zdo­łał mnie po­rwać. Chło­nęłam ka­żdą in­for­ma­cję do­cie­ra­jącą do mo­ich uszu, nie­sio­ną po bo­ga­to zdo­bio­nych ścia­nach auli, sta­ra­łam się za­pi­sy­wać wszyst­ko, co wy­da­ło mi się wa­żne, ale w pew­nym mo­men­cie sap­nęłam pod no­sem i od­rzu­ci­łam dłu­go­pis na biur­ko. Moja ko­mór­ka nie prze­sta­wa­ła dzwo­nić. Dwu­dzie­sty raz? Na­praw­dę? Mia­łam ocho­tę roz­trza­skać ją o podło­gę tyl­ko po to, by prze­sta­ła wi­bro­wać. Ja­son wy­dzwa­niał od ja­kie­goś cza­su, ale po­cząt­ko­wo się tym nie przej­mo­wa­łam. Uzna­łam, że je­śli mia­łby mi coś wa­żne­go do po­wie­dze­nia, zro­bi­łby to jak nor­mal­ny czło­wiek, kie­dy dru­ga oso­ba nie może ode­brać, i na­pi­sa­łby wia­do­mo­ść. Tyle że ona nie nad­cho­dzi­ła, a te­le­fon wci­ąż upar­cie brzęczał, spra­wia­jąc je­dy­nie, że co­raz bar­dziej za­le­wa­ła mnie fru­stra­cja.

W ko­ńcu wsta­łam, za­ci­ska­jąc moc­no pal­ce na do­ty­ko­wym wy­świe­tla­czu. Przez mo­ment na­wet się wy­stra­szy­łam, że go ze­psu­ję, więc nie­co od­pu­ści­łam. Bez­sze­lest­nie wy­do­sta­łam się na ko­ry­tarz i przy­wa­rłam ple­ca­mi do zim­nej ścia­ny, a na­stęp­nie ode­bra­łam ko­lej­ne już po­łącze­nie. Jak tyl­ko usły­sza­łam pierw­szy dźwi­ęk w słu­chaw­ce, od razu od­su­nęłam urządze­nie od ucha i się skrzy­wi­łam. Ze­sztyw­nia­łam, czu­jąc, jak przez całe cia­ło prze­pły­wa dziw­ny, bar­dzo nie­przy­jem­ny prąd.

– Ja­son? – spy­ta­łam z nie­po­ko­jem w gło­sie.

Od­dech mi przy­spie­szył. I wte­dy, jak­by w od­po­wie­dzi na moje sło­wa, roz­le­gł się ostry huk. Po nim na­stąpi­ły ko­lej­ne dźwi­ęki przy­po­mi­na­jące tłu­czo­ne szkło. Nie­przy­jem­ne od­gło­sy wy­wo­ły­wa­ły w moim cie­le re­ak­cję, któ­ra spra­wi­ła, że cała się spi­ęłam. Ser­ce za­częło mi wa­lić jak mło­tem, a od­dech przy­spie­szył. Wie­dzia­łam, że dzie­je się coś złe­go.

Ży­li­śmy w re­aliach, w któ­rych wszyst­ko było mo­żli­we. Nie ist­nia­ły rze­czy nie­ma­jące pra­wa się wy­da­rzyć. Nim do­pu­ści­łam do ja­kich­kol­wiek roz­wa­żań, rzu­ci­łam się do bie­gu. W eks­pre­so­wym tem­pie po­ko­na­łam dłu­gi, wy­ło­żo­ny mar­mu­rem ko­ry­tarz, aż do­ta­rłam do ci­ężkich dwu­skrzy­dło­wych drzwi. Po­pchnęłam je moc­no i wy­pa­dłam na ze­wnątrz. Ostre pro­mie­nie sło­ńca ośle­pi­ły mnie na mo­ment, przez co mu­sia­łam za­sło­nić dło­nią oczy, by ro­zej­rzeć się za swo­im sa­mo­cho­dem. Z tego wszyst­kie­go za­po­mnia­łam, gdzie za­par­ko­wa­łam.

Gdy mój wzrok za­trzy­mał się na czar­nym Che­vro­le­cie Ma­li­bu, od­kle­iłam sto­py od podło­ża i po­now­nie za­częłam biec. Dło­nie drża­ły mi nie­kon­tro­lo­wa­nie, kie­dy pró­bo­wa­łam otwo­rzyć po­jazd. Po­zwo­li­łam na chwi­lę, aby stres prze­jął kon­tro­lę nad moim cia­łem, przez co zmar­no­wa­łam zbyt wie­le cza­su. Nie zdąży­łam za­mknąć drzwi, a już z pi­skiem wy­je­żdża­łam z par­kin­gu uczel­ni, prze­ci­na­jąc nie­zgrab­nie dwa pasy na­raz. Zi­gno­ro­wa­łam ner­wo­wych kie­row­ców i od­gło­sy klak­so­nów, któ­re wy­brzmia­ły, gdy tyl­ko włączy­łam się do ru­chu.

Po­wie­dzieć, że prze­pe­łniał mnie strach, to tak, jak­by nie po­wie­dzieć nic. Wie­dzia­łam, że mój brat nie wió­dł ży­cia zgod­ne­go z ko­dek­sem mo­ral­nym stan­dar­do­we­go czło­wie­ka, dla­te­go po­zo­sta­wa­łam go­to­wa na wszyst­ko. Co­dzien­nie, bu­dząc się ze snu, ba­łam się tego dnia. Dnia, w któ­rym ten cały syf się po­sy­pie i spad­nie nam na gło­wy. Ja­son nie był złym czło­wie­kiem, ale zna­la­zł so­bie za­jęcie nie­bez­piecz­ne w rów­nym stop­niu co ba­lan­so­wa­nie na cien­kiej li­nie mi­ędzy wie­żow­ca­mi… tak dla za­ba­wy. Są dwie opcje – albo ci się uda i przej­dziesz na dru­gą stro­nę, albo spad­niesz i wszyst­ko się sko­ńczy.

Co praw­da, na­wet je­śli mia­łam tego bo­le­sną świa­do­mo­ść, to mimo wszyst­ko nie chcia­łam do­pu­ścić do tego, żeby spa­dł. Nie zo­sta­ło mi zbyt wie­le bli­skich osób. Ja­son i ja za­wsze by­li­śmy dla sie­bie opar­ciem, więc chło­pak od­gry­wał w moim ży­ciu rolę przy­ja­cie­la, bra­ta, ro­dzi­ca, opie­ku­na i na­uczy­cie­la. To on mnie wszyst­kie­go na­uczył, on dał mi mo­żli­wo­ści i per­spek­ty­wy… to wła­śnie Ja­son za­szcze­pił w moim umy­śle am­bi­cje. I nie wy­obra­ża­łam so­bie, że mo­gła­bym go stra­cić. Jego wkład w moją co­dzien­no­ść był zbyt wa­żny, że­bym mo­gła so­bie po­ra­dzić bez nie­go.

Prze­je­cha­łam na czer­wo­nym świe­tle przez jezd­nię, po raz ko­lej­ny igno­ru­jąc zbio­ro­wy kon­cert klak­so­nów. Ad­re­na­li­na za­pul­so­wa­ła w mo­ich ży­łach z taką in­ten­syw­no­ścią, że nie­strasz­na była mi na­wet śmie­rć. Mia­łam wra­że­nie, że w tym mo­men­cie nie mo­gła­by mnie do­si­ęgnąć. Czu­łam się nie­znisz­czal­na.

Na czo­ło wy­stąpi­ły pierw­sze kro­ple potu, a przez całe moje cia­ło prze­sze­dł nie­przy­jem­ny prąd, wzma­ga­jący się z ka­żdym po­ko­na­nym ki­lo­me­trem przy­bli­ża­jącym mnie do dziel­ni­cy blo­ko­wisk, w któ­rej miesz­ka­li­śmy. Gdy zna­jo­me da­chy bu­dyn­ków wy­ło­ni­ły się na ho­ry­zon­cie, nie­mal za­kręci­ło mi się w gło­wie.

West Hol­low na­wet na ma­pach pre­zen­to­wa­ło się po­nu­ro. Dziel­ni­ca po­ło­żo­na na za­chod­nich obrze­żach Blac­krid­ge od lat bo­ry­ka­ła się z ro­snącą prze­stęp­czo­ścią, będąc zmo­rą dla tu­tej­szych przed­sta­wi­cie­li pra­wa. Pró­żno tu szu­kać ele­ganc­kich bu­dyn­ków z rów­no przy­strzy­żo­ną tra­wą i ba­se­nem, za­miast tego był po­pęka­ny as­falt i buj­ne kęp­ki chwa­stów wy­ra­sta­jących ze szcze­lin zu­ży­tej na­wierzch­ni. Ścia­ny roz­pa­da­jących się bu­dyn­ków po­kry­wa­ły często psy­cho­de­licz­ne pra­ce graf­fi­cia­rzy, two­rząc w po­łącze­niu z ze­psu­ty­mi la­tar­nia­mi at­mos­fe­rę pe­łną nie­bez­pie­cze­ństwa.

Tu­taj nie prze­cho­dzi­ła bez echa wi­zy­ta osób z ze­wnątrz. Nie dało się prze­jść przez West Hol­low nie­zau­wa­żo­nym, bo z ka­żdej me­li­ny, z ka­żdej wnęki mi­ędzy bu­dyn­ka­mi na uli­cę ły­pa­ły roz­my­te spoj­rze­nia, kon­tro­lu­jąc naj­drob­niej­szą zmia­nę. Uli­ce były cia­sne, za­pcha­ne za­par­ko­wa­ny­mi byle jak sa­mo­cho­da­mi, z któ­rych wie­le mia­ło wy­bi­te szy­by lub bra­ko­wa­ło im ta­blic re­je­stra­cyj­nych. Przy kra­wężni­kach wa­la­ły się pla­sti­ko­we tor­by, a ko­sze na śmie­ci często były prze­pe­łnio­ne. Wie­czo­ra­mi echa krzy­ków i gło­śnej mu­zy­ki mie­sza­ły się z prze­ra­źli­wy­mi krzy­ka­mi.

To miej­sce mia­ło swo­je wła­sne za­sa­dy. Na ro­gach ulic dało się zo­ba­czyć grup­ki lu­dzi, któ­rzy wy­gląda­li, jak­by wro­śli w zie­mię. Nie­któ­re bary i małe skle­py spo­żyw­cze mia­ły sta­lo­we kra­ty na drzwiach, jak­by po­zo­sta­wa­ły przy­go­to­wa­ne na woj­nę. Na­wet w bia­ły dzień czu­ło się tu na­pi­ęcie. Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że kie­dyś West Hol­low mia­ło po­ten­cjał, że było miej­scem, gdzie pra­co­wa­li zwy­kli lu­dzie, za­nim ko­lej­ne kry­zy­sy eko­no­micz­ne i wzrost prze­stęp­czo­ści spra­wi­ły, że wie­lu stąd ucie­kło. Te­raz wy­da­wa­ło się już tyl­ko cie­niem sa­me­go sie­bie, miej­scem, do któ­re­go nie wcho­dzi­ło się bez po­wo­du. W West Hol­low ka­żde­go, kto tu nie miesz­kał, trak­to­wa­no jak ob­ce­go. A obcy rzad­ko wy­cho­dzi­li stąd bez szwan­ku. No, a na pew­no nie z te­le­fo­nem i pe­łnym port­fe­lem.

Zi­gno­ro­wa­łam grup­kę mężczyzn, któ­ra ulo­ko­wa­ła się tuż przy kra­wężni­ku pod bu­dyn­kiem, w któ­rym miesz­ka­łam. Wje­cha­łam sa­mo­cho­dem nie­mal pod ich nogi. Wy­le­cia­łam z po­jaz­du jak po­pa­rzo­na i trza­snęłam drzwia­mi.

– Co tak agre­syw­nie, Ky­lie? – mruk­nął je­den z nich, ki­wa­jąc do mnie gło­wą. Chy­ba na­zy­wał się Ro­ger albo tyl­ko tak na nie­go wo­ła­li.

Rzu­ci­łam mu wy­mow­ne spoj­rze­nie i prze­pchnęłam się po­mi­ędzy mężczy­zna­mi, któ­rzy śmie­jąc się pod no­sem, od­sko­czy­li na bok.

– Dzi­siej­sza mło­dzież… wiecz­nie się gdzieś spie­szy – do­dał ko­lej­ny z gru­po­wi­czów, nie­co se­ple­ni­ąc.

Do­ta­rłam do sta­rej, le­d­wie wi­szącej w za­wia­sach bra­my, któ­rej far­ba łusz­czy­ła się na be­to­no­wą po­sadz­kę, i po­pchnęłam drzwi. Zna­jo­my za­pach od razu we mnie ude­rzył, ale to wca­le nie spra­wi­ło, że było le­piej. Wręcz prze­ciw­nie, od­no­si­łam wra­że­nie, że wszyst­kie mi­ęśnie w moim cie­le za­pło­nęły od wzma­ga­jące­go się na­pi­ęcia. Chwy­ci­łam za za­kręca­ną sta­lo­wą po­ręcz wy­ko­ńczo­ną śli­skim ma­te­ria­łem i za­częłam wspi­nać się na górę. Miesz­ka­li­śmy na czwar­tym pi­ętrze, a do po­ko­na­nia mia­łam ca­łkiem spo­rą ilo­ść drob­nych scho­dów.

Do­cie­ra­jąc na górę, od­dy­cha­łam ci­ężko, jak­bym prze­bie­gła ma­ra­ton. Sta­nęłam jak wry­ta, wga­pia­jąc się w roz­chy­lo­ne drzwi, i wła­śnie wte­dy moje ser­ce omal nie eks­plo­do­wa­ło. Choć wie­dzia­łam, że nie mam cza­su do stra­ce­nia, to i tak nie mo­głam się ru­szyć. Nogi wro­sły mi w podło­gę, a resz­ta cia­ła od­mó­wi­ła wspó­łpra­cy. Sły­sza­łam je­dy­nie krzyk w gło­wie, któ­ry na­ka­zy­wał mi się ru­szyć. Płu­ca pie­kły z bra­ku tle­nu, ale ba­łam się po­ru­szyć, więc je­dy­nie za­ci­snęłam moc­niej pal­ce na po­ręczy.

– Ja­son?! – za­wo­ła­łam sła­bym gło­sem, ale od­po­wie­dzia­ła mi je­dy­nie głu­cha ci­sza.

Od­kle­iłam sto­py od podło­ża i po­wo­li wy­chy­li­łam się w głąb miesz­ka­nia. Na­tych­miast cała za­drża­łam. Wszyst­ko było po­wyw­ra­ca­ne do góry no­ga­mi, roz­wa­lo­ne me­ble i szkło zdo­bi­ły podło­gę. Gdzie­nie­gdzie mo­głam doj­rzeć pla­my krwi, któ­rych wi­dok jesz­cze bar­dziej przy­spie­szył bi­cie mo­je­go ser­ca. Za­wi­ro­wa­ło mi w gło­wie. Mu­sia­łam pod­trzy­mać się ścia­ny, by nie upa­ść.

– Ja­son! – krzyk­nęłam jesz­cze raz, ale i tym ra­zem mężczy­zna nie od­po­wie­dział.

– Ky­lie…? – roz­le­gł się męski głos za mo­imi ple­ca­mi.

Od­wró­ci­łam się gwa­łtow­nie i spoj­rza­łam na za­nie­po­ko­jo­ną twarz Ma­so­na. Chło­pak przy­ja­źnił się z moim bra­tem od dzie­cia­ka, a do tego był na­szym sąsia­dem.

Ulży­ło mi, że się po­ja­wił.

– Sta­ło się coś złe­go – stwier­dzi­łam z na­pi­ęciem. – Gdzie jest mój brat? – za­py­ta­łam, a w moim gło­sie wy­brzmia­ło oska­rże­nie, jak­by Ma­son był wi­nien ca­łej tej sy­tu­acji. Choć nie to mia­łam na my­śli, to i tak skrzy­wie­nie na twa­rzy chło­pa­ka spra­wi­ło, że nie­co się zmie­sza­łam. Prze­ta­rłam dło­ńmi oczy i ci­cho wes­tchnęłam. – Dzwo­nił do mnie, kie­dy by­łam na uczel­ni, sły­sza­łam ja­kieś huki i inne nie­po­ko­jące od­gło­sy, a te­raz… – prze­ci­ągnęłam, ma­cha­jąc ręko­ma.

– Nie mam po­jęcia… – po­wie­dział Ma­son, a jego brwi ści­ągnęły się ku so­bie, gdy przy­glądał się ba­ła­ga­no­wi w miesz­ka­niu. Mó­wił nie­co przy­ci­szo­nym to­nem, jak­by nie był pe­wien, czy ktoś nas nie pod­słu­chu­je. Pod­sze­dł do mnie i de­li­kat­nie chwy­cił za ra­mię, od­ci­ąga­jąc do tyłu. – Za­cze­kaj tu – po­le­cił i ze sku­pie­niem, bar­dzo po­wo­li wsze­dł do środ­ka, roz­gląda­jąc się ba­daw­czo po kątach.

Nie za­mie­rza­łam dys­ku­to­wać. Wy­co­fa­łam się z miesz­ka­nia i opa­rłam ple­cy o zim­ną ścia­nę. Mimo wszyst­ko nie by­łam w sta­nie opa­no­wać cha­osu, jaki wy­bu­chł w mo­jej gło­wie. Chcia­ło mi się pła­kać, bo nie wie­dzia­łam, co się sta­ło z bra­tem ani gdzie się te­raz po­dzie­wał. Czy wła­ści­wie jesz­cze żył. Ob­raz, jaki mia­łam przed sobą, wca­le nie świad­czył o ni­czym do­brym.

Po chwi­li Ma­son wró­cił do mnie, a jego twarz zdra­dza­ła wi­ęcej niż ty­si­ąc słów. Nie­po­kój od­bił się w spoj­rze­niu wiel­kich, brązo­wych oczu, spra­wia­jąc, że nogi za­częły mi mi­ęk­nąć.

– Co? – sap­nęłam.

– Nie wy­gląda to do­brze, Ky­lie – rzu­cił, dra­pi­ąc się po kar­ku. – W domu jest pe­łno krwi… – do­dał i tym ra­zem nie zdo­ła­łam już wstrzy­my­wać łez. Po­zwo­li­łam, żeby spły­nęły po po­licz­kach, co wy­ra­źnie ude­rzy­ło w chło­pa­ka, bo na­tych­miast wes­tchnął i przy­ci­ągnął mnie do sie­bie.

Gar­dło mia­łam ści­śni­ęte, jak­by ka­żda mo­żli­wa od­po­wie­dź ugrzęzła gdzieś głębo­ko we mnie, spa­ra­li­żo­wa­na bó­lem i stra­chem. Żad­ne sło­wa nie pa­so­wa­ły. Wszyst­kie wy­da­wa­ły się nie­wy­star­cza­jące. Ka­żde sło­wo brzmia­ło­by fa­łszy­wie, jak tani żart rzu­co­ny w twarz tra­ge­dii.

– Nie wiesz, czy Ja­son wpa­ko­wał się w ja­kieś kło­po­ty? – mruk­nęłam ci­cho po dłu­ższej chwi­li ci­szy.

Uda­ło mi się na mo­ment lek­ko od­prężyć, kie­dy tak mnie do sie­bie przy­tu­lał. Otrzy­ma­łam ulot­ne, bar­dzo złud­ne po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa, jak­by wszyst­ko, co dzia­ło się poza gra­ni­ca­mi jego ra­mion, nie do­ty­czy­ło mnie.

Praw­da była jed­nak nie­co bar­dziej bru­tal­na i czu­łam, że prze­ko­nam się o tym szyb­ciej, niż mi się wy­da­wa­ło.

– Nie, nic mi nie mó­wił… Ni­cze­go nie za­uwa­ży­łem. Wszyst­ko szło zgod­nie z pla­nem.

Zmru­ży­łam lek­ko oczy i unio­słam gło­wę, by na nie­go spoj­rzeć, przez co mi­ędzy nami po­ja­wił się dy­stans, a uczu­cie bez­pie­cze­ństwa pry­sło szyb­ko jak ba­ńka my­dla­na, roz­my­wa­jąc się w po­wie­trzu.

– W za­sa­dzie, co szło zgod­nie z pla­nem? – spy­ta­łam, marsz­cząc brwi. Chło­pak na­tych­miast ucie­kł spoj­rze­niem w bok, zdra­dza­jąc, że coś ukry­wa. Nie chciał pa­trzeć mi w oczy, kie­dy kła­mał. – Hej… Ma­son! – za­wo­ła­łam, ła­pi­ąc go za nad­gar­stek. – Co szło zgod­nie z pla­nem?

– Nic… to zna­czy wszyst­ko. – Po­kręcił gło­wą. – Zły do­bór słów, wy­bacz. Nie mam ni­cze­go kon­kret­ne­go na my­śli – wy­ja­śnił, za­bi­ja­jąc ostat­ki na­dziei kie­łku­jące w moim ser­cu. – Nie wiem, co się wy­da­rzy­ło, ale za­czy­nam się po­wa­żnie nie­po­ko­ić.

– Kur­wa – rzu­ci­łam w po­wie­trze, po­now­nie przy­wie­ra­jąc ple­ca­mi do ścia­ny.

Ba­łam się we­jść do wła­sne­go miesz­ka­nia. Ba­łam się, że gdy tyl­ko przyj­rzę się bli­żej temu, co się tam dzia­ło, wpad­nę w jesz­cze wi­ęk­szą pa­ni­kę. Strach by­wał naj­wi­ęk­szym wro­giem zdro­we­go roz­sąd­ku, a wła­śnie tego po­trze­bo­wa­łam te­raz bar­dziej niż cze­go­kol­wiek in­ne­go. Nie mo­głam po­zwo­lić, aby emo­cje wzi­ęły nade mną górę. Nie mo­głam się roz­pa­ść, bo być może mój brat mnie po­trze­bo­wał.

Ma­son, choć wi­docz­nie zde­ner­wo­wa­ny, pró­bo­wał ukryć zde­ner­wo­wa­nie pod ma­ską spo­ko­ju. Na siłę chciał mi po­ka­zać, że nie ru­sza go aż tak bar­dzo, jak mi się wy­da­wa­ło, ale praw­da była taka, że zna­łam go zbyt do­brze, by nie roz­po­znać kłam­stwa.

– Może wró­ci wie­czo­rem – rzu­cił lu­źno i się uśmiech­nął. Wy­mu­sze­nie i brak szcze­ro­ści w jego ge­stach były wręcz na­ma­cal­ne.

Cie­ka­wi­ło mnie, co miał na my­śli, wspo­mi­na­jąc o pla­nie. Cze­go mi nie mó­wił i, przede wszyst­kim, dla­cze­go mi tego nie mó­wił? Wy­da­wa­ło mi się, że Ja­son i ja nie skry­wa­my przed sobą ta­jem­nic, a przy­naj­mniej ja tego nie ro­bi­łam. I przez to chcia­łam wie­rzyć, że on rów­nież od­pła­cał mi szcze­ro­ścią za szcze­ro­ść.

Spoj­rza­łam na Ma­so­na i mi­ęsień na moim po­licz­ku drgnął ner­wo­wo. W środ­ku aż ki­pia­łam. Kła­mał. Bez­wstyd­nie, bez za­jąk­ni­ęcia, z tym swo­im cho­ler­nie spo­koj­nym wy­ra­zem twa­rzy. Pa­trzył mi pro­sto w oczy i wci­skał bred­nie, jak­by to była zwy­kła roz­mo­wa. Miał tu­pet. I to mnie wkur­wia­ło jesz­cze bar­dziej.

– Nie pier­dol! – burk­nęłam, prze­wra­ca­jąc ocza­mi. – Obo­je wie­my, że za tym ba­ła­ga­nem kry­je się coś wi­ęcej i ty świet­nie wiesz, co – do­da­łam oska­rży­ciel­sko i we­szłam do miesz­ka­nia.

Wol­nym kro­kiem po­ko­ny­wa­łam nie­wiel­ki me­traż aż do­ta­rłam do po­ko­ju bra­ta i na­tych­miast się cof­nęłam, ude­rza­jąc ple­ca­mi o ścia­nę, któ­ra jak­by na­gle po­ja­wi­ła się za­raz za mną. Po­dusz­ka była roz­ci­ęta, a śnie­żno­bia­łe pie­rze osia­dło na podło­dze i roz­trza­ska­nych me­blach, gdzie­nie­gdzie przy­kle­ja­jąc się do ciem­no­czer­wo­nej mazi, od któ­rej za­pa­chu kręci­ło mi się w gło­wie. Za­częłam ci­ężko od­dy­chać, gdy tak przy­gląda­łam się lek­ko za­pad­ni­ęte­mu ma­te­ra­co­wi no­szące­mu kil­ka­dzie­si­ąt śla­dów na­ci­ęć i ol­brzy­mią pla­mę krwi. Łzy spły­nęły mi po po­licz­kach. I po­zwo­li­łam, żeby strach wy­grał.

By­łam prze­ra­żo­na tym, co wi­dzia­łam. I wca­le nie wie­rzy­łam, że Ja­son wie­czo­rem wró­ci do domu. Ewi­dent­nie sta­ło się tu coś złe­go. Ma­son sta­nął obok mnie i ci­cho wes­tchnął.

– Ky­lie – za­czął ci­cho i do­tknął mo­je­go ra­mie­nia. – Nie po­win­naś tu­taj zo­sta­wać – rzu­cił, wpa­tru­jąc się w ol­brzy­mią pla­mę na łó­żku mo­je­go bra­ta. – Co­kol­wiek się wy­da­rzy­ło, Ja­son nie chcia­łby, że­byś na­ra­ża­ła się na nie­bez­pie­cze­ństwo – do­dał, po­mi­ja­jąc od­po­wie­dź na moje oska­rże­nia.

Po­win­nam iść na po­li­cję. Ka­żdy roz­sąd­ny czło­wiek zro­bi­łby to bez wa­ha­nia. Ale ja… ja do­sko­na­le wie­dzia­łam, że pra­wo nie zo­sta­ło stwo­rzo­ne dla ta­kich jak my. Dla nas nie ist­nia­ła spra­wie­dli­wo­ść – tyl­ko wy­rok, wy­da­ny od­gór­nie, za­nim jesz­cze otwo­rzy­li­śmy usta. By­li­śmy win­ni już na star­cie. Ska­za­ni, za­nim w ogó­le dano nam szan­sę na ja­kąkol­wiek obro­nę. Sys­tem nie wi­dział w nas lu­dzi. Tyl­ko za­gro­że­nie, pro­blem, któ­ry trze­ba wy­eli­mi­no­wać, za­nim się roz­le­je.

Zresz­tą, nie raz i nie dwa roz­ma­wia­łam o tym z Ja­so­nem. Za ka­żdym ra­zem sły­sza­łam to samo: „Trzy­maj się z dala od glin. Nie­za­le­żnie od wszyst­kie­go”. Wy­da­wał się bez­li­to­sny w tym za­ka­zie. Po­dej­rze­wa­łam, że dla nie­go śmie­rć oka­za­ła­by się mniej­szym kosz­tem niż od­po­wie­dzial­no­ść za wszyst­ko, co zro­bił. Może wła­śnie dla­te­go tak pa­nicz­nie uni­kał zgła­sza­nia cze­go­kol­wiek. Bo praw­da mia­ła swo­ją cenę… a jego na nią zwy­czaj­nie nie było stać.

A mimo to… po­zo­sta­wał jesz­cze Dean.

Po­zna­li­śmy się, za­nim zo­stał po­li­cjan­tem. Wte­dy jesz­cze wszyst­ko było pro­ste. Żad­nych ety­kiet, żad­nych py­tań, żad­nych zo­bo­wi­ązań. Pó­źniej… to się zmie­ni­ło. On wło­żył mun­dur i wzi­ął na bar­ki cały ten cho­ler­ny ko­deks mo­ral­ny, w któ­ry tak bar­dzo wie­rzył. Był uczci­wy. Zbyt uczci­wy. I, o iro­nio, wła­śnie dla­te­go trzy­ma­łam się go tak dłu­go.

Mi­ędzy nami ni­g­dy nie pa­dły żad­ne de­kla­ra­cje. To nie była mi­ło­ść. Dla mnie nie. Dla nie­go… nie wiem. Może. Może tro­chę za bar­dzo chciał, że­bym sta­ła się kimś in­nym. Kimś, kto pa­su­je do jego świa­ta. Ale ja ni­g­dy nie za­mie­rza­łam tam wcho­dzić. Wie­dzia­łam, że nie zrzu­ci dla mnie mun­du­ru. I do­brze. Bo ja też nie mia­łam za­mia­ru ni­cze­go z sie­bie zdzie­rać.

Nie roz­ma­wia­li­śmy o pra­cy. To była na­sza nie­pi­sa­na za­sa­da. Ani sło­wa o tym, co ro­bi­my, kim je­ste­śmy na­praw­dę. I może wła­śnie dla­te­go ten układ w ogó­le jesz­cze dzia­łał. Tyl­ko że cza­sem za­sta­na­wia­łam się, jak dłu­go jesz­cze uda nam się uda­wać, że da się żyć w dwóch zu­pe­łnie ró­żnych świa­tach i nie roz­wa­lić się przy tym na ka­wa­łki.

– I niby co mam ro­bić? – wy­stęka­łam bez­rad­nie. – Sie­dzieć z za­ło­żo­ny­mi ręko­ma i nie re­ago­wać na to, że mój brat znik­nął bez śla­du, a na­sze miesz­ka­nie zo­sta­ło zde­mo­lo­wa­ne? Mam cze­kać na znak od Boga czy in­ne­go wy­baw­cy? – sap­nęłam z iry­ta­cją przez łzy.

– Nie… oczy­wi­ście, że nie. Przede wszyst­kim mu­sisz być bez­piecz­na, żeby zro­bić co­kol­wiek.

– I gdzie we­dług cie­bie mam iść?

– Mo­żesz za­trzy­mać się u mnie – po­wie­dział spo­koj­nie, ro­bi­ąc krok w bok, by za­sło­nić mi swo­im cia­łem nie­przy­jem­ny wi­dok. Sta­nął bli­sko mnie. Na tyle, bym mo­gła po­czuć na twa­rzy jego od­dech.

Ma­son był przy­stoj­nym mężczy­zną, ce­cho­wał się rów­nież do­brym ser­cem. Dla bli­skich so­bie osób po­zo­sta­wał na­praw­dę czu­ły i opie­ku­ńczy, ale miał też tę dru­gą twarz – na­zna­czo­ną tym sa­mym mro­kiem, któ­ry wi­dy­wa­łam u bra­ta.

Opa­rłam gło­wę o umi­ęśnio­ną klat­kę pier­sio­wą chło­pa­ka i wci­ągnęłam głębo­ko do płuc po­wie­trze wy­pe­łnio­ne me­ta­licz­nym za­pa­chem.

Czu­łam się oszu­ka­na przez ży­cie. Całe dzie­ci­ństwo oj­ciec, woj­sko­wy, wma­wiał mi, że sys­tem to na­sza tar­cza, że spra­wie­dli­wo­ść i uczci­wo­ść to za­sa­dy, na któ­rych trze­ba bu­do­wać wszyst­ko. Mó­wił, że to fun­da­men­ty, a one za­wsze nas po­pro­wa­dzą, nie­za­le­żnie od tego, co się wy­da­rzy. Wie­rzy­łam mu. By­łam pew­na, że to je­dy­ne, cze­go war­to się trzy­mać.

A po­tem wszyst­ko le­gło w gru­zach.

Kie­dy mama zgi­nęła w wy­pad­ku, a oj­ciec, któ­ry całe ży­cie wbi­jał mi do gło­wy, że trze­ba być twar­dym, że nie ma rze­czy nie­mo­żli­wych, po­pe­łnił sa­mo­bój­stwo, mia­łam wra­że­nie, że ktoś wy­rwał mi grunt spod nóg. Jak­by ten cały zna­jo­my mi świat, w któ­rym ka­żde dzia­ła­nie mia­ło swo­je kon­se­kwen­cje, po pro­stu prze­stał ist­nieć. Zo­sta­łam sama, z bra­tem, na dnie. Na gra­ni­cy mo­ral­no­ści, gdzie ka­żdy dzień był wal­ką o to, żeby prze­żyć. Za­częli­śmy grze­bać w bru­dzie, co­raz głębiej wcho­dzić w ten świat, choć nie mie­li­śmy w nie­go wpa­ść, a ka­żda de­cy­zja i wy­bór spra­wia­ły, że od­da­la­li­śmy się co­raz bar­dziej od ide­ałów kie­dyś będących dla nas je­dy­nym dro­go­wska­zem.

Z dnia na dzień tra­ci­łam wia­rę w to, cze­go na­uczył mnie oj­ciec. Wszyst­ko, w co wie­rzy­łam, za­częło się sy­pać jak do­mek z kart. Sys­tem? Tar­cza? Jaka tar­cza, sko­ro to MY za­wsze zo­sta­wa­li­śmy na mar­gi­ne­sie, igno­ro­wa­ni i ze­pchni­ęci w otchłań, do któ­rej nikt nie chciał się na­wet zbli­żyć. Spra­wie­dli­wo­ść? Gdzie ona była, gdy to my do­sta­wa­li­śmy la­nie od rze­czy­wi­sto­ści, a ni­g­dy żad­nej szan­sy na obro­nę? Uczci­wo­ść? Kie­dy cała na­sza rze­czy­wi­sto­ść oka­za­ła się jed­nym wiel­kim oszu­stwem?

Czu­łam, jak­by ży­cie od­wró­ci­ło się od nas, jak­by wy­wró­ci­ło wszyst­ko do góry no­ga­mi. Zdra­dzi­ło nas. Zdra­dzi­ło mnie. I te­raz, pa­trząc na war­to­ści, któ­re kie­dyś sta­no­wi­ły pod­sta­wę mo­je­go świa­ta, wi­dzia­łam tyl­ko pust­kę. Wszyst­ko, w co wie­rzy­łam, sta­ło się ni­czym wi­ęcej niż ilu­zją, któ­rą ży­cie bru­tal­nie zmia­żdży­ło. A ja? Zo­sta­łam w tym pie­przo­nym cha­osie, zmu­szo­na żyć w świe­cie, w któ­rym nie ma za­sad, a praw­da to tyl­ko luk­sus, na jaki nie było mnie stać.

– Mu­szę coś za­ła­twić – rzu­ci­łam su­cho, na­kręco­na zło­ścią, nie­pew­no­ścią i po­czu­ciem bra­ku spra­wie­dli­wo­ści. – Ode­zwij się, gdy­by Ja­son dał znak ży­cia.

– Ja­sne, ty też daj znać – od­po­wie­dział, ostat­ni raz rzu­ca­jąc spoj­rze­nie w głąb miesz­ka­nia. – Gdy­byś po­trze­bo­wa­ła bez­piecz­ne­go lo­kum, żeby się prze­ki­mać… wiesz, gdzie mnie zna­le­źć – do­dał, a po­tem kiw­nął gło­wą. – Na­pra­wię za­mek.

Uśmiech­nęłam się iro­nicz­nie.

Po­cze­ka­łam, aż Ma­son wró­ci do sie­bie, a po­tem szyb­ko wpa­ko­wa­łam do tor­by naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy i wy­szłam na ze­wnątrz. Rzu­ci­łam po­sęp­ne spoj­rze­nie na roz­wa­lo­ny za­mek i przez mo­ment za­wie­si­łam się na nim. Na­stęp­nie prze­ta­rłam dło­ńmi twarz i ci­cho wes­tchnęłam, ru­sza­jąc żwa­wym kro­kiem po scho­dach w dół.

Gdy wy­szłam ze­wnątrz bu­dyn­ku, nikt już nie stał pod bra­mą. Ro­zej­rza­łam się wo­ko­ło, jak­bym była w sta­nie do­pa­trzyć się cze­go­kol­wiek, co po­mo­gło­by mi w zro­zu­mie­niu, gdzie znik­nął Ja­son. Wszyst­ko jed­nak wy­gląda­ło tak samo bez­na­dziej­nie jak ka­żde­go dnia. Wrzu­ci­łam tor­bę na sie­dze­nie pa­sa­że­ra, a sama usia­dłam za kie­row­ni­cą. Nie od­je­cha­łam od razu, spędzi­łam kil­ka mi­nut w to­tal­nym bez­ru­chu, wga­pia­jąc się w swo­je za­ci­śni­ęte na kie­row­ni­cy dło­nie.

Tego dnia cze­ka­ła mnie jesz­cze wal­ka, do któ­rej za cho­le­rę nie mia­łam gło­wy. Czu­łam się roz­bi­ta i nie wie­dzia­łam, co ze sobą zro­bić. Po­my­śla­łam, że obi­cie czy­je­jś gęby mo­gło­by mi po­móc w po­zby­ciu się nad­mia­ru emo­cji, ale nie by­łam w sta­nie prze­stać my­śleć o Ja­so­nie. Mar­twi­łam się. Okrop­nie się mar­twi­łam. Za­wsze wie­dzia­łam, gdzie jest, a te­raz nie mia­łam na­wet pew­no­ści, czy żyje.

Za­wsze by­li­śmy ra­zem. Co­kol­wiek się dzia­ło, mo­gli­śmy zna­le­źć w so­bie na­wza­jem opar­cie. Wspie­ra­li­śmy się przy ka­żdej mo­żli­wej oka­zji i wie­dzia­łam, że gdy­by to mi gro­zi­ło nie­bez­pie­cze­ństwo, Ja­son po­ru­szy­łby na­wet pie­kło, żeby mi po­móc. Mia­łam więc wra­że­nie, że wraz ze znik­ni­ęciem bra­ta stra­ci­łam też część sie­bie. Nie po­tra­fi­łam od­na­le­źć się we wszech­świe­cie, kie­dy jego nie było obok. Prze­ży­li­śmy ra­zem zbyt wie­le, by ja­ka­kol­wiek tra­ge­dia mo­gła nas roz­dzie­lić. Dla­te­go też te­raz czu­łam się taka za­gu­bio­na.

Po­trze­bo­wa­łam ode­tchnąć i upo­rząd­ko­wać my­śli, więc od­pa­li­łam sil­nik i ru­szy­łam spod domu. Od­da­la­jąc się od su­ro­we­go West Hol­low, wje­cha­łam na głów­ną tra­sę, któ­ra pro­wa­dzi­ła pro­sto do cen­trum Blac­krid­ge, mia­stecz­ka, gdzie no­wo­cze­sno­ść zde­rza­ła się z hi­sto­rią. Było po­łud­nie, a sło­ńce lało się bez­li­to­śnie, od­bi­ja­jąc się od lśni­ących szyb wie­żow­ców wy­nu­rza­jących się nad mia­stem. W mia­rę jak zbli­ża­łam się do cen­trum, kra­jo­braz na­bie­rał in­ten­syw­nych barw. Przez szy­bę wi­dzia­łam tłu­my spie­szących się lu­dzi, na ich twa­rzach ma­lo­wa­ły się de­ter­mi­na­cja, zmęcze­nie i obo­jęt­no­ść.

Ka­żdy za­kręt dro­gi od­sła­niał ko­lej­ną war­stwę mia­sta, od no­wo­cze­snych biu­row­ców o ostrych, geo­me­trycz­nych li­niach, po sta­re fa­bry­ki, któ­re po­zo­sta­ły świa­dec­twem nie­ugi­ęte­go upły­wu lat. Choć ze­wnętrz­ny świat zda­wał się tęt­nić nie­usta­jącą ener­gią, we­wnątrz mnie wszyst­ko było jak­by w sta­nie za­wie­sze­nia. Po ja­ki­mś cza­sie, gdy dro­ga stop­nio­wo od­da­la­ła się od tęt­ni­ące­go cen­trum, skręci­łam w spo­koj­ne osie­dle dom­ków jed­no­ro­dzin­nych. Za­trzy­ma­łam się w ko­ńcu przy uro­czym, ma­łym bu­dyn­ku z pła­skim da­chem, któ­ry zda­wał się wy­ra­stać pro­sto z oko­licz­nych wzgórz. Miej­sce to, po­ło­żo­ne na nie­wiel­kim wznie­sie­niu, ofe­ro­wa­ło pa­no­ra­micz­ny wi­dok na cen­trum mia­sta, blo­ko­wi­ska i wie­żow­ce kon­tra­stu­jące z de­li­kat­ną, spo­koj­ną at­mos­fe­rą osie­dla.

Za­par­ko­wa­łam tuż przy pło­cie, skąd mo­głam ob­ser­wo­wać mia­sto w dole. Mo­głam na mo­ment za­po­mnieć o ca­łym za­mie­sza­niu, czer­pi­ąc uko­je­nie z tej ma­low­ni­czej sce­ne­rii. Prze­ta­rłam dło­ńmi twarz i ci­cho wes­tchnęłam.

W ko­ńcu jed­nak otwo­rzy­łam drzwi i wy­sia­dłam, chwy­ta­jąc w ru­chu za tor­bę. Po­de­szłam do czar­nej, ni­skiej bram­ki, któ­ra od­gra­dza­ła uli­cę od te­re­nu na­le­żące­go do po­sia­dło­ści. Tu­taj było zu­pe­łnie ina­czej niż w West Hol­low. Spo­koj­niej, bez­piecz­niej… o ile wła­ści­wie dało się zna­le­źć ta­kie miej­sce w Ka­li­for­nii. Przede mną roz­ci­ągał się uro­czy ogró­dek, ota­cza­jący schlud­ny, za­dba­ny bu­dy­nek. Po­pchnęłam bram­kę i we­szłam na szu­tro­wą, rów­ną ście­żkę, po któ­rej obu bo­kach usta­wio­ne były ka­mycz­ki pro­wa­dzące na ga­nek.

Za­pu­ka­łam do dwu­skrzy­dło­wych drzwi i przy­gry­złam dol­ną war­gę, wy­cze­ku­jąc, aż uj­rzę po dru­giej stro­nie oso­bę, któ­ra dzia­ła­ła na mnie ni­czym an­ty­de­pre­sant da­jący na­tych­mia­sto­we uko­je­nie. Po chwi­li mi­gnął przede mną cień. Otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy i wstrzy­ma­łam na mo­ment od­dech. Ser­ce na­tych­miast za­la­ło się przy­jem­nym cie­płem, kie­dy chło­pak po­ja­wił się na­prze­ciw­ko mnie. Dean był ty­pem, któ­re­go nie da się zi­gno­ro­wać, na­wet gdy­byś bar­dzo chcia­ła. Wy­so­ki, z moc­ną, atle­tycz­ną syl­wet­ką, któ­rej nie dało się nie za­uwa­żyć, na­wet gdy stał w tłu­mie. Ciem­ne wło­sy za­wsze miał nie­na­gan­nie przy­ci­ęte, jak­by co dru­gi dzień od­wie­dzał bar­be­ra. Jego po­sta­wa… pew­na, sta­now­cza, ale z ja­kąś de­li­kat­ną nutą wra­żli­wo­ści do­da­wa­ła mu jesz­cze wi­ęcej uro­ku. Duże błękit­ne oczy za­trzy­ma­ły się na mnie, spra­wia­jąc, że od razu wszyst­kie ma­ski opa­dły, a łzy spły­nęły po mo­ich po­licz­kach.

Na twa­rzy mężczy­zny od­bi­ło się zmar­twie­nie, ale je­dy­nie od­su­nął się, bym we­szła do środ­ka. Nie do­tknął mnie, nie ode­zwał się sło­wem. Był zbyt do­bry i pra­wy, by zro­bić coś, cze­go bym nie chcia­ła, dla­te­go zwy­czaj­nie cze­kał, aż to ja wy­ko­nam pierw­szy ruch. Zrzu­ci­łam z ra­mie­nia tor­bę, któ­ra z hu­kiem opa­dła na drew­nia­ną podło­gę, i spoj­rza­łam pro­sto w jego oczy, a chwi­lę pó­źniej po­de­szłam bli­żej, by wtu­lić twarz w umi­ęśnio­ną klat­kę pier­sio­wą.

– Mogę tu zo­stać na ja­kąś chwi­lę? – wy­szep­ta­łam, a jego ra­mio­na szczel­nie oplo­tły mnie w ta­lii, od­gra­dza­jąc od ca­łe­go zła.

– Co się sta­ło? – spy­tał spo­koj­nie.

– Mogę?

Za­śmiał się ci­cho.

– Do­brze wiesz, że tak – od­pa­rł i prze­su­nął dło­nią po moim kręgo­słu­pie na kark, po czym lek­ko po­gła­dził go pal­ca­mi.

Unio­słam gło­wę, pa­trząc na nie­go. Wzrok De­ana w jed­ną chwi­lę od­bił wszyst­ko to, co skry­wa­ło moje ser­ce. Ten ko­leś miał w so­bie tyle em­pa­tii, że za­czy­na­łam po­dej­rze­wać go o czy­ta­nie w my­ślach.

– Coś złe­go przy­tra­fi­ło się Ja­so­no­wi – po­wie­dzia­łam krót­ko, a on za­raz się na­pi­ął i chciał się od­su­nąć, ale go po­wstrzy­ma­łam. – Nie. Nie pusz­czaj mnie – za­żąda­łam szep­tem.

– Co mu się sta­ło? – Wes­tchnął prze­ci­ągle i je­dy­nie moc­niej mnie przy­tu­lił.

– Nie wiem jesz­cze, ale mu­szę go zna­le­źć. – Wci­ągnęłam no­sem za­pach jego wody ko­lo­ńskiej. – Na­sze miesz­ka­nie zo­sta­ło zde­wa­sto­wa­ne, wszędzie było pe­łno krwi i żad­ne­go śla­du po moim bra­cie… – Za­śmia­łam się iro­nicz­nie z do­bo­ru wła­snych słów. – O ile ta krew nie na­le­ży do nie­go oczy­wi­ście.

Dean tym ra­zem od­su­nął się ode mnie po­mi­mo sprze­ci­wu i unió­sł brwi, rzu­ca­jąc mi pe­łne obaw spoj­rze­nie.

– Zgło­si­łaś to na po­li­cję? – wy­pa­lił, a ja się skrzy­wi­łam.

– Osza­la­łeś? – wy­bur­cza­łam, ob­ra­ca­jąc się na pi­ęcie, i ru­szy­łam w głąb domu, nie przej­mu­jąc się grzecz­no­ścia­mi. – Prze­cież wiesz, że nie mogę.

– Wiesz, że po­win­naś?

– Nie wy­mądrzaj się – od­po­wie­dzia­łam.

Wy­prze­dził mnie i za­ta­ra­so­wał swo­im cia­łem prze­jście.

– Ky­lie… – prze­ci­ągnął z po­wa­gą w gło­sie.

Sap­nęłam pod no­sem.

– Do­brze wiesz, że nie mogę tego zro­bić. Znasz za­sa­dy, już i tak za dużo ci po­wie­dzia­łam – rzu­ci­łam ner­wo­wo. Dean nie­co się zmie­szał. – Chcia­łam je­dy­nie za­trzy­mać się u cie­bie na tro­chę, tyl­ko tu­taj czu­ję się bez­piecz­nie. Pro­szę, nie na­ci­skaj na mnie, do­brze? – do­da­łam nie­co spo­koj­niej.

– Nie po­do­ba mi się to. Mó­głbym ci po­móc.

– Po­móż mi ina­czej niż wy­ko­nu­jąc swo­ją pra­cę.

– Czy­li wła­ści­wie jak?

– Nie wiem, zrób mi jeść? – za­żar­to­wa­łam z wy­mu­sze­niem, śmie­jąc się na siłę.

Chło­pak wci­ąż stał w bez­ru­chu, a na jego twa­rzy nie było wi­dać ani cie­nia roz­ba­wie­nia.

Cały czas sta­łam w miej­scu i mu się przy­pa­try­wa­łam. Li­czy­łam, że uj­rzę cho­ćby cień wy­lu­zo­wa­nia, ale on po­zo­sta­wał śmier­tel­nie po­wa­żny. Ja­dąc do nie­go, mia­łam na­dzie­ję, że nie będę mu­sia­ła wa­łko­wać tego te­ma­tu i dzi­ęki temu po­my­ślę o tej spra­wie na chłod­no. Tyle że Dean za bar­dzo się mną przej­mo­wał, żeby to zi­gno­ro­wać. Zresz­tą, miał zbyt sil­ne po­czu­cie nie­sie­nia po­mo­cy… by­łam głu­pia, wie­rząc, że in­for­ma­cja o znik­ni­ęciu Ja­so­na spły­nie po nim jak po kacz­ce.

Wes­tchnęłam ci­ężko i zro­bi­łam krok w jego stro­nę. Uło­ży­łam dło­nie na klat­ce pier­sio­wej chło­pa­ka i unio­słem gło­wę, by zrów­nać na­sze spoj­rze­nia. Dean wy­da­wał się bar­dzo spi­ęty i uwa­żnie mi się przy­glądał, jak­by pró­bo­wał wy­ba­dać, co jesz­cze ukry­wam, żeby go nie mar­twić.

– Wiem, że to wszyst­ko brzmi źle. Bo­le­śnie zda­ję so­bie z tego spra­wę, ale mu­szę za­ła­twić to sama, bez udzia­łu po­li­cji. Mój brat nie jest świ­ętosz­kiem, sam wiesz, jak jest – po­wie­dzia­łam, gła­dząc kciu­kiem ma­te­riał czar­nej opi­na­jącej jego cia­ło ko­szul­ki. – Taką mie­li­śmy umo­wę, żad­nej po­li­cji… bez względu na to, co się wy­da­rzy. Znaj­dę go i się do­wiem, co się sta­ło.

– A co, je­śli szu­ka­nie Ja­so­na oka­że się nie­bez­piecz­ne?

– Nie mam wąt­pli­wo­ści, że wła­śnie ta­kie będzie. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. – Umów­my się w ten spo­sób, że je­śli coś mnie prze­ro­śnie, to wte­dy po­pro­szę o two­ją po­moc. Te­raz mu­sisz mi po­zwo­lić zro­bić to sa­mej i je­dy­ne, co mo­żesz, to być sobą i spra­wić, jak za­wsze, że moje pro­ble­my cho­ciaż na chwi­lę znik­ną. Obie­caj mi, że to zro­bisz – po­pro­si­łam.

Po­kręcił z re­zy­gna­cją gło­wą, ale po krót­kiej chwi­li ujął dło­ńmi moje po­licz­ki. Zbli­żył się i jesz­cze przez uła­mek se­kun­dy przy­glądał mi się tym swo­im oce­nia­jącym wzro­kiem, a na­stęp­nie po­chy­lił się i zło­żył de­li­kat­ny, czu­ły po­ca­łu­nek na moim czo­le, któ­ry dał mi wi­ęcej cie­pła, niż ostat­nio mia­łam oka­zję po­czuć.

– Na­le­śni­ki? – rzu­cił niby lu­źno, ale w jego gło­sie wci­ąż wy­brzmie­wa­ło zde­ner­wo­wa­nie.

Uśmiech­nęłam się z wdzi­ęcz­no­ścią i po­ki­wa­łam gło­wą, co spra­wi­ło, że Dean się cof­nął, wy­mi­nął mnie w prze­jściu i ru­szył wol­nym kro­kiem do ma­le­ńkiej, ale uro­czej kuch­ni.

Usia­dłam na bla­cie obok ku­chen­ki, z no­ga­mi swo­bod­nie zwie­szo­ny­mi w po­wie­trzu. Dean w mil­cze­niu wzi­ął się za przy­go­to­wa­nie wszyst­kich skład­ni­ków i po­trzeb­nych na­czyń. Wci­ąż od­no­si­łam wra­że­nie, że utknął my­śla­mi w te­ma­cie Ja­so­na. Był zły, że nie po­zwo­li­łam mu po­móc. Tyle że zwy­czaj­nie nie mo­głam się na to zgo­dzić i wci­ągać go w na­sze ba­gno. Cała moja zna­jo­mo­ść z tym chło­pa­kiem po­zo­sta­wa­ła jed­nym wiel­kim nie­bez­pie­cze­ństwem, bo Dean re­pre­zen­to­wał zu­pe­łnie inny świat. Stał po dru­giej stro­nie ba­ry­ka­dy, co w ka­żdej chwi­li mo­gło po­grążyć mo­je­go bra­ta. A nie chcia­łam za­sta­na­wiać się nad tym, ja­kie­go wy­bo­ru by do­ko­nał, gdy­by mu­siał.

Gdy chło­pak sko­ńczył przy­go­to­wy­wać po­si­łek, usie­dli­śmy przy sto­le w kuch­ni. Je­dząc, ana­li­zo­wa­łam wszyst­kie mo­żli­wo­ści znik­ni­ęcia Ja­so­na. Po­sta­no­wi­łam, że po dzi­siej­szej wal­ce po­ga­dam z jego sze­fem. W za­sa­dzie to z na­szym sze­fem, ale w dwóch ró­żnych kie­run­kach.

Ty­ron miał w so­bie coś, co spra­wi­ło, że lu­dzie mil­kli na jego wi­dok, za­nim ten zdążył coś po­wie­dzieć. Był ogrom­ny. Nie tyl­ko umi­ęśnio­ny, on po ca­ło­ści przy­po­mi­nał ol­brzy­ma. Miał ra­mio­na jak z ka­mie­nia i dło­nie wy­gląda­jące, jak­by mo­gły roz­gnie­ść czasz­kę jak kar­ton po mle­ku. Ta­tu­aże wiły się po przed­ra­mio­nach aż po szy­ję, gdzie wid­niał na­pis, któ­re­go do tej pory nie uda­ło mi się roz­szy­fro­wać. Za­wsze no­sił się na czar­no; czar­ne spodnie, czar­na, opi­ęta ko­szul­ka, czar­ne buty spor­to­we, a na szyi wi­siał gru­by zło­ty ła­ńcuch. Ale to oczy miał naj­bar­dziej nie­po­ko­jące. Ciem­ne, czuj­ne, jak­by pa­trzył pro­sto przez cie­bie i jed­no­cze­śnie oce­niał, ile je­steś wart. Nie mó­wił dużo, ale kie­dy już się ode­zwał, to ka­żdy słu­chał. Jego głos był ni­ski, po­wol­ny, ka­żde wy­po­wia­da­ne przez nie­go sło­wo wa­ży­ło tonę. Nie krzy­czał, nie ma­chał ręka­mi. Za­miast tego po pro­stu pa­trzył. I cze­kał. A lu­dzie mó­wi­li wi­ęcej niż po­win­ni, bo ta ci­sza oka­zy­wa­ła się bar­dziej nie­bez­piecz­na niż ja­ka­kol­wiek gro­źba.

Choć roz­mo­wa z nim nie wid­nia­ła na li­ście rze­czy, o któ­rych ma­rzy­łam, li­czy­łam, że do­wiem się cze­go­kol­wiek, co po­mo­że mi w zna­le­zie­niu bra­ta… lub cho­ciaż na­kie­ru­je na ja­kąkol­wiek po­szla­kę czy wska­że kie­ru­nek. Był jego sze­fem, Ja­son nie ro­bił ni­cze­go, cze­go Ty­ron by nie zle­cił, więc je­śli miał wro­gów, to tyl­ko po ja­kie­jś ak­cji.

Pó­źnym wie­czo­rem, gdy za oknem zro­bi­ło się już zu­pe­łnie czar­no, wy­mó­wi­łam się pra­cą, a po­tem wy­szłam od De­ana i wsia­dłam do sa­mo­cho­du, wrzu­ca­jąc tor­bę z ubra­nia­mi do wal­ki na tyl­ne sie­dze­nie, a na­stęp­nie ru­szy­łam przed sie­bie.

Pod­zie­mie znaj­do­wa­ło się na obrze­żach mia­sta w jed­nym z wie­lu bu­dyn­ków daw­ne­go kom­plek­su fa­bryk. Nie było żad­nych zna­ków, żad­nej ta­blicz­ki, ni­cze­go, co su­ge­ro­wa­ło­by, że to miej­sce tęt­ni ży­ciem po zmro­ku. Je­dy­nie ob­dra­pa­ne drzwi z gru­be­go me­ta­lu i sta­ra ka­me­ra za­wie­szo­na nad nimi. Kie­dyś to pew­nie funk­cjo­no­wa­ło jako ma­ga­zyn albo hala pro­duk­cyj­na, a te­raz po dru­giej stro­nie skry­wa­ło się cen­trum nie­le­gal­nych walk.

We­szłam od za­ple­cza tak jak za­wsze, przez sta­re drzwi ser­wi­so­we od stro­ny za­ła­dun­ku – nie­po­zor­ne, po­rdze­wia­łe, z za­su­wą za­miast klam­ki. Wi­ęk­szo­ść lu­dzi na­wet nie wie­dzia­ła, że da się je otwo­rzyć. Prze­ci­ągnęłam ci­ężką za­suw­ni­cę, któ­ra skrzyp­nęła gło­śno, jak­by się bun­to­wa­ła. We­wnątrz ude­rzy­ła mnie zna­jo­ma fala zim­na i za­pa­chu ole­ju prze­my­sło­we­go. Ko­ry­tarz pro­wa­dzący do win­dy był wąski, oświe­tlo­ny po­je­dyn­czą ja­rze­niów­ką, mru­ga­jącą co kil­ka se­kund. W nie­któ­rych miej­scach be­ton zo­stał odra­pa­ny aż do zbro­je­nia. Win­da to­wa­ro­wa po­win­na już daw­no za­ko­ńczyć ży­wot. Za­rdze­wia­łe drzwi, siat­ko­wa­na bra­ma, któ­rej ni­g­dy nie dało się do ko­ńca do­mknąć. Wsia­dłam do środ­ka i wci­snęłam gu­zik z nu­me­rem „–3". Me­cha­nizm za­skrzy­piał i zgrzyt­nął, za­nim ka­bi­na za­częła zje­żdżać. Z ka­żdym me­trem czu­łam, jak na­pi­ęcie ro­śnie. Me­tal pod sto­pa­mi drżał, ścia­ny szy­bu mi­ja­ły po­wo­li, jak­by wci­ąga­ły mnie do in­ne­go świa­ta. Tam na dole nie było re­guł. Tyl­ko siła, szyb­ko­ść i prze­trwa­nie.

Gdy drzwi win­dy roz­su­nęły się z ci­ężkim jękiem, przy­wi­tał mnie zna­jo­my pó­łm­rok. Przede mną roz­ci­ągał się dłu­gi, be­to­no­wy ko­ry­tarz pro­wa­dzący w stro­nę głów­nej sali. Za­nim do­ta­rłam do szat­ni, mu­sia­łam mi­nąć ring.

Hala była ogrom­na, su­ro­wa i przy­tła­cza­jąca. Uno­sił się w niej ci­ężki za­pach ku­rzu, potu i krwi. Świa­tła po­zo­sta­wa­ły przy­ga­szo­ne, jak­by samo miej­sce nie chcia­ło zbyt wie­le po­ka­zy­wać. Je­dy­nie cen­tral­na część, gdzie znaj­do­wa­ła się klat­ka, to­nęła w ostrym, bia­łym świe­tle. Me­ta­lo­wa kon­struk­cja sta­ła pu­sta, ale śla­dy ostat­niej wal­ki wci­ąż były wi­docz­ne. Na be­to­nie ciem­nia­ły pla­my krwi. Część z nich wy­da­wa­ła się jesz­cze świe­ża, inne już za­sy­cha­ły i łusz­czy­ły się, przy­po­mi­na­jąc sta­rą, od­pa­da­jącą far­bę. Nikt nie pró­bo­wał ich zmy­wać. Nikt na­wet nie uda­wał, że za­mie­rza to zro­bić.

W ró­żnych częściach sali kręci­li się lu­dzie. Kil­ku tech­nicz­nych spraw­dza­ło na­gło­śnie­nie i oświe­tle­nie. Dwóch mężczyzn z ob­sta­wy sta­ło przy bocz­nym wy­jściu, roz­ma­wia­jąc pó­łgło­sem. W rogu je­den z za­wod­ni­ków roz­ci­ągał się po­wo­li, owi­ni­ęty ban­da­ża­mi aż po łok­cie. Ktoś pa­lił pa­pie­ro­sa, ukry­ty w cie­niu, jak­by pró­bo­wał znik­nąć z tej prze­strze­ni, ale nie mógł się zmu­sić, by ode­jść. Rzu­ci­łam im krót­kie spoj­rze­nie, nie za­trzy­mu­jąc się na­wet na mo­ment.

Mi­nęłam klat­kę i prze­szłam da­lej, czu­jąc, jak za­pach me­ta­lu i potu osia­da mi na skó­rze, jak­by był sta­łym ele­men­tem tego miej­sca… lep­ką, nie­wi­dzial­ną war­stwą, któ­rej nie da się zmyć. Skręci­łam w lewo i za­trzy­ma­łam się przed szat­nią. Pro­wa­dzi­ły do niej sta­re, ob­dra­pa­ne drzwi; za­miast szyl­du wi­siał na nich je­dy­nie ka­wa­łek po­dar­tej, żó­łtej ta­śmy ostrze­gaw­czej. Po­pchnęłam je bio­drem i we­szłam do środ­ka.

Na pra­wo usta­wio­ne były me­ta­lo­we szaf­ki, po­środ­ku sta­ły ław­ki z wy­tar­tym obi­ciem. W rogu, tuż obok drzwi pro­wa­dzących do ła­zien­ki, wi­sia­ło pęk­ni­ęte lu­stro. Pa­trząc w nie, trud­no było nie za­uwa­żyć, że ży­cie za­wod­ni­ków w tym miej­scu dzie­li­ło się na dwie części: czło­wie­cze­ństwo i be­stial­stwo. Obie ist­nia­ły rów­no­le­gle w jed­nym cie­le, w jed­nej twa­rzy, w jed­nym spoj­rze­niu.

By­li­śmy zwy­kły­mi lu­dźmi z prze­szło­ścią, z imio­na­mi, z bli­zna­mi, któ­re sta­no­wi­ły do­wód na to, że na­praw­dę ist­nie­je­my. Ale wy­star­czył mo­ment, by wszyst­ko to prze­sta­wa­ło mieć zna­cze­nie. Wy­star­czy­ło we­jść do klat­ki, po­czuć chłód me­ta­lu pod sto­pa­mi i odór krwi uno­szący się w po­wie­trzu, by czło­wiek prze­sta­wał być czło­wie­kiem.

Tam nie ocze­ki­wa­no li­to­ści, emo­cji ani sła­bo­ści. W klat­ce nie ist­nia­ły imio­na… tyl­ko cio­sy. Tyl­ko in­stynkt. Be­stia bu­dzi­ła się w ci­szy, bez ostrze­że­nia czy fan­far. Cze­ka­ła tuż pod skó­rą, kar­mio­na stra­chem, gnie­wem, de­spe­rac­ką po­trze­bą udo­wod­nie­nia, że wci­ąż się li­czy­my. A kie­dy już się po­ja­wia­ła… nie pro­si­ła o po­zwo­le­nie. Przej­mo­wa­ła wszyst­ko.

Mo­żna to było do­strzec w lu­strze. Le­d­wie uchwyt­ny błysk w oczach. Sub­tel­ną zmia­nę w na­pi­ęciu szczęki, w spo­so­bie, w jaki cia­ło prze­sta­wa­ło wy­glądać jak cia­ło, a za­czy­na­ło przy­po­mi­nać na­rzędzie. Ka­żdy z nas no­sił to w so­bie. I ka­żdy wie­dział, że je­śli chce prze­trwać, musi na­uczyć się prze­łączać mi­ędzy jed­nym a dru­gim – szyb­ko, bez wa­ha­nia. Tego wie­czo­ru, pa­trząc na swo­je od­bi­cie w pęk­ni­ętym lu­strze, wi­dzia­łam obie wer­sje sie­bie. Jed­ną, któ­ra jesz­cze czu­ła. I dru­gą, któ­ra już szy­ko­wa­ła się do wal­ki.

Rzu­ci­łam tor­bę na ław­kę i się prze­ci­ągnęłam. Po chwi­li po­chy­li­łam się i wy­jęłam z niej ubra­nia oraz ban­da­że oraz spor­to­we buty. Ubra­łam się szyb­ko, bez zbęd­nych ce­re­gie­li. Wsu­nęłam na sie­bie czar­ne leg­gin­sy z ma­to­we­go ma­te­ria­łu, na górę za­ło­ży­łam spor­to­wy top, też czar­ny, z sze­ro­ki­mi ra­mi­ącz­ka­mi. Od­sła­niał ra­mio­na i ple­cy, na­pi­ęte jak za­wsze przed we­jściem do klat­ki. Wło­ży­łam buty, a na­stęp­nie si­ęgnęłam po ban­da­że.

Za­częłam po­wo­li owi­jać lewą dłoń, pa­lec po pal­cu, nad­gar­stek, po­tem znów przez śro­dek dło­ni i wo­kół kciu­ka. Ru­chy mia­łam wy­ćwi­czo­ne do per­fek­cji. Au­to­ma­tycz­ne, nie­mal me­cha­nicz­ne. Ale w ka­żdym z nich była kon­cen­tra­cja. Ban­da­że przy­le­ga­ły cia­sno, jed­nak nie za moc­no. Mu­sia­ły da­wać pew­no­ść, że nic się nie roz­lu­źni w trak­cie wal­ki, że nie stra­cę chwy­tu, nie za­wa­ham się, kie­dy przyj­dzie mo­ment. Tka­ni­na szorst­ko przy­le­ga­ła do skó­ry. Pod spodem czu­łam sta­re zgru­bie­nia na kost­kach, miej­sca, gdzie skó­ra już daw­no prze­sta­ła być mi­ęk­ka. Zwi­ąza­łam ko­niec ban­da­ża na nad­garst­ku, moc­no, pew­nie, po czym za­bra­łam się za dru­gą rękę. Tu rów­nież za­częłam od nad­garst­ka, po­tem przez śro­dek dło­ni, mi­ędzy pal­ca­mi – wszyst­ko w tej sa­mej, po­wta­rzal­nej ko­lej­no­ści. Ten mo­ment za­wsze da­wał mi na­miast­kę spo­ko­ju. Jak­by ka­żdy ruch od­ci­nał mnie ka­wa­łek po ka­wa­łku od świa­ta ze­wnętrz­ne­go. Jak­by z ka­żdą war­stwą ban­da­ża zo­sta­wa­ło co­raz mniej miej­sca na wąt­pli­wo­ści. Kie­dy sko­ńczy­łam, usia­dłam na ław­ce i przez chwi­lę tyl­ko wpa­try­wa­łam się w swo­je dło­nie. Już nie wy­gląda­ły jak dło­nie ko­bie­ty. Bar­dziej jak na­rzędzia. Go­to­we do pra­cy.

Zer­k­nęłam jesz­cze na wy­świe­tlacz ko­mór­ki, ma­jąc ci­chą na­dzie­ję, że zo­ba­czę na nim imię bra­ta, któ­ry za­wsze wspie­rał mnie przed wal­ką, ale tym ra­zem mu­sia­łam po­ra­dzić so­bie bez nie­go. Nim zdąży­łam cho­ćby wes­tchnąć, do po­miesz­cze­nia wpa­dł wście­kły Ty­ron, rzu­ca­jąc mi złow­ro­gie spoj­rze­nie.

– Gdzie on, do kur­wy nędzy, jest? – wark­nął ostro, aż pod­sko­czy­łam w miej­scu. – Gdzie ten cho­ler­ny Ja­son? Spier­do­lił mi czte­ry wy­so­ko ob­sta­wio­ne wal­ki…

Skrzy­wi­łam się, bo zda­łam so­bie spra­wę, że nici z mo­je­go po­my­słu o wy­py­ta­nie Ty­ro­na na te­mat bra­ta. Wy­gląda­ło na to, że on sam nie miał o ni­czym po­jęcia.

– Nie wiem – od­pa­rłam, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Ty mi po­wiedz, gdzie po­dzie­wa się mój brat – do­da­łam, uno­sząc lewą brew.

– Co to zna­czy? – sap­nął nie­co zmie­sza­ny. – Masz nie­wy­pa­rzo­ną gębę, pew­nie coś mu po­wie­dzia­łaś i te­raz…

Par­sk­nęłam.

– Taa… – prze­ci­ągnęłam. – Zła­ma­łam mu ser­ce, mó­wi­ąc, że wy­gląda brzyd­ko w no­wych spoden­kach.

Na twa­rzy mężczy­zny po­ja­wił się cień roz­ba­wie­nia.

– Po­wa­żnie, Ky­lie, gdzie jest Ja­son? Za pi­ęt­na­ście mi­nut ma wal­kę, któ­rej nie może prze­grać. Staw­ka jest zbyt wy­so­ka, a ten chu­jek już wisi mi spo­ro haj­su.

– Nie wiem, po­wa­żnie. Znik­nął bez śla­du – wy­ja­wi­łam i przez uła­mek se­kun­dy zo­ba­czy­łam w jego oczach głębo­ką nie­pew­no­ść.

Mia­łam już do­syć tłu­ma­cze­nia lu­dziom, co się wy­da­rzy­ło.

– Cho­le­ra… – mruk­nął z po­wa­gą. Prze­su­nął dło­ńmi po gło­wie na kark. Przez mo­ment mil­czał, ale za­raz gwa­łtow­nie wy­ce­lo­wał we mnie pal­cem, a od tego ge­stu krew od­pły­nęła mi z twa­rzy, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie lo­do­wa­tą pust­kę. – We­źmiesz jego wal­kę! – za­wy­ro­ko­wał i ob­ró­cił się na pi­ęcie.

– Co? – wy­pa­li­łam, zry­wa­jąc się z miej­sca. Od razu po­bie­głam za mężczy­zną. – Jak mam wzi­ąć jego wal­kę, sko­ro cze­ka mnie wła­sna? – spy­ta­łam, do­rów­nu­jąc mu kro­ku.

– Chuj mnie to ob­cho­dzi. Od­pła­cisz mi za swo­ją, ale naj­pierw mu­sisz wy­grać tę, któ­ra na­le­ża­ła do two­je­go bra­ta.

– Prze­cież Ja­son wal­czy z… fa­ce­ta­mi – burk­nęłam, kręcąc gło­wą.

– Masz uczu­le­nie na fi­stasz­ki czy co, kur­wa? – wark­nął, za­trzy­mu­jąc się gwa­łtow­nie. Omal na nie­go nie wpa­dłam.

Otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy. Nie spo­dzie­wa­łam się spro­śnych żar­tów z jego ust.

– Nie, nie mam – od­po­wie­dzia­łam już nie­co spo­koj­niej. – Czy­li po­win­nam wal­czyć z fa­ce­tem w imię swo­je­go bra­ta? – pod­su­mo­wa­łam na głos.

– Wy­słać ci to ma­ilem, że­byś zy­ska­ła wi­ęcej cza­su na zro­zu­mie­nie?

– Trud­no mi uwie­rzyć, że umiesz ob­słu­gi­wać… – Urwa­łam, bo mężczy­zna zgro­mił mnie wzro­kiem. – Do­brze, już do­brze… Jaka staw­ka? – spy­ta­łam, uno­sząc gło­wę.

Ty­ron par­sk­nął.

– Masz wi­ęk­sze jaja niż wi­ęk­szo­ść za­wod­ni­ków. Nie py­tasz, z kim wal­czysz, tyl­ko za jaką staw­kę?

– Po­trze­bu­ję od­po­wied­niej mo­ty­wa­cji… sam wiesz, że ży­cie nie jest ta­nie. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Po­dwój­na – rzu­cił krót­ko, a ja ski­nęłam gło­wą, da­jąc mu znak, że się zga­dzam. – A te­raz zni­kaj mi sprzed oczu. Wal­ka pry­wat­na, więc zo­sta­ło ci ja­kieś dzie­si­ęć mi­nut, żeby do­stać się do stre­fy VIP, nie spier­dol tego, Far­ley.

Rozdział II: Odwaga

Praw­dzi­wa od­wa­ga po­le­ga na tym, by żyć i cier­pieć za to, w co wie­rzysz.

Chri­sto­pher Pa­oli­ni, „Era­gon”

Oj­ciecuczyłmnie,że od­wa­ga nie po­cho­dzi z cia­ła, lecz z sil­ne­go umy­słu. Cia­ło za­wsze może zo­stać po­ko­na­ne, ale je­śli masz do­brą mo­ty­wa­cję, nic nie zdo­ła cię po­wstrzy­mać. Czło­wiek jest je­dy­nie sumą wszyst­kich stra­chów, ja­kie tkwią w jego ser­cu, więc klu­czem do suk­ce­su jest pe­łne wy­zby­cie się go. Prze­sta­łam się bać bólu, kie­dy po raz pierw­szy moje ser­ce zo­sta­ło roz­szar­pa­ne. Kil­ka si­nia­ków czy zła­ma­nych ko­ści nie mo­gło w ża­den spo­sób rów­nać się z tym, co przy­no­si stra­ta osób, któ­re się ko­cha. Świa­do­mo­ść, że mu­szę prze­trwać, by nie do­pu­ścić do utra­ty bra­ta, była moją naj­wi­ęk­szą mo­ty­wa­cją, gdy prze­mie­rza­łam ko­ry­ta­rze pod­zie­mia w dro­dze na ring.

Przy­spie­szy­łam kro­ku, kie­dy się zo­rien­to­wa­łam, że stra­ci­łam zbyt wie­le cza­su na roz­mo­wie z Ty­ro­nem. Po­win­nam się roz­grzać przed wal­ką, a nie mia­łam na to cza­su. Pędzi­łam przez be­to­no­we ko­ry­ta­rze, aż w ko­ńcu do­ta­rłam do drzwi, za któ­ry­mi od­by­wa­ły się wal­ki pre­mium – naj­częściej krwa­we, bar­dzo bru­tal­ne star­cia mi­ędzy mężczy­zna­mi. Ko­bie­ty rzad­ko mia­ły oka­zję się tam zja­wiać, chy­ba że któ­ryś z go­ści so­bie tego za­ży­czył. Ta­kie wal­ki były za­zwy­czaj le­piej opła­ca­ne, na co w du­chu moc­no li­czy­łam, bo de­spe­rac­ko po­trze­bo­wa­łam pie­ni­ędzy. Zresz­tą, nie zdzi­wi­ła­bym się, gdy­by Ty­ron pod­nió­sł staw­kę z ra­cji wal­ki ko­bie­ty z mężczy­zną, co naj­praw­do­po­dob­niej nie wy­da­rzy­ło się ni­g­dy wcze­śniej w pod­zie­miu. Po­mi­mo bra­ku ogól­nych re­guł nikt ra­czej nie de­cy­do­wał się na wal­kę z płcią prze­ciw­ną ze względu na nie­rów­ne szan­se.

Szarp­nęłam za klam­kę i kie­dy tyl­ko we­szłam do środ­ka, wszyst­kie spoj­rze­nia sku­pi­ły się na mnie. W jed­nej chwi­li po­czu­łam się bar­dziej oce­nia­na niż pod­czas eg­za­mi­nu na pra­wo jaz­dy. Ka­żdy do­pa­try­wał się u mnie sła­bo­ści, pró­bo­wał zna­le­źć sła­by punkt. Za­cho­wa­łam ka­mien­ną twarz i ru­szy­łam przed sie­bie w kie­run­ku rin­gu z me­ta­lo­wą siat­ką.

Po­miesz­cze­nie nie było duże, nie znaj­do­wa­ło się tu­taj za wie­le me­bli; dwie dłu­gie ka­na­py ze skó­rza­nym obi­ciem zaj­mo­wa­ne przez kil­ka zna­jo­mych osób oraz tych, któ­rych ni­g­dy nie mia­łam oka­zji po­znać, re­ga­ły z ró­żny­mi bi­be­lo­ta­mi oraz rząd wol­no­sto­jących sza­fek. Wi­dow­nia skry­wa­ła swo­je twa­rze za lu­strza­ną ścia­ną, gdzie ob­sta­wia­no wy­gra­ne. To wła­śnie tam prze­le­wał się gru­by hajs, nie­rzad­ko pła­co­ny przez urzęd­ni­ków pa­ństwo­wych lub przed­sta­wi­cie­li pra­wa, któ­rym bra­ko­wa­ło w ży­ciu ad­re­na­li­ny.

– Zgu­bi­łaś się? – spy­tał ni­ski, ta­jem­ni­czy głos zza mo­ich ple­ców. Nie przy­po­mi­na­łam so­bie, że­bym go wcze­śniej sły­sza­ła.

Od­wró­ci­łam się po­wo­li, wdy­cha­jąc za­pach, któ­ry na dłu­go po­zo­sta­nie w mo­jej pa­mi­ęci. Dzi­kie po­łącze­nie drew­na, ty­to­niu i cze­goś słod­kie­go. Przede mną stał wy­so­ki mężczy­zna o spoj­rze­niu tak głębo­kim, że nie­mal się w nim gu­bi­łam. Jego zie­lo­ne oczy wbi­ja­ły się we mnie z za­ci­ęto­ścią, przez co po­czu­łam się skrępo­wa­na. Miał na so­bie lu­źny, czar­ny tank top uwy­dat­nia­jący atle­tycz­ne, po­kry­te wie­lo­ma ta­tu­aża­mi cia­ło oraz w mia­rę do­pa­so­wa­ne spodnie dre­so­we w tym sa­mym ko­lo­rze. De­li­kat­nie kwa­dra­to­wa szczęka na­pi­ęła

się, gdy wy­wier­cał mi wzro­kiem dziu­rę w czasz­ce. Nie był przy­jem­ny, nie pró­bo­wał na­wet ta­kie­go uda­wać. Jego twarz wy­ra­ża­ła nie­chęć w naj­czyst­szej po­sta­ci.

Czar­ne wło­sy miał dłu­ższe i lek­ko po­tar­ga­ne na czub­ku, a po bo­kach znacz­nie krót­sze – co tyl­ko po­tęgo­wa­ło prze­ko­na­nie, że z tym ko­le­siem nie będzie lek­ko. Li­czy­łam, że nie on sta­nie na­prze­ciw­ko mnie w klat­ce. Bił od nie­go chłód tak bar­dzo prze­szy­wa­jący, że po mo­jej skó­rze prze­sze­dł dreszcz.

Od­chrząk­nęłam, bio­rąc się w ga­rść.

– Nie zgu­bi­łam, wal­czę za bra­ta – od­pa­rłam słod­ko, mru­żąc oczy. – Przy­szłam tu­taj, żeby obić głu­pią gębę ja­kie­goś za­du­fa­ne­go dup­ka, któ­re­mu się wy­da­je, że jest coś war­ty – rzu­ci­łam, wbi­ja­jąc nie­po­kor­nie spoj­rze­nie wprost w zie­lo­ne tęczów­ki.

Chło­pak za­śmiał się za­dzior­nie, spla­ta­jąc dło­nie na kar­ku, co je­dy­nie pod­kre­śli­ło jego mi­ęśnie ra­mion. Uśmiech miał cy­nicz­ny i pe­łen jadu, ale mimo wszyst­ko od­no­si­łam wra­że­nie, że coś się w nim zmie­ni­ło. Znik­nął chłód, a w oczach od­bi­ło się coś zna­jo­me­go, ale rów­nież nie­po­ko­jące­go.

– Uro­dzi­łaś się taka py­ska­ta czy brak ogła­dy wy­ssa­łaś z mle­kiem mat­ki? – za­py­tał, wci­ąż uśmie­cha­jąc się w ten cy­nicz­ny i po­gar­dli­wy spo­sób.

– To mój sys­tem obron­ny prze­ciw­ko szo­wi­ni­stycz­nym świ­niom, któ­re trak­tu­ją ko­bie­ty jak ozdo­by do swo­ich fo­tek na In­sta­gra­mie. Wy­ro­bił się przez lata prak­ty­ki – od­pa­rłam z pe­łnym prze­ko­na­niem, jak­by nie było bar­dziej ra­cjo­nal­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia.

– To jed­no py­ta­nie po­pchnęło cię do wy­snu­cia teo­rii o tym, że je­stem szo­wi­ni­stą? – Unió­sł wy­so­ko brwi, rzu­ca­jąc mi oce­nia­jące spoj­rze­nie.

– A nie to mia­łeś na my­śli? – drąży­łam nie­co zmie­sza­na, choć wci­ąż bo­jo­wo na­sta­wio­na.

– Uspo­kój się z tą pseu­do­fe­mi­ni­stycz­ną po­sta­wą. Mi­zan­dria jako ochro­na przed szo­wi­ni­zmem to za­mkni­ęte koło, ro­dzące spi­ra­lę nie­uza­sad­nio­nej nie­na­wi­ści. – Pa­trzył na mnie z miną wy­kła­dow­cy fi­lo­zo­fii prze­ka­zu­jące­go mi ży­cio­wą lek­cję. – Tę bo­jo­wą po­sta­wę mo­żesz wy­ko­rzy­stać na rin­gu, sko­ro tu tra­fi­łaś, bo prze­ciw­nik już cze­ka, Far­ley – do­dał, mi­ja­jąc mnie w prze­jściu z gra­cją, jak­by wła­śnie wy­grał zło­ty me­dal za naj­lep­szą wy­mia­nę zdań.

Otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy, od­kry­wa­jąc, że ist­nie­je coś, co na­praw­dę może mnie za­sko­czyć. Spra­wił, że do gło­wy na­pły­nęły de­li­kat­ne za­cząt­ki wy­rzu­tów su­mie­nia, ale nie to było naj­bar­dziej szo­ku­jące. Znał moje na­zwi­sko. Skąd, do cho­le­ry?

Ob­ró­ci­łam się na pi­ęcie, rzu­ca­jąc prze­lot­ne spoj­rze­nie na salę, chcąc zlo­ka­li­zo­wać nie­zna­jo­me­go, ale on gdzieś znik­nął, a wy­so­ki, wiel­ki jak dąb fa­cet ły­pał na mnie z rin­gu.

Skrzy­wi­łam się. Świet­nie…

Mój prze­ciw­nik wy­glądał jak cho­dzący do­wód na to, że Mat­ka Na­tu­ra cza­sem robi so­bie żar­ty. I to ta­kie moc­no su­che. Miał wiel­kie łapy, kark nie­na­tu­ral­nie sze­ro­ki i spoj­rze­nie, któ­re mo­gło­by za­trzy­mać po­ci­ąg to­wa­ro­wy w pe­łnym roz­pędzie. Ubra­ny był w czar­ne spoden­ki i ochra­nia­cze wy­gląda­jące, jak­by bła­ga­ły o chwi­lę wy­tchnie­nia od jego mi­ęśni. Na klat­ce pier­sio­wej, oczy­wi­ście, czasz­ka. Bo prze­cież nie może obyć się bez zna­ku, któ­ry sub­tel­nie zwia­stu­je, że za mo­ment będzie miał ocho­tę roz­gnie­ść mnie jak ko­ma­ra na ra­mie­niu w let­ni wie­czór.

Cho­ler­ny Ty­ron… że też się na to zgo­dzi­łam. Nie po­dej­rze­wa­łam, że wy­śle mnie do jed­nej klat­ki z Ro­bo­co­pem.

Za­ci­ągnęłam się po­wie­trzem tak, jak­by to mia­ło mi po­móc prze­stać kal­ku­lo­wać, ile mi­nut lub se­kund, ży­cia mi po­zo­sta­ło, za­nim zo­sta­nę po­wa­lo­na przez jego ło­kieć. Ser­ce tłu­kło mi w pier­si, jak­by za­raz mo­gło wy­sko­czyć, a dło­nie za­częły de­li­kat­nie drżeć. Tyle z mo­jej od­wa­gi. Mu­sia­łam li­czyć na cud i zgry­wać bo­ha­ter­kę. Może zdo­łam osła­bić jego mo­ra­le swo­ją pew­no­ścią sie­bie.

Na sali wrza­ło. Okrzy­ki, gwiz­dy, po­kle­py­wa­nie się po ple­cach i te­sto­ste­ron w po­wie­trzu tak gęsty, że dało się go kro­ić no­żem. W kącie ja­kiś ko­leś za­kła­dał ręka­wi­ce, obok dwóch in­nych pro­wa­dzi­ło coś, co wy­gląda­ło na fi­lo­zo­ficz­ną de­ba­tę o naj­lep­szej tech­ni­ce no­kau­tu. Pach­nia­ło po­tem i me­ta­lem.

Sta­nęłam w we­jściu do klat­ki. Z po­zo­ru pew­na sie­bie. W prak­ty­ce… cóż, moje ego za­ha­czy­ło o dno, w pe­łni po­ko­na­ne przez to, co wi­dzia­łam przed sobą.

No do­bra, Ky­lie. Nie pa­ni­kuj. Prze­cież lu­bisz wy­zwa­nia… Dasz so­bie radę.

Wy­star­czy­ło sku­pić się na jego sła­bych punk­tach. Na pew­no bra­ko­wa­ło mu szyb­ko­ści i zwin­no­ści, cze­go mi aku­rat nie mo­żna było od­no­wić. Mu­sia­łam za­tem wy­ko­rzy­stać swo­je atu­ty i nie po­zwo­lić mu się do­rwać. Mo­głam go zwy­czaj­nie męczyć, a po­tem wy­ko­ńczyć, kie­dy już nie będzie miał siły.

Sta­nęłam na środ­ku. Wzi­ęłam głębo­ki od­dech i po­wo­li wy­pu­ści­łam z ust po­wie­trze. Ser­ce tro­chę zwol­ni­ło swój rytm, a w gło­wie roz­le­gła się jed­na myśl, kla­row­na jak ni­g­dy: Nie daj się za­bić. A je­śli już, to przy­naj­mniej zrób to z przy­tu­pem.

W stan­dar­do­wym re­per­tu­arze walk na rin­gu głów­nym punk­tem po­zo­sta­wa­ły za­po­wie­dzi. Kil­ka dur­nych słów o za­wod­ni­kach, ale tu­taj, gdzie pu­blicz­no­ść skry­ła się za lu­strza­ną ścia­ną, nie było o tym mowy. Nim zdąży­łam co­kol­wiek zro­bić lub cho­ćby po­my­śleć, usły­sza­łam gong, a na­stęp­nie zo­ba­czy­łam pędzące­go w moją stro­nę nie­dźwie­dzia, któ­ry przy ka­żdym kro­ku wpra­wiał zie­mię w drże­nie.

Za­częło się.

Ru­szał się pew­nie i za­ska­ku­jąco zwin­nie jak na ko­goś, kto wy­glądał jak czo­łg. Trzy­mał gar­dę wy­so­ko, oczy miał sku­pio­ne, go­to­we zmia­żdżyć mnie sa­mym spoj­rze­niem. Nie za­po­wia­da­ło się na ja­kąkol­wiek fi­ne­zję. Był na­sta­wio­ny na ostre, bru­tal­ne star­cie. Jego cia­ło przy­po­mi­na­ło bul­do­żer bez ha­mul­ców, o czym prze­ko­na­łam się, kie­dy za­ata­ko­wał pierw­szy.

Pra­wy sier­po­wy zo­stał wy­mie­rzo­ny we mnie z nie­by­wa­łym za­ma­chem, ale zdąży­łam się od­su­nąć. O włos nie tra­fił, bo tuż obok ucha usły­sza­łam świst. Dru­gie­go ude­rze­nia nie uda­ło mi się unik­nąć; ból w bar­ku roz­lał się po cie­le, po­wo­du­jąc, że na mo­ment stra­ci­łam re­zon. Za­nim zdąży­łam ode­tchnąć, wbił ol­brzy­mie ko­la­no w moje że­bro. Zgi­ęłam się i syk­nęłam, ob­la­na zim­nym po­tem. Cof­nęłam się, za­chły­stu­jąc po­wie­trzem i wark­nęłam pod no­sem kil­ka nie­cen­zu­ral­nych słów.

Za­raz wy­ró­sł z zie­mi, a jego cia­ło rzu­ci­ło na mnie cień. Zła­pał mnie w ta­lii jak nic nie­wa­żącą lal­kę i unió­sł, po czym do­słow­nie rzu­cił mną o me­ta­lo­wą siat­kę rin­gu. Za­ci­snęłam pal­ce na zim­nym ma­te­ria­le. Nie­spo­dzie­wa­nie zrów­na­łam się ze znaj­du­jącym się kil­ka cen­ty­me­trów od mo­jej twa­rzy chło­pa­kiem. Zie­lo­ne oczy wbi­ły się we mnie i nie­mal mo­głam w nich wy­czy­tać, że się zgu­bi­łam. Uśmiech­nął się cwa­niac­ko, ale na­wet nie drgnął.

Nie lu­bi­łam prze­gry­wać. Zwłasz­cza wte­dy, gdy ktoś wy­cze­ki­wał mo­jej po­ra­żki. Za­ło­ży­łam na twarz ka­mien­ną ma­skę.

Na­stęp­ny cios mi­nął mnie o cen­ty­me­try, a ja za­nur­ko­wa­łam w bok, ni­sko, jak­by ktoś prze­ci­ął mi nogi. Za­trzy­ma­łam się przy sto­pach prze­ciw­ni­ka i wte­dy zo­ba­czy­łam swo­ją szan­sę. Jego pra­wa sto­pa lek­ko drgnęła. Ma­lut­ki ruch, któ­ry dla prze­ci­ęt­ne­go oka zna­czy­łby tyle co nic. Dla mnie sta­no­wił jed­nak dzwo­nek alar­mo­wy. Nie miał pe­łne­go opar­cia. Praw­do­po­dob­nie przez sta­ry uraz albo po pro­stu nie dbał o rów­no­wa­gę. Ści­ęgno Achil­le­sa było na­pi­ęte jak stru­na, a wzdłuż skó­rę zdo­bi­ła gru­ba bli­zna. To wy­star­czy­ło.

Ude­rzy­łam szyb­ko i pre­cy­zyj­nie w jego sła­by punkt. Zgi­ął się wpół, a noga mu za­drża­ła. I wte­dy, za­nim zdążył za­re­ago­wać, kop­nęłam go w ko­la­no dru­giej nogi, prze­su­wa­jąc ci­ężar cia­ła mężczy­zny do­kład­nie tam, gdzie nie miał żad­ne­go pod­par­cia. Wy­rżnął o zie­mię z hu­kiem, a ja mia­łam wra­że­nie, jak­by cały ring się za­ko­ły­sał.

Wy­sko­czy­łam na nie­go jak dzi­kie, roz­ju­szo­ne zwie­rzę. Usia­dłam na jego ple­cach, przy­ci­ska­jąc ko­la­nem ło­kieć do maty. Szar­pał się i pró­bo­wał mnie zrzu­cić, ale za­częłam bić łok­ciem w jego bok. Moc­no, ryt­micz­nie. Prze­stał się spi­nać. I wte­dy prze­szłam do ko­ńca.

Zsu­nęłam się na bok, prze­to­czy­łam i ob­jęłam go jak wąż. Nogi owi­nęłam wo­kół tu­ło­wia prze­ciw­ni­ka, jed­ną rękę wsu­nęłam pod szy­ję, dru­gą za­trzy­ma­łam na po­ty­li­cy. Ści­snęłam z ca­łych sił i za­raz po­czu­łam jego na­pi­ęcie oraz roz­pacz­li­we pró­by zła­pa­nia po­wie­trza. Ale nic z tego. Noga drża­ła mu z bólu – ści­ęgno Achil­le­sa nie wy­ba­cza. Nie miał już mo­żli­wo­ści wal­czyć.

Uśmiech­nęłam się. Tak tyl­ko de­li­kat­nie.

Po chwi­li do mo­ich uszu do­bie­gł dźwi­ęk trium­fu. Ol­brzym od­kle­pał, prze­ry­wa­jąc wal­kę. Roz­brzmiał gong ko­ńczący star­cie, więc z bó­lem w że­brach ze­szłam z mężczy­zny i po­kracz­nie pod­nio­słam się na rów­ne nogi, przy­ci­ska­jąc dłoń do bo­lące­go miej­sca. Au­to­ma­tycz­nie i zu­pe­łnie nie­pla­no­wa­nie, moje spoj­rze­nie po­wędro­wa­ło do ko­le­sia, któ­re­go spo­tka­łam przed wal­ką. Miał na twa­rzy pó­łu­śmiech do­da­jący mu ta­jem­ni­czo­ści. Ci­ężko od­dy­cha­łam, bo­la­ło mnie cia­ło, ale uczu­cie sa­tys­fak­cji sku­tecz­nie blo­ko­wa­ło wszyst­kie inne bo­dźce.

Ty­ron stał przy we­jściu z dło­ńmi scho­wa­ny­mi w kie­sze­niach spodni. Pa­trzył na mnie z za­do­wo­le­niem, co je­dy­nie na­kręca­ło moje ego. Gdy po­de­szłam bli­żej, od razu wy­ci­ągnęłam w jego kie­run­ku rękę, a on w od­po­wie­dzi unió­sł wy­so­ko brwi. Na jego twa­rzy od­ma­lo­wa­ło się za­sko­cze­nie, ale już po chwi­li po­dał mi zwi­tek bank­no­tów nie­wie­le grub­szy od tego, któ­ry za­zwy­czaj do­sta­wa­łam po zwy­kłych wal­kach.

Zmarsz­czy­łam czo­ło, wga­pia­jąc się w jego nie­po­kor­ne oczy. Chy­ba so­bie żar­to­wał.

– Wy, Far­ley­owie, je­ste­ście tacy sami… Nic was nie od­ró­żnia, do­słow­nie nic. Obo­je ma­cie jaja ze sta­li, ale rów­nież ol­brzy­mi tu­pet.

Sap­nęłam pod no­sem i prze­wró­ci­łam ocza­mi.

– Wiem, ile pie­ni­ędzy Ja­son przy­no­si do domu, więc nie rób so­bie jaj – po­wie­dzia­łam z po­wa­gą. – Za­ło­żę się, że nikt mnie nie ob­sta­wił, co ozna­cza, że na tej wal­ce zbi­łeś nie­złą sum­kę. Za­płać mi na­le­żną kwo­tę i będzie­my kwi­ta – za­żąda­łam bez­dy­sku­syj­nie.

Kątem oka wi­dzia­łam, że Ma­son stał z tyłu, przy­gląda­jąc się nam z cie­nia. Kiw­nęłam gło­wą, da­jąc mu znak, by za­cze­kał.

Ty­ron z nie­za­do­wo­le­niem si­ęgnął po ko­lej­ny ru­lo­nik do­la­rów i rzu­cił go na moją otwar­tą dłoń, jak­by ro­bił mi ja­kąś ła­skę, a to zwy­czaj­nie mi się na­le­ża­ło. Bez sło­wa wci­snęłam pie­ni­ądze do sta­ni­ka i ru­szy­łam w kie­run­ku Ma­so­na i rów­no­cze­śnie szat­ni.

– Do­brze ci po­szło – stwier­dził, gdy po­ja­wi­łam się bli­sko nie­go. – Chcia­łem wzi­ąć tę wal­kę za Ja­so­na, ale Ty­ron się nie zgo­dził. Mó­wił, że już ko­goś ma, ale nie sądzi­łem, że pa­dło na cie­bie… – Przyj­rzał mi się ba­daw­czo. – Nic ci nie jest?

– To nic, przy­naj­mniej za­ro­bi­łam na nowy za­mek do drzwi. – Za­śmia­łam się gorz­ko. – Tro­chę boli mnie… wszyst­ko – do­da­łam z gry­ma­sem. – Ale przej­dzie. Ból za­wsze prze­cho­dzi.

Mina chło­pa­ka su­ge­ro­wa­ła, że się mar­twił. Cały czas wy­da­wał się w go­to­wo­ści, by mnie zła­pać, je­śli mia­ła­bym upa­ść, lecz na to się nie za­no­si­ło. Ru­szy­łam pew­nym kro­kiem w stro­nę szat­ni, a on po­sze­dł za mną.

– Już wy­mie­ni­łem za­mek – rzu­cił lu­źno.

Spoj­rza­łam na nie­go z za­sko­cze­niem, ale uśmiech­nęłam się z wdzi­ęcz­no­ścią.

– Dzi­ęku­ję, od­dam ci pie­ni­ądze.

– Nie trze­ba. Wiem, że Ja­son nie wy­ba­czy­łby mi, gdy­bym się tobą nie za­opie­ko­wał.

Wci­ągnęłam do ust po­wie­trze na­sy­co­ne za­pa­chem me­ta­lu i potu. Nie trze­ba było się mną opie­ko­wać. Ra­dzi­łam so­bie, ale je­śli Ma­son miał po­trze­bę zgry­wa­nia bo­ha­te­ra, to nie po­zo­sta­ło mi nic in­ne­go, niż po pro­stu mu na to po­zwo­lić. Zda­wa­łam so­bie spra­wę z tego, że on rów­nież mar­twił się o mo­je­go bra­ta. W ko­ńcu byli przy­ja­ció­łmi, od­kąd pa­mi­ętam, więc mógł czuć po­win­no­ść za­jęcia się mną.

– Ten chło­pak… – prze­ci­ągnęłam nie­zręcz­nie – któ­ry stał przy rin­gu… Ciem­ne wło­sy, ta­tu­aże… – Usia­dłam na ław­ce, si­ęga­jąc do tor­by po blu­zę. – Kim on jest? – spy­ta­łam, nie pa­trząc na Ma­so­na. Było mi tro­chę głu­pio, nie chcia­łam, żeby moja cie­ka­wo­ść zo­sta­ła źle ode­bra­na.

– Alex – mruk­nął krót­ko, z nie­chęcią. – Jest pra­wą ręką Ty­ro­na. Był tu za­pew­ne, by kon­tro­lo­wać sy­tu­ację. A co? Masz z nim ja­kiś pro­blem? – Wy­ra­źnie się spi­ął. Scho­wał ręce do kie­sze­ni blu­zy i na­pi­ął bar­ki. Chy­ba się nie lu­bi­li.

Po­kręci­łam prze­cząco gło­wą i za­ło­ży­łam na sie­bie czar­ną kan­gur­kę z nie­co roz­ci­ągni­ęty­mi ręka­wa­mi i spra­nym ko­lo­rem.

– Ni­g­dy wcze­śniej go nie wi­dzia­łam – od­pa­rłam su­cho i wsta­łam, co wy­ge­ne­ro­wa­ło nową falę bólu. Od razu zła­pa­łam się za że­bra i syk­nęłam.

Ma­son skrzy­wił się i zro­bił krok w moją stro­nę.

– Je­steś pew­na, że wszyst­ko w po­rząd­ku? Nie­źle ci przy­wa­lił. Ktoś po­wi­nien cię zba­dać, Ky­lie.

– Do­brze, już do­brze. Ju­tro pój­dę do le­ka­rza – skła­ma­łam.

Nie mia­łam siły się prze­bie­rać, więc po pro­stu po­zbie­ra­łam swo­je rze­czy i skie­ro­wa­łam się do wy­jścia. Spoj­rza­łam na wy­świe­tlacz ko­mór­ki i wi­dząc wia­do­mo­ść od De­ana, wzi­ęłam głębo­ki od­dech. Było już pó­źno, dla­te­go zro­bi­ło mi się głu­pio, że chło­pak wci­ąż cze­kał na mój po­wrót. Jed­nak myśl o po­wro­cie do domu, gdzie zno­wu za­sta­nę cały ten baj­zel i krew, spra­wi­ła, że żo­łądek zwi­nął mi się w cia­sny węzeł. Ma­son od­pro­wa­dził mnie na par­king, ale zo­stał jesz­cze w klu­bie, bo miał swo­ją wal­kę. Za­nim wsia­dłam do sa­mo­cho­du, ro­zej­rza­łam się po oko­li­cy. Nocą było tu bar­dzo nie­przy­jem­nie, wy­obra­źnia pod­su­wa­ła mi nie­zli­czo­ne ob­ra­zy tego, co cza­iło się w ciem­no­ści.

Opa­rłam przed­ra­mio­na na da­chu Ma­li­bu. Przy­tło­czy­ło mnie wszyst­ko wo­ko­ło. Nie wie­dzia­łam, gdzie szu­kać Ja­so­na, a od­no­si­łam wra­że­nie, że ka­żda mi­ja­jąca mi­nu­ta to zwy­czaj­ne mar­no­wa­nie cza­su. W tej chwi­li mój brat mógł wal­czyć o ży­cie albo wła­śnie tę wal­kę prze­gry­wać.

Z za­my­śle­nia wy­rwał mnie ostry war­kot sil­ni­ka i ośle­pia­jące świa­tło re­flek­to­rów. Czar­ny mo­tor Su­zu­ki Hay­abu­sa wy­ło­nił się z wnętrza bu­dyn­ku i prze­je­chał przez bra­mę wjaz­do­wą, któ­ra za­raz po­now­nie się za­mknęła. Kie­row­cą wy­ra­źnie mi się przy­glądał, skry­ty za czar­nym ka­skiem. Skó­rza­na kurt­ka ide­al­nie opi­na­ła cia­ło i na­wet pod jej ma­te­ria­łem dało się za­uwa­żyć, że ta­jem­ni­czy mężczy­zna jest do­brze zbu­do­wa­ny. Ob­ró­ci­łam się przo­dem, opie­ra­jąc ple­cy o swój sa­mo­chód. Skrzy­żo­wa­łam ręce na wy­so­ko­ści pier­si i cze­ka­łam, aż prze­sta­nie się na mnie ga­pić… Za­miast tego jed­nak on ru­szył w moją stro­nę i za­trzy­mał się tuż obok. Zdjął kask i po­now­nie tej nocy uka­zał zie­lo­ne tęczów­ki.

– Chcia­łeś mi po­gra­tu­lo­wać do­brej wal­ki? – rzu­ci­łam, ki­wa­jąc do nie­go gło­wą.

Unió­sł kącik ust, ale nie od­po­wie­dział od razu. Wsu­nął kask pod ra­mię i po­wo­li pod­sze­dł bli­żej. Za­trzy­mał się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści, cho­ciaż i tak bli­żej, niż bym so­bie ży­czy­ła.

Uśmiech­nął się pó­łgęb­kiem. Po­da­ro­wał mi ten typ uśmie­chu, któ­ry po­tra­fi wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi bar­dziej niż ja­ki­kol­wiek ko­men­tarz.

– Spraw­dzam tyl­ko, czy po tylu cio­sach masz jesz­cze siłę na dow­ci­py. – Spoj­rzał na mnie uwa­żnie.

– Za­wsze mam. To ja­kiś pro­blem?

– Jesz­cze nie – mruk­nął i zbli­żył się o krok. – Ale Ty­ron nie ma po­czu­cia hu­mo­ru, w prze­ci­wie­ństwie do cie­bie.

– Se­rio? A wy­gląda na uro­dzo­ne­go ka­ba­re­cia­rza.

Prych­nął roz­ba­wio­ny, choć pró­bo­wał to ukryć.

– Gdzie jest Ja­son? – spy­tał, za­miast po­ci­ągnąć moją za­czep­kę da­lej. W jego gło­sie wy­brzmia­ła po­wa­ga, któ­ra spra­wi­ła, że po kręgo­słu­pie prze­szły mi dresz­cze.

Wes­tchnęłam te­atral­nie.

– Brzmisz tak, jak­bym go ukry­wa­ła w ba­ga­żni­ku. Nie wiem. Znik­nął…

Za­wa­hał się, ale jego spoj­rze­nie zro­bi­ło się bar­dziej mi­ęk­kie.

– Masz zbyt ci­ęty język jak na ko­goś, kto le­d­wo stoi – za­uwa­żył, pa­trząc zna­cząco na moje że­bra.

– Prze­wa­ga mo­je­go języ­ka po­le­ga na tym, że dzia­ła nie­za­le­żnie od resz­ty cia­ła.

Za­mil­kł na chwi­lę, ale w jego oczach za­ta­ńczył cień uśmie­chu. Chy­ba za­czy­na­łam go ba­wić, a może iry­to­wać. Albo jed­no i dru­gie.

– Ty­ron jest wkur­wio­ny. Ja­son swo­im znik­ni­ęciem za­wa­lił nie tyl­ko wal­ki, ale rów­nież resz­tę ro­bo­ty. Ktoś będzie mu­siał po­sprzątać jego ba­ła­gan.

Prze­ta­rłam dło­ńmi twarz.

– Słu­chaj, nie mam po­jęcia, gdzie jest mój brat. Sama chcia­ła­bym to wie­dzieć. W ka­żdym ra­zie… li­czę, że go szyb­ko znaj­dę.

Pa­trzył na mnie z ża­ło­snym po­li­to­wa­niem, jak­by wie­dział wi­ęcej niż ja. Jak­by już skre­ślił Ja­so­na z li­sty abo­nen­tów ży­cio­wych… a to bar­dzo mnie zi­ry­to­wa­ło. Mil­czał, choć jego oczy wy­ra­ża­ły wi­ęcej niż ty­si­ąc słów. Nie wie­rzył, że go znaj­dę. A może wie­dział, że nie ma cze­go szu­kać? Może brał udział w tym, co się wy­da­rzy­ło?

W ko­ńcu ski­nął obo­jęt­nie gło­wą i na­ło­żył na nią kask, a na­stęp­nie wsia­dł na mo­tor. Nie rzu­cił żad­ne­go zgry­źli­we­go ko­men­ta­rza ani się nie po­że­gnał. Po pro­stu ru­szył przed sie­bie, a po chwi­li znik­nął za ho­ry­zon­tem.

Wes­tchnęłam ci­ężko i wsia­dłam do swo­je­go sa­mo­cho­du. Przez mo­ment pa­trzy­łam pu­stym wzro­kiem w bu­dy­nek pod­zie­mia. Kie­dy zo­sta­łam sama, zro­bi­ło się ci­ężko. Po­czu­łam nie­moc zwi­ąza­ną z Ja­so­nem. Bez nie­go sta­łam się cho­ler­nie sa­mot­na, mimo że wo­kół kręci­ło się mnó­stwo osób. Nikt jed­nak nie ro­zu­miał mnie tak jak on. Nikt nie wie­dział, co skry­wa­ła moja du­sza. Tyl­ko on je­den był w sta­nie doj­rzeć to, co głębo­ko ukry­te przed świa­tem.

Prze­ta­rłam dło­ńmi twarz i do­szłam do wnio­sku, że to do­bry mo­ment, by się zmyć i choć chwi­lę prze­spać się przed za­jęcia­mi na uczel­ni. Od­pa­li­łam sil­nik i ru­szy­łam w kie­run­ku domu De­ana. Nie mo­głam zna­le­źć so­bie wy­god­nej po­zy­cji za kie­row­ni­cą, bo na­dal bo­la­ło mnie cia­ło po star­ciu z Hul­kiem. Ja­dąc, sta­ra­łam się pal­ca­mi wy­ma­cać swo­je że­bra, by mieć pew­no­ść, że nic się nie zła­ma­ło. Choć nie by­łam le­ka­rzem, to prze­ży­łam masę po­dob­nych ura­zów i już wie­dzia­łam, na co za­wra­cać uwa­gę. Wy­da­wa­ło mi się, że ból, jaki czu­łam, to kwe­stia obi­te­go cia­ła, nic po­wa­żniej­sze­go. Cie­pły prysz­nic i od­po­czy­nek zde­cy­do­wa­nie po­mo­gą. Choć o tym dru­gim trud­no było my­śleć, po­nie­waż za kil­ka go­dzin mu­sia­łam już wstać, żeby zdążyć na za­jęcia. Sty­pen­dium, dzi­ęki któ­re­mu mo­głam stu­dio­wać, po­zo­sta­wa­ło nie­zbęd­ne, a je­śli za­cznę opusz­czać wy­kła­dy… cóż, krót­ka dro­ga do utra­ty fi­nan­so­wa­nia.

Ja­kiś czas pó­źniej za­par­ko­wa­łam przed do­mem po­li­cjan­ta i prze­szłam przez bram­kę. Dean obie­cał, że zo­sta­wi mi klucz pod wy­cie­racz­ką, i gdy tyl­ko się schy­li­łam, mi­liar­dy igieł wbi­ło mi się w skó­rę. Jęk­nęłam, na­tych­miast się pro­stu­jąc.

– Kur­wa – rzu­ci­łam w po­wie­trze, bio­rąc głębo­ki od­dech.

Przede mną otwo­rzy­ły się drzwi, a w nich sta­nął za­spa­ny chło­pak. Miał na so­bie lu­źne szor­ty i nic wi­ęcej. Jego klat­ka pier­sio­wa zo­sta­ła wy­sta­wio­na na po­kaz. Bar­dzo przy­jem­na dla oka.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – spy­tał, mru­żąc lek­ko oczy. Mia­łam wra­że­nie, że ma w nich ska­ner, któ­rym wła­śnie bada moją praw­do­mów­no­ść.

– Je­stem zmęczo­na – po­wie­dzia­łam i była to pó­łpraw­da. Fak­tycz­nie pa­da­łam z nóg, ale głów­nie do­skwie­rał mi ból.

Uśmiech­nął się nie­sa­mo­wi­cie po­dej­rza­nie. Jego oczy wci­ąż po­zo­sta­wa­ły czuj­ne, śle­dził ka­żdy mój ruch, gdy wcho­dzi­łam do środ­ka. Pró­bo­wa­łam przy tym wy­glądać na roz­lu­źnio­ną i iść w mia­rę pro­sto, żeby ni­cze­go nie za­uwa­żył.

Osta­tecz­nie Dean od­pu­ścił prze­słu­cha­nie, dzi­ęki cze­mu mo­głam w spo­ko­ju udać się pod prysz­nic, gdzie spędzi­łam dłu­ższą chwi­lę, sto­jąc pod stru­mie­niem wody. Jej cie­pło nie­co uko­iło ból, a na pew­no po­mo­gło na spi­ęte mi­ęśnie. Pó­źniej po­ło­ży­łam się do łó­żka i wtu­li­łam w ple­cy chło­pa­ka.

Na wpół śpi­ąco wy­ma­cał po omac­ku moją dłoń i przy­ci­ągnął ją bli­żej sie­bie, a na­stęp­nie na­krył swo­ją dło­nią. Mo­gła­bym do tego przy­wyk­nąć. W ta­kiej po­zy­cji po­zo­sta­li­śmy aż do rana, gdy na­sze bu­dzi­ki roz­dzwo­ni­ły się na do­bre, zmu­sza­jąc nas do po­bud­ki. A ja wca­le nie mia­łam na to ocho­ty. Myśl o po­wro­cie do nie­wy­god­nej rze­czy­wi­sto­ści tro­chę mnie prze­ra­ża­ła. U De­ana czu­łam się do­brze… bez­piecz­nie, a kie­dy tyl­ko my­śla­łam o roz­sta­niu, wie­dzia­łam, że rów­no­cze­śnie będę mu­sia­ła zmie­rzyć się z tym, co nie­zna­ne, i pod­jąć ja­kieś kro­ki w celu od­na­le­zie­nia bra­ta lub cho­cia­żby do­wie­dze­nia się, co się sta­ło.

Wie­dzia­łam też, że nie po­win­nam na­ra­żać chło­pa­ka na nie­bez­pie­cze­ństwo. Nie chcia­łam wci­ągać go w tę jed­ną wiel­ką nie­wia­do­mą. Jego kom­pas mo­ral­ny był na zde­cy­do­wa­nie wy­ższym po­zio­mie od mo­je­go, więc to też sta­no­wi­ło prze­ciw­wska­za­nie.

Pod­czas kie­dy on znik­nął w ła­zien­ce, po­sta­no­wi­łam przy­go­to­wać śnia­da­nie. W mi­ędzy­cza­sie rów­nież przy­go­to­wa­łam się na za­jęcia; spraw­dzi­łam ak­tu­al­ny plan, odświe­ży­łam ma­te­riał i na­pi­sa­łam krót­ką wia­do­mo­ść do przy­ja­ció­łki, pro­sząc ją, by za­cze­ka­ła na mnie przed głów­nym we­jściem do uczel­ni.

Prze­bra­łam się w świe­że ciu­chy i nie­co ogar­nęłam wi­ze­ru­nek. Nie mia­łam ani cza­su, ani tym bar­dziej ocho­ty na stro­je­nie się, więc ogra­ni­czy­łam się do de­li­kat­ne­go ma­ki­ja­żu i zwi­ąza­nia pro­stych, czar­nych wło­sów w ko­ński ogon.

Po zje­dzo­nym śnia­da­niu wy­szli­śmy z domu. Dean wsia­dł do swo­je­go Do­dge’a Char­ge­ra, a ja znik­nęłam za kie­row­ni­cą Ma­li­bu. Pod­czas po­si­łku zdąży­li­śmy wy­mie­nić za­le­d­wie kil­ka zdań, ale przy­naj­mniej dzi­ęki nie­mu by­łam w sta­nie od­ci­ągnąć my­śli od nie­przy­jem­nych spraw.

Ru­szy­łam w dro­gę na uczel­nię, po­gła­śnia­jąc nie­co ra­dio, bo aku­rat z gło­śni­ków wy­pły­wa­ły dźwi­ęki, któ­re lu­bi­łam. Kie­dy do­je­cha­łam na miej­sce, oka­za­ło się, że to ja mu­sia­łam za­cze­kać przy we­jściu na przy­ja­ció­łkę.

Dul­ce po­ja­wi­ła się w moim ży­ciu zu­pe­łnie przy­pad­kiem, ale od tam­tej pory nie wy­obra­ża­łam so­bie, żeby mo­gło jej w nim nie być. Mia­ła w so­bie coś, co spra­wia­ło, że od razu chcia­ło się spędzać z nią czas – nie­wy­mu­szo­ną swo­bo­dę, lek­ko­ść by­cia, ten błysk w oku, któ­ry mó­wił, że ży­cie to jed­na wiel­ka przy­go­da.