Błękitny dym - Nora Roberts - ebook + książka

Błękitny dym ebook

Nora Roberts

4,4

Opis

Opowieść o kobiecie, która w imię miłości ma odwagę przeciwstawić się szaleńcowi terroryzującemu jej najbliższych

Życie Reeny Hale naznaczył pożar rodzinnej pizzerii, który widziała jako jedenastolatka. Już wtedy postanowiła, że zostanie oficerem śledczym do spraw podpaleń. Ciężko pracuje, aby spełnić swoje marzenie. Ale pożary towarzyszą jej nie tylko w sferze zawodowej. Osoby bliskie Reenie nagle znajdują się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a zagrożenie ma zawsze związek z ogniem. Jest jeszcze ktoś, kogo fascynuje śmiercionośny żywioł…

Nora Roberts - amerykańska autorka powieści, w których są mistrzowsko połączone wątki romansowe, sensacyjne i przygodowe. Jej książki cieszą się ogromną popularnością i wszystkie trafiają na listę bestsellerów "New York Timesa".

Roberts jest jedną z najpopularniejszych pisarek współczesnych.

"The Washington Post Book World"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 592

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (50 ocen)
30
12
8
0
0
Sortuj według:
Kazia1234

Dobrze spędzony czas

Jak wszystko tej autorki dobre
00
MALUTKA56K

Nie oderwiesz się od lektury

Nie zawiodłam się czytając
00

Popularność




Źró­dło zapłonu

Dokładne miej­sce, w któ­rym naro­dził się ogień

Zły plon bez­pra­wia Nowym się tylko bez­pra­wiem popra­wia.

Wil­liam Szek­spir przeł. Józef Pacz­kow­ski

Pro­log

Ogień naro­dził się w żarze, dymie i bla­sku. Niczym nad­przy­ro­dzona bestia, toru­jąca sobie szpo­nami drogę z łona, wyrwał się do życia z recho­tem, który prze­isto­czył się w ryk.

I odmie­nił wszystko w jed­nej wspa­nia­łej chwili.

Jak owa bestia prze­śli­zgnął się wężo­wym ruchem po drew­nie, żło­biąc potęż­nymi, usmo­lo­nymi pal­cami wszystko, co było dotąd czy­ste i jasne.

Ogień miał oczy, czer­wone i wszyst­ko­wi­dzące, a umysł tak bły­sko­tliwy, tak kom­pletny, iż znał na pamięć każdą z ota­cza­ją­cych go rze­czy.

On postrze­gał tę bestię jako żywą istotę, zło­ci­stego, kar­ma­zy­no­wego boga, który poja­wił się tylko po to, żeby siać znisz­cze­nie, i pochła­niał wszystko, co chciał, bez skru­chy i bez lito­ści, z wielką żar­łocz­no­ścią.

Wszystko przed nim padało na kolana jak bła­gal­nicy, odda­jący mu cześć nawet wtedy, gdy ich poże­rał.

Ale to on tego doko­nał, on go stwo­rzył. A więc był bogiem ognia. Potęż­niej­szym niż pło­mie­nie, spryt­niej­szym od żaru, bar­dziej odu­rza­ją­cym niż dym.

Bestia nie ist­niała, dopóki nie powo­łał jej do życia.

Patrząc, jak się rodzi, zako­chał się w niej.

Blask pło­mieni igrał na jego twa­rzy, lśnił w peł­nych zachwytu oczach. Wypił łyk piwa, delek­tu­jąc się mro­żą­cym zim­nem spły­wa­ją­cym prze­ły­kiem, pod­czas gdy skórę oble­wały fale żaru.

Czuł pod­nie­ca­jące mro­wie­nie w brzu­chu, zachwyt prze­peł­niał mu umysł. W miarę jak ogień piął się smu­gami po ścia­nach, wyobraź­nia pod­su­wała mu coraz to nowe moż­li­wo­ści.

Ogień był piękny. Ogień był potężny. Ogień był prze­za­bawny.

Patrząc, jak rośnie, rósł sam. Oto dopeł­niało się jego prze­zna­cze­nie, odci­ska­jąc się pięt­nem w sercu i duszy.

1

Bal­ti­more 1985

Dzie­ciń­stwo Cata­riny Hale skoń­czyło się pew­nej par­nej sierp­nio­wej nocy, kilka godzin po tym, jak na sta­dio­nie Memo­rial Orio­les roz­gro­mili Ran­ger­sów, kopiąc ich tek­sań­skie tyłki – jak to okre­ślił tata dziew­czynki – dzie­więć do jed­nego. Jej rodzice rzadko brali wolny wie­czór, żeby zabrać całą rodzinę na mecz, ale wtedy zwy­cię­stwo ich dru­żyny było podwój­nie słod­kie. Prze­waż­nie wie­czo­rami jedno z nich, a naj­czę­ściej oboje pra­co­wali dłu­gie godziny w Sirico’s, piz­ze­rii, którą prze­jęli od ojca matki Cata­riny. Tam wła­śnie przed osiem­na­stu laty spo­tkali się jej rodzice. Jak gło­siła rodzinna opo­wieść, matka, try­ska­jąca życiem i ener­gią osiem­na­sto­latka, była w lokalu, kiedy do środka wma­sze­ro­wał dum­nie dwu­dzie­sto­letni Gib­son Hale.

– Wsze­dłem na pizzę – zwykł mawiać – a spo­tka­łem wło­ską bogi­nię.

Jej ojciec czę­sto uży­wał dzi­wacz­nych zwro­tów, ale Reena bar­dzo lubiła go słu­chać.

Gib­son prze­jął piz­ze­rię po dzie­się­ciu latach, kiedy Poppi i Nuni doszli do wnio­sku, że już naj­wyż­szy czas wyru­szyć w świat. Bianca, naj­młod­sze z pię­ciorga ich dzieci i jedyna dziew­czyna, dołą­czyła do swego Giba, zwłasz­cza że żaden z jej braci nie był zain­te­re­so­wany pro­wa­dze­niem lokalu.

Dzia­dek Reeny uru­cho­mił piz­ze­rię w bal­ti­mor­skiej Małej Ita­lii ponad czter­dzie­ści trzy lata temu. Sirico’s była więc star­sza nawet od Gib­sona, co dziew­czynkę nie­zmier­nie zadzi­wiało. Obec­nie jej ojciec, który nie miał w żyłach nawet kro­pli wło­skiej krwi, pro­wa­dził Sirico’s razem z żoną – Włoszką z krwi i kości.

W piz­ze­rii pra­wie zawsze pano­wał duży ruch i było mnó­stwo pracy, ale Reena nie miała nic prze­ciwko temu, nawet jeśli musiała poma­gać rodzi­com. Jej star­sza sio­stra Isa­bella skar­żyła się, że cza­sami musi tam pra­co­wać nawet w sobot­nie wie­czory, zamiast iść na randkę lub spo­tkać się ze zna­jo­mymi. Ale Bella nie­ustan­nie na coś narze­kała.

Naj­bar­dziej zło­ściło ją to, że ich naj­star­sza sio­stra, Fran­ce­sca, miała wła­sną sypial­nię na dru­gim pię­trze, pod­czas gdy ona musiała dzie­lić pokój z Reeną. Wła­sny pokój miał też Xan­der, ponie­waż był jedy­nym chłop­cem, choć naj­młod­szym z rodzeń­stwa.

Dzie­le­nie pokoju z sio­strą nie prze­szka­dzało Reenie, a cza­sami bywało nawet fajne, dopóki Bella nie stała się nasto­latką. Doszła wtedy do wnio­sku, że jest już wystar­cza­jąco doro­sła, żeby roz­ma­wiać wyłącz­nie o chło­pa­kach, prze­glą­dać maga­zyny z modą oraz poświę­cać dużo czasu swoim fry­zu­rom.

Reena miała jede­na­ście lat i dzie­sięć mie­sięcy. Ozna­czało to, iż za czter­na­ście mie­sięcy sama zosta­nie nasto­latką. Ostat­nio było to jej praw­dziwą obse­sją, która zdo­mi­no­wała wcze­śniej­sze marze­nia – na przy­kład, żeby zostać zakon­nicą lub poślu­bić Toma Cru­ise’a.

Owej gorą­cej i par­nej sierp­nio­wej nocy, kiedy Reena miała jede­na­ście lat i dzie­sięć mie­sięcy, w ciem­no­ści obu­dziły ją silne i bole­sne skur­cze brzu­cha. Sku­liła się w kłę­bek niczym kuleczka i zagry­zła wargi, żeby powstrzy­mać jęk. Po dru­giej stro­nie pokoju, w usta­wio­nym naj­da­lej jak się dało łóżku, spała Bella. Miała już czter­na­ście lat i bar­dziej niż młod­sza sio­stra inte­re­so­wały ją wymyślne fry­zury. Teraz lekko pochra­py­wała.

Reena poma­so­wała bolący brzuch i pomy­ślała o tych wszyst­kich hot dogach, popcor­nie i cukier­kach, które spa­ła­szo­wała pod­czas meczu. Mama uprze­dzała ją, iż może tego żało­wać.

Czy jej mama nie mogłaby choć raz się pomy­lić?

Pró­bo­wała zło­żyć ból w ofie­rze, jak zawsze mawiały zakon­nice, żeby jej cier­pie­nia pomo­gły jakie­muś bied­nemu grzesz­ni­kowi. Ale wciąż bolało i bolało!

A może to nie od hot dogów? Może to od ciosu w brzuch, jaki zadał jej Joey Pasto­relli. Za ude­rze­nie, któ­rym prze­wró­cił ją na zie­mię, porwa­nie bluzki i nazwa­nie sło­wem, któ­rego nie rozu­miała, zna­lazł się póź­niej w nie­złych tara­pa­tach. Pan Pasto­relli i Gib­son wdali się w kłót­nię, gdy jej tata udał się do jego domu, aby „prze­dys­ku­to­wać sprawę”.

Sły­szała, jak na sie­bie krzy­czeli. Jej ojciec ni­gdy tego nie robił… no, bar­dzo rzadko. Za to matka wrzesz­czała czę­sto, gdyż była stu­pro­cen­tową Włoszką i miała tem­pe­ra­ment.

Ale tym razem to on się wydzie­rał na pana Pasto­rel­lego. A po powro­cie do domu bar­dzo mocno przy­tu­lił córkę do sie­bie.

Póź­niej poszli na mecz.

Nie­wy­klu­czone, że ból był karą za to, że cie­szyła się, iż Joey Pasto­relli zosta­nie uka­rany. I może za to, iż była tro­chę zado­wo­lona, że prze­wró­cił ją na zie­mię i podarł bluzkę, ponie­waż póź­niej poszli na mecz i na wła­sne oczy widziała, jak Orio­les roz­gro­mili Ran­ger­sów.

A jeśli doznała jakichś wewnętrz­nych ura­zów?

Z ulu­bio­nych przez nią i Xan­dra pro­gra­mów Emer­gency wie­działa, że to się zda­rza, a czło­wiek może nawet w ich wyniku umrzeć.

Na samą myśl o tym dostała jesz­cze sil­niej­szego skur­czu, aż do oczu napły­nęły jej łzy. Wstała z łóżka – chciała pójść do mamy – a wtedy poczuła mię­dzy udami wil­goć.

Pocią­ga­jąc nosem, zawsty­dzona, że mogła sobie zmo­czyć majtki jak dzi­dziuś, cichutko wyszła z sypialni i ruszyła kory­ta­rzem do łazienki. Weszła do pomiesz­cze­nia z różową wanną i kafel­kami, po czym pod­cią­gnęła do góry koszulkę z napi­sem Gho­st­bu­sters.

Na widok zakrwa­wio­nych ud dziew­czynkę oblała gorąca fala prze­ra­że­nia. Umie­rała. Zadzwo­niło jej w uszach. Gdy poczuła kolejny skurcz w brzu­chu, otwo­rzyła usta do krzyku.

I wtedy pojęła, co się dzieje.

Nie umie­ram – pomy­ślała. To nie żadne wewnętrzne urazy. Miała po pro­stu okres. Swój pierw­szy okres.

Mama już jej wszystko wyja­śniła: o jajecz­kach, o cyklach i o sta­wa­niu się kobietą. Obie sio­stry prze­cho­dziły okres co mie­siąc, podob­nie jak Bianca.

W szafce pod umy­walką były pod­pa­ski. Mama poka­zała jej, jak ich uży­wać, a Reena zamknęła się kie­dyś w łazience, żeby wypró­bo­wać. Teraz więc bar­dzo dokład­nie się umyła, czu­jąc się już kobietą. Sam widok krwi wcale nie wzbu­dzał obaw dziew­czynki, naj­bar­dziej tra­piło ją to, skąd ona pły­nęła.

Ale była już doro­sła – w każ­dym razie na tyle, żeby pora­dzić sobie z czymś, co jak mama powie­działa, jest natu­ralną, kobiecą sprawą.

Ponie­waż cał­ko­wi­cie się wybu­dziła i stała się praw­dziwą kobietą, posta­no­wiła zejść do kuchni i napić się imbi­ro­wej oran­żady. W domu pano­wał upał: kani­kuła – mawiał o takich dniach tato. Poza tym miała tyle do myśle­nia o tym, kim się teraz stała. Wyszła ze szklanką na zewnątrz i przy­sia­dła na mar­mu­ro­wych stop­niach, pijąc napój.

Pano­wała taka cisza, że sły­szała ast­ma­tyczne poszcze­ki­wa­nie psa Pasto­rel­lich. Paliły się uliczne latar­nie. Wszystko to spra­wiało, że czuła się, jakby tylko ona jedna na całym świe­cie nie spała. Bo prze­cież tylko ona jedna na całym świe­cie wie­działa, co stało się wewnątrz jej ciała.

Pocią­gnęła ze szklanki łyk napoju i pomy­ślała, jak to będzie, gdy za mie­siąc wróci do szkoły. Ile innych dziew­cząt dostało tego lata pierw­szego okresu?

Teraz powinny zacząć jej rosnąć piersi. Popa­trzyła na klatkę pier­siową, zasta­na­wia­jąc się, jak to będzie. Co będzie czuła. Czło­wiek nie czuje, jak rosną mu włosy lub paznok­cie, ale może czuje rosnące piersi.

Cie­kawe, bar­dzo cie­kawe.

Jeśli zaczną rosnąć teraz, będzie już je miała do czasu, gdy w końcu zosta­nie nasto­latką.

Sie­działa na mar­mu­ro­wych schod­kach – wciąż jesz­cze dziew­czynka o pła­skiej piersi i z obo­la­łym brzu­chem. Jej blond włosy o mio­do­wym odcie­niu skrę­cały się w wil­got­nym powie­trzu. Podłużne powieki żół­to­brą­zo­wych oczu robiły się cięż­kie. Nad kąci­kiem gór­nej wargi z pra­wej strony miała pie­przyk, na zębach apa­rat korek­cyjny.

Tej par­nej, gorą­cej nocy teraź­niej­szość wyda­wała jej się cał­ko­wi­cie bez­pieczna, ale przy­szłość była mgli­stym marze­niem.

Ziew­nęła i zamru­gała sen­nie oczami. Wstała, zamie­rza­jąc już wró­cić do domu, i wzro­kiem pobie­gła w stronę Sirico’s, która stała tam, jesz­cze zanim uro­dził się ojciec. W pierw­szej chwili błysk świa­tła w wiel­kim, fron­to­wym oknie wzięła za jakieś odbi­cie. Ładne – pomy­ślała.

Ścią­gnęła usta, z uwagą spo­glą­da­jąc w tamtą stronę, i unio­sła głowę ze zdu­mie­niem. To wcale nie wyglą­dało ani na refleks świetlny, ani na pozo­sta­wione przez kogoś przez nie­uwagę zapa­lone świa­tła wewnątrz lokalu.

Zacie­ka­wiona, ści­ska­jąc w dłoni szklankę, wyszła na chod­nik przed domem.

Zbyt zain­try­go­wana, aby myśleć o tym, że matka dałaby jej w skórę za pałę­ta­nie się w środku nocy nawet po ich ulicy, ruszyła chod­ni­kiem.

Serce zaczęło dziew­czynce walić jak mło­tem, gdy do jej omro­czo­nego snem umy­słu dotarło, co naprawdę widzi. Z otwar­tych drzwi fron­to­wych buchały kłęby dymu. A świa­tło, które widziała, to były pło­mie­nie.

– Pożar – szep­nęła z początku, po czym krzy­cząc to na całe gar­dło, wbie­gła do domu.

*

Do końca życia już nie zapo­mni, jak stała ze swoją rodziną i patrzyła na pło­nącą Sirico’s. Ryk ognia wyplu­wa­nego przez roz­bite okna i wzbi­ja­ją­cego się do góry zło­ci­stymi słu­pami dud­nił jej w uszach. Wycie syren, chlust wody leją­cej się stru­mie­niami z ogrom­nych sika­wek, ludz­kie szlo­chy i krzyki. Ale nad tym wszyst­kim góro­wał prze­ra­ża­jący huk ognia.

Jej brzuch czuł teraz huk pło­mieni jak bole­sne skur­cze. Pul­so­wał zdu­mie­niem i grozą, chło­nąc strasz­liwe piękno pożogi.

Jak jest tam w środku, gdzie weszli stra­żacy? Gorąco i ciemno? Duszno i jasno? Pło­mie­nie przy­po­mi­nały ogromne jęzory, wysu­wa­jące się i zwi­ja­jące znów do środka; zupeł­nie jakby sma­ko­wały tego, któ­rego poże­rały.

Kłęby dymu wzno­siły się pió­ro­pu­szami. Łza­wiły jej oczy, krę­ciło w nosie, choć taniec pło­mieni olśnie­wał. Wciąż była boso i asfalt parzył jej stopy niczym roz­grzane węgle. Ale nie mogła ruszyć się z miej­sca, nie potra­fiła ode­rwać wzroku od sza­lo­nego, nie­ujarz­mio­nego wido­wi­ska.

Coś eks­plo­do­wało, znów roz­le­gły się krzyki. Stra­żacy w heł­mach i umo­ru­sa­nych sadzą twa­rzach krą­żyli w opa­rach dymu jak duchy. Przy­po­mi­nają żoł­nie­rzy – pomy­ślała Reena. Jakby oglą­dała wojenny film.

A jed­nak nawet bijące powie­trze strugi wody rzu­cały uro­kliwe świe­tli­ste bły­ski.

Zasta­na­wiała się, co się dzieje w środku. Co ci męż­czyźni tam robią? Jak się zacho­wuje ogień? Jeśli toczył wojnę, to czy krył się, żeby ponow­nie zaata­ko­wać znie­nacka, jasny i zło­ci­sty?

Z nieba spa­dały spo­pie­lone dro­biny jak czarny śnieg. Jak zahip­no­ty­zo­wana dała krok do przodu. Matka natych­miast chwy­ciła ją za rękę i przy­cią­gnęła do sie­bie, przy­tu­la­jąc jesz­cze moc­niej.

– Stój tutaj – mruk­nęła. – Musimy trzy­mać się razem.

A ona chciała tylko popa­trzeć. Z uchem przy sercu matki, sły­szała, jak ono bije mocno i gwał­tow­nie. Odwró­ciła głowę i popa­trzyła w górę. Chciała zapy­tać, czy mogą podejść bli­żej. Tylko tro­szeczkę.

Ale w twa­rzy matki nie dostrze­gła żad­nego pod­nie­ce­nia. W jej oczach próżno szu­kała zachwytu, widziała tylko błysz­czące łzy.

Była piękną kobietą; wszy­scy to mówili. Ale teraz twarz Bianki wyglą­dała jak wykuta z twar­dego kamie­nia, z głę­boko wyry­tymi liniami. Jej oczy poczer­wie­niały od łez i dymu. We wło­sach miała szary popiół.

Obok stał Gib­son, obej­mu­jąc ją ramie­niem. Reena ze zgrozą spo­strze­gła, że i w jego oczach lśniły łzy. Odbi­jał się w nich blask pożogi, jakby sam ogień dostał się do jego wnę­trza.

To nie był film; wszystko działo się naprawdę. Coś, co do nich nale­żało przez całe życie, na jej oczach zni­kało w ogniu. Poprzez hip­no­ty­zu­jące świa­tło ruchli­wych pło­mieni dostrze­gała czarne smugi na ścia­nach Sirico’s, widziała war­stwę mokrej sadzy pokry­wa­ją­cej schodki z bia­łego mar­muru, odłamki potrza­ska­nego szkła.

Na ulicy i chod­ni­kach stali sąsie­dzi; więk­szość ich w noc­nych stro­jach. Z dziećmi na ręku lub obok sie­bie. Nie­któ­rzy pła­kali.

Nagle Reena przy­po­mniała sobie, że w nie­wiel­kim miesz­kanku nad piz­ze­rią miesz­kał Pete Tolino z żoną i malut­kim dziec­kiem. Serce jej się ści­snęło, gdy spoj­rzała w górę i zoba­czyła dym bijący z okien.

– Tato! Tato! Pete i The­resa!

– Nic się im nie stało. – Wziął córkę na ręce, gdy odsu­nęła się od matki, tak jak to robił, gdy była małą dziew­czynką, i przy­tu­lił twarz do jej szyi. – Nikomu nic się nie stało.

Zawsty­dzona, wtu­liła twarz w ramię ojca. Nie pomy­ślała wcale o ludziach, nie pomy­ślała nawet o tych wszyst­kich rze­czach: o obraz­kach na ścia­nach i tabo­re­tach, o ser­we­tach na sto­łach i wiel­kich pie­kar­ni­kach.

Myślała jedy­nie o ogniu, o jego bla­sku i ryku, jaki wyda­wał.

– Prze­pra­szam – chli­pała z twa­rzą wtu­loną w nagie ramię ojca. – Prze­pra­szam.

– Już cicho, wszystko dopro­wa­dzimy do porządku – odparł chra­pli­wym gło­sem, jakby krztu­sił się dymem. – Ja sam to wyre­mon­tuję.

Pocie­szona, popa­trzyła spo­nad ramie­nia ojca na ota­cza­jące ją twa­rze i na pożar. Ujrzała przy­tu­lone do sie­bie sio­stry i matkę trzy­ma­jącą na rękach Xan­dra.

Stary pan Falco sie­dział na stop­niach swego domku i w sęka­tych pal­cach prze­su­wał róża­niec. Miesz­ka­jąca w sąsied­nim domu pani DiSa­lvo ota­czała ramie­niem plecy swo­jej matki. Z ulgą dostrze­gła też Pete’a; sie­dział na kra­węż­niku jezdni z twa­rzą w dło­niach. Obok żona tuliła dziecko.

Potem dostrze­gła Joeya. Stał, koły­sząc bio­drami, z kciu­kami wsu­nię­tymi w przed­nie kie­sze­nie spodni, i gapił się na ogień. Na jego twa­rzy malo­wało się jakieś rado­sne unie­sie­nie, jak na jej świę­tych obraz­kach męczen­ni­ków.

Moc­niej przy­tu­liła się do ojca.

W tej samej chwili Joey odwró­cił głowę, spoj­rzał na nią i szy­der­czo wyszcze­rzył zęby.

– Tato – szep­nęła, ale w tej samej chwili poja­wił się jakiś czło­wiek z mikro­fo­nem i zaczął zada­wać pyta­nia.

Kiedy ojciec posta­wił ją na ziemi, nie chciała się od niego ode­rwać. Joey wciąż się na nią gapił i szcze­rzył zęby. Było to bar­dziej prze­ra­ża­jące niż sam ogień. Ale Gib­son popchnął ją w stronę sióstr.

– Fran, zabierz brata i sio­stry do domu! – pole­cił.

– Ale ja chcę zostać z tobą. – Reena ucze­piła się jego rąk. – Muszę zostać z tobą.

– Wra­caj­cie do domu! – Przy­kuc­nął, tak że jego zaczer­wie­nione oczy zna­la­zły się na wyso­ko­ści twa­rzy córki. – Już pra­wie po wszyst­kim. Doga­szają ogień. Powie­dzia­łem, że wszystko dopro­wa­dzę do porządku, i dotrzy­mam słowa. – Poca­ło­wał ją w czoło. – Wra­caj do domu. My też tam nie­ba­wem wró­cimy.

– Cata­rino! – Matka przy­cią­gnęła ją z powro­tem do sie­bie. – Pomóż sio­strom przy­go­to­wać kawę i coś do jedze­nia dla ludzi, któ­rzy nam poma­gali. Tylko tyle możemy zro­bić.

Przy­go­to­wy­wa­nie jedze­nia to dla dzieci nic nowego. Ter­mosy z kawą, dzbany z mro­żoną her­batą, wiel­kie kanapki. Ale tym razem w kuchni nie było żad­nych sprze­czek mię­dzy sio­strami. Bella nie­ustan­nie chli­pała, ale Fran nie miała o to do niej pre­ten­sji. A kiedy Xan­der oświad­czył, że zanie­sie jeden dzba­nek, nikt nie zwró­cił mu uwagi, iż jest za mały.

W powie­trzu uno­sił się odór, który Reena zapa­mię­tała na zawsze. Świa­tła latarni prze­sła­niała brudna zasłona dymu. Ale dzieci roz­sta­wiły na chod­niku przed domem stół na ter­mosy z kawą, dzbanki z her­batą i kanapki. Wsu­wały w usmo­lone dło­nie kubki i chleb.

Część sąsia­dów wró­ciła do domów, odgra­dza­jąc się w ten spo­sób od dymu i smrodu spa­le­ni­zny, od uno­szą­cego się w powie­trzu popiołu, który osia­dał cienką war­stwą na samo­cho­dach i ziemi niczym brudny śnieg. Nie było już jasnego ognia i nawet z daleka Reena widziała poczer­niałe cegły, czarną sadzę i ciemne dziury, które były kie­dyś oknami.

Donice z kwia­tami na bia­łych stop­niach, które wio­sną poma­gała mamie sadzić, teraz leżały potłu­czone, zadep­tane, mar­twe.

Rodzice stali ze sple­cio­nymi dłońmi na ulicy przed Sirico’s. Ojciec miał na sobie tylko dżinsy, które wcią­gnął, kiedy ich obu­dziła, matka jasno­czer­wony szla­frok. Dostała go na uro­dziny zale­d­wie w zeszłym mie­siącu.

Stali tak jesz­cze, nawet gdy wiel­kie wozy odje­chały.

Pod­szedł do nich męż­czy­zna w stra­żac­kim heł­mie i roz­ma­wiał z oboj­giem przez dłuż­szy czas. Następ­nie rodzice odwró­cili się i trzy­ma­jąc się cią­gle za ręce, ruszyli w stronę domu.

Męż­czy­zna w heł­mie poszedł w stronę tego, co zostało z Sirico’s. Włą­czył ręczny reflek­tor i znik­nął w ciem­no­ściach wypa­lo­nego budynku.

Wspól­nie prze­nie­śli do domu resztki jedze­nia i napo­jów. Reena pomy­ślała, że wszy­scy wyglą­dają jak oca­leni boha­te­ro­wie z wojen­nych fil­mów: brudne włosy, zmę­czone twa­rze. Kiedy już scho­wano jedze­nie, matka zapy­tała, czy ktoś chce spać.

Bella znów wybuch­nęła pła­czem.

– Jak możemy spać? Co my teraz zro­bimy?

– To, co zwy­kle. Jeśli nie chce ci się spać, idź się umyć. Ja zajmę się śnia­da­niem. No, idź. Kiedy się umy­jemy i coś prze­ką­simy, nasze myśli będą jaśniej­sze.

Jako trze­cia pod wzglę­dem wieku Reena była zawsze trze­cia w kolejce do kąpieli. Pocze­kała więc do chwili, aż usły­szała, że łazienkę opusz­cza Fran, a jej miej­sce zaj­muje Bella. Wtedy wyśli­zgnęła się ze swego pokoju i zapu­kała do sypialni rodzi­ców.

Ojciec skoń­czył wła­śnie mycie wło­sów, były jesz­cze wil­gotne. Wło­żył czy­ste dżinsy i koszulę. Ale jego twarz wyglą­dała tak jak wtedy, gdy prze­cho­dził ciężką grypę.

– Sio­stry oku­pują łazienkę? – zapy­tał z lek­kim uśmie­chem, który jed­nak nie poja­wił się w jego oczach. – Tym razem możesz sko­rzy­stać z naszej.

– Reena, a gdzie twój brat? – zain­te­re­so­wała się matka.

– Zasnął na pod­ło­dze.

– Ach. – Zało­żyła opa­skę na wil­gotne włosy. – No dobrze. Idź pod prysz­nic. Przy­niosę ci czy­ste ubra­nie.

– Dla­czego ten stra­żak wszedł do środka, kiedy wszy­scy inni już wyszli?

– To inspek­tor – wyja­śnił ojciec. – Będzie się sta­rał usta­lić przy­czynę pożaru. Gdyby nie ty, przy­by­liby znacz­nie póź­niej. Ale naj­waż­niej­sze, że Pete’owi i jego rodzi­nie nic się nie stało. Reena, a co ty robi­łaś na ulicy w środku nocy?

– Ja… – Zaczer­wie­niła się po czubki uszu na wspo­mnie­nie okresu. – Muszę coś powie­dzieć mamie.

– Nie będę się gnie­wał.

Spu­ściła głowę i wbiła wzrok w czubki stóp.

– Pro­szę, to oso­bi­sta sprawa.

– Gib, czy mógł­byś zacząć przy­go­to­wy­wać wędliny? – zapy­tała od nie­chce­nia Bianca. – Za chwilę do cie­bie dołą­czę.

– Dobrze, dobrze – burk­nął i prze­tarł dłońmi oczy. – Ale ja bym się nie gnie­wał – powtó­rzył i zosta­wił je same.

– O czym nie chcia­łaś roz­ma­wiać z ojcem? Dla­czego ranisz jego uczu­cia w tak trud­nej chwili?

– Nie chcia­łam… Obu­dzi­łam się, bo… strasz­nie bolał mnie brzuch.

– Jesteś chora? – zapy­tała Bianca, odwra­ca­jąc się w stronę córki, i przy­ło­żyła jej dłoń do czoła.

– Zaczął mi się okres.

– Och, moja mała dziew­czynko! – Bianca przy­cią­gnęła Reenę do sie­bie i mocno przy­tu­liła. Zaczęła szlo­chać.

– Mamo, nie płacz.

– Nie… Ja tylko tak, chwilę. Tyle rze­czy, wszystko naraz. Moja mała Cata­rina. Tyle strat, tyle zmian. Moja bam­bina. – Lekko się odsu­nęła. – Dzi­siej­szej nocy zmie­ni­łaś się i dzięki temu ura­to­wa­łaś innym życie. Dzię­kujmy Bogu za to, co zdo­ła­li­śmy oca­lić, a ze stra­tami damy sobie radę. Jestem z cie­bie bar­dzo dumna.

Uca­ło­wała Reenę w oba policzki.

– Czy brzu­szek cią­gle cię boli? – Kiedy dziew­czynka ski­nęła głową, matka znów ją uści­skała. – Weź teraz prysz­nic, a póź­niej cie­płą kąpiel w mojej wan­nie. Od razu poczu­jesz się lepiej. Czy chcesz mnie jesz­cze o coś zapy­tać?

– Wiem, co robić.

Bianca uśmiech­nęła się, ale w jej oczach malo­wał się cień smutku.

– Idź teraz pod prysz­nic, pomogę ci.

– Mamo, nie mogłam tego powie­dzieć przy tatu­siu.

– Oczy­wi­ście, że nie. Masz rację. To sprawy kobiece.

Sprawy kobiece. Sły­sząc te słowa, poczuła się kimś lep­szym, a cie­pła kąpiel spra­wiła, że ból ustą­pił. Kiedy zeszła na dół, cała rodzina była już w kuchni. Gdy ojciec deli­kat­nie pogła­skał ją po wło­sach, Reena zro­zu­miała, że też już wie o wszyst­kim.

Przy stole pano­wała posępna atmos­fera, cisza wyni­ka­jąca ze zmę­cze­nia. Ale przy­naj­mniej Bella naj­wy­raź­niej – jak na razie – wypła­kała już wszyst­kie łzy.

Ojciec wycią­gnął rękę i poło­żył na dłoni mamy. Ści­snął ją i zaczął mówić.

– Musimy zacze­kać na wia­do­mość, że pogo­rze­li­sko jest już bez­pieczne. Wtedy zaczniemy sprzą­ta­nie. Nie znamy jesz­cze roz­miaru znisz­czeń, nie wiemy też, ile czasu upły­nie, zanim ponow­nie otwo­rzymy naszą piz­ze­rię.

– Będziemy teraz biedni. – Usta Belli zadrżały. – Wszystko znisz­czone, a my nie mamy pie­nię­dzy.

– Czy nie mia­łaś kie­dyś dachu nad głową, jedze­nia na stole i ubra­nia na grzbie­cie? – zapy­tała gniew­nie Bianca. – Tak się zacho­wu­jesz, kiedy spa­dły na nas kło­poty? Płacz i skargi?

– Cały czas pła­kała – zauwa­żył Xan­der, bawiąc się grzanką.

– Nie pyta­łam cię o to, widzę sama. Wasz ojciec i ja pra­co­wa­li­śmy codzien­nie przez pięt­na­ście lat, żeby uczy­nić z Sirico’s miej­sce miłe i ważne w naj­bliż­szym oto­cze­niu. A mój ojciec i matka budo­wali to miej­sce przez wię­cej lat, niż sobie wyobra­ża­cie. To boli. Ale prze­cież nie spa­liła się rodzina, tylko lokal. Odbu­du­jemy go.

– Ale co my zro­bimy? – zaczęła znów Bella.

– Cicho bądź, Isa­bello! – zgro­miła sio­strę Fran.

– Cho­dzi mi o to, co zro­bimy naj­pierw – ponow­nie ode­zwała się Bella.

– Sirico’s jest ubez­pie­czone. – Gib­son popa­trzył na sto­jący przed nim talerz jakby zdzi­wiony, że jest na nim jedze­nie. Ale natych­miast się­gnął po wide­lec i zaczął jeść. – Za te pie­nią­dze wszystko odbu­du­jemy i wyre­mon­tu­jemy. Mamy wła­sne oszczęd­no­ści. Nie będziemy biedni – dodał, patrząc surowo na śred­nią córkę. – Ale dopóki nie skoń­czymy, musimy żyć bar­dzo oszczęd­nie. Nie będziemy mogli poje­chać we wrze­śniu na week­end na plażę, jak zamie­rza­li­śmy. Jeśli ubez­pie­cze­nie nie wystar­czy, się­gniemy do naszych oszczęd­no­ści lub nawet weź­miemy pożyczkę.

– Nie zapo­mi­naj też – stwier­dziła Bianca – że zatrud­nieni u nas ludzie stra­cili pracę, przy­naj­mniej do chwili, aż ponow­nie uru­cho­mimy lokal. Nie­któ­rzy z nich mają rodziny. Nie tylko nas dotknęło to nie­szczę­ście.

– Pete, The­resa i ich dziecko – ode­zwała się Reena. – Zostali bez niczego. Bez ubrań, bez mebli. Mogli­by­śmy im coś dać.

– Tak. To dobrze, że o nich pomy­śla­łaś. Ale­xan­der, jedz jajka – dodała.

– Wolał­bym kulki kaka­owe.

– A ja wola­ła­bym futro z norek i bry­lan­towy dia­dem. Jedz. Czeka nas wiele pracy. Każdy będzie miał swój zakres obo­wiąz­ków.

– Ale nikt, abso­lut­nie nikt – oświad­czył Gib­son, wska­zu­jąc pal­cem Xan­dra – nie wcho­dzi do środka bez pozwo­le­nia.

– Poppi – bąk­nęła Fran. – Musimy mu powie­dzieć.

– Jesz­cze za wcze­śnie, żeby tele­fo­no­wać do niego z takimi wia­do­mo­ściami – wtrą­ciła Bianca, prze­su­wa­jąc jedze­nie na tale­rzu. – Ale wkrótce to zro­bię. Zadzwo­nię też do moich braci.

– Jak mogło do tego dojść? – spy­tała Bella. – Jak oni to wykryją?

– Nie wiem. To ich sprawa. My musimy poskła­dać to wszystko z powro­tem do kupy. – Gib­son pod­niósł kubek z kawą. – I poskła­damy.

– Drzwi były otwarte.

Gib­son skie­ro­wał wzrok na Reenę.

– Co takiego?

– Fron­towe drzwi były otwarte.

– Jesteś pewna?

– Widzia­łam. Na pewno się nie mylę. Było jasno… z okna buchał ogień. Może to Pete zapo­mniał je zamknąć.

Tym razem to Bianca chwy­ciła męża za rękę. Ale zanim zdą­żyła się ode­zwać, zadźwię­czał dzwo­nek u drzwi.

– Otwo­rzę. – Pod­nio­sła się z miej­sca. – Mamy dziś przed sobą długi dzień. Kto jest zmę­czony, powi­nien się prze­spać.

– Skończ­cie jedze­nie – pole­cił Gib­son. – Pozmy­waj­cie naczy­nia.

Szes­na­sto­let­nia Fran wstała razem z nim, obe­szła stół i przy­tu­liła się do ojca. Była szczu­pła i miała dużo wdzięku, a także kobie­co­ści, którą Reena dostrze­gała i zazdro­ściła sio­strze.

– Wszystko będzie dobrze. Urzą­dzimy to jesz­cze lepiej niż przed­tem.

– Cała moja córka. Liczę na cie­bie. Na was wszyst­kich – dodał. – Reeno, pozwól ze mną na chwilę.

Gdy razem wyszli z kuchni, usły­szeli, jak Bella wark­nęła:

– Święta Fran­ce­sca.

Gib­son wes­tchnął w duchu i popro­wa­dził Reenę do pokoju tele­wi­zyj­nego.

– Hm, posłu­chaj dziecko. Jeśli źle się czu­jesz, zwol­nię cię z kuchen­nych obo­wiąz­ków.

W pierw­szej chwili chciała pod­sko­czyć z rado­ści, ale poczu­cie winy wzięło w niej górę.

– Nic mi nie jest.

– Ale jeśli coś… będzie, po pro­stu powiedz.

Z roz­tar­gnie­niem pokle­pał ją po ramie­niu i wyszedł przed dom.

Reena patrzyła na ojca. Zawsze wyda­wał jej się taki wysoki, ale teraz miał przy­gar­bione ramiona. Chciała zro­bić to samo, co Fran – objąć go, powie­dzieć coś roz­sąd­nego – ale było już za późno.

2

Zamie­rzała być grzeczna tak jak Fran i natych­miast wró­cić do kuchni. Ale usły­szała Pete’a i wydało jej się, że młody męż­czy­zna pła­cze. Do Reeny dobiegł też głos ojca, ale nie mogła roz­róż­nić poszcze­gól­nych słów.

Cichutko ruszyła w stronę salonu.

Pete nie pła­kał, choć wyglą­dał tak, jakby w każ­dej chwili mógł wybuch­nąć pła­czem. Sie­dział z pochy­loną nisko głową, patrząc na zaci­śnięte dło­nie, które trzy­mał na kola­nach, a dłu­gie włosy opa­dały mu na twarz.

Nie­dawno skoń­czył dwa­dzie­ścia jeden lat. Wypra­wili na jego cześć nie­wiel­kie przy­ję­cie, tylko w gro­nie rodzin­nym. Zaczął pra­co­wać w Sirico’s, gdy skoń­czył pięt­na­ście lat, nale­żał więc do rodziny. Kiedy The­resa zaszła w ciążę i musieli się pobrać, rodzice Reeny wyna­jęli mu za sym­bo­liczną kwotę miesz­ka­nie na pię­trze.

Dziew­czynka wie­działa o tym, gdyż pod­słu­chała roz­mowę swo­jej matki z wujem Pau­lem. Za takie „prze­stęp­stwo” musiała zawsze odpra­wiać dużą pokutę, ale uwa­żała, że warte jest to dwóch dodat­ko­wych zdro­wa­siek.

Zauwa­żyła teraz, że matka sie­dzi obok Pete’a, trzy­ma­jąc dłoń na jego kola­nie. Ojciec przy­siadł na sto­liku do kawy – coś, co było im kate­go­rycz­nie zabro­nione – i patrzył na chło­paka. Mówił tak cicho, że Reena wciąż nie mogła dosły­szeć jego słów, a Pete cały czas krę­cił głową.

Po chwili uniósł głowę, oczy mu błysz­czały.

– Przy­się­gam, wszystko poza­my­ka­łem. Przy­po­mi­na­łem sobie to już z tysiąc razy. Każdy swój krok. Boże, Gib, przy­znał­bym się, gdy­bym coś schrza­nił. Musisz mi uwie­rzyć, że niczego nie ukry­wam. The­resa i dziecko… gdyby coś im się stało…

– Na szczę­ście wszystko jest w porządku. – Bianca ujęła jego dłoń.

– Tak się wystra­szyła. Wszy­scy się wystra­szy­li­śmy. Kiedy zadzwo­nił tele­fon… – Popa­trzył na Biancę. – Gdy zadzwo­niłaś i powie­dzia­łaś, że się pali i musimy ucie­kać, myśla­łem, że to zły sen. Zła­pa­li­śmy tylko dziecko i w nogi. Gib, nie czu­łem nawet dymu, dopóki się nie poja­wi­łeś, żeby nam pomóc w ucieczce.

– Pete, chcę, żebyś sobie dokład­nie wszystko przy­po­mniał. Czy zamkną­łeś drzwi?

– Oczy­wi­ście, ja…

– Nie – potrzą­snął głową Gib­son. – Nie tak, mówisz odru­chowo. Pomyśl po kolei. Czę­sto rutyna spra­wia, że czło­wiek działa auto­ma­tycz­nie, a póź­niej nic nie pamięta. Wróćmy więc jesz­cze raz. Ostatni klienci?

– O Boże! – Pete prze­cią­gnął dło­nią po wło­sach. – Jamie Silvo z dziew­czyną. Nową. Zje­dli pep­pe­roni i wypili po piwie. I Car­mine. Został pra­wie do końca i pró­bo­wał namó­wić Toni, żeby się z nim umó­wiła. Lokal opu­ścili mniej wię­cej o tej samej porze – około jede­na­stej trzy­dzie­ści. Toni, Mike i ja dokoń­czy­li­śmy sprzą­ta­nie. Zro­bi­łem kasę… Boże wielki, Gib, koperta ban­kowa została na pię­trze. Ja…

– O to się teraz nie martw. Czy ty, Toni i Mike opu­ści­li­ście piz­ze­rię razem?

– Nie. Pierw­szy wyszedł Mike. Toni jesz­cze chwilę została, cze­ka­jąc, aż skoń­czę porządki. Docho­dziła pół­noc, a ona woli, żeby ktoś patrzył, jak wraca do domu. Wyszli­śmy na zewnątrz i pamię­tam… pamię­tam, jak wycią­gną­łem klu­cze, a ona powie­działa, że kółko do nich jest po pro­stu milu­sie. The­resa wło­żyła do niego zdję­cie Rosy. Mówiła, że jest słod­kie, wła­śnie jak zamy­ka­łem drzwi. Zamkną­łem drzwi! Gib, naprawdę je zamkną­łem! Możesz zapy­tać Toni.

– W porządku. O nic cię nie obwi­niam. Gdzie się zatrzy­ma­łeś?

– U moich rodzi­ców.

– Czy cze­goś potrze­bu­jesz? – zapy­tała Bianca. – Może pam­per­sów dla dziecka?

– Moja mama prze­cho­wuje takie rze­czy dla naszej małej. Wstą­pi­łem, żeby chwilę z wami poroz­ma­wiać. Chciał­bym wie­dzieć, co mam robić. Prze­cho­dzi­łem tam­tędy. Nie można wejść do środka. Wszystko zablo­ko­wane. Ale wygląda to okrop­nie. Chciał­bym jed­nak wie­dzieć, co mam robić. Z pew­no­ścią do cze­goś się przy­dam.

– Kiedy dosta­niemy się w końcu do środka, będzie co robić. Zaczniemy od sprzą­ta­nia. A teraz wra­caj już do żony i dziecka.

– Jeśli będziesz cze­go­kol­wiek ode mnie potrze­bo­wał, dzwoń do matki. O każ­dej porze. Zawsze oka­zy­wa­li­ście mi – nam – tyle serca. – Mocno uści­snął Giba. – Zro­bię wszystko, żeby wam pomóc.

Gib poszedł w stronę drzwi, odwra­ca­jąc się jesz­cze do Bianki.

– Muszę tam iść, rzu­cić na wszystko okiem.

Reena wpa­dła do pokoju.

– Pójdę z tobą. Pozwól mi pójść.

Gib otwo­rzył usta i Reena już wyczy­tała w jego twa­rzy odmowę. Ale Bianca potrzą­snęła głową.

– Dobrze, idź z tatą. A kiedy wró­ci­cie, poroz­ma­wiamy o pod­słu­chi­wa­niu cudzych roz­mów. Pocze­kam na was, a potem dopiero zadzwo­nię do rodzi­ców. Może będziemy wie­dzieli coś wię­cej. A nuż nie wygląda to aż tak źle, jak myślimy.

Wyglą­dało jed­nak o wiele gorzej – przy­naj­mniej w oczach Reeny. W świe­tle dnia poczer­niałe cegły, potłu­czone szkło, prze­siąk­nięte wil­go­cią rumo­wi­sko spra­wiały kosz­marne wra­że­nie. A jesz­cze gor­szy był smród. Wyda­wało się wręcz nie­wia­ry­godne, żeby ogień mógł w tak krót­kim cza­sie doko­nać tylu znisz­czeń. Ogrom szkód ujrzała przez roz­trza­skane wiel­kie fron­towe okno, gdzie przed­tem na szy­bie wid­niała wyma­lo­wana farbą pizza. Zwę­glone rumo­wi­sko jaskra­wo­po­ma­rań­czo­wych ławek i sta­rych sto­li­ków, poskrę­cane z żaru, spa­lone krze­sła. Znik­nęła sło­necz­nej barwy farba, którą wyma­lo­wano pomiesz­cze­nie, a także wielka tablica z jadło­spi­sem wisząca przy wej­ściu do otwar­tego pomiesz­cze­nia kuchen­nego, gdzie, ku ucie­sze gości, jej ojciec i cza­sami matka ugnia­tali cia­sto.

Ze środka wyło­nił się męż­czy­zna w stra­żac­kim heł­mie i z masywną latarką. W ręku trzy­mał też jakąś skrzynkę z narzę­dziami. Był star­szy od ojca Reeny; poznała to po jego twa­rzy pory­tej głę­bo­kimi zmarszcz­kami i wysu­wa­ją­cych się spod kasku pra­wie siwych wło­sach.

Zanim wyszedł, obrzu­cił ich bacz­nym spoj­rze­niem. Gib­son Hale był wysoki i szczu­pły – jak ludzie, któ­rzy raczej nie tyją. Miał gęste, kędzie­rzawe włosy w kolo­rze pia­sko­wym, jaśniej­sze na koń­cach. Lubił prze­by­wać na słońcu i nie wkła­dał nic na głowę. Po cięż­kiej nocy wyglą­dał gorzej niż zwy­kle.

John Min­ger nie tylko badał przy­czyny pożaru, ale rów­nież przy­glą­dał się oso­bom, które miały z nim zwią­zek.

Dziew­czynka – mimo zapuch­nię­tych od nie­wy­spa­nia oczu – była śliczna jak obra­zek. Włosy miała ciem­niej­sze niż jej ojciec, ale rów­nież krę­cone. John oce­nił, że pod wzglę­dem wzro­stu i budowy zapewne pój­dzie w ślady ojca.

Widział ich minio­nej nocy, kiedy przy­był na miej­sce pożaru. Cała rodzina trzy­mała się razem – jak grupa roz­bit­ków oca­la­łych z kata­strofy statku. Żona Gib­sona miała klasę. Pięk­ność, jaką rzadko spo­tyka się poza ekra­nem. Według niego naj­bar­dziej przy­po­mi­nała matkę naj­star­sza córka. Śred­niej tylko nie­wiele bra­ko­wało do tej dosko­na­ło­ści. Chło­piec też był uro­dziwy, choć nie wyszedł jesz­cze z wieku dzie­cię­cego.

Towa­rzy­sząca ojcu dziew­czynka miała dłu­gie nogi pokryte zadra­pa­niami i sinia­kami. Zapewne wię­cej czasu spę­dzała na uga­nia­niu się z bra­tem po dwo­rze niż na zaba­wie lal­kami.

– Panie Hale, nie­stety, nie mogę pana jesz­cze wpu­ścić do środka.

– Chcia­łem tylko popa­trzeć. Czy pan… czy usta­lił pan, w któ­rym dokład­nie miej­scu było ogni­sko pożaru?

– O tym wła­śnie chciał­bym naj­pierw poroz­ma­wiać z panem. A to kto? – zapy­tał, z uśmie­chem wska­zu­jąc na Reenę.

– To moja córka, Cata­rina. Prze­pra­szam, wiem, że pan już mi się przed­sta­wił, ale…

– Jestem Min­ger. Inspek­tor John Min­ger. Wspo­mniał pan, że to jedna z pań­skich córek zauwa­żyła ogień i obu­dziła was.

– To ja – pisnęła Reena. Zda­wała sobie sprawę, że grze­szy, pysz­niąc się swo­imi zasłu­gami. Ale zapewne był to grzech wyba­czalny. – Ja pierw­sza zoba­czy­łam pło­mień.

– O tym też chciał­bym poroz­ma­wiać. – Spoj­rzał w stronę poli­cyj­nego radio­wozu, który wła­śnie zatrzy­mał się przy kra­węż­niku. – Pro­szę chwi­leczkę zacze­kać – rzekł i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, pod­szedł do samo­chodu, gdzie przez chwilę roz­ma­wiał o czymś z sie­dzą­cymi w środku poli­cjan­tami. – Czy jest tu jakieś miej­sce, gdzie mogli­by­śmy w spo­koju poroz­ma­wiać? – zapy­tał po powro­cie.

– Miesz­kamy tuż obok.

– Świet­nie. Jesz­cze tylko chwila. – Pod­szedł do innego auta, gdzie ścią­gnął z sie­bie strój robo­czy. Pod spodem miał zwy­kłe ubra­nie. Wrzu­cił kom­bi­ne­zon, kask i skrzynkę z narzę­dziami do bagaż­nika, po czym zamknął samo­chód i ski­nął głową w stronę poli­cjanta.

– Co jest w tej skrzynce z narzę­dziami? – chciała wie­dzieć Reena.

– Różne rze­czy. Jeśli chcesz, kie­dyś ci pokażę. Panie Hale, mogę pana popro­sić na chwilę? Zacze­kasz tu na nas, Cata­rino?

I znów, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, odszedł kilka kro­ków.

– Jeśli ma pan mi coś do powie­dze­nia… – zaczął Gib­son.

– Doj­dziemy i do tego. – Wycią­gnął paczkę papie­ro­sów i zapal­niczkę. Zacią­gnął się głę­boko dymem i wsu­nął zapal­niczkę z powro­tem do kie­szeni. – Muszę poroz­ma­wiać z pań­ską córką. To natu­ralny odruch, że pró­bo­wałby pan odpo­wia­dać za nią, napro­wa­dzać. Lepiej, żeby tak nie było. Dla­tego pro­sił­bym, żeby pozwo­lił mi pan poroz­ma­wiać z nią samą.

– Jasne, nie ma sprawy. Reena jest bar­dzo spo­strze­gaw­cza.

– Dosko­nale. – Inspek­tor wró­cił do dziew­czynki. Zauwa­żył, że ma oczy bar­dziej bursz­ty­nowe niż brą­zowe. Choć były pod­krą­żone, patrzyły bystro. – Czy zauwa­ży­łaś ogień z okna swo­jej sypialni? – spy­tał, idąc teraz z nią.

– Nie, ze schod­ków. Sie­dzia­łam na schod­kach mojego domu.

– Już tro­chę po tym, jak wszy­scy poszli spać, co?

Przez chwilę zasta­na­wiała się nad odpo­wie­dzią tak, żeby nie ujaw­nić krę­pu­ją­cych spraw pry­wat­nych, a jed­no­cze­śnie nie skła­mać.

– Pano­wał upał. Obu­dzi­łam się, bo nie naj­le­piej się czu­łam – powie­działa. – Nala­łam sobie w kuchni szklankę imbi­ro­wej oran­żady i wyszłam przed dom. Usia­dłam na schod­kach i piłam.

– W porządku. Czy możesz mi poka­zać dokład­nie miej­sce, w któ­rym sie­dzia­łaś w chwili, gdy dostrze­głaś pożar?

Dobie­gła do domu i posłusz­nie usia­dła na bia­łych mar­mu­ro­wych stop­niach, tam gdzie sie­działa w nocy. Patrzyła w ulicę i cze­kała, aż obaj męż­czyźni podejdą.

– Tutaj było chłod­niej niż na górze. Cie­pło zawsze ucieka do góry. Uczono nas o tym w szkole.

– To prawda. A więc – Min­ger usiadł obok niej i tak jak ona popa­trzył w ulicę – sie­dzia­łaś tu, popi­ja­jąc imbi­rową oran­żadę i zoba­czy­łaś ogień?

– Zoba­czy­łam świa­tła. Wła­ści­wie blask świa­teł na szy­bie. Nie wie­dzia­łam, co to takiego. Pomy­śla­łam, że może Pete zapo­mniał zga­sić w środku, ale to wcale tak nie wyglą­dało. Te świa­tła się ruszały.

– Jak?

Wzru­szyła ramio­nami, czu­jąc się tro­chę głu­pio.

– Jakby tań­czyły. To było śliczne. Cie­ka­wiło mnie, co to może być, więc tro­chę pode­szłam w tamtą stronę. – Zagry­zła usta i popa­trzyła nie­pew­nie na ojca. – Wiem, że nie powin­nam tak robić.

– O tym poroz­ma­wiamy póź­niej – mruk­nął Gib.

– Chcia­łam tylko zoba­czyć. Jestem zbyt cie­kaw­ska, żeby dbać o wła­sne inte­resy, jak mówi bab­cia Hale. Musia­łam się prze­ko­nać, co to takiego.

– Jak daleko zaszłaś? Możesz mi poka­zać?

– Jasne.

Pod­niósł się wraz z dziew­czynką i idąc obok niej, pró­bo­wał sobie wyobra­zić, co by czuł, gdyby był dziec­kiem wędru­ją­cym w upalną noc ciemną ulicą. Eks­cy­ta­cja. Zaka­zany owoc.

– Zabra­łam ze sobą oran­żadę i tro­chę popi­ja­łam, idąc w stronę świa­tła. – W sku­pie­niu zmarsz­czyła brwi, usi­łu­jąc przy­po­mnieć sobie każdy krok. – Myślę, że doszłam chyba do tego miej­sca, jakoś tutaj, bo widzia­łam, że drzwi były otwarte.

– Jakie drzwi?

– Drzwi fron­towe sklepu. Widzia­łam, że są otwarte, i w pierw­szej chwili pomy­śla­łam, że to ta święta krowa Pete zapo­mniał ich zamknąć, za co dosta­nie solidną burę od mojej mamy. W naszym domu to ona łoi skórę. Ale zaraz zoba­czy­łam ogień i dym. Buchały przez otwarte drzwi. Prze­stra­szy­łam się. Wrza­snę­łam z całych sił i pędem wró­ci­łam do domu. Wbie­głam na pię­tro, wciąż chyba krzy­cząc, bo tata zdą­żył już wstać i wkła­dał spodnie, a mama się­gała po szla­frok. I wszy­scy wrzesz­czeli. Fran pytała na okrą­gło: „Co, co się pali? Nasz dom?”. Ale ja mówi­łam: „Nie, nie, pali się sklep”. My tak prze­waż­nie nazy­wamy Sirico’s. Sklep.

Ona to wszystko dokład­nie prze­my­ślała – stwier­dził John. Poukła­dała sobie w gło­wie wszyst­kie zapa­mię­tane szcze­góły.

– Bella zaczęła pła­kać. Ona dużo pła­cze, bo tak robią wszyst­kie nasto­latki – oprócz Fran. Tata wyj­rzał przez okno i kazał mamie zadzwo­nić do Pete’a – on mieszka nad skle­pem – i powie­dzieć mu, żeby natych­miast ucie­kał z całą rodziną. Pete oże­nił się z The­resą i w czerwcu uro­dziło im się dziecko. Kazał, żeby powie­działa Pete’owi, iż sklep się pali i ma natych­miast ucie­kać z miesz­ka­nia, a potem zadzwo­nić po straż pożarną. Mówiąc to, już zbie­gał na dół po scho­dach. I powtó­rzył, żeby zadzwo­niła pod dzie­więć­set jede­na­ście, ale mama już to zro­biła.

– Bar­dzo dobry raport.

– Pamię­tam wię­cej. Pobie­gli­śmy wszy­scy w stronę pożaru, ale tata był naj­szyb­szy. Biegł przez całą drogę. Ogień sta­wał się coraz więk­szy. Widzia­łam to. Trza­snęły szyby w oknach i wydo­był się na zewnątrz. Ogień. Tata omi­nął jed­nak front budynku. Bałam się, że tam pój­dzie i może mu się stać coś złego, że go popa­rzy, ale on pobiegł do tyl­nych scho­dów, pro­wa­dzą­cych do miesz­ka­nia Pete’a.

Umil­kła na chwilę, zaci­ska­jąc wargi.

– Żeby pomóc im się wydo­stać – pomógł jej John.

– Bo oni są dla niego waż­niejsi niż sklep. Pete trzy­mał dziecko, a tata cią­gnął za rękę The­resę. Zbie­gli po scho­dach. Ludzie zaczęli wycho­dzić z domów. Wszy­scy wrzesz­czeli i krzy­czeli. Myślę, że tata chciał jesz­cze biec do środka, tam gdzie był ogień, ale mama chwy­ciła go mocno za ramię. „Nie! Nie!” – wrza­snęła i pozo­stał na miej­scu. Sta­nął obok niej i powie­dział: „O Chry­ste, kocha­nie”. Tata cza­sem tak nazywa mamę. Póź­niej usły­sza­łam wycie syren i przy­je­chały wozy stra­żac­kie. Wysko­czyli z nich stra­żacy i zaczęli roz­wi­jać sikawki. Tata powie­dział im, że w środku nikogo nie ma. Ale i tak kilku z nich tam weszło. Nie wiem, jak oni to zro­bili, w tym ogniu i dymie, ale weszli. Wyglą­dali jak żoł­nie­rze. Jak żoł­nie­rze-zjawy.

– Wszystko zapa­mię­ta­łaś!

– Mam pamięć sło­nia.

John zer­k­nął w stronę Giba i wyszcze­rzył zęby w peł­nym uzna­nia uśmie­chu.

– Ma pan tu praw­dziwy kara­bin maszy­nowy, panie Hale – powie­dział.

– Gib, po pro­stu Gib. Tak, to prawda.

– W porządku. Reena, czy mogła­byś mi powie­dzieć, co jesz­cze widzia­łaś, gdy sie­dzia­łaś na tych scho­dach, zanim zoba­czy­łaś ogień? Usiądź znów na stop­niach i spró­buj sobie wszystko przy­po­mnieć.

Gib popa­trzył w stronę sklepu i ponow­nie skie­ro­wał wzrok na Johna.

– Czy to nie czy­sty wan­da­lizm?

– Dla­czego tak twier­dzisz? – zapy­tał John.

– Drzwi. Otwarte drzwi. Roz­ma­wia­łem z Pete’em. Zeszłej nocy on zamy­kał sklep, gdyż ja z rodziną wybra­li­śmy się na mecz.

– Nasze ptaszki spra­wiły baty Ran­ger­som.

– Ha! – Gib zmu­sił się do uśmie­chu. – Pete zamknął lokal w towa­rzy­stwie innego mojego pra­cow­nika. Dosko­nale to pamięta, gdyż w tym cza­sie roz­ma­wiał z Toni – Anto­nią Var­gas – o kółku, na któ­rym trzyma klucz. Ni­gdy zresztą nie zda­rzyło mu się nie zamknąć drzwi. Skoro więc póź­niej były otwarte, ktoś musiał je wyła­mać.

– O tym też poroz­ma­wiamy. – Ponow­nie przy­siadł się do Reeny. – Tak, to sym­pa­tyczne miej­sce. Wyma­rzone na zimny napój w upalną noc. Może pamię­tasz, która była wtedy godzina?

– Hm, mniej wię­cej dzie­sięć po trze­ciej. Wiem, bo gdy bra­łam z kuchni imbi­rową oran­żadę, zer­k­nę­łam na zegar.

– Przy­pusz­czam, że o tej porze wszy­scy w sąsiedz­twie już spali.

– W żad­nym z domów nie paliło się świa­tło. Jedy­nie w ogro­dzie Casto­sów świe­ciła się lampa, ale oni pra­wie zawsze zapo­mi­nają ją zga­sić. Maleń­kie świa­tełko zauwa­ży­łam też w oknie pokoju Mindy Young. Zawsze sypia przy włą­czo­nej noc­nej lampce, choć ma już dzie­sięć lat. Sły­sza­łam też szcze­ka­nie psa. Myślę, że był to Fabio, pies Pasto­rel­lich. Chyba był czymś zanie­po­ko­jony, ale szybko prze­stał szcze­kać.

– Czy ulicą prze­jeż­dżały jakieś samo­chody?

– Nie, ani jeden.

– O tak póź­nej godzi­nie, w takiej ciszy z pew­no­ścią usły­sza­ła­byś, gdyby gdzieś dalej w ulicy ruszał samo­chód lub trza­snęły zamy­kane drzwi.

– Było cał­kiem cicho. Tylko parę razy zaszcze­kał ten pies. Sły­sza­łam nawet cichutki szum kli­ma­ty­za­tora w sąsied­nim domu. Dobrze pamię­tam, że nie było żad­nych innych hała­sów. Nawet póź­niej, kiedy już szłam w stronę sklepu.

– W porządku, Reeno. Spra­wi­łaś się na medal.

Otwo­rzyły się drzwi i John ponow­nie zachwy­cił się urodą gospo­dyni.

– Gib, czemu roz­ma­wia­cie na zewnątrz? Nie zapro­po­nu­jesz panu chłod­nego napoju? – zapy­tała z uśmie­chem Bianca. – Pro­simy do środka. Przy­go­to­wa­łam świeżą lemo­niadę.

– Dzię­kuję. – John w jed­nej chwili zerwał się na nogi. Bianca była z tych kobiet, które budzą respekt w męż­czy­znach. – Nie mam nic prze­ciwko temu, żeby wypić coś chłod­nego i zająć pań­stwu jesz­cze tro­chę czasu.

Salon był pełen kolo­rów. John pomy­ślał, że ostre barwy bar­dzo pasują do takich kobiet jak Bianka Hale. W pokoju pano­wał nie­ska­zi­telny porzą­dek, meble nie były nowe, ale nie­dawno wyczysz­czone, jesz­cze wydzie­lały zapach olejku cytry­no­wego. Na ścia­nach wisiały por­trety człon­ków rodziny opra­wione w skromne ramki, wyko­nane węglem i paste­lami. Twórca miał bar­dzo dobre oko i wprawne dło­nie.

– Kto jest auto­rem?

– Ja – odparła Bianca, nale­wa­jąc lemo­niadę do szkla­nek z kost­kami lodu. – To moje hobby.

– Piękne.

– Mamy rysunki wisiały też w skle­pie – wtrą­ciła Reena. – Naj­bar­dziej lubi­łam por­tret taty. Na gło­wie miał wielką czapkę szefa kuchni i ugnia­tał pizzę. Już go nie ma, prawda? Spło­nął.

– Nary­suję inny. Jesz­cze lep­szy.

– I był tam też stary dolar. Mój dzia­dek umie­ścił w ramce pierw­szy bank­not, który zaro­bił po otwar­ciu Sirico’s. I mapa Włoch, a także krzyż babci, który poświę­cił sam papież, i jesz­cze…

– Cata­rino! – Bianca unio­sła rękę, prze­ry­wa­jąc potok słów córki. – Kiedy coś stra­cimy, lepiej jest myśleć o tym, co nam jesz­cze pozo­stało i jak można to wyko­rzy­stać.

– Ktoś celowo pod­ło­żył ogień. W nosie miał twoje obrazki, krzyż i wszystko inne. Nawet Pete’a i The­resę z dziec­kiem, któ­rzy byli w środku.

– Słu­cham? – Bianca zaci­snęła palce na porę­czy krze­sła. – Co pan mówi? Czy to prawda?

– Tro­chę wybie­gamy naprzód. Inspek­tor do spraw pod­pa­leń będzie…

– Pod­pa­leń? – Bianca opa­dła na krze­sło. – O mój Boże! O słodki Jezu!

– Pani Hale. Prze­ka­za­łem swoje pierw­sze spo­strze­że­nia wydzia­łowi poli­cji do spraw pod­pa­leń. Moje zada­nie polega na inspek­cji budynku i usta­le­niu, czy trzeba pro­wa­dzić śledz­two na ewen­tu­al­ność pod­pa­le­nia. Ktoś z tego wydziału zbada pogo­rze­li­sko i podej­mie odpo­wied­nie czyn­no­ści.

– A dla­czego nie pan? – zapy­tała Reena. – Prze­cież pan to wykrył.

John popa­trzył w zmę­czone i inte­li­gentne, mio­dowe oczy dziew­czynki. Tak – pomy­ślał – on to wykrył.

– Jeśli ogień został pod­ło­żony celowo, jest to prze­stęp­stwo i pro­wa­dze­nie sprawy przej­muje poli­cja – powie­dział.

– Ale prze­cież pan to wykrył – nale­gała Reena.

Nie, to dziecko już mi nie odpu­ści – stwier­dził.

– Skon­tak­to­wa­łem się z poli­cją, ponie­waż pod­czas inspek­cji budynku natkną­łem się na ślady wyła­ma­nia drzwi wej­ścio­wych. Wykry­wa­cze dymu zostały zde­mon­to­wane. Odkry­łem też wiele przy­pusz­czal­nych źró­deł zapłonu.

– Co to są źró­dła zapłonu? – zain­te­re­so­wała się Reena.

– To zna­czy, że ogień został zapró­szony w wię­cej niż jed­nym miej­scu. A ze wzo­rów wypa­leń, ze spo­sobu, w jaki ogień pozna­czył pewne par­tie pod­łogi, ściany i meble, pozo­sta­wia­jąc na nich sadzę, można wywnio­sko­wać, że jako mate­riału pod­pa­la­ją­cego użyto ben­zyny i cze­goś, co nazy­wamy lon­tami. Ogień pod­sy­cały rów­nież stare gazety, wosko­wany papier i opa­ko­wa­nia zapa­łek. Wszystko wska­zuje na to, że ktoś się wła­mał i poroz­kła­dał lonty po całej sali i w kuchni. Na zaple­czu znaj­do­wały się inne mate­riały łatwo­palne: opa­ko­wa­nia pod ciśnie­niem, drew­niane szafki, fra­mugi w całym lokalu, sto­liki i krze­sła. Pod­pa­lacz naj­praw­do­po­dob­niej oblał ben­zyną pod­łogi, meble oraz ściany. Gdy Reena wyszła przed dom, ogień już tra­wił wnę­trze lokalu.

– Ale kto to mógł zro­bić? I to z roz­my­słem? – Gib pokrę­cił głową. – Rozu­miem, grupa głup­ko­wa­tych dzie­cia­ków wła­muje się dla draki do sklepu i przez nie­uwagę zapró­sza ogień; ale pan mówi o celo­wym pod­pa­le­niu naszego sklepu – i miesz­ka­ją­cej na pię­trze rodziny. Kim mógł być ten drań?

– O to wła­śnie chcę was zapy­tać. Czy ktoś może żywić jakąś urazę do pana lub pań­skiej rodziny?

– Nie, nie. Broń Boże. Miesz­kamy w tej dziel­nicy od pięt­na­stu lat. Bianca tu się wycho­wała. Sirico’s jest tu wro­śnięta w kra­jo­braz.

– A kon­ku­ren­cja?

– Znam wszyst­kich restau­ra­to­rów w oko­licy. Jeste­śmy w bar­dzo dobrych sto­sun­kach.

– Może więc jakiś dawny pra­cow­nik? Ktoś, kogo musiał pan uka­rać?

– Abso­lut­nie nie. Mogę przy­siąc.

– Czy z kimś pan, ktoś z pań­skiej rodziny lub pra­cow­ni­ków się pokłó­cił? Może któ­ryś z klien­tów?

Gib prze­cią­gnął dłońmi po twa­rzy, po czym dźwi­gnął się z krze­sła i pod­szedł do okna.

– Nie. Nikt taki nie przy­cho­dzi mi na myśl. Jeste­śmy loka­lem rodzin­nym. Od czasu do czasu mie­wamy jakieś skargi, ale nie da się tego unik­nąć. To jed­nak nie mogłoby nikogo skło­nić do pod­pa­le­nia.

– Może któ­ryś z pań­skich pra­cow­ni­ków miał jakąś sprzeczkę, nawet poza godzi­nami pracy. Pro­szę mi podać nazwi­ska per­so­nelu. Wszy­scy muszą zostać prze­słu­chani.

– Tato?

– Reeno, nie teraz. Sta­ra­li­śmy się być dobrymi sąsia­dami i pro­wa­dzi­li­śmy ten lokal tak samo jak rodzice Bianki. Musie­li­śmy go tro­chę zmo­der­ni­zo­wać, ale dusza sklepu nie ule­gła zmia­nie. – W gło­sie Gib­sona pobrzmie­wał smu­tek, przez który jed­nak prze­bi­jał gniew. – To solidne miej­sce. Wymaga cięż­kiej pracy, ale zapew­nia godziwe życie. Nie znam nikogo, kto mógłby to zro­bić nam i naszej piz­ze­rii.

– Przez cały ranek ury­wał się u nas tele­fon – wtrą­ciła Bianca, bo wła­śnie znów zadzwo­nił. – W naszym imie­niu roz­ma­wia naj­star­sza córka. Ludzie wyra­żają współ­czu­cie, ofe­rują pomoc. Chcą z nami sprzą­tać, przy­nieść nam jedze­nie, pro­po­nują pomoc w odbu­do­wie. Ja tutaj dora­sta­łam w Sirico’s. Ludzie uwiel­biają Giba. Zwłasz­cza Giba. Trzeba strasz­nej nie­na­wi­ści, żeby zro­bić coś takiego. Nikt nie żywi tu do nas nie­na­wi­ści.

– Mnie nie­na­wi­dzi Joey Pasto­relli.

– Cata­rino! – Bianca prze­cią­gnęła zmę­czo­nym ruchem dłoni po twa­rzy córki. – Joey wcale cię nie nie­na­wi­dzi. Jest po pro­stu łobu­zem.

– Dla­czego twier­dzisz, że cię nie­na­wi­dzi? – chciał wie­dzieć John.

– Prze­wró­cił mnie na zie­mię, ude­rzył i podarł bluzkę. Jakoś tak mnie nazwał, ale nikt mi nie chce powie­dzieć, co to słowo zna­czy. Xan­der z kole­gami zauwa­żyli, co się dzieje, i pobie­gli na pomoc, a Joey uciekł.

– Joey to trudne dziecko – wtrą­cił Gib. – I to była próba… – Popa­trzył Joh­nowi w oczy i coś sobie prze­ka­zali, czego Reena nie rozu­miała. – To było iry­tu­jące. Powi­nien być przy­naj­mniej pod opieką psy­cho­loga. Ale ma prze­cież tylko dwa­na­ście lat. Nie sądzę, by dwu­na­sto­la­tek wła­mał się do sklepu i zro­bił to, o czym pan mówił.

– Nie­mniej warto się temu przyj­rzeć. Reeno, powie­dzia­łaś, że kiedy wyszłaś przed dom, usły­sza­łaś szcze­ka­nie psa Pasto­rel­lich.

– Myślę, że to ich pies. Jest tro­chę straszny i groź­nie szczeka. Zupeł­nie jak zdzie­ra­jący gar­dło kaszel.

– Gib, gdyby jakiś łobu­ziak potur­bo­wał mi córkę, zamie­nił­bym z nim kilka słów, a następ­nie udał­bym się do jego rodzi­ców.

– Tak wła­śnie zro­bi­łem. Byłem w pracy, gdy poja­wili się Reena, Xan­der i kil­koro innych dzieci. Reena pła­kała, a ona rzadko kiedy pła­cze. Od razu zro­zu­mia­łem, że ktoś ją skrzyw­dził. Miała podartą bluzkę. Kiedy opo­wie­działa, co się wyda­rzyło… aż się we mnie zago­to­wało. No i…

Powoli popa­trzył w stronę żony, z lek­kim stra­chem w oczach.

– O mój Boże, Bianco.

– I co zro­bi­łeś, Gib? – wró­cił do tematu John.

– Natych­miast posze­dłem do Pasto­rel­lich. Pete był aku­rat w pobliżu, więc udał się ze mną. Drzwi otwo­rzył Joe Pasto­relli. Pra­wie przez całe lato nie miał pracy. Wkro­czy­łem ostro.

Gib mocno zaci­snął oczy.

– Byłem wku­rzony i potwor­nie zde­ner­wo­wany. Prze­cież Reena jest małą dziew­czynką. Miała poszar­paną bluzkę i ska­le­czoną do krwi nogę. Oświad­czy­łem, że mam już ser­decz­nie dosyć jego roz­wy­drzo­nego synalka mole­stu­ją­cego moje dziecko i czas poło­żyć temu kres, że tym razem Joey posu­nął się za daleko i myślę o zawia­do­mie­niu poli­cji. Skoro on nie potrafi utrzy­mać w ryzach swego syna, z pew­no­ścią uczy­nią to stróże prawa. Zaczę­li­śmy na sie­bie krzy­czeć.

– Powie­dział, że jesteś pier­do­lo­nym dup­kiem, który pró­buje na siłę napra­wiać cały świat, choć powi­nien się zaj­mo­wać wła­snymi gów­nia­nymi inte­re­sami.

– Cata­rino! – wykrzyk­nęła ostro Bianca. – Ni­gdy wię­cej nie uży­waj w tym domu takich słów!

– Powta­rzam tylko jego słowa. Do raportu. Powie­dział też, że nasz tata wycho­wuje bandę zasmar­ka­nych, płacz­li­wych bacho­rów, które nie potra­fią się same obro­nić. Potem jesz­cze wię­cej prze­kli­nał, a ojciec odpo­wia­dał mu podob­nie.

– Nie pamię­tam dokład­nie, co powie­dzia­łem ani co on na to odrzekł. – Gib prze­cią­gnął pal­cem po grzbie­cie nosa. – Nie mam w gło­wie takiego magne­to­fonu jak Reena. Ale atmos­fera była gorąca i łatwo mogło dojść do ręko­czy­nów. I może by doszło, gdyby nie widok sto­ją­cych przed skle­pem dzieci. Nie chcia­łem wsz­czy­nać bija­tyki na ich oczach, tym bar­dziej że sam inter­we­nio­wa­łem w spra­wie pobi­cia mojej córki.

– Powie­dział też, że ktoś powi­nien dać ci lek­cję. Tobie i całej two­jej rodzi­nie – wtrą­ciła Reena. – I strasz­nie klął. A kiedy tata i Pete wycho­dzili, za ich ple­cami robił brzyd­kie gesty. Widzia­łam też Joeya, gdy sta­li­śmy przy pło­ną­cym skle­pie. Prze­słał mi paskudny, zło­śliwy uśmiech.

– Czy Pasto­relli ma wię­cej dzieci?

– Nie, tylko Joeya. – Gib przy­siadł na kra­wę­dzi fotela żony. – W zasa­dzie powinno się dziecku współ­czuć, bo stary Pasto­relli naj­wy­raź­niej jest dla niego bar­dzo bru­talny. Ale też ten chło­pak to okropny zbir. – Znów popa­trzył na Reenę. – Może jesz­cze gor­szy, niż się wszyst­kim wydaje.

– Jaki ojciec, taki syn – mruk­nęła Bianca. – Myślę, że on regu­lar­nie bije swoją żonę. Nie­raz widy­wa­łam siniaki na jej twa­rzy. Bie­daczka trzyma się z daleka od ludzi, więc nie znam jej zbyt dobrze. Miesz­kają tu chyba od dwóch lat, ale roz­ma­wiamy ze sobą bar­dzo rzadko. Kie­dyś, zaraz po tym, jak wyrzu­cili go z pracy, zja­wiła się u niego poli­cja. Wezwał ją sąsiad, który usły­szał dobie­ga­jące z domu Joego krzyki i płacz. Ale Laura, pani Pasto­relli, oświad­czyła, że nic złego się nie dzieje, a ona ude­rzyła się o drzwi.

– No to nie­zły z niego magik. Poli­cja będzie chciała go prze­słu­chać. Bar­dzo wam współ­czuję z powodu tego wszyst­kiego.

– Kiedy możemy tam wejść i zacząć sprzą­ta­nie?

– To jesz­cze tro­chę potrwa. Ekipa od pod­pa­leń musi zro­bić, co do niej należy. Kon­struk­cja budynku jest nie­na­ru­szona, a drzwi prze­ciw­po­ża­rowe nie dopu­ściły do roz­prze­strze­nie­nia się pożaru na pię­tro. Pogo­rze­li­sko musi także obej­rzeć wasza firma ubez­pie­cze­niowa. To wszystko zaj­mie sporo czasu, ale posta­ramy się, na ile to tylko będzie moż­liwe, sprawę przy­spie­szyć. Byłoby nam jed­nak o wiele trud­niej, gdyby nie to wasze Sokole Oko. – Wsta­jąc, puścił oko do Reeny. – Prze­pra­szam za kło­pot. Dopil­nuję, żeby infor­mo­wano was o wszyst­kim na bie­żąco.

– Czy pan tu jesz­cze wróci? – spy­tała Reena. – Miał mi pan poka­zać zawar­tość tej skrzynki z narzę­dziami i powie­dzieć, do czego one służą.

– Będę o tym pamię­tał. Naprawdę bar­dzo mi pomo­głaś.

Wycią­gnął do dziew­czynki rękę i po raz pierw­szy w jej oczach poja­wiła się nie­śmia­łość. Podała inspek­to­rowi dłoń, którą uści­snął.

– Dzię­kuję za lemo­niadę, pani Hale. Gib, czy możesz mnie odpro­wa­dzić do samo­chodu?

Razem wyszli z domu.

– Nie wiem, dla­czego od razu nie pomy­śla­łem o Pasto­rel­lim. Wła­ści­wie wciąż nie mie­ści mi się w gło­wie, że mógł się posu­nąć tak daleko. Jeśli w moim świe­cie ktoś cię tak mocno wku­rzy, dostaje pię­ścią.

– Bez­po­śred­nie podej­ście. Gdyby rze­czy­wi­ście był w to zamie­szany, praw­do­po­dob­nie chciał ude­rzyć w wasze życie: w jego fun­da­menty, w waszą tra­dy­cję, waszą pracę. On jest bez­ro­botny, ty masz piz­ze­rię. No, a teraz kto został bez pracy?

– Wielki Boże!

– Ty i twój pra­cow­nik sta­nę­li­ście z nim twa­rzą w twarz. Widziały to na wła­sne oczy twoje dzieci zgro­ma­dzone przed restau­ra­cją. Pew­nie też i sąsie­dzi.

Gib zamknął oczy.

– Tak. Tak. Powy­cho­dzili przed domy.

– A więc pod­pa­le­nie i znisz­cze­nie miej­sca two­jej pracy ma być dla cie­bie nauczką. Gdzie on mieszka?

– Tam, po pra­wej – wska­zał Gib. – Ten dom z zacią­gnię­tymi zasło­nami. Mamy dziś upalny dzień, więc zasła­nia okna. Sukin­syn.

– Powi­nie­neś teraz trzy­mać się od niego z daleka. Powstrzy­maj w sobie chęć kon­fron­ta­cji. Czy Pasto­relli ma samo­chód?

– Pół­cię­ża­rówkę. Sta­rego forda. Tego nie­bie­skiego.

– O któ­rej mniej wię­cej posze­dłeś do niego z Pete’em?

– Tak po dru­giej. Tłum na lunch już się u nas prze­wi­nął.

Gdy szli ulicą, kilka osób się zatrzy­mało, otwie­rały się nie­które drzwi lub poja­wiały się głowy w oknach i wołano Giba. W domu Pasto­rel­lego zasłony na­dal były zasu­nięte.

Przed piz­ze­rią zebrał się nie­wielki tłu­mek gapiów, więc John zatrzy­mał się, gdy byli jesz­cze na tyle daleko, że nikt ich nie sły­szał.

– Sąsie­dzi pew­nie chcą z tobą poga­dać, zadać parę pytań. Ale naj­le­piej nie wspo­mi­naj o tym, o czym roz­ma­wia­li­śmy.

– Nie wspo­mnę – odparł Gib i wes­tchnął głę­boko. – Cóż, myśla­łem tro­chę o odno­wie­niu lokalu. Myślę, że teraz będzie na to odpo­wiedni czas.

– Po uprząt­nię­ciu pogo­rze­li­ska stwier­dzisz duże szkody, wiele z nich wyrzą­dziła sama akcja pożar­ni­cza. Ale fun­da­menty i kon­struk­cja budynku zacho­wały się w sta­nie ide­al­nym. Daj nam jesz­cze kilka dni, a kiedy wszystko zro­bimy, przyjdę i oso­bi­ście cię tam wpro­wa­dzę. Gib, masz bar­dzo sym­pa­tyczną rodzinę.

– Dzięki. Jesz­cze nie wszyst­kich widzia­łeś, ale to prawda.

– Obser­wo­wa­łem was wszyst­kich ubie­głej nocy. – John wyjął klu­czyki od samo­chodu, cicho podzwa­niały mu w ręku. – Widzia­łem, jak twoje dzie­ciaki czę­sto­wały stra­ża­ków kanap­kami. Ludzie, któ­rzy w cięż­kich dla nich cza­sach potra­fią rów­nież myśleć o innych, są dobrzy. O, wła­śnie nad­jeż­dża ekipa od pod­pa­leń. – Poka­zał głową na par­ku­jący samo­chód. – Pójdę z nimi zamie­nić słowo – rzekł, wycią­ga­jąc rękę.

John pod­szedł do detek­ty­wów wycho­dzą­cych po obu stro­nach z samo­chodu, uśmie­cha­jąc się do nich sze­roko.

– Hej, Min­ger?

– Witam ponow­nie – odparł. – Coś mi się zdaje, że odwa­li­łem za was pra­wie całą robotę. – Wycią­gnął papie­rosa i zapa­lił go. – Lepiej od razu przejdźmy do szcze­gó­łów.

3

Nie trwało to nawet kilku dni. Następ­nego popo­łu­dnia przy­je­chała poli­cja i zabrała pana Pasto­rel­lego. Reena widziała to na wła­sne oczy, gdy wra­cała do domu w towa­rzy­stwie Giny Rivero, naj­bliż­szej przy­ja­ciółki od cza­sów dru­giej klasy.

Kiedy dotarły do rogu, na któ­rym znaj­do­wała się Sirico’s, zatrzy­mały się. Poli­cja i straż ogniowa zablo­ko­wały przej­ście taśmami z napi­sami ostrze­gaw­czymi i usta­wiły meta­lowe bariery.

– Wygląda na taki opusz­czony – powie­działa cicho Reena.

Gina poło­żyła jej dłoń na ramie­niu.

– Mama powie­działa, że przed nie­dzielną mszą zapa­limy przy ołta­rzu wszyst­kie świece w inten­cji cie­bie i two­jej rodziny.

– To miło z waszej strony. Odwie­dził nas w domu ksiądz Bastillo. Mówił o sile, jaką należy się wyka­zać wobec prze­ciw­no­ści losu, i o tym, że wyroki boskie są nie­zba­dane.

– Bo są – przy­tak­nęła poboż­nie Gina, doty­ka­jąc krzy­żyka, który nosiła razem z meda­li­kiem.

– Moim zda­niem należy palić świece i modlić się, ale znacz­nie lepiej jest coś robić. Na przy­kład pro­wa­dzić śledz­two, zna­leźć sprawcę i poznać jego motywy oraz upew­nić się, że poniósł odpo­wied­nią karę. Jeśli będziesz tylko sie­dzieć i zano­sić modły, nie­wiele wskó­rasz.

– To bluź­nier­stwo – szep­nęła Gina i rozej­rzała się pospiesz­nie, czy Anioł Boży nie szy­kuje się już do ciosu.

Reena wzru­szyła ramio­nami. Nie rozu­miała, dla­czego otwarte wyra­ża­nie swo­ich myśli od razu musi być bluź­nier­stwem, ale fak­tycz­nie Frank, star­szy brat Giny, nie bez powodu nazy­wał ją ostat­nio Sio­strą Maryją.

– Inspek­tor Min­ger i dwóch detek­ty­wów przy­naj­mniej coś robią. Zadają pyta­nia, szu­kają dowo­dów. Przy­nosi to jakiś efekt. Trzeba podej­mo­wać takie dzia­ła­nia i cze­goś się dowie­dzieć. Żałuję, że nic nie zro­bi­łam, kiedy Joey Pasto­relli prze­wró­cił mnie na zie­mię i ude­rzył. Ale tak bar­dzo się bałam, że nie mogłam się nawet obro­nić.

– Jest więk­szy od cie­bie. – Gina wolną ręką objęła przy­ja­ciółkę w pasie. – I wredny. Frank uważa, że to głupi gno­jek i ktoś powi­nien sko­pać mu tyłek.

– Tyłek to chyba nie jest brzyd­kie słowo, można tak mówić. Zobacz, detek­tywi od pod­pa­leń.

Roz­po­znała zarówno męż­czyzn, jak i samo­chód. Ale teraz ubrani byli w gar­ni­tury z kra­wa­tami – jak biz­nes­meni. Gdy pra­co­wali na pogo­rze­li­sku wewnątrz Sirico’s, mieli na sobie kom­bi­ne­zony i kaski.

Byli już u nich w domu i roz­ma­wiali z Reeną, podob­nie jak inspek­tor Min­ger. Ogar­nęła ją fala pod­nie­ce­nia i gorąca, gdy poli­cjanci wysie­dli z auta i ruszyli w stronę domu Pasto­rel­lich.

– Idą do domu Joeya.

– Roz­ma­wiali też z moim tatą. Poszedł popa­trzeć na zglisz­cza Sirico’s i tam go zagad­nęli.

– Cicho, popatrz! – Teraz ona też objęła Ginę w pasie i cof­nęły się nieco za róg, gdy pani Pasto­relli otwo­rzyła funk­cjo­na­riu­szom drzwi.

– Nie chce wpu­ścić ich do środka.

– Dla­czego?

Zacho­wa­nie tajem­nicy wyma­gało wiel­kiej siły woli, ale Reena jedy­nie potrzą­snęła głową.

– Poka­zują jej jakiś papier.

– Wygląda na prze­stra­szoną, a oni wcho­dzą do domu.

– Pocze­kamy tu – oświad­czyła Reena. – Zoba­czymy, co się będzie działo. – Prze­szła kawa­łek w dół ulicy i usia­dła na kra­węż­niku mię­dzy dwoma zapar­ko­wa­nymi samo­cho­dami. – Tu jest dobre miej­sce.

– Ale mia­ły­śmy prze­cież wra­cać pro­sto do cie­bie do domu.

– Sytu­acja się zmie­niła. To ty pój­dziesz do nas i powiesz o wszyst­kim mojemu tacie. – Spoj­rzała na Ginę. – Musisz. Ja tu zacze­kam i popa­trzę.

Kiedy Gina pobie­gła chod­ni­kiem, Reena skie­ro­wała wzrok na zasłony w oknach, dziś rów­nież zacią­gnięte. Obser­wo­wała.

Zerwała się na nogi, gdy przy­szedł ojciec.

Gdy spoj­rzał córce w oczy, przede wszyst­kim przy­szła mu do głowy myśl, że to już nie dziecko na niego patrzy. Zoba­czył w nich chłód, surowy chłód, jaki można dostrzec tylko w oczach doro­słych.

– Pró­bo­wała ich nie wpu­ścić, ale oni poka­zali jakiś papier. Myślę, że był to nakaz aresz­to­wa­nia, taki jak w Poli­cjan­tach z Miami. Wtedy weszli.

Ojciec wziął ją za rękę.

– Powi­nie­nem ode­słać cię do domu. Nie masz nawet dwu­na­stu lat i nie powin­naś brać udziału w takich histo­riach.

– Ale nie ode­ślesz mnie.

– Nie ode­ślę. – Wes­tchnął. – Twoja mama robi wszystko na swój spo­sób. Jest głę­boko wie­rząca, ma tem­pe­ra­ment oraz cudowne serce i twardo stąpa po ziemi. Fran… też ma wiarę i serce. Wie­rzy, że ludzie są z natury dobrzy. To zna­czy, że bar­dziej natu­ralne jest być dobrym niż złym.

– To nie doty­czy wszyst­kich.

– Nie. Nie wszyst­kich. Bella… teraz jest dość skon­cen­tro­wana na sobie samej. To cho­dzące emo­cje i fakt, czy ludzie są dobrzy, czy źli, nie jest dla niej w tej chwili taki ważny – chyba że doty­czy to jej oso­bi­ście. Z pew­no­ścią w końcu to Belli przej­dzie, ale zawsze będzie się kie­ro­wała naj­pierw uczu­ciem, a dopiero póź­niej rozu­mem. A Xan­der ma naj­sło­necz­niej­szą naturę z was wszyst­kich. Szczę­śliwy dzie­ciak, który z nikim nie będzie się brał za łby.

– Przy­szedł mi z pomocą, kiedy na mnie napadł Joey. Zmu­sił go do ucieczki, a ma prze­cież tylko dzie­więć i pół roku.

– To też część jego natury. Zawsze pospie­szy z pomocą, zwłasz­cza kiedy kogoś krzyw­dzą.

– Bo jest taki jak ty.

– Miło mi to sły­szeć. A ty, mój skar­bie… – Pochy­lił się i poca­ło­wał jej palce. – Ty naj­bar­dziej przy­po­mi­nasz mamę. Ale masz w sobie coś wyjąt­ko­wego – naturę bada­cza. Zawsze roz­kła­da­łaś różne rze­czy na czę­ści, żeby spraw­dzić nie to, jak dzia­łają, ale jak do sie­bie pasują. Kiedy byłaś malutka, nie spo­sób było ci wytłu­ma­czyć, że tego lub tam­tego nie wolno ruszać. Musia­łaś wszyst­kiego dotknąć, poczuć, zoba­czyć, co się wyda­rzy. Ni­gdy nie wie­rzy­łaś na słowo. Musia­łaś wszystko spraw­dzić sama.

Oparła głowę na jego ramie­niu. Pano­wał oble­pia­jący, senny upał. Gdzieś z oddali dobiegł odgłos grzmotu… Reena zapra­gnęła mieć jakiś swój pry­watny, głę­boki i mroczny sekret, któ­rym mogłaby się podzie­lić z ojcem. Wie­działa, że w tym momen­cie powie­rzy­łaby mu naj­głęb­szą tajem­nicę.

W domu po dru­giej stro­nie ulicy otwo­rzyły się drzwi. Pan Pasto­relli został wypro­wa­dzony przez dwóch detek­ty­wów, trzy­ma­ją­cych go z obu stron. Miał na sobie dżinsy i biały, spło­wiały pod­ko­szu­lek. Głowę trzy­mał nisko, z zawsty­dze­niem, ale widziała dół jego twa­rzy i zaci­śnięte usta. Gniewa się – pomy­ślała.

Jeden z poli­cjan­tów niósł wielki, czer­wony kani­ster, a drugi dużą pla­sti­kową torbę.

Pani Pasto­relli gło­śno szlo­chała, sto­jąc w drzwiach domu. W ręku trzy­mała jaskra­wo­żółtą ścierkę, w którą cho­wała twarz.

Na nogach miała białe teni­sówki; w lewym bucie roz­wią­zało jej się sznu­ro­wa­dło.

Z oko­licz­nych domów znów powy­cho­dzili ludzie i patrzyli. Stary pan Falco sie­dział na schod­kach w czer­wo­nych szor­tach. Jego kości­ste, białe łydki były pra­wie nie­wi­doczne na tle śnież­no­bia­łego kamie­nia. Pani DiSa­lvo przy­sta­nęła na chod­niku, trzy­ma­jąc za rękę swego małego synka Chri­sto­phera. Dzie­ciak jadł lody wino­gro­nowe na patyku, które lśniły pur­pu­rowo. W ostrym sło­necz­nym bla­sku wszystko jawiło się w żywych kolo­rach.

Pano­wała taka cisza, że do uszu Reeny docie­rał chra­pliwy oddech pani Pasto­relli mię­dzy jed­nym a dru­gim szlo­chem.

Jeden z detek­ty­wów otwo­rzył tylne drzwi samo­chodu, a drugi, chwy­ta­jąc pana Pasto­rel­lego za głowę, wepchnął go do środka. Kani­ster – teraz dopiero Reena spo­strze­gła, że to pojem­nik na ben­zynę – oraz zie­loną pla­sti­kową torbę wrzu­cili do bagaż­nika.

Ciem­no­włosy detek­tyw z kil­ku­dnio­wym zaro­stem, przy­po­mi­na­jący Sony’ego Croc­ketta, powie­dział coś do swego kom­pana i prze­szedł na drugą stronę ulicy.

– Panie Hale?

– Tak, detek­ty­wie Umbe­rio.

– Aresz­to­wa­li­śmy Pasto­rel­lego pod zarzu­tem pod­pa­le­nia. Zabie­ramy go do aresztu i zabez­pie­czamy pewne dowody.

– Przy­znał się do winy?

Umbe­rio się uśmiech­nął.

– Jesz­cze nie, ale to tylko kwe­stia czasu. Mamy nie­zbite dowody. Zawia­do­mimy pana. – Popa­trzył za sie­bie, w stronę, gdzie w progu domu sie­działa pani Pasto­relli i zawo­dziła w żółtą ścierkę. – Ma sińce pod oczami, a jesz­cze za nim ryczy. Ludzie bywają dziwni.

Zasa­lu­to­wał dwoma pal­cami do czoła i wró­cił przez jezd­nię do samo­chodu. Gdy odjeż­dżali od kra­węż­nika, z domu wybiegł Joey.

Ubrany był jak jego ojciec w dżinsy i koszulkę – rów­nie spraną i posza­rzałą. Bie­gnąc za odjeż­dża­ją­cym samo­cho­dem, wykrzy­ki­wał obrzy­dliwe słowa. Z lekko ści­śnię­tym ser­cem Reena dostrze­gła łzy w oczach chło­paka. Biegł za radio­wo­zem, pła­cząc za swoim ojcem i zaci­ska­jąc pię­ści.

– Wra­cajmy, dzie­cinko – mruk­nął Gib.

Reena szła do domu z ojcem za rękę. Wciąż jesz­cze sły­szała roz­pacz­liwe krzyki bie­gną­cego za swoim ojcem Joeya.

Wieść roze­szła się w oka­mgnie­niu. Była rów­nie szybka jak ogień gna­jący na oślep przez roz­grzaną upa­łem dziel­nicę. Głę­bo­kie obu­rze­nie, niczym bomba zapa­la­jąca, roz­no­siło pło­mie­nie po całym sąsiedz­twie. Pło­mień ten wdzie­rał się do miesz­kań, domów, skle­pów, gra­so­wał na uli­cach i w par­kach.

Zasłony w oknach domu Pasto­rel­lich pozo­stały szczel­nie zacią­gnięte, jakby ten cienki mate­riał sta­no­wił tar­czę ochronną.

Reenie wyda­wało się, że drzwi jej domu ani na chwilę się nie zamy­kały. Nad­cią­gały całe pro­ce­sje sąsia­dów z naczy­niami jedze­nia. Przy­cho­dzili z pocie­chą i wspar­ciem oraz z coraz to nowymi plot­kami.

Czy wie­cie, że nie było go stać nawet na kau­cję?

Ona nie cho­dzi na nie­dzielne msze.

Ben­zynę sprze­dał mu Mike ze sta­cji Sunoco!

Mój kuzyn, praw­nik, twier­dzi, że mogą mu posta­wić zarzut usi­ło­wa­nia mor­der­stwa.

Wszyst­kim tym plot­kom i spe­ku­la­cjom naj­czę­ściej towa­rzy­szyły słowa: Wie­dzia­łem, wie­dzia­łam, że to nie­bez­pieczny czło­wiek.

Wró­cili Poppi i Nuni. Przy­je­chali swym win­ne­bago aż z Bar Har­bor w sta­nie Maine. Zatrzy­mali się na pod­jeź­dzie u wuja Sala w Bel Air, gdyż był on naj­star­szy i miał naj­więk­szy dom.

Wujo­wie, kilku kuzy­nów i ciotki gro­mad­nie udali się do Sirico’s. Wyglą­dało to jak parada, tylko że bez kostiu­mów i muzyki. Wyszło rów­nież kilku sąsia­dów, ale ci przez sza­cu­nek trzy­mali się w spo­rej odle­gło­ści.

Poppi był stary, ale zdrowy i krzepki; tak wła­śnie okre­ślała go więk­szość ludzi. Miał gęstą, siwą czu­prynę, takie same wąsy, wydatny brzuch i masywne sze­ro­kie ramiona. Nosił koszulki gol­fowe z wize­run­kiem ali­ga­tora na kie­szon­kach. Tego dnia wło­żył czer­woną.

Sto­jąca obok niego Nuni wyglą­dała na bar­dzo drobną. Oczy skry­wała za sło­necz­nymi oku­la­rami.

Dużo roz­ma­wiano – po wło­sku i po angiel­sku. W tym pierw­szym języku naj­wię­cej roz­pra­wiał wuj Sal. Mama twier­dziła, że sam uważa się bar­dziej za Wło­cha niż mani­cotti.

Reena dostrze­gła wuja Larry’ego – kto chciał się z nim podraż­nić, nazy­wał go Lorenzo – gdy pod­szedł do mamy i poło­żył jej rękę na ramie­niu, a ona nakryła jego dłoń swoją. Wuj Larry był naj­spo­koj­niej­szym, a jed­no­cze­śnie naj­młod­szym z rodzeń­stwa.

Wuj Gio wciąż patrzył w stronę zasło­nię­tych kota­rami okien domu Pasto­rel­lich. Był on w gorą­cej wodzie kąpany. Reena sły­szała, jak mru­czy po wło­sku coś, co brzmiało jak prze­kleń­stwa. A może groźby? Ale wuj Paul – Paolo – krę­cił tylko głową. On z kolei był zawsze bar­dzo poważny.

Poppi bar­dzo długo się nie odzy­wał i Reena zasta­na­wiała się, o czym myślał. Czy wspo­mi­nał czasy, kiedy jego wło­sów nie pokryła jesz­cze biel, a brzuch nie był taki pokaźny, i gdy razem z Nuni robili pizzę, a pierw­szego, samo­dziel­nie zaro­bio­nego dolara opra­wili w ramki?

A może roz­pa­mię­ty­wał chwile, kiedy jesz­cze przed naro­dze­niem Bianki miesz­kali na pię­terku nad piz­ze­rią, albo jak pew­nego razu do ich lokalu przy­szedł posi­lić się sam bur­mistrz Bal­ti­more. Albo jak wuj Larry zbił szklankę i roz­ciął sobie dłoń, a dok­tor Tri­vani prze­rwał jedze­nie bakła­żana z par­me­za­nem, żeby zabrać go do swo­jego gabi­netu na końcu ulicy, gdzie zało­żył mu szwy.

Poppi i Nuni czę­sto wspo­mi­nali dawne czasy. Reena uwiel­biała słu­chać tych opo­wie­ści, choć wiele z nich znała już pra­wie na pamięć. Więc pew­nie i teraz roz­pa­mię­ty­wał spę­dzone tu szczę­śliwe chwile.

Prze­śli­znęła się przez tłum kuzy­nów i cio­tek, pode­szła do Pop­piego i wsu­nęła rękę w jego dłoń.

– Tak mi przy­kro, dzia­dziu – szep­nęła.

Lekko ści­snął pal­cami jej drobne paluszki i ku zdu­mie­niu dziew­czynki ener­gicz­nie odsu­nął jedną z meta­lo­wych zapór. Serce biło Reenie jak mło­tem, gdy popro­wa­dził ją po schod­kach. Sto­jąc przed taśmą, dostrze­gła zwę­glone, czarne drewno, a na pod­ło­dze kałuże brud­nej wody. Sie­dze­nie jed­nego z wyso­kich krze­seł sto­piło się w dzi­waczny kształt. Wszę­dzie widziała ślady wypa­leń, a pod­łoga, tam gdzie cał­kiem nie spło­nęła, pełna była wybrzu­szeń.

Ze zdu­mie­niem zauwa­żyła wbitą w ścianę, niczym wystrze­loną z armaty, puszkę po aero­zolu. Ani śladu po ślicz­nych kolo­rach, żad­nych bute­lek ze świe­cami i spły­wa­ją­cym po ich ścian­kach woskiem, żad­nych obra­zów nary­so­wa­nych ręką matki.

– Cata­rino, widzę tu duchy prze­szło­ści. Dobre duchy. Ogień nie prze­raża duchów. Gib­son? – Odwró­cił się i ujrzał ojca Reeny wcho­dzą­cego przez lukę w zapo­rze. – Jesteś ubez­pie­czony?

– Tak. Już tu byli i oglą­dali. Nie będzie z tym żad­nego pro­blemu.

– Czy prze­zna­czysz pie­nią­dze z odszko­do­wa­nia na odbu­dowę?

– Oczy­wi­ście. Może już jutro będziemy mogli wejść do środka.

– Od czego chcesz zacząć?

Wuj Sal otwo­rzył usta, żeby coś powie­dzieć. On zawsze miał na wszystko dobrą radę. Ale Poppi uniósł palec. Zda­niem matki Reeny tylko on był w sta­nie zamknąć usta bratu.

– Sirico’s należy do Gib­sona i Bianki. To oni zade­cy­dują, co należy zro­bić i jak. W czym może wam pomóc rodzina?

– Bianca i ja jeste­śmy wła­ści­cie­lami Sirico’s, ale cie­bie uwa­żamy za korzeń, z któ­rego ona wyro­sła. Potrze­buję two­jej rady.

Reena widziała, jak uśmiech roz­ja­śnia twarz dziadka, unosi jego gęste, siwe wąsy, odpę­dza z oczu wyraz smutku.

– Jesteś moim ulu­bio­nym zię­ciem – stwier­dził.

Powie­dziaw­szy ów tra­dy­cyjny, rodzinny żart, zszedł ze schod­ków z powro­tem na chod­nik.

– Wra­cajmy do domu. Tam poroz­ma­wiamy – zwró­cił się do wszyst­kich.

Gdy wra­cali znów całą gro­madą do domu, Reena zauwa­żyła, że zasłony w oknach domu Pasto­rel­lich się poru­szyły.

„Roz­mowa” to bar­dzo deli­katne słowo na okre­śle­nie spo­tka­nia całej rodziny w jed­nym miej­scu. Nale­żało przy­go­to­wać ogromne ilo­ści jedze­nia i wyzna­czyć star­sze dzieci do opieki nad młod­szymi. Dopro­wa­dziło to do sprze­czek i jaw­nych wojen. W zależ­no­ści od nastroju stro­fo­wano naj­młod­szych człon­ków rodziny lub obra­cano wszystko w żart.

Dom prze­peł­niał zapach czosnku i bazy­lii świeżo nacię­tej przez Biancę w przy­ku­chen­nym ogródku. Pano­wał gwar.

Kiedy Poppi oświad­czył Reenie, że ma się udać razem z doro­słymi na rodzinną naradę do jadalni, poczuła w brzu­chu łasko­ta­nie.

Do stołu dosu­nięto wszyst­kie dodat­kowe blaty, ale wciąż jesz­cze był za mały dla wszyst­kich. Więk­szość dzieci ulo­ko­wano pod gołym nie­bem, roz­sta­wia­jąc dla nich skła­dane sto­liki i roz­ście­la­jąc na tra­wie koce. Kobiety dyżu­ro­wały przy tej trzódce. Ale Reena została w jadalni razem z męż­czy­znami, matką i ciotką Meg, która była bar­dzo zdolną praw­niczką.

Poppi oso­bi­ście się­gnął do wiel­kiej misy i nało­żył na talerz Reeny por­cję maka­ronu.

– A więc ten chło­piec, ten Joey Pasto­relli, ude­rzył cię.

– Wal­nął mnie w brzuch, prze­wró­cił na zie­mię i znów ude­rzył.

Poppi zaczął groź­nie sapać – a nos miał tak wielki, że dźwięk ten przy­po­mi­nał wyda­wany przez noz­drza byka przed ata­kiem.