Błękitne koperty - Marta Jednachowska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Błękitne koperty ebook i audiobook

Marta Jednachowska

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Komu ufasz bardziej: własnemu umysłowi czy swoim bliskim?

 

Co roku, w dniu swoich urodzin, Łucja otrzymuje tajemnicze listy. Zawsze wyglądają podobnie – mają błękitną kopertę, złote zdobienia i tego samego nadawcę. Anonimową przyjaciółkę, która zdaje się wiedzieć o życiu kobiety więcej, niż ona sama, a do tego opisuje rzeczy, które jeszcze się nie wydarzyły.

Przez lata Łucja trzyma tę korespondencję w sekrecie, ale w końcu dzieli się tajemnicą ze swoim narzeczonym, Przemkiem. Właśnie wtedy wszystko zaczyna się psuć.

Pudło z kopertami nieoczekiwanie znika, a ukochany informuje ją, że… nigdy tak naprawdę nie istniało. Łucję nękają niepokojące halucynacje, przez co zaczyna wątpić, czy to, czego przez lata doświadczała, wydarzyło się naprawdę. Tylko terapia może pomóc jej znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania.

Czy błękitne koperty były jedynie wytworem jej wyobraźni?

A może… komuś bardzo zależy, by uwierzyła, że traci rozum?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 285

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 37 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Monika ChrzanowskaChrzanowska Monika

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla tych, któ­rzy na­uczy­li się ufać so­bie.

10 MARCA 2025

– Co pa­nią do mnie spro­wa­dza?

Nie od­po­wie­dzia­łam od razu. Ro­zej­rza­łam się po po­miesz­cze­niu. Dwa fo­te­le, sto­lik na kawę i pu­deł­ko chu­s­te­czek, biur­ko z kom­pu­te­rem sta­cjo­nar­nym, tur­ku­so­we ścia­ny i duża dra­ce­na w ką­cie. Pod ścia­ną sta­ro­świec­ki gra­mo­fon przy­kry­ty de­li­kat­ną war­stwą ku­rzu. Duże okno, przez któ­re po­kój wy­da­wał się więk­szy i po­god­niej­szy. Nic nad­zwy­czaj­ne­go. Ga­bi­net psy­cho­te­ra­peu­tycz­ny, któ­ry ma stwa­rzać miłą at­mos­fe­rę, a w rze­czy­wi­sto­ści jest taki, jak każ­dy inny. Prze­sad­nie przy­tul­ny, da­ją­cy złud­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Po­kój dla świ­rów, jak by to po­wie­dział mój oj­ciec, ale ja daw­no prze­sta­łam in­te­re­so­wać się jego zda­niem.

Psy­cho­te­ra­peut­ka Mag­da­le­na Sar­niak usia­dła na fo­te­lu na­prze­ciw­ko mnie. Uśmie­cha­ła się do mnie de­li­kat­nie. Była w śred­nim wie­ku i mia­ła ła­god­ną twarz. Gdy­bym spo­tka­ła ją w in­nych oko­licz­no­ściach, po­my­śla­ła­bym, że robi miłe wra­że­nie. Te­raz wy­da­wa­ła mi się obca i nie­przy­stęp­na, a uśmiech tyl­ko do­kła­dał jej sztucz­no­ści. Taki za­wo­do­wy, wy­stu­dio­wa­ny uśmiech.

– To skom­pli­ko­wa­ne… – za­wie­si­łam głos.

Za­brzmia­ło głu­pio i in­fan­tyl­nie. Pew­nie więk­szość jej klien­tów tak wła­śnie za­czy­na­ła mó­wić o swo­im pro­ble­mie. Wszy­scy lu­dzie za­kła­da­ją, że są uni­ka­to­wi, je­dy­ni w swo­im ro­dza­ju, wy­jąt­ko­wi, a ich trud­no­ści nie­po­wta­rzal­ne. Tak na­praw­dę wszy­scy wal­czą z po­dob­ny­mi pro­ble­ma­mi, z któ­ry­mi nie po­tra­fi­my so­bie po­ra­dzić. Je­ste­śmy nud­ni i tak samo za­gu­bie­ni. Może nie ra­dzi­my so­bie z na­szą zwy­czaj­no­ścią i to jest nasz głów­ny pro­blem?

Ko­bie­ta nie po­spie­sza­ła mnie. Mia­ła na ko­la­nach lap­to­pa, na któ­rym za­pi­sa­ła moje dane i pew­nie chcia­ła ro­bić no­tat­ki. Nowy Mac­Bo­ok w ja­sno­tur­ku­so­wym ko­lo­rze. Na­wet jej sprzęt wy­da­wał się pa­so­wać do tego wy­re­ży­se­ro­wa­ne­go wnę­trza. Za­wie­si­łam wzrok na sto­li­ku, któ­ry nas od­dzie­lał. Le­ża­ło na nim pu­deł­ko chu­s­te­czek i sta­ła do­nicz­ka z su­ku­len­tem. Gru­bo­szo­wa­ty był lek­ko przy­wię­dły, a to ro­śli­na, któ­rą trud­no usu­szyć. Z tru­dem po­wstrzy­ma­łam się przed się­gnię­ciem do to­reb­ki i wy­cią­gnię­ciem z niej bu­tel­ki z wodą, żeby pod­lać umie­ra­ją­cą ro­śli­nę. Opa­ko­wa­nie chu­s­te­czek było dość jed­no­znacz­ne. Ja nie czu­łam się bez­sil­nym płacz­kiem i nie chcia­łam być tak trak­to­wa­na.

– Moje pro­ble­my ja­kiś czas temu za­czę­ły mnie przy­tła­czać – spró­bo­wa­łam mó­wić da­lej.

Od­wró­ci­łam wzrok od pu­deł­ka z chu­s­tecz­ka­mi i prze­nio­słam go na ko­bie­tę. Je­śli chcia­łam otrzy­mać po­moc, to mu­sia­łam się zmu­sić do dal­sze­go mó­wie­nia.

– Po­zor­nie wszyst­ko w moim ży­ciu jest do­brze. Je­stem zdro­wą, mło­dą oso­bą. Z za­wo­du je­stem gra­fi­kiem. Pra­cu­ję w do­brym wy­daw­nic­twie. Zaj­mu­ję się ilu­stro­wa­niem ksią­żek dzie­cię­cych i lu­bię to, co ro­bię. Mam ko­cha­ją­ce­go na­rze­czo­ne­go, z któ­rym miesz­kam – wy­li­cza­łam. – Nie mamy pro­ble­mów fi­nan­so­wych. Po­win­nam być za­do­wo­lo­na z ży­cia. Po­mi­mo to wszyst­ko za­czę­ło się wa­lić.

Zro­bi­łam ko­lej­ną prze­rwę, ale psy­cho­te­ra­peut­ka na­dal się nie od­zy­wa­ła. Za­no­to­wa­ła coś w kom­pu­te­rze i po­now­nie utkwi­ła we mnie wzrok. Uśmie­cha­ła się lek­ko. Mia­ła mło­dą twarz. Sta­now­czo za mło­dą jak na swój wiek. Zmarszcz­ki na szyi zdra­dza­ły, że mia­ła oko­ło czter­dzie­stu, może pięć­dzie­się­ciu lat. Na­gle przy­szło mi na myśl, że pew­nie nie ta­kich świ­rów jak ja go­ścił ten po­kry­ty żół­tym ko­cem fo­tel, na któ­rym sie­dzia­łam. Pew­nie na nich wszyst­kich pa­trzy­ła tak samo. Z lek­kim uśmie­chem, po­zor­nie życz­li­wie, ale jed­nak oce­nia­ją­co.

– Mój psy­chia­tra stwier­dził u mnie za­bu­rze­nia lę­ko­we z na­pa­da­mi pa­ni­ki i ha­lu­cy­na­cja­mi. Od roku je­stem na le­kach prze­ciw­de­pre­syj­nych. Bio­rę ser­tra­li­nę, w daw­ce pięć­dzie­się­ciu mi­li­gra­mów na dobę. Do­dat­ko­wo od pew­ne­go cza­su uczęsz­czam na psy­cho­te­ra­pię. Jest pani moją dru­gą te­ra­peut­ką. Z po­przed­nią spo­ty­ka­łam się przez kil­ka ty­go­dni. Nie­ste­ty, na ra­zie nie wi­dzę żad­nych efek­tów le­cze­nia far­ma­ko­lo­gicz­ne­go i psy­cho­te­ra­peu­tycz­ne­go – wy­du­si­łam z sie­bie na jed­nym od­de­chu. Mó­wie­nie su­chych fak­tów przy­szło mi ła­twiej. Były rze­czo­we i po­zba­wio­ne emo­cji. Mo­głam je wy­re­cy­to­wać bez an­ga­żo­wa­nia się.

– Zwol­nij­my i za­cznij­my od po­cząt­ku… – prze­rwa­ła mi psy­cho­te­ra­peut­ka. Głos Mag­da­le­ny Sar­niak brzmiał cie­pło. Po­my­śla­łam, że ide­al­nie pa­su­je do wy­stro­ju ga­bi­ne­tu. – Chcę pa­nią do­brze zro­zu­mieć. Mó­wi­ła pani o za­bu­rze­niach lę­ko­wych. Ja­kie ma pani ob­ja­wy? Co do­kład­nie pani przez to ro­zu­mie?

– Cza­sa­mi czu­ję się, jak­bym mia­ła umrzeć. Moje ser­ce ko­ła­cze, jest mi go­rą­co, nie mogę zła­pać głę­bo­kie­go od­de­chu, pocą mi się dło­nie. Od­dy­cham płyt­ko i szyb­ko. Rzad­ko uda­je mi się wziąć więk­szy haust po­wie­trza, tak jak­bym była pod wodą i tyl­ko na chwi­lę wy­nu­rza­ła się na po­wierzch­nię. Cza­sa­mi chce mi się wy­mio­to­wać albo mu­szę szyb­ko po­biec do to­a­le­ty.

– W ja­kich sy­tu­acjach tak się dzie­je?

– Trud­no mi do­kład­nie po­wie­dzieć. To są bar­dzo róż­ne sy­tu­acje. Bywa, że są to stre­su­ją­ce wy­da­rze­nia w pra­cy. Cza­sa­mi w cza­sie co­dzien­nych obo­wiąz­ków. Zda­rza się, że w środ­ku nocy wy­ry­wam się ze snu z ta­ki­mi ob­ja­wa­mi. Bu­dzę się zla­na po­tem, z szyb­kim bi­ciem ser­ca, jak­bym prze­bie­gła ma­ra­ton albo wy­śni­ła naj­strasz­niej­szy kosz­mar, ale go nie pa­mię­tam. Czu­ję lęk, kie­dy za dłu­go je­stem sama w domu albo wręcz prze­ciw­nie, kie­dy je­stem oto­czo­na przez ob­cych lu­dzi. W tłu­mie na­ra­sta we mnie nie­po­kój, dla­te­go za­czę­łam omi­jać za­tło­czo­ne miej­sca. Nie chcę się ośmie­szyć, je­śli na­gle nie będę mo­gła zła­pać tchu. Kie­dy ota­cza mnie tłum ob­cych, to czu­ję, jak­by każ­da oso­ba chcia­ła się na mnie rzu­cić, za­ata­ko­wać mnie i zro­bić mi krzyw­dę – mó­wi­łam po­wo­li i wy­raź­nie. Chcia­łam, żeby tam­ta mo­gła mnie zro­zu­mieć. – Od­czu­wam też lęk zwią­za­ny z mo­imi oma­ma­mi… – za­wie­si­łam na chwi­lę głos.

Ko­bie­ta mil­cza­ła. Po­my­śla­łam, że nie usły­sza­ła tego, co po­wie­dzia­łam.

– Dużo jest trud­nych sy­tu­acji, w któ­rych boję się, że stra­cę nad sobą kon­tro­lę. Pró­bu­ję uni­kać rze­czy, któ­re mogą mnie prze­ro­snąć. To robi się trud­ne. Nie moż­na omi­jać więk­szo­ści co­dzien­nych sy­tu­acji. Przez to czu­ję się co­raz bar­dziej przy­tło­czo­na – do­koń­czy­łam ci­szej.

– Co to są za ha­lu­cy­na­cje?

Jed­nak usły­sza­ła.

– Cza­sa­mi wy­da­je mi się, że dzie­ją się rze­czy, któ­re nie mają miej­sca – po­wie­dzia­łam oględ­nie.

– Ja­kie? – do­py­ty­wa­ła.

– Róż­ne – od­po­wie­dzia­łam po­spiesz­nie.

Nie chcia­łam, żeby na pierw­szym spo­tka­niu wzię­ła mnie za kom­plet­ną wa­riat­kę. Wo­la­łam roz­ma­wiać tu­taj, w tym uda­ją­cym przy­tul­ność po­ko­ju, niż w po­miesz­cze­niu bez kla­mek na za­mknię­tym od­dzia­le psy­chia­trycz­nym.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na mnie prze­cią­gle. Za­no­to­wa­ła coś w swo­im kom­pu­te­rze. Szy­ko­wa­łam się na ko­lej­ne py­ta­nia o moje oma­my. Po­czu­łam, jak spi­na­ją mi się mię­śnie i przy­śpie­sza ser­ce. Za­czę­łam szyb­ciej od­dy­chać. No pięk­nie, je­śli do­sta­nę ata­ku pa­ni­ki na pierw­szym spo­tka­niu, to na pew­no psy­cho­te­ra­peut­ka nie po­dej­mie się mo­jej te­ra­pii, a ja wcze­śniej czy póź­niej wy­lą­du­ję w psy­chia­try­ku.

– Niech pani od­dy­cha, nic się nie dzie­je. – Głos ko­bie­ty przedarł się przez moje my­śli. – Sły­szę pa­nią tyl­ko ja, a je­stem tu, aby pani po­móc. Je­śli nie chce pani o tym mó­wić, to nie ma żad­ne­go pro­ble­mu. Nie mu­si­my o tym dzi­siaj roz­ma­wiać – po­wie­dzia­ła uspo­ka­ja­ją­co. – Od jak daw­na to wszyst­ko trwa? Kie­dy za­czę­ła się pani zma­gać z lę­kiem?

Za­sko­czy­ła mnie tą zmia­ną te­ma­tu. Te­ra­peut­ka nie wy­wie­ra­ła na­ci­sku ani nie spra­wia­ła, że czu­łam się przy­tło­czo­na. Może spo­tka­my się po raz ko­lej­ny? Za­mknę­łam na chwi­lę oczy, wzię­łam pięć głę­bo­kich od­de­chów. Wdech, wy­dech, wdech, wy­dech… To była chy­ba je­dy­na po­zy­tyw­na rzecz, któ­rą wy­nio­słam z po­przed­niej te­ra­pii. Przy­po­mnia­ły mi się sło­wa psy­cho­te­ra­peut­ki: „Kie­dy czu­jesz, że zbli­ża się strach, po­sta­raj się zdać so­bie spra­wę z tego, że nie umrzesz. Strach nie spo­wo­du­je śmier­ci. Kie­dy przej­dzie, bę­dzie moż­na zno­wu zła­pać od­dech, nor­mal­nie za­czerp­nąć po­wie­trza. Trze­ba to so­bie je­dy­nie uświa­do­mić i prze­cze­kać naj­gor­sze chwi­le. Po­wol­ne wy­peł­nie­nie płuc od­de­chem w tym po­ma­ga. To tro­chę jak oszu­ki­wa­nie wła­sne­go or­ga­ni­zmu, że wszyst­ko jest do­brze”. Cza­sa­mi ta me­to­da dzia­ła­ła, ale u mnie rzad­ko. Zwy­kle, kie­dy przy­po­mi­na­łam so­bie o tym spo­so­bie, było już za póź­no i spi­ra­la stra­chu trzy­ma­ła mnie moc­no w swo­jej pu­łap­ce. Tym ra­zem jed­nak po­skut­ko­wa­ło. Z każ­dym od­de­chem na­pię­cie od­pusz­cza­ło.

Kie­dy po­now­nie otwo­rzy­łam oczy, psy­cho­te­ra­peut­ka nie pa­trzy­ła na mnie, pi­sa­ła coś na kom­pu­te­rze. By­łam jej za to wdzięcz­na. Ba­łam się, że na­po­tkam jej oce­nia­ją­cy wzrok i lęk po­wró­ci ze zdwo­jo­ną siłą. Ucisk w klat­ce pier­sio­wej po­wo­li ze­lżał. Od­dech sta­wał się głęb­szy, spo­koj­niej­szy. Naj­gor­sze mi­nę­ło.

– Na­pa­dy pa­ni­ki mam od oko­ło roku – po­wie­dzia­łam, kie­dy znów by­łam w sta­nie wy­du­sić z sie­bie sło­wa. – Dużo wska­zu­je na to, że wcze­śniej też mia­łam oma­my, ale wte­dy mnie one nie prze­ra­ża­ły. Były czę­ścią mo­je­go ży­cia i uzna­wa­łam je w pew­nym sen­sie za nor­mal­ne. Nie zda­wa­łam so­bie spra­wy, że coś jest nie tak. Od roku strach utrud­nia mi nor­mal­ne funk­cjo­no­wa­nie.

– Czy wte­dy, rok temu, wy­da­rzy­ło się coś prze­ło­mo­we­go?

– Nie wy­da­je mi się – za­sta­na­wia­łam się na głos. – Nic po­waż­ne­go się nie wy­da­rzy­ło. Nie zmie­ni­łam pra­cy, nikt w bli­skiej ro­dzi­nie nie za­cho­ro­wał, nie mia­łam wy­pad­ku sa­mo­cho­do­we­go, nie do­zna­łam żad­nej psy­chicz­nej trau­my – wy­li­cza­łam. – Dzia­ły się same do­bre rze­czy. Mój chło­pak, Prze­mek, zmie­nił się w mo­je­go na­rze­czo­ne­go, w pra­cy za­czę­łam od­no­sić suk­ce­sy i do­sta­wa­łam co­raz więk­sze pro­jek­ty. Nie dzia­ło się nic złe­go, wręcz prze­ciw­nie. Same do­bre wy­da­rze­nia.

– Jak wy­glą­dał wte­dy ten na­pad lęku?

– To był zwy­kły dzień. Po­sprze­cza­li­śmy się z moim chło­pa­kiem i chcia­łam mu po­ka­zać szka­tuł­kę z li­sta­mi z mo­je­go dzie­ciń­stwa, ale ona znik­nę­ła. Nie mo­głam jej ni­g­dzie zna­leźć. Mamy wspól­ne miesz­ka­nie, ale od­dziel­ne po­ko­je. Uzna­li­śmy, że tak bę­dzie le­piej. Każ­de z nas ma wła­sną prze­strzeń do pra­cy i dla sa­me­go sie­bie. Prze­szu­ka­łam cały mój po­kój, na­wet po­wy­rzu­ca­łam ubra­nia z sza­fy, a szka­tuł­ki ni­g­dzie nie było.

Opo­wia­da­łam tę hi­sto­rię już pa­ro­krot­nie, dzie­siąt­ki razy ana­li­zo­wa­łam ją w gło­wie, ale na­dal bu­dzi­ła mój nie­po­kój. Wspo­mnie­nie pierw­sze­go na­pa­du pa­ni­ki na­dal wy­wo­ły­wa­ło we mnie lęk.

– Wte­dy pierw­szy raz za­czę­łam pa­ni­ko­wać – kon­ty­nu­owa­łam. Sta­ra­łam się mó­wić szyb­ko, ale drże­nie w moim gło­sie i tak było do­brze wy­czu­wal­ne. – Za­czę­ło mi bra­ko­wać tchu, na czo­le po­ja­wi­ły się kro­ple potu, ręce drża­ły do tego stop­nia, że nie mo­głam tego ukryć. Nie pa­mię­tam do­kład­nie tego, co się wte­dy ze mną dzia­ło. My­ślę, że gdy­by Prze­mek mnie nie wy­cią­gnął na spa­cer, to stra­ci­ła­bym przy­tom­ność. To był je­den z naj­gor­szych mo­men­tów w moim ży­ciu. Od tej chwi­li zmie­ni­ło się wszyst­ko. Póź­niej, jak już pani mó­wi­łam, na­pa­dy wy­stę­po­wa­ły w róż­nych sy­tu­acjach, ale ni­g­dy tak in­ten­syw­nie, jak w tam­tym mo­men­cie. Cza­sa­mi po­ja­wia­ły się bez po­wo­du. Po pro­stu czu­łam, że tra­cę kon­tro­lę nad sobą. Kie­dy zda­wa­łam so­bie z tego spra­wę, było naj­czę­ściej za póź­no, żeby to za­trzy­mać.

– Ro­zu­miem. – Te­ra­peut­ka szyb­ko za­no­to­wa­ła coś na kom­pu­te­rze. – Żeby pani po­móc, mu­szę pa­nią tro­chę le­piej po­znać. Na­sze pro­ble­my ni­g­dy nie są wy­od­ręb­nio­ne, za­wsze są czę­ścią nas sa­mych. One nie po­ja­wia­ją się zni­kąd, z cze­goś wy­ni­ka­ją. Mu­si­my le­piej po­znać sie­bie, żeby mieć szan­sę w wal­ce z na­szy­mi lę­ka­mi. Za­cznie­my od po­cząt­ku i po­wo­li, krok po kro­ku, od­naj­dzie­my źró­dło pani pro­ble­mu.

Psy­cho­te­ra­peut­ka mó­wi­ła rze­czy pro­ste i lo­gicz­ne, ale ja nie czu­łam się, jak­by trak­to­wa­ła mnie jak dziec­ko. Ona otwie­ra­ła mi oczy. Ro­zu­mia­łam, co chce mi po­wie­dzieć, i się z nią zga­dza­łam.

– Mó­wi­ła pani, że ma pani na­rze­czo­ne­go – kon­ty­nu­owa­ła. – Prze­my­sła­wa, tak? Niech pani po­wie o nim coś wię­cej.

– O Prze­mku? Ale on nie jest pro­ble­mem. Nie ro­zu­miem, cze­mu mamy o nim roz­ma­wiać.

– Jako pani na­rze­czo­ny po­wi­nien być pani naj­bliż­szą oso­bą i znać pa­nią naj­le­piej. Z tego po­wo­du wła­śnie tę re­la­cję chcia­ła­bym na po­czą­tek le­piej po­znać.

– Je­śli tak, to mogę coś opo­wie­dzieć – rzu­ci­łam bez prze­ko­na­nia.

Po­przed­nia te­ra­peut­ka nie py­ta­ła mnie o Prze­mka. Zna­ła go bar­dzo do­brze, była w koń­cu jego ku­zyn­ką. Te­raz sy­tu­acja była inna.

– On na­praw­dę nie jest źró­dłem mo­ich pro­ble­mów – pod­kre­śli­łam. – My­ślę, że je­ste­śmy ty­po­wym, zgod­nym związ­kiem. Ta­kim, w któ­rym się wszyst­ko do­brze ukła­da. Je­ste­śmy ra­zem od czte­rech lat. Na­le­że­li­śmy na stu­diach do jed­nej gru­py zna­jo­mych, któ­ra cho­dzi­ła ra­zem na im­pre­zy, tak się po­zna­li­śmy. Nie stu­dio­wa­li­śmy ra­zem. Prze­mek jest dwa lata ode mnie star­szy i zaj­mu­je się pro­jek­to­wa­niem wnętrz. Nie wie­rzę w mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia, ale u nas tak było. Może się pani śmiać – do­da­łam, wi­dząc lek­ki uśmiech błą­ka­ją­cy się po jej twa­rzy. – Na po­cząt­ku się ze sobą prze­ko­ma­rza­li­śmy. Ja chcia­łam mu udo­wod­nić, że musi tro­chę o mnie po­wal­czyć, ale praw­da jest taka, że już na pierw­szym spo­tka­niu wpa­dli­śmy so­bie w oko. Jest dla mnie ogrom­nym wspar­ciem. To on był pierw­szą oso­bą, któ­ra mnie uświa­do­mi­ła, że je­stem cho­ra. Dzię­ki nie­mu po­sta­no­wi­łam, że dam so­bie po­móc. Spę­dza­my też dużo cza­su z jego ro­dzi­ną. Dużo wię­cej niż z moją. Na moją ro­dzi­nę nie mogę już za bar­dzo li­czyć… – zmie­ni­łam te­mat. Nie chcia­łam mó­wić wię­cej o moim na­rze­czo­nym.

– Dla­cze­go pani tak my­śli? Nie czu­je pani wspar­cia swo­jej ro­dzi­ny?

– Kie­dyś by­li­śmy bar­dzo zży­ci, ale ostat­nio nie utrzy­mu­je­my zbyt­nio kon­tak­tów. Wi­du­je­my się tyl­ko przy wy­jąt­ko­wych oka­zjach. Zwy­kle są to świę­ta i czy­jeś uro­dzi­ny. Wte­dy uda­je­my, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, ale czuć, że od­da­li­li­śmy się od sie­bie. Z tatą kłó­ci­łam się już jako na­sto­lat­ka. On ma ra­dy­kal­ne po­glą­dy na wie­le spraw i nie jest w sta­nie za­ak­cep­to­wać, że ktoś może mieć inne zda­nie. Z bie­giem cza­su bar­dzo za­czę­ło mi to prze­szka­dzać. Z mamą re­la­cje mia­łam lep­sze, ale w cią­gu ostat­nie­go roku parę razy po­sprze­cza­ły­śmy się i uzna­łam, że nie chcę jej mie­szać w moje pro­ble­my. Ona sama ma dużo spraw na gło­wie, nie mu­szę jej obar­czać mo­imi. Wszy­scy je­ste­śmy do­ro­śli i każ­dy po­wi­nien od­po­wia­dać za sie­bie. A do­ro­słość ozna­cza od­po­wie­dzial­ność. Każ­dy ma pro­ble­my i po­wi­nien umieć so­bie z nimi sam po­ra­dzić.

– Nie do koń­ca mogę się z pa­nią zgo­dzić. Mimo wszyst­ko w nie­któ­rych sy­tu­acjach wspar­cie bli­skich osób jest nam bar­dzo po­trzeb­ne.

– Tak, od tego mam Prze­mka.

– A jak wy­glą­dał pani kon­takt z mat­ką, za­nim wy­stą­pi­ły te pro­ble­my? W ży­ciu do­ro­słym i w dzie­ciń­stwie. Ma pani ro­dzeń­stwo?

– Z mamą mia­łam do­bry kon­takt. Po­cho­dzę z ro­dzi­ny, któ­ra była ze sobą bli­sko. Nie dzie­li­ły nas zbyt­nio róż­ni­ce po­glą­dów ani nie nę­ka­ły na­ło­gi i cho­ro­by. My­ślę, że mia­łam szczę­śli­we dzie­ciń­stwo. Nikt ni­g­dy mnie nie ude­rzył. Jak coś prze­skro­ba­łam, to oj­ciec po­tra­fił na mnie na­krzy­czeć, ale nie mam z tego po­wo­du żad­nej trau­my. Mama nie pod­no­si­ła gło­su. Mam jesz­cze star­szą sio­strę Mo­ni­kę, któ­ra wy­pro­wa­dzi­ła się z domu za­raz po osią­gnię­ciu peł­no­let­no­ści. Mia­łam wte­dy pięt­na­ście lat. Ja zo­sta­łam w domu ro­dzin­nym znacz­nie dłu­żej. Wy­pro­wa­dzi­łam się do­pie­ro w wie­ku dwu­dzie­stu pię­ciu lat, kie­dy skoń­czy­łam stu­dia. Wte­dy za­miesz­ka­łam u Prze­mka, bo miesz­kał bli­żej cen­trum mia­sta. Po­cząt­ko­wo by­wa­łam w domu ro­dzin­nym przy­naj­mniej raz w ty­go­dniu.

– Kie­dy to się zmie­ni­ło? Wte­dy, gdy po­ja­wi­ły się u pani ata­ki pa­ni­ki?

– To mniej wię­cej zbie­gło się w cza­sie. Nie je­stem prze­ko­na­na, czy te wy­da­rze­nia są po­wią­za­ne. Wte­dy w moim domu ro­dzin­nym dużo się dzia­ło. Tata zo­stał zwol­nio­ny z pra­cy, w któ­rej pra­co­wał kil­ka­na­ście lat. Dla nie­go rów­na­ło się to z koń­cem świa­ta. Zresz­tą mój oj­ciec jest z tych bar­dziej sta­ro­świec­kich, nie wie­rzy w psy­cho­te­ra­pię ani psy­chia­trów. Uwa­ża, że to wy­my­sły dla świ­rów. – Za­wa­ha­łam się. – Prze­pra­szam, nie chcia­łam pani ura­zić. – Spoj­rza­łam nie­pew­nie w kie­run­ku ko­bie­ty. – Cza­sa­mi mó­wię za dużo – do­da­łam po chwi­li.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, znam ste­reo­ty­py, któ­re krą­żą w spo­łe­czeń­stwie. Świat po­szedł na­przód, a my pod tym wzglę­dem zo­sta­li­śmy z tyłu. Tym bar­dziej cie­szę się, że zde­cy­do­wa­ła się pani na psy­cho­te­ra­pię. Pro­szę mó­wić da­lej.

Po­wo­li, bar­dzo po­wo­li za­czę­łam się otwie­rać przed tą obcą ko­bie­tą. Za­czę­łam czuć do niej odro­bi­nę sym­pa­tii. Opo­wia­da­łam jej o mo­jej ro­dzi­nie, na­rze­czo­nym, przy­ja­cio­łach, z któ­ry­mi w więk­szo­ści nie mia­łam cza­su utrzy­my­wać kon­tak­tu, przez co na­sze wie­lo­let­nie zna­jo­mo­ści po­szły w za­po­mnie­nie. Psy­cho­te­ra­peut­ka sta­wia­ła mnó­stwo py­tań, na któ­re nie za­wsze od­po­wia­da­łam. Nie na­ci­ska­ła mnie. Da­wa­ła mi czas i prze­strzeń. Sta­no­wi­ło to miłą od­mia­nę w po­rów­na­niu z moją po­przed­nią te­ra­pią. Sama nie wiem, kie­dy znik­nę­ło wra­że­nie, że je­stem oce­nia­na. W koń­cu roz­ga­da­łam się tak bar­dzo, że nie za­uwa­ży­łam, kie­dy mi­nę­ło pra­wie całe spo­tka­nie. Za­le­d­wie mu­snę­ły­śmy mój wła­ści­wy pro­blem. Czu­łam, że chcę da­lej roz­ma­wiać z tą ko­bie­tą. Umó­wi­ły­śmy się, że będę przy­cho­dzić w każ­dy po­nie­dzia­łek o sie­dem­na­stej.

By­łam w za­ska­ku­ją­co do­brym hu­mo­rze, kie­dy wy­szłam z ga­bi­ne­tu. Czu­łam się le­piej. Chy­ba po­trze­bo­wa­łam się wy­ga­dać. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że w koń­cu tra­fi­łam do od­po­wied­nie­go miej­sca.

Szyb­ko wy­ję­łam z to­reb­ki te­le­fon. Na czas spo­tka­nia go wy­ci­szy­łam. Z tru­dem po­wstrzy­ma­łam się, żeby nie się­gnąć po ko­mór­kę, gdy w trak­cie te­ra­pii po­czu­łam wi­bra­cje. W cią­gu pięć­dzie­się­ciu mi­nut Prze­mek za­dzwo­nił do mnie trzy razy.

– Cześć, ko­cha­nie – rzu­ci­łam lek­ko.

– Gdzie ty je­steś?

Od­dy­chał gło­śno do te­le­fo­nu. Był zde­ner­wo­wa­ny. By­wał cza­sa­mi na­do­pie­kuń­czy. To było ko­cha­ne, że tak się o mnie trosz­czył, ale cza­sa­mi prze­sa­dzał. Nie by­łam już ma­łym dziec­kiem. To, że przez chwi­lę nie od­bie­ra­łam te­le­fo­nu, nie ozna­cza­ło, że od razu sta­ło się coś złe­go.

– Za­raz wra­cam do domu – za­pew­ni­łam go.

– A cze­mu cię jesz­cze w nim nie ma? Wy­szłaś z pra­cy dwie go­dzi­ny temu. Na­wet w cza­sie go­dzin szczy­tu dro­ga do domu nie zaj­mu­je aż tyle cza­su. Daw­no po­win­naś być na miej­scu.

– Po­szłam jesz­cze na kawę z ko­le­żan­ką z pra­cy – skła­ma­łam. – Mia­ły­śmy dużo do ob­ga­da­nia. Pa­mię­tasz, mó­wi­łam ci, że za­czy­nam te­raz ilu­stro­wać ko­lej­ną książ­kę. Ha­nia ma na to wła­sny po­mysł, chcia­ła mi o nim opo­wie­dzieć. To dość duży pro­jekt, chce to zro­bić jak naj­le­piej…

– Nie uwa­żasz, że po­win­naś mnie o tym po­wia­do­mić? – prze­rwał mi. – Nie po­my­śla­łaś, że w two­im sta­nie mogę się za­nie­po­ko­ić, kie­dy nie po­ja­wiasz się w domu o tej po­rze co zwy­kle i nie od­bie­rasz te­le­fo­nu?

– Prze­cież nie sta­ło się nic złe­go, za chwil­kę będę – uspo­ka­ja­łam go. – Prze­pra­szam, nie po­my­śla­łam, że mo­żesz się o mnie mar­twić.

– Na przy­szłość in­for­muj mnie o ta­kich rze­czach! – po­wie­dział zde­cy­do­wa­nie. – Wy­cho­dzę na si­łow­nię, nie bę­dzie mnie w miesz­ka­niu. Tak bar­dzo zde­ner­wo­wa­łem się, że coś ci się sta­ło, że mu­szę roz­ła­do­wać emo­cje.

– Do­brze, ko­cha­nie, nie ma spra­wy. Kie­dy wró­cisz?

– Kie­dy skoń­czę tre­ning – rzu­cił krót­ko i się roz­łą­czył.

Wzię­łam głę­bo­ki od­dech. Jego nad­mier­na tro­ska by­wa­ła uciąż­li­wa. Prze­cież ja mia­łam tyl­ko na­pa­dy pa­ni­ki. Nie tra­ci­łam przy­tom­no­ści na każ­dym kro­ku. Nie by­łam śmier­tel­nie cho­ra. Gdy­bym nie mo­gła so­bie z czymś po­ra­dzić, był­by pierw­szą oso­bą, do któ­rej bym za­dzwo­ni­ła. Wie­dział o tym.

Pa­trzy­łam na ta­pe­tę w moim te­le­fo­nie – na­sze wspól­ne zdję­cie z ostat­nie­go wy­jaz­du na Ma­zu­ry. Nie chcia­łam go okła­my­wać. Chcia­łam mu po­wie­dzieć o no­wej psy­cho­te­ra­peut­ce, ale jesz­cze nie te­raz.

3 KWIETNIA 2009

Pierw­szy list do­sta­łam, kie­dy skoń­czy­łam dwa­na­ście lat. W dniu uro­dzin obu­dzi­łam się wcze­śnie. Jak dla więk­szo­ści dzie­ci, był to dla mnie naj­waż­niej­szy dzień w roku, któ­ry mógł kon­ku­ro­wać je­dy­nie z Wi­gi­lią Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Mie­li­śmy iść z ro­dzi­ca­mi i moją przy­ja­ciół­ką Ju­lią do zoo. Nie mo­głam się do­cze­kać ży­czeń i pre­zen­tów. Uda­wa­łam, że śpię, kie­dy do mo­je­go po­ko­ju po ci­chu we­szli ro­dzi­ce z moją star­szą sio­strą Mo­ni­ką i za­czę­li śpie­wać Sto lat. Chy­ba nie ma nic tak szcze­re­go, jak dzie­cię­ca ra­dość. Śmia­łam się i czu­łam jak kró­lo­wa świa­ta.

U mnie w domu był zwy­czaj otwie­ra­nia pre­zen­tów uro­dzi­no­wych do­pie­ro pod wie­czór, po ofi­cjal­nym świę­to­wa­niu, tak aby so­le­ni­zant zaj­mo­wał się swo­imi go­ść­mi, a nie no­wy­mi za­baw­ka­mi. Ja jed­nak nie mo­głam się do­cze­kać i za­kra­dłam się do mo­je­go po­ko­ju tuż po po­wro­cie z wy­ciecz­ki. Wy­ko­rzy­sta­łam chwi­lę, kie­dy ro­dzi­na za­ję­ła się przy­go­to­wa­niem uro­dzi­no­wej ko­la­cji, a moja za­wsze po­moc­na przy­ja­ciół­ka Jul­ka na­kry­wa­ła do sto­łu.

Na moim łóż­ku le­żał po­kaź­ny sto­sik pre­zen­tów od ro­dzi­ny i mo­ich przy­ja­ció­łek. Za­nim jed­nak po nie się­gnę­łam, rzu­ci­ła mi się w oczy błę­kit­na ko­per­ta ze zło­tą ob­wód­ką. Skrzy­wi­łam się lek­ko. Nie lu­bi­łam do­sta­wać w pre­zen­cie pie­nię­dzy. Za­wsze uwa­ża­łam, że jest to bez­oso­bo­wy po­da­ru­nek, któ­ry moż­na dać ko­muś nie­zna­jo­me­mu, ale na pew­no nie bli­skiej oso­bie. Czu­łam się, jak­bym była nie­war­ta uwa­gi. Nie na tyle waż­na, żeby wy­my­ślić dla mnie pa­su­ją­cy upo­mi­nek.

Po­mi­mo nie­chę­ci się­gnę­łam po list. Prze­cież to był stos pre­zen­tów od bli­skich mi osób. Kto znał mnie na tyle sła­bo, żeby wpaść na taki głu­pi po­mysł? Na ko­per­cie nie było nic na­pi­sa­ne. Była de­li­kat­nie za­kle­jo­na, więc otwo­rzy­łam ją bez pro­ble­mu. W środ­ku znaj­do­wa­ła się ja­sno­nie­bie­ska kart­ka zgię­ta na pół. Pa­so­wa­ła ko­lo­ry­stycz­nie do ko­per­ty, więc pew­nie były z jed­ne­go ze­sta­wu pa­pe­te­rii. Poza nią w ko­per­cie nie było nic, żad­nych pie­nię­dzy. Roz­chy­li­łam kart­kę ostroż­nie, żeby bank­no­ty nie wy­pa­dły na pod­ło­gę, ale ich tam nie było. To był list. Tekst był na­pi­sa­ny dziw­ną czcion­ką, lek­ko po­chy­lo­ną na pra­wo. Kie­dy tyl­ko wy­ję­łam kart­kę, po­czu­łam przy­jem­ny za­pach kwia­tów la­wen­dy. Kart­ka była per­fu­mo­wa­na. Usia­dłam na łóż­ku i za­czę­łam czy­tać.

Dro­ga Lucy!

Nie, nie martw się, w ko­per­cie nie ma pie­nię­dzy. Nie wpa­dła­bym na po­mysł, żeby spra­wić Ci taki nie­uda­ny pre­zent. Obie do­brze wie­my, że da­wa­nie ko­muś bank­no­tów na uro­dzi­ny to tak, jak­by skła­dać ko­muś ży­cze­nia mie­siąc po ter­mi­nie. Niby się pa­mię­ta­ło, niby za­da­nie od­ha­czo­ne, ale ja­koś nie­smacz­nie i bez­pł­cio­wo. Tak się po pro­stu nie robi.

Pew­nie za­sta­na­wiasz się, dla­cze­go do Cie­bie pi­szę. Koń­czysz dziś dwa­na­ście lat. Te­raz to do­pie­ro bę­dzie się dzia­ło! W przy­szłym roku cze­ka Cię dużo zmian. Bę­dziesz czę­sto czu­ła się za­gu­bio­na i sa­mot­na, ale nie bój się. Za­wsze bę­dziesz mia­ła wo­kół sie­bie dużo ko­cha­ją­cych Cię osób i nie za­po­mi­naj, że ja za­wsze będę Cię wspie­rać. Nie­dłu­go bę­dziesz mu­sia­ła się po­że­gnać z przy­ja­ciół­ka­mi ze szko­ły i od­na­leźć się w zu­peł­nie no­wym śro­do­wi­sku. Prze­pro­wadz­ka nie bę­dzie przy­jem­na, ale nic się nie martw, bo spo­tkasz w no­wym miej­scu do­brych lu­dzi, któ­rzy ode­gra­ją waż­ną rolę w Two­im ży­ciu. Już nie­dłu­go za­cznie Ci to­wa­rzy­szyć nowy czwo­ro­noż­ny przy­ja­ciel, któ­ry nie od­stą­pi Cię na krok.

Nie za­wsze słu­chaj do­ro­słych! Nie na wszyst­kim się zna­ją. Twój oj­ciec nie za­wsze ma ra­cję. W tym wy­pad­ku się myli. Two­je śpie­wa­nie to nie tyl­ko hob­by i głu­pie wi­dzi­mi­się, jak twier­dzi, ale ta­lent i praw­dzi­wa pa­sja. Nie daj so­bie wmó­wić, że to tyl­ko dzie­cię­ca za­ba­wa. Spra­wia Ci to ogrom­ną ra­dość, więc nie od­pusz­czaj. Bądź cier­pli­wa, pra­co­wi­ta i peł­na za­pa­łu, a osią­gniesz wie­le.

Ży­czę Ci ma­gicz­ne­go i pięk­ne­go ko­lej­ne­go roku ży­cia.

Przy­ja­ciół­ka

– Łu­cjo, oszu­ku­jesz! Mia­łaś nie otwie­rać jesz­cze pre­zen­tów! – Mo­ni­ka wpa­ro­wa­ła do po­ko­ju i prze­rwa­ła mi po­now­ne czy­ta­nie li­stu. – Całe szczę­ście, że zdą­ży­łam cię po­wstrzy­mać. Jesz­cze nic waż­ne­go nie od­pa­ko­wa­łaś.

– Od kogo są te pre­zen­ty? – za­py­ta­łam zbi­ta z tro­pu, po czym szyb­ko scho­wa­łam list do błę­kit­nej ko­per­ty.

– Ten duży w zie­lo­nym pa­pie­rze od ro­dzi­ców. Ten żół­ty ode mnie, a te dwa mniej­sze od two­ich przy­ja­ció­łek. Dziad­ko­wie prze­ka­żą ci pre­zen­ty w so­bo­tę, kie­dy bę­dzie­my u nich na ka­wie.

Moja o trzy lata star­sza sio­stra nie ukry­wa­ła na­wet, że za­zdro­ści mi ster­ty po­da­run­ków. Pa­trzy­ła na nie łap­czy­wym wzro­kiem, tak jak­by chcia­ła za­brać cho­ciaż je­den dla sie­bie.

– A to od kogo? – za­py­ta­łam, po­ka­zu­jąc ko­per­tę.

– Nie wiem. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Nie wi­dzia­łam go wcze­śniej. Pew­nie od cio­ci i wuj­ka No­wa­ków. To na pew­no od nich! Od kogo in­ne­go miał­by być? A co to jest? Pie­nią­dze? – Spoj­rza­ła z za­zdro­ścią.

Mo­ni­ka, w prze­ci­wień­stwie do mnie, uwiel­bia­ła ten ro­dzaj upo­min­ków. Wszyst­kie pie­nią­dze wy­da­wa­ła na nowe ko­sme­ty­ki. Nie do koń­ca to ro­zu­mia­łam, bo ro­dzi­ce i tak nie po­zwa­la­li jej ma­lo­wać się do szko­ły, więc nowe na­byt­ki przez więk­szość cza­su le­ża­ły nie­uży­wa­ne w ła­zien­ce.

– Tak, pie­nią­dze – rzu­ci­łam na od­czep­ne­go.

Ni­g­dy nie okła­my­wa­łam sio­stry, to był pierw­szy raz. Spoj­rza­łam na jej twarz ba­daw­czo, szu­ka­jąc oznak roz­ba­wie­nia. Po­my­śla­łam, że je­że­li list był żar­tem, zro­bio­nym przez nią samą, nie zdo­ła utrzy­mać po­wa­gi, lecz wy­raz jej twa­rzy nie zmie­nił się.

– Za­zdrosz­czę, ostat­nio wi­dzia­łam taki świet­ny tusz do rzęs. Od razu bym wie­dzia­ła, na co wy­dać te pie­nią­dze. Ale ja, nie­ste­ty, do uro­dzin mu­szę po­cze­kać jesz­cze czte­ry mie­sią­ce – traj­ko­ta­ła da­lej, nie zmie­nia­jąc tonu. – Chy­ba że ty, jako ko­cha­na, młod­sza sio­stra, się ze mną po­dzie­lisz.

– Nie.

– Ty za­wsze taka je­steś! A ja się z tobą wszyst­kim dzie­lę. Bluz­kę ci na­wet ostat­nio po­ży­czy­łam!

– Nie­praw­da. Na­krzy­cza­łaś na mnie, że wło­ży­łam ją na apel w szko­le.

– Bo to była moja ulu­bio­na, tyl­ko na spe­cjal­ne oka­zje, ale taką zwy­kłą bym ci na pew­no po­ży­czy­ła. Tak czy siak, mia­łaś te­raz jesz­cze nic nie ru­szać! Chodź na dół. Mama przy­wio­zła tort lo­do­wy, twój ulu­bio­ny!

Za­nim zdą­ży­łam za­pro­te­sto­wać, Mo­ni­ka zła­pa­ła mnie za rękę i wy­cią­gnę­ła z po­ko­ju. Chy­ba zdą­ży­ła bar­dziej po­ko­chać tort lo­do­wy niż ja. Błę­kit­na ko­per­ta wy­lą­do­wa­ła na moim łóż­ku. Mu­sia­ła za­cze­kać.

Mamę za­py­ta­łam o ko­per­tę do­pie­ro na­stęp­ne­go dnia, kie­dy rano ze­szłam do kuch­ni. Ta­jem­ni­czą wia­do­mość zna­łam pra­wie na pa­mięć. Świe­ci­łam so­bie la­tar­ką i czy­ta­łam ją wie­le razy do póź­nych go­dzin noc­nych. Nic z niej nie ro­zu­mia­łam. Do tego au­tor­ka li­stu zwra­ca­ła się do mnie imie­niem, któ­re ostat­nio sama so­bie wy­my­śli­łam, bo bar­dzo spodo­ba­ło mi się w ame­ry­kań­skich książ­kach. Nikt nie na­zy­wał mnie „Lucy”. Je­śli to był żart, to bar­dzo nie­uda­ny. Wca­le nie było mi do śmie­chu. Nie wie­dzia­łam, co o tym my­śleć. Dłu­go nie mo­głam za­snąć, a kie­dy na­resz­cie za­snę­łam, śni­ło mi się, że ktoś pa­trzy na mnie przez okno. Po prze­bu­dze­niu czu­łam dziw­ny nie­po­kój. Wy­da­wa­ło mi się, że na­dal mnie ktoś ob­ser­wu­je. Mój po­kój jest na pierw­szym pię­trze, a i tak spu­ści­łam ża­lu­zje.

– Nie­bie­ska ko­per­ta? – Mama pod­nio­sła wzrok znad pa­tel­ni z ja­jecz­ni­cą. – Jul­ka ją przy­nio­sła. Mó­wi­ła, że jest dla cie­bie na uro­dzi­ny. Nie do­my­śli­łaś się, że to od niej?

Nie od­po­wie­dzia­łam. Rap­tem zro­zu­mia­łam wszyst­ko. By­łam zła na Jul­kę, na­wet wście­kła. Tak wście­kła, jak tyl­ko po­tra­fi być dwu­na­sto­lat­ka. Od­sta­wi­łam z im­pe­tem szklan­kę z so­kiem na stół. Kil­ka kro­pli spa­dło na ob­rus. Uda­łam, że tego nie wi­dzę.

– Sta­ło się coś? – za­py­ta­ła mama.

– Nic się nie sta­ło, idę do szko­ły – burk­nę­łam.

– Po­cze­kaj, za­raz bę­dzie śnia­da­nie na cie­pło.

– Nie je­stem głod­na.

Wzię­łam ka­nap­kę, za­rzu­ci­łam ple­cak i bez po­że­gna­nia z mamą wy­bie­głam z domu.

Do­tar­łam do szko­ły wcze­śniej niż zwy­kle. Pra­wie dzie­sięć mi­nut cze­ka­łam na Jul­kę przy jej szaf­ce. Kie­dy uśmiech­nię­ta wy­szła zza rogu i po­ma­cha­ła mi ręką, na­dal by­łam na nią wście­kła.

– Uwa­żasz, że to było śmiesz­ne?! – krzyk­nę­łam. – Przez cie­bie nie spa­łam całą noc. Za­czę­łam się bać, że coś mi gro­zi.

– O czym ty mó­wisz? – Jul­ka zro­bi­ła dwa kro­ki do tyłu.

Nie spo­dzie­wa­ła się mo­je­go ata­ku. Naj­wy­raź­niej my­śla­ła, że nie do­wiem się, że to ona przy­nio­sła list.

– Jak to o czym? O two­im dur­nym pre­zen­cie!

– Nie po­do­ba­ły ci się kred­ki? Są świet­ne, a ty ostat­nio spo­ro ry­su­jesz. Co chwi­lę wi­dzę cię ze szki­cow­ni­kiem w dło­ni. My­śla­łam, że pro­fe­sjo­nal­ne kred­ki ci się przy­da­dzą. Za­mó­wi­ły­śmy je z mamą do na­sze­go ulu­bio­ne­go skle­pu ar­ty­stycz­ne­go, bo nie były do­stęp­ne od ręki.

– Nie mó­wię o kred­kach.

– A o czym? – Pa­trzy­ła na mnie co­raz bar­dziej zdez­o­rien­to­wa­na.

– Prze­stań uda­wać. – By­łam na nią wście­kła. – To wca­le nie było za­baw­ne.

– Łu­cjo, nie wiem, o czym mó­wisz.

– O two­im głu­pim li­ście!

Jej oczy zro­bi­ły się jesz­cze więk­sze ze zdzi­wie­nia.

– Ja­kim li­ście? – Jej głos za­brzmiał pi­skli­wie, jak­by mia­ła się za­raz roz­pła­kać. Gwał­tow­nie zła­pa­ła od­dech. Na jej po­licz­kach po­ja­wi­ły się czer­wo­ne pla­my.

– O tym w nie­bie­skiej ko­per­cie, któ­ry na­pi­sa­łaś, żeby mnie prze­stra­szyć.

– Ale ja nic nie na­pi­sa­łam!

– Nie kłam! To nie jest śmiesz­ne! – nie od­pusz­cza­łam.

Chcia­łam, żeby kłam­czu­cha się przy­zna­ła. Ja całą noc nie spa­łam z po­wo­du stra­chu przed tym li­stem, a ona te­raz uda­wa­ła nie­wi­niąt­ko. Po­win­na mieć przy­naj­mniej na tyle od­wa­gi, żeby się przy­znać.

– Zna­la­złam ten list, kie­dy rano szłam do cie­bie. Le­żał koło skrzyn­ki pocz­to­wej. My­śla­łam, że wy­padł li­sto­no­szo­wi. Za­nio­słam go do was do domu, bo za­czę­ło pa­dać. Nie chcia­łam, żeby za­mókł. Szko­da mi było, żeby tak ład­ny pa­pier się znisz­czył.

– A skąd niby wie­dzia­łaś, że to list do mnie?

– Nie wie­dzia­łam. Two­ja mama po­wie­dzia­ła, że w ta­kiej ozdob­nej ko­per­cie na pew­no są ży­cze­nia uro­dzi­no­we, i po­pro­si­ła, że­bym ją za­nio­sła do two­je­go po­ko­ju.

– Mam w to uwie­rzyć?! – krzy­cza­łam.

– Tak było. Mó­wię praw­dę. – Głos Jul­ki za­drżał.

– Kłam­czu­cha!

– Nie na­zy­waj mnie tak! Jak uwa­żasz, że cię okła­mu­ję, to po co za­pro­si­łaś mnie na uro­dzi­ny?! Mam lep­sze rze­czy do ro­bo­ty niż spę­dza­nie cza­su z kimś, kto mnie ob­ra­ża i wy­my­śla ja­kieś dziw­ne rze­czy na mój te­mat.

Obu nam pu­ści­ły ner­wy. Na­sza kłót­nia skoń­czy­ła się roz­mo­wą z pa­nią pe­da­gog i oka­za­ła się koń­cem na­szej dzie­cię­cej przy­jaź­ni. Parę lat póź­niej by­łam już pew­na, że Jul­ka wte­dy nie kła­ma­ła. To nie ona była au­tor­ką li­stu w błę­kit­nej ko­per­cie. Szko­da, że ni­g­dy jej tego nie po­wie­dzia­łam.

3 KWIETNIA 2010

Dość szyb­ko za­po­mnia­łam o błę­kit­nej ko­per­cie. Nie­co dłu­żej za­ję­ło mi po­go­dze­nie się z utra­tą naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki, ale z tym też się upo­ra­łam. W moim dzie­cię­cym ży­ciu dzia­ło się mnó­stwo rze­czy. Po za­koń­cze­niu roku szkol­ne­go wy­pro­wa­dzi­li­śmy się z ro­dzi­ca­mi z ma­łej So­bót­ki do Wro­cła­wia, któ­ry wy­da­wał mi się ogrom­ny. Oj­ciec do­stał awans, a mama uwa­ża­ła, że wro­cław­skie szko­ły da­dzą mi i mo­jej sio­strze więk­sze moż­li­wo­ści roz­wo­ju i za­pew­nią lep­szy start w ży­cie. Ja i Mo­ni­ka nie po­dzie­la­ły­śmy jej zda­nia. Moja sio­stra tę­sk­ni­ła za pierw­szym chło­pa­kiem, a ja za ko­le­żan­ka­mi i ulu­bio­ny­mi na­uczy­ciel­ka­mi.

Kie­dy wpro­wa­dzi­li­śmy się do wy­na­ję­te­go we Wro­cła­wiu domu, ro­dzi­ce, żeby nas udo­bru­chać, ku­pi­li nam psa. Była to brą­zo­wa sucz­ka rasy coc­ker spa­niel o imie­niu Astra. Mo­ni­ka na­dal tę­sk­ni­ła za swo­im pierw­szym chło­pa­kiem, a ja dzię­ki Astrze od­kry­łam moją wiel­ką mi­łość do zwie­rząt. Nie tę­sk­ni­łam już tak bar­dzo za So­bót­ką, szcze­gól­nie że tam nie mo­głam mieć psa.

Szyb­ko za­akli­ma­ty­zo­wa­łam się w no­wej szko­le i prze­ko­na­łam ro­dzi­ców do za­pi­sa­nia mnie do szko­ły mu­zycz­nej na lek­cje śpie­wu. Oj­ciec na po­cząt­ku nie był prze­ko­na­ny do tego po­my­słu i twier­dził, że przez śpie­wa­nie nie będę mo­gła sku­pić się na na­uce. Zgo­dził się chy­ba tyl­ko dla­te­go, że chciał mieć świę­ty spo­kój. Po­cząt­ko­wo cho­dzi­łam na jed­ną lek­cję w ty­go­dniu, ale kie­dy na ko­niec se­me­stru przy­nio­słam do domu same do­bre oce­ny, to i tata uwie­rzył, że dam radę łą­czyć obie szko­ły. Na­resz­cie w peł­nym wy­mia­rze mo­głam ro­bić to, co lu­bię. Na­uczy­ciel­ka śpie­wu, pani Ło­pe­tek, po­zwo­li­ła mi na­wet na za­ję­cia przy­pro­wa­dzać Astrę. W szko­le mu­zycz­nej po­zna­łam wie­le no­wych ko­le­ża­nek. Moja przy­szłość we Wro­cła­wiu za­po­wia­da­ła się za­ska­ku­ją­co do­brze.

O ta­jem­ni­czym li­ście przy­po­mnia­łam so­bie do­pie­ro, kie­dy w dniu trzy­na­stych uro­dzin zna­la­złam iden­tycz­ną błę­kit­ną ko­per­tę w skrzyn­ce na li­sty. Mia­łam wejść szyb­ko do po­ko­ju, prze­brać się i ru­szyć z Asią, ko­le­żan­ką z lek­cji śpie­wu, do kina. Ale nie mo­głam się po­wstrzy­mać przed prze­czy­ta­niem li­stu.

Dro­ga Lucy!

Z oka­zji uro­dzin ży­czę Ci speł­nie­nia wszyst­kich ma­rzeń! Cho­ciaż na nie­któ­re z ma­rzeń bę­dziesz mu­sia­ła jesz­cze tro­chę po­cze­kać. Bar­dzo się cie­szę, że tak do­brze za­akli­ma­ty­zo­wa­łaś się we Wro­cła­wiu. To była dla Cie­bie ogrom­na zmia­na. Je­stem z Cie­bie na­praw­dę dum­na.

Czy uda­ło Ci się prze­ko­nać tatę do lek­cji śpie­wu? On bywa bar­dzo upar­ty, ale ko­cha Cię na swój spo­sób, tyl­ko nie po­tra­fi tego oka­zać. Chce dla Cie­bie jak naj­le­piej, na­wet je­śli bywa bar­dzo sro­gi.

Ale nie o nim chcia­łam na­pi­sać! Dzi­siaj naj­waż­niej­sze są Two­je uro­dzi­ny. Trzy­na­ście lat! Co za pięk­ny wiek. W naj­bliż­szym roku nie re­zy­gnuj z ma­rzeń, roz­wi­jaj swój głos i nie daj so­bie wmó­wić, że to bez sen­su. Nie za­po­mi­naj o pa­sji do ry­so­wa­nia. To bę­dzie dla Cie­bie spo­koj­niej­szy rok niż po­przed­ni. Czas, żeby za­czerp­nąć po­wie­trza, bo do­pie­ro póź­niej za­cznie się jaz­da bez trzy­man­ki. Czerp z ży­cia peł­ny­mi gar­ścia­mi!

Pa­mię­taj, że za­wsze Cię wspie­ram!

Przy­ja­ciół­ka

Prze­czy­ta­łam list kil­ku­krot­nie. Coś mi się nie zga­dza­ło. Prze­cież Ju­lia nie zna­ła mo­je­go no­we­go ad­re­su. Od na­szej ze­szło­rocz­nej kłót­ni nie za­mie­ni­łam z nią ani jed­ne­go sło­wa. Dziew­czy­na nie mo­gła kon­ty­nu­ować swo­je­go głu­pie­go żar­tu. Skąd ktoś inny miał­by iden­tycz­ną ko­per­tę? Skąd kto­kol­wiek, oprócz mo­jej mamy i sio­stry, mógł wie­dzieć o tym, że oj­ciec był scep­tycz­nie na­sta­wio­ny do lek­cji śpie­wu? Były to rze­czy, któ­re nie wy­cho­dzi­ły poza na­szą ro­dzi­nę. Ni­g­dy nie na­le­ża­łam do dzie­ci, któ­re psio­czy­ły na ro­dzi­ców. Uwa­ża­łam, że to, co dzie­je się w ro­dzi­nie, ma rów­nież w niej po­zo­stać i ni­ko­mu nic do tego. Ktoś jed­nak znał sy­tu­ację u nas w domu na tyle do­brze, żeby móc o tym na­pi­sać w li­ście.

Nic z tego nie ro­zu­mia­łam. Uczu­cie by­cia ob­ser­wo­wa­ną po­wró­ci­ło ze zdwo­jo­ną siłą. Po co ktoś miał­by mnie stra­szyć i szpie­go­wać? Moja ro­dzi­na nie była bo­ga­ta. Ja nie by­łam wy­jąt­ko­wo pięk­na ani wy­bit­nie uzdol­nio­na. By­łam za bar­dzo zwy­czaj­na, żeby mnie śle­dzić. To wszyst­ko nie mia­ło sen­su.

Po po­wro­cie z kina prze­szu­ka­łam mój po­kój. Przez cały se­ans moje my­śli krą­ży­ły wo­kół ko­per­ty. Nie wie­dzia­łam na­wet, o czym był film. Chcia­łam ko­niecz­nie od­na­leźć ubie­gło­rocz­ny list i po­rów­nać go z tym otrzy­ma­nym dzi­siaj. Od­na­la­złam go w pu­dle z ze­szy­ta­mi z po­przed­nie­go roku szkol­ne­go. Był wci­śnię­ty po­mię­dzy ze­szy­ty z ma­te­ma­ty­ki i ję­zy­ka pol­skie­go. Dziw­ne, że go przez przy­pa­dek nie wy­rzu­ci­łam.

– Łu­cjo, zejdź, pro­szę, na dół, upie­kłam cia­sto na two­je uro­dzi­ny! – usły­sza­łam głos mamy na scho­dach.

– Nie zej­dę dzi­siaj, kiep­sko się czu­ję – od­po­wie­dzia­łam sła­bym gło­sem.

– Co się sta­ło, ko­cha­nie? – Mama od razu zna­la­zła się przy uchy­lo­nych drzwiach do mo­je­go po­ko­ju. – Źle wy­glą­dasz, ja­kaś bla­da je­steś. Stru­łaś się czymś?

Kiw­nę­łam gło­wą. Nie by­łam w sta­nie nic wię­cej po­wie­dzieć.

– Za­pa­rzę ci mię­ty. Ona za­wsze po­ma­ga przy bó­lach brzu­cha – po­wie­dzia­ła i zo­sta­wi­ła mnie samą.

Wca­le się nie dzi­wi­łam, że by­łam bla­da. Prze­czy­ta­łam ze­szło­rocz­ny list. Ten, któ­ry po­dob­no był od Jul­ki. Wszyst­ko, o czym pi­sa­ła ta­jem­ni­cza przy­ja­ciół­ka, się spraw­dzi­ło.

3 KWIETNIA 2013

W moje szes­na­ste uro­dzi­ny, jak co roku, do­sta­łam list. Kie­dy wy­szłam z domu, od razu zo­ba­czy­łam nie­bie­ską ko­per­tę, któ­ra wy­sta­wa­ła ze skrzyn­ki pocz­to­wej. W pierw­szej chwi­li chcia­łam ją po­rwać na strzę­py. Całą noc nie spa­łam z ner­wów przed ko­lej­ną wia­do­mo­ścią w nie­bie­skiej opra­wie.

Li­sty przy­cho­dzi­ły co roku, a ja nie do­wie­dzia­łam się ni­cze­go o se­kret­nym nadaw­cy błę­kit­nych wia­do­mo­ści. Dłu­go wal­czy­łam sama ze sobą, czy ko­mu­kol­wiek o nich po­wie­dzieć. Kil­ku­krot­nie by­łam o krok od po­wie­dze­nia Mo­ni­ce o ich ist­nie­niu. By­ły­śmy z sio­strą bli­sko, jed­nak trzy­let­nia róż­ni­ca wie­ku spra­wia­ła, że cza­sa­mi czu­łam się przez nią trak­to­wa­na jak dziec­ko. Chy­ba wła­śnie to po­wstrzy­ma­ło mnie osta­tecz­nie przed po­wie­dze­niem jej o błę­kit­nych ko­per­tach. Nie chcia­łam, żeby po­trak­to­wa­ła mnie jak pod­lot­ka, któ­ry so­bie coś wy­my­ślił. Prze­cież chcia­łam, żeby pa­trzy­ła na mnie jak na do­ro­słą.

Ma­mie rów­nież nic nie po­wie­dzia­łam, po­nie­waż nie chcia­łam jej mar­twić. Sama mia­ła dużo pro­ble­mów na gło­wie. Jej zwią­zek z tatą nie do koń­ca się ukła­dał. Czę­sto się kłó­ci­li, a mój oj­ciec za­wsze miał ostat­nie zda­nie. Bar­dzo było mi jej szko­da. Kie­dyś sły­sza­łam, jak Mo­ni­ka mó­wi­ła ma­mie, że po­win­na pójść z oj­cem na te­ra­pię mał­żeń­ską. Pró­bo­wa­ła ją prze­ko­nać, że to może po­móc.

– Na te­ra­pię? Prze­cież twój oj­ciec nie wie­rzy w ta­kie rze­czy – od­po­wie­dzia­ła mama z go­ry­czą. – On uwa­ża, że wszel­kie te­ra­pie są dla świ­rów. W ży­ciu by się na coś ta­kie­go nie zgo­dził. Zresz­tą my na­praw­dę nie po­trze­bu­je­my po­mo­cy. Je­ste­śmy nor­mal­nym związ­kiem z dłu­gim sta­żem. Nie ma w tym nic nad­zwy­czaj­ne­go, że się kłó­ci­my.

Jed­nak za­rów­no ja, jak i Mo­ni­ka wi­dzia­ły­śmy, że re­la­cja na­szych ro­dzi­ców nie była nor­mal­na. Nie mo­gły­śmy na to nic po­ra­dzić. Tym bar­dziej nie chcia­łam do­kła­dać ma­mie zmar­twień i opo­wia­dać jej o li­stach nie­zna­ne­go po­cho­dze­nia.

Mia­łam do­bre zna­jo­me, może na­wet przy­ja­ciół­ki, ale nie po­tra­fi­łam otwo­rzyć się przed nimi na tyle, żeby opo­wie­dzieć im o tych dziw­nych, przy­cho­dzą­cych tyl­ko raz w roku prze­sył­kach. Gdzieś we­wnętrz­nie ba­łam się, że uzna­ją mnie za wa­riat­kę. A dla mnie, jako na­sto­lat­ki, nie było nic waż­niej­sze­go niż do­bre kon­tak­ty ze zna­jo­my­mi.

W koń­cu przez te wszyst­kie lata nie opo­wie­dzia­łam o li­stach ni­ko­mu. Były one moim ma­łym se­kre­tem. Za­gad­ką, któ­rej nie mo­głam roz­wią­zać. W tym roku jed­nak bar­dzo chcia­łam, żeby list się nie po­ja­wił. Nie­ste­ty, nie mia­łam tyle szczę­ścia.

Ko­per­ta po­now­nie cze­ka­ła na mnie w skrzyn­ce na li­sty. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Błę­kit­ne ko­per­ty

isbn: 978-83-8423-449-5

© Mar­ta Jed­na­chow­ska i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Anna Po­mia­nek | Je­zy­ko­we­Dy­le­ma­ty.pl

ko­rek­ta: Emi­lia Ka­płan

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.