Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Komu ufasz bardziej: własnemu umysłowi czy swoim bliskim?
Co roku, w dniu swoich urodzin, Łucja otrzymuje tajemnicze listy. Zawsze wyglądają podobnie – mają błękitną kopertę, złote zdobienia i tego samego nadawcę. Anonimową przyjaciółkę, która zdaje się wiedzieć o życiu kobiety więcej, niż ona sama, a do tego opisuje rzeczy, które jeszcze się nie wydarzyły.
Przez lata Łucja trzyma tę korespondencję w sekrecie, ale w końcu dzieli się tajemnicą ze swoim narzeczonym, Przemkiem. Właśnie wtedy wszystko zaczyna się psuć.
Pudło z kopertami nieoczekiwanie znika, a ukochany informuje ją, że… nigdy tak naprawdę nie istniało. Łucję nękają niepokojące halucynacje, przez co zaczyna wątpić, czy to, czego przez lata doświadczała, wydarzyło się naprawdę. Tylko terapia może pomóc jej znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania.
Czy błękitne koperty były jedynie wytworem jej wyobraźni?
A może… komuś bardzo zależy, by uwierzyła, że traci rozum?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 285
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla tych, którzy nauczyli się ufać sobie.
– Co panią do mnie sprowadza?
Nie odpowiedziałam od razu. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Dwa fotele, stolik na kawę i pudełko chusteczek, biurko z komputerem stacjonarnym, turkusowe ściany i duża dracena w kącie. Pod ścianą staroświecki gramofon przykryty delikatną warstwą kurzu. Duże okno, przez które pokój wydawał się większy i pogodniejszy. Nic nadzwyczajnego. Gabinet psychoterapeutyczny, który ma stwarzać miłą atmosferę, a w rzeczywistości jest taki, jak każdy inny. Przesadnie przytulny, dający złudne poczucie bezpieczeństwa. Pokój dla świrów, jak by to powiedział mój ojciec, ale ja dawno przestałam interesować się jego zdaniem.
Psychoterapeutka Magdalena Sarniak usiadła na fotelu naprzeciwko mnie. Uśmiechała się do mnie delikatnie. Była w średnim wieku i miała łagodną twarz. Gdybym spotkała ją w innych okolicznościach, pomyślałabym, że robi miłe wrażenie. Teraz wydawała mi się obca i nieprzystępna, a uśmiech tylko dokładał jej sztuczności. Taki zawodowy, wystudiowany uśmiech.
– To skomplikowane… – zawiesiłam głos.
Zabrzmiało głupio i infantylnie. Pewnie większość jej klientów tak właśnie zaczynała mówić o swoim problemie. Wszyscy ludzie zakładają, że są unikatowi, jedyni w swoim rodzaju, wyjątkowi, a ich trudności niepowtarzalne. Tak naprawdę wszyscy walczą z podobnymi problemami, z którymi nie potrafimy sobie poradzić. Jesteśmy nudni i tak samo zagubieni. Może nie radzimy sobie z naszą zwyczajnością i to jest nasz główny problem?
Kobieta nie pospieszała mnie. Miała na kolanach laptopa, na którym zapisała moje dane i pewnie chciała robić notatki. Nowy MacBook w jasnoturkusowym kolorze. Nawet jej sprzęt wydawał się pasować do tego wyreżyserowanego wnętrza. Zawiesiłam wzrok na stoliku, który nas oddzielał. Leżało na nim pudełko chusteczek i stała doniczka z sukulentem. Gruboszowaty był lekko przywiędły, a to roślina, którą trudno ususzyć. Z trudem powstrzymałam się przed sięgnięciem do torebki i wyciągnięciem z niej butelki z wodą, żeby podlać umierającą roślinę. Opakowanie chusteczek było dość jednoznaczne. Ja nie czułam się bezsilnym płaczkiem i nie chciałam być tak traktowana.
– Moje problemy jakiś czas temu zaczęły mnie przytłaczać – spróbowałam mówić dalej.
Odwróciłam wzrok od pudełka z chusteczkami i przeniosłam go na kobietę. Jeśli chciałam otrzymać pomoc, to musiałam się zmusić do dalszego mówienia.
– Pozornie wszystko w moim życiu jest dobrze. Jestem zdrową, młodą osobą. Z zawodu jestem grafikiem. Pracuję w dobrym wydawnictwie. Zajmuję się ilustrowaniem książek dziecięcych i lubię to, co robię. Mam kochającego narzeczonego, z którym mieszkam – wyliczałam. – Nie mamy problemów finansowych. Powinnam być zadowolona z życia. Pomimo to wszystko zaczęło się walić.
Zrobiłam kolejną przerwę, ale psychoterapeutka nadal się nie odzywała. Zanotowała coś w komputerze i ponownie utkwiła we mnie wzrok. Uśmiechała się lekko. Miała młodą twarz. Stanowczo za młodą jak na swój wiek. Zmarszczki na szyi zdradzały, że miała około czterdziestu, może pięćdziesięciu lat. Nagle przyszło mi na myśl, że pewnie nie takich świrów jak ja gościł ten pokryty żółtym kocem fotel, na którym siedziałam. Pewnie na nich wszystkich patrzyła tak samo. Z lekkim uśmiechem, pozornie życzliwie, ale jednak oceniająco.
– Mój psychiatra stwierdził u mnie zaburzenia lękowe z napadami paniki i halucynacjami. Od roku jestem na lekach przeciwdepresyjnych. Biorę sertralinę, w dawce pięćdziesięciu miligramów na dobę. Dodatkowo od pewnego czasu uczęszczam na psychoterapię. Jest pani moją drugą terapeutką. Z poprzednią spotykałam się przez kilka tygodni. Niestety, na razie nie widzę żadnych efektów leczenia farmakologicznego i psychoterapeutycznego – wydusiłam z siebie na jednym oddechu. Mówienie suchych faktów przyszło mi łatwiej. Były rzeczowe i pozbawione emocji. Mogłam je wyrecytować bez angażowania się.
– Zwolnijmy i zacznijmy od początku… – przerwała mi psychoterapeutka. Głos Magdaleny Sarniak brzmiał ciepło. Pomyślałam, że idealnie pasuje do wystroju gabinetu. – Chcę panią dobrze zrozumieć. Mówiła pani o zaburzeniach lękowych. Jakie ma pani objawy? Co dokładnie pani przez to rozumie?
– Czasami czuję się, jakbym miała umrzeć. Moje serce kołacze, jest mi gorąco, nie mogę złapać głębokiego oddechu, pocą mi się dłonie. Oddycham płytko i szybko. Rzadko udaje mi się wziąć większy haust powietrza, tak jakbym była pod wodą i tylko na chwilę wynurzała się na powierzchnię. Czasami chce mi się wymiotować albo muszę szybko pobiec do toalety.
– W jakich sytuacjach tak się dzieje?
– Trudno mi dokładnie powiedzieć. To są bardzo różne sytuacje. Bywa, że są to stresujące wydarzenia w pracy. Czasami w czasie codziennych obowiązków. Zdarza się, że w środku nocy wyrywam się ze snu z takimi objawami. Budzę się zlana potem, z szybkim biciem serca, jakbym przebiegła maraton albo wyśniła najstraszniejszy koszmar, ale go nie pamiętam. Czuję lęk, kiedy za długo jestem sama w domu albo wręcz przeciwnie, kiedy jestem otoczona przez obcych ludzi. W tłumie narasta we mnie niepokój, dlatego zaczęłam omijać zatłoczone miejsca. Nie chcę się ośmieszyć, jeśli nagle nie będę mogła złapać tchu. Kiedy otacza mnie tłum obcych, to czuję, jakby każda osoba chciała się na mnie rzucić, zaatakować mnie i zrobić mi krzywdę – mówiłam powoli i wyraźnie. Chciałam, żeby tamta mogła mnie zrozumieć. – Odczuwam też lęk związany z moimi omamami… – zawiesiłam na chwilę głos.
Kobieta milczała. Pomyślałam, że nie usłyszała tego, co powiedziałam.
– Dużo jest trudnych sytuacji, w których boję się, że stracę nad sobą kontrolę. Próbuję unikać rzeczy, które mogą mnie przerosnąć. To robi się trudne. Nie można omijać większości codziennych sytuacji. Przez to czuję się coraz bardziej przytłoczona – dokończyłam ciszej.
– Co to są za halucynacje?
Jednak usłyszała.
– Czasami wydaje mi się, że dzieją się rzeczy, które nie mają miejsca – powiedziałam oględnie.
– Jakie? – dopytywała.
– Różne – odpowiedziałam pospiesznie.
Nie chciałam, żeby na pierwszym spotkaniu wzięła mnie za kompletną wariatkę. Wolałam rozmawiać tutaj, w tym udającym przytulność pokoju, niż w pomieszczeniu bez klamek na zamkniętym oddziale psychiatrycznym.
Kobieta spojrzała na mnie przeciągle. Zanotowała coś w swoim komputerze. Szykowałam się na kolejne pytania o moje omamy. Poczułam, jak spinają mi się mięśnie i przyśpiesza serce. Zaczęłam szybciej oddychać. No pięknie, jeśli dostanę ataku paniki na pierwszym spotkaniu, to na pewno psychoterapeutka nie podejmie się mojej terapii, a ja wcześniej czy później wyląduję w psychiatryku.
– Niech pani oddycha, nic się nie dzieje. – Głos kobiety przedarł się przez moje myśli. – Słyszę panią tylko ja, a jestem tu, aby pani pomóc. Jeśli nie chce pani o tym mówić, to nie ma żadnego problemu. Nie musimy o tym dzisiaj rozmawiać – powiedziała uspokajająco. – Od jak dawna to wszystko trwa? Kiedy zaczęła się pani zmagać z lękiem?
Zaskoczyła mnie tą zmianą tematu. Terapeutka nie wywierała nacisku ani nie sprawiała, że czułam się przytłoczona. Może spotkamy się po raz kolejny? Zamknęłam na chwilę oczy, wzięłam pięć głębokich oddechów. Wdech, wydech, wdech, wydech… To była chyba jedyna pozytywna rzecz, którą wyniosłam z poprzedniej terapii. Przypomniały mi się słowa psychoterapeutki: „Kiedy czujesz, że zbliża się strach, postaraj się zdać sobie sprawę z tego, że nie umrzesz. Strach nie spowoduje śmierci. Kiedy przejdzie, będzie można znowu złapać oddech, normalnie zaczerpnąć powietrza. Trzeba to sobie jedynie uświadomić i przeczekać najgorsze chwile. Powolne wypełnienie płuc oddechem w tym pomaga. To trochę jak oszukiwanie własnego organizmu, że wszystko jest dobrze”. Czasami ta metoda działała, ale u mnie rzadko. Zwykle, kiedy przypominałam sobie o tym sposobie, było już za późno i spirala strachu trzymała mnie mocno w swojej pułapce. Tym razem jednak poskutkowało. Z każdym oddechem napięcie odpuszczało.
Kiedy ponownie otworzyłam oczy, psychoterapeutka nie patrzyła na mnie, pisała coś na komputerze. Byłam jej za to wdzięczna. Bałam się, że napotkam jej oceniający wzrok i lęk powróci ze zdwojoną siłą. Ucisk w klatce piersiowej powoli zelżał. Oddech stawał się głębszy, spokojniejszy. Najgorsze minęło.
– Napady paniki mam od około roku – powiedziałam, kiedy znów byłam w stanie wydusić z siebie słowa. – Dużo wskazuje na to, że wcześniej też miałam omamy, ale wtedy mnie one nie przerażały. Były częścią mojego życia i uznawałam je w pewnym sensie za normalne. Nie zdawałam sobie sprawy, że coś jest nie tak. Od roku strach utrudnia mi normalne funkcjonowanie.
– Czy wtedy, rok temu, wydarzyło się coś przełomowego?
– Nie wydaje mi się – zastanawiałam się na głos. – Nic poważnego się nie wydarzyło. Nie zmieniłam pracy, nikt w bliskiej rodzinie nie zachorował, nie miałam wypadku samochodowego, nie doznałam żadnej psychicznej traumy – wyliczałam. – Działy się same dobre rzeczy. Mój chłopak, Przemek, zmienił się w mojego narzeczonego, w pracy zaczęłam odnosić sukcesy i dostawałam coraz większe projekty. Nie działo się nic złego, wręcz przeciwnie. Same dobre wydarzenia.
– Jak wyglądał wtedy ten napad lęku?
– To był zwykły dzień. Posprzeczaliśmy się z moim chłopakiem i chciałam mu pokazać szkatułkę z listami z mojego dzieciństwa, ale ona zniknęła. Nie mogłam jej nigdzie znaleźć. Mamy wspólne mieszkanie, ale oddzielne pokoje. Uznaliśmy, że tak będzie lepiej. Każde z nas ma własną przestrzeń do pracy i dla samego siebie. Przeszukałam cały mój pokój, nawet powyrzucałam ubrania z szafy, a szkatułki nigdzie nie było.
Opowiadałam tę historię już parokrotnie, dziesiątki razy analizowałam ją w głowie, ale nadal budziła mój niepokój. Wspomnienie pierwszego napadu paniki nadal wywoływało we mnie lęk.
– Wtedy pierwszy raz zaczęłam panikować – kontynuowałam. Starałam się mówić szybko, ale drżenie w moim głosie i tak było dobrze wyczuwalne. – Zaczęło mi brakować tchu, na czole pojawiły się krople potu, ręce drżały do tego stopnia, że nie mogłam tego ukryć. Nie pamiętam dokładnie tego, co się wtedy ze mną działo. Myślę, że gdyby Przemek mnie nie wyciągnął na spacer, to straciłabym przytomność. To był jeden z najgorszych momentów w moim życiu. Od tej chwili zmieniło się wszystko. Później, jak już pani mówiłam, napady występowały w różnych sytuacjach, ale nigdy tak intensywnie, jak w tamtym momencie. Czasami pojawiały się bez powodu. Po prostu czułam, że tracę kontrolę nad sobą. Kiedy zdawałam sobie z tego sprawę, było najczęściej za późno, żeby to zatrzymać.
– Rozumiem. – Terapeutka szybko zanotowała coś na komputerze. – Żeby pani pomóc, muszę panią trochę lepiej poznać. Nasze problemy nigdy nie są wyodrębnione, zawsze są częścią nas samych. One nie pojawiają się znikąd, z czegoś wynikają. Musimy lepiej poznać siebie, żeby mieć szansę w walce z naszymi lękami. Zaczniemy od początku i powoli, krok po kroku, odnajdziemy źródło pani problemu.
Psychoterapeutka mówiła rzeczy proste i logiczne, ale ja nie czułam się, jakby traktowała mnie jak dziecko. Ona otwierała mi oczy. Rozumiałam, co chce mi powiedzieć, i się z nią zgadzałam.
– Mówiła pani, że ma pani narzeczonego – kontynuowała. – Przemysława, tak? Niech pani powie o nim coś więcej.
– O Przemku? Ale on nie jest problemem. Nie rozumiem, czemu mamy o nim rozmawiać.
– Jako pani narzeczony powinien być pani najbliższą osobą i znać panią najlepiej. Z tego powodu właśnie tę relację chciałabym na początek lepiej poznać.
– Jeśli tak, to mogę coś opowiedzieć – rzuciłam bez przekonania.
Poprzednia terapeutka nie pytała mnie o Przemka. Znała go bardzo dobrze, była w końcu jego kuzynką. Teraz sytuacja była inna.
– On naprawdę nie jest źródłem moich problemów – podkreśliłam. – Myślę, że jesteśmy typowym, zgodnym związkiem. Takim, w którym się wszystko dobrze układa. Jesteśmy razem od czterech lat. Należeliśmy na studiach do jednej grupy znajomych, która chodziła razem na imprezy, tak się poznaliśmy. Nie studiowaliśmy razem. Przemek jest dwa lata ode mnie starszy i zajmuje się projektowaniem wnętrz. Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia, ale u nas tak było. Może się pani śmiać – dodałam, widząc lekki uśmiech błąkający się po jej twarzy. – Na początku się ze sobą przekomarzaliśmy. Ja chciałam mu udowodnić, że musi trochę o mnie powalczyć, ale prawda jest taka, że już na pierwszym spotkaniu wpadliśmy sobie w oko. Jest dla mnie ogromnym wsparciem. To on był pierwszą osobą, która mnie uświadomiła, że jestem chora. Dzięki niemu postanowiłam, że dam sobie pomóc. Spędzamy też dużo czasu z jego rodziną. Dużo więcej niż z moją. Na moją rodzinę nie mogę już za bardzo liczyć… – zmieniłam temat. Nie chciałam mówić więcej o moim narzeczonym.
– Dlaczego pani tak myśli? Nie czuje pani wsparcia swojej rodziny?
– Kiedyś byliśmy bardzo zżyci, ale ostatnio nie utrzymujemy zbytnio kontaktów. Widujemy się tylko przy wyjątkowych okazjach. Zwykle są to święta i czyjeś urodziny. Wtedy udajemy, że wszystko jest w porządku, ale czuć, że oddaliliśmy się od siebie. Z tatą kłóciłam się już jako nastolatka. On ma radykalne poglądy na wiele spraw i nie jest w stanie zaakceptować, że ktoś może mieć inne zdanie. Z biegiem czasu bardzo zaczęło mi to przeszkadzać. Z mamą relacje miałam lepsze, ale w ciągu ostatniego roku parę razy posprzeczałyśmy się i uznałam, że nie chcę jej mieszać w moje problemy. Ona sama ma dużo spraw na głowie, nie muszę jej obarczać moimi. Wszyscy jesteśmy dorośli i każdy powinien odpowiadać za siebie. A dorosłość oznacza odpowiedzialność. Każdy ma problemy i powinien umieć sobie z nimi sam poradzić.
– Nie do końca mogę się z panią zgodzić. Mimo wszystko w niektórych sytuacjach wsparcie bliskich osób jest nam bardzo potrzebne.
– Tak, od tego mam Przemka.
– A jak wyglądał pani kontakt z matką, zanim wystąpiły te problemy? W życiu dorosłym i w dzieciństwie. Ma pani rodzeństwo?
– Z mamą miałam dobry kontakt. Pochodzę z rodziny, która była ze sobą blisko. Nie dzieliły nas zbytnio różnice poglądów ani nie nękały nałogi i choroby. Myślę, że miałam szczęśliwe dzieciństwo. Nikt nigdy mnie nie uderzył. Jak coś przeskrobałam, to ojciec potrafił na mnie nakrzyczeć, ale nie mam z tego powodu żadnej traumy. Mama nie podnosiła głosu. Mam jeszcze starszą siostrę Monikę, która wyprowadziła się z domu zaraz po osiągnięciu pełnoletności. Miałam wtedy piętnaście lat. Ja zostałam w domu rodzinnym znacznie dłużej. Wyprowadziłam się dopiero w wieku dwudziestu pięciu lat, kiedy skończyłam studia. Wtedy zamieszkałam u Przemka, bo mieszkał bliżej centrum miasta. Początkowo bywałam w domu rodzinnym przynajmniej raz w tygodniu.
– Kiedy to się zmieniło? Wtedy, gdy pojawiły się u pani ataki paniki?
– To mniej więcej zbiegło się w czasie. Nie jestem przekonana, czy te wydarzenia są powiązane. Wtedy w moim domu rodzinnym dużo się działo. Tata został zwolniony z pracy, w której pracował kilkanaście lat. Dla niego równało się to z końcem świata. Zresztą mój ojciec jest z tych bardziej staroświeckich, nie wierzy w psychoterapię ani psychiatrów. Uważa, że to wymysły dla świrów. – Zawahałam się. – Przepraszam, nie chciałam pani urazić. – Spojrzałam niepewnie w kierunku kobiety. – Czasami mówię za dużo – dodałam po chwili.
– Wszystko w porządku, znam stereotypy, które krążą w społeczeństwie. Świat poszedł naprzód, a my pod tym względem zostaliśmy z tyłu. Tym bardziej cieszę się, że zdecydowała się pani na psychoterapię. Proszę mówić dalej.
Powoli, bardzo powoli zaczęłam się otwierać przed tą obcą kobietą. Zaczęłam czuć do niej odrobinę sympatii. Opowiadałam jej o mojej rodzinie, narzeczonym, przyjaciołach, z którymi w większości nie miałam czasu utrzymywać kontaktu, przez co nasze wieloletnie znajomości poszły w zapomnienie. Psychoterapeutka stawiała mnóstwo pytań, na które nie zawsze odpowiadałam. Nie naciskała mnie. Dawała mi czas i przestrzeń. Stanowiło to miłą odmianę w porównaniu z moją poprzednią terapią. Sama nie wiem, kiedy zniknęło wrażenie, że jestem oceniana. W końcu rozgadałam się tak bardzo, że nie zauważyłam, kiedy minęło prawie całe spotkanie. Zaledwie musnęłyśmy mój właściwy problem. Czułam, że chcę dalej rozmawiać z tą kobietą. Umówiłyśmy się, że będę przychodzić w każdy poniedziałek o siedemnastej.
Byłam w zaskakująco dobrym humorze, kiedy wyszłam z gabinetu. Czułam się lepiej. Chyba potrzebowałam się wygadać. Wszystko wskazywało na to, że w końcu trafiłam do odpowiedniego miejsca.
Szybko wyjęłam z torebki telefon. Na czas spotkania go wyciszyłam. Z trudem powstrzymałam się, żeby nie sięgnąć po komórkę, gdy w trakcie terapii poczułam wibracje. W ciągu pięćdziesięciu minut Przemek zadzwonił do mnie trzy razy.
– Cześć, kochanie – rzuciłam lekko.
– Gdzie ty jesteś?
Oddychał głośno do telefonu. Był zdenerwowany. Bywał czasami nadopiekuńczy. To było kochane, że tak się o mnie troszczył, ale czasami przesadzał. Nie byłam już małym dzieckiem. To, że przez chwilę nie odbierałam telefonu, nie oznaczało, że od razu stało się coś złego.
– Zaraz wracam do domu – zapewniłam go.
– A czemu cię jeszcze w nim nie ma? Wyszłaś z pracy dwie godziny temu. Nawet w czasie godzin szczytu droga do domu nie zajmuje aż tyle czasu. Dawno powinnaś być na miejscu.
– Poszłam jeszcze na kawę z koleżanką z pracy – skłamałam. – Miałyśmy dużo do obgadania. Pamiętasz, mówiłam ci, że zaczynam teraz ilustrować kolejną książkę. Hania ma na to własny pomysł, chciała mi o nim opowiedzieć. To dość duży projekt, chce to zrobić jak najlepiej…
– Nie uważasz, że powinnaś mnie o tym powiadomić? – przerwał mi. – Nie pomyślałaś, że w twoim stanie mogę się zaniepokoić, kiedy nie pojawiasz się w domu o tej porze co zwykle i nie odbierasz telefonu?
– Przecież nie stało się nic złego, za chwilkę będę – uspokajałam go. – Przepraszam, nie pomyślałam, że możesz się o mnie martwić.
– Na przyszłość informuj mnie o takich rzeczach! – powiedział zdecydowanie. – Wychodzę na siłownię, nie będzie mnie w mieszkaniu. Tak bardzo zdenerwowałem się, że coś ci się stało, że muszę rozładować emocje.
– Dobrze, kochanie, nie ma sprawy. Kiedy wrócisz?
– Kiedy skończę trening – rzucił krótko i się rozłączył.
Wzięłam głęboki oddech. Jego nadmierna troska bywała uciążliwa. Przecież ja miałam tylko napady paniki. Nie traciłam przytomności na każdym kroku. Nie byłam śmiertelnie chora. Gdybym nie mogła sobie z czymś poradzić, byłby pierwszą osobą, do której bym zadzwoniła. Wiedział o tym.
Patrzyłam na tapetę w moim telefonie – nasze wspólne zdjęcie z ostatniego wyjazdu na Mazury. Nie chciałam go okłamywać. Chciałam mu powiedzieć o nowej psychoterapeutce, ale jeszcze nie teraz.
Pierwszy list dostałam, kiedy skończyłam dwanaście lat. W dniu urodzin obudziłam się wcześnie. Jak dla większości dzieci, był to dla mnie najważniejszy dzień w roku, który mógł konkurować jedynie z Wigilią Bożego Narodzenia. Mieliśmy iść z rodzicami i moją przyjaciółką Julią do zoo. Nie mogłam się doczekać życzeń i prezentów. Udawałam, że śpię, kiedy do mojego pokoju po cichu weszli rodzice z moją starszą siostrą Moniką i zaczęli śpiewać Sto lat. Chyba nie ma nic tak szczerego, jak dziecięca radość. Śmiałam się i czułam jak królowa świata.
U mnie w domu był zwyczaj otwierania prezentów urodzinowych dopiero pod wieczór, po oficjalnym świętowaniu, tak aby solenizant zajmował się swoimi gośćmi, a nie nowymi zabawkami. Ja jednak nie mogłam się doczekać i zakradłam się do mojego pokoju tuż po powrocie z wycieczki. Wykorzystałam chwilę, kiedy rodzina zajęła się przygotowaniem urodzinowej kolacji, a moja zawsze pomocna przyjaciółka Julka nakrywała do stołu.
Na moim łóżku leżał pokaźny stosik prezentów od rodziny i moich przyjaciółek. Zanim jednak po nie sięgnęłam, rzuciła mi się w oczy błękitna koperta ze złotą obwódką. Skrzywiłam się lekko. Nie lubiłam dostawać w prezencie pieniędzy. Zawsze uważałam, że jest to bezosobowy podarunek, który można dać komuś nieznajomemu, ale na pewno nie bliskiej osobie. Czułam się, jakbym była niewarta uwagi. Nie na tyle ważna, żeby wymyślić dla mnie pasujący upominek.
Pomimo niechęci sięgnęłam po list. Przecież to był stos prezentów od bliskich mi osób. Kto znał mnie na tyle słabo, żeby wpaść na taki głupi pomysł? Na kopercie nie było nic napisane. Była delikatnie zaklejona, więc otworzyłam ją bez problemu. W środku znajdowała się jasnoniebieska kartka zgięta na pół. Pasowała kolorystycznie do koperty, więc pewnie były z jednego zestawu papeterii. Poza nią w kopercie nie było nic, żadnych pieniędzy. Rozchyliłam kartkę ostrożnie, żeby banknoty nie wypadły na podłogę, ale ich tam nie było. To był list. Tekst był napisany dziwną czcionką, lekko pochyloną na prawo. Kiedy tylko wyjęłam kartkę, poczułam przyjemny zapach kwiatów lawendy. Kartka była perfumowana. Usiadłam na łóżku i zaczęłam czytać.
Droga Lucy!
Nie, nie martw się, w kopercie nie ma pieniędzy. Nie wpadłabym na pomysł, żeby sprawić Ci taki nieudany prezent. Obie dobrze wiemy, że dawanie komuś banknotów na urodziny to tak, jakby składać komuś życzenia miesiąc po terminie. Niby się pamiętało, niby zadanie odhaczone, ale jakoś niesmacznie i bezpłciowo. Tak się po prostu nie robi.
Pewnie zastanawiasz się, dlaczego do Ciebie piszę. Kończysz dziś dwanaście lat. Teraz to dopiero będzie się działo! W przyszłym roku czeka Cię dużo zmian. Będziesz często czuła się zagubiona i samotna, ale nie bój się. Zawsze będziesz miała wokół siebie dużo kochających Cię osób i nie zapominaj, że ja zawsze będę Cię wspierać. Niedługo będziesz musiała się pożegnać z przyjaciółkami ze szkoły i odnaleźć się w zupełnie nowym środowisku. Przeprowadzka nie będzie przyjemna, ale nic się nie martw, bo spotkasz w nowym miejscu dobrych ludzi, którzy odegrają ważną rolę w Twoim życiu. Już niedługo zacznie Ci towarzyszyć nowy czworonożny przyjaciel, który nie odstąpi Cię na krok.
Nie zawsze słuchaj dorosłych! Nie na wszystkim się znają. Twój ojciec nie zawsze ma rację. W tym wypadku się myli. Twoje śpiewanie to nie tylko hobby i głupie widzimisię, jak twierdzi, ale talent i prawdziwa pasja. Nie daj sobie wmówić, że to tylko dziecięca zabawa. Sprawia Ci to ogromną radość, więc nie odpuszczaj. Bądź cierpliwa, pracowita i pełna zapału, a osiągniesz wiele.
Życzę Ci magicznego i pięknego kolejnego roku życia.
Przyjaciółka
– Łucjo, oszukujesz! Miałaś nie otwierać jeszcze prezentów! – Monika wparowała do pokoju i przerwała mi ponowne czytanie listu. – Całe szczęście, że zdążyłam cię powstrzymać. Jeszcze nic ważnego nie odpakowałaś.
– Od kogo są te prezenty? – zapytałam zbita z tropu, po czym szybko schowałam list do błękitnej koperty.
– Ten duży w zielonym papierze od rodziców. Ten żółty ode mnie, a te dwa mniejsze od twoich przyjaciółek. Dziadkowie przekażą ci prezenty w sobotę, kiedy będziemy u nich na kawie.
Moja o trzy lata starsza siostra nie ukrywała nawet, że zazdrości mi sterty podarunków. Patrzyła na nie łapczywym wzrokiem, tak jakby chciała zabrać chociaż jeden dla siebie.
– A to od kogo? – zapytałam, pokazując kopertę.
– Nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Nie widziałam go wcześniej. Pewnie od cioci i wujka Nowaków. To na pewno od nich! Od kogo innego miałby być? A co to jest? Pieniądze? – Spojrzała z zazdrością.
Monika, w przeciwieństwie do mnie, uwielbiała ten rodzaj upominków. Wszystkie pieniądze wydawała na nowe kosmetyki. Nie do końca to rozumiałam, bo rodzice i tak nie pozwalali jej malować się do szkoły, więc nowe nabytki przez większość czasu leżały nieużywane w łazience.
– Tak, pieniądze – rzuciłam na odczepnego.
Nigdy nie okłamywałam siostry, to był pierwszy raz. Spojrzałam na jej twarz badawczo, szukając oznak rozbawienia. Pomyślałam, że jeżeli list był żartem, zrobionym przez nią samą, nie zdoła utrzymać powagi, lecz wyraz jej twarzy nie zmienił się.
– Zazdroszczę, ostatnio widziałam taki świetny tusz do rzęs. Od razu bym wiedziała, na co wydać te pieniądze. Ale ja, niestety, do urodzin muszę poczekać jeszcze cztery miesiące – trajkotała dalej, nie zmieniając tonu. – Chyba że ty, jako kochana, młodsza siostra, się ze mną podzielisz.
– Nie.
– Ty zawsze taka jesteś! A ja się z tobą wszystkim dzielę. Bluzkę ci nawet ostatnio pożyczyłam!
– Nieprawda. Nakrzyczałaś na mnie, że włożyłam ją na apel w szkole.
– Bo to była moja ulubiona, tylko na specjalne okazje, ale taką zwykłą bym ci na pewno pożyczyła. Tak czy siak, miałaś teraz jeszcze nic nie ruszać! Chodź na dół. Mama przywiozła tort lodowy, twój ulubiony!
Zanim zdążyłam zaprotestować, Monika złapała mnie za rękę i wyciągnęła z pokoju. Chyba zdążyła bardziej pokochać tort lodowy niż ja. Błękitna koperta wylądowała na moim łóżku. Musiała zaczekać.
Mamę zapytałam o kopertę dopiero następnego dnia, kiedy rano zeszłam do kuchni. Tajemniczą wiadomość znałam prawie na pamięć. Świeciłam sobie latarką i czytałam ją wiele razy do późnych godzin nocnych. Nic z niej nie rozumiałam. Do tego autorka listu zwracała się do mnie imieniem, które ostatnio sama sobie wymyśliłam, bo bardzo spodobało mi się w amerykańskich książkach. Nikt nie nazywał mnie „Lucy”. Jeśli to był żart, to bardzo nieudany. Wcale nie było mi do śmiechu. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Długo nie mogłam zasnąć, a kiedy nareszcie zasnęłam, śniło mi się, że ktoś patrzy na mnie przez okno. Po przebudzeniu czułam dziwny niepokój. Wydawało mi się, że nadal mnie ktoś obserwuje. Mój pokój jest na pierwszym piętrze, a i tak spuściłam żaluzje.
– Niebieska koperta? – Mama podniosła wzrok znad patelni z jajecznicą. – Julka ją przyniosła. Mówiła, że jest dla ciebie na urodziny. Nie domyśliłaś się, że to od niej?
Nie odpowiedziałam. Raptem zrozumiałam wszystko. Byłam zła na Julkę, nawet wściekła. Tak wściekła, jak tylko potrafi być dwunastolatka. Odstawiłam z impetem szklankę z sokiem na stół. Kilka kropli spadło na obrus. Udałam, że tego nie widzę.
– Stało się coś? – zapytała mama.
– Nic się nie stało, idę do szkoły – burknęłam.
– Poczekaj, zaraz będzie śniadanie na ciepło.
– Nie jestem głodna.
Wzięłam kanapkę, zarzuciłam plecak i bez pożegnania z mamą wybiegłam z domu.
Dotarłam do szkoły wcześniej niż zwykle. Prawie dziesięć minut czekałam na Julkę przy jej szafce. Kiedy uśmiechnięta wyszła zza rogu i pomachała mi ręką, nadal byłam na nią wściekła.
– Uważasz, że to było śmieszne?! – krzyknęłam. – Przez ciebie nie spałam całą noc. Zaczęłam się bać, że coś mi grozi.
– O czym ty mówisz? – Julka zrobiła dwa kroki do tyłu.
Nie spodziewała się mojego ataku. Najwyraźniej myślała, że nie dowiem się, że to ona przyniosła list.
– Jak to o czym? O twoim durnym prezencie!
– Nie podobały ci się kredki? Są świetne, a ty ostatnio sporo rysujesz. Co chwilę widzę cię ze szkicownikiem w dłoni. Myślałam, że profesjonalne kredki ci się przydadzą. Zamówiłyśmy je z mamą do naszego ulubionego sklepu artystycznego, bo nie były dostępne od ręki.
– Nie mówię o kredkach.
– A o czym? – Patrzyła na mnie coraz bardziej zdezorientowana.
– Przestań udawać. – Byłam na nią wściekła. – To wcale nie było zabawne.
– Łucjo, nie wiem, o czym mówisz.
– O twoim głupim liście!
Jej oczy zrobiły się jeszcze większe ze zdziwienia.
– Jakim liście? – Jej głos zabrzmiał piskliwie, jakby miała się zaraz rozpłakać. Gwałtownie złapała oddech. Na jej policzkach pojawiły się czerwone plamy.
– O tym w niebieskiej kopercie, który napisałaś, żeby mnie przestraszyć.
– Ale ja nic nie napisałam!
– Nie kłam! To nie jest śmieszne! – nie odpuszczałam.
Chciałam, żeby kłamczucha się przyznała. Ja całą noc nie spałam z powodu strachu przed tym listem, a ona teraz udawała niewiniątko. Powinna mieć przynajmniej na tyle odwagi, żeby się przyznać.
– Znalazłam ten list, kiedy rano szłam do ciebie. Leżał koło skrzynki pocztowej. Myślałam, że wypadł listonoszowi. Zaniosłam go do was do domu, bo zaczęło padać. Nie chciałam, żeby zamókł. Szkoda mi było, żeby tak ładny papier się zniszczył.
– A skąd niby wiedziałaś, że to list do mnie?
– Nie wiedziałam. Twoja mama powiedziała, że w takiej ozdobnej kopercie na pewno są życzenia urodzinowe, i poprosiła, żebym ją zaniosła do twojego pokoju.
– Mam w to uwierzyć?! – krzyczałam.
– Tak było. Mówię prawdę. – Głos Julki zadrżał.
– Kłamczucha!
– Nie nazywaj mnie tak! Jak uważasz, że cię okłamuję, to po co zaprosiłaś mnie na urodziny?! Mam lepsze rzeczy do roboty niż spędzanie czasu z kimś, kto mnie obraża i wymyśla jakieś dziwne rzeczy na mój temat.
Obu nam puściły nerwy. Nasza kłótnia skończyła się rozmową z panią pedagog i okazała się końcem naszej dziecięcej przyjaźni. Parę lat później byłam już pewna, że Julka wtedy nie kłamała. To nie ona była autorką listu w błękitnej kopercie. Szkoda, że nigdy jej tego nie powiedziałam.
Dość szybko zapomniałam o błękitnej kopercie. Nieco dłużej zajęło mi pogodzenie się z utratą najlepszej przyjaciółki, ale z tym też się uporałam. W moim dziecięcym życiu działo się mnóstwo rzeczy. Po zakończeniu roku szkolnego wyprowadziliśmy się z rodzicami z małej Sobótki do Wrocławia, który wydawał mi się ogromny. Ojciec dostał awans, a mama uważała, że wrocławskie szkoły dadzą mi i mojej siostrze większe możliwości rozwoju i zapewnią lepszy start w życie. Ja i Monika nie podzielałyśmy jej zdania. Moja siostra tęskniła za pierwszym chłopakiem, a ja za koleżankami i ulubionymi nauczycielkami.
Kiedy wprowadziliśmy się do wynajętego we Wrocławiu domu, rodzice, żeby nas udobruchać, kupili nam psa. Była to brązowa suczka rasy cocker spaniel o imieniu Astra. Monika nadal tęskniła za swoim pierwszym chłopakiem, a ja dzięki Astrze odkryłam moją wielką miłość do zwierząt. Nie tęskniłam już tak bardzo za Sobótką, szczególnie że tam nie mogłam mieć psa.
Szybko zaaklimatyzowałam się w nowej szkole i przekonałam rodziców do zapisania mnie do szkoły muzycznej na lekcje śpiewu. Ojciec na początku nie był przekonany do tego pomysłu i twierdził, że przez śpiewanie nie będę mogła skupić się na nauce. Zgodził się chyba tylko dlatego, że chciał mieć święty spokój. Początkowo chodziłam na jedną lekcję w tygodniu, ale kiedy na koniec semestru przyniosłam do domu same dobre oceny, to i tata uwierzył, że dam radę łączyć obie szkoły. Nareszcie w pełnym wymiarze mogłam robić to, co lubię. Nauczycielka śpiewu, pani Łopetek, pozwoliła mi nawet na zajęcia przyprowadzać Astrę. W szkole muzycznej poznałam wiele nowych koleżanek. Moja przyszłość we Wrocławiu zapowiadała się zaskakująco dobrze.
O tajemniczym liście przypomniałam sobie dopiero, kiedy w dniu trzynastych urodzin znalazłam identyczną błękitną kopertę w skrzynce na listy. Miałam wejść szybko do pokoju, przebrać się i ruszyć z Asią, koleżanką z lekcji śpiewu, do kina. Ale nie mogłam się powstrzymać przed przeczytaniem listu.
Droga Lucy!
Z okazji urodzin życzę Ci spełnienia wszystkich marzeń! Chociaż na niektóre z marzeń będziesz musiała jeszcze trochę poczekać. Bardzo się cieszę, że tak dobrze zaaklimatyzowałaś się we Wrocławiu. To była dla Ciebie ogromna zmiana. Jestem z Ciebie naprawdę dumna.
Czy udało Ci się przekonać tatę do lekcji śpiewu? On bywa bardzo uparty, ale kocha Cię na swój sposób, tylko nie potrafi tego okazać. Chce dla Ciebie jak najlepiej, nawet jeśli bywa bardzo srogi.
Ale nie o nim chciałam napisać! Dzisiaj najważniejsze są Twoje urodziny. Trzynaście lat! Co za piękny wiek. W najbliższym roku nie rezygnuj z marzeń, rozwijaj swój głos i nie daj sobie wmówić, że to bez sensu. Nie zapominaj o pasji do rysowania. To będzie dla Ciebie spokojniejszy rok niż poprzedni. Czas, żeby zaczerpnąć powietrza, bo dopiero później zacznie się jazda bez trzymanki. Czerp z życia pełnymi garściami!
Pamiętaj, że zawsze Cię wspieram!
Przyjaciółka
Przeczytałam list kilkukrotnie. Coś mi się nie zgadzało. Przecież Julia nie znała mojego nowego adresu. Od naszej zeszłorocznej kłótni nie zamieniłam z nią ani jednego słowa. Dziewczyna nie mogła kontynuować swojego głupiego żartu. Skąd ktoś inny miałby identyczną kopertę? Skąd ktokolwiek, oprócz mojej mamy i siostry, mógł wiedzieć o tym, że ojciec był sceptycznie nastawiony do lekcji śpiewu? Były to rzeczy, które nie wychodziły poza naszą rodzinę. Nigdy nie należałam do dzieci, które psioczyły na rodziców. Uważałam, że to, co dzieje się w rodzinie, ma również w niej pozostać i nikomu nic do tego. Ktoś jednak znał sytuację u nas w domu na tyle dobrze, żeby móc o tym napisać w liście.
Nic z tego nie rozumiałam. Uczucie bycia obserwowaną powróciło ze zdwojoną siłą. Po co ktoś miałby mnie straszyć i szpiegować? Moja rodzina nie była bogata. Ja nie byłam wyjątkowo piękna ani wybitnie uzdolniona. Byłam za bardzo zwyczajna, żeby mnie śledzić. To wszystko nie miało sensu.
Po powrocie z kina przeszukałam mój pokój. Przez cały seans moje myśli krążyły wokół koperty. Nie wiedziałam nawet, o czym był film. Chciałam koniecznie odnaleźć ubiegłoroczny list i porównać go z tym otrzymanym dzisiaj. Odnalazłam go w pudle z zeszytami z poprzedniego roku szkolnego. Był wciśnięty pomiędzy zeszyty z matematyki i języka polskiego. Dziwne, że go przez przypadek nie wyrzuciłam.
– Łucjo, zejdź, proszę, na dół, upiekłam ciasto na twoje urodziny! – usłyszałam głos mamy na schodach.
– Nie zejdę dzisiaj, kiepsko się czuję – odpowiedziałam słabym głosem.
– Co się stało, kochanie? – Mama od razu znalazła się przy uchylonych drzwiach do mojego pokoju. – Źle wyglądasz, jakaś blada jesteś. Strułaś się czymś?
Kiwnęłam głową. Nie byłam w stanie nic więcej powiedzieć.
– Zaparzę ci mięty. Ona zawsze pomaga przy bólach brzucha – powiedziała i zostawiła mnie samą.
Wcale się nie dziwiłam, że byłam blada. Przeczytałam zeszłoroczny list. Ten, który podobno był od Julki. Wszystko, o czym pisała tajemnicza przyjaciółka, się sprawdziło.
W moje szesnaste urodziny, jak co roku, dostałam list. Kiedy wyszłam z domu, od razu zobaczyłam niebieską kopertę, która wystawała ze skrzynki pocztowej. W pierwszej chwili chciałam ją porwać na strzępy. Całą noc nie spałam z nerwów przed kolejną wiadomością w niebieskiej oprawie.
Listy przychodziły co roku, a ja nie dowiedziałam się niczego o sekretnym nadawcy błękitnych wiadomości. Długo walczyłam sama ze sobą, czy komukolwiek o nich powiedzieć. Kilkukrotnie byłam o krok od powiedzenia Monice o ich istnieniu. Byłyśmy z siostrą blisko, jednak trzyletnia różnica wieku sprawiała, że czasami czułam się przez nią traktowana jak dziecko. Chyba właśnie to powstrzymało mnie ostatecznie przed powiedzeniem jej o błękitnych kopertach. Nie chciałam, żeby potraktowała mnie jak podlotka, który sobie coś wymyślił. Przecież chciałam, żeby patrzyła na mnie jak na dorosłą.
Mamie również nic nie powiedziałam, ponieważ nie chciałam jej martwić. Sama miała dużo problemów na głowie. Jej związek z tatą nie do końca się układał. Często się kłócili, a mój ojciec zawsze miał ostatnie zdanie. Bardzo było mi jej szkoda. Kiedyś słyszałam, jak Monika mówiła mamie, że powinna pójść z ojcem na terapię małżeńską. Próbowała ją przekonać, że to może pomóc.
– Na terapię? Przecież twój ojciec nie wierzy w takie rzeczy – odpowiedziała mama z goryczą. – On uważa, że wszelkie terapie są dla świrów. W życiu by się na coś takiego nie zgodził. Zresztą my naprawdę nie potrzebujemy pomocy. Jesteśmy normalnym związkiem z długim stażem. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, że się kłócimy.
Jednak zarówno ja, jak i Monika widziałyśmy, że relacja naszych rodziców nie była normalna. Nie mogłyśmy na to nic poradzić. Tym bardziej nie chciałam dokładać mamie zmartwień i opowiadać jej o listach nieznanego pochodzenia.
Miałam dobre znajome, może nawet przyjaciółki, ale nie potrafiłam otworzyć się przed nimi na tyle, żeby opowiedzieć im o tych dziwnych, przychodzących tylko raz w roku przesyłkach. Gdzieś wewnętrznie bałam się, że uznają mnie za wariatkę. A dla mnie, jako nastolatki, nie było nic ważniejszego niż dobre kontakty ze znajomymi.
W końcu przez te wszystkie lata nie opowiedziałam o listach nikomu. Były one moim małym sekretem. Zagadką, której nie mogłam rozwiązać. W tym roku jednak bardzo chciałam, żeby list się nie pojawił. Niestety, nie miałam tyle szczęścia.
Koperta ponownie czekała na mnie w skrzynce na listy. […]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Błękitne koperty
isbn: 978-83-8423-449-5
© Marta Jednachowska i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Anna Pomianek | JezykoweDylematy.pl
korekta: Emilia Kapłan
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
