Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
175 osób interesuje się tą książką
Ich miłość nie zna końca.
Osiem lat po śmierci męża Marka Trevenę napędza tylko jeden cel: zniszczyć kardynała Mortimera Cashela, człowieka odpowiedzialnego za jego tragedię. Jako były analityk CIA i właściciel ekskluzywnego klubu BDSM Mark buduje świat w cieniu tajemnic, manipulacji i pożądania.
Ale gdy w jego życie wkraczają Isolde– bezwzględna płatna zabójczyni oraz Tristan – lojalny ochroniarz, wszystko wymyka się spod kontroli. Między nimi rodzi się namiętność, która stawia ich uczucia w ogniu próby, a zemsta staje się jedynie tłem dla prawdziwej gry serc i dusz.
Teraz, gdy Cashel obejmuje tron papieża, stawką jest nie tylko miłość, ale i życie. W świecie, gdzie granice między świętością a pożądaniem zatarły się na zawsze, Mark, Isolde i Tristan muszą spalić wszystko, by odnaleźć wolność – i siebie nawzajem.
Ta historia jest naprawdę HOT. Sugerowany wiek: 18+
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 594
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Kiedy wróciłem z Lyonnesse,
A w oczach był przedziwny blask,
Wszyscy widzieli, co w nich trwa,
Jakże bez dna ta jasność jest,
Kiedy wróciłem z Lyonnesse.
A w oczach był przedziwny blask!
– Thomas Hardy
tłum. Zygmunt Kubiak
Uwagi dotyczące treści
W książce pojawiają się niesprecyzowane odniesienia do historycznych przypadków nadużyć popełnianych przez osoby duchowne. Nie są one przedstawione w fabule i nie dotyczą głównych bohaterów.
W treści znajdują się również odniesienia do samookaleczeń w kontekście religijnym, a w rozdziale 16 wspomina się – lecz nie zostało to opisane – samookaleczenie w kontekście niereligijnym. W rozdziale 22 Mark posługuje się metaforą dźgnięcia nożem, aby opisać to, co robi sobie, pielęgnując własną zazdrość, a w rozdziale 40 – metaforą pogrzebania samego siebie, aby zobrazować, dokąd doprowadziły go jego decyzje.
W rozdziale 18 ukazano próby napaści i porwania postaci drugoplanowej przez prześladowcę, udaremnione przez jednego z głównych bohaterów. To zdarzenie obejmuje także groźbę oszpecenia twarzy.
Całość utworu porusza wątki związane z religią i przemocą.
Osiem lat wcześniej
W pamięć najbardziej zapadła mu muzyka operowa.
Wylewała się przez otwarte drzwi z tyłu budynku, niosła się dalej, na podwórze i w trawiaste alejki. Nie milkła – mimo strzałów, mimo krzyków, mimo że jego świat się kończył.
Była w jakiś sposób nierozerwalnie związana z tą sceną, tak samo nieodłączna jak czarne od chmur niebo czy lśniące kałuże na ulicach. Przez jedną, trwającą wieczność sekundę Mark Trevena pomyślał: „Trzecia opcja”.
Zapomnieć o dyplomacji, zapomnieć o wojnie. Dwóch martwych Amerykanów w zaułku, wrzeszczący mu do ucha starszy oficer bezpieczeństwa, muzyka z opery Turandot rozbrzmiewająca w gęstym, wilgotnym powietrzu nocnego Krakowa.
Jednym z martwych Amerykanów był Eliot, jego mąż.
Ale Mark nie trafił do rangersów, a później do CIA, dlatego że był powolny, że się bał albo nie potrafił dostrzec elementów układanki. Pojął wszystko w tej samej chwili, gdy to się rozgrywało – Eliot spotykający się z informatorem w sprawie nowego handlarza bronią, amerykańscy żołnierze na patrolu, informator przekonany, że został wrobiony… i świszczące kule.
A teraz informator nie żył, amerykański żołnierz nie żył i Eliot też nie żył, a pozostali żołnierze z patrolu wzywali posiłki.
Trzeba było zrobić wszystko, by nie znaleźli na miejscu agenta CIA spotykającego się ze znanym handlarzem bronią – tym samym, który właśnie zabił żołnierza na służbie.
Trzeba było zrobić wszystko, by nikt się nie dowiedział, że ktoś z CIA w ogóle tu był.
Zejście z dachu biblioteki botanicznej, skąd obserwował wszystko przez monokular termowizyjny i nasłuchiwał rozmowy Eliota, zajęło mu niewiele czasu. Mark poruszał się cicho, bezszelestnie, jedynym dźwiękiem był cichy wydech, gdy skoczył z zadaszonego balkonu prosto na dziedziniec. Miał pewność, że żołnierze go nie usłyszą. Jeden z nich udzielał pomocy dwóm rannym towarzyszom, wciąż próbując osłaniać wejście do zaułka. Był zajęty, zakrwawiony, całkowicie pochłonięty bohaterstwem. A muzyka z Turandot tłumiła niemal każdy odgłos: oddech, kroki, cichy jęk, który wyrwał się Markowi, gdy odwrócił twarz Eliota ku sobie i zobaczył, że błękitne oczy, dla których kiedyś stracił głowę, były już martwe.
Przy dźwiękach wznoszącego się głosu tenora śpiewającego Nessun dorma przeciągnął ciała swojego męża i informatora w cień, w mroczny kąt przy bibliotece, by zaczekać, aż starszy oficer bezpieczeństwa zorganizuje transport i je zabierze.
Kiedy przybyły posiłki i żołnierze dotarli na koniec zaułka, nie zastali niczego. Wszędzie było pusto, nie licząc muzyki i plam krwi.
***
Kilka tygodni później do stojącej na cmentarzu Melody Treveny podszedł jej brat. Letnie słońce odbijało się od ich włosów, tworząc dwie identyczne aureole ze złota i platyny. Wyraziste rysy i oczy w kolorze oceanu sprawiały, że podobieństwo było uderzające. Bliźnięta Trevena dorobiły się przed laty reputacji, przez którą nie pozwolono im w Langley pracować razem. Oboje stali się zbyt łatwo rozpoznawalni. Jeśli byłeś przestępcą i nagle podchodziła do ciebie para nadzwyczaj atrakcyjnych blondwłosych osób w nienagannych garniturach i z socjopatycznymi uśmiechami, wiedziałeś, że przysłano po ciebie bliźnięta. To budziło w ludziach niepotrzebną czujność i komplikowało sprawy. Choć żadna misja nie zakończyła się porażką, ten układ skutkował większą liczbą zakrwawionych jedwabnych bluzek, niż Melody była w stanie znieść. Zatem w Langley rodzeństwo rozdzielono, a choć brakowało jej komunikacji bez słów i bezgranicznego zaufania, to nie tęskniła za rachunkami z pralni chemicznej.
– Nie dali ci flagi – zwróciła się do brata Melody.
Poniżej, między drzewami, żałobnicy powoli oddalali się od grobu Eliota. Eliot był lubiany i ceniony. Choć miał wielu kochanków, Mark nigdy nie miał mu tego za złe. Melody widziała, jak bolało go stanie w tłumie w roli jednego z wielu żałobników. Jego małżeństwo z Eliotem w oczach ludzi, których obaj znali, sprowadzało się do długoterminowego zlecenia, zawodowego partnerstwa, wygodnego seksu.
Melody uważała, że sam Eliot traktował to małżeństwo właśnie w taki sposób. Mark kochał go zawsze bardziej, niż Eliot kochał jego, a kiedy Melody powiedziała to bratu, ten tylko mruknął cicho: „Wiem”. Co mogła na to odpowiedzieć?
– Dali flagę jego matce – odparł. – Tak należało. Nie wiedziała, że my… Myślała, że kiedyś byliśmy razem. Tak jej powiedział ostatnim razem, gdy rozmawiali.
Mark nie patrzył na grób, lecz na drzewa w oddali, a Melody wiedziała, że przywołuje w pamięci obraz ciemnego zaułka i bladych dłoni Eliota, zabrudzonych ziemią i trawą wskutek przeciągnięcia go do miejsca, skąd zabrano ciało.
Czuła litość dla brata i irytację na Eliota za to, że zostawił go w takim położeniu – samotnego żałobnika uznanego za osobę bez znaczenia. Znalazł jeszcze jeden sposób, by przypomnieć Markowi, że ich małżeństwo było dla niego zabawką, którą można łatwo porzucić.
– Masz jego zegarek – zauważyła, zerkając na nadgarstek Marka. – Pozwolili ci go zatrzymać?
– Nie pytałem.
Spojrzała mu w twarz. Oczy miał suche, czego się zresztą spodziewała. Zauważyła jednak krótki skurcz dłoni, drobny sygnał, którego Mark nigdy nie potrafił ukryć tak dobrze, jakby chciał.
– Mówią, że to wydarzyło się w Koszycach – rzuciła, odwracając wzrok.
– Tak – odpowiedział po chwili. – Tak jest bezpieczniej. Dzięki temu sprawa ma mniej powiązań z zabitym w Krakowie żołnierzem.
McKenzie Reed. Melody rzadko opłakiwała zmarłych, ponieważ w jej pracy szybko stałoby się to wyczerpujące, ale w przypadku tej żołnierki poczuła ukłucie żalu. Była odważna, lojalna i queer. Dziewczyna McKenzie pracowała w Langley jako analityczka zajmująca się podsłuchem na rosyjskim kierunku, a gdy Melody dowiedziała się o śmierci McKenzie, zostawiła na jej biurku pod klawiaturą kartkę z numerem telefonu oraz krótką wiadomością, żeby zgłosiła się do niej, jeśli czegokolwiek będzie potrzebować: wywalczyć u przełożonych urlop okolicznościowy, uporządkować rzeczy i sprawy związane ze wspólnym mieszkaniem albo po prostu porozmawiać z kimś, kto rozumiał, co straciła. Cokolwiek.
– Przykro mi. – Melody nie dotknęła brata, ale zwróciła się ku niemu. – Naprawdę mi przykro.
Mark skinął głową, przyjmując jej szczerość, a także wszystko to, czego nigdy mu nie powie. „Będzie dobrze, czas leczy rany, a wszystko dzieje się z jakiegoś powodu”. Powiedziała za to:
– Wszyscy wiedzą, że to nie była twoja wina. Wiedzą, że to Lackland zorganizował spotkanie i zapomniał poinformować wojskowego łącznika po tym, jak daliśmy zielone światło. Wiedzą też, że tak się kończy, kiedy pozwalamy tym pieprzonym typom z NSA się wtrącać.
Mark oderwał wzrok od drzew i majaczących mu przed oczami obrazów z przeszłości, po czym spojrzał na siostrę.
– Lackland niczego nie zapomniał. Dopilnował, żebyśmy znaleźli się w mieście pełnym patrolujących żołnierzy, w zaułku, razem ze znanym przeciwnikiem. Myślę, że chciał, żeby informator zginął, a każdy, kto wiedział to, co on, razem z nim.
Oczy Melody zwęziły się ledwie dostrzegalnie, gdy przyglądała się bratu. Żadne z nich nie miało skłonności do snucia teorii spiskowych, ale oboje dobrze wiedzieli, jak pokrętne i przesadnie zawiłe potrafią być intrygi wymyślane przez agencje wywiadowcze. Czy było możliwe, że nieudolny i trzymający się posady dzięki koneksjom John Lackland dopuścił się zdrady stanu w jakiejś fatalnie przemyślanej próbie zdobycia władzy? Jak najbardziej. Czy było możliwe, żeby zrobił to skutecznie?
W to raczej nie wierzyła.
– Wiedzielibyśmy, gdyby tak było – odparła. – Po pierwsze, nie jest wystarczająco bystry, a po drugie, jest zbyt leniwy, żeby zorganizować coś takiego, i to jeszcze w dwóch agencjach naraz. Po co miałby ryzykować stanowisko i przyszłe awanse?
– Raczej nie on to wymyślił. Sądzę, że jest powiązany z grupą, dla której pracował informator.
Ys było tylko plotką. Niczym więcej niż kilkoma zdaniami wypowiedzianymi przez mężczyznę w zaułku tuż przed śmiercią. Do tego brzmiały dość niewiarygodnie. Podejrzany handel bronią, podżeganie do wojny dla zysku, korupcja na najwyższych szczeblach władzy, i to trwająca od stuleci.
– Nie wiemy jeszcze, czy Ys w ogóle istnieje, a tym bardziej, czy ktoś z naszych jest w to zamieszany.
– Ale jeśli jest…
Melody poczuła lekkie ukłucie niepokoju. Ufała Markowi bardziej niż komukolwiek, znała go lepiej niż samą siebie i wiedziała, że on tego nie odpuści. Jeśli uzna, że Eliot zginął, bo zostali wrobieni, zdradzeni, poświęceni, to nigdy, przenigdy o tym nie zapomni.
Uświadomiła sobie, że pytanie, które chce zadać, powinna była zadać w chwili, gdy tylko zobaczyła go idącego w jej stronę w czarnym garniturze, ze skradzionym srebrnym zegarkiem błyszczącym na nadgarstku.
– Co zamierzasz zrobić?
Spojrzenie jej brata powędrowało w kierunku alejki, na której wciąż kręciło się kilka osób rozmawiających cicho, z powagą. Obok nagrobka na stojaku wyeksponowano zdjęcie Eliota, a wszystko wokół zdobiły białe kwiaty magnolii przemieniające otwarty grób w ogród. Niżej, poza zasięgiem wzroku, spoczywała czarna trumna ze srebrnymi okuciami, ale jej połysk zgasł pod garściami ziemi.
– To jest ta trzecia opcja – powiedział, nie patrząc na nią. – Tu nas to doprowadziło. Nie było pożegnania. Niczego nie naprawiliśmy. Nikt nawet nie wie, w jakim mieście naprawdę zginął mój mąż. Po co to wszystko, Melody? Co dały te trzy trupy?
– Nigdy nie zauważyłam, żebyś się specjalnie przejmował śmiercią – odparła Melody. – Ilu ludzi zabiłeś? Ilu widziałeś umierających?
Rzucił jej ukradkowe spojrzenie.
– Sugerujesz, żebym mniej osobiście traktował śmierć męża?
– Sugeruję, że nie powinna zmieniać twojego spojrzenia na misję. Na ocenę tego, jak działa wywiad i jak wyglądają operacje specjalne.
Na jego twarzy pojawiło się teraz coś w rodzaju uśmiechu. Nie był to wesoły ani braterski grymas. Był groźny i ostry. Wargi Marka wykrzywiły się, odsłaniając białe siekacze.
– Ale zmienia – odparł. – Znajdę osobę odpowiedzialną za śmierć Eliota i ją zabiję. A kiedy to zrobię, dopilnuję, by ciało mordercy warte było znacznie więcej niż nekrolog ze sfałszowaną nazwą miasta.
– Co masz na myśli?
– Czwartą opcję.
Jego uśmiech stał się jeszcze groźniejszy.
Mark
Śni mi się, że stoję pomiędzy dwoma grobami. Panuje zima, taka, która smaga wilgocią i wyje, a wiatr zrywający się od morza ma w sobie bezwstydną żądzę mordu. Ignoruję go, bo to to samo morze, nad którym dorastałem, ten sam wiatr.
Znam jego humory, a jego dzisiejszy nastrój pasuje do mojego.
Groby nie znajdują się na cmentarzu, lecz w ogrodzie otoczonym murem, na wysuniętym ku zachodowi cyplu przypominającym zaciśniętą pięść skały uderzającą w zachodzące słońce. Stoi tu potężna twierdza, siedziba mojej władzy – fortyfikacje i koszary, a przestrzenie pomiędzy nimi wypełniają niezliczone domostwa oraz niewielka chrześcijańska kaplica, na której budowę pozwoliłem przed laty.
Latem na turkusowych wodach u stóp cypla kołyszą się statki przywożące wino i bogactwa, gotowe zabrać moje cynę i brąz. Po drugiej stronie wąskiej skalnej mierzei rozciąga się stały ląd z tętniącym życiem dużym miastem – z okazałych domów i niewielkich sal unosi się dym. W noc Beltane widać pochodnie i ogniska, a czasem ponad szumem fal można nawet usłyszeć bębny.
Ale teraz jest zima, a cypel spowija mgła. Nie ma statków, ognisk ani bębnów.
Nawet w tym ogrodzie, pośród wysokich kamiennych murów, pamiętającym o jasnych letnich dniach i pełnych koszach niesionych do kuchni, nie ma już nic. Żadnego światła, żadnego życia. Tylko wilgoć, wiatr i dwa porosłe trawą groby.
Pozostały jednak jakieś resztki życia, które rozpoznaję tak samo dobrze, jak widzi je senna wersja mnie samego. Ogród przez ostatnie lata popadł w ruinę, róże uschły, a zioła zdziczały, lecz dwie rośliny rozkwitły mimo zaniedbania, nieobecności ogrodników i gorzkiego podlewania moim smutkiem. Leszczyna i wijący się wiciokrzew. Są o wiele większe, niż można by się spodziewać po tak młodych roślinach.
Leszczyna, wyrastająca z grobu martwego rycerza, rozpostarła już szeroko swoje gałęzie, a wiciokrzew, zakorzeniony w grobie martwej królowej, dotarł aż do drzewa i wspiął się na nie, oplatając każdą gałąź, do której zdołał sięgnąć. Latem niemal nie sposób dostrzec, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Razem tworzą żywą zieloną gęstwinę liści i różowożółtych kwiatów. Zimą łatwiej to rozróżnić. Tylko wiciokrzew zachował część swojej zieleni.
Przechodzę między grobami i – jak to często robię – klękam pośrodku. Palcami muskam umierające liście zaplątane w wysokiej trawie. Liście, które wyrosły z ziemi tak cennej, że nie pozwalam nikomu się do niej zbliżyć.
Mój martwy rycerz. Moja martwa królowa.
W tym zimnym pustym ogrodzie… Martwi przeze mnie.
Mark
Teraźniejszość
Nie żałuję. Uważam, że powinieneś to o mnie wiedzieć, musisz to zrozumieć. Nie żałuję. Zrobiłbym to ponownie.
To, co robię, jest egoistyczne, a wszystko, co zrobiłem od chwili pocałunku z moim ochroniarzem na dachu klubu, tak samo wynikało z egoizmu. Wszystko – odkąd zaręczyłem się z Isolde Lawrence, odkąd założyłem Lyonesse, odkąd patrzyłem, jak mój mąż wykrwawia się na śmierć w ciemności przy dźwiękach muzyki operowej.
Mogę nazwać to sprawiedliwością albo zemstą, może nawet miłością… Ale znam prawdę. Znam siebie. Pragnę. Pragnę jak wygłodniały wilk, pragnę jak morze, które rozbija się o skały. Pragnę bez sensu, bez końca, całym sobą.
Chcę odzyskać moją żonę. Chcę mojego ochroniarza.
Chcę zacisnąć dłonie na ich gardłach i poczuć sól ich łez na moich ustach.
Nie jadę zwykłą drogą do Morois House, tylko parkuję kilka kilometrów wcześniej, na prywatnej nieoznaczonej ścieżce, i przeciskam się przez wrzosy przyprószone śniegiem, aż docieram do skraju lasu, zostawiając za sobą wrzosowisko. Na wąskiej dróżce prowadzącej w dolinę i dalej do samego domu trzymam się w miarę możliwości trawy i kamieni, by nie zostawiać śladów. To stary nawyk, który nabyłem właśnie tutaj, razem z Melody i naszą starszą siostrą Blanche. Mój dziadek, emerytowany agent MI6, bawił się z nami w długotrwałe, rozbudowane gry w chowanego w tych lasach, pokazując nam, jak ukrywać się w słoneczny lub deszczowy dzień, jak szukać osłony przy dobrym i złym świetle. Uczył nas nazw kwiatów i rozpoznawania dźwięków wydawanych przez ptaki, tak by można było poznać, czy ktoś się zbliża. A także jak rzucać patykami i kamieniami w drzewa, by zmylić pościg, jak zawracać, zwielokrotniać kroki, chodzić w kółko, by trop stał się niemożliwy do śledzenia.
Pewnego dnia zabrał nas na długi spacer do kamiennego kręgu, zrujnowanego, porośniętego trawą i polnymi kwiatami. Dziadek wyjaśnił, że drzewa rosną tam zbyt gęsto, by okoliczni rolnicy mogli wypasać owce, a poza okazjonalnym wędrowcem, który liczył na to, że skończy w pubie, nikt tu nie zaglądał. Krąg widniał na mapach Ordnance Survey, ale dotarcie do niego stanowiło trudność, a będąc w pobliżu malowniczego wybrzeża Tintagel, po co się trudzić? Kornwalia ma pod dostatkiem menhirów, dolmenów i kurhanów z wygodniejszym parkingiem i mniejszą ilością jeżyn, poza tym większość odwiedzających nie przyjeżdżała tu dla historii, ale po to, by cieszyć się morzem.
Dziadek chciał, byśmy pamiętali, że rodzina Trevenów, nawet jej ostatnie amerykańskie odgałęzienie, nie jest tu gościem. Utrzymywał, że Trevenowie w dawnych czasach korzystali z tych kamiennych kręgów, że jesteśmy potomkami ludzi, którzy zbudowali je pięć tysięcy lat temu. Jego własny dziadek przyprowadził go w to miejsce i powiedział, że Trevenowie nigdy nie powinni zapomnieć o swoich korzeniach, którymi są brąz, kamień i morze.
Melody nawet jako dziecko była zbyt praktyczna, by przejmować się czymś tak ulotnym jak przeszłość i przodkowie, Blanche natychmiast zrobiła z tego romantyczną opowieść. Ja jednak wiedziałem, co dziadek nam wtedy ofiarował, i nie było to podniosłe kazanie o pięknie Kornwalii. Nie było to też zaproszenie do kultywowania dziedzictwa.
To było ostrzeżenie.
Trevenowie trwają dłużej od innych. Trevenowie są okrutni. Mamy skórę przesyconą solą, a ciała pokłute janowcem ciernistym. Kapryśnym bogom oddawaliśmy cześć jeszcze długo po tym, jak chrześcijańscy święci zaczęli się wdzierać na nasze wzgórza. Mamy serca z cyny i umysły z łupku i nie cofamy się przed niczym.
Dziadek służył w MI6, jego dziadek wrócił z Wielkiej Wojny z trzema niemieckimi proporcami kawalerii i bez jakichkolwiek oznak szoku pourazowego, a prapradziadek był ostatnim z wielkich kornwalijskich przemytników. Moja matka pracowała w londyńskim City. Specjalizowała się w fuzjach i przejęciach, dzieliła korporacje i portfele sprytnymi, bezwzględnymi cięciami. Zmusiła męża, by po ślubie przyjął jej nazwisko, bo odmówiła zamawiania nowej tabliczki na drzwi kancelarii. Jedynym przejawem wrażliwości, jaki kiedykolwiek ukazała przed śmiercią, była miłość do naszego łagodnego ojca. Blanche odziedziczyła jego słodycz, hojność i dobroć. Melody i ja przejęliśmy tylko jego krzywe małe palce – i nic więcej. My, bliźnięta, byliśmy Trevenami w najczystszej postaci.
Ostatnio dużo myślę o tym, kim jestem. Czym jestem.
Gdybym był innym człowiekiem, czy właśnie teraz skradałbym się pośród niemal nagich drzew w kierunku własnego domu? Czy miałbym na gardle cienką czerwoną pręgę – ślad po tym, jak moja żona niemal mnie zabiła? Albo brzydkie zgrubienie blizny na ramieniu po tym, jak zostałem dźgnięty?
Czy przez lata rozgrywałbym partię, przesuwając pionek za pionkiem na planszy, której krawędzi nawet nie widziałem, a wszystko po to, by mieć ich oboje w swojej mocy?
Wypuszczam powoli powietrze. To bez znaczenia. Nie jestem innym człowiekiem i nie zamierzam się nim stawać.
Chociaż gdy nad mokrym, miejscami ośnieżonym cmentarzem unosi się melodia, niemal chciałbym, żeby było inaczej. Chciałbym być dobrym, zwyczajnym, ciepłym i hojnym kochankiem, który poszedłby za dźwiękiem do jego źródła, powitał je z uśmiechem i otwartymi ramionami. Zamiast tego opieram się o pień drzewa, zamykam oczy i słucham.
Tristan śpiewa.
Nigdy nie słyszałem, by ktoś śpiewał tak jak on, jakby na języku miał własne serce, jakby śpiew nie był prawdziwy, gdyby po wszystkim na ziemi nie zostało kilka kropel tętniczej krwi. Nie ma w tym udręki, wysiłku czy bólu. Śpiewa jak ktoś, kto bez wahania oddaje ci swoją nerkę. Jak ktoś, kto na mrozie zdejmuje płaszcz i otula nim twoje ramiona.
To zbyt wielkoduszne. Nie zasługuję na to. Isolde też nie. My oboje powinniśmy raczej słuchać pieśni pokutnych albo przytłumionej muzyki operowej w ciemności. Pod tym względem jesteśmy do siebie podobni.
Śpiewa Hallelujah i urzeka mnie to, że uważa się za bezradnego króla, za obalonego Samsona. Jest coś niezwykle ekscytującego w dobrym człowieku, który sądzi, że jest zły, w silnym, który uważa, że jest słaby. Diabeł we mnie, ten sam, jakiego miał Saul, chce to w nim podsycać. Chce wyszeptać Tristanowi do ucha, że jest zły, tak bardzo zły, że jest słaby, tak bardzo słaby, by wciąż pozwalał mi na to, na co mi pozwala.
Wreszcie otwieram oczy, tak spragniony widoku mojego żołnierza, że boli mnie to niczym wbite w ciało ostrze. Dostrzegam go na skraju cmentarza, gdy zbiera gałęzie, pewnie na wieczór do kominka. Ma na sobie jeden z moich starych wełnianych płaszczy, kupił go Eliot po tym, jak skrytykował moją kurtkę i jej praktyczne warstwy poliestru pochodzącego z recyklingu. Widok Tristana w tym płaszczu tutaj, w Morois, w miejscu, które tak wiele znaczyło dla mnie i Eliota, sprawia, że mam ochotę znów zamknąć oczy.
Przypomina mi się ostatnia wiosna, kiedy przyjechałem tu na coroczną żałobę, na którą pozwalałem sobie przez lata. Gdy podniosłem wzrok, zobaczyłem Tristana w bibliotece – jego zielone oczy pełne troski, usta rozchylone na tyle, by odsłonić wilgotny błysk języka.
Boże, co ja wtedy czułem…
Gniew, poszarpany jak ostrze piły, i żałoba, z której wciąż sączyła się krew. Pożądanie ostre jak drut kolczasty w moich trzewiach.
Ostrzegałem go i nikt mi nie powie, że było inaczej.
Zza zasłony drzew widzę jedynie fragmenty jego sylwetki – pasma ciemnych, zbyt długich włosów i ramiona okryte wełną. Na dłoniach, tych nieświadomie grzesznych, ma rękawiczki. W ramionach trzyma drewno. Patrzę, jak pochyla się po ostatni patyk, a potem prostuje. Idzie w stronę domu, wciąż śpiewając, a ja podążam za nim jak marynarz za syreną, nie mogąc się powstrzymać.
Ona też tam jest, wiem o tym, czeka na niego. Z włosami w kolorze miodu i ustami o niezwykłym kształcie, stworzonymi, kiedy Bóg był w figlarnym nastroju. Z turkusowymi oczami i rysami tak delikatnymi, że można by pomyśleć, że ma w sobie coś z porcelanowej lalki.
Oczywiście nie jest porcelanową lalką. Lalki nie mordują ludzi.
Cicho zbliżam się do domu, idąc najpierw wśród drzew, a potem obok kaplicy. Zimą w Kornwalii zmierzch przychodzi wcześnie i łatwo jest skryć się w półmroku, w zimnym cieniu. W końcu zaglądam do oranżerii. I tam ją widzę. Jest w białym T-shircie, moim, i w lnianych spodniach, także moich, z moim pierścionkiem na palcu. Światło wewnątrz domu obrysowuje jej sylwetkę perłowymi i złotymi odcieniami. Wygląda jak święta z obrazu, Matka Boska Wiecznych Noży, patronka masochizmu i kłamstw. A Tristan, który całuje ją nad naręczem gałęzi, zanim zaniesie je do biblioteki, mógłby być rycerzem z witrażu. Lśni czystością i dźwiga na barkach ciężar rycerskości stworzony dla baśni, lecz ukształtowany przez wojnę.
Ciekawe, co o mnie myślą po miesiącu mojej nieobecności. Teraz, kiedy znają prawdę o mnie. Isolde – wierna święta, Tristan – dzielny bohater. Mieli czas, by poskładać wszystko w całość… Może nie wszystkie elementy, ale wystarczająco dużo. Wystarczająco dużo krwawych, poszarpanych fragmentów.
W Lyonesse sądzą, że jestem wściekły, że mam złamane serce. Mark – niedostępny władca, największy z dominatorów, zdradzony w wielkim stylu przez dwoje uległych: żonę i ochroniarza. Aż trudno w to uwierzyć. Mark, który nocami siedzi w sali z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, który od chwili, gdy żona odeszła do innego mężczyzny, nie dotknął nikogo ani dla zabawy, ani dla seksu.
Chyba liczyłem na zbyt wiele, sądząc, że ich ucieczka pozostanie niezauważona, zwłaszcza po tym, jak następnego ranka znaleziono mnie w gabinecie przywiązanego opaskami zaciskowymi do fotela.
Myślę, że Sedge zachowałby milczenie, woląc, by jego niechęć do mojej żony i mojego ochroniarza sączyła się w ciche szczeliny rozmów i tliła się w bladym, szarym błysku jego spojrzenia. Ale Andrea od początku nie znosiła tej części planu, tej z Tristanem i Isolde, i biorąc pod uwagę wszystko, co się wydarzyło, najwyraźniej miała rację.
Tak czy inaczej, nie widziała powodu, by chronić reputację Isolde i Tristana, dlatego w ciągu jednego dnia wieść rozeszła się daleko poza klub, poza Waszyngton, aż po krańce świata. Członkowie Lyonesse od São Paulo po Singapur wiedzieli. Tak samo jak inni właściciele klubów BDSM: z Montrealu odezwał się do mnie dominator Isabelli Beroul, a Nimue zadzwoniła z radą, która brzmiała jak zdanie z chińskiego ciasteczka z wróżbą albo z jednej z powieści Tristana o smokach: „Dobrzy władcy są miłosierni, ale także sprawiedliwi”.
Sam, kurwa, prezydent Stanów Zjednoczonych zadzwonił, żeby złożyć mi kondolencje. A kiedy przez zaciśnięte zęby zapytałem go, czy w tym scenariuszu to przypadkiem nie on był zbiegłym ochroniarzem, tylko się roześmiał. „Tak, ale różnica jest taka – powiedział cicho – że mąż Greer nigdy by nam nie pozwolił uciec”.
Tak więc cały świat wie, co wydarzyło się tamtej nocy.
Zostałem zdradzony. Odrzucony. Upokorzony. Młoda żona i pełen zapału ochroniarz – to dość dziwne wybory dla kogoś takiego jak ja – wymknęli się nocą, zabierając ze sobą moją dumę i moje serce (choć prędzej dałbym się znowu przywiązać opaskami do fotela w gabinecie, niż przyznał otwarcie do tego ostatniego).
Zatem, mój śpiewający Tristanie, kto kogo przywiązał do kuchennego krzesła? Kto skradł tron i obciął włosy? Myślałem, że jestem każdym złoczyńcą, każdym Saulem i każdą Dalilą, a jednak oto ja – złamany, zdetronizowany. Patrzę na dwoje ludzi, którym z niechęcią – o Boże, nawet nie mają pojęcia, z jak cholerną niechęcią – ofiarowałem swoje uczucia, podczas gdy oni się całują, noszą moje ubrania i palą w kominku moim drewnem.
Tristan znika w bibliotece, a Isolde stoi pośrodku domu. Widzę, jak powoli przesuwa dłoń do obojczyka. Patrzy w pustkę, nie skupia wzroku na niczym szczególnym. T-shirt, który ma na sobie, jest na nią zdecydowanie za duży, odsłania smukłą szyję i zagłębienie obojczyka, opada z drobnych, zgrabnych ramion. Nikt, patrząc na nią teraz, nie domyśliłby się, że pod tymi luźnymi ubraniami kryją się napięte mięśnie drapieżnika, a elegancka dłoń spoczywająca u nasady gardła to ta sama, która zostawiła bliznę na mojej szyi. Ta sama, która przecinała tętnice, wzniecała pożary, zatruwała napoje i robiła to bez cienia wahania. Mój mały demon. Moja mała morderczyni. Fala czułej dumy wzbiera we mnie na wspomnienie, jak walczyła ze mną w gabinecie tamtej nocy, kiedy odeszła. Wówczas przeszkodził nam Tristan (na sekundę straciłem czujność), ale z radością walczyłbym z nią godzinami. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, dopiero się uczyła, jak trzymać nóż, jak stawać naprzeciw kogoś, kto go dzierży, a powalenie jej było wtedy równie łatwe jak zrobienie kroku naprzód. A teraz… spójrzcie tylko na nią.
Cofam się w cień rzucany przez magnolie akurat w chwili, gdy nagle czujna unosi wzrok. Podchodzi bliżej i przeszukuje półmrok za oknami, każdy nerw ma napięty i gotowy. A ja, o Boże, tak chciałbym teraz podejść i pokazać jej twarz tylko po to, by zobaczyć, co zrobi.
Walczyłaby? Uciekła?
Na pewno nie stałaby sparaliżowana ani nie próbowałaby się przypodobać. Nie moja żona.
A Tristan? Podszedłby i… I co? Pomógłby jej znowu uciec? Spróbowałby o nią walczyć, co byłoby równie urocze, jak i zbędne?
Ale nie wychodzę z cienia. Trwam w ukryciu, całkowicie nieruchomy, dotąd aż Isolde zamyka oczy i potrząsa lekko głową, jakby karciła się za to, że widzi rzeczy, których nie ma. Nie powinna się karcić – ma rację, za drzwiami kryje się niebezpieczeństwo. Z bliska widzę ciemne podkówki pod jej oczami i ostry rysunek szczęki. Ostatni miesiąc odcisnął piętno na niej tak samo jak na mnie.
Nawet nie próbuję tłumić gorzkiej satysfakcji, jaką mi to daje.
Potem wchodzi do biblioteki, a ja z westchnieniem zadzieram głowę ku niskim, rozłożystym i oblepionym w połowie roztopionym śniegiem gałęziom magnolii nad sobą. Moja dłoń sięga ku małej figurze szachowej, którą zacząłem stale nosić przy sobie. To królowa wyrzeźbiona z zimnego twardego kryształu.
Co ja tu właściwie robię? Na co liczyłem? Że wejdę do środka, a oni padną na kolana i będą błagać o przebaczenie? Że przeproszą za coś gorszego niż zdrada, za swoją nieobecność?
Że pogodzą się z moim planem zabicia wuja Isolde i z tym, że wciąż mam taki zamiar? Że zmanipulowałem ich oboje, a w przypadku Isolde robiłem to przez lata?
Nie. Może i darowała mi życie, może nawet mówiła szczerze, kiedy wyznawała, że mnie kocha, ale i tak uciekła. Wszystkie wyznania miłości od niej i od Tristana, wszystkie obietnice wierności trafił szlag. Wystarczyło, że ktoś otworzył sejf, i zniknęli.
Gdyby Isolde poderżnęła mi gardło, bolałoby mniej.
Przecież jestem realistą, nie powinienem się łudzić, że cokolwiek osiągnę, przyjeżdżając tutaj. Nie zasługuję na ich przebaczenie ani zrozumienie i nigdy nie będę zasługiwał, bo zrobiłbym to wszystko jeszcze raz. I będę robił to dalej.
Przyjechałem do Morois, bo wczoraj miałem sen: stałem w ogrodzie smaganym wiatrem i patrzyłem na liście wiciokrzewu zaplątane w martwej trawie. Wciąż czuję zapach mokrych kamieni w murach ogrodu, wilgoć ziemi przesiąkającą ubranie. Pamiętam fakturę liści między palcami. Były kruche i lekkie, tak różne od aksamitnych płatków lata.
To tyle, jeśli chodzi o wiciokrzew. Pech i tak nas dopadł.
Obudziłem się i zarezerwowałem lot do Anglii. Tylko po to, by upewnić się, że moi słodcy cudzołożnicy wciąż żyją. By zobaczyć na własne oczy, że nie leżą pogrzebani gdzieś nad morzem.
Ale teraz, gdy już ich ujrzałem, powinienem odjechać. Powinienem odejść. Tak postąpiłby ktoś, kto myśli logicznie. Nie mam czasu, by zajmować się dwojgiem ludzi, którzy myślą, że potrafią się dobrze ukryć.
Uczciwie mówiąc, przybycie tutaj to z ich strony wybór wyjątkowo trafny, bo moi wrogowie w ogóle nie wiedzą o istnieniu Morois House, a Sedge i ochroniarze kojarzą to miejsce jedynie z nazwy. Tylko Blanche i Melody znają je osobiście. System ochrony działa w trybie zamkniętym, więc gdy mnie tu nie ma, nie mam podglądu na posiadłość, a do tego jest ona na tyle odosobniona, że żaden sąsiad nie zauważy, czy ktoś tu mieszka, czy nie.
Niestety, nawet najbardziej genialne wybory na świecie niczego by nie zmieniły. Nie usunęłyby tych małych niebieskich kropek na ekranie mojego telefonu… ani ślicznych pierścionków na ich pięknych, idealnych palcach, które śledzą każdy ich ruch.
Wiedziałem, że są w Morois, w momencie gdy uruchomili po raz pierwszy czajnik, ale powstrzymywałem się przed przyjazdem, bo co by to zmieniło?
Nadal nie ma w tym żadnego sensu, poza tym, że miałem zły sen. Musiałem upewnić się, że oboje żyją, że ich zdradzieckie serduszka wciąż biją w tych – tak mi drogich – fałszywych piersiach. Dopóki tego nie zrobiłem, nie mogłem spać, jeść ani myśleć.
Powinienem teraz przemknąć z powrotem między drzewami i przez wrzosowisko do samochodu. Skoro już jestem po drugiej stronie Atlantyku, mogę równie dobrze załatwić kilka spraw – i lepiej, żebym zrobił to szybko.
Obawiam się, że ze względu na nią będę musiał zabić najpierw jego. Obawiam się, że dla dobra naszej przyszłej miłości sprawi mi to przyjemność.
Ale się nie ruszam. Trwam w miejscu, wpatrzony w drzwi, za którymi zniknęła Isolde, zakorzeniony jak drzewo.
W oknie biblioteki migocze ogień.
Mark
Wślizguję się przez okno od północnej strony. Ostrożnie przedarłem się przez błotnistą mieszaninę trawy i śniegu do okna, które mój dziadek dobudował do domu, gdy był jeszcze młody. W ramie ukryto sprytny zatrzask, niewidoczny, jeśli nie wiesz, że tam jest, dzięki któremu można otworzyć okno od zewnątrz. Idealne rozwiązanie dla paranoicznych szpiegów.
Albo dla odtrąconych mężów.
Dopiero w środku zdaję sobie sprawę, jak bardzo zmarzłem, i zatrzymuję się na chwilę, by się rozgrzać, zanim zdejmę mokre buty, płaszcz i rękawiczki, potem ruszam w głąb domu. Kamienna posadzka tłumi dźwięk moich kroków, a ja doskonale wiem, jak prześlizgnąć się obok drzwi biblioteki, by nie zostać zauważonym nawet przez Isolde. Jej zmysły mogą być bardziej wyczulone niż Tristana, ale moja żona nigdy nie musiała skradać się po ciastka obok szpiega z czasów zimnej wojny, mając u boku siostrę bliźniaczkę.
Kochankowie zamknęli drzwi biblioteki, by zatrzymać ciepło, ale to bez znaczenia. Powyginane jakobińskie panele w korytarzu tworzą jednocześnie tylną ścianę regału, a w szczelinie drewna jest szpara, przez którą widzę wnętrze pokoju. W ten sposób sprawdzaliśmy z Melody, czy dziadek zasnął w fotelu, zanim zakradliśmy się do kuchni. Teraz przez tę samą szczelinę widzę w tym samym fotelu Isolde, choć ona nie śpi. Ma na sobie moją białą koszulkę, lniane spodnie zniknęły, a ramiona mojego ochroniarza tkwią między jej jasnymi udami.
Tańczący blask ognia rzuca krótkie migotliwe obrazy: mocny uścisk dłoni Tristana na jej kolanach, ciemne kosmyki włosów opadające na kark, sterczące sutki Isolde pod cienką tkaniną T-shirtu.
Jej włosy, perłowe w świetle ognia, upięte są w niedbały kok, kilka pasm spływa na odsłonięte ramię, a szyja wygina się w łuk, gdy Tristan sunie językiem po wnętrzu Isolde.
Zrzucił wcześniej wełniany płaszcz, został w koszuli i dżinsach, ale wciąż ma na nogach buty, jakby zabrakło mu cierpliwości, by je zdjąć, zanim zanurkował między nogi mojej żony. Nawet ubranie nie ukrywa jego napiętych mięśni, gdy się porusza, rozsuwając uda Isolde coraz szerzej, a jego biodra drgają nieświadomie.
Gorąco pulsuje we mnie, palące i bezkształtne, kiedy patrzę, jak palce Isolde zanurzają się we włosach Tristana. Jego dżinsy napinają się na biodrach i krągłościach pośladków. Ten widok jest wstrząsający. Niebezpieczny dla mnie i dla niego.
To właśnie w tej bibliotece wziąłem go po raz pierwszy. Starałem się tego uniknąć, naprawdę, ponieważ jest pasierbem mojej siostry Blanche, a także z powodu moich planów. Ze względu na tę resztkę niewinności, która wciąż lśniła w jego jasnych oczach, niewinności, której trzymał się kurczowo mimo wojny i śmierci, oraz upartego przekonania, że bycie bohaterem to najwyższe powołanie, a nie największa samotność. Już samo zatrudnienie Tristana było błędem, ale traktowanie go jak konkubenta wydawało się nie w porządku nawet dla mnie.
Po prostu… nie planowałem, że aż tak go polubię.
Kiedy pogrążałem się w rozpaczy po Eliocie, pijany i zagubiony we wspomnieniach ślubu pod opadającymi płatkami magnolii, a Tristan Thomas klęczał u moich stóp z rozchylonymi wargami i oczami zielonymi jak klejnoty…
Cóż, jestem tylko śmiertelnikiem. Nigdy nie uważałem się za bohatera.
Po drugiej stronie regału Isolde dochodzi na ustach Tristana w długim, drżącym szczytowaniu. Wygina plecy i zamyka oczy. Tristan wbija kciuk w mięśnie jej uda i widzę, jak ból przeszywa ją niczym prąd. Wierzy, że na niego zasługuje, a skoro w to wierzy, tylko ból może ją uwolnić. Oczyścić z grzechów. A tych ma tyle, że nawet ja nie podejmę się ich kwestionowania.
Tristan unosi twarz w jej stronę, jego usta w blasku ognia błyszczą od wilgoci, i mówi tak cicho, że ledwie go słyszę:
– To, co zrobiłaś wczoraj w nocy… Możesz to powtórzyć?
Isolde otwiera oczy i obiema dłońmi obejmuje jego szczękę. Jej spojrzenie jest czułe, przy Tristanie trudno nie być czułym, ale widzę nowy rodzaj napięcia w jej ciele. Nie sądzę, by Tristan to zauważył, bo drży z ulgą, gdy Isolde kiwnięciem głowy daje mu odpowiedź.
– Dziękuję – szepcze.
Teraz naprawdę zżera mnie ciekawość, większa niż mroczna dociekliwość zdradzonego męża, większa niż żałosne pożądanie podglądającego rogacza. Patrzę, jak Isolde odchyla się w fotelu. Bez spodni, w za dużym T-shircie, z wciąż odsłoniętą cipą nagle wygląda jak królowa. Z jej stu pięćdziesięcioma siedmioma centymetrami wzrostu i delikatną, lekko piegowatą twarzą lalki. Z uniesioną brodą i górną wargą, na której igra ledwie dostrzegalny cień pogardy.
– Rozbierz się – mówi.
W Tristanie następuje nagła, niemal bolesna zmiana. Opuszcza głowę, jego pierś unosi się gwałtownie. Nie wiem, ile razy to już widziałem. Tę wdzięczną uległość, ten bezmyślny ból, który potrafi ukoić tylko silna dłoń.
Ze spuszczonym wzrokiem Tristan podnosi się z miejsca i sprawnie ściąga koszulę, potem zsuwa buty i skarpetki. Na koniec zdejmuje dżinsy i bokserki i starannie je składa razem z koszulą i skarpetkami. Buty układa idealnie równolegle na szczycie stosu, jakby wszystko czekało na inspekcję sierżanta. Mój ukochany chłopiec z West Point.
W trzewiach czuję bolesny skurcz, gdy patrzę, jak Tristan staje przed Isolde. Nie chodzi tylko o jego nagość, o umięśnione ramiona i płaski brzuch, ciemne owłosienie na udach i najpiękniejszą jego część, wyciągniętą w nabrzmiałej ofierze, ale także o przestrzeń pomiędzy nimi, podatność i władzę splecione w postać rysującą się na tle ognia. Isolde i Tristan odgrywają role dominy i uległego. Nigdy sobie tego nawet nie wyobrażałem, nigdy nie brałem pod uwagę takiej możliwości, a jednak jestem urzeczony spuszczoną głową Tristana i pogardliwym skrzywieniem warg Isolde.
Ona nie tylko odgrywa dominę. Ona nią jest i robi to znakomicie, choć widzę to, czego Tristan dostrzec nie może: drżenie jej palców na podłokietnikach, przełknięcie śliny, zanim znowu się odezwie. Ale kiedy już mówi, jej głos jest równy i nieco twardy.
– Na podłogę – rozkazuje. – Połóż się na plecach.
Polecenie samo w sobie brzmi niewinnie, lecz ocieka pogardą, a Tristan drży. Mimo to szybkim żołnierskim ruchem wykonuje rozkaz. Wkrótce leży rozciągnięty na sprowadzonym z zagranicy dywanie przed kominkiem, ręce ma ułożone wzdłuż ciała, a jego członek unosi się sztywno, zostawiając mokre nitki ciągnące się od żołędzi aż po brzuch.
Tristan wciąga gwałtownie powietrze, gdy Isolde podnosi się i staje obok niego. Unosi drobną stopę i choć z tego miejsca nie mogę tego zobaczyć, wiem, że ten ruch odsłania sekretną różową tkankę między jej udami. Tristanowi brakuje już tchu, jego palce próbują chwycić dywan, kiedy Isolde opuszcza stopę i dociska ją do jego erekcji.
– Proszę – jęczy. – Proszę.
– Spójrz na siebie, jak błagasz. Naprawdę musisz tego pragnąć.
Gdy mówi, przyciska mocniej stopę do jego ciała, a on wygina się w stronę upokarzającego tarcia, z gardłem napiętym do granic.
– Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak bardzo to boli – szepcze Isolde, naciskając z większą siłą. – Pragnąć czegoś tak bardzo, zwłaszcza po tym, jak byłeś dla mnie taki dobry. – Jej głos wciąż pozostaje chłodny, lecz w tonie pobrzmiewa szczera pochwała. Radzi sobie z Tristanem znakomicie, doskonale balansując na granicy między odebraniem mu władzy, której tak rozpaczliwie pragnie, a prawdziwym poniżeniem.
Jak każdy dobry żołnierz Tristan pragnie posłuszeństwa. Chce dobrze wykonać zadanie. Chce, by zmuszono go do dobrego wykonania zadania. Upokorzenie, kara, ból – wszystko to służy temu jednemu pragnieniu i tylko przenikliwa domina potrafi dostrzec subtelne różnice kryjące się w uległości Tristana. Pożąda surowej jasności, jaką dają bezsilność, umniejszanie i przymus, co jednak nie oznacza, że potrafi zrezygnować z pewności, że jego pan czerpie z tego układu satysfakcję i rozkosz. Poczucie bycia użytym sprawia przyjemność tylko wtedy, gdy mieści się w przestrzeni, do której należy, czy to dzięki podpisanym dokumentom, czy też dlatego, że ktoś – choćby lekkomyślnie – oddał komuś swoje serce.
Niektórzy chcą, żeby nadepnąć im na kutasa, ale nie życzą sobie, by w tym czasie nazywać ich obrzydliwym śmieciem. Co mogę powiedzieć? Taksonomia pieprzenia nie ma końca. Chacun à son goût – każdemu według gustu.
Uda Tristana rozchylają się szeroko, pięty szorują po dywanie, a ja widzę przestrzeń pod jego jądrami, cienie i jędrne krągłości pośladków. Czuję, jak mój penis twardnieje w spodniach, ale zaciskam dłonie w pięści i wbijam je w drewniane panele, odmawiając sobie dotyku. Wystarczająco źle znosiłem ich podróż jachtem, gdy pieprzyli się przy każdej okazji, a ja kiedy tylko chciałem, mogłem oglądać Tristana ruchającego jak żołnierz na przepustce. Mogłem patrzeć na Isolde we wszystkich tych ślicznych strojach, które dla niej wybrałem, tak samo oszałamiającą w morskiej scenerii jak wtedy, gdy rozdziewiczałem ją na biurku jej ojca. Przez te dziwne dziesięć dni ledwo poznawałem samego siebie. Uchylałem się od interesów, unikałem przebywania wśród ludzi, byle tylko skrycie podglądać mojego ochroniarza i moją żonę, pieprzących się na całym jachcie jak Adam i Ewa przed popełnieniem grzechu pierworodnego, jakby nigdy wcześniej nie znali uroków ciała, choć przecież oboje już wcześniej pieprzyłem do granic wytrzymałości.
Tamtego tygodnia niemal zajechałem się własną ręką.
Tristan jest już blisko szczytu, pewnie był blisko od chwili, gdy posmakował Isolde, a teraz pręży się na dywanie, jakby przypalano go rozżarzonymi węglami. Nie widzę oczu Isolde ani nawet jej twarzy; z tego miejsca dostrzegam tylko wygięcie jej szyi, całkowite skupienie na nim i to, jak bez wysiłku utrzymuje równowagę na jednej nodze, pocierając podeszwą kutasa.
A potem, z precyzją, której nauka zajmuje niektórym dominującym lata, unosi stopę w tym kluczowym momencie, zanim Tristan eksploduje. Jego ciało wykonuje niespokojne, bezwolne szarpnięcie, a z końcówki penisa sączy się sperma, tworząc na brzuchu małą kałużę. Wygląda jak kropla perłowej farby na palecie malarza.
Chcę rozsmarować ją na jego piersi i patrzeć, jak lśni w blasku ognia.
Skowyt Tristana jest czystą, nagą udręką. Ja zaś jestem artystą udręki, jej kapłanem. Słysząc ten dźwięk, wiem, że mógłby dać mi ich jeszcze więcej. Wiem, że potrafiłbym pchnąć go dalej, dręczyć tego nabrzmiałego krwią kutasa tak długo, aż skóra napięłaby się mocno i błyszczałaby nawet sucha. Mógłbym doprowadzić go do płaczu.
Ale Isolde wciąż się uczy, a może po prostu brakuje jej cierpliwości. Rzuca się na niego jak kot na mysz, gdyby tylko kot potrafił skoczyć na mysz dwukrotnie większą od siebie, i już jest nad nim na czworakach, całując go tak mocno, że wydobywa z niego stłumiony pomruk.
Wydaje mi się, że to ja wydaję ten dźwięk, i zaciskam dłonie jeszcze mocniej w pięści. Nie będę się masturbował, patrząc na tych dwoje, nie będę. Nawet człowiek bez skrupułów musi zachować resztki godności.
Moje ciało nie przejmuje się jednak godnością i wiem, że mam namiot w spodniach nawet bez spojrzenia w dół. Cały jestem napięty jak struna, jeszcze zanim Isolde siada na biodrach Tristana i pociera jego członka swoją wilgotną cipką. A kiedy zaczyna się na nim kołysać biodrami, opieram czoło o drewnianą ścianę, ramiona mam wsparte nad głową, a serce wali mi w piersi jak oszalałe.
Tristan próbuje w nią wejść, ale ona mu nie pozwala, odsuwa się lub pochyla do przodu, wygląda to jak niespieszna partia szachów. Nacisk, odwrót. Nacisk, odwrót.
Aż w końcu on pięknie, rozpaczliwie błaga ją, by dała mu wejść, by zakończyła ten ból, by pozwoliła mu sprawić jej przyjemność. Mogłaby dręczyć go w ten sposób tak długo, jak tylko zechce, a Bóg jeden wie, że ja potrafiłbym trzymać go w tym drżeniu całą noc, lecz jej cierpliwość najwyraźniej jest już na wyczerpaniu. Isolde sięga między ich ciała i prowadzi jego członka do swojego wejścia. A potem powoli na nim siada.
– O Boże – mamrocze Tristan, zamykając oczy i wbijając palce w dywan. Każdy mięsień pod wilgotną od potu skórą drży i napina się, a zęby zaciskają się w udręce, którą z trudem wytrzymuje.
Isolde zdaje się czuć to samo, bo jej uda szybko zaciskają się na jego bokach, a głowa odchyla się do tyłu. Dosiada go mocno, tak jak ja robiłem to na tym dywanie. I nie chodzi tu o kierunek pchnięć, lecz o to, kto kogo używa, o władzę wyrwaną wprost z wielkich, silnych dłoni Tristana. Wykorzystuje go, by szczytować, a on w udręczonej rozkoszy rozpaczliwie stara się nie dojść, dopóki ona nie skończy. Ale już niemal całkiem traci kontrolę. Drżącą dłonią sięga ku górze, wsuwa ją pod T-shirt, który Isolde wciąż ma na sobie, i ściska jej pierś.
Mocno, jak sądzę po ostrym krzyku, który wyrywa się z ust Isolde.
Dochodzi ponownie, tym razem na jego członku, i nagle uświadamiam sobie, że nie panuję już nad własną ręką. Sama sięga w dół, rozpina spodnie, a ja masturbuję się tak gwałtownie, że aż boli. Ale nie mam wyboru, bo coś w obrazie mojej żony pieprzącej się z innym mężczyzną sprawia, że mogę tylko ulec.
Nawet gdy T-shirt opada jej za pośladki, nawet gdy jest do mnie odwrócona plecami, widzę wystarczająco dużo, by rozpalić każdą zazdrosną, obsesyjną fantazję, jaka kiedykolwiek we mnie żyła. Linia jej szyi. Odwrócone ku górze podeszwy stóp wsuniętych pod uda Tristana. Włosy w odcieniach złota i kości, zupełnie jak rękojeść jej ulubionego noża, tego, który jej podarowałem, wiedząc, że kiedyś spłynie krwią, tak samo jak jej żarliwa dusza.
To na jej lewej dłoni skupiam wzrok, gdy dosiada Tristana z mrocznym, egoistycznym poczuciem, jakby miała do tego święte prawo. Kołysze biodrami, spijając każdą kroplę skradzionej rozkoszy. W blasku ognia błyska pierścień, wzór wiciokrzewu utrwalony na zawsze w rubinach i złocie. A wewnątrz wygrawerowane są dwa słowa, które wbiłem sobie w pamięć na zawsze.
Quarto optio.
Tristan nie potrafi się już dłużej powstrzymać i całe jego ciało wygina się w powolnym, drżącym łuku. Z jego gardła wyrywa się dźwięk, coś między jękiem a szlochem, jakby orgazm był okrutną torturą zesłaną po to, by go dręczyć. Patrząc na to, jak szarpie dywan, można by pomyśleć, że żywcem zdzierają z niego skórę.
Słodki szczeniak, mój ukochany bohater rozpada się pod wpływem ledwie muśniętej struny.
Nie przestaję się pieścić, gdy Tristan nieruchomieje, choć powtarzam sobie, że zaraz skończę, zapnę rozporek i odejdę. Ale właśnie wtedy Isolde unosi się na kolanach ponad jego biodrami. Jego kutas wysuwa się, a sperma wypływa z niej powoli, spływa z jej ciała na jego brzuch, połyskuje w świetle ognia.
Sięga dłonią w dół, a ja dopiero wtedy rozumiem, co robi, gdy jej lewa ręka, lśniąca i lepka, się unosi. Na obrączce mojej żony połyskuje sperma Tristana.
Isolde przyciska mokre palce do jego warg, a on traci kontrolę, przewraca ją i wchodzi w nią ponownie ze zwierzęcym pomrukiem, który rozpala we mnie głód aż do rdzenia. To ja powinienem być tam teraz, powinienem mieć ich oboje do swojej dyspozycji, powinienem móc wpatrywać się w każdy szczegół splugawionej obrączki. Powinienem ich za to karać, powinienem karać samego siebie za to, jak rozkosznie jest pozwalać im wyrywać mi kawałki serca, które, jak sądziłem, przestało bić w wilgotnej alejce osiem lat temu.
Tristan wbija się w nią raz za razem tak mocno, że aż to słyszę, tak głęboko, że ta dobrze wychowana dziedziczka całkowicie zatraca się pod nim w dzikości. Pot spływa po jego plecach, lśni na ciężko pracujących mięśniach, a ja rozpoznaję w nim tę jego wersję z jachtu, z nagrań kamer, które oglądałem z obsesją graniczącą z nałogiem. Jego dobroć i rycerskość zniknęły. Pozostał jedynie pierwotny instynkt brania, posiadania. Brać i dochodzić tak potężnie i długo, jak to tylko możliwe.
Ach, mój biedny bohater z fetyszem zapłodnienia.
Palce Isolde wplatają się w jego włosy kurczowo, jakby chciała się czegoś uchwycić. To ta sama dłoń, na której wciąż lśni obrączka pokryta nasieniem innego mężczyzny. Mimo całego kuszącego widoku – nagiego ciała, jędrnych pośladków Tristana i migawek różowej cipki Isolde – to na obrączce zatrzymuję wzrok w chwili, gdy spełnienie uderza we mnie jak szarża wroga. Zataczam się w bok, wciągając gwałtownie powietrze, gdy rozkosz rozdziera mi krocze.
Sperma rozpryskuje się na czterystuletnim drewnie. Miesiąc wstrzemięźliwości, który wydaje się latami. Coraz więcej i więcej, za dużo, za mało, o Boże, wciąż za mało. Nawet gdy maluję zabytkowe panele grubymi strugami białego spełnienia, wiem, że chcę więcej, mocniej, gorzej. Nie wystarcza mi uczucie, jak rozlewa się gorącem po udach i kotłuje w podbrzuszu. Chcę, by spaliło mnie żywcem, by zwęgliło mi kości. Żeby nie zostało ze mnie nic, gdy dojdę.
Kiedy kończę, wciąż pozostaje ze mnie zbyt wiele.
W bibliotece kochankowie szczytują razem. Tristan warczy w kark Isolde, a ona wbija pięty w jego krzyż, gdy z urywanym oddechem wyszeptuje jego imię. Potem on leży na niej długo bezwładny, z twarzą ukrytą w jej szyi. Ona gładzi go po włosach, a ogień syczy i trzaska.
– Powinniśmy iść do łóżka – mówi Isolde.
Tristan kiwa głową, ale się nie rusza. Ona nadal głaszcze go po włosach.
Tymczasem ja pogrążam się we własnym cichym odrętwieniu. Zaskoczony sam sobą, całkowitym brakiem samokontroli. Patrzę na spermę spływającą po ścianie i myślę: Jak do tego doszło? Jak to możliwe, że mają nade mną taką władzę?
To miała być na początku tylko gra, wstępna akcja, lewa flanka planu bitwy, który dojrzewał od lat. Myślałem, że potrafię się wznieść ponad to, ponad tych dwoje, że będę mógł patrzeć na nich będących razem z takim samym chłodnym dystansem, z jakim obserwowałbym zabawę dwójki obcych w Lyonesse.
Myślałem, że będę mógł patrzeć, jak się w sobie zakochują, i pozostanę niewzruszony.
Myliłem się.
Mark
Chciałbym powiedzieć, że nie wiem, jak długo tam stoję, jak długo zapinam spodnie, ale zegar na gzymsie bezlitośnie odmierza moją słabość. Pół godziny. Stoję i patrzę, jak blask ognia tańczy na ich nagiej skórze, jak paznokcie Isolde przeczesują włosy Tristana. Niemal czuję je między własnymi palcami – gęste i miękkie, mocne i jedwabiste. Czasem zastanawiam się, czy fryzjer w West Point nie zapłakał, kiedy golił Tristanowi włosy w dzień przyjęcia kadetów.
W końcu on podnosi się z podłogi i bierze Isolde w ramiona. Ona oplata go rękami za szyję, oczy ma przymknięte, choć między brwiami widać lekki cień zmarszczki. Myślę, że jest zmartwiona, ale już pogodziła się z tym, co się wydarzyło, przejmie się tym dopiero jutro. Szkoda, że mnie tam nie ma, bo pozostawiłbym ją tak samo bezwładną jak Tristan. Sprawiłbym, że trzeba by ją było zbierać z dywanu chochlą.
Być może wszyscy mężowie lubią tak o sobie myśleć.
Cofam się w cień korytarza, gdy Tristan wychodzi z Isolde, choć wcale nie muszę. Niesie ją prosto do mojej sypialni, nawet nie patrzy w drugą stronę. I dobrze, bo o mało co nie idę za nimi. Nagły przypływ zaborczości każe mi zrobić krok naprzód, ręka unosi się, jakbym chciał ich dosięgnąć.
Powstrzymuję się, zanim zrobię coś głupiego – cóż, coś jeszcze głupszego – i nasłuchuję trzasku zamykanych drzwi sypialni. Czekam jeszcze moment, a potem wymykam się do biblioteki.
Siadam przy biurku, wyciągam kartkę papieru i jedno z ciężkich piór wiecznych, które zostawił po sobie mój dziadek. To nie jest długi list. Nie musi być. Isolde i tak nie uwierzy w ani jedno słowo, a Tristan pozostanie u jej boku bez względu na to, co ona wybierze. I nie łudzę się, że przekonam ją, że wszystko, co mówiłem w noc naszego ślubu, było prawdą. Dlaczego miałaby mi wierzyć, skoro wie, że w tylu innych sprawach byłem nieszczery.
Ale i tak piszę. Nie twierdzę, że zasługuję na jej przebaczenie, ale jej wuj tym bardziej nie zasługuje. Jeśli Isolde ma kontynuować pracę jako święta Kościoła, powinna wiedzieć, dla kogo naprawdę pracuje. A jeśli ją porzuci, wtedy musi uciekać.
Albo wrócić do mnie.
Kończę list i odkładam pióro na miejsce. W gardle czuję dziwny ucisk, gdy spoglądam na grubą drewnianą linijkę starannie wsuniętą do szuflady. Użyłem jej na Tristanie tej wiosny. Zostawiłem równiutkie czerwone pręgi na jego udach, jak szczeble drabiny, a potem powaliłem go na podłogę i wspiąłem się po tej drabinie ku niebu.
Wydaje mi się, że kiedyś miałem więcej samokontroli. W chwili, gdy poczułem, że tracę ją przy Isolde, wycofałem się. Odtrąciłem Tristana, kiedy pierwszy raz błagał, bym go użył, bo wiedziałem, że to niebezpieczne. Wiedziałem, że igram z ciemnością, której przez lata nie pozwalałem się wydostać. Kontroli nauczyłem się w armii, w rangersach, w Agencji. Uczyłem się jej na ciele Eliota, tak jak on na moim. Doskonaliłem ją później, kiedy zemsta płonęła we mnie jak słońce, dusiła mnie, kiedy wszystko, czego pragnąłem, to polecieć za ocean i sprawić, by wszyscy zapłacili. Bez kontroli nie miałem nic.
Myślę o spermie, która wciąż spływa po boazerii po drugiej stronie ściany, pocieram czoło dłonią i zamykam oczy.
Gdzie się podziała ta słynna samokontrola?
Wstaję i rozbijam ostatnie tlące się polano w kominku. Rozważam dodanie do listu surowego dopisku o zasadach przeciwpożarowych. Choć nie powinienem musieć tego tłumaczyć Tristanowi, wychowanemu częściowo na wsi, ani Isolde, która jest wytrawną podpalaczką.
Upewniam się, że w palenisku zostały tylko stygnące resztki żaru, wsuwam list do kieszeni i idę do kuchni. Wyciągam szmatę spod zlewu, a potem wracam na korytarz, by zetrzeć z drewna zaschnięte już smugi.
Gdyby tylko ci wszyscy fetyszyści zdrady z Lyonesse mogli mnie teraz zobaczyć, doświadczyć tej samotnej, żałosnej rzeczywistości, w której człowiek zeskrobuje własną spermę ze ściany, podczas gdy jego żona śpi w ramionach innego. To naprawdę mało fantazyjne… chyba że wasze fantazje obejmują wycieczkę do pralni i podejmowanie decyzji, czy polerować właśnie wyszorowane antyczne drewno.
A jeśli chodzi o moje wymyślne życzenia, cóż, ja już je zrealizowałem, prawda? W tę przeklętą noc Samhain, kiedy byliśmy we troje, kiedy miałem dwie słodkie zabaweczki do własnej dyspozycji, a moja żona należała do mnie i mogłem ją oddać małemu żołnierzowi, który był mój i do wzięcia.
To było doskonałe. Przez jedną noc absolutnie doskonałe.
Szmatę wrzucam do kosza w pralni, a potem kieruję się w stronę swojej sypialni. Robię to, mimo że to bardzo zły pomysł. Mądry człowiek zostawiłby list na kuchennym stole albo przyczepił go do drzwi wejściowych niczym osobiste, mroczne, oskarżycielskie tezy. Mądry człowiek wróciłby do domu i pogodził się z tym, czego nie może zmienić.
Ale ja muszę zobaczyć ich ostatni raz.
Pragnę ich.
Nienawidzę.
Kocham.
Ponieważ zamek czasem się zacina, ostrożnie otwieram drzwi i popycham je z nieskończoną powolnością. Noc jest cicha, tylko lekkie podmuchy wiatru przedzierają się z wrzosowiska. Gdy wchodzę do pokoju, mam wrażenie, że słyszę własne serce dudniące w klatce piersiowej. Niemal chcę, żeby się obudzili, żeby na mnie krzyczeli, rzucili się na mnie, padli mi do stóp i wtulili twarze w moje biodra. Ale kiedy staję u wezgłowia łóżka i oczy w pełni przyzwyczajają się do bladego światła księżyca, widzę, że oboje śpią mocno, zwróceni twarzami ku sobie. Tristan obejmuje rękę Isolde dłonią, którą trzyma zaciśniętą między nimi, jakby chciał ją chronić.
Nagła i ostra zazdrość przecina mnie na pół nie jak miecz, lecz jak topór, do którego wytworzenia zamiast stali użyto samotności i obsesji.
To właśnie ten widok, bardziej niż niezliczone orgazmy na podłodze biblioteki, sprawia, że mam ochotę rozszarpać wzgórza i zagotować morze. Mój Tristan i moja Isolde zwróceni ku sobie niczym para pięknych cudzysłowów, z dłońmi splecionymi w bolesnym uścisku, ze stopami splątanymi pod kocem.
Mógłbym się roześmiać, gdybym tylko mógł oddychać. Mark Trevena, ten słynny zblazowany rozpustnik, rozwścieczony z powodu przytulania. A przecież powinienem to, kurwa, przewidzieć, bo kipiałem, kiedy Andrea opowiedziała mi o Tristanie i Isolde w Belgradzie, kiedy dowiedziałem się, że Isolde złamała daną mi obietnicę. Ale rozdarła mnie późniejsza świadomość, że pragnęli się nawzajem jak zakochani z bajki. Przenikali się nawzajem myślami, wychwytywali swoje spojrzenia, a każdy niespodziewany rumieniec na ich policzkach mógł pochodzić od tajemnego płomienia, którego ciepło nigdy nie dotknęło mojej skóry.
Zazdrość o ich pożądanie wydawała się jeszcze rozsądna, ale w tej sprawie? Jestem nierozsądny ponad wszelką miarę. Wściekam się z powodu nieufności i złości, jestem zaborczy jak te smoki, o których Tristan wciąż czyta.
Śmiertelnie rani mnie to, że trzymają się za ręce.
Robię krok naprzód, z trudem łapię oddech, a narastająca brawura przyprawia mnie o zawrót głowy, gdy myślę o dostępnych możliwościach i nadciągającej katastrofie. To ja jestem katastrofą i runę na nich z całą siłą, przypomnę im, że przysięgali mi, że obiecywali mi swoje serca…
Zatrzymuję się nagle u wezgłowia łóżka. Pod ich splecionymi dłońmi coś błyszczy. Nóż Isolde, zimny jak niebo na zewnątrz, ostry jak moja miłość do nich. Zaledwie kilka centymetrów od jej dłoni, jakby chciała mieć go pod ręką w każdej chwili.
By bronić się przed intruzem? Czy by bronić się przede mną?
Ta myśl, silniejsza od logiki, zatrzymuje mnie. Powstrzymuje szaleńczą obsesję, która wciąż krąży w moich żyłach.
Uciekła od ciebie. Wybrała Tristana i uciekła od ciebie. I miała ku temu dobry powód.
Ucieczka była mądra – każdy, kto ma odrobinę rozsądku, powinien tak zrobić. I cieszę się, że ma przy sobie Tristana, nawet jeśli cholernie boli mnie widok jej z kimś godnym zaufania, uczciwym i dobrym, nawet jeśli oznacza to, że on wybrał ją zamiast mnie.
Powinni się mnie obawiać. Powinni chcieć nie mieć ze mną nic wspólnego. Powinno witać mnie ostrze noża.
Wypuszczam powietrze. Wiem, że tak jest lepiej. To od początku było częścią mojego planu. Ich dwoje razem, a ja zapomniany, istniejący tylko w ich wspomnieniach i złych snach.
Odejdę. Tutaj są bezpieczni, mają siebie i nie muszą się obawiać, że wyrwę ich z tej idylli tylko z powodu mojej dumy albo chęci zemsty. Zemsty i tak mi wystarczy bez nich.
Ale… beznadziejnie, samolubnie… pragnę ostatniego śladu po nich. Czegoś, co będę mógł zatrzymać.
Dlatego zabieram nóż Isolde.
Sprawnym, bezszelestnym ruchem sięgam ponad jej śpiącemu ciału i podmieniam nóż na ten, który przyniosłem ze sobą. Ma klingę z czarnego matowego nylonu i włókna szklanego, tak ostrą, że przecina papier. Pod nim zostawiam list.
Nie mam odwagi ich pocałować, więc tylko sobie wyobrażam muśnięcie ust na policzku albo na linii szczęki. Roję sobie, że wczołguję się między nich, obejmuję oboje i zasypiam, śpię aż do bladego grudniowego świtu, by potem znów dręczyć ich sobą, tak jak lubię.
A potem odchodzę, zostawiając kochanków śpiących w Morois House, a między nimi mój nóż i prawdę. Godzę się z tym, że moje serce, twarde, ostre i odporne na światło jak ostrze leżące teraz na łóżku, zostało tam razem z nimi.
Odnajduję w pralni płaszcz i buty, wychodzę, pilnując, by nie zostawić śladów na zasypanym śniegiem podwórzu. Nie muszą wiedzieć, jak się dostałem.
Mąż powinien mieć jakieś sekrety.
Mark
Kiedy docieram do samochodu, dzwonię z telefonu na kartę, który kupiłem zaraz po przyjeździe do kraju. Potem przywracam w nim ustawienia fabryczne i wrzucam do pojemnika na elektrośmieci w Exeter, gdzie zostawiam także wynajęte na fałszywe nazwisko auto, i pieszo idę na stację, by wsiąść w pociąg do Londynu. Na głowę naciągam wełnianą czapkę i stawiam kołnierz znoszonego płaszcza. W prawym bucie mam kamyk, który skraca mój zwykle długi krok.
Zdaję sobie sprawę, że nie jest to idealny kamuflaż, zwłaszcza w Anglii, gdzie kamery widzą niemal wszystko, ale wystarczy, by ktoś musiał się natrudzić, jeśli będzie chciał mnie znaleźć, przeglądając nagrania z monitoringu. Na razie tyle mi wystarczy.
Londyńska zegarmistrzyni ma sklep w Croydon za chodnikiem usianym gównem i gdy wchodzę do środka, już na mnie czeka. Zegarmistrzowie nie należą do rozmownych, więc nie dziwi mnie, kiedy bez słowa znika na zapleczu, zanim zdążę podejść do lady.
Kręcę się przy gablotach z zegarkami na rękę, oglądam zegary stojące i słucham, jak ścienne tykają w doskonałej z nimi zgodzie. Za biurkiem w równym rzędzie wiszą tarcze pokazujące czas w różnych częściach świata.
W przeciwieństwie do sfatygowanej fasady na zewnątrz – sklep jest zagracony, ale lśni czystością. Gdy właścicielka wraca z zaplecza, dostrzegam przez moment uporządkowane wnętrze: stosy notesów, półkę z atlasami i pożółkły od starości faks.
Podaje mi kartkę. Zegarmistrz w Singapurze gustuje we współrzędnych, ale tutaj, w Londynie, wszystko jest nieco bardziej staroświeckie. Dostaję tylko nazwę: Place Seffarine.
Spoglądam na kobietę. Wyraz jej twarzy mówi jasno, że wie, o co zaraz zapytam, i że lepiej, abym tego nie robił. Ale Fez? To jak szukać igły w stogu siana, w dodatku po ciemku. I w rękawiczkach.
Zerkam na zegary na ścianie i w myślach obliczam, ile mogłaby zająć ta wycieczka. Potem dochodzę do wniosku, że to bez znaczenia. Może to kolejny ślepy trop, następna zmarnowana podróż, ale będę żałował, jeśli nie spróbuję odnaleźć tego człowieka.
– Mówili, że był księdzem – odzywa się niespodziewanie, skinieniem głowy wskazując kartkę w mojej dłoni.
Chociaż jesteśmy w sklepie sami, zaskakuje mnie ta informacja. Uzyskanie od zegarmistrza czegokolwiek, co choćby przypomina kontekst, szczegół czy wyjaśnienie, graniczy z cudem. To relikt z czasów zimnej wojny. Zegarmistrze działają według starego zestawu reguł. Najważniejsza z nich brzmi: im mniej każdy wie, tym lepiej. To właśnie ta zasada pozwoliła utrzymać ich działalność przez dekady, gdy kontrterroryzm zajął miejsce wszystkich innych priorytetów, gdy w sprawy wywiadu i tajnych operacji powoli zaczęli wkraczać prywatni gracze. Zegarmistrze współpracują niemal z każdym za odpowiednią cenę, o ile centrala MI6 w Vauxhall Cross nie uzna ich za zagrożenie. Ale czym innym jest, gdy brytyjski wywiad ostrożnie dawkuje strzępy informacji, a czym innym, gdy zegarmistrze wykładają na stół całą swoją wiedzę na temat sprawy.
– Był – doprecyzowuję, składając kartkę w równy kwadrat. – Pracował w archiwach Watykanu.
W oczach zegarmistrzyni miga zawodowe zainteresowanie. Wiem, że wyobraża sobie, co mogłaby osiągnąć, gdyby dane jej było spędzić choć jeden dzień w tamtych archiwach, jakie sekrety mogłaby wynieść, by spisać je na małych karteczkach i sprzedać za absurdalne sumy.
– Zmienia miasto co kilka miesięcy – mówi. – Wie, jak się ukrywać, a teraz jest w Fezie. W medynie.
Innymi słowy, w jednym z najłatwiejszych miejsc do ukrycia się na świecie.
Wygląda, jakby podjęła jakąś decyzję.
– Powinieneś wiedzieć, że ktoś jeszcze o niego pytał. Trzy dni temu.
Kurwa.
– Kto? – pytam, choć wiem, że nie odpowie.
I rzeczywiście nie udziela odpowiedzi. Zegarmistrze nie utrzymaliby się w swoim fachu, gdyby zdradzali tożsamość klientów.
– Powodzenia – rzuca na koniec i znika na zapleczu.
***
Fez jest chaotyczny, ale malowniczy. Przemierzam medynę, labirynt targowisk, meczetów i ślepych zaułków. Ulice wypełniają stragany, kramarze i juczne muły. W zakamarkach i niewidocznych dziedzińcach szemrzą fontanny. Wszędzie przemykają koty. Gdy dociera do mnie brzęk młotków uderzających w miedź, zwalniam krok i z jedną ręką w kieszeni piaskowego garnituru wchodzę na Place Seffarine. Przybieram pozę beztroskiego turysty. Zatrzymuję się przy sklepach, gawędzę z miedziownikami po francusku z brytyjskim akcentem i stopniowo układam sobie w głowie mapę tego miejsca.
Większość okolicznych budynków jest niska, najwyżej dwu- lub trzypiętrowa, z okiennicami w oknach i kawiarenkami wciśniętymi na dachach. Po jednej stronie znajduje się medresa, skąd od czasu do czasu przez portal w kształcie podkowy wychodzi lub wchodzi grupka studentów. Na stopniach prowadzących w dalszy koniec placu handlarze rozłożyli swoje towary, nawołując zarówno mieszkańców, jak i turystów.
Miejsce jest głośne i zatłoczone. Można tędy łatwo przejść bez rzucania się w oczy.
Kupuję kilka niepotrzebnych błyskotek, a potem znajduję miejsce w kawiarni. Z filiżanką czarnej kawy i gazetą, którą udaję, że czytam, obserwuję plac z góry.
Nie zapomniałem, że to najgorsza część pracy wywiadowczej. Czekanie i obserwacja. Odpieranie nudy kijem, pilnowanie, by myśli nie odpływały ku bezkresnym niewiadomym.
Niewiadomym takim jak to, czy mój zbiegły ksiądz poczeka, aż cienie rozciągną się nad ulicami medyny, by opuścić swoją kryjówkę, czy też zaufa zgiełkowi placu i bezczelnie zajmie się swoimi sprawami za dnia. Czy od czasu wykonania ostatniego zdjęcia zmienił się fizycznie. Czy jest sam.
Czy jest niebezpieczny.
Kawiarnia chroni od najbardziej przenikliwych grudniowych podmuchów, ale i tak jestem wdzięczny za marynarkę i gorącą kawę, gdy poranek przechodzi w popołudnie. Rudy kocur wskakuje na krzesło obok mnie i myje łapy. Głaszczę go po uszach, czytając i pijąc kolejną kawę. Myślę o cappuccino i o moim ochroniarzu. Myślę o filiżankach espresso obejmowanych smukłymi, śmiertelnie groźnymi palcami mojej żony.
Miałem kiedyś plan i wyglądał on tak: zemścić się i pewnie przy tym zginąć. Było w tym zamyśle coś krystalicznie jasnego, cel, który nie podlegał wątpliwościom, a przy całej złożoności powód był tak wyraźny jak topór wbity w moją pierś. Zabili to, co kochałem, więc ja zamierzałem zabić ich wszystkich.
Ale potem pojawiła się Isolde. Isolde, którą ogarnął tak silny stan odrętwienia po tym, jak czołgała się dla mnie, że zemdlała, Isolde, która używała noża z wiciokrzewem podarowanego przeze mnie, by zabijać plugawych księży.
Później pojawił się Tristan, który podczas służby pragnął tylko pocałunku. Który pojechał do Irlandii, by sprowadzić mi narzeczoną, choć wiedział, że to rozszarpie mu serce.
A teraz sam nie wiem, co, do diabła, zrobić z moim planem. Miałem o nic nie dbać, a tymczasem obchodzą mnie dwie rzeczy. Szczerze mówiąc, to wkurwiające.
W jednej z bram wychodzących na plac zauważam ruch. Łatwo byłoby go zignorować lub zapomnieć, ale widzę unoszącą się dłoń, która zaraz opada i kreśli znak krzyża.
Natychmiast czujnie obserwuję, jak biały mężczyzna w zwykłych turystycznych ciuchach, rozpinanej bluzie i dżinsach, opuszcza rękę, wchodzi na plac i rusza w stronę jednej z wąskich uliczek prowadzących w głąb medyny. Pozostawia za sobą krople krwi, które sączą się z nogawki jego spodni i po chwili ciemnieją na bruku.
Odkładam gazetę na stolik, wsuwam kilka dirhamów pod filiżankę i wychodzę z kawiarni szybkim krokiem. Niemal tracę go z oczu, gdy przeciskam się przez zaułek, którym podąża, ale udaje mi się dostrzec ciemnozieloną bluzę i brązowe kręcone włosy, gdy mijamy uniwersytet. Znalazł czapkę z daszkiem albo miał ze sobą już wcześniej i teraz naciąga ją na głowę, skręcając ostro w lewo w jeszcze bardziej zatłoczoną ulicę. Sklepy z dywanami i odzieżą stoją otwarte, a między nimi zaparkowali swoje wózki handlarze sprzedający wszystko, co się da, od butelkowanej wody po suszone skorpiony.
Jeśli wolno mi się pochwalić, powiedziałbym, że w śledzeniu ludzi radzę sobie całkiem nieźle. Tym razem jednak mój cel okazuje się równie dobry w gubieniu ogona. Często skręca, nie stroni od tłumu, a wąskie uliczki i zatłoczone zakamarki sprytnie wykorzystuje na swoją korzyść. Wciąż mam go na oku, choć ledwie. Wtedy rzuca spojrzenie przez ramię. Tylko jedno, ale wystarczająco długie, by mnie dostrzec. Medyna roi się od turystów, a ja potrafię zagrać beztroskiego Brytyjczyka całkiem przekonująco, więc nie powinno mieć to znaczenia. A jednak ma. Bo kiedy w następnej chwili rzuca się biegiem w kolejny zaułek, dociera do mnie, że wie, kim jestem. Lista tych, którzy chcieliby przede mną uciekać, wcale się przez to nie zmniejsza, ale przynajmniej wiem już, z czym mam do czynienia.
Wzdycham i ruszam za nim, życząc sobie, by choć raz wszystko było proste. Czyż nie zasłużyłem na coś nieskomplikowanego? Cokolwiek. Jezu.
Jest szybki, ale ja też i zyskuję przewagę, gdy pędzimy obok kawiarni, bazarów i kotów wygrzewających się w słońcu. Wolałbym nie biegać w lnianym garniturze i skórzanych butach, ale zdarzało mi się prowadzić akcję w smokingach, eleganckich pantoflach, a raz nawet w pełnym stroju karnawałowym i masce weneckiej, więc nie jest tak źle. Mimo że stopy mnie bolą i w biegu muszę sięgnąć po skórzane rękawiczki, by naciągnąć je na dłonie, prawie go dopadam… Nagle schyla się przy fontannie, podnosi coś z ziemi, odwraca się i rzuca tym we mnie.
Mam zaledwie sekundę, żeby zauważyć uszy i puszysty ogon, zanim łapię zwierzę przy piersi. Ten skurwiel rzucił we mnie kotem! Czuję, jak pazury wbijają mi się w bicepsy i pod żebra. Słyszę wściekłe syczenie. Tracę cenne sekundy, zanim udaje mi się wyplątać bezpańskiego kota z marynarki i ostrożnie stawiam go na ziemi. Jeśli chodzi o dywersję, była skuteczna: krwawię z ramienia, straciłem cel z oczu, a kot jest doskonale, kurwa, cały. Jeszcze się odwraca i prycha na mnie, jakbym to ja był winny.
Mam szczęście, że kątem oka dostrzegam nagły ruch przed sobą, gwałtowny zryw w tłumie. Przeciskam się między sprzedawcami mięty i toreb, aż trafiam do prawie pustego sklepu z wyrobami skórzanymi. Wychodzę na taras z widokiem na garbarnię i dławi mnie ohydny odór. Dziedziniec w dole usiany jest kadziami pełnymi krowiego moczu, gołębich odchodów i wapna, dalej znajdują się głębokie doły z barwnikami: henną, szafranem, indygo. Wszędzie porozwieszane są mokre skóry, surowe albo już wyprawione. Po drugiej stronie widzę grupkę turystów, którzy wracają ze swojego tarasu do sklepu, trzymając przy twarzach gałązki mięty. Wreszcie na tarasie poniżej dostrzegam mężczyznę, którego ścigam. Rzuca mi szybkie spojrzenie przez ramię, po czym zeskakuje z ostatniego półpiętra wprost na teren garbarni.
Skaczę za nim i krzywię się, gdy moje trzydziestosześcioletnie kolana amortyzują uderzenie, a potem zeskakuję jeszcze raz i ląduję w cuchnącym odorze na poziomie kadzi i skór.
Oddałbym życie za gałązkę mięty.
Mężczyzna wspina się na misterną siatkę kadzi, przeciska się między mętnymi basenami czerwieni, żółci i błękitu, a ja podążam za nim na tyle szybko, że gdy docieramy do skraju, dzieli nas jedynie niewielka odległość. Mój przeciwnik rzuca się w stronę wąskiej odludnej uliczki zawalonej kolorowymi stosami wyprawionej skóry. Dobiegam do niego i powalam na cuchnące wyroby z ciężkim łoskotem. Toczymy się raz, drugi i obaj sięgamy do kieszeni. Kiedy w końcu się zatrzymujemy, leżymy w rozsypanych skórach: skradziony nóż Isolde tkwi przy jego gardle, a czubek ostrza jego broni wbija się w moje żebra.
– Nie boję się śmierci. Ale zamierzam zabrać cię ze sobą – syczy mi w twarz.
Wierzę mu w obu kwestiach, lecz nie mam ochoty go zabijać, przynajmniej jeszcze nie teraz.
– Skoro tak ci spieszno do nieba, może znasz człowieka, którego szukam. – Przybieram ton towarzyskiej rozmowy, choć nóż z wiciokrzewem nie drga ani o milimetr przy jego gardle. – Ojciec Minch. Kilka lat młodszy od ciebie, niski, paranoiczny Brytyjczyk.
Wpatruje się we mnie płonącym wzrokiem. Ma kształtną twarz z mocno zarysowanymi brwi i szeroką szczęką, ale wściekłość zniekształca jego rysy.
– Spóźniłeś się, Ogarze Mórz – mówi.
Minęło trochę czasu, odkąd słyszałem swój stary kryptonim z CIA, i muszę przyznać, że robi to na mnie wrażenie, choć nie podoba mi się to, co właśnie oznajmił ten mężczyzna.
– Więc już go znalazłeś.
– Odesłano go do Boga, by odpowiedział za swoje grzechy.
– Brzmi jak coś, co powiedziałby święty – rzucam, bardziej po to, by skupić jego uwagę na słowach, niż na tym, jak przesuwam kolana po skórach.
Nie dziwi mnie, że jest świętym. Niewielu ludzi potrafi przeżegnać się, po czym zostawiać za sobą krwawe ślady stóp na środku publicznego placu. Ma to sens, że ojciec Minch interesuje go tak samo jak mnie. Ale nie jest to dobra wiadomość.
– Nic nie wiesz o tym, co powiedziałby święty – parska, a jego pozbawiony barwy głos z każdą sylabą zyskuje coraz więcej włoskiego akcentu. – Nic nie wiesz o…
Ale nie interesuje mnie to. Odsuwam się na bok, poza zasięg jego noża, a kiedy mężczyzna turla się, by za mną podążyć, rzucam się na niego i zadaję cios. Wykonuję dwa szybkie cięcia, a leżące pod nami skóry tłumią jego krzyk.
Wstaję i kilkoma wyćwiczonymi ruchami strzepuję krew z ostrza.
