Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wszystkie cuda tego świata istnieją w rzeczywistości, zaś książki są tylko miejscem, w którym tymczasowo przebywają.
MROŻĄCY KREW W ŻYŁACH KRYMINAŁ!
Przypadkowe spotkanie z tajemniczą Leną zakłóca spokojne życie studenta historii, Kamila Maja. Budzi się sam w luksusowym pokoju hotelowym, a jedyną pamiątką zdarzeń minionej nocy jest list od nieznajomej i dołączona do niego przesyłka.
Trzy i pół roku później dziewczyna ponownie pojawia się w jego życiu, tym razem również na krótko. Lena pada bowiem ofiarą seryjnego mordercy, a jej ciało w nieznany sposób znika z kostnicy.
Komisarz Sypniewski od początku podejrzewa Kamila i jego promotora, profesora Filipiaka. By rozwikłać zagadkę student i jego nauczyciel muszą odnaleźć tajemniczy siedemnastowieczny manuskrypt, dzięki któremu poznają historię Sebastiana Adersa – polskiego szpiega zaginionego trzysta pięćdziesiąt lat temu w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach.
Tymczasem tropem głównego bohatera podąża morderca, pewna bardzo stara organizacja religijna, a także warszawska policja…
Dowiedz się więcej o Autorze oraz o spotkaniach autorskich: .
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 404
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 9 godz. 31 min
Lektor: Łukasz Głowacki
Dla L. i L.Zawsze będziecie w moim sercu.
Pomiędzy pierwszą a ostatnią stroną może zdarzyć się wszystko.
aneta sławińska
Mężczyzna przystanął na chwilę, aby sprawdzić, czy nikt go nie śledzi. Rzemień w jego sandale pękł niespodziewanie, powodując dość bolesny upadek. Zdjął pośpiesznie obuwie. Nie zważając na stłuczony nadgarstek i piekący ból w kolanie, ruszył dalej. Czuł, jak żłobiący wąskie kanaliki wzdłuż jego ud pot miesza się z kropelkami krwi gdzieś w okolicy kolana. Oddychał ciężko, z trudem łapiąc powietrze. Wdrapanie się na niewielki pagórek zajęło mu nadspodziewanie dużo czasu. Schylił się, opierając ręce na kolanach. Po kilku chwilach tętno wróciło do normy. Około pięćdziesięciu metrów przed sobą dostrzegł jakiś ruch. Podkradł się bezszelestnie, chcąc się upewnić, czy trzy szare plamy wypełniające przestrzeń pod konarami rozłożystego drzewa to jego przyjaciele. W bladym świetle księżyca rozpoznał Filipa. Miał zmierzwione, lekko falujące włosy i bujny zarost. Siedział, opierając się plecami o pień.
Mężczyzna bezskutecznie próbował zidentyfikować dwie pozostałe osoby. Rozważał jeszcze przez chwilę ryzyko zasadzki, po czym zdecydowanym krokiem ruszył przed siebie.
– Witajcie – rzekł, zaskakując towarzyszy.
Filip zerwał się na równe nogi, a jego przyjaciele przybrali agresywną postawę.
– To tylko ja – nieznajomy wyciągnął dłoń w pokojowym geście.
– Jesteś wreszcie – odpowiedział jeden z mężczyzn, po czym uściskał przybysza. – Mów, jakie wieści…
Człowiek bez sandałów spuścił głowę. Powietrze wypełniła cisza.
– A więc stało się – Filip skwitował ze smutkiem.
– Musimy uciekać! I to jak najszybciej! – dodał ktoś zza jego pleców. – Pewnie już nas szukają.
– Myślałem, że jesteś mniej bojaźliwy, Szymonie – zripostował przybysz.
– Czy nie powinniśmy poczekać z decyzją, aż przyjdzie reszta? – wtrącił się Filip.
Spierali się tak zaciekle i głośno, że nawet nie zauważyli, kiedy pojawili się pozostali towarzysze. Dopiero wówczas ten, który nie miał na nogach sandałów, wyszedł na środek i przemówił do wszystkich:
– Witajcie raz jeszcze, kochani – rzekł, podnosząc dłoń. Nadszedł ten dzień. Niektórzy z was chcą ratować własną skórę, uciekać jak najdalej stąd. Nie mogę i nie chcę ich potępiać. Każdy ma prawo żyć. Lecz zastanówcie się, czy czasem coś nie jest znacznie ważniejsze.
– Co masz na myśli? – przerwał mu Filip.
– Mówię o odwadze, miłości, honorze… Nie zrobiliśmy nic w tej sprawie.
– Przecież nie mamy najmniejszych szans – zaoponował jeden ze słuchaczy.
– On ma rację! – zawtórował ktoś inny.
– Wysyłasz nas na pewną śmierć! – dodał Filip.
– Czy to znaczy, że powinniśmy stać z założonymi rękami? – zapytał retorycznie człowiek nieposiadający obuwia.
– A co chcesz nam zaproponować? – Filip pomimo początkowej niechęci i bojaźni o własną skórę w głębi duszy popierał plan rozmówcy. Po chwili wahania zdecydował się go poprzeć.
Podobnie postąpili czterej inni słuchacze. Kilka osób wstrzymało się od głosu, bojąc się opowiedzieć za którąś ze stron. Jedynym, który wyraził zdecydowany sprzeciw, był Szymon. Uważał, że nie powinni…
Miał wciąż zaspane oczy, a w ustach niemiły posmak wczorajszego piwa. Czuł, jak wysokie dźwięki emitowane przez jego telefon rozsadzają mu czaszkę. Nie otwierając oczu, sięgnął ręką po aparat i wyłączył alarm. Nakrył się kołdrą, próbując ponownie zasnąć. Chwilę później komórka znów ożyła. Kamil poddał się po upływie pięciu minut. Usiadł na skraju łóżka, przecierając oczy. Rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu wody. Po chwili jego grafitowy samsung odezwał się po raz trzeci. Chłopak niechętnie sięgnął po aparat.
– Kamil, słucham – powiedział, nie spoglądając nawet na wyświetlacz.
– Cześć! Będę za godzinę. Właśnie wyjeżdżam z Warszawy.
Po tonie głosu rozmówcy można było rozpoznać, że zjadł on obfite śniadanie i wypił mocną kawę.
– Cześć, Igor. Sorry. Dopiero wstałem. Byłem wczoraj na urodzinach znajomego – chłopak próbował wytłumaczyć coś, co jego starszy brat określił przed chwilą mianem apatii lub ostrego zapalenia gardła.
Rozmowa trwałaby o wiele dłużej, gdyby nie fakt, że dwudziestopięcioletniego Igora, świeżo upieczonego absolwenta politologii oraz funkcjonariusza Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, właśnie zatrzymała miejska drogówka.
Kamil rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu kapci. Odsunął grubą brązową zasłonkę, która wyszła z mody na długo przed jego narodzinami. Jak na wrześniowe przedpołudnie na dworze było dość ciepło, a przynajmniej tak mogło się wydawać komuś, kto oceniał sytuację z cieplejszej strony okna. Dochodziła dwunasta. W kuchni oprócz kilku kanapek z mortadelą i kiszonym ogórkiem znalazł kartkę, z której dowiedział się, że jego rodzice wyjechali na targ do oddalonego o kilkadziesiąt minut drogi Łowicza. Chłopak zastanawiał się przez chwilę, czy widzieli, w jakim stanie wchodził dzisiejszego ranka do domu. W rzeczywistości pokonanie dystansu między drzwiami wejściowymi a tymi, za którymi mieściło się jego dziesięciometrowe królestwo, miało niewiele wspólnego z chodzeniem.
Na zegarze wybiła pierwsza. Wykąpany i najedzony siedział przy kuchennym stole, popijając mocną, gorzką kawę. Usłyszawszy ujadanie psa, odstawił do połowy pełną filiżankę. Zauważył, jak przez otwartą bramę wjeżdża stary czerwony ford sierra, wersja „studencka” – zbyt cenny, by przerobić go na żyletki, a zarazem tańszy od radia, które było w nim zamontowane.
– Podjedź bliżej! – krzyknął, stojąc w drzwiach.
Gość omiótł wzrokiem całe podwórko, zanim zdecydował się wyjść z samochodu. Na szczęście Cezar znajdował się za ogrodzeniem. Igor wyprowadził się z domu rodzinnego na rok przed pojawieniem się monstrualnych rozmiarów owczarka kaukaskiego.
– Nic ci nie zrobi! – Kamil uspokajał brata.
Igor po chwili ociągania się ruszył dziarskim krokiem w kierunku drewnianego ganku. Gdy weszli do środka, Kamil zaproponował mu herbatę z cytryną, ale… bez dodatku cytryny, ponieważ okazało się, że ta akurat się skończyła. Dopiero teraz gospodarz spostrzegł, że w domowej lodówce nie ma ani jednego nadającego się do spożycia produktu.
– Spakowany? – zapytał starszy brat, upijając łyk aromatyzowanego yunana.
– Prawie. W zasadzie mam tylko kilka tekturowych pudeł i komputer – odpowiedział Kamil, wskazując palcem bliżej nieokreślone miejsca za drzwiami swojego pokoju.
– To dobrze. Jak się pośpieszymy, to może zabiorę cię dziś na imprezę do mojej koleżanki. Poznasz fajnych ludzi. Co ty na to?
– Dzięki, stary. Wczoraj poznałem wyjątkowo dużo nowych ludzi.
– To dlatego wyglądasz jak zmięta szmata?
– I tak też się czuję.
– Brachu! Nie wiem, jak ty przeżyjesz te studia z taką słabą głową – odparł jowialnie Igor, poklepując swojego rozmówcę po plecach.
– To przez Monikę.
– Twoją dziewczynę?
– To dalece nieaktualne określenie. Byliśmy wczoraj u jednej kumpeli na osiemnastce. Straciłem Monikę z oczu na kilka minut, a ta już całowała się z jakimś palantem z Piastowa.
– Znasz go?
– Poznałem, jak już mu przywaliłem. Pogroził mi kumplami, pozbierał zęby z podłogi, a potem odjechał swoim gruchotem.
– A co na to Monika?
– Jak to ona. Wydarła się, że robię jej obciach, a tak przy okazji zdradziła mi, co robi, gdy nie mogę się do niej czasami dodzwonić po południu…
– Olej ją, stary. W Warszawie poznasz dziesięć takich jak ona – Igor ponownie poklepał młodszego brata po plecach. – Zresztą – dodał po chwili – obiecałem rodzicom, że nie zmarnujesz się w stolicy.
Obaj zaśmiali się w głos. Kamil zrobił po jeszcze jednej szklance herbaty.
– Z tą opieką to ty za bardzo nie przesadzaj. Chodź! Pomożesz mi przenieść graty do samochodu.
– Po co zabierasz te wszystkie peruki i stroje? – zapytał, wynosząc z pokoju ostatnie pudło.
– Bo ja wiem? Jak gram na gitarze, to lubię się trochę powygłupiać. Poza tym – ciągnął – jak je tutaj zostawię, pewnie za tydzień wylądują na śmietniku – po pierwszym sprzątaniu mojego pokoju.
– Młody! Nie wiedziałem, że jesteś już tak dobry, że dajesz koncerty.
– Taaaa. Najlepiej się sprawdzają na imprezach domowych.
– Chodź, młody, chodź. Zainstalujemy cię w stolicy. W końcu za dwa dni będziesz studentem, a pewnie jeszcze nie znasz nazw ulic w Śródmieściu. Mam dla ciebie fajny lokal na Żoliborzu. Właściciel to sknerus, ale w gruncie rzeczy swój chłop. To kolega ojca. Załatwię to tak, żeby za bardzo nie ingerował w twoje życie.
– Fajnie by też było, gdyby nie zdzierał ze mnie kasy.
– Oczywiście.
Upewniwszy się, że zabrał „cały dobytek swojego życia”, Kamil Maj schował klucz do znajdującej się w ganku doniczki z paprotką. Zdezelowana sierra odjechała, pozostawiając za sobą dwie głębokie koleiny w rozmiękniętej ziemi.
Ostatnie promienie zachodzącego słońca rozbijały się o powierzchnię wody, która o tej porze dnia musiała być już dość ciepła. Tak przynajmniej myślał brat Berengar. Dałby w tym momencie wiele, by móc ochłodzić w niej spływające potem ciało. Reguła zakonna, której przyrzekł przestrzegać, zabraniała stosowania tego rodzaju uciech częściej niż raz w miesiącu. Czarna tunika z białym krzyżem umieszczonym na lewym ramieniu była przesiąknięta odorem ryb, potu i uryny. Berengar czuł, jak słone kropelki żłobią rowki na jego plecach. Odetchnął z ulgą dopiero wtedy, gdy słońce skryło się w morskiej toni.
– O czym tak dumasz, bracie Berengarze? – rzekł niższy o głowę mężczyzna, który niepostrzeżenie podszedł od strony rufy.
– Ach, to ty, Leonie! – odpowiedział zaskoczony rycerz. – Nie dumam o niczym, bracie, tylko pogan wypatruję na horyzoncie.
– Czasy teraz niepewne. Wszędzie szpiedzy sułtana. Trzeba mieć oczy i uszy szeroko otwarte.
– Tak – odparł zdawkowo Berengar.
– Pogańska zaraza rozprzestrzenia się na zachód – Leon ciągnął swój wywód. – Jeszcze trochę i wyprą nas również stąd, bracie. Powiadam ci.
Wypowiedziawszy ostatnie słowa, wskazał palcem na poszarzałą plamę umiejscowioną na linii wyznaczającej horyzont.
– Miej wiarę w Bogu. On i nasz wielki mistrz nie pozwolą nam zginąć – odparł wyższy z rycerzy.
– Bracie Berengarze, jesteś młody i zapewne tego nie pamiętasz, ale tak samo mówiliśmy, mieszkając na Rodos.
Na myśl o wyspie Leon pogładził się po długiej, białej jak mleko brodzie.
– Starsi bracia mówią, że było tam o wiele lepiej niż tu. Czy to prawda? – zagadnął Berengar.
– Zaiste, drogi przyjacielu, tak było. Malta to mała wyspa, a do tego słabo ufortyfikowana. Gdy niewierni zaatakują nas większymi siłami, i to miejsce przyjdzie nam opuścić.
– Okręty „Religii” cały czas patrolują te wody – odparł z uśmiechem młodzian.
– Obyś miał rację, Berengarze. No, dość już tej polityki. Chodźmy na rufę. Trzeba się czymś pokrzepić. Noc będzie chłodna.
Rycerz podążył za swoim mentorem. Z pomocą dwóch braci zakonnych przewrócili jedną z szalup, robiąc z niej prowizoryczny stół. Zaraz też przyszło kilku innych rycerzy, tak samo jak oni odzianych w czarne peleryny z wyszytym na ramieniu białym krzyżem. Leon powstał pierwszy. Wzniósł ręce ku niebu, czyniąc modły. Przystąpili do posiłku. Berengar chwycił suszoną rybę w jedną rękę, w drugą zaś wziął pajdę czerstwego chleba. Jedli w ciszy i zadumie. Morze tego wieczora było nadzwyczaj spokojne. Zdawać by się mogło, że spało otulone płaszczem gęstej, mlecznobiałej zawiesiny. Niebo, które jeszcze godzinę temu rozbłyskiwało milionem gwiazd, teraz tonęło we mgle. Zjadłszy, Berengar skinieniem głowy podziękował towarzyszom za wspólny posiłek. Wszyscy w ślad za nim uczynili to samo. Berengar i Leon ruszyli w kierunku dziobu okrętu. Pierwszy z nich był bardzo zdolnym nawigatorem, synem zamożnego szlachcica z Kastylii – Don Rodrigo de la Peñy. Ten zacny ród od wieków służył Bogu i joannitom. Ojciec Berengara uchodził za jednego z najsłynniejszych rycerzy „Religii”. Zarządzał jedną z ośmiu wielkich „Langue”. Berengar od najmłodszych lat był wychowywany w duchu miłości do Boga i braci noszących na piersi biały krzyż. Zawsze można było na nim polegać. Jego oddanie oraz wrodzona inteligencja i odwaga poruszyły nawet samego wielkiego mistrza Jeana de Homedesa, który w dowód uznania mianował młodego Kastylijczyka nawigatorem na „Jesui”. Teraz de la Peña wraz z bratem Leonem podążali śpiesznym krokiem ku dziobowi.
– Berengarze, zaraz w ogóle stracimy widoczność. Trzeba rzucić kotwicę, bo inaczej rozbijemy się o skały.
– Ale tu głębia! Będzie ze czterdzieści stóp, a nasza kotwica sięga jedynie trzydziestu – odparł z niepokojem.
– Płyńmy więc na płycizny.
– Nie damy rady. Wiatr ustał. Jesteśmy daleko od lądu. Spróbujmy zluzować żagle. Zaraz każę braciom postawić wiosła na wodzie. Nie zastąpi to nam kotwicy, ale okręt powinien stać w miejscu.
– Mądre decyzje podejmujesz, Berengarze. Tylko patrzeć, jak nasz wielki mistrz mianuje cię dowódcą tego statku – wypowiadając te słowa, uśmiechnął się szeroko do młodzieńca, pokazując galerię pożółkłych zębów.
– Z tego, co pamiętam, dowodzi nim brat Unger – odparł skromnie nawigator.
– Prawda to, ale powiadają, że nasz czcigodny kapitan słaby ma już wzrok i umysł nieco stępiony. Chciałby już pewnie osiąść na lądzie na stałe, by tam móc służyć wiernie zakonowi.
– Zrobię, co rozkaże mistrz – odpowiedział z pokorą de la Peña.
Gdy wydał wszystkie rozkazy, obaj oparli się o burtę i zatopili wzrok we mgle. Na twarzy Berengara zagościł niepokój.
– Co się stało, przyjacielu?
– Ta mgła… Nie podoba mi się. Jest jakaś tajemnicza i groźna zarazem.
– Lękasz się, bracie?
– Tak. Obawiam się, że brat Unger źle zrobił, każąc nam płynąć tak daleko. Gdyby nas teraz napadli niewierni, nie byłoby nawet jak zawiadomić tych, którzy pozostali na lądzie.
– Daremnie się zamartwiasz, bracie. Te psubraty nie posiadają tak znakomitych statków jak my, a jedynie lekkie łodzie na wzór kozackich czajek. Nadają się one do szybkich wypadów łupieżczych, jednak w żaden sposób nie mogłyby zaatakować okrętu wyposażonego w trzydzieści armat.
Leon miał rację. Łodzie nieprzyjaciela były niewielkie i nieuzbrojone, toteż musiałoby ich być co najmniej kilkadziesiąt, by miały jakąkolwiek szansę zatopić statek o wyporności stu pięćdziesięciu łasztów. „Jesui” został zwodowany w 1524 roku. Przez kilka lat służył do przewozu zboża z Gdańska do portów niemieckich. Okręt zmienił banderę w 1531 roku, gdy jego właściciel, kupiec i dyplomata Piotr Wisznic został napadnięty przez rabusiów w drodze do Lubeki. Od niechybnej śmierci uratował gdańszczanina rycerz zakonu joannitów, Ulrich von Ginster. Wdzięczny za pomoc Wisznic podarował zakonowi swój najszybszy okręt. W 1538 roku galeon zaopatrzono w dalekosiężne armaty, które umiejscowiono na wysokich galeriach. Dzięki nim rycerze byli w stanie bez większego problemu zniszczyć pirackie łodzie, zanim te zbliżyłyby się na odległość strzału z łuku od okrętu „Religii”. Poza tym na statku znajdowało się około stu pięćdziesięciu dobrze uzbrojonych i zaprawionych w boju braci zakonnych. Niestety, prawdą było również to, że w tej chwili galeon był bezbronny.
Zanim ta wiadomość dotarła wreszcie do umysłu Leona, powietrze przeszył świst. Krótka strzała z czarnymi piórami na końcu ugodziła go w ramię. Chwilę potem druga przebiła mu krtań. Starzec osunął się na pokład. Jego ciało drgało w konwulsjach. Na wargach tańczyły bąbelki krwi. Mlecznobiała broda zabarwiła się purpurą.
– Bracie! – krzyknął Berengar, podtrzymując głowę rycerza.
– Uciekaj, chłopcze – wyszeptał charczącym głosem – tu nic nie zdziałasz. Musisz ostrzec naszych. Trzeba bronić tajemnicy.
– Pomszczę cię, Leonie! – wykrzyczał z furią. Po jego policzkach popłynęły łzy. Wiedział, że koniec jego przyjaciela jest już bliski.
Starzec zdołał już tylko rzec:
– Za tobą.
Berengar instynktownie schylił się, prostując jednocześnie nogę w kolanie. Mężczyzna w turbanie z hukiem zwalił się na deski. Zakrzywiony miecz wyśliznął mu się z ręki w chwili upadku. Korsarz leżał przez chwilę oszołomiony. Berengar, nie myśląc o rycerskim honorze, zdecydowanym ruchem wyciągnął grot strzały z szyi martwego joannity, by ugodzić nim napastnika.
– Giń, psie niewierny! – wykrzyczał, po czym trzykrotnie jeszcze dźgnął go w brzuch.
Berengar wyjrzał przez małe okienko w galerii. Mgła rozrzedziła się znacznie za sprawą spadającego na „Jesui” gradu strzał. Na dziobie królowali już nasłani przez sułtana piraci. Nawigator widział, jak dwóch z nich wywleka bezwładne ciało Ungera na pokład. Chwilę później zwłoki kapitana uderzyły z impetem o taflę wody. De la Peña poczuł ukłucie w łydce. Strzała tylko musnęła go lekko, rozcinając skórę poniżej zgięcia kolanowego. Na rycerza nacierało dwóch przeciwników. Nie namyślając się długo, wyjął miecz z pochwy, by odparować cios pierwszego z korsarzy. Szabla drugiego zawisła nad jego głową.
Kastylijczyk zrobił unik w prawo, kopiąc wroga w splot słoneczny. Gdy ten zgiął się wpół, zakonnik uderzył go płazem w twarz z taką furią, że było słychać pękanie czaszki. Mężczyzna padł jak długi na pokład. Berengar, nie odwracając się, zrobił kolejny unik, aby nie nadziać się na szablę drugiego z piratów. Gdy znalazł się poza zasięgiem jego ramion, odwrócił się i rzucił mieczem niczym nożem. Świst oręża przeszył powietrze. Zimne ostrze zmiażdżyło mostek korsarza. Napastnik był martwy, zanim osunął się na deski. Rycerz nastąpił na niego butem, by łatwiej móc wyciągnąć miecz ze zwłok.
Rozejrzał się po pokładzie. Wokół okrętu znajdowało się mnóstwo małych, długich łodzi. Jego towarzysze jeden po drugim osuwali się na pokład w krwawym uścisku śmierci lub ginęli w morskiej otchłani. Wiedział, że przegrana „Religii” jest tylko kwestią czasu. Mógł co prawda pozbawić życia jeszcze czterech bądź pięciu wrogów, ale z pewnością prędzej czy później czekał go ten sam los. Musiał uciekać. Nie po to, by bronić własnej skóry, lecz by ostrzec braci zakonnych przed niespodziewanym atakiem.
Spojrzał na przewróconą szalupę, na której jeszcze nie tak dawno spożywał wieczerzę z bratem Leonem. Wiedział, że jeśli korsarze go zauważą, nie będzie miał żadnych szans. Ich łodzie były bardzo szybkie. Niechybnie by go dogonili. Ponadto bez lin nie mógł spuścić szalupy z takiej wysokości. Nawet jeśli udałoby mu się wypchnąć ją za burtę, ta rozbiłaby się z pewnością o powierzchnię wody, alarmując piratów o jego obecności. Nie mógł też płynąć wpław, ponieważ od lądu dzieliła go zbyt duża odległość. Żaden człowiek nie byłby w stanie tego dokonać.
Kolejna strzała ugodziła go w pierś. Tym razem rana była znacznie poważniejsza. Niski mężczyzna o haczykowatym nosie, lekko kręconych czarnych włosach i oliwkowej cerze nakładał pośpiesznie kolejną strzałę na cięciwę. Berengar był zbyt daleko, aby móc rzucić w niego mieczem. W nagłym przypływie adrenaliny natarł z impetem na napastnika, nie zważając, iż ten właśnie napina łuk. Gdy pirat wypuścił strzałę, joannita zrobił unik. Grot wbił się w drewnianą belkę masztu. Zanim łucznik ponownie sięgnął do zawieszonego przy pasie kołczanu, Kastylijczyk powalił go silnym ciosem w nos. Uderzenie przyniosło spodziewany efekt. Mężczyzna był oszołomiony. Na chwilę stracił równowagę. Berengar złapał go za koszulę i wypchnął za burtę. Ciało korsarza spadło na małą łódź, wywracając ją do góry dnem. W tej chwili rycerzowi przyszedł do głowy znakomity pomysł. Musiał działać szybko. Krew sącząca się z piersi osłabiała go z każdą chwilą. Podbiegł do jednego z leżących bezwładnie ciał. Zdarł z siebie czarną pelerynę. Pośpiesznie przebrał się w korsarski strój i nie zastanawiając się długo, skoczył do wody. Zimna bryza w jednej chwili pobudziła wszystkie zmysły. Podpłynął niepostrzeżenie do znajdującej się najdalej względem „Jesui” łodzi. Upewniwszy się, że nikt go nie obserwuje, wgramolił się do środka i złapał za wiosła. Był już dość daleko od statku, gdy zobaczył krwisto-złotą łunę rozpościerającą się tuż nad powierzchnią wody. Jego okręt płonął. Kilka minut później zrobiło się zupełnie ciemno. Nawigator wiedział, że nie zważając na ból i zmęczenie, musi jak najszybciej dopłynąć do brzegu.
***
Słońce górowało nad horyzontem, gdy morze wypluło wąską łódkę na piaszczysty brzeg. Człowiek w czerwonej koszuli i niebieskich pantalonach wytarł pot z czoła. Zrzucił z siebie górną część odzienia. Na jego piersi ukazała się ciemnobrunatna plama zakrzepłej krwi. Nawigator szybko ocenił swoje położenie. Na szczęście prądy morskie, które u wybrzeży Malty są bardzo słabe, nie zniosły go zbyt daleko. Czy jednak miał jeszcze jakieś szanse? Piraci na pewno dotarli do brzegu jeszcze przed świtem. Cóż jednak miał robić? Nie zważając na kłujący ból w klatce piersiowej, ruszył szybkim krokiem przed siebie. Gdy godzinę później wdrapał się na najwyższy pagórek na wyspie – mierzący zaledwie dwieście pięćdziesiąt trzy metry nad poziomem morza Ta’Dmejrek – spostrzegł kłęby dymu unoszące się nad zamkiem. Zważywszy na odniesione rany, dystans, jaki dzielił go od twierdzy, wydawał się ogromny. Ruszył ile sił w nogach. Doskwierający ból skutecznie spowalniał jego bieg. Mimo to mężczyzna starał się nie zatrzymywać. Ujrzawszy wreszcie bramy warowni, padł bez tchu na rozgrzaną słońcem ziemię. Pełniący wartę brat Fulko rzucił się w jego kierunku. W pierwszej chwili – myśląc, że leżący mężczyzna jest jednym z piratów – chciał ugodzić go trzymaną w ręku mizerykordią. Dopiero odwróciwszy ciało, rozpoznał znajomą twarz młodego Kastylijczyka. Z pomocą brata Cristiana przeniósł rycerza do lazaretu. Mnisi opatrzyli mu rany i ułożyli na posłaniu. Dopiero późnym popołudniem mężczyzna odzyskał przytomność.
– Co się stało, bracie? – zapytał Fulko, widząc, że Berengar próbuje się podnieść.
– Gdzie ja jestem? – De la Peña był oszołomiony.
Przyjaciel opowiedział w kilku zdaniach, jak znalazł go u bram zamku i przyniósł do lazaretu.
– Prowadź do wielkiego mistrza… – rozkazał ranny rycerz, z trudem zaczerpując powietrze…
Fulko próbował przekonywać współtowarzysza, że nie powinien się podnosić, ale Berengar nie słuchał jego próśb. Dyskutując, dotarli wreszcie do wielkiej komnaty, w której przebywał Jean de Homedes. Wielki mistrz siedział odziany w wojenny płaszcz z czerwonego lnu. Na jego lewym ramieniu widniał biały krzyż z rozwidlonymi ramionami. Wokół starca krążyli doradcy. Było gwarno. Rycerze przekrzykiwali się, forsując własne plany zdobycia stolicy niewiernych. Miał to być odwet za napad piratów, których do ataków na Maltę podżegał sułtan turecki. Gdy do wielkiej komnaty weszli Berengar i podtrzymujący go Fulko, głosy nagle zamilkły. Jean de Homedes podniósł się i ruszył w kierunku Kastylijczyka.
– Straż! Przynieście wody i opatrzcie rany! – wielki mistrz był poruszony stanem zdrowia nawigatora. Ten jednak powstrzymał go gestem dłoni.
– Dziękuję, panie, za troskę. Brat Fulko już zdążył zatroszczyć się o moje skromne potrzeby.
– Skoro tak… Opowiadaj zatem, bracie Berengarze. Co z „Jesui”?
– Zaatakowali nas piraci, panie.
– Jak to zaatakowali? Nie widzieliście ich? Dlaczego nas nie ostrzegliście?! – dziwił się de Homedes. W jego głosie słychać było zarówno współczucie, jak i gniew.
– Panie – odpowiedział Berengar, zagryzając przyniesiony właśnie ser – była mgła. Tak gęsta, że ledwie siebie nawzajem widzieliśmy. Brat Unger kazał nam płynąć zbyt daleko od brzegu. Nie mogliśmy zawrócić. Statek niechybnie rozbiłby się o skały.
– Masz rację – odparł wielki mistrz. – Ale jak zaatakowali was korsarze?
– Jak mówiłem – ciągnął dalej – była gęsta mgła, toteż nie mogliśmy ich zauważyć. W innym wypadku od razu użylibyśmy armat. Niewierni wdarli się na pokład, zasypując nas gradem strzał. Powaliłem kilku przeciwników. Z trudem uszedłem z życiem. W pirackim przebraniu wskoczyłem do wody i na jednej z ich łodzi oddaliłem się od okrętu. Chciałem was ostrzec. Niestety – ciągnął – omdlałem. Nie pamiętam nic więcej. Dziś rano morze wyrzuciło mnie na brzeg.
– Wierzę ci, bracie – odrzekł, kładąc rękę na jego ramieniu. – Cud, że w ogóle udało ci się ujść z życiem.
– Mistrzu, czy moglibyśmy zamienić kilka słów na osobności?
De Homedes bez zastanowienia nakazał wszystkim opuścić salę.
– Mów zatem, bracie – zwrócił się teraz w kierunku Berengara.
– Podejrzewam, że mury naszego zakonu skrywają szpiega!
– Wiem to i ja – starzec odparł ze smutkiem. – Ludzi, którzy trzymali dziś nad ranem wartę przy bramie, znaleziono z poderżniętymi gardłami. Któryś z rycerzy zdradził.
– Panie – rzekł Kastylijczyk, dając jednocześnie znak, aby mistrz pochylił się nad nim – podejrzewam, że to jeden z wysoko postawionych dostojników.
De Homedes przez krótką chwilę tkwił w zadumie.
– Mów swobodnie, bracie – rzekł w kierunku nawigatora.
– Sądzę, że… – powiedział tak cicho, że jego rozmówca prawie nie słyszał słów – …do takich informacji dostęp miało tylko kilku rycerzy.
– I ja mam takie podejrzenia, Berengarze – odparł mężczyzna w czerwonej pelerynie. Na twarzy Kastylijczyka odmalowało się zdziwienie. – Powiem więcej – ciągnął dalej de Homedes – jestem pewien, że to ktoś z mojej najbliższej rady.
– Jak to? – rycerz zapytał z niedowierzaniem.
– Ktoś nie tylko otworzył bramy wrogom, lecz także prawdopodobnie powiedział, że jesteśmy znacznie osłabieni, gdyż w zeszłym tygodniu wysłałem do Prowansji delegację wraz z pięciuset rycerzami do jej ochrony. Ta misja utrzymywana była w największej tajemnicy, a jednak piraci właśnie teraz nas zaatakowali.
– Zatem mamy zdrajcę!
– To jeszcze nie najgorsza wiadomość, mój drogi przyjacielu. Piraci dotarli aż tu. Do najpilniej strzeżonych komnat. Nie byliśmy w stanie ich powstrzymać. Sam ledwo uszedłem z życiem – powiedział, wskazując jednocześnie podłużną ranę na przedramieniu. – Te szatańskie sługusy złupiły nasz największy skarbiec…
Berengar wzdrygnął się na te słowa. Jego ciało przeszył zimny dreszcz.
– Jakże to, mój panie?!
– Na szczęście zostało to – rzekł, wyjmując spod peleryny złoty przedmiot zawieszony na grubym łańcuchu. – Nie wiem jeszcze, który z braci zdradził, ale nie sądzę, by piraci znali naszą największą tajemnicę. Wszakże – ciągnął dalej – tylko tobie mogę ufać. Możesz przysłużyć się wielce zakonowi i naszej sprawie.
– Zrobię wszystko, co mi rozkażesz.
– Przemyśl to dobrze, bo to bardzo niebezpieczna misja.
– Jestem zdecydowany, panie – odparł bez zastanowienia.
– Dobrze zatem. Rzekłeś, więc słuchaj. Wraz z bratem Fulko jutro o świcie wyruszycie w podróż…
– Witaj – powiedziała, całując w policzek siedzącego na ławce mężczyznę. Ten, jakby nie spodziewając się przybycia dziewczyny, wzdrygnął się.
– Nie poznałem cię – odpowiedział po chwili. – Bardzo schudłaś.
Wrzucił do kosza czytaną jeszcze przed chwilą gazetę, po czym uściskał swoją rozmówczynię.
– Jak minęła podróż? Nie masz żadnych bagaży – zauważył.
– W miarę dobrze – odpowiedziała zdawkowo. – Umieram z głodu. Zaproponujesz mi coś?
– Chodźmy – rzekł ochoczo. – Opowiesz mi wszystko po drodze.
Dziewczyna wzięła go pod rękę. Poszli do znajdującej się na skraju Parku Saskiego restauracji, w której niegdyś często jadali. Zamówili to co zwykle – kaczkę nadziewaną kawałkami jabłek i pomarańczy z pieczonymi ziemniakami oraz czerwone wino.
– A więc masz kłopoty? – zapytał, upijając łyk Pinot Franc. Wino było bardzo cierpkie. Stwierdził, że woli jednak o wiele delikatniejsze Borgelonde.
– Trochę mam – przytaknęła między kolejnymi kęsami kaczki.
Opowiedziała mu, w jaki sposób poznała chłopaka, przed którym musiała uciekać do innego kraju.
– Martwię się o ciebie – odpowiedział mężczyzna. – Czy ten człowiek może być niebezpieczny?
– Ma spore możliwości. Poza tym jest na mnie wściekły. Dopóki jednak mam to, jestem bezpieczna.
Wypowiedziawszy te słowa, położyła na stół szarą teczkę związaną białą tasiemką. Mężczyzna odstawił swój kieliszek i wytarł ręce serwetką. Dziewczyna patrzyła w milczeniu, jak powoli przegląda znajdujące się w teczce kartki.
– Rozumiem, że to są te słynne dokumenty, o których mówiłaś przez telefon? – zapytał, chociaż w rzeczywistości wiedział, co trzyma w dłoniach.
– Trafiliśmy na to, przeglądając stare książki. Wyobrażasz sobie ten przedziwny zbieg okoliczności? Gdyby nie ja, wyrzuciłby je do kosza albo sprzedał za bezcen, jak połowę księgozbioru, który odziedziczył. Mimo to nie lekceważyłabym go. Jest dość inteligentny. Wcześniej czy później – kontynuowała – znajdzie mnie.
– Może byłoby lepiej, gdybyś gdzieś się ukryła na jakiś czas?
– Tak właśnie zrobię, ale na wszelki wypadek muszę się wcześniej pozbyć tych kartek i tego – wyjęła z kieszeni jeszcze jeden przedmiot.
– Myślę, że mógłbym ci w tym pomóc – uśmiechnął się, wyciągając z kieszeni plik banknotów.
Położył pieniądze w znajdującym się na stole wiklinowym koszyku. Nie czekając na resztę, wyszli z restauracji.
Kamil Maj, student pierwszego roku historii Uniwersytetu Warszawskiego, nie odbiegał w niczym od swoich rówieśników. Czas pomiędzy wykładami, a często także w ich trakcie spędzał ze znajomymi w Parku Saskim lub w pobliskim pubie Harenda. W odróżnieniu od towarzyszy nigdy nie zamawiał piwa, za którym wyjątkowo nie przepadał, lecz sok porzeczkowy o nic nieznaczącej nazwie Frugo. Nie trwonił czasu na czytanie książek. Mimo to był jednym z najlepszych studentów na roku. Nie miał na stałe dziewczyny, ale też nie stronił od damskiego towarzystwa.
Przez całe niedzielne popołudnie student zastanawiał się, co zrobić, żeby nie pójść na poniedziałkowe kolokwium z łaciny. „Powiem, że budzik nie zadzwonił o czasie” – pomyślał. Kolejny autobus przyjechał o kwadrans za późno. Maj wsiadł niechętnie do żółtego ikarusa. Gdy pojazd zbliżał się do przystanku Uniwersytet, Kamil śnił właśnie o…
– O kur… czę – chciał zakląć, lecz powstrzymał się, zobaczywszy siedzącą obok starszą kobietę.
Próbował wstać, aby nacisnąć czerwony przycisk stop, umieszczony na żółtej poręczy po przeciwnej stronie pojazdu. Niestety… i tym razem cały świat był przeciwko niemu, a może raczej przeciw jego kolokwium z łaciny? Student uznał, że tak dużo zbiegów okoliczności to nie przypadek.
– Najwyraźniej mam dziś nie iść na zajęcia – powiedział sam do siebie. Wrócił na wcześniej zajmowane miejsce, przeprosiwszy uprzednio starszą panią. Rozsiadł się wygodnie w oczekiwaniu na to, co przyniesie los.
W pobliżu Placu Trzech Krzyży stwierdził, że w autobusie nie ma już czym oddychać, a co za tym idzie, najwyższa pora opuścić zatłoczony pojazd. Niestety. Przy najbliższym przystanku nie udało mu się przebić przez zasysający go do wewnątrz tłum. Ta sama przekrzykująca się, wydychająca dwutlenek węgla wraz z zapachami dzisiejszego śniadania masa wypchnęła go bezwiednie z autobusu przy Rozbracie. Gdy już zaczerpnął odpowiednią dawkę zimnego, przesyconego ołowiem powietrza, zastanowił się, gdzie warto pójść. Było ładnie, chociaż jeszcze dość chłodno. Pomyślał sobie, że nigdy nie był w Łazienkach o tej porze roku. W tym momencie odezwał się jego żołądek. Kamil zdał sobie sprawę, że przez ten cały pośpiech, nie miał dzisiaj nic w ustach. Kupił w pobliskim kiosku gazetę i udał się do małej kawiarni przy ulicy Pięknej. Jego ulubione croissanty z dżemem malinowym były tu znacznie droższe niż gdziekolwiek indziej, za to podawano je prosto z pieca. Rozkoszowanie się ich smakiem oraz studiowanie prasy sportowej pochłonęło większą część przedpołudnia i prawie całą gotówkę, jaką miał w portfelu. Do Łazienek doszedł około dwunastej. Mimo iż wielokrotnie widział pawie, nigdy nie mógł się nadziwić, że tak duże i cenne ptaki chodzą tam sobie niepilnowane przez nikogo.
Przeszedł obok Pałacu Na Wodzie, a następnie dobrze znaną dróżką udał się wzdłuż wybiegu dla koni. Spostrzegł, że w ciągu ostatniej godziny liczba spacerowiczów podwoiła się. Były to głównie młode matki z wózkami lub wyręczające je babcie. Tu i ówdzie można było spotkać kilku młodocianych profesorów wykładających na ławkach lub pod drzewami lekcję miłości. Ich publikę w każdym wypadku stanowiły młode, rozmarzone studentki, które zapewne tak jak Kamil wskutek zbiegu okoliczności nie trafiły tego dnia na jakieś kolokwium bądź wykład. Maj zapatrzył się przez chwilę na jedną z par. Skryła się pod rozłożystą wierzbą płaczącą. „Pewnie liczą na to, że będą niewidoczni dla spacerowiczów” – pomyślał Kamil. – Pali się! Ratunku! Pomocy! – jego rozważania zastały przerwane w brutalny sposób. Młoda kobieta krzyczała z całych sił, próbując jednocześnie stawić opór chłopakowi, który wyrywał z jej rąk skórzaną torbę.
– Ty! Zostaw ją! – wypalił Kamil, biegnąc jednocześnie w stronę wołającej o pomoc dziewczyny. – Ja ci zaraz pokażę! – krzyczał w kierunku napastnika, próbując dodać sobie animuszu.
Zanim dobiegł do dziewczyny, jegomość w szeleszczących ortalionowych spodniach i bejsbolowej czapce z napisem „NY” był już sto metrów od nich.
– Nic ci się nie stało? – zapytał, otrzepując torebkę z kurzu.
– Wszystko w porządku – odpowiedziała ze spokojem nieznajoma, po czym wyciągnęła rękę w kierunku swojego wybawcy. – Jestem Lena – dodała po chwili, ściskając jego dłoń.
– A ja Kamil. Kamil Maj – przedstawił się, patrząc jej prosto w oczy.
Dziewczyna miała ciemne, lekko falujące włosy, duże niebieskie oczy i śniadą cerę. Urzekła Kamila swoim spokojem oraz idealną, nad wyraz kobiecą figurą.
– Dzięki za pomoc – dodała po chwili, próbując przerwać niezręczną ciszę. – Gdyby nie ty, miałabym niezły pasztet.
– Masz w tej torbie aż tyle pieniędzy? – zapytał, dając jednocześnie znak, by usiedli na zielonej drewnianej ławce.
– Nie. Pieniędzy nie mam zbyt dużo, za to zabrałam ze sobą kilka innych cennych rzeczy – odparła zdawkowo.
Teraz była już całkowicie rozluźniona. Ze sposobu, w jaki patrzyła na studenta, można było wyczytać chęć kontynuowania rozmowy.
– Często tu przychodzisz?
– Czasami. Bardzo lubię aktywny wypoczynek.
– To pewnie często jeździsz na rowerze?
– Chętnie bym na nim pojeździł, gdybym tylko go miał. Za to uprawiam inne sporty – dodał z dumą.
– Jesteś sportowcem? Szybko biegłeś.
– Nie. Nie jestem, ale lubię grać w piłkę, a przy tym trzeba trochę pobiegać. A ty czym się zajmujesz?
– Ja? Niczym specjalnym. Ogólnie rzecz biorąc, cały czas siedzę nad książkami, ale taka ładna dziś pogoda, że warto się na chwilę wyluzować. Wiesz co? Napiłabym się czegoś. Idziemy pod parasolki na piwko? Ja stawiam.
– Dobrze! Chodźmy! – pomógł jej zabrać wszystkie rzeczy.
Ruszyli w stronę znajdującego się nad jeziorem pubu. Zrobiło się bardzo gorąco. W cieniu znaleźli odrobinę wytchnienia. Napój, którego tak nie lubił, ukoił ich pragnienie, pobudzając zmysły. Każdy, kto z boku przyglądał się tej parze, mógłby powiedzieć, że jest między nimi jakiś magnetyzm, szalona żądza, która niechybnie jeszcze tego samego wieczora pchnie ich do łóżka w jej lub jego mieszkaniu. I mimo że znali się od kilku godzin, w umysłach obojga zdążyły się już pojawić obrazy nagich, złączonych w dzikim uścisku ciał. Rozmowa przeszła teraz na inne tory. Dyskutowali o muzyce, jedzeniu i książkach, których oboje byli miłośnikami. Nim się spostrzegli, słońce, które jeszcze nie tak dawno górowało w zenicie, teraz chowało się już za koronami drzew.
– O nie! – Lena wykrzyknęła tyleż głośno, co niespodziewanie. – Przepraszam – dodała po chwili zmieszana. – Byłam umówiona z pewną osobą. W dość ważnej sprawie – uzupełniła, najwidoczniej uważając, że wiadomość ta ma jakieś znaczenie dla przebiegu tej rozmowy.
– Na którą?
– Na kwadrans po dwudziestej. Na Krakowskim Przedmieściu.
– No to jeszcze zdążysz. Dochodzi dziewiętnasta – odparł Kamil.
Dziewczyna stanęła przed trudnym wyborem: albo wyjdzie i załatwi sprawę, którą zajmowała się przez ostatnie miesiące, albo rzuci się na swojego rozmówcę, aby zedrzeć z niego czarny t-shirt.
– Masz jakieś monety? – zapytała po chwili namysłu.
Nie wiedząc, o co jej dokładnie chodzi, sięgnął ręką do kieszeni swoich jeansów. Chwilę potem na stole zabrzęczały dwie srebrne złotówki.
– Możesz podrzucić jedną do góry? – poprosiła. Chłopak, nie zastanawiając się zbyt długo, chwycił złotówkę w dwa palce i podbił kciukiem do góry. Moneta wzbiła się na wysokość kilkunastu centymetrów, robiąc przy tym kilka salt w powietrzu, po czym wylądowała na dłoni Kamila.
– Orzeł – odparł z uśmiechem, choć nie wiedział jeszcze, czy to oznacza ciąg dalszy tego spotkania, czy jego koniec.
Chwilę później Lena siedziała na jego kolanach. Patrzyli na siebie przez jakiś czas, próbując powstrzymać swoje pragnienia. Dziewczyna zbliżyła wargi do jego ust. Pozwalając się obejmować, całowała go po głowie. Czuła, jak jego ręka przesuwa się po jej plecach z góry na dół.
– Nie – powiedziała stanowczo, powstrzymując jego dłoń. – Nie tutaj.
Student bez zbędnych protestów poddał się woli dziewczyny. Lena zgodnie z obietnicą opłaciła rachunek, po czym szybkim krokiem podążyli w stronę autobusu. Dojechali do ronda de Gaulle’a, a następnie przesiedli się w tramwaj. Kamil zastanawiał się, gdzie mieszka tajemnicza kobieta, z którą prawdopodobnie spędzi dzisiejszą noc. Pięć minut później stali pod hotelem Marriott.
– Stać nas na taki hotel? – spytał z niedowierzaniem.
– Nie wydaję zbyt wiele na przyjemności, więc zdołałam trochę odłożyć – uspokoiła go, wyciągając z portfela kartę kredytową.
Kamilowi przypomniała się reklama, którą emitowano przed meczami Ligi Mistrzów. Słynny slogan głosił, że: „Są rzeczy bezcenne. Za wszystko inne zapłacisz kartą Mastercard”. Wspominając reklamę, uśmiechnął się mimowolnie. Mimo to kwota, jaką trzeba było zapłacić za noc w takim pokoju, była dla niego abstrakcyjna. Był klasycznym przykładem studenta, który zawsze jest głodny, a pieniądze zwykle kończą mu się w połowie miesiąca.
– Ale ja nie mam z czego ci dołożyć – zaprotestował, unosząc się męskim honorem. – Może jednak pójdziemy do mnie? To niedaleko…
– Nie martw się tym, proszę – odpowiedziała stanowczo. Dopiero teraz, gdy zauważył kurze łapki w okolicach jej oczu, stwierdził, że jest od niego starsza. O dwa lata, a może więcej? W tej chwili nie miało to jednak większego znaczenia.
– OK. Niech ci będzie.
Mimo wahań natury finansowej zgodził się z nieukrywaną radością. Wyobraził sobie ogromne, zaścielone satynową pościelą łoże, piękny biały dywan, po którym z przyjemnością chodzi się boso, oraz panoramę miasta widzianą z najwyższego piętra hotelu. Coś takiego widział ostatni raz dziesięć lat temu, gdy rodzice zabrali go na taras widokowy Pałacu Kultury i Nauki.
Kamil wziął dziewczynę za rękę i szybkim krokiem podążyli w kierunku recepcji.
– Poczekaj tutaj – powstrzymała go gestem ręki. – Lepiej będzie, jak sama wynajmę ten pokój.
Kamil rozsiadł się wygodnie na jednej ze skórzanych kanap umieszczonych w hallu. W oczekiwaniu na dziewczynę wyjął z plecaka gazetę. Co prawda przeczytał ją dzisiejszego ranka od deski do deski, ale doszedł do wniosku, że lepsze to niż bezczynne czekanie przez piętnaście minut. Lena wróciła po chwili.
– Tak szybko? – zdziwił się.
– Jeśli wolisz, mogę zarezerwować pokój jeszcze raz – odparła z udawaną ironią.
– Nie. Tak jest dobrze. Po prostu myślałem, że trwa to o wiele dłużej.
– Powiedzmy, że jestem koleżanką szefa tego hotelu. Oboje zaczęli się śmiać.
Lena wskazała palcem drogę w kierunku windy. W kilka sekund dojechali na odpowiednie piętro. Kamil przekręcił klucz w drzwiach pokoju numer sto pięć.
– Nie mogę już dłużej czekać – wyszeptała mu do ucha.
Pozwolił, by przydusiła go do drzwi. W pośpiechu zdejmował buty, gdy ona manipulowała ręką przy jego pasku. Chwilę później dało się słyszeć charakterystyczny dźwięk odpinanej klamry. Następnie Lena zainteresowała się jego koszulą w czerwoną kratę. Niezależnie od pory roku zawsze nosił taką na t-shircie. Wiecznie niezapięte guziki i kolorowe koraliki na nadgarstkach sprawiały, że przypominał muzyka rockowego.
Dziewczyna nieśpiesznie zdjęła z niego tekstylną koszulę i schludnie ułożyła ją na oparciu fotela. Wszystkie ruchy wykonywała z gracją i spokojem, chcąc tym samym doprowadzić Kamila do szału. Uniosła powoli jego t-shirt, odsłaniając tym samym klatkę piersiową. Naraz puściła podkoszulkę i wbiła paznokcie w jego plecy, nadal przytrzymując go przy drzwiach. Złożyła delikatny pocałunek na jego ustach, po czym odskoczyła na chwilę w kierunku nocnego stolika, na którym znajdowały się dwa kubki z logo hotelu, koszyk ze słodyczami i sztućce. Chwyciła nóż, dając jednocześnie znak ręką, że nie musi się obawiać. Nacięła materiał w miejscu, w którym znajdowała się podszewka podkoszulki. Teraz mogła niewielkim nakładem sił zedrzeć z niego ubranie w dosłownym słowa tego znaczeniu. Gdy zdejmowała z niego ostatnie elementy garderoby, dostawał zawrotów głowy. Dostrzegłszy kształt jej nabrzmiałych sutków pod cienką bawełnianą koszulką, uznał, że dziewczynie również podoba się ta gra wstępna.
Gdy był już nagi, kazała mu usiąść na skraju wielkiego łoża. Uznała, że jest łakomym kąskiem na tle czarnej pościeli z satyny, która dawała miłe wrażenie chłodu. Podeszła na chwilę do znajdującej się na komodzie wieży i nacisnęła przycisk „play”. Kamil wzdrygnął się, słysząc głos Michaela Jacksona. Patrzył, jak Lena zdejmuje z siebie kolejne ubrania, tańcząc w rytmie piosenki Black or white. Zanim wybrzmiały ostatnie takty utworu, stała przed nim w samej bieliźnie. Odczekała jeszcze chwilę, pozwalając, by zadziałała wyobraźnia chłopaka, po czym odsłoniła przed nim wszystkie sekrety swojego ciała…
Kamil Maj obudził się następnego dnia w wyścielanym czarną satyną łożu na piątym piętrze ekskluzywnego hotelu. Po tajemniczej dziewczynie pozostała tylko złożona na pół kartka papieru. Wziął ją do rąk, przecierając zaspane oczy.
DrogiKamilu!
DziękujęCizatęnocizapomocwparku.ZapamiętamCię jakowspaniałegomężczyznę.Podkażdymwzględem…Żałuję,żeniemogliśmysięlepiejpoznać,aleczasamitakwżyciu bywa. Nie próbuj mnie szukać. Wyjeżdżam dziś z Warszawyiraczejdługosiętuniepojawię.Pewniezastanawiasz się, czy piszę prawdę.
Może kiedyś spotkamy się jeszcze w tym miejscu albo jakimkolwiek innym. Odległości między miastami wydają się wdzisiejszychczasachtakmałe,żemożnaspotykaćsięczęsto, ale nie na tyle, by móc widzieć się codziennie. Chętnie zabrałabym Cię ze sobą wtę podróż. Z drugiej jednak strony jak mogłabym prosić kogoś, kogo znam zaledwie kilka godzin, by zmieniał dla mnie swoje życiowe plany?
Chciałabym jeszcze kiedyś się z Tobą zobaczyć. W razie gdyby miało to jednak nie nastąpić, zostawiłam Ci coś na pamiątkę. Noś to zawsze na szyi, lecz nie pokazuj nikomu.
Lena
Po przeczytaniu listu Kamil złożył go delikatnie, tak jakby miała to być najświętsza relikwia. Włożył rękę do małej szmacianej sakiewki, jakie zwykli nosić ubodzy średniowieczni żacy. Mieszek nie był autentyczny, ale jego zawartość – z pewnością tak. Wyjął z torebki złoty krzyżyk na łańcuszku. Nie przypominał on tych, jakie noszą katolicy. Był znacznie grubszy, a przy tym miał wszystkie ramiona równe. W dodatku rozwidlały się one przy końcach. Po jednej stronie krzyża wyrzeźbiono jakiegoś ptaka. Gdy Kamil odwrócił krzyżyk na drugą stronę, spostrzegł dużą literę B. Jako zdolny student potrafił ocenić, że Lena dała mu bardzo drogi upominek, mający prawdopodobnie setki lat. Mimo iż zżerała go ciekawość, obiecał sobie, że nie będzie interesował się pochodzeniem przedmiotu, ponieważ w takiej sytuacji musiałby wcześniej czy później pokazać go jakiemuś profesorowi. Wolał uszanować wolę dziewczyny. Zawiesił łańcuszek na szyi, po czym zaczął się ubierać.
Jestem Remmal Hodża – kronikarz czcigodnego żywota i panowania wspaniałego Sahib Girej chana. Pan mój urodził się dawno temu, ale nikt dokładnie nie pamięta kiedy i gdzie. Dla Krymu dniem jego poczęcia był letni poranek roku 1532. W tym też czasie swoje panowanie zakończył Saadet, a najwyższa rada przy aprobacie sułtana tureckiego Sulejmana – imienia tego drugiego – na tronie krymskim osadziła najzacniejszego z zacnych, najodważniejszego z odważnych i najmądrzejszego z mądrych, wspaniałego Sahib Gireja. Pan mój, mimo iż lud tatarski niskiej jest raczej aniżeli wysokiej postury, był człowiekiem słusznego wzrostu. Powagi dodawała mu ciemna broda okalająca jego oliwkowe oblicze. Włosy miał jak my wszyscy – ciemne i proste niczym strzała. Pierwszy raz zobaczyłem go u wrót Sołhatu. Tego dnia w mieście było dość ciepło i parno zarazem. Stałem wśród ciżby, która już od wschodu słońca wyczekiwała przybycia nowego chana. Ludzie naokoło mnie ubrani byli tylko w krótkie sukienne spodnie, szarawary i koszule z lnianego płótna, sprowadzane ze wschodnich krain. Kręcili się niecierpliwe w południowym skwarze. Ja w tym czasie – jako człowiek młody i pstro mający w głowie – poszedłem tam nie po to, by podziwiać wjazd do miasta czcigodnego Sahiba, lecz dlatego, że popatrzeć sobie chciałem na dziewki, które tu ze wszystkich okolic ściągnęły. Nie interesowały mnie jednak kobiety mojego stanu – odziane w czarne, rozszerzające się ku dołowi suknie, złotem i srebrem zdobione. Tym nie godziło się zastawiać drogi, bo każda z pewnością miała już mężczyznę, który zakupił ją od jej ojca. Łatwo też było poznać, która dziewka jest zamężna. Te na głowie czepce nosiły, które sprawiały wrażenie jakby drugiej głowy. Ponadto miały już zazwyczaj po troje bądź czworo dzieci, a ich obwisłe piersi w żaden sposób nie budziły mojego zainteresowania.
Mnie ciekawiły raczej biedne, lecz młode jeszcze dziewki, które za ledwie jednego aspra można było wykupić od ich ojców i wziąć w posiadanie. Nietrudno mi było takich szukać, bowiem te wyraźnie różniły się od mężatek. Odziane jedynie w znoszone przez ich matki kaftany z lnu albo też jakieś podlejsze materie, wyglądały na wielce zaniedbane. Gdyby jednak zanurzyć taką dziewkę w wodzie, a potem rozczesać długie, opadające na ramiona włosy i dać jej szubę z wilczej skóry, wyglądałaby co najmniej jak córka beja bądź kadiego. Ale dość prawienia na ten temat – jest to historia mojego pana, nie zaś moja.
Jak wcześniej pisałem – stałem wśród ciżby wjazdu nowego chana oczekującej. Było dość gwarno, a unoszące się w powietrzu zapachy nie zachęcały ani do przebywania w tym miejscu, ani do czegokolwiek innego. Rok 1531 był dla mieszkańców Krymu jednym z najgorszych. Udało się zebrać może ze dwa albo trzy tysiące jasyru, z czego większość stanowili bezwartościowi starcy i dzieci. Dość powiedzieć, że na targu w mieście Karasu Bazar sam służkę kupiłem za cztery su jedynie. Tych, którzy wartość jakąś przedstawiali jeszcze, załadowano na statki i wywieziono do wielkiej stolicy sułtana – Stambułu. Niewolników podlejszego stanu i kondycji fizycznej sprzedano nam albo też żydowskim kupcom, którzy nawet tak marny towar potrafili z wielkim zyskiem odsprzedać. W tym też nieszczęsnym 1531 roku kraj nasz wielka susza nawiedziła, zaś to, co zakwitnąć zdołało, zniszczyła szarańcza. Wygłodzony lud prosił o władcę, który da im jadła i wielką wojnę. Oczekiwania wobec Sahiba były ogromne, ale pan mój sprostać im potrafił. Gdy wreszcie szary zarys jego orszaku zza pagórka się wyłonił, tłum wiwatować zaczął. Orszak podążał jednak nieśpiesznie. Na samym przodzie zbrojni janczarzy jechali w liczbie sześciuset. Zaraz za nimi Tatarzy w perskie koszule i krótkie spodnie odziani. Ci mieli za swą broń łuk i strzały jedynie, a przy boku skórzane sakwy na suszone ryby i bukłaki z wodą. W samym środku orszaku jechał strojnie odziany Sahib, któremu kilku zacnych obywateli towarzyszyło. Pochód zamykał oddział zbrojnych i kupcy ze Wschodu, którzy zawsze chętnie podróżowali przy chanie, zapewniając sobie tym samym bezpieczny przejazd przez ziemie tatarskie.
Zanim orszak zjawił się u bram miasta, wielu Tatarów długim oczekiwaniem zniechęconych do swoich domostw się udało. Ja czas umilałem sobie oglądaniem dziewek, spośród których chciałem wybrać żonę. Jako że byłem natenczas młodym i niezbyt majętnym pisarzem, mogłem sobie pozwolić tylko na jedną kobietę, a i to wiązało się dla mnie z dużym wydatkiem. Zanim czcigodny Sahib stanął przed bramami Sołhatu, ja umawiałem się właśnie ze starym rybakiem Reedatem co do ilości kóz i skór wilczych, jakie oddać mu miałem w zamian za jego jedyną pociechę – uroczą Eliję. Gdy tak nasycałem się pięknem jej kruczoczarnych włosów, tłum zaczął wiwatować. Oto przed samą bramą miasta rozpierzchli się na dwie strony janczarzy, a najzacniejszy Sahib, który teraz sam pozostał na pustym placu, zsiadł z konia. Tu przywdział nowe, o wiele bogatsze szaty od tych, w których podróżował. Jego głowę zdobiła czarna czapka o dwóch kitach, suto diamentami i innymi kosztownościami wysadzana. Przewiesiwszy sobie przez ramię łuk, jakim zwykli się na co dzień posługiwać mieszkańcy Krymu, wsiadł na swojego rumaka. Gdy pan nasz wjechał wraz z całym pochodem do miasta, tłum krzyczeć zaczął z radości i czapkami wymachiwać. Naprzeciw Sahiba wybiegł szejchuislam. Pokłony bijąc najodważniejszemu Sahibowi, do pałacu go zaprowadził, gdzie chan zasiadł na swym tronie. U stóp jego dary złożono bogate: złote kielichy, patery, misy ze srebra i piękne futra z północy, jakich nigdzie na Krymie znaleźć nie sposób. Wśród tych podarków był także buńczuk ze złota i srebra i sztandar z półksiężycem, które to dary nakazał starym zwyczajem przesłać nowo wybranemu władcy krymskiemu sułtan turecki Sulejman imienia tego drugi. Gdy zaś chan nacieszył się już tym widokiem, szejchulislam powiódł go do korünüszu. Tam najsprawiedliwszy Sahib zdobiony drogimi kamieniami pas z mieczem oraz Koran otrzymał. Gdy zaś siedem pierwszych sur świętego dzieła allahowego przeczytano, szejchulislam chana pobłogosławił.
Przez następne dni cała stolica ucztowała i cieszyła się z wyboru chana, ten zaś do najwyższych godności dostojników podnosił, którzy odtąd mieli być jego najbliższymi współpracownikami. I tak w pierwszej kolejności na poduszkę kałgowską swego najstarszego syna wywyższył, który niebawem do Akmesdżidu odjechał. Potem swego młodszego syna nureddinem mianował, dając mu we władanie Kaczysaraj. Sam także zbyt długo nie rezydował w starym już Sołhacie i w rok po wstąpieniu na tron chański stolicę do pięknego i nowoczesnego Bakczysaraju przeniósł. Tam wspaniały zamek na wzór sułtańskiego Topkapi saraju zbudował. Twierdza ta trzy dziedzińce i wiele wspaniałych komnat posiadała, z których najsłynniejszy był chański harem, dniem i nocą strzeżony przez eunuchów niczym skarbiec. Całość zaś otoczona była wspaniałymi ogrodami, pełnymi róż i innych kwiatów. Pan mój był wielkim budowniczym, ale i znakomitym żołnierzem. Za czasów jego panowania każdego roku Tatarzy brali w jasyr po dziesięć albo i dwadzieścia tysięcy niewolników, których potem z zyskiem sprzedawano w Karasu Bazar, Kilii, Akermanie i Stambule. Ja zaś – skromny kronikarz – nieodgadnionymi ścieżkami losu stałem się przyjacielem i powiernikiem największych tajemnic chana, a także kronikarzem jego wspaniałego panowania. Mimo iż byłem już wówczas człowiekiem bardzo zamożnym i stać mnie było na własny harem z dziesięcioma nawet nałożnicami, nadal trwałem w związku z uroczą Eliją, którą pokochałem przez te wszystkie lata tak mocno, że nie chciałem już dzielić życia i łoża z żadną inną kobietą. Tego szczęścia w miłości, które spłynęło na mnie, nie doświadczył mój władca. Co noc dzielił łoże z kimś innym, a jak wieść głosi, nie były to tylko niewiasty. Fortuna, która nie chciała zagościć w sercu najdzielniejszego z dzielnych, towarzyszyła mu wszelako na polu bitwy. W siedemnastym roku swego szczęśliwego panowania za namową sułtana tureckiego, który chciał tym sposobem ugodzić w Rzeczpospolitą, wyprawił się Sahib na Ruś Czerwoną, Wołyń, a także na Podole, z których to ziem zebrał łupy przebogate i jasyr ogromny. Na wieść o tych sukcesach sułtan turecki tak się ucieszył, że nakazał swojemu skarbnikowi przygotować sześć wozów złota i innych bogactw, które to za pomoc i współpracę miłościwie nam panującemu Sahibowi miały być ofiarowane. Jak postanowił Sulejman, tak też się stało i miesiąc później sam byłem świadkiem przyjazdu tureckiego poselstwa, które przekazało naszemu chanowi wspaniałe dary. A były wśród nich rzeczy piękne: bogato zdobiony Koran, złotymi nićmi zszywany, wielka ilość szabli z damasceńskiej stali wykonanych, piętnaście złotych i srebrnych pucharów rubinami, diamentami i szmaragdami wysadzanych oraz wiele innych rzeczy, które sułtan ze swojego skarbca wydobył. Były wśród tych przedmiotów także, a może i nawet przede wszystkim sprzęty, które zrabowali wcześniej z licznych portów korsarze będący na usługach Porty Otomańskiej. Pośród kosztowności uwagę moją przykuły piękne szpady weneckie, jakich na całym Krymie próżno szukać, oraz wspaniałe kobierce ze wschodu, których to chan nasz w swym pałacu niezliczoną ilość posiadał. Ostatni wóz zdawał się robić najmniejsze wrażenie, gdyż wypełniony był sprzętami przez piratów na chrześcijańskich rycerzach z Malty zdobytymi. Pełno tu było różnego rodzaju sukna w kolorze szkarłatu, czerni i bieli. Tu i tam ukazywały się oczom fragmenty srebrnej zastawy, hełmy, a także niezliczona ilość mieczy i innego oręża. Samych kosztowności było tu jednak mało. Oprócz srebrnych mis i kielichów jedynie mosiężny krzyż, dwa worki złotych monet, bursztynowe paciorki i pozłacany posążek sokoła mizernie wykonany. Jako że ptak ten cieszy się uznaniem dużym wśród tatarskiego społeczeństwa, mimo iż posąg miernej był wartości, czcigodny Sahib swe zainteresowanie nim wyraził.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Redakcja: ZuzannaGościcka-Miotk
Okładka: adaptacja projektu MarcinaMuchyNa okładce wykorzystano zdjęcia autorstwa GrażynyOleksy.
Konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit (2026)
© Andrzej Kowalski i NovaeRess.c. 2012
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.
Wydanie pierwsze
isbn978-83-7722-281-2
NovaeRes—WydawnictwoInnowacyjneal. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdyniatel.: 58 735 11 61, e-mail: dialog@novaeres.pl,http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.
Wydawnictwo Novae Res jest partneremPomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.
