Bezsilna - Jessica Knoll - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Bezsilna ebook

Jessica Knoll

0,0

94 osoby interesują się tą książką

Opis

Dwanaście lat temu Faye Heron złamała serce Henry’emu Spaldingowi. Był jej pierwszą wielką miłością — intensywną, pochłaniającą i niebezpieczną.

Dziś Faye odnosi sukcesy u boku męża, z którym tworzy wpływowy producencki duet w Hollywood. Henry ma żonę, dziecko i prowadzi rodzinny biznes. Oboje ułożyli sobie życie. Przynajmniej pozornie.

Gdy umiera ich dawny profesor, Faye i Henry wracają na uniwersytet, gdzie wszystko się zaczęło. Spotkanie po latach budzi emocje, które nigdy naprawdę nie wygasły. Henry przeprasza ją w sposób, któremu trudno się oprzeć. Proponuje drinka w hotelu. A potem odurza ją i porywa.

Faye budzi się w odciętej od świata górskiej chacie.

Nie wie, czy Henry chce ją ukarać,

odzyskać, czy zniszczyć.

 

Z każdym dniem jej uwięzienia napięcie narasta, a na jaw zaczyna wychodzić tajemnica sprzed lat — taka, która zmieni wszystko.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 346

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Helpless

Copyright © 2026 by Jessica Knoll

All rights reserved, including the right to reproduce this book or portions thereof in any form whatsoever. For information, address Scribner Subsidiary Rights Department, 1230 Avenue of the Americas, New York, NY 10020.

Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofi lmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Okładka: © Jakub Magierowski

Okładka zawiera elementy wygenerowane przy użyciu AI.

Redakcja: Paulina Jeske-Choińska

Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska

Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński

PR & marketing: Magdalena Drogoś-Kraszewska

ISBN: 978-83-8441-847-5

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

Dla profesor Holly

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ 1

Na pogrzeb przychodzę spóźniona, ubrana w czarny len i najokropniejsze baleriny, jakie tylko da się kupić w sklepie. Żałobnicy tłoczą się w przedsionku, stojąc z pochylonymi głowami i słuchając stłumionej wersji mszy, która odbywa się za drzwiami kaplicy. Przeciskam się pomiędzy ramionami odzianymi w poliester, mamrocząc przeprosiny, po czym podchodzę do umieszczonej nad ławką rozety poświęconej studentowi poległemu w czasach wojny secesyjnej. W środku widzę niewyraźne postacie zabarwione na fioletowo przez witraż, ale wiem, że to ON wygłasza mowę pogrzebową. Jego głos nadal sprawia, że ogarnia mnie głęboki niepokój.

***

Wychodzę na dziedziniec, unosząc włosy z karku zaciśniętą dłonią, żeby choć trochę się ochłodzić. Mamy trzeci tydzień kwietnia, a temperatura w położonym w stanie Nowy Jork regionie Finger Lakes sięgnęła już nieznośnych trzydziestu stopni. Jest stąd o ponad trzysta kilometrów bliżej do Toronto niż do Manhattanu. Do miasteczka, w którym przed dwunastoma laty chodziłam do college’u, nie ma żadnego połączenia z Los Angeles, więc choć dzień taki jak ten wymaga ode mnie nieustannej czujności, wszystko tłumi paskudny jet lag.

Grzebię w torebce w poszukiwaniu okularów przeciwsłonecznych, zastanawiając się, czy powinnam pójść pieszo, czy pojechać zjeść jakiś posiłek, kiedy ktoś chwyta mnie od tyłu. Nie krzyczę. Słyszałam, że nie ma czegoś takiego jak normalność, a ja jestem przykładem kogoś, kto to stwierdzenie godnie reprezentuje.

– Cześć, dupku. – Odwracam się i odpycham Campbella, kładąc mu dłoń na piersi. Obok niego stoi z poważną miną rudowłosy chłopiec. Czterolatek? Sześciolatek? Nigdy nie potrafię określić wieku u dzieci.

– Tookie – mówi Campbell. – Poznaj Faye, koleżankę tatusia. Pracuje w telewizji, więc nie wolno jej używać brzydkich słów.

– W filmach też gram, Tookie.

Chłopiec uśmiecha się do mnie niepewnie. Między małymi zębami ma szpary. Nosi lniane spodenki, które są za długie i zbyt ciasne, a teraz dodatkowo wymięte w kroku. Bez słowa wsuwa dłoń w palce ojca i krzyżuje nogi, jakby zachciało mu się siku.

Dzwon na kaplicy w pobliżu dudni pokutnym tonem.

– Przegapiłam większą część nabożeństwa – przyznaję. – Miałam dwie godziny spóźnienia w Detroit.

Campbell się krzywi.

– Kiepska sprawa, Faye. – Wyciąga rękę i uwalnia mnie od torby na ramię, po czym zarzuca ją na swoje. Campbell został zmontowany w fabryce, która produkowała amerykańskich mężczyzn w latach pięćdziesiątych – kwadratowa szczęka, dołek w podbródku i lśniące blond włosy z przedziałkiem nieco z boku. Producenci wyposażyli go również w szarmanckość, a potem spakowali i wysłali jakiejś szczęśliwej dziewczynie w ramach bożonarodzeniowego prezentu.

– Jak poszło? – pytam, wskazując głową na kaplicę.

– Sama wiesz – odpowiada z westchnieniem. – Pogrzeb jak pogrzeb.

Przechyla głowę i ociera czubkiem buta o chodnik, uwalniając kamyk, który utknął mu w podeszwie. Kiedy ponownie unosi wzrok, zauważam, że pobladł i wydaje się uciekać gdzieś myślami.

– Naprawdę dobrze cię widzieć – mówię, patrząc z zapartym tchem, jak bardzo smutek zmienił mojego dawnego przyjaciela.

– Nie spodziewałem się, że się zjawisz. – Campbell poklepuje mnie delikatnie po ramieniu.

– Niewielu ludzi zasłużyłoby u mnie na lot rejsowy z przesiadkami – odpowiadam z poważną miną, czując lekkie ukłucie paniki. Zmarły był wujem Campbella. On nie potrzebuje specjalnego powodu, żeby tu być, ja wręcz przeciwnie. Gdybym tylko mogła powiedzieć, że pokonałam tę drogę, żeby złożyć hołd byłemu profesorowi filmoznawstwa, który odcisnął piętno na moim życiu, i tak to zostawić.

– Studia nie było stać na prywatny samolot? – Campbell się uśmiecha i mruży oko pod wpływem słońca.

– Staram się minimalizować ślad węglowy.

Powiew od strony jezior przebija się przez kwitnące derenie, obsypując nas pyłkiem, a Tookie kicha dwa razy w zgięcie łokcia.

– Na zdrowie – mówię do niego.

– Dziękuję – odpowiada z zaczerwienionymi oczami.

– Wyszliśmy wcześnie, żeby ogarnąć w domu ekipę cateringową – mówi Campbell. Ściska dłoń Tookiego i robi krok naprzód. – Odprowadzę cię do samochodu.

Za moimi plecami otwierają się drzwi do świątyni Świętego Tomasza Apostoła. Ludzie wysypują się z wapiennej wieży i gromadzą się wokół nas jak na publicznym kamienowaniu.

– Nie trzeba – odpowiadam, starając się zachować radosny ton. On może być gdzieś w pobliżu. – Stoję na ulicy w przeciwnym kierunku.

– Na pewno? – Campbell niechętnie zwraca mi torbę. Widać, że całą duszą cierpi na myśl, że zostawia kobietę samą, nawet na ulicy kolorowej od hortensji.

– Niedługo się zobaczymy. – Znajduję swoje małe, czarne okulary i idę szybkim krokiem do wypożyczonego auta, zanim ktoś inny złapie mnie od tyłu.

***

Przejeżdżam przez kampus z klimatyzacją pracującą na najwyższych obrotach, próbując opanować drżenie skóry. Na trawniku przed jedynym ocalałym domem bractwa dwaj chłopacy bez koszulek grają w lacrosse’a, ślizgając się w zużytych klapkach z brązowej skóry. Zwalniam przed małym żółtym budynkiem, w którym mieszkałam na ostatnim roku z grupą dziewczyn. Zawsze traktowałam je bardziej jak koleżanki niż przyjaciółki. Na widok otwierających się drzwi wciskam hamulec. Po schodach zbiega brunetka i blondynka, obie z podobnie upiętymi kucykami. Przez plecy mają przewieszone rakiety tenisowe. Śmieją się i trącają biodrami w taki sposób, że już teraz wyglądają jak przyjaciółki na całe życie. Zostaną współlokatorkami w zapleśniałym budynku sprzed wojny, druhnami trzy lub cztery lata później, a potem, kiedy ja dobiję czterdziestki, będą wręczać sobie wzajemnie najdroższe prezenty z listy wyprawkowej – kołyskę z białego dębu lub wózek NASCAR, czyli zasadniczo to, czego wcześniej nie przechwycą teściowie. Nie patrzę na nie z uczuciem nostalgii. Gdybym tak łatwo okazywała uczucia, nie byłabym teraz sobą, a tak się składa, że lubię siebie taką, jaką jestem.

Skręcam w prawo przy Domu Rektorskim, typowym białym gmachu, po czym jadę wzdłuż najgłębszego i najdłuższego jeziora należącego do skupiska Finger Lakes. Woda jest w nim tak czysta, że można się zanurzyć na dobry metr i zobaczyć wodorosty kołyszące się jak ludzie w transie. Niebieskoszarą powierzchnię przecina pojedyncza żaglówka, a dwie dziewczyny na pomoście opalają się z koszulkami zarzuconymi na twarze. Nie licząc tablicy informacyjnej przy brzegu, która podaje numer infolinii dla osób pogrążonych w kryzysie lub rozważających odebranie sobie życia, wszystko tutaj jest takie, jak zapamiętałam do dnia z ubiegłego tygodnia, kiedy Campbell zadzwonił do mnie ze smutną wieścią.

Kończyłam właśnie późny lunch z inną scenarzystką (piszę też scenariusze i reżyseruję filmy, Tookie), kiedy zauważyłam na telefonie dwa nieodebrane połączenia od Campbella i jednego esemesa. „Oddzwoń, kiedy będziesz mogła”. Niewiele rzeczy na tym świecie brzmi bardziej złowrogo.

Przeprosiłam moją znajomą i wyszłam do ogrodu w lokalu, gdzie można swobodnie porozmawiać przez telefon, ale obie kanapy z zielonym roślinnym nadrukiem były już zajęte, a palarnię okupowali palacze, więc wyszłam na ulicę, stanęłam niedaleko parkingowego i stamtąd zadzwoniłam do Campbella. Przez cały czas rozważałam rozmaite scenariusze tego, co mogło się wydarzyć. Campbell jest jedną z niewielu osób, z którymi pozostałam w kontakcie od czasów studenckich, ale nie rozmawiamy ze sobą często. Technicznie rzecz biorąc, moja Alma Mater jest żeńskim college’em, który połączył się z męskim kampusem mniej więcej w czasie, kiedy ratyfikowano dziewiętnastą poprawkę, więc wszyscy określają uczelnię po prostu mianem college’u, choć czuję się przez to jak okropna pozerka. Zastanawiałam się, czy Campbell dzwonił w sprawie stypendystki, której scenariusz zgodziłam się przeczytać, co można określić jedynie jako moment zatoczenia pełnego koła, ponieważ sama studiowałam tam w ramach tego samego stypendium. Mój były profesor wysłał mi w tej sprawie maila tydzień wcześniej, a z racji tego, że ów profesor był również wujkiem Campbella, a Campbell wciąż angażuje się w sprawy toczące się na uczelni, uznałam, że może to mieć coś z tym wspólnego. Kiedy jednak odebrał telefon, usłyszałam przygnębienie w jego głosie, jakbym była piątą czy dziesiątą osobą, do której musiał wysłać tę koszmarną wiadomość z prośbą o kontakt.

– Wybacz – powiedział. – Nie znoszę wysyłać takich esemesów.

– Co się stało?

Campbell odchrząknął, zaczął mówić, po czym znów musiał odchrząknąć.

– PT zmarł przedwczoraj.

– Campbell – jęknęłam. Szłam przed siebie po chodniku i nagle zawróciłam w kierunku parkingowego. Ze swojego samochodu nieopodal właśnie wysiadła Melanie Griffith. Dziwnie się poczułam, kiedy usłyszałam o śmierci PT w momencie, w którym hollywoodzka legenda grzebała w torebce w poszukiwaniu kluczyków. To dzięki profesorowi Tonerowi – PT, jak go nazywaliśmy – zostałam członkinią klubu z West Hollywood, w którym wymagano od gości zakrywania kamer telefonów specjalnymi naklejkami, aby osoby takie jak Melanie Griffith mogły zjeść sałatkę bez obawy o uwiecznienie na fotografii z rozchylonymi ustami i jednym zamkniętym okiem. Osoby takie jak ja.

– Co się stało? – zapytałam wysokim, nosowym tonem.

– W niedzielny wieczór przeszedł zawał. Sprzątaczka znalazła go w poniedziałek rano.

Przypomniałam sobie, że PT cierpiał na jakąś przewlekłą chorobę wieńcową, dlatego wszędzie chodził pieszo i unikał czerwonego mięsa. Choć wymagało to od niego ogromnej dozy samozaparcia, w końcu rzucił nawet Pall Malle. Był wysoki, szczupły i wyglądał, jakby był stworzony dla Los Angeles, gdzie zresztą mieszkał przez kilka lat, nim wrócił na Wschodnie Wybrzeże w celu otwarcia wydziału filmowego na uczelni. Kiedy sama tu wylądowałam, poznałam wielu podobnych ludzi z branży, którzy bardzo dbali o zdrowie, ale nigdy nie odmawiali drinka.

– Tak mi przykro, Campbell. – Spróbowałam wyobrazić sobie PT leżącego na podłodze w łazience. Co miał na sobie? Szlafrok? Piżamę? Śmierć jakoś do niego nie pasowała. Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek widziała go ubranego w cokolwiek innego niż dopasowaną czarną koszulkę, nawet w jego domku nad jeziorem. Widywałam PT przez całe lato, bo rodzina Campbella ma domek na tym samym brzegu, podobnie jak jego kuzyn Henry Spalding, którego głos sprawił, że czułam się, jakbym siedziała na tykającej bombie.

– Mnie też jest przykro – odparł Campbell. – Wiem, ile dla ciebie znaczył.

W oczach zakręciły mi się łzy.

– To prawda – mruknęłam tylko.

– Kontaktowaliście się w sprawie tej stypendystki, prawda?

Jęknęłam.

– Wysłał mi jej scenariusz przed tygodniem, a ja nawet mu nie odpisałam. Ale na swoją obronę dodam, że spóźniła się z nim o tydzień.

– Nie przejmuj się, Faye. Masz sporo na głowie.

Wyobraziłam sobie ciepły uśmiech Campbella, kiedy wypowiedział te słowa. Choć jest to sprzeczne z wszelkimi zasadami panującymi w Central Casting, Campbell jest równie dobroduszny, co przystojny. W college’u pamiętał, że najbardziej lubię pić pomarańczowe Gatorade, kupił też sobie poduszkę z podłokietnikami tylko dlatego, że sama taką miałam. Potrafiliśmy siedzieć godzinami na podłodze, oglądając maraton Misja Moda. Kiedy zerwałam z Henrym – nie tylko kuzynem Campbella, lecz również jego stałym towarzyszem od czasów pieluch – wysłał mi wiadomość o treści: „Kocham go, ale cię rozumiem”.

– Zacząłeś już przygotowania do pogrzebu? – zapytałam.

– Tak. Odbędzie się w ten weekend w kaplicy na kampusie. Tak sobie pomyślałem… może chciałabyś pogadać?

Ogarnęło mnie ciepło. W miejscu takim jak uczelnia zawsze byłam gdzieś na peryferiach. Nawet kiedy zaczęłam często odwiedzać PT w domu, cierpiałam z powodu niepewności, zastanawiając się, czy jestem brana pod uwagę tylko dlatego, że spotykam się z Henrym. Sława skutecznie złagodziła moje obawy o to, że nic nie znaczę dla ludzi, którzy są dla mnie ważni, ale widok własnego nazwiska na programie pogrzebowym osoby, która kochała mnie tak, jak powinni kochać mnie rodzice, jest właśnie tym eliksirem, którego szukam.

– Chcesz, żebym wygłosiła mowę pogrzebową? – zapytałam, poruszona.

– Wybacz – odparł, bo najwyraźniej źle zrozumiałam. – Nie mowę. Henry i ja się tym zajmiemy.

– Och. – Melanie Griffith znalazła swoje kluczyki i żartowała teraz z parkingowym, zapewne mówiąc mu, że na szczęście nie zgubiła własnej głowy.

– Planujemy zorganizować ceremonię na przystani dzień po pogrzebie. PT chciał zostać skremowany i życzył sobie, żeby jego prochy wylądowały w jeziorze tam, gdzie jest Sarah.

Zwiesiłam głowę i przełknęłam ślinę, przytłoczona tragedią, która została zgrabnie ujęta w jednym zdaniu. PT miał żonę, która utopiła się w jeziorze tuż przed moim absolutorium. Pragnęła dzieci, hałasu, bałaganu i chaosu, a w zamian jej życie stało się zbyt ciche, by je znieść.

– Myślałem o tym, że ty mogłabyś to zrobić – przyznał Campbell, a kiedy nie odpowiedziałam od razu, powiedział coś, co było przyczyną mojej pauzy. – Wiem, że obecność Henry’ego będzie dla ciebie niekomfortowa, ale przychodzi z żoną i dzieciakami. Muszę powiedzieć, że jest teraz zupełnie innym człowiekiem.

Kiedy pomyślałam o ponownym ujrzeniu Henry’ego, przyjemny prąd uniósł miękkie, jasne włoski na moich przedramionach. Nie licząc głowy, brwi i rzęs, które zgęstniały i pociemniały po serum, które prawdopodobnie uczyni mnie ociemniałą, moje przedramiona to jedyne miejsce, na którym pozostały jakiekolwiek ślady owłosienia. W tym roku usunęłam wszystko laserowo. Można by mnie założyć jak kaszmirową rękawiczkę, a mój mąż nie ma o tym pojęcia.

– Ale… serial. – Zagrałam małą, ale znaczącą rolę w pierwszym sezonie serialu wyprodukowanego przez trzydziestojednoletnią gwiazdę sitcomów, mającą dosyć odczytywania dialogów, do których dopasowano wybuchy śmiechu. Spodobałam się widzom na tyle, że moja rola zmieniła charakter z epizodycznej na stałą. W trzecim sezonie napisałam i wyreżyserowałam odcinek oparty na moim zerwaniu z Henrym, który okazał się viralowym hitem.

– Faye, on go nie oglądał.

Nie sądziłam, że to zrobił, ale te słowa od razu mi uświadomiły, że istnieje cały świat, który ma mnie totalnie gdzieś, w którym mogłabym rozpłynąć się w powietrzu i w którym poświęcono by temu wydarzeniu może wzmiankę w wiadomościach.

– Ale musi wiedzieć, o co w nim chodziło.

– Jest ojcem dwojga dzieciaków w wieku poniżej czterech lat. W ogóle nie ma głowy do takich rzeczy.

W teorii rozumiem, że dzieci wszystko usprawiedliwiają. W praktyce w ogóle tego nie pojmuję. Spojrzałam na swoje paznokcie, które potrzebowały już manikiuru. Czy poświęciłam dość czasu na zrobienie brwi, zanim odeszłam? Nie ma znaczenia, że oboje z Henrym jesteśmy teraz w związkach. Nasz roztrzaskaliśmy na kawałki. Będziemy to sprawdzać, kontrolować i bezlitośnie oceniać.

– Okej – zgodziłam się.

Zamieniliśmy jeszcze parę słów i się pożegnaliśmy. Kiedy wróciłam do recepcji, Melanie Griffith literowała właśnie nazwisko swojego gościa członkowi personelu, ubranemu w zielony blezer. Położyła mi dłoń na łokciu, kiedy przechodziłam obok, i swoim słodkim, uwodzicielskim głosem przyznała, że jest moją fanką.

ROZDZIAŁ 2

Od dłuższego czasu krążę po okolicy, a kiedy czuję się w końcu gotowa na rozmowę z Henrym, na ulicach otaczających tę, przy której mieszkał PT, nie ma ani jednego wolnego miejsca do zaparkowania. Zostawiam auto przed budynkiem wydziału nauk ścisłych, skąd czeka mnie długi spacer do pomalowanego w stylu wiktoriańskim budynku nad brzegiem wody, położonego na skraju kampusu. Przez jakiś czas, kiedy mówił o swoim domku nad jeziorem, zakładałam, że ma na myśli właśnie ten wiktoriański, ale kiedy pod koniec drugiego roku zostaliśmy z Henrym parą, ten mi wyjaśnił, że gdy PT mówił o domku nad jeziorem, myślał o tym wzniesionym nad brzegiem jeziora Wanika na terenie prywatnego osiedla w górach Adirondack, mniej więcej cztery godziny jazdy od uczelni, należącej również do rodzin Henry’ego i Campbella. Dopóki Henry mnie tam nie zabrał, wyobrażałam sobie prostą chatkę z pokrytymi śniegiem dachówkami, ale wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, jak wygląda bogactwo dziedziczone od pokoleń na Wschodnim Wybrzeżu. Do domków można było się dostać jedynie łodzią. Były proste, owszem, ale i tak na podłogach leżały stare tureckie dywany, a kuchnie imponowały przemyślaną architekturą wnętrz. Z założenia prąd był tam dostępny jedynie przez pewien czas. Wystarczało go na oświetlenie wnętrza i pracę lodówki, ale nawet te urządzenia mogły pracować jedynie przez kilka godzin w ciągu dnia. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że zamożni ludzie nie tylko płacą za życie w stylu tych uboższych, ale nazywają to również wakacjami.

Drzwi wejściowe do domku PT są otwarte na oścież, by powitać żałobników, a na progu czas jakby się zatrzymuje. Widzę tylne drzwi prowadzące na patio, z którego można przejść na prywatną przystań, przy której jego żona przechowywała ich łódź, owiniętą na zimę folią. Sarah była trenerką żeńskiej załogi wioślarskiej, a przedpokój był zwykle zagracony butami wioślarskimi, które zakładało się w łodziach. Podczas pandemii, kiedy podobnie jak wszyscy optymistycznie nastawieni pracoholicy kupiliśmy z mężem sprzęt do ćwiczeń, patrzyłam na swoje stopy w czerwono-czarnych butach kolarskich i wspominałam wszystkie te wieczory, kiedy wyskakiwałam w tym przedpokoju ze swoich śniegowców. PT i Sarah organizowali wieczory filmowe, zazwyczaj między Świętem Dziękczynienia i Bożym Narodzeniem, kiedy PT otrzymywał płyty DVD ze wszystkimi filmami, które wyświetlano w kinach, a których nie można było jeszcze wypożyczyć. Czasami, co było jeszcze bardziej ekscytujące, bywały to nawet płyty z produkcjami, które do kin jeszcze trafić nie zdążyły. Teraz, gdy należę do wszystkich branżowych gildii – jestem aktorką, reżyserką i scenarzystką – również dostaję je w tym samym okresie między świętami, choć nie są to już płyty DVD, a kody QR do zeskanowania.

Pies PT, baryłkowata, przysadzista istota, której pamięć uwiecznił już mosiężny ogranicznik do drzwi tuż obok mojej stopy, odchyla łeb do tyłu i wyje, gdy na północy wzdłuż Main pędzi ambulans. W domu zrobiło się tłoczno, ale ponury nastrój na chwilę znika, kiedy wszyscy z lekkim uśmiechem zerkają na podnieconego psa. Jak na ironię, tutaj tragedia już się wydarzyła.

Rektor uczelni zauważa mnie, podchodzi bliżej i wita z otwartymi ramionami. Składamy sobie kondolencje, choć każde z nas opłakuje zmarłego z innego powodu.

– Profesor Toner był najdłużej pracującym członkiem naszej kadry profesorskiej – informuje mnie.

Przez moment wpatrujemy się w milczeniu w fotografię, na której PT i Sarah wychodzą z gmachu sądu po ślubie. Sarah była od niego o piętnaście lat młodsza i zwykle taka różnica wieku mnie irytuje, ale oboje mieli w sobie coś takiego, że po prostu do siebie pasowali. Sarah była kobietą o mocnej, przysadzistej sylwetce, umięśnionych nogach i dudniącym głosie. Zawsze nosiła niechlujnie spięty kok i obgryzała paznokcie. Manikiuru nie miała nawet w dniu ślubu.

– Byli bardzo szczęśliwi – mówi rektor. Widać ból malujący się na jego twarzy, a kiedy zerkam po ludziach zgromadzonych wokół, uświadamiam sobie, że wcale nie trzeba mieć dzieci, żeby wiele znaczyć dla innych.

Zostaję przedstawiona członkowi rady nadzorczej w kamizelce z oddychającej tkaniny, którego córka jest moją fanką. W drodze do baru zgarniamy jeszcze dyrektora do spraw pomocy finansowej, a potem w barze jeszcze jednego członka rady nadzorczej w czapce z daszkiem. Wciąż pamiętam pierwszy raz, kiedy byłam jedyną kobietą pogrążoną w rozmowie na stojąco z mężczyznami w oficjalnym otoczeniu. Zdałam sobie wtedy sprawę, że z osoby rozpoznawalnej stałam się kimś, kto obraca dużymi pieniędzmi, co zdecydowanie nie było ze sobą tożsame. Uzmysłowiłam sobie to dopiero później. Kołysałam się na piętach, czując zawroty głowy, jakbym obudziła się w obcym ciele, zupełnie jak w filmie Zakręcony piątek. Nie starcza mi odwagi, aby rozejrzeć się dookoła, ale mam nadzieję, że Henry obserwuje mnie jak świetlika przemykającego po pomieszczeniu, niewidzialnego, dopóki mój nagły blask nie zwróci uwagi kolejnego członka rady nadzorczej. Moi porywacze zostawiają mnie w jadalni, gdzie Corrine Holland poprawia sobie nastrój przejrzystym, zabójczym drinkiem.

– Wow, Faye – rzuca zaskoczona, choć musiała wiedzieć, że się zjawię. – Dobrze cię widzieć.

Corrine jest tą szczęściarą, która poślubiła Campbella tuż po absolutorium, nieco powściągliwą blondynką, która rezygnuje z makijażu na rzecz opalenizny – tej prawdziwej, która przedwcześnie spowodowała pojawienie się zmarszczek pod jej oczami. Wysoka, z sylwetką pływaczki olimpijskiej, zupełnie nie pasuje do przystojnego Campbella. Mogłabym to przypisać przyzwoitości Campbella – faceta, który zakochuje się w tym, co ukryte wewnątrz – gdyby nie to, że Corrine jest prawdziwą suką.

– Ciebie również – odpowiadam. Wahamy się przez moment, czy powinnyśmy się objąć, ale niezależnie od decyzji mija zbyt wiele czasu i ten moment ucieka. Stoimy więc, uśmiechając się sztucznie do siebie, aż sytuację ratuje Tookie, który wpada do pomieszczenia.

– Mamo – dyszy. Wygląda, jakby biegał na zewnątrz, krzycząc w taki sposób, w jaki robią to dzieciaki, kiedy świetnie się bawią lub chcą, żeby ktoś wezwał policję. – Gdzie tata?

– Nie wiem, Tooks.

– Ale on ma moją różdżkę.

Corrine patrzy na jego ubrudzone trawą kolana, gryząc kawałek lodu.

– Widziałeś wujka Henry’ego?

Wujek Henry. Moja miednica pulsuje jak otwarta rana.

– Jest w kuchni.

– Tata jest tam pewnie z nim.

Tookie wybiega.

– Jego różdżkę? – pytam. – Interesuje się magią?

– To jego kij do lacrosse’a – odpowiada Corrine, prychając. – Nie idzie mu zbyt dobrze. Kiedyś miał blond włoski – dodaje zupełnie bez sensu, po czym wyjmuje komórkę i zaczyna mi pokazywać jego zdjęcia, kiedy się urodził. – Był pięknym dzieciaczkiem.

– To prawda – przyznaję, po czym proszę ją o pokazanie więcej zdjęć, żeby zobaczyć, jak się w nie wpatruje. Dodatkowo próbuję zachować tę chwilę w pamięci, bo uważam się w pierwszej kolejności za scenarzystkę i stale kradnę takie momenty.

– No dobrze. – Corrine chowa telefon i przewraca oczami w reakcji na samą siebie. Dość tego mamusiowania. Dawno cię nie widziałam. Gratuluję… – śmieje się – …wszystkiego.

– Dziękuję – odpowiadam takim samym tonem, jakim mi pogratulowała.

– Ciągle się zbieram do oglądania twojego serialu – mówi. – Zaczęli go emitować, kiedy urodził się Tookie i ledwie potrafiłam utrzymać otwarte powieki. Nic osobistego. Straciłam też chyba ze trzy sezony The Bachelorette. Wciąż jest w streamingu, nie?

Jest. W dużym serwisie. Ale nie mówię jej tego.

– To raczej nie twoja bajka. – Serial poświęcony jest grupie młodych kobiet, które próbują odnaleźć sens życia w Los Angeles. Mieszkają w obskurnych mieszkaniach, randkują z głupimi facetami i pracują jako asystentki na zmianach, które pozostawiają je z niedoborem witaminy D. Stał się prawdziwym fenomenem kulturowym, ponieważ poruszał prawdziwe tematy, ale nie dla wszystkich, a już na pewno nie dla kogoś takiego jak Corrine, która zjawiła się na uczelni właściwie już zaręczona z Campbellem, swoim chłopakiem od pierwszego roku szkoły z internatem.

Jakiś czas temu mój projektant wnętrz wyciągnął mnie na pokaz sztuki – mam na schodach podest z pustą ścianą, która aż się prosi o jakiś efektowny element dekoracyjny, widoczny już od drzwi wejściowych – gdzie wdałam się w dyskusję z artystką i odkryłam, że wychowała się z Corrine. „Czy ona nadal pisze?”, zapytała mnie artystka, a ja przez chwilę byłam przekonana, że musiało dojść do pomyłki, która miała coś wspólnego z panieńskim nazwiskiem Corrine, że z pewnością nie rozmawiamy o tej samej osobie, ale kobieta była pewna swoich słów. Corrine Holland była redaktorką naczelną magazynu wydawanego w ich szkole z internatem, poza tym jej ojciec publikował artykuły w „Newport Daily”, najstarszej gazecie na Rhode Island, a matka była krytykiem sztuki. „Szkoda”, rzuciła artystka, kiedy jej powiedziałam, że nie miałam pojęcia, czym zajmuje się Corrine. „Myślę, że kiedy poznała Campbella, postanowiła odmienić swoje życie”. Tak naprawdę nie chodzi o to, że mój serial nie jest bajką Corrine, ale raczej o to, że ona nie chce, żeby tak było.

– Pewnie masz rację – zgadza się ze mną, nie sprawiając wrażenia urażonej. – A wiesz, kto go uwielbiał?

Patrzę na nią z obojętnością.

– Mój brat, który naciska, żebyśmy przenieśli cię do Sig Phi.

– O Boże – odpowiadam z drżeniem. – Jak on może mieszkać w Sig Phi, skoro ma dopiero dwanaście lat?

Corrine kiwa głową.

– Starzejemy się, Faye.

To musi być coś, co robią człowiekowi dzieci – sprawiają, że czujesz, że twój czas dobiega końca, a ich dopiero się zaczyna. Myślę tak, bo wcale nie czuję się stara. Żyję swoim życiem, w swoim tempie, a tym, co trzyma mnie przy ziemi, są ludzie – jedna osoba, tak naprawdę, która patrzy, jak czas mnie wysysa, jakby to była jej perwersja. Żeby mnie zmarnować. Może częściowo z tego właśnie powodu przyjechałam.

Czuję lekki dotyk palców na łokciu. Odwracam się i widzę kobietę z upiętymi pod satynową opaską siwymi włosami, która przedstawia się jako Marjorie, kierowniczka do spraw kontaktów ze studentami, do której wysyłałam maile, ale której nigdy nie poznałam.

– Mogę cię na chwilę pożyczyć? – pyta cicho. – Chciałabym, żebyś poznała Emmę King.

Kiedy rzucam jej niepewne spojrzenie, dodaje z lekką nutą urazy:

– To ta stypendystka, która wysłała ci swój scenariusz.

– Tak, jasne – odpowiadam szybko.

Corrine unosi szklankę, odprawiając mnie w stylu Gatsby’ego.

– Zgadamy się później – mówi.

***

Z każdym krokiem szykuję się podświadomie na spotkanie z Henrym, ale nigdzie nie widzę ani jego, ani Emmy.

– Nie mam pojęcia, dokąd ona poszła – mówi Marjorie. – Nie mogła się doczekać, kiedy cię pozna.

– Będzie jutro nad jeziorem?

– Byłaby szalona, gdyby to sobie odpuściła.

Jednym z efektów ubocznych tego stypendium były kontakty z PT, które sprzyjały nawiązaniu niemal ojcowskiej więzi, szczególnie na ostatnim roku studiów, kiedy to współpracowało się z nim blisko nad scenariuszem pełnometrażowego filmu. Scenariusz trafiał później do jednego z jego wybitnych absolwentów, Jonathana Grangera. Jonathan ukończył uczelnię siedemnaście lat wcześniej niż ja, po czym wyprodukował całą serię wielokrotnie nagradzanych materiałów i ufundował stypendium, które pozwoliło osobom takim jak ja, i prawdopodobnie jak Emma, studiować na uczelni.

Marjorie oznajmia, że spróbujemy ponownie jutro. Właśnie podają posiłek w stylu szwedzkim, a ja muszę uciekać, żeby nie zobaczyć Henry’ego – po raz pierwszy od dnia, w którym zostawiłam go w stanie bliskim katatonii na poboczu wiejskiej drogi – kiedy będę polewała sałatkę sosem balsamicznym. Łazienka na dole jest zajęta, więc wymykam się na piętro do sypialni dla gości, którą Sarah zaadaptowała do roli pokoju dziecięcego i w której Henry po raz pierwszy wsunął mi dłoń w majtki.

Korzystam z wewnętrznej łazienki. Myję dłonie. Poprawiam w lustrze swoją asymetryczną bluzkę i przeczesuję ręką włosy. Są pełniejsze i bardziej sprężyste przy końcówkach niż u nasady i mają nieokreśloną barwę brązu, która stała się nagle modna. Patrzę przez chwilę na swoje odbicie. Mam owalne oczy jak u kosmity, górną wargę w kształcie serca i wysoko położone kości policzkowe. Są takie dni, kiedy nakładanie makijażu wydaje mi się po prostu czystą chciwością. W którymś magazynie dla kobiet nazwano mnie kiedyś „oszałamiająco piękną”, a kiedy pytam męża, jak wyglądam, zawsze słyszę to samo hasło.

Wróciwszy do ciemnej sypialni, staję przy oknie i patrzę na scenę rozgrywającą się w dole. Obsługa postawiła w ogrodzie duży biały namiot i ułożyła te wzajemnie zazębiające się płyty, które pełnią funkcję tanecznego parkietu na weselach na otwartym powietrzu. Obserwuję ludzi, którzy wychodzą z domu i znikają pod baldachimem, niosąc talerzyki z przekąskami i kieliszki. Wiodę wzrokiem wzdłuż ogrodzenia, które biegnie przy jednej ze ścian domu, i zatrzymuję go na dwóch gestykulujących z ożywieniem osobach. Czuję nagły strzał adrenaliny, kiedy rozpoznaję Henry’ego i jego żonę, kobietę o jasnych włosach i łagodnych rysach twarzy. Nie znam jej imienia, choć starałam się je wytropić tu i ówdzie, ale oboje wydają się stronić od mediów społecznościowych. Nie udało mi się znaleźć żadnego konta, a prędzej zdecydowałabym się na leczenie kanałowe niż spytanie o to Campbella.

Wyobrażam sobie, że żona jest naprawdę miłą kobietą, którą początkowo urzekły dziwactwa Henry’ego, a potem okazały się kolejno irytujące i wyczerpujące, stając się przeszkodą w udanym małżeństwie, której chętnie by się pozbyła. Nie potrafię żyć w świecie, w którym skończył z kimś, kto wie, jak sobie z nim radzić.

Żona ma na sobie obcisłą, czarną sukienkę z marszczonego dżerseju oraz czarne baleriny bez logo producenta. Trzyma wypełnioną czymś torbę na zakupy z krótkim, płóciennym paskiem, która co chwilę ześlizguje się jej z ramienia. Po sposobie, w jaki nerwowo poprawia ją raz za razem i w jaki oboje układają usta, wnioskuję, że się kłócą. Jestem tym zafascynowana. W ogóle nie robią tego tak, jak robiliśmy to kiedyś my dwoje – z tym pełnym napięcia, przerażającym, dwufazowym ruchem, który zawsze kończył się tym, że stałam oparta plecami o jakąś ścianę, a Henry mówił do mnie szyderczym tonem – „Płacz, Faye, płacz. Nie przestawaj, kurwa, płakać” – po czym rozpinał spodnie i wchodził we mnie w taki sposób, jakbyśmy wielokrotnie uczestniczyli w tego rodzaju grze wstępnej. Nie potrzebuję niczyjego języka kreślącego ósemki między moimi nogami, a po prostu kogoś, kto również będzie potrafił sobie ze mną poradzić.

Pokój wypełnia nagle blask sufitowego światła. Odwracam się na pięcie i dostrzegam faceta, który trzyma palec na włączniku z jedną stopą w pokoju, a drugą wciąż w korytarzu, jakby nie wiedział, co zrobić. Stojący w ogrodzie Henry unosi głowę, by spojrzeć na swoją rozświetloną widownię. Pociera kostką palca łuk brwi w wyrazie irytacji, ale i czułości. „Co ja mam z tobą zrobić?” To właśnie oznacza ten gest. Wykonywał go kiedyś, kiedy opierałam się o kanapę lub o ścianę, pojękując i domagając się więcej. Cofam się o krok, przerażona.

– Nie wiedziałem, że ktoś tu jest – mówi facet. Może mi się tylko wydaje, ale przysięgam, że w jego słowach wyczuwam nutkę humoru. Wygląda na studenta, ma czarne brwi i rozczochrane blond włosy, a na sobie ten charakterystyczny uniform, o którym już zapomniałam – szorty w kolorze khaki, ciemną marynarkę i mokasyny bez skarpetek. Nieco przydługie włosy, mokre po prysznicu, założył za uszy tak, że ich końcówki wyschły i odstają na boki. Nie poruszył się jeszcze, a ja muszę stąd wyjść.

– Przepraszam – mówię, a on się obraca tak, że ocieramy się o siebie, kiedy się obok niego przeciskam. Moja lniana bluzka trzeszczy od naelektryzowania, a on uśmiecha się do mnie lubieżnie. Zbliżając się do schodów, celowo kołyszę dla niego biodrami.

***

Siedzę razem z Corrine, Campbellem, ich jasnowłosym niegdyś dzieckiem, dwoma członkami rady nadzorczej i ich żonami. Moja obecność przy stole wywiera efekt, który niegdyś bardzo mi się podobał, ale teraz stał się tak powszechny, że przestał być czymś nowym. Tematy dotyczące uczelni szybko się wyczerpują. Zostaję zapytana o skandal z burmistrzem Los Angeles, który na krótko zjednoczył naród, a następnie o to, czy planuję wynająć za trzy lata swój dom, kiedy w mieście organizowane będą igrzyska olimpijskie. Nawet w ciągu tygodnia mogłabym zarobić fortunę.

– Serial jest już gotowy? – pyta jeden z członków rady nadzorczej, ten w kamizelce.

– Tak. Już od jakiegoś czasu.

– Nie oglądałem go, szczerze mówiąc. Myślę, że bym się w nim nie połapał. – Wskazuje ręką głowę i wszyscy się śmiejemy.

– Nie szkodzi – odpowiadam. – Uważam, że o wielkości dzieła świadczy to, że nie nadaje się dla każdego. – To frazes używany przez twórców, żeby ochronić nas przed złymi recenzjami.

– Nie miej o sobie tak niskiego mniemania. – Campbell poklepuje go po ramieniu w sposób, w jaki robi się to zwykle z psem: ostro, ale z uczuciem. – Nam się spodobał.

Nam. Nieźle. Zerkam na Corrine, która kciukiem i palcem wskazującym próbuje wysunąć ość z płata łososia. Wyciera brudne palce, wydymając górną wargę. Jeśli czuje się niekomfortowo z tym, że została wmieszana w tak banalne kłamstwo, to jest lepszą aktorką niż większość tych, z którymi grałam na przestrzeni lat.

– Nad czym teraz będziesz pracowała? – pyta żona tamtego faceta. Cieszę się, że zadała to pytanie, ponieważ za jej plecami siedzi Henry z rodziną, a ona właśnie dała mi możliwość obserwowania ich jak przez szybę w zoo podczas udzielania na nie odpowiedzi.

– Reżyseruję swój pierwszy pełny metraż – mówię.

Henry kroi właśnie córce jedzenie na małe kawałki. Dziewczynka siedzi na wysokim krześle i je prosto ze stołu. Nie wiedziałam, że dzieci potrzebują takich krzeseł, kiedy nauczą się już chodzić. To, co wiem na ich temat, ogranicza się do przekonania, że nigdy nie chcę ich mieć.

– Niesamowite. Scenariusz też jest twój?

– W sumie to nadal go piszę – odpowiadam, po czym dodaję, że mam teraz w planach wyjazd do Airbnb w Ithaca, gdzie zamierzam w spokoju dokończyć pracę.

– Będziesz w nim też grała?

Kręcę głową.

– Jeśli o to chodzi, to dla mnie była raczej jednorazowa przygoda. Kiedy scenariusz będzie gotowy, wybierzemy do roli kogoś odpowiedniego.

Henry pochyla się nad córką z dłońmi złożonymi między kolanami, nadstawiając ucha, żeby mogła mu coś powiedzieć, a ona przekazuje mu coś, wystawiając do przodu dolną wargę. Marszczy czoło, zachęcając ją, żeby powiedziała coś więcej. Henry potrafi pocieszać. To chyba jego jedyny talent. Czasami pozwalałam mu się upokorzyć, żeby mnie potem uspokoił. Nie tylko dlatego, że to lubiłam, ale dlatego, że wyczuwałam jego umiejętność łączenia się z ludźmi, czego bardzo chyba pragnął. Nie wierzę, że wcześniej nie pomyślałam o tym, że Henry byłby świetnym ojcem. Dzieciaki są takie nerwowe przez większość czasu.

– Przepraszam, że przeszkadzam. – Marjorie stoi obok stołu, a sądząc po minie towarzyszącej jej kobiety, właśnie znalazła moją protegowaną. – Poznajcie Emmę King, stypendystkę Grangera.

Emma jest brunetką i ma bardzo opaloną skórę. Rzuca mi bardzo biały uśmiech.

– To taki zaszczyt, móc panią poznać – mówi, lekko uginając przy tym kolana.

– Nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam twój scenariusz.

Na twarzy Emmy pojawia się lekki wyraz rozczarowania, że nie pochłonęłam jej opus magnum od ręki, kiedy tylko plik wylądował w mojej skrzynce, pomimo że spóźniła się z wysyłką.

– Wiem, że jest pani bardzo zajęta – mówi z powagą. Dzieciaki zawsze tak robią. Nie mogą się doczekać, żeby ktoś je przeczytał, by ktoś je odkrył. W jej wieku sama byłam cholernie niecierpliwa.

– Obiecuję, że nad tym przysiądę – zapewniam ją. Zerkam na jej bezkształtne buty. Nierówny szew na kieszeniach jej spodni. Mam ochotę jej powiedzieć, że ja nie byłam jednym z tych dzieciaków i że wyszło mi to na dobre.

– Czy kiedy przekazano ci pałeczkę – pyta Campbell z uśmiechem – pomyślałaś sobie: „No, udało mi się”? Trzyma dłoń na karku Corrine i masuje jakieś miejsce pod jej uchem. Ona porusza lekko głową, jakby próbowała go naprowadzić na bolące miejsce, ale w jej oczach dostrzegam gniew.

– Odpowiem ci, kiedy zaczną to nazywać Stypendium Faye Heron.

To pierwszy rok, w którym ktoś inny niż Jonathan Granger będzie czytał scenariusz studenta. To jego stypendium, zarówno jeśli chodzi o nazwę, jak i finansowanie, ale od pewnego czasu wyłącza się całkowicie bez żadnych skrupułów. Dwanaście lat temu, kiedy siadałam z nim nad moją recenzją, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zapoznał się jedynie ze streszczeniem mojego scenariusza, które napisał mu jeden z asystentów. Okazało się to prawdą, kiedy sama w końcu zostałam jedną z nich i dobrze poznałam opartą na oszczędności czasu tradycję znaną jako zarys scenariusza.

– No dobrze – mówi Marjorie. – Usiądźmy. Wygląda na to, że zaraz rozpocznie się pokaz slajdów.

– Miło było cię poznać – odpowiadam Emmie, która ponownie reaguje lekkim dygnięciem.

Przenoszę uwagę na front namiotu, gdzie stoi już rektor, czekając cierpliwie, aż ktoś wyreguluje obraz. Rozmowy stopniowo cichną. Rozpoczyna od uroczystego powitania wszystkich na zgromadzeniu, którego celem jest upamiętnienie życia i osiągnięć jego drogiego przyjaciela, znanego powszechnie jako PT.

– Studenci filmoznawstwa postanowili złożyć wspólnie hołd swojemu profesorowi – mówi. – I jeśli wolno mi tak powiedzieć… Faye Heron, masz naprawdę poważną konkurencję.

Śmieję się wraz z innymi, ale jestem tak spięta, że zaraz przełamię się na pół. Nie przestałam się zastanawiać, jak to jest, kiedy moje imię i nazwisko pada w tym samym miejscu, w którym przebywa Henry, i to w sposób, który wychwala moje osiągnięcia. Czuję się, jakbyśmy byli kadrami w jednej z tych kamer na podczerwień, wszyscy inni podświetleni na niebiesko, tylko my dwoje na czerwono. Jedynie my dwoje znamy prawdę, kim naprawdę się staję, kiedy zostajemy sami.

Rektor się wycofuje, gdy na ekranie pojawia się zdjęcie przedstawiające profesora Tonera jako młodego mężczyznę z brodą w okularach przeciwsłonecznych. Towarzyszy temu muzyka Boba Dylana, a sama fotografia zdaje się pochodzić z lat osiemdziesiątych. Rozlega się głos lektora i na ekranie rozpoczyna się nagranie zrealizowane przez Jonathana Grangera, który mówi o premierze swojego pierwszego serialu, o tym, jak zabrał PT na imprezę, po której on sam znalazł się na liście najgorzej ubranych, a PT – tych najlepiej. Studentom udało się odkopać dwudziestoletnie wydanie „US Weekly”, w którym pokazano PT w szelkach i eleganckich aksamitnych pantoflach, na co zgromadzeni w namiocie zaczynają wiwatować. Kiedy wszyscy cichną, ponownie sobie uświadamiam, że za moimi plecami rozgrywa się scena, w której demoniczne dziecko raz za razem powtarza słowo „nie”. Odważyłam się zerknąć za siebie tylko w momencie, kiedy rozległy się wrzaski, i to tylko dlatego, że zrobili to również inni. Henry odpina od krzesełka swoją młodszą córkę, która wierzga nogami, po czym zanosi ją do domu. Kiedy wchodzą do środka, awantura przybiera na sile. Przypomina to przysłuchiwanie się kłótni sąsiadów, kiedy człowiek się zastanawia, czy powinien zadzwonić na policję i czy nie byłoby to przesadą, czy nie sprawi to, że znajdzie się w niezręcznym położeniu, gdy następnym razem spotka któreś z nich, wynoszące śmieci. Przedstawienie trwa, ale wszystkich ogarnęły chyba podobne myśli. Po chwili łagodna żona Henry’ego szepcze coś do starszej córki, a ta zeskakuje z krzesła i podąża za matką do domu, trzymając za ramię mrugającą raz za razem lalkę. W ten sposób Henry odchodzi, nawet się ze mną nie przywitawszy.

ROZDZIAŁ 3

Wszystko zaczyna się od mojej decyzji o powrocie do hotelu. Corrine i Campbell próbują mnie przekonać, żebym pojechała z nimi do Sig Phi, ale jestem zbyt obolała, żeby pić ciepławe piwo i słuchać prawników o zaczerwienionych oczach, mówiących o tym, że na żywo wyglądam na znacznie drobniejszą niż na zdjęciach. Wymykam się bocznymi drzwiami, ale zauważa mnie niegroźna Emma King i pyta, czy może dotrzymać mi towarzystwa. Chociaż mówię jej, żeby nie wychodziła ze względu na mnie, nalega, co – jak się później okaże – nie pozostanie bez znaczenia. Przeciskamy się między zaparkowanymi na podjeździe samochodami i zrównujemy krok. Jest coś koło dwudziestej drugiej. Parno, ale da się oddychać, a powietrze przepełnia zapach jakiejś byliny, tak słodkiej, że pachnie, jakby gniła.

– Uwielbiam Los Angeles – oznajmia Emma. Mówi to na wydechu, a ja nie jestem w nastroju na tego typu młodzieńcze urojenia. Chcę zostać sama, wylizać rany i pozwolić myślom płynąć.

– Świetne miejsce do zamieszkania – odpowiadam bez większego zainteresowania.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Meritum publikacji