Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
LITERATURA PIERWSZEJ POMOCY, GDY NIE WIADOMO, JAK DALEJ ŻYĆ
Nie może dodzwonić się do męża. Nigdzie nie ma jego samochodu. Później zostaje przesłuchana przez policję w charakterze podejrzanej. A potem słyszy najgorsze.
Agnieszka Taborska zaczyna pisać kilka godzin po tym, jak dowiaduje się o śmierci męża. Początkowo te zapiski to jedyna terapia, o jakiej może myśleć. Rodzi się z nich intymna i przewrotna proza o tym, czego boimy się najbardziej, i o żałobie na własnych zasadach.
Co nas drażni po stracie bliskiej osoby, a co daje nam siłę? Czemu parskamy śmiechem w domu pogrzebowym?Jak zachwycać się światem w pojedynkę?
W swojej najbardziej osobistej książce pisarka, historyczka sztuki i specjalistka od surrealizmu, kreuje erudycyjną autofikcję najwyższej próby, dołączając do takich twórców jak Joan Didion czy Roland Barthes. „Bez skóry” wyrasta z bólu, jednak zamiast o śmierci, mówi o życiu. I o tym, co pomaga nam poczuć się mniej samotnie. To także szczególny poradnik dla tych, którym trudno rozmawiać z ludźmi w żałobie.
*
„Jak się żyje „bez skóry” – i czy można ją odzyskać, będąc oskórowaną przez życiową katastrofę? Mam tę książkę nie tylko za podpowiednik, jak radzić sobie z radykalną utratą, i jak o niej mówić, a i milczeć. Biorę ją także za protokół rekonstruowania siebie, a zatem świata. Taborska pokazuje, jak żałoba wytrąca z oczywistości istnienia, podmienia rytuały, ingeruje w zmysły. Rimbaudowskie „ja to ktoś inny” zyskuje tu nowy sens.”
Eliza Kącka
„Znawczyni surrealizmu, przyjaciółka Rolanda Topora, znajoma Leonory Carrington i kilku innych twórców absurdu przez trzy kolejne lata kultywuje pamięć o swoim zmarłym mężu Marcinie Giżyckim. Przedłuża mu życie wspomnieniami, wymienianiem tytułów jego książek i filmów, cytowaniem limeryków. Przytacza historie przyjaciół. Opowiada i tłumaczy swoje sny. Ćwiczy utratę. Uczy się żałoby, którą rozciąga na matkę zmarłą wkrótce po Marcinie. Jest erudytką, odwołuje się do rozległej literatury, sztuki, kinematografii; wymienia 131 tytułów książek i 45 filmów. Jak pisze, „sztuka, literatura i muzyka nas znieczulają. […] Żarłoczność czytelnicza jest awersem pracy żałoby”. Wie, że proces pisania pomaga jej nie tylko przez nią przejść, ale też oswoić samą siebie. Nazywa to samopoznaniem. Dodając tę książkę do spisu lektur, pomaga nam uporać się z naszymi stratami.”
Anda Rottenberg
„Czytając, zużyłam całe pudełko chusteczek. To książka również o mojej żałobie, która minęła i znowu umiem być szczęśliwa. Dziś zamiast strachu, żalu i rozpaczy czuję już tylko piękno najlepszych wspomnień. Ta książka prowadzi właśnie tam – ku przemianie cierpienia we wdzięczność za miłość, która przecież może nigdy się nie skończyć. Warto przeczytać nie tylko dla wzruszeń, lecz dla kalejdoskopowej erudycji autorki, jej poczucia humoru i błyskotliwych komentarzy. Cóż za lektura!”
Ewa Woydyłło
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Agnieszka Taborska
Projekt okładki
Kira Pietrek
Obraz na okładce
© Krystyna Piotrowska
Fotografia autorki wykorzystana do portretu
© Anna Rezulak
Ilustracje na wyklejce
domena publiczna
Redaktorka inicjująca
Agata Pieniążek
Redaktorka prowadząca
Paulina Jóźwik
Redakcja
Eliza Kącka
Adiustacja
Anna Cała
Korekta
Maria Zając, Jakub Kornacki
Projekt typograficzny i łamanie
Maria Król
Koordynatorka produkcji
Maria Król
Przygotowanie do druku
Maria Gromek
Opieka promocyjna
Monika Frankiewicz
ISBN 978-83-8469-200-4
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Przyjaciółkom i przyjaciołom, sąsiadkom i sąsiadom, którzy mi towarzyszyli
To się podobno da przeżyć
Jestem posądzona o morderstwo. Dowiem się o tym na komendzie przy Wilczej w Warszawie. Jadę tam z Olkiem, sąsiadem. Nie wiem, czego się spodziewać, i w samochodzie żartuję, że znaleźliśmy się w środku Złego Tyrmanda. Olek ma niedobre przeczucie i skupioną minę.
*
Przedtem szukałam Marcina przez blisko pięć godzin. Dzwoniłam po SOR-ach warszawskich szpitali, do lecznicy, w której miał być poprzedniego dnia, do dzielnicowego. Poszłam na komisariat, tam tłumy. Dzielnicowy oddzwonił z radą, żebym szukała dalej, a jeśli go nie znajdę, żebym wieczorem przyniosła na dyżurkę fotkę i podała numer PESEL. Tyle może dla mnie zrobić.
Towarzyszy mi Kasia D. Przez wiele tygodni nie mogła się zebrać, by spełnić moją prośbę i nakleić na blejtramy monidła wykonane przez Krysię P. Jedno przedstawia nas oboje, drugie tylko mnie. Kiedy feralnego dnia zadzwoniła, że są wreszcie do odbioru, poszłam do jej pracowni kilkanaście metrów od domu. Wspólne monidło jest na tle niebieskim w różowe gwiazdki, moje – na czarnym. Na głowie mam lilie – symbol ceremonii pogrzebowych i niewinności dusz zmarłych. Z symboliką kwietną wieczne kłopoty. W ramach „oświadczyn” Marcin wręczył mojej rozbawionej mamie cmentarną kalię. Na długo przedtem pisała o niej moja babcia: „A kiedy umrę, nie noście mi kalii; zapewniam kalii nie lubią umarli”.
Dostaję monidła w dniu, w którym dowiem się o śmierci Marcina, niecały tydzień przed trzydziestą siódmą rocznicą naszego ślubu. Z rocznic sobie pokpiwałam. Teraz nad tym przypadkiem obiektywnym się pochylam.
„One mi zostaną”, mówię Kasi. Naturalnie się obrusza.
*
Wreszcie pod numerem 999 dowiaduję się, że dokładnie wtedy, gdy Marcin miał w lecznicy na Górnośląskiej wyznaczoną wizytę, była tam „interwencja”. Więcej nie mogą powiedzieć. Po raz enty dzwonię na Górnośląską. Łaskawie oddzwonią. Boją się odpowiedzialności za zaniedbanie? Po pół godzinie w słuchawce wstrzemięźliwy kobiecy głos. Każe mi telefonować na komendę policji przy Wilczej 21.
*
Mniej więcej przed ośmioma godzinami dowiedziałam się, że Marcina nie ma. To oczywiście nieprawda, wygłup, w który nie wierzę. Chamski milicjant sobie znanymi drogami wywiedział się, że – na przekór wszystkim rozstaniom – żyliśmy razem tyle lat, i postanowił sobie z nas zakpić.
Na dobre rzeczy długo się czeka, te złe zdarzają się w mgnieniu oka. Jest jesień, pora strat.
*
Na komendzie nie działa winda. Nie działała już dziesięć lat temu, gdy Ania W., moja przyjaciółka i tłumaczka, zgłaszała zaginięcie syna. Trzeba maszerować cztery piętra pod dowcipy funkcjonariusza – jak z Tyrmanda właśnie. „Jeszcze dwa pięterka. Uff! Jeszcze jedno”. Gdy docieramy do celu, otwiera jakieś drzwi. Tam siedzi drugi, taki wymięty. „Kolega panią przesłucha”. Popycha mnie do środka, sam – jak mi się zdało – zostaje na śmierdzącym korytarzu. I rzeczywiście, nieświeży kolega szykuje się do przesłuchania. Ale ja po raz pierwszy w życiu przeżywam coś na kształt ataku paniki: brak tchu, serce wali, ciemno w oczach. Żądam wyjaśnień. Typ niechętnie odstępuje od idei załatwienia wszystkiego według schematu. Sięga po leżącą przed nim stertę papierzysk i – przeciągając bezlitośnie dobrnięcie do tego co najważniejsze – pyta obojętnym głosem: „Giżycki Marcin. Małżonek?”. Chciałby powiedzieć „obywatel Giżycki”, bo jest jakby żywcem wyjęty z komuszej formacji, która na podobnym komisariacie zatłukła Przemyka i wielu innych. Gryzie się jednak w język. Po czym powoli, jakby odczytywał prognozę pogody i chciał wydłużyć suspens, doczołguje się do zdania, że Marcin kaszlał na stołku w poczekalni, kaszlał tak bardzo, że osunął się na podłogę nieprzytomny i umarł mimo godzinnej reanimacji.
Mój szloch przekonuje typa, że nie czas na przesłuchanie. „Dzwonię po karetkę”. „Nie?” „To co robić? Wezwać kogoś?” Jeden z gliniarzy złazi cztery piętra po Olka, którego z niewiadomych przyczyn nie wpuścili ze mną wcześniej. Mimo że zapewniałam, że to „mój (przepraszam, nasz) przyjaciel”.
*
Yiyun Li zaczyna Things in Nature Merely Grow [Rzeczy w naturze po prostu rosną] od opisu wizyty detektywa, który zawiadamia ją o samobójstwie syna. Prosi, by usiadła, i wypowiada zdanie: „Nie ma dobrego sposobu na powiedzenie tego”. Li widzi w tych słowach wyuczoną formułkę. Bardzo chciałabym usłyszeć ją na Wilczej.
*
Długo szukałam notesu ofiarowanego mi przez Catherine. Nie znalazłam, choć byłby mi teraz najbliższy. Znalazłam za to inny – w czarnej oprawce, szczęśliwie bez linijek. W sam raz.
Zaczynam zapisywać. Roland Barthes zanotował pierwsze zdania w Dzienniku żałobnym kilka godzin po śmierci matki. Dopiero potem, przeglądając jej zdjęcia, napisał Światło obrazu.
*
Wieczór 21 października, kilka godzin od wizyty na Wilczej. Właśnie wyszły niezaproszone Kasia O., specjalistka od awangardowego teatru rosyjskiego, i Ewa K., artystka i pisarka, która nazajutrz wracała do Paryża. Wsłuchane w chwilę, wrażliwe i pomocne. Tak inne od formułek dogorywających na fejsbuku: „R.I.P”., „serdeczne kondolencje”. Sama je kiedyś recytowałam, nieświadoma, że mogą ranić.
*
Minęły trzy dni czynności niedokończonych. Ja, pedantka – zaraz po wejściu do domu zanosząca rzeczy na ich miejsca – zostawiam wszystko półzałatwione. Stół, podłogę, łóżko pokrywają ćwierćsprawy.
Porażona stratą bohaterka Przyjaciela Sigrid Nunez też żyje w nieładzie, gubi rzeczy, zapomina o płaceniu rachunków. Jej terapeuta nie ma wątpliwości, że to objawy żałoby. Marek Bieńczyk zauważył, że w mieszkaniach po zmarłych panuje bardziej cisza niż pustka; są krainami bez tlenu, bo przestały oddychać. Marek Rosłan pisze o zakamarkach pełnych pamięci, o półkach niedopowiedzeń i zakątkach tajemnic.
Strata bliskich łączy się z ekspansją przedmiotów. Należące do nich kiedyś rzeczy, książki, papiery ogromnieją, zyskują na ważności, zajmują coraz więcej miejsca na półkach i w myślach. Przejmują aktywne role. Wymagają decyzji.
Akt zgonu niweluje wszystko, co między urodzinami a śmiercią: liczą się tylko te dwie daty.
*
Lubię robienie list. Teraz czas na listy „pocieszeń”, czasem pomocnych, czasem rozdzierających jeszcze bardziej. Do tych pierwszych należy wyznanie naszego przyjaciela, muzyka jazzowego, że Marcin był jedynym znanym mu niemuzykiem, który muzykę rozumiał. Albo opowieści Filipa, jak to Marcin kilkanaście lat temu „wziął go pod skrzydła” i od tego czasu tworzyli razem festiwal, a Filip tymczasem dorastał. I retoryczne pytanie Vicky: „Jak często błyskotliwi i utalentowani mężczyźni są jednocześnie DOBRZY i MILI?”. Jednym słowem liczą się konkrety. Nudzą i drażnią okrągłe formułki.
*
Podczas pierwszej w życiu sesji z psychiatrką dostaję recepty na leki. Idę je wykupić w aptece Ziko. Ma dwa działy: medyczny i kosmetyczny. W kosmetycznym jest pusto, wchodzę, mówię pani za ladą, że umarł mój mąż, że chciałabym kupić krem, ale czy ona może wybrać? Wybiera wiele kremów, dodaje prezenty od firmy, pyta, czy jadę na pogrzeb za granicę. Pewnie dlatego, że proszę o kremy w plastikowych opakowaniach, żeby mniej ważyły. Mówię, że nie, wszystko stanie się tutaj. Gdy już mam wychodzić, wyrzuca z siebie: „Dziesięć dni temu zginął mój brat”. „Był pogrzeb?”, pytam. „Tak”. „Pojechała pani?” „Chciałam, ale bilety wykupione do końca miesiąca”. Tak się przyzwyczaiłam do śpiewnego akcentu, że dopiero teraz go wyławiam. „Niech się to wreszcie skończy”, powtarzam po raz setny. Ona patrzy mi w oczy znad maseczki. Porozumienie między nami dostrzega stojący za mną ojciec rodziny, szukający porady na męczący jego najbliższych świąd. Dopytywał się niecierpliwie o najskuteczniejsze maści, a teraz spuścił głowę, uszanował. Słucha i czeka, aż skończymy.
Po wyjściu z apteki zachodzę do „Poprawek” w sąsiednim budynku. Prowadzi je pani Lena, Ukrainka, z mężem Polakiem, specem od historii powszechnej. Znamy się od dwudziestu lat. „Ale pani ma do mnie cierpli…!”, śmieje się pani Lena i przerywa w pół słowa. Gdy mówię, że nie żyje, wybucha płaczem. Podchodzi mąż, niedosłyszący, ale tym razem usłyszał – albo wyczuł. „Gdybym ten sweter zacerowała, tak by się nie stało”, łka pani Lena. „Marcin miał inny sweter. Nie umarł z przemarznięcia”, mówię. Pani Lena płacze dalej. „Tak już było, kiedy kupiłam prezent mamie, a tacie nie. No i tato umarł. Do dziś nie mogę sobie wybaczyć”.
*
Tylu ludzi się za mnie modli. Ja, stuprocentowa ateistka, jestem im wdzięczna. Z przymrużeniem oka.
Ela w Paryżu pali świeczkę od chwili, kiedy dowiedziała się o tej śmierci. Bo jeśli śmierć nagła, to trzeba podobno pomóc. Nie wierzę, ale jestem wdzięczna. Tak jak jestem wdzięczna pani Lenie, która będzie się modlić. Prawosławni – jak mi wyjaśniła – modlą się przez czterdzieści dni po śmierci, kiedy dusza błądzi. A potem przez czterdzieści dni przed pierwszą rocznicą. Śpiewne modły, zdaniem pani Leny, bardzo pomagają. Na pewno ma rację. Sęk w tym, że nie znam żadnej modlitwy.
Świadomość, że ktoś pali świeczkę, a ktoś inny odmawia zdrowaśki, pomaga. Nie przekonuje mnie tylko pewność – wypowiadana kojącym, lecz i kategorycznym głosem – że Pan Bóg powołuje do siebie ludzi w najlepszym momencie. Najlepszym dla kogo?
Harry Houdini, mistrz podwodnych ucieczek z zaplombowanych pojemników, zmarł śmiercią głupią, ponoć wskutek nieoczekiwanego uderzenia w brzuch przez żartownisiów. Nie zdążył napiąć mięśni. Podczas wieloletnich demaskacji fałszywych mediów obiecywał żonie, że jeśli umrze pierwszy, a Zaświaty istnieją, da jej znać. Nie dał.
*
W czasie niedokończonych czynności żyję bez skóry. Świat przemawia z większą niż przedtem intensywnością. Podrywające się do lotu gołębie robią straszny hałas. Jak w weneckim horrorze Nicolasa Roega Nie oglądaj się teraz. Poczucie straty wyostrza naszą spostrzegawczość. Po śmierci córki John i Laura widzą świat intensywniej, w kawałkach. Ich spojrzenia przyciągają gargulce, które straciły moc odpychania zła, rozedrgane odbicia w brudnej wodzie kanałów, porzucona na schodkach lalka, szczury uciekające spod stóp, obojętne na wszystko koty w oknach, Wenecjanie niespuszczający oczu z rażonej tragedią pary…
*
W buddyzmie nagła śmierć, gdy nie ma czasu się z nią pogodzić, komplikuje ponowne narodziny. Może im towarzyszyć zła karma. Przejście przez bardo może nie być pogodnym przygotowaniem na lepsze wcielenie. U Ingi Iwasiów śmierć bez szpitala i męki jest – przynajmniej w teorii – lepsza. Mariusz Szczygieł pisze w Nie ma: „Gwałtowny kres jest darem. Bez tej całej nędzy powolnego upadku…”. I jeszcze: „Dorosły stajesz się dopiero, gdy stracisz to, co naprawdę kochasz”. Z pewnością mają rację.
*
We wtorek, pięć dni po śmierci Marcina, dzwonię do gliniarza. Ponawiam zadane przez Olka pytanie, co z samochodem nielegalnie zaparkowanym na Górnośląskiej. Cztery dni wcześniej gliniarz odburknął, że to dowód rzeczowy. Tym razem jest trochę mniej chamski. Oddzwania około czternastej z rozkazem, żeby przyjechać natychmiast. „Będę w przeciągu godziny”. „Hola! Hola! Nie pracujemy do dwudziestej!” Skąd się tacy ludzie biorą? Potem z Olkiem długo czekamy na „detektywów”, którzy fotografują każdą zużytą chustkę do nosa. Zapowiadają, że dostanę mandat za nielegalne parkowanie.
*
Nie, nie, nie, nie wyskoczę przez okno, choć dźwięki dochodzące z prac na rusztowaniach przywodzą na myśl końcową scenę Lokatora Polańskiego. Nie zrobię nic, przed czym przestrzega ulotka leku „na wyciszenie”: nie popełnię samobójstwa ani się nie okaleczę. Kasia P. z Londynu napisała mi wczoraj: „To się podobno da przeżyć”.
Ludzie wydają mi się mniej żywi, bo już wiem, jak cienka jest granica między Tu a Tam. Marcin na ich tle tętni pełnią życia.
*
Cent jours de grâce, „sto dni łaski”, kiedy wszyscy wokół pamiętają o naszej stracie. Po tych stu dniach jest podobno najgorzej: trzeba żyć „normalnie”, być jak wszyscy, którzy mają własne tragedie. Właśnie wkraczam w dzień dziewiąty, w religii prawosławnej szczególnie ważny. Choć nie wiem, jak te dni liczyć: czy od śmierci w poczekalni, czy od dowiedzenia się o niej dobę później?
Sziwa, siedem po hebrajsku, to siedem pierwszych dni żałoby i lamentu. Zasłania się lustra, gasi światła, żałobnicy zasiadają na stołeczkach (wspomnienie siedzenia na ziemi za czasów Hioba). Znajomi przynoszą jajka, soczewicę i jarzyny – symbole cyklu życia. Przez te siedem dni nie ogląda się fotografii zmarłej lub zmarłego. Po roku, ale nie wcześniej, można postawić kamienny pomnik. Znając biurokratyczne tempo (zgoda parafii, pozwolenie konserwatora zabytków na wprowadzenie nowego mieszkańca grobu), myślę, że mniej więcej tyle mi to zajmie.
Przez jedenaście miesięcy, a potem w rocznice śmierci syn zmarłego (czy zmarłej też? co z córką?) odmawia codziennie kadisz sierocy. Przez jedenaście, a nie dwanaście, bo choć duszy trzeba roku na oczyszczenie, zmarły nie był pewnie wielkim grzesznikiem, więc miesiąc można pominąć.
U Roberta Harrisona w The Dominion of the Dead [Dominum umarłych] czytam, że śmierć jest jak narodziny. Stąd główna rola kobiet w lamentach pogrzebowych. Zmarli rodzą się pod postacią duchów, zjaw, głosów, przodków. No, nie wiem…
*
Siedem – magiczna liczba. Seneka ponoć był zdania, że żal i żałoba nie powinny trwać dłużej niż siedem miesięcy. Smutek dłuższy świadczy o słabości żałobnika. Skazani na śmierć bohaterowie Empuzjonu Tokarczuk piją życiodajną nalewkę skomponowaną z siedmiu oczywiście ziół.
*
Mam oko w kolorze zachodzącego słońca. Wylew spowodowany nagłym skokiem ciśnienia i rezultat dziewięciu dni płaczu. Z cierpliwą Renią, sąsiadką, która jest dla mnie teraz o każdej porze dnia i nocy, jeździmy po mieście, szukając mojej okulistki pod nowym adresem. Gubimy się na Pradze – i krótki moment wytchnienia: na tamtych uliczkach nigdy nie byłam z Marcinem, nic mi się z nim nie kojarzy. Wracając do domu, mijam ludzi przebranych za upiory. Halloween. Mnie makijaż niepotrzebny.
*
Cały czas chodzi mi po głowie zwrotka z Katarynki Okudżawy: „Przyjaciół mam tak wielu…”. Jestem otulona ludzką uważnością i dobrocią. Umiera się w samotności, ale po śmierci najbliższych dobrzy ludzie na samotność nie pozwalają. Choć dzieje się rzecz dziwna: najbardziej obecni są sąsiedzi i sąsiadki, których wcześniej wcale tak dobrze nie znałam. I koleżanki z wczesnej młodości. Bliska przyjaciółka i przyjaciel z wieku dojrzałego milczą. Pewnie przez pudeur, jak podejrzewa Catherine, która przeszła przez podobne doświadczenie. Z wyhodowanym podczas długiego życia sceptycyzmem Ewa K. zapowiedziała pierwszego wieczoru: „Teraz zobaczysz, ile kto jest wart”.
Podobne zawody przeżywają chorzy na raka. „Kiedy wypadną ci rzęsy, wyślij je na nieszczęście każdemu, kto zniknął na wiadomość o twojej diagnozie” – pisze Anne Boyer w Obumarłej. Chorzy – jak żałobnicy – patrzą na świat z jednej perspektywy:
Każdy film jest dla mnie filmem o obsadzie, która najwyraźniej nie ma raka, a przynajmniej tego w moim odczuciu dotyczy jego fabuła. Każdy tłum poza kliniką wydaje mi się zorganizowany przez alienację, wszyscy wyglądają zdrowo, mają rzęsy i sprawiają wrażenie, jakby mieli apetyt na kolację oraz solidne plany na emeryturę.
Osoby opłakujące przechodzą przez przemianę w jakimś stopniu porównywalną do przemiany chorych i rekonwalescentów. Podskórną, głęboką, nieczytelną dla otoczenia, przewracającą wszystko do góry nogami. Stosunek „innych” do żałoby przywodzi na myśl pruderię towarzyszącą tematom seksualności sto lat temu.
*
Wszystko jest inaczej. Słońce i prawie dwadzieścia stopni pod koniec października. Wczoraj – błądząc z Renią po mieście – stwierdziłam ze zdziwieniem, że w Warszawie rośnie tyle platanów! Jakbyśmy były w Awinionie albo Cadaqués. Klimat się zmienia, a te drzewa o pniach jak słoniowa skóra walą w górę, nie zważając na smog. Jeden z nieukończonych filmów Marcina miał być o starości. Fotografował kory starych drzew i planował skonfrontować te zdjęcia ze zdjęciami dłoni starców.
W filmie Plaże Agnès Varda zastanawiała się, dlaczego nie zachwycamy się starą skórą, tak jak podziwiamy kilkusetletnie drzewa oliwne. Myślę o zdjęciach Marcina, patrząc na platany. Przed domem mamy dwa posadzone przez Olka siedem (!) lat temu: jeden miał być dla niego, drugi dla Marcina. Na razie żyją oba. Są wspomnieniem dwóch platanów sprzed pałacu w Nieborowie. Ich liście przez tyle wakacji pachniały mi pod poduszką.
*
Oprócz platanów – kolejne zdziwienie: tyle jest wokół osób uduchowionych. Część to praktykujący, bądź nie, katolicy, ale nawet agnostycy zachęcają mnie do wsłuchania się w wędrówkę duszy Marcina. Chcą jak najlepiej. Ja nie czuję żadnych fluidów i wybieram kremację – bez empatii dla robaków, które pożarłyby z apetytem jego zmęczone ciało. Bohaterka powieści Zyty Rudzkiej powiada, że spojrzenie na buty zmarłego leżącego w trumnie chroni przed snami o nim. Nas to nie będzie dotyczyć. A sny mile widziane.
*
Tybetańska Księga Umarłych to zbiór pouczeń dla zmarłych i umierających, przewodnik dla przebywających przez czterdzieści dziewięć dni w bardo, krainie między śmiercią a ponownymi narodzinami. Mowa tam o zapowiedziach śmierci pojawiających się w snach przyszłych nieboszczyków. Sny wieczorne i popołudniowe są nic niewarte. Liczą się tylko te od brzasku do poranka. Co i kiedy śnił Marcin, pozostanie tajemnicą.
*
Od jego śmierci wreszcie pierwszy sen. Leżę z głową na jakimś odsłoniętym mechanizmie, jakby wnętrzu zegarka. Śpię, próbuję spać albo raczej udaję, że śpię. Marcin jest z drugiej strony drzwi, potem wchodzi do pokoju, dotyka mojej głowy i mówi – jak zwykł mówić – „Dudzik, Dudzik” (taka była moja ksywka). Łagodnie, z miłością. Nie mam wątpliwości, że próbuje ukrócić moje cierpienie.
*
Rozbity zegarek wziął się stąd, że kilka dni wcześniej nastąpiłam na wtyczkę ładowarki telefonu, która z nieosłoniętej teraz plastikową obudową strony wystawia na pośmiewisko skomplikowany mechanizm. Ta wtyczka to ja: z jednej strony zamaskowana plastikiem; z drugiej – rozpacz flaków na wierzchu.
I odezwało się wspomnienie metafory miłości z Twarzy muśniętej smutkiem Gisèle Prassinos. Odkrywszy przypadkiem tajemnicę sztucznego mózgu męża, Essentielle wpada w zachwyt, gdy wspomina podziwiany w dzieciństwie rozbity zegarek:
Co za radość wniknąć w tajniki księżycowego stworzenia, leżącego na ziemi z poderżniętym gardłem, między potłuczoną na drobne kawałki szklaną tarczą i pogiętą srebrną kopertą! Jeszcze, biedactwo, każdą cząsteczką oddychało…
Symbolika zegarka okazuje się nośna. Żaden koniec Papużanki tak obrazuje rażonych stratą:
[…] jesteście jak kubki z oberwanym uchem, jak pęknięte ogniwo łańcuszka, jak wskazówka zegarka, która urwała się pod szklanym daszkiem tarczy i teraz się miota.
W Zbieraczach i zbieraczce Agnès Varda sfilmowała zabrany z ulicy zegar bez wskazówek. Towarzyszył jej w domu przy ulicy Daguerre’a i zamrażał czas.
*
Metafizyka przeplata się z kryminałem. Dziękuję, Ando, że zaalarmowałaś Małgosię O. Dzięki jej wtykom – za rządów poprzedniej partii była ministrą kultury – dowiaduję się, że sekcja już była (wczoraj? tydzień temu?) i Marcin jest do odbioru. Arogancki milicjant nie dzwoni, jadę więc z Olkiem, jednym z najwierniejszych, do prokuratury, skąd odsyłają nas na upiorną komendę przy Wilczej. Tam tłum. Zrozpaczonej matce szukającej dziecka funkcjonariusz radzi się odczepić. Po pół godzinie zjawia się „mój” milicjant. Jest wściekły. Nie mówię nic o wtyce i nie wiem, czy on wie, że ja wiem. Przyjmuję pouczenie, że nie wolno mi przyjeżdżać bez wezwania. Najważniejsze (jak łatwo zgnoić człowieka), że dostaję dowód osobisty Marcina i wynik sekcji: pęknięcie tętniaka aorty, krwotok do lewej opłucnej. Zgon na miejscu, tyle dobrego. Jedna więcej nieodnotowana ofiara covidu. Po przeprowadzonej siedem (!) lat temu, po raz pierwszy w Polsce, dwunastogodzinnej operacji wstawienia skomplikowanych stentów Marcin miał unikać wszelkich wstrząsów. Wykasłał sobie śmierć. Umarł tak, jak żył: nie chcąc przypadkiem sprawić kłopotu opieką nad sobą.
*
W Dziedzictwie. Historii prawdziwej Philip Roth relacjonuje umieranie ojca na raty. Nim jednak on zaczął odchodzić, zwinęła się ze świata matka. Nagle i dyskretnie, jak Marcin:
Kiedy zupę podano, mówi mi, że nie chce tej zupy. Powiedziałem więc: weź moją, zamienimy się, ale ona już nie żyła. Po prostu osunęła się na stół. Nawet nie upadła. Nikomu nie sprawiła kłopotu. Tak właśnie jak ze wszystkim. Jak zawsze.
*
Zaczynam czytać prozę o żałobie. Nieco jej jest, choć liczyłam, że więcej. Książki trochę ze sobą dialogują, a po trosze są od siebie całkiem inne. Wszystkie stają wobec bezsilności oddania tego, co się stało. Co się dzieje.
*
Odzyskałam dowód, mogę zacząć przygotowywać pogrzeb. Bardzo mi się nie śpieszy, choć Olki uważają, że dusza za długo się błąka. Światełko stale palące się w ich mieszkaniu ma pomóc jej w drodze. Mnie jest wszystko jedno. Chimamanda Ngozi Adichie w Notes on Grief [Notatkach o rozpaczy] cytuje opinię przyjaciółki, że po pogrzebie zaczyna się nasz proces zdrowienia. Nie jestem pewna.
Ponoć we Lwowie uważano, że ciało nie powinno czekać przez niedzielę na pochówek, bo wtedy zmarły ciągnie kogoś za sobą do grobu. Marcin czeka już kilka niedziel.
W zakładzie pogrzebowym wybieram urnę podobną do szpuli filmowej. Ciemnoszarą, z dwoma srebrnymi paskami. W gablocie błyszczą diamenty. Za sześć tysięcy wzwyż można sobie czyjeś prochy zamienić w szlachetny kamień.
Zakład jest na Służewie, przy kościele i cmentarzu. Atmosfera trochę jak w Meksyku. Uliczni sprzedawcy zamiast lukrowanych kościotrupów i czaszek wyłożyli pańską skórkę. Świeci ciepłe słońce. W zapachu liści i ciętych kwiatów uwijają się rodziny, baczące, by ich groby były 1 listopada lepiej uprzątnięte niż groby sąsiadów. Dźwigają szczotki, wiaderka, łopatki, wieńce kupione gdzie indziej, tam gdzie taniej. Przypominają turystów na wczasach all inclusive, objuczonych piłkami, nadmuchiwanymi materacami, drinkami z lodem…
*
W poetyce funeralnej wyjątkowo dobrze sprawdza się groteska, a nawet komedia. […] „Usługi pogrzebowe. Czynne 24 godziny na dobę”. […] Jakby niechcący obiecywali, grozili, że zawsze zdążą, że są gotowi. Trzeba im dostarczyć kolejne zwłoki, a jeśli zabraknie kandydatów – w końcu samego siebie.
(I. Iwasiów, Umarł mi. Notatnik żałoby)
Zajmująca się nami w zakładzie pogrzebowym pani Anita chce wiedzieć, czy będę przy kremacji. Patrzę pytająco na Olka, który kręci przecząco głową. Powtarzam ten gest. Pani Anita potwierdza, że bardzo rzadko rodziny wybierają obecność. Potem rozmawiam z Tomkiem, który był przy kremacji teściowej, co okazało się na tyle mocnym przeżyciem, że przy spopieleniu mamy już być nie chciał.
Chodzi mi po głowie dokument o Kahlo: jej uczeń opowiada, jak to podczas kremacji zwłoki Fridy rozświetliły się mnóstwem barw (wymienia je szczegółowo). Przemawia przez niego malarz? Podobno Diego Rivera naszkicował wtedy ostatni portret żony.
Obietnica Damona Galguta zawiera szczegółowy opis spopielania: inaczej spopiela się grubych, a inaczej chudych; ci pierwsi wymagają więcej czasu. Proces zajmuje pięć, sześć godzin (wliczając stygnięcie). W piecu może nastąpić wybuch. Jeśli zapomni się wyjąć rozrusznik, pozostaje kłopotliwy „odpad”. Ale wszystko lepsze od zjadających ciało szczurów, żuków, czerwi i glist.
*
Zdarzają się momenty zabawne. Ola K. zachichotała w duchu, gdy zaraz po wejściu do zakładu pogrzebowego (nowoczesny, „skandynawski” budynek, podobny do domku, jaki wynajęliśmy dwa miesiące wcześniej podczas festiwalu w Szczebrzeszynie) powiedziałam zdecydowanie, że „fortepian niepotrzebny”. Bo będzie harmonijkarz koncertowy, który zagra nam tak, jak niegdyś grali pogrzebowi muzykanci w delcie Missisipi.
Józio, na którego zawsze można liczyć, zaoferował, że dokona identyfikacji zapomnianego na dwa tygodnie w biurokratycznych procedurach ciała. Byłam mu wdzięczna od pierwszego słowa, że tam pójdzie o ósmej rano, ale on – jakby chciał ostatecznie mnie przekonać – dodał: „Znałem Marcina bardzo długo. Wiem, jak wyglądał”.
Józio był moim profesorem na romanistyce. Charakteryzował się bujną i zawsze rozczochraną czupryną, na temat której krążyły plotki, że ktoś jakoby podejrzał go w toalecie podczas nieudanych prób czesania. Rzecz oczywiście całkowicie niemożliwa, bo w tamtych niedemokratycznych czasach toalety dla kadry i dla studentów były osobne.
Połączyły nas dwie osoby: ludzka i psia. Józio znał się z Marcinem i zaczęliśmy się spotykać. A potem dostałam skądś malutką, przyjazną kundelkę Sapcię, której tymczasowa pani nie mogła zatrzymać, ale zaopatrzyła ją na drogę w zrobione na drutach butki (bo wtedy były zimy). Chciałam, żeby Sapcia zamieszkała z rodzicami i ze mną na Iwickiej, lecz mama była bezwzględna. Próby udobruchania ciastkami i kwiatami pogorszyły tylko sytuację; przekupstwo nie mieściło się w jej zasadniczym systemie wartości. Toteż w mroźny poranek wyruszyłyśmy z Sapcią w świat, czyli na romanistykę przy Oboźnej. Tam w bibliotece pracowała Joanna, żona Józia i mama późniejszego wybitnego tłumacza i tancerza tango, Mateusza. Nie dała się długo prosić: Sapcia powędrowała z nią do przedwojennej kamienicy przy Wilczej. Po czym rozkochała w sobie Józia na śmierć i życie.
Na Wilczej, vis-à-vis komendy, odwiedzaliśmy Joannę, Józia, Mateusza i rozpaskudzoną Sapcię. Z tym adresem wiąże się anegdota. Otóż w stanie wojennym Joanna z Józiem mieli odłączony telefon, skazani więc byli na budkę pod domem. Kiedyś Joanna strasznie długo czekała, aż pewien ubek skończy rozmowę. Kiedy wreszcie zastukała w szybę, ten obrzucił ją stekiem wyzwisk. Przybiegła do domu z płaczem i Józio ruszył ją pomścić. Bijatyka skończyła się na znanej mi komendzie, gdzie – wobec groźby aresztu – musieli się pogodzić.
Gdy po latach wspominałyśmy Sapcię, Joanna powiedziała, że gdyby Sapcia żyła wiecznie, nigdy by się z Józiem nie rozwiedli, bo żadne nie przystałoby na to rozstanie.
*
Wracając do momentów śmiesznych: Mary z Providence, upewniwszy się, że w Polsce jest Ikea, poradziła, żebym kupiła wygodny fotel i spędzała w nim jak najwięcej czasu, oglądając telewizję. „Nic tak nie koi nerwów”, zapewniła.
Najzabawniejsza sprawa dotyczy jednak Montenegro (Czarnogóry). Przez ostatnie dnie tylko ta anegdota wywołuje u mnie coś na kształt uśmiechu. Dostałam mail od również mieszkającej w Providence znajomej Francuzki, Jane. Napisała, że śmierć Marcina to straszna tragedia, którą zwiększa jeszcze konieczność mojej podróży do Montenegro po ciało. Wiem, skąd się Montenegro wzięło. Otóż powiedziałam komuś z Providence, że Marcin zaraził się covidem na festiwalu w Słowenii (choć raczej w autobusiku na Okęciu, gdzie pracownicy LOT-u przetrzymali pasażerów przez czterdzieści minut; w masce był tylko on). Moi zaoceaniczni przyjaciele popuścili wodze fantazji lub niewiedzy: Montenegro czy Słowenia – jeden czort. Czy umarł tu, czy tam, nie ma zresztą większego znaczenia. Może nawet łatwiej byłoby wydobyć go z chłodni w Montenegro niż z Zakładu Medycyny Sądowej na Oczki?
*
Ponownie na Wilczej. W windzie, która ku mojemu zdziwieniu działała, milicjant złagodniał. „Nikt nie chce tu pracować”, powiedział. To było dwa tygodnie temu. Czyli już od trzech trzyma należące do Marcina spodnie, koszulę, czerwony sweter (rozcięty pewnie podczas reanimacji), majtki, skarpetki, buty, kurtkę, szalik, czapkę, zegarek, telefon, teczkę z książką, notesem i wynikiem prześwietlenia płuc oraz portfel. Pokazał mi to wszystko przez moment, „zabezpieczone” w plastikowej torbie. Na potrzeby śledztwa.
*
Oczywiście nie jest śmieszne, że u notariuszki, gdzie idziemy z Olą K. po dokument szumnie zwany aktem poświadczenia dziedziczenia, wszystkie pracownice seplenią. Wpierw myślę, że mam omamy słuchowe, ale nie, Ola potwierdza. Może starają się być ciche i dyskretne, wsłuchane w moją żałobę, i stąd ich niewyraźna dykcja? Może znudzenie powtarzanymi co dzień formułkami każe im połykać głoski? A może to zbieg okoliczności i po prostu cierpią na wady wymowy…
*
Wciąż mam nierozpakowane kremy kupione od ukraińskiej dziewczyny, która straciła na wojnie brata. Będą na prezenty.
*
Po raz pierwszy w życiu odbyłam (telefoniczną) wizytę u psychoterapeutki. Nie miałam dużych oczekiwań – i słusznie. Ironia i dwuznaczność, których brakuje w Ameryce Mike’owi, mojemu koledze z uczelni, wstrzymują mnie w pół kroku zwierzeń. No i co mądrego może mi powiedzieć miła dwudziestoparolatka po studiach psychologicznych? Zapewnia, że przeszła niejedno, ale obie niecierpliwie czekamy na koniec pierwszej i jedynej wizyty.
*
Opisując żałobę po przyjacielu, Sigrid Nunez wyraża opinię, że straszne przeżycia mają dla pisarzy dobre strony. Zastanawia się, czy próba wyciszenia tęsknoty byłaby lepsza od rozpaczy.
Na razie te notatki są głównie terapią, ale może z czasem przekształcą się w coś innego. Myślę już nawet o tytule…
Po przegranej walce o życie męża Agata Tuszyńska chciała od razu zapisać pamięć. Spotykała się z krytyką, że bardziej wypada odezwać się dopiero po kilku latach. Mnie przyjaciółki gratulują, że mogę pisać już teraz.
*
Przestałam używać emotikonek. Dawniej były serduszka, uśmieszki, łezki, pieski, jeże i kciuki w górę. Teraz stan bez skóry, krztuszę się uproszczonymi znakami.
Staram się pamiętać, żeby liczbę mnogą zmieniać na pojedynczą. Moje mieszkanie. Mój samochód. Moje plany. Moje życie. Moje wspomnienia. Mój ból. Znajomi bardziej uduchowieni niż ja (o co nietrudno) dalej mówią o „nas”.
Ten stan po stracie męża dobrze określa Brigitte Giraud w nagrodzonej Goncourtami książce Żyć szybko:
I mówienie ja zamiast tego my, które mnie uskrzydlało. Ja, które będzie dotykać mnie do żywego, wyrażać tę niechcianą samotność, tę wynaturzoną rzeczywistość.
Opłakujący żonę Julian Barnes wspomina o dwuocznej pamięci, która stała się jednooczną.
*
Czas wrócić do początku, czyli do środy, dwa tygodnie i dwa dni temu. Wyjeżdżałam na sesję o Bellmerze, na którą nie miałam ochoty, ale – tak jak Marcin – uważałam, że pora zacząć żyć „normalnie”, poza restrykcjami covidowymi. Odwiózł mnie na Dworzec Centralny, szybko wyciągnęłam walizeczkę z bagażnika, tak jak to robiłam od kilku lat, żeby nie zdążył pomóc, bo dźwiganie (choć walizeczka nic nie ważyła) było niebezpieczne, stent mógł pęknąć. Wieczorem kilkakrotnie rozmawialiśmy. Relacjonowałam, że się nudzę, że w pokoju dla gości katowickiej ASP spadła roleta zasłaniająca całościenne okno i że obudzi mnie słońce, bo pogoda piękna. Takie głupoty, na które kiedyś człowiek pozwala sobie po raz ostatni, nie wiedząc, że to ostatni raz. Podobnie jest z ostatnim seksem z wieloletnim partnerem. Na myśl o tej rozmowie, kiedy – bardzo chory, ale nie przyznając się do tego – spokojnym głosem kwitował moje relacje, czuję motyle w brzuchu.
Nasza ostatnia krótka rozmowa miała miejsce następnego dnia i została skrupulatnie odnotowana przez milicję. O tym później.
*
Nick Cave, australijski muzyk, poeta i autor książek, dla wielu postać kultowa, opublikował razem z dziennikarzem Seánem O’Haganem zbiór rozmów, które odbyli po tragicznej śmierci syna Cave’a. W pisanych później piosenkach czuł obecność jego ducha. Wspominając ostatnią normalną chwilę, zwrócił się do żony: „A ty przy kuchennym stole siedzisz i słuchasz radia”. Zaraz potem zadzwonił telefon z hiobową wieścią. Dla mnie taki moment to szarpanina z walizeczką.
Cave jako katolik jest przekonany, że głęboki ból prowadzi do gruntownej przemiany. Myślę, że wiara nie jest do niej potrzebna, ale czuję jak on: teraz wszystko zdaje się kruche i cenne.
Najpiękniejsze zdania książki: „Nadzieja to optymizm ze zranionym sercem”; „Na tym polega przymierze życia i śmierci: straszne piękno głębokiego smutku żałoby” (to w odniesieniu do cierpienia, jakie sprawiają bliskim ci, którzy byli kochani). I stwierdzenie, że ludzie w żałobie są jak zombie, żyją w chorobie, samotności, zamęcie, poetyckiej krainie zmroku. I że smutek może się przerodzić w energię nieposłuszeństwa, wyraz buntu wobec bezdusznej obojętności świata.
Wspominając przeszłość, Cave ma wrażenie, że opowiada o kimś innym, z drugiego brzegu głębokiej przepaści. Też tak mam.
*
Ci, co zostają – przeszedłszy na drugą stronę lustra, jak bohater Krwi poety Jeana Cocteau – przepracowują w pamięci ostatnie chwile razem. Jak ja, Brigitte Giraud odtwarza banalną scenę, wspominając z detektywistyczną precyzją: „Pożegnałam się z Claude’em w poniedziałek 21 czerwca wczesnym popołudniem, tuż po wizycie u notariusza, gdzie podpisaliśmy umowę”.
*
C.S. Lewis – autor Opowieści z Narnii, główny apologeta chrześcijaństwa w anglojęzycznej literaturze, sławny dzięki radiowym felietonom wygłaszanym w trakcie nalotów na Anglię – w 1961 roku pod pseudonimem opublikował Smutek napisany po śmierci żony. Choć pod wpływem rozpaczy Bóg zaczął mu się jawić jako Kosmiczny Sadysta przeprowadzający operacje bez znieczulenia, nigdy w Jego istnienie nie wątpił. W książce przytacza ludowe wierzenie, że opłakiwanie zmarłych wyrządza im krzywdę. Marta, szefowa grupy Czarny Karzeł, powtarzała mi wczoraj, że muszę nauczyć się rozmawiać z Marcinem inaczej. Catherine była pewna, że w snach powróci, czy też – w jej języku – „objawi się”. W duchu obie wyśmiałam. Niesłusznie?
*
Jak wszyscy po stracie snuję opowieść, wspominam wydarzenia sprzed dwóch dni, potem sprzed tygodnia. Jak Szeherezadzie opowieść pomaga mi przeżyć.
*
Czemu służy pogrzeb? Przygotowuje zmarłego do drogi, a żyjących do jego lub jej nieobecności? Po nim ma być lepiej tym, co zostali? Małgosia O. zapewniała mnie, że pogrzeb to ważna rzecz.
Odbył się wczoraj. Bardzo wypadł pięknie. Kilka osób powiedziało mi, że chciałoby taki mieć (ale na to trzeba być Marcinem!). Na dworze dwanaście stopni, a w świeckim Domu Przedpogrzebowym na Powązkach Wojskowych ziąb. Kościół ma więcej forsy na ogrzewanie. Zgodziłam się na pierwszą możliwą datę, bo wtedy mógł zagrać bluesowy harmonijkarz. No i zagrał tak, jakby przez lata chodzili z Marcinem na koncerty. Przyszło mnóstwo osób, szczęśliwie niewiele przyniosło kwiaty. Posłuchali mojej prośby i wpłacili pieniądze na zwierzęta w Ukrainie. Ktoś więc przynajmniej na tej tragedii skorzysta. Może to właśnie zagubione w wojnie psy i koty ślą mi co jakiś czas ułamki sekund szczęścia? Chyba że robią to kosmiczne fale – albo jeszcze coś innego – najęte przez Marcina.
Cave czuł podobnie. „Doznawałem takich fal szczęścia, jakich wcześniej nie znałem, a przecież doświadczenie, jakie je spowodowało, było rujnujące”.
*
Marcin pisał limeryki jeszcze w poczekalni u pneumologa, na chwilę przed śmiercią. Na pogrzebie Józio mocnym głosem wyćwiczonym przez pół wieku wykładów odczytał kilka. Ania W. przeczytała moje opowiadania o tym, jak roztargniony i zabawny bywał nieboszczyk.
Żałobnicy chichotali. Cieszyłam się.
*
Wedle belgijskiej filozofki i antropolożki nauki Vinciane Despret uroczystości żałobne „poszerzają istnienia” zmarłych, którzy za sprawą opowieści stają się bardziej skomplikowani, wielowymiarowi – a zatem realni.
W drodze z Domu Przedpogrzebowego Dorota, historyczka sztuki, bliska znajoma Marcina, powiedziała, że przewaga liczebna kobiet wspominających Marcina nad mężczyznami wiele o nim mówi. Bo na pożegnaniach facetów przemawiają faceci. A tu sześć kobiet na dwóch uczniów. Przygotowując scenariusz, nie liczyłam przedstawicieli różnych płci, ale wyszło dobrze. Hania M. – krytyczka feministyczna – opowiadała, jak to lata temu Marcin namawiał ją, by zajęła się animacją kobiecą. Pomyślała: co to za pomysł? A teraz proszę! Napisała na ten temat ważną książkę.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Bez skóry. Jak rozmawiać z ludźmi w żałobie
Podziękowania
Książki, które pomogły przeżyć
Filmy, które pomogły przeżyć
Pozostałe książki, na które się powołuję
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
