Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Trzy kobiety, Berlin i przyjaźń, która przenosi góry.
W sercu współczesnego Berlina, miasta zbudowanego na podziałach i pojednaniu, splatają się losy kobiet, które przybyły tu z różnych stron świata, niosąc własne historie, lęki i marzenia. Anna z Polski, Melek z Turcji i Nasira z Syrii – tak różne, a jednak połączone czymś głębszym niż pochodzenie czy język.
Ich przyjaźń rodzi się w codzienności emigracyjnego życia, w tęsknocie za domem i w potrzebie bycia zrozumianą. Wspólnie uczą się odnajdywać siebie na nowo, mierząc się z uprzedzeniami, własnymi wyborami i uczuciami, które potrafią zarówno uskrzydlać, jak i komplikować wszystko wokół.
To opowieść o kobiecej sile, solidarności i odwadze zaczynania od nowa – niezależnie od miejsca. Bo choć historia prowadzi także do Częstochowy, to właśnie Berlin, ze swoimi różowymi alejami kwitnących wiśni, staje się symbolem nadziei, przemiany i drugiej szansy.
To poruszająca historia o tym, że nawet w najbardziej obcym mieście można znaleźć coś, co przypomina dom – drugiego człowieka.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 159
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Agnieszka oknińska
Berlin.
obce, swoje, niczyje
Copyright © Agnieszka Oknińska
Copyright © Ostre Pióro
Wydanie I
Szczecin 2026
ISBN (druk): 978-83-68498-51-6
ISBN (e-book): 978-83-68498-52-3
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wydawca zezwala na udostępnianie okładki książki w internecie.
Projekt okładki i stron tytułowych
Katarzyna Seredin-Kolarczyk | www.kaes-seredin.pl
Zdjęcie na okładce, ilustracje
Magnific (Freepik)
Redakcja
Ewa Hoffmann-Skibińska, Redaktor Ewa
Korekta
Agata Torba
Natalia Szoppa
Projekt typograficzny, skład i łamanie
Katarzyna Seredin-Kolarczyk | www.kaes-seredin.pl
Wydawnictwo Ostre Pióro
www.ostre-pioro.pl
Rozdział 1
Getta
Wieża telewizyjna przy Alexanderplatz kusi z wysoka kolorowymi światłami, obiecując dotykanie chmur.
Berlin to miasto milionów anonimowych ludzi. Są tacy, którzy chcą przetrwać za wszelką cenę i tacy, którzy delektują się smakowaniem chwil. Byłam jak mrówka – ściśnięta i niesiona tempem tłumu. Marzyłam, żeby znaleźć w sobie odwagę, wjechać na górę wieży, spojrzeć w dół i krzyknąć z głębi piersi: Fuck!!!
Nasze dzieci chodziły do jednej szkoły. Nie pamiętam, kto do kogo zagadał. Nie wiem, jak to się stało, że stałyśmy we trzy i nie mogłyśmy nasycić się rozmową.
Tego dnia odbywała się akademia na zakończenie roku szkolnego. Znałyśmy się z widzenia. Popołudniem odnalazłyśmy się, czując, że tak miało być. Do domów wracałyśmy razem.
Melek, Nasira i Anna. Nasira pochodziła z Tartus, Melek z Antalyi, a ja z Częstochowy.
Czasami, w ciepłe dni, wychodziłyśmy z dziećmi do parku. Leżałyśmy, patrząc w niebo, na wolno przesuwające się obłoki. Każda wybierała jeden, który zaniósłby ją do domu. Myślałam o tym, żeby położyć się na tym puchatym, chłodnym dywanie, patrzeć w czyste niebo i marzyć. A oczy otworzyć dopiero w Częstochowie, przy ławce Poświatowskiej.
Trzy kobiety, które w Berlinie odnalazły przyjaźń.
Melek to Turczynka. Miała kruczoczarne loki, które wysuwały się z upiętego koka i okalały jej twarz. Jasna karnacja uwydatniała ciemne, olbrzymie oczy. Wysoka i bardzo szczupła. Kiedy miała problemy, nieznacznie się garbiła. Wyglądało to tak, jakby dźwigała je na plecach.
Jej rodzina pochodziła z Antalyi. Zawsze powtarzała, że tam jest jej dom. Znała bardzo dobrze niemiecki. W zdenerwowaniu albo w chwili bezradności wplatała tureckie zwroty.
Allah, bana guc ver. To pierwsze zdanie, którego nauczyłam się po turecku: Allahu, daj mi siłę.
Nie nosiła chustki na głowie, nie zakrywała ubiorem całego ciała. Miała dwoje dzieci: syna i córkę. Wychowywała je sama. Ojcem starszego dziecka, syna, był Turek. Myślała, że związek z nim da jej spokój i poczucie bezpieczeństwa. Myliła się.
– Nie widziałam go całe dnie – zaczęła któregoś wieczoru przy lampce wina. – Obudził mnie pewnej nocy…
– Po co? – wyrwało mi się.
– Przyniósł ze sobą paczkę. Wręczył mi ją, mówiąc, żebym się przebrała. Znalazłam tam pończochy, skąpy biustonosz oraz skórzaną obrożę. Założyłam to, czułam się podekscytowana. Chwycił za obrożę i zmusił do klęczenia. Kazał powtarzać, że jestem jego suką. Nawet mi się to podobało. W przerwach nie szczędził mi czułości. Aż go nie poznawałam. Nie pasowało to do niego. Potem przynosił inne zabawki i tego już było dla mnie za dużo. – Skrzywiła się z niesmakiem.
Ojciec młodszego dziecka, córki, to Niemiec. Rozstania i powroty stanowiły nieodłączny element ich związku. Miał na imię Moriz. Każdy miał myśleć i postępować tak, jak on chciał. Musztrował Melek, a kiedy go nie słuchała, odchodził. Córka tęskniła, a kobieta czuła się winna. Przepraszała Moriza i wracał, panosząc się znów w życiu całej rodziny. Mimo tego postanowiła wyjść za niego za mąż. Chciała pokazać swojej matce, że potrafi zbudować coś trwałego.
Nadzieja przeżycia bajkowego dnia rozpromieniała ją. Wybrała mnie na świadkową. Przygotowałyśmy dla niej i dla mnie po pięć sukienek. Inną na zaręczyny, wieczór panieński, urząd stanu, ślub i przyjęcie weselne. Każdą z tych okazji rządziły inne reguły, inne kolory, inna długość. Melek się uśmiechała.
Tego dnia zastałam ją w kuchni. Bez cienia uśmiechu na twarzy drżącymi rękoma zwijała liście winogron.
– Mam dość – powiedziała, kiedy weszłam. – On krzyczy na mnie, że wyrzucam pieniądze. Że po co mi turecki ślub?
– Powiedz, że to tradycja – odparłam.
– Powiedziałam. Stwierdził, że przez moje zachcianki skończymy na ulicy.
Kiedy stres uciskał krtań, Melek zabierała się za zawijanie nadziewanych liści winogron1. Na co dzień na przygotowanie tej potrawy nie miała czasu. Robiła ją tylko wtedy, kiedy miotały nią lęk, gniew albo radosne podniecenie. Przypominały wyglądem polskie, miniaturowe gołąbki. Kwaśno-słodkie liście wypełniała nadzieniem z ryżu połączonego z mięsem, warzywami albo rodzynkami. Uwielbiałam tę potrawę.
Melek dzwoniła do mnie coraz częściej. Biegłam do niej, żeby pomóc jej wyjść z kolejnego ataku paniki. Hiperwentylacja odbierała kobiecie siłę w nogach. Czołgała się, żeby móc położyć się na łóżku, mamrocząc przyduszonym głosem, że umiera. Trzymałam ją za ręce i kazałam patrzeć sobie w oczy. Widziałam bladość i przerażenie. Powtarzałam spokojnie, że nic jej nie grozi; że to tylko panika. W końcu oddech się uspokajał, a twarz nabierała kolorów.
Spytałam, dlaczego pozwala Morizowi na takie zachowanie.
– Anno, chcę, żeby moje dzieci miały dobrze – przyznała cicho. – Żeby już nie słyszeć, jak moja matka mówi, że żałuje, że się urodziłam – westchnęła.
Nie odpowiedziałam.
Któregoś razu stałam pod prysznicem, kiedy zadzwonił telefon. Nie odebrałam. Zadzwonił ponownie.
Syn Melek płakał do słuchawki.
– Ciociu, przyjdź. – Udało mi się zrozumieć. – Mama wszystko tłucze.
Pobiegłam najszybciej, jak się dało.
Wpadłyśmy do mieszkania razem z Nasirą. Do niej też dzwonił. Podłogę pokrywała warstwa skorup z potłuczonych waz i talerzy.
Na nasz widok Melek się rozpłakała.
– Powiedział, że zabierze mi dzieci – szlochała. – Zadzwoni do Jugendamtu i powie, że jestem nienormalna. Uwierzą mu. On jest Niemcem
– Nic nie zrobi. On tylko dużo gada – odparła Nasira bez przekonania.
– Rzuciłam w niego wazą. Na szczęście nie trafiłam. Uciekł. Ale czułam taki gniew, że musiałam coś zrobić.
Nasira zabrała się za sprzątanie kuchni, a ja zaprowadziłam Melek do dużego pokoju. Wyciągnęła z szuflady chustę i dywanik. Zakryła nią włosy i mamrotała, uderzając głową oraz rękoma o podłogę.
Nie była praktykująca, ale w chwilach bezradności prosiła Allaha o pomoc. Kiedy skończyła, przyniosła z kuchni liście laurowe i zapaliła je w małej miseczce. Chodziła po mieszkaniu, wypełniając je duszącym dymem, który miał wypłoszyć złe energie.
Zaparzyła herbatę i postawiła na stole ciastka pachnące dziką różą. Usiadłyśmy, a ona spytała:
– Czy któraś z was trafiła kiedyś do więzienia?
Zakrztusiłam się ciastkiem. Zaprzeczyłam ruchem głowy. Nasira opuściła oczy.
– Ja tak. Przez moją matkę – wydusiła z żalem Melek.
Melek zakochała się w Kurdzie. Miał na imię Dżamal. To nie spodobało się jej mamie. Matka Dżamala też się sprzeciwiała. U Kurdów o wszystkim decyduje matka. Kobieta, która jej się nie spodoba, nie ma szans na wejście do rodziny. Szczególnie, jeśli jest Turczynką. Melek i Dżamal spotykali się po kryjomu. Był jej pierwszym mężczyzną. Zapachem zdjął z niej wstyd, szorstkim dotykiem dodał odwagi. Wypełnił sobą, ofiarując rozkosz, której się nie spodziewała. Oddała mu swoje dziewictwo i miłość. Mówił, że ją kocha. Z coraz większym trudem ukrywali swój związek w tajemnicy.
Dżamal wpadł na „genialny” pomysł. Miał dalekiego kuzyna, któremu groziło wysiedlenie z Niemiec. Gdyby jednak ożenił się z Niemką – a Melek miała obywatelstwo niemieckie, bo tutaj się urodziła – to mógłby zostać. Melek zamieszkałaby z nim i mogła spotykać się z Dżamalem. Kuzyn miał na imię Samir.
Miała niespełna dwadzieścia lat i była nieprzytomnie zakochana. Marzyła o wyrwaniu się spod matczynej kontroli. Zgodziła się bez zastanowienia.
– Moja mama czuła, że coś jest nie tak. Nie przejmowałam się. Mogłam spotykać się z Dżamalem. Po trzech latach mieliśmy się z Samirem rozwieść. Nie miałby już więcej problemów z pobytem. Dżamal powiedział, że wtedy się pobierzemy, czy nasze matki tego chcą, czy nie – zamilkła.
W świetle lampy widziałam, że powstrzymuje się od płaczu.
– Mów – nalegałam. – Dlaczego trafiłaś do więzienia?
– Samir się we mnie zakochał – odparła cicho.
Próbował ją delikatnie dotykać. Odczytała w tym dotyku czułość liścia, który nieostrożnie zawieruszył się na skórze. Powiedziała stanowczo, żeby przestał. Mocno go to zabolało. Mijali się w mieszkaniu bez słowa. Potem zraniony i odrzucony Samir postanowił dociekać praw, które formalnie miał. Melek nie dała się mu zaciągnąć do łóżka, zadzwoniła po Dżamala.
– Był zły. Uspokoił Samira – ciągnęła cicho. – Potem wziął mnie na bok i powiedział, żebym się zdecydowała, co robię, bo przecież wyszłam za Samira. Odparłam, że zrobiłam to dla niego. Zaśmiał się i dodał, że jestem głupia. Więcej go nie widziałam.
– To gnój. Wykorzystał cię! – krzyknęłam.
– Czułam się jak śmieć. Chciałam się rozwieść. Potem przyszedł do nas kuzyn Samira. Próbował mnie przekonać, ale nie ustąpiłam. Wyciągnął zza pazuchy pistolet, przyłożył mi do głowy i wycedził, że u nich nie ma rozwodów. Przerażony Samir zerwał się z kanapy, wołając, aby kuzyn tego nie robił, bo on mnie kocha! Powiedział to tak prawdziwie, z takim lękiem, że aż łzy stanęły mi w oczach. Wiedziałam, że to prawda.
Kuzyn schował pistolet i poradził Samirowi załatwienie tego samodzielnie. Kilka dni później pojawiła się w ich domu policja. Matka Melek złożyła doniesienie o popełnieniu przestępstwa, czyli o zawarciu fikcyjnego małżeństwa.
Melek spędziła kilka dni w areszcie. Nie zobaczyła już więcej Samira. Wyprowadził się z ich wspólnego mieszkania. Do końca małżeństwa regulował opłaty. Po trzech latach się rozwiedli.
– Ludzie mówili, że znów się ożenił i ma dwoje dzieci.
Melek zamilkła, a ja siedziałam oniemiała. Nie mogłam wydusić z siebie słowa. Miała oczy pełne łez. Patrząc z rozmarzeniem w dal, dodała cicho:
– Allah mówi, że jeśli skrzywdzisz prawdziwą miłość, to ta krzywda wróci do ciebie. Nigdy nie będziesz szczęśliwa.
Potem, jakby przywołana opowieścią, zadzwoniła matka Melek. Rozmowa nie trwała długo, ale jeszcze bardziej wyprowadziła ją z równowagi. Moja przyjaciółka rozłączyła się i zamilkła.
– Będę musiała zapisać Kerema do weekendowej szkoły tureckiej – powiedziała cicho.
Kerem to jej młodszy syn.
Melek nie przestrzegała ramadanu. Uważała, że to niezdrowe w biegu codzienności nie jeść i nie pić aż do zachodu słońca.
Moriz już dzwonił do jej matki. Odwołał ślub i powiedział, że Melek jest niezrównoważona i zrobi wszystko, żeby odebrać jej syna.
Czuła, że musi udobruchać rodzicielkę, bo jeśli ta stanie po stronie Moriza, to na pewno odbiorą jej Kerema.
Nie odezwałam się. Wiedziałam, że jedynym ratunkiem jest powiedzenie „nie”, bez względu na to, co się stanie. Ale Melek nie była jeszcze na to gotowa.
Nasira przytuliła ją. Przekonywała, że w przypadku tonięcia statku nie ma wyboru, trzeba go ratować. Tym bardziej gdy są na nim dzieci.
Nasira zawsze próbowała zachowywać równowagę, gdy w naszych życiach dochodziło do turbulencji.
Miała troje dzieci. Dwaj starsi synowie już studiowali. Córka, razem z naszymi dziewczynkami – moją i Melek – chodziła do tej samej klasy.
Nie wyglądała na Arabkę. Długie, brązowe włosy spływały lekką falą i siadały miękko na ramionach. Cerę miała jasną. Ciemne oczy patrzyły z głęboką tęsknotą donikąd.
Nasira pilnowała obowiązków innych i ze stanowczym spokojem wypełniała swoje. Kiedy przebywała z nami, pozwalała sobie na zmęczenie. Przypadkiem dowiedziałam się, że bierze leki. Nie zamknęła drzwi do łazienki. Kiedy weszłam, połykała antydepresanty.
– Jeszcze nie działają. Czasami nie mam sił wejść w nowy dzień. Tak, jakby słońce gasło. Nie mów na razie Melek – prosiła cicho. – Ona i tak ma dużo problemów.
– Co się stało? – spytałam szeptem, żeby nikt nie usłyszał.
– Moi synowie żyją własnym życiem. Randa za chwilę będzie dorosła. W domu już jest pusto. I ta cisza… Przy moim mężu czuję się przezroczysta. Tak, jakbym nie istniała.
Nasira pochodziła z Syrii. Rodzice przenieśli się do Niemiec, kiedy była małą dziewczynką. Zadbali o jej wykształcenie. Po śmierci taty mama przeprowadziła się do Turcji.
Męża wybrał jej ojciec. Kiedy zobaczyła, że Omar jest odpowiedzialny i dobry dla dzieci, pokochała go. Łączyło ich poczucie dobrego spełnienia obowiązku. Małżeństwo stanowiło kontrakt, gdzie każda ze stron wypełniała zawarte w nim punkty.
Opowiedziała nam o swojej pierwszej miłości.
Ahmeda poznała krótko przed ukończeniem gimnazjum. Przygotowywała się do matury. Całe dnie spędzała w szkole, a w przerwach przesiadywała z koleżankami w pubie należącym do jego ojca. Ahmed stale tam bywał i patrzył na nią. Czuła to. Minęło dużo czasu, zanim ona też spojrzała. Tak ją nauczono. Kiedy zerknęła, stało się coś, co usunęło jej ziemię spod nóg. Wydało jej się, że pływa w jego ciemnobrązowych oczach. Czuła pachnącą słońcem skórę. Jej nabrzmiałe wargi marzyły o wilgoci jego ust. Później, jak się nad tym zastanawiała, uznała, że coś dodano do sziszy, którą tego dnia paliła pierwszy raz w życiu.
Spotykali się w zadymionym sziszą pubie codziennie.
Potem on wyjechał do Syrii, a ona zrobiła maturę.
Wrócił i dał jej prezent. Jedwabny, złocisty szal. Mienił się kolorami letniego słońca. Od delikatnej żółci wschodu, przez ostry pomarańcz południa, aż po purpurową czerwień zachodu. Miała go do dziś.
Założyła go kiedyś, żeby nam pokazać. Wtedy zobaczyłam zupełnie inną Nasirę. Jej oczy wypełnione tęsknotą i ona taka… krucha.
– Dlaczego wciąż trzymasz ten szal? – dociekałam.
– Na pamiątkę pierwszego prezentu, który dostałam od mężczyzny – odpowiedziała po chwili. Potem zniknęła w szafie, żeby schować szal. Dałabym głowę, że widziałam, jak ociera łzy.
Kiedyś Ahmed zaprosił ją do swojego domu.
Innych domowników nie było, a mieszkanie pachniało drzewem sandałowym. Dotykał ją, a ciało bezwstydnie się poddawało. Pokazał jej, co to znaczy być kobietą. Poczuła, czym jest rozedrganie, zespolenie i bezkres męskiej rozkoszy. Tak, jakby ją naznaczył. Odtąd każdy moment wypełniało drżące czekanie na niego.
Spytał, czy chciałaby w czasie wakacji zarobić trochę pieniędzy. Jego ojciec poszukiwał pracownika do jednego z lokali. Rodzice Nasiry wahali się z podjęciem decyzji. Mówiono, że ojciec Ahmeda robi interesy z mafią. Zgodzili się, kiedy obiecała, że będzie ostrożna.
Podjęła pracę w ekskluzywnym lokalu w Charlottenburgu. Płacono jej każdego wieczoru. Pieniądze dostawała do ręki. Przez tydzień zarobiła tyle, ile jej ojciec przez miesiąc. Nudziła się w pracy, bo do lokalu prawie nikt nie zaglądał.
Ahmed czasami wpadał, zamykał na chwilę restaurację i brał ją w łazience, coraz brutalniej. Powtarzał, że przecież jest jego kobietą.
Któregoś wieczoru zamknęła lokal i ruszyła w stronę stacji kolejki podziemnej. Nagle zatrzymało ją dwóch mężczyzn. Pokazali legitymacje policyjne, a następnie kazali iść ze sobą. Zabrali ją na komisariat.
Tam położyli przed nią zdjęcia różnych osób. Pytali, czy je widziała i co wie o handlu narkotykami. Nie miała pojęcia, o czym mówią. Restauracja okazała się pralnią pieniędzy. Nie wiedziała o tym. Krzyczeli na nią, że kłamie. Nigdy w życiu się tak nie bała. Noc Nasira spędziła w policyjnym areszcie.
Rano odebrali ją rodzice. Mówili, że policja zorganizowała naloty we wszystkich lokalach ojca Ahmeda. Podobno go aresztowali, a Ahmed uciekł do Syrii.
Kilka dniu później, kiedy przebywała sama w mieszkaniu, zadzwonił dzwonek. Otworzyła i zobaczyła dwóch dryblasów, którzy odsunęli ją na bok. Weszli do środka i zamknęli drzwi. Jednego z nich znała. Widziała go kilka razy z Ahmedem. Przyparł ją do ściany i zaciskając dłoń na krtani, żądał, by wyjawiła, co wygadała na policji. Przysięgała, że nic. Dusiła się; czuła, że za chwilę zemdleje. Czarne płatki wirowały jej przed oczami, a przez głowę przelatywały sceny z całego życia. Nasira myślała, że to już jej koniec. Wtedy ten drugi krzyknął: „Dość”. Kazali jej zapomnieć o wszystkim, co widziała i o Ahmedzie. Bo jeśli nie, to znajdą ją i zakończą sprawę. Ogarnęło ją przerażenie.
Matka, kiedy się dowiedziała o zbliżeniu Nasiry z Ahmedem, zaprowadziła córkę do lekarki. Chciała sprawdzić, czy jest dziewicą. Była.
– A co, gdybyś nie była? – dociekałam.
– Gdybym nie miała błony dziewiczej, lekarka by ją zrekonstruowała. Ale my, Arabki, pilnujemy, żeby ją zachować do ślubu. – Uśmiechnęła się. – Co nie znaczy, że jesteśmy święte.
Moja matka także powtarzała mi, że dziewictwo to mój największy skarb. Nie mogłam się doczekać, by sprawdzić, jak smakuje zakazany owoc, więc bardzo szybko wyszłam za mąż.
Tomek podkochiwał się we mnie od początku liceum. Pobraliśmy się po maturze. Ufałam mu i chciałam poczuć, co to znaczy być kobietą. Mieszkaliśmy już razem, kiedy zaczęłam pielęgniarskie studium policealne.
Drażniły go moje późniejsze powroty do domu. Także to, że nie znał moich znajomych, a ja wracam uśmiechnięta. I że czasami się kłócimy. Kiedy zaczęłam praktyki w szpitalu, napięcie urosło do granic. Bał się, że poznam jakiegoś lekarza i odejdę.
Chciałam w życiu czegoś więcej. Nie tylko męża, domu i rodziny.
Szukał pomocy u mojej mamy. Dzwoniła do mnie, mówiąc, że szkoła mi niepotrzebna. Tomek dobrze zarabia. Powinnam skupić się na rodzinie. Ona w każdą niedzielę modli się o wnuczki. Kochałam mamę, ale jej dewizy życiowe nie trafiały do mnie. Nie chciałam żyć tak, jak ona. Biegać do kościoła, poświęcać się. Odmawiać sobie, żeby dać księdzu w kopertę więcej niż sąsiadki. A potem je obgadywać.
Zaszłam w ciążę. Dziś myślę, że mój mąż zapłodnił mnie z premedytacją. Nie brałam tabletek. Źle na mnie wpływały. Ustaliliśmy, że skończę studium i postaramy się o dzieci. Obiecał uważać. Ufałam mu.
Bardzo źle znosiłam ciążę. Musiałam przerwać szkołę.
Tomek uznał, że powinniśmy jechać do Niemiec, do jego rodziny. Tam więcej się zarabia. Zbierzemy trochę pieniędzy i wrócimy.
Wyjechałam bez znajomości języka, całkowicie zdana na niego. Moja mama modliła się, żeby nam się powiodło. W ten sposób znalazłam się w Berlinie. Minęło już kilkanaście lat.
Tomek miał jasny plan. On pracuje i zarabia, a ja zajmuję się domem i dzieckiem. Chciałam się uczyć języka, ale powiedział, że nie mamy na to pieniędzy. Dusiłam się. Kiedy Kasia poszła do szkoły, miałam więcej czasu. Dowiedziałam się, że urząd emigracyjny pokrywa koszty szkoły językowej. Podjęłam naukę.
Wściekł się, ale się uparłam.
Nagle zaczął żądać bliskości. Wystraszyłam się ponownego zajścia w ciążę. Po kryjomu brałam pigułki. Zaszłam w ciążę, zanim zaczęły działać. Przerwałam naukę, urodziła się Zuzia. Kiedy Zuza poszła do żłobka, ja skończyłam szkołę i znalazłam pracę.
Krzyczał, że nie taki mieliśmy plan. Odpowiedziałam, że zbieramy pieniądze na powrót do Polski. Szybciej osiągniemy cel, jeśli oboje będziemy pracowali. Czułam, że on nie chce wracać. Liczył na to, że tu będzie mnie miał pod kontrolą. Próbował mną manipulować, mówiąc o wartości rodziny, o moich obowiązkach matki i żony.
Nie znosił, kiedy przychodziły do mnie Melek i Nasira. Zachwycały się zrazami wołowymi i zapachem pieczonego sernika. Patrzył na moje przyjaciółki, próbując ukryć niechęć. Wymieniał kilka zdawkowych zdań i zostawiał nas same. Nasira często powtarzała, że czuje, jakby mój mąż dusił się własnym lękiem. Melek chciała od razu palić liść laurowy, żeby oczyścić energię. Po ich każdej wizycie Tomek pytał z przekąsem, czy nie mogę znaleźć normalnych przyjaciółek.
– Co masz na myśli? – sondowałam go.
– Jakichś katoliczek. – Wzdrygnął się z obrzydzeniem. – Te to są barbarzyńskie narody.
Do Polski jeździliśmy na święta i urlop. Babcia wmawiała Kasi, że zapewne czuje się samotna, bo mama, czyli ja, spędza czas poza domem. Mnie zarzucała, że szargam wartości chrześcijańskie.
Gdy wracaliśmy do siebie, Tomek karał mnie ciszą. Ulgę znajdowałam tylko w pracy, co prawda monotonnej i nie najlepiej opłacanej, ale mogłam w niej oddychać. W fabryce czekoladek poznałam Rafała. Zapraszał na kawę.
– Jestem mężatką – oznajmiłam mu spokojnie.
– Czy mężatki nie mogą pić kawy? – Uśmiechnął się.
Sama zadałam sobie pytanie: czy mężatki w ogóle coś mogą? Zgodziłam się. Opowiedziałam mu o mamie. Potem o moim mężu i niechętnych powrotach do domu. W dniu urodzin dostałam od niego kwiaty. Tomek o nich zapomniał. Rafał wręczył mi bukiecik konwalii. Dziękując za prezent, powąchałam je. Smakowały wiatrem. Ten wiatr rozsunął więzienne kraty. Pokazał, że za nimi znajduje się nieznana przestrzeń. Wilgotne wargi Rafała przypomniały mi, że jestem kobietą. Taką, której ktoś pożąda i chce smakować.
Po powrocie do domu poczułam do męża niechęć. Zobaczył w moich rękach bukiet i przypomniał sobie o urodzinach. Upił mnie szampanem. Potem kochał się ze mną tak brutalnie, jak jeszcze nigdy.
Następnej nocy spałam na kanapie w dużym pokoju. Nie mogłam znieść jego fizyczności. Wytrzymał kilka tygodni. Zrobił karczemną awanturę. Zarzucił mi, że zachowuję się nie po chrześcijańsku, a zaspakajanie jego potrzeb to mój obowiązek. Pytałam samą siebie: z kim jestem? Poskarżył się swojej teściowej.
Kiedy pojechaliśmy na święta do Polski, okazało się, że mama zamówiła mszę w mojej intencji. Zaczęłam się bać.
Któregoś wieczoru wkładałam klucz do zamka w drzwiach, kiedy jakieś silne ramię zacisnęło się na mojej szyi. Cuchnący piwem, męski głos wyszeptał, że to tylko ostrzeżenie i należę do mojego męża. Obmacał mnie, po czym zwolnił ucisk i zniknął. Na drżących nogach weszłam do domu. Spojrzałam na Tomka i zobaczyłam, że nie muszę opowiadać, co mnie spotkało, bo on o tym wiedział.
Poczułam obrzydzenie. Kasia nocowała u przyjaciółki. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, zabrałam Zuzię i pojechałam do Nasiry.
***
Nasira poznała Eymena. Poleciała do Turcji sama. Chciała spotkać się z matką. Ta namówiła ją, żeby poszła do fryzjera i radykalnie zmieniła fryzurę. Wybrała dla niej salon, który należał do Eymena. Szef osobiście zajął się jej metamorfozą. Rozjaśnił włosy i skrócił. Wydobył z niej świeżość i dziewczęcość.
Mył jej głowę, dotykał włosów. Opuszki palców rozgrzewały jej skórę. Ciało wypełniła pieszczota. Nasira miała zamknięte oczy, w duchu prosiła, żeby zabieg trwał jak najdłużej. Spędziła w salonie pół dnia. Wyszła, kiedy już zmierzchało. Poszli na kawę. Potem pili szampana. Adoracja i zachwyt sprawiły, że Nasira poczuła się lekka. Dała mu numer telefonu.
Zadzwonił następnego dnia, żeby spytać, czy są potrzebne poprawki.
Matka patrzyła na nią wzruszona i mówiła:
– Dziecko, tak dawno nie widziałam cię szczęśliwej. Droga wyłożona kamieniami też się kiedyś kończy.
Budził ją codziennie pytaniem, jak się czuje. Prosił o zdjęcia. Spędzali ze sobą każdą wolną chwilę. Zapomniała, że ma męża.
W samolocie do Berlina poczucie obowiązku narzuciło jej na ramiona ciężki płaszcz. Do sali przylotów weszła na chwiejących się nogach. Zobaczyła męża. Poczuła bolący ucisk w piersiach. Nie mogła złapać oddechu. Najchętniej zawróciłaby natychmiast, ale nie mogła. Tu miała córeczkę.
Życie szybko wciągnęło ją w swój wir, ale nic nie wyglądało i nie smakowało już tak, jak przedtem. Eymen codziennie rano prosił o zdjęcie. Omar, jej mąż, czuł, że coś się zmieniło. Nie miał odwagi zapytać o nic, tylko chodził za nią jak zbity pies. Alkohol dodawał mu odwagi. Nocami pijany domagał się wypełniania przez nią obowiązków w sypialni. Nasira ulegała, próbując nie myśleć. Nie złościła się. Było jej żal męża, a żal jest gorszy niż gniew.
Eymen pisał i dzwonił kilka razy dziennie. Pieścił każdym słowem i budził niewyobrażalną tęsknotę.
Przeniosła się z małżeńskiej sypialni na kanapę w salonie. Mąż chodził za nią krok w krok, mówiąc, że nie może zaprzepaścić tego, co razem zbudowali, ani zapomnieć tego, przez co przeszli, bo małżeństwo to przecież kontrakt na całe życie.
Nasira rzucała się na podłogę, prosząc Allaha o pomoc. Powtarzała wciąż athiq bik ya rabi, co znaczyło „ufam Tobie, Panie”.
Ja też to powtarzałam, myśląc o niej. A może o nas wszystkich? O trzech kobietach na ślepo próbujących odnaleźć siebie.
***
Dom Nasiry wypełniał zapach kadzidełek, kuminu i wody różanej, którą dodawano do arabskich wypieków. Jej halloumi było dużo lepsze niż te, które jadłam w arabskich restauracjach.
Przytuliła mnie mocno. Trwałybyśmy w milczącym uścisku, gdyby nie zadzwonił telefon. Dzwoniła Melek. Pytała, czy może wpaść.
Gdy tylko ją zobaczyłyśmy, od razu wiedziałyśmy, że się zakochała.
W olbrzymich, brązowych oczach tańczyły promienie, malując karmelowe plamy. W ręku trzymała półmisek pełen nadziewanych liści winogron.
***
Leżałyśmy nad Hawelą, patrząc na przepływające motorówki.
Jestem niebieskooką blondynką. Słowiańska uroda kazała mi chować się w cieniu, ale było mi wszystko jedno. Nasira kazała wyprowadzić się Omarowi. Planowała urlop w Turcji.
Melek czekała niecierpliwie na telefon od Bakiego. Sama nie mogła się odezwać, bo tureccy mężczyźni tego nie lubią.
Ja złożyłam pozew o rozwód.
Wiał lekki wiatr. Zapragnęłam przytulić się do chłodnego obłoku. Dać mu się unieść, ciekawie czekając, dokąd mnie poniesie.
Przypomniały mi się słowa polskiej piosenki:
Znam ludzi z kamienia, co będą wiecznie trwać
Znam ludzi z papieru, co rzucają się na wiatr…2
1 Tureckie nadziewane liście winogron to yaprak sarma (lub po prostu sarma), czyli małe, ciasno zwijane wałeczki z liści winorośli wypełnione ryżem, cebulą, oliwą z oliwek i ziołami (często koperkiem, miętą). W wersji mięsnej (z jagnięciną) nazywane są często dolmą. Serwowane jako przystawka (meze) na zimno, z cytryną i jogurtem.
2 Maryla Rodowicz, Łatwopalni, z albumu Tribute to Agnieszka Osiecka. Łatwopalni, PolyGram Polska 1997.
Spis treści
Rozdział 1
Getta
Zajrzyj do naszego sklepu: www.ostre-pioro.pl
