Berlin. Obce, swoje, niczyje - Agnieszka Oknińska - ebook
NOWOŚĆ

Berlin. Obce, swoje, niczyje ebook

Agnieszka Oknińska

0,0

Opis

Trzy kobiety, Berlin i przyjaźń, która przenosi góry.

W sercu współczesnego Berlina, miasta zbudowanego na podziałach i pojednaniu, splatają się losy kobiet, które przybyły tu z różnych stron świata, niosąc własne historie, lęki i marzenia. Anna z Polski, Melek z Turcji i Nasira z Syrii – tak różne, a jednak połączone czymś głębszym niż pochodzenie czy język.

Ich przyjaźń rodzi się w codzienności emigracyjnego życia, w tęsknocie za domem i w potrzebie bycia zrozumianą. Wspólnie uczą się odnajdywać siebie na nowo, mierząc się z uprzedzeniami, własnymi wyborami i uczuciami, które potrafią zarówno uskrzydlać, jak i komplikować wszystko wokół.

To opowieść o kobiecej sile, solidarności i odwadze zaczynania od nowa – niezależnie od miejsca. Bo choć historia prowadzi także do Częstochowy, to właśnie Berlin, ze swoimi różowymi alejami kwitnących wiśni, staje się symbolem nadziei, przemiany i drugiej szansy.

To poruszająca historia o tym, że nawet w najbardziej obcym mieście można znaleźć coś, co przypomina dom – drugiego człowieka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 159

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



Agniesz­ka okniń­ska

Ber­lin.

ob­ce, swo­je, ni­czy­je

Co­py­ri­ght © Agniesz­ka Okniń­ska

Co­py­ri­ght © Ostre Pió­ro

Wy­da­nie I 

Szcze­cin 2026

ISBN (druk): 978-83-68498-51-6

ISBN (e-bo­ok): 978-83-68498-52-3

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Wy­daw­ca ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Zdję­cie na okład­ce, ilu­stra­cje

Ma­gni­fic (Fre­epik)

Re­dak­cja

Ewa Hof­f­mann-Ski­biń­ska, Re­dak­tor Ewa

Ko­rek­ta

Aga­ta Tor­ba

Na­ta­lia Szop­pa

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nie

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro

www.ostre-pio­ro.pl

Roz­dział 1

Get­ta

Wie­ża te­le­wi­zyj­na przy Ale­xan­der­platz ku­si z wy­so­ka ko­lo­ro­wy­mi świa­tła­mi, obie­cu­jąc do­ty­ka­nie chmur.

Ber­lin to mia­sto mi­lio­nów ano­ni­mo­wych lu­dzi. Są ta­cy, któ­rzy chcą prze­trwać za wszel­ką ce­nę i ta­cy, któ­rzy de­lek­tu­ją się sma­ko­wa­niem chwil. By­łam jak mrów­ka – ści­śnię­ta i nie­sio­na tem­pem tłu­mu. Ma­rzy­łam, że­by zna­leźć w so­bie od­wa­gę, wje­chać na gó­rę wie­ży, spoj­rzeć w dół i krzyk­nąć z głę­bi pier­si: Fuck!!!

Na­sze dzie­ci cho­dzi­ły do jed­nej szko­ły. Nie pa­mię­tam, kto do ko­go za­ga­dał. Nie wiem, jak to się sta­ło, że sta­ły­śmy we trzy i nie mo­gły­śmy na­sy­cić się roz­mo­wą.

Te­go dnia od­by­wa­ła się aka­de­mia na za­koń­cze­nie ro­ku szkol­ne­go. Zna­ły­śmy się z wi­dze­nia. Po­po­łu­dniem od­na­la­zły­śmy się, czu­jąc, że tak mia­ło być. Do do­mów wra­ca­ły­śmy ra­zem.

Me­lek, Na­si­ra i An­na. Na­si­ra po­cho­dzi­ła z Tar­tus, Me­lek z An­ta­lyi, a ja z Czę­sto­cho­wy.

Cza­sa­mi, w cie­płe dni, wy­cho­dzi­ły­śmy z dzieć­mi do par­ku. Le­ża­ły­śmy, pa­trząc w nie­bo, na wol­no prze­su­wa­ją­ce się ob­ło­ki. Każ­da wy­bie­ra­ła je­den, któ­ry za­niósł­by ją do do­mu. My­śla­łam o tym, że­by po­ło­żyć się na tym pu­cha­tym, chłod­nym dy­wa­nie, pa­trzeć w czy­ste nie­bo i ma­rzyć. A oczy otwo­rzyć do­pie­ro w Czę­sto­cho­wie, przy ław­ce Po­świa­tow­skiej.

Trzy ko­bie­ty, któ­re w Ber­li­nie od­na­la­zły przy­jaźń.

Me­lek to Tur­czyn­ka. Mia­ła kru­czo­czar­ne lo­ki, któ­re wy­su­wa­ły się z upię­te­go ko­ka i oka­la­ły jej twarz. Ja­sna kar­na­cja uwy­dat­nia­ła ciem­ne, ol­brzy­mie oczy. Wy­so­ka i bar­dzo szczu­pła. Kie­dy mia­ła pro­ble­my, nie­znacz­nie się gar­bi­ła. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by dźwi­ga­ła je na ple­cach.

Jej ro­dzi­na po­cho­dzi­ła z An­ta­lyi. Za­wsze po­wta­rza­ła, że tam jest jej dom. Zna­ła bar­dzo do­brze nie­miec­ki. W zde­ner­wo­wa­niu al­bo w chwi­li bez­rad­no­ści wpla­ta­ła tu­rec­kie zwro­ty.

Al­lah, ba­na guc ver. To pierw­sze zda­nie, któ­re­go na­uczy­łam się po tu­rec­ku: Al­la­hu, daj mi si­łę.

Nie no­si­ła chust­ki na gło­wie, nie za­kry­wa­ła ubio­rem ca­łe­go cia­ła. Mia­ła dwo­je dzie­ci: sy­na i cór­kę. Wy­cho­wy­wa­ła je sa­ma. Oj­cem star­sze­go dziec­ka, sy­na, był Tu­rek. My­śla­ła, że zwią­zek z nim da jej spo­kój i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. My­li­ła się.

– Nie wi­dzia­łam go ca­łe dnie – za­czę­ła któ­re­goś wie­czo­ru przy lamp­ce wi­na. – Obu­dził mnie pew­nej no­cy…

– Po co? – wy­rwa­ło mi się.

– Przy­niósł ze so­bą pacz­kę. Wrę­czył mi ją, mó­wiąc, że­bym się prze­bra­ła. Zna­la­złam tam poń­czo­chy, ską­py biu­sto­nosz oraz skó­rza­ną ob­ro­żę. Za­ło­ży­łam to, czu­łam się pod­eks­cy­to­wa­na. Chwy­cił za ob­ro­żę i zmu­sił do klę­cze­nia. Ka­zał po­wta­rzać, że je­stem je­go su­ką. Na­wet mi się to po­do­ba­ło. W prze­rwach nie szczę­dził mi czu­ło­ści. Aż go nie po­zna­wa­łam. Nie pa­so­wa­ło to do nie­go. Po­tem przy­no­sił in­ne za­baw­ki i te­go już by­ło dla mnie za du­żo. – Skrzy­wi­ła się z nie­sma­kiem.

Oj­ciec młod­sze­go dziec­ka, cór­ki, to Nie­miec. Roz­sta­nia i po­wro­ty sta­no­wi­ły nie­od­łącz­ny ele­ment ich związ­ku. Miał na imię Mo­riz. Każ­dy miał my­śleć i po­stę­po­wać tak, jak on chciał. Musz­tro­wał Me­lek, a kie­dy go nie słu­cha­ła, od­cho­dził. Cór­ka tę­sk­ni­ła, a ko­bie­ta czu­ła się win­na. Prze­pra­sza­ła Mo­ri­za i wra­cał, pa­no­sząc się znów w ży­ciu ca­łej ro­dzi­ny. Mi­mo te­go po­sta­no­wi­ła wyjść za nie­go za mąż. Chcia­ła po­ka­zać swo­jej mat­ce, że po­tra­fi zbu­do­wać coś trwa­łe­go.

Na­dzie­ja prze­ży­cia baj­ko­we­go dnia roz­pro­mie­nia­ła ją. Wy­bra­ła mnie na świad­ko­wą. Przy­go­to­wa­ły­śmy dla niej i dla mnie po pięć su­kie­nek. In­ną na za­rę­czy­ny, wie­czór pa­nień­ski, urząd sta­nu, ślub i przy­ję­cie we­sel­ne. Każ­dą z tych oka­zji rzą­dzi­ły in­ne re­gu­ły, in­ne ko­lo­ry, in­na dłu­gość. Me­lek się uśmie­cha­ła.

Te­go dnia za­sta­łam ją w kuch­ni. Bez cie­nia uśmie­chu na twa­rzy drżą­cy­mi rę­ko­ma zwi­ja­ła li­ście wi­no­gron.

– Mam dość – po­wie­dzia­ła, kie­dy we­szłam. – On krzy­czy na mnie, że wy­rzu­cam pie­nią­dze. Że po co mi tu­rec­ki ślub?

– Po­wiedz, że to tra­dy­cja – od­par­łam.

– Po­wie­dzia­łam. Stwier­dził, że przez mo­je za­chcian­ki skoń­czy­my na uli­cy.

Kie­dy stres uci­skał krtań, Me­lek za­bie­ra­ła się za za­wi­ja­nie na­dzie­wa­nych li­ści wi­no­gron1. Na co dzień na przy­go­to­wa­nie tej po­tra­wy nie mia­ła cza­su. Ro­bi­ła ją tyl­ko wte­dy, kie­dy mio­ta­ły nią lęk, gniew al­bo ra­do­sne pod­nie­ce­nie. Przy­po­mi­na­ły wy­glą­dem pol­skie, mi­nia­tu­ro­we go­łąb­ki. Kwa­śno-słod­kie li­ście wy­peł­nia­ła na­dzie­niem z ry­żu po­łą­czo­ne­go z mię­sem, wa­rzy­wa­mi al­bo ro­dzyn­ka­mi. Uwiel­bia­łam tę po­tra­wę.

Me­lek dzwo­ni­ła do mnie co­raz czę­ściej. Bie­głam do niej, że­by po­móc jej wyjść z ko­lej­ne­go ata­ku pa­ni­ki. Hi­per­wen­ty­la­cja od­bie­ra­ła ko­bie­cie si­łę w no­gach. Czoł­ga­ła się, że­by móc po­ło­żyć się na łóż­ku, mam­ro­cząc przy­du­szo­nym gło­sem, że umie­ra. Trzy­ma­łam ją za rę­ce i ka­za­łam pa­trzeć so­bie w oczy. Wi­dzia­łam bla­dość i prze­ra­że­nie. Po­wta­rza­łam spo­koj­nie, że nic jej nie gro­zi; że to tyl­ko pa­ni­ka. W koń­cu od­dech się uspo­ka­jał, a twarz na­bie­ra­ła ko­lo­rów.

Spy­ta­łam, dla­cze­go po­zwa­la Mo­ri­zo­wi na ta­kie za­cho­wa­nie.

– An­no, chcę, że­by mo­je dzie­ci mia­ły do­brze – przy­zna­ła ci­cho. – Że­by już nie sły­szeć, jak mo­ja mat­ka mó­wi, że ża­łu­je, że się uro­dzi­łam – wes­tchnę­ła.

Nie od­po­wie­dzia­łam.

Któ­re­goś ra­zu sta­łam pod prysz­ni­cem, kie­dy za­dzwo­nił te­le­fon. Nie ode­bra­łam. Za­dzwo­nił po­now­nie.

Syn Me­lek pła­kał do słu­chaw­ki.

– Cio­ciu, przyjdź. – Uda­ło mi się zro­zu­mieć. – Ma­ma wszyst­ko tłu­cze.

Po­bie­głam naj­szyb­ciej, jak się da­ło.

Wpa­dły­śmy do miesz­ka­nia ra­zem z Na­si­rą. Do niej też dzwo­nił. Pod­ło­gę po­kry­wa­ła war­stwa sko­rup z po­tłu­czo­nych waz i ta­le­rzy.

Na nasz wi­dok Me­lek się roz­pła­ka­ła.

– Po­wie­dział, że za­bie­rze mi dzie­ci – szlo­cha­ła. – Za­dzwo­ni do Ju­gen­dam­tu i po­wie, że je­stem nie­nor­mal­na. Uwie­rzą mu. On jest Niem­cem

– Nic nie zro­bi. On tyl­ko du­żo ga­da – od­par­ła Na­si­ra bez prze­ko­na­nia.

– Rzu­ci­łam w nie­go wa­zą. Na szczę­ście nie tra­fi­łam. Uciekł. Ale czu­łam ta­ki gniew, że mu­sia­łam coś zro­bić.

Na­si­ra za­bra­ła się za sprzą­ta­nie kuch­ni, a ja za­pro­wa­dzi­łam Me­lek do du­że­go po­ko­ju. Wy­cią­gnę­ła z szu­fla­dy chu­s­tę i dy­wa­nik. Za­kry­ła nią wło­sy i mam­ro­ta­ła, ude­rza­jąc gło­wą oraz rę­ko­ma o pod­ło­gę.

Nie by­ła prak­ty­ku­ją­ca, ale w chwi­lach bez­rad­no­ści pro­si­ła Al­la­ha o po­moc. Kie­dy skoń­czy­ła, przy­nio­sła z kuch­ni li­ście lau­ro­we i za­pa­li­ła je w ma­łej mi­secz­ce. Cho­dzi­ła po miesz­ka­niu, wy­peł­nia­jąc je du­szą­cym dy­mem, któ­ry miał wy­pło­szyć złe ener­gie.

Za­pa­rzy­ła her­ba­tę i po­sta­wi­ła na sto­le ciast­ka pach­ną­ce dzi­ką ró­żą. Usia­dły­śmy, a ona spy­ta­ła:

– Czy któ­raś z was tra­fi­ła kie­dyś do wię­zie­nia?

Za­krztu­si­łam się ciast­kiem. Za­prze­czy­łam ru­chem gło­wy. Na­si­ra opu­ści­ła oczy.

– Ja tak. Przez mo­ją mat­kę – wy­du­si­ła z ża­lem Me­lek.

Me­lek za­ko­cha­ła się w Kur­dzie. Miał na imię Dża­mal. To nie spodo­ba­ło się jej ma­mie. Mat­ka Dża­ma­la też się sprze­ci­wia­ła. U Kur­dów o wszyst­kim de­cy­du­je mat­ka. Ko­bie­ta, któ­ra jej się nie spodo­ba, nie ma szans na wej­ście do ro­dzi­ny. Szcze­gól­nie, je­śli jest Tur­czyn­ką. Me­lek i Dża­mal spo­ty­ka­li się po kry­jo­mu. Był jej pierw­szym męż­czy­zną. Za­pa­chem zdjął z niej wstyd, szorst­kim do­ty­kiem do­dał od­wa­gi. Wy­peł­nił so­bą, ofia­ru­jąc roz­kosz, któ­rej się nie spo­dzie­wa­ła. Od­da­ła mu swo­je dzie­wic­two i mi­łość. Mó­wił, że ją ko­cha. Z co­raz więk­szym tru­dem ukry­wa­li swój zwią­zek w ta­jem­ni­cy.

Dża­mal wpadł na „ge­nial­ny” po­mysł. Miał da­le­kie­go ku­zy­na, któ­re­mu gro­zi­ło wy­sie­dle­nie z Nie­miec. Gdy­by jed­nak oże­nił się z Niem­ką – a Me­lek mia­ła oby­wa­tel­stwo nie­miec­kie, bo tu­taj się uro­dzi­ła – to mógł­by zo­stać. Me­lek za­miesz­ka­ła­by z nim i mo­gła spo­ty­kać się z Dża­ma­lem. Ku­zyn miał na imię Sa­mir.

Mia­ła nie­speł­na dwa­dzie­ścia lat i by­ła nie­przy­tom­nie za­ko­cha­na. Ma­rzy­ła o wy­rwa­niu się spod mat­czy­nej kon­tro­li. Zgo­dzi­ła się bez za­sta­no­wie­nia.

– Mo­ja ma­ma czu­ła, że coś jest nie tak. Nie przej­mo­wa­łam się. Mo­głam spo­ty­kać się z Dża­ma­lem. Po trzech la­tach mie­li­śmy się z Sa­mi­rem roz­wieść. Nie miał­by już wię­cej pro­ble­mów z po­by­tem. Dża­mal po­wie­dział, że wte­dy się po­bie­rze­my, czy na­sze mat­ki te­go chcą, czy nie – za­mil­kła.

W świe­tle lam­py wi­dzia­łam, że po­wstrzy­mu­je się od pła­czu.

– Mów – na­le­ga­łam. – Dla­cze­go tra­fi­łaś do wię­zie­nia?

– Sa­mir się we mnie za­ko­chał – od­par­ła ci­cho.

Pró­bo­wał ją de­li­kat­nie do­ty­kać. Od­czy­ta­ła w tym do­ty­ku czu­łość li­ścia, któ­ry nie­ostroż­nie za­wie­ru­szył się na skó­rze. Po­wie­dzia­ła sta­now­czo, że­by prze­stał. Moc­no go to za­bo­la­ło. Mi­ja­li się w miesz­ka­niu bez sło­wa. Po­tem zra­nio­ny i od­rzu­co­ny Sa­mir po­sta­no­wił do­cie­kać praw, któ­re for­mal­nie miał. Me­lek nie da­ła się mu za­cią­gnąć do łóż­ka, za­dzwo­ni­ła po Dża­ma­la.

– Był zły. Uspo­ko­ił Sa­mi­ra – cią­gnę­ła ci­cho. – Po­tem wziął mnie na bok i po­wie­dział, że­bym się zde­cy­do­wa­ła, co ro­bię, bo prze­cież wy­szłam za Sa­mi­ra. Od­par­łam, że zro­bi­łam to dla nie­go. Za­śmiał się i do­dał, że je­stem głu­pia. Wię­cej go nie wi­dzia­łam.

– To gnój. Wy­ko­rzy­stał cię! – krzyk­nę­łam.

– Czu­łam się jak śmieć. Chcia­łam się roz­wieść. Po­tem przy­szedł do nas ku­zyn Sa­mi­ra. Pró­bo­wał mnie prze­ko­nać, ale nie ustą­pi­łam. Wy­cią­gnął zza pa­zu­chy pi­sto­let, przy­ło­żył mi do gło­wy i wy­ce­dził, że u nich nie ma roz­wo­dów. Prze­ra­żo­ny Sa­mir ze­rwał się z ka­na­py, wo­ła­jąc, aby ku­zyn te­go nie ro­bił, bo on mnie ko­cha! Po­wie­dział to tak praw­dzi­wie, z ta­kim lę­kiem, że aż łzy sta­nę­ły mi w oczach. Wie­dzia­łam, że to praw­da.

Ku­zyn scho­wał pi­sto­let i po­ra­dził Sa­mi­ro­wi za­ła­twie­nie te­go sa­mo­dziel­nie. Kil­ka dni póź­niej po­ja­wi­ła się w ich do­mu po­li­cja. Mat­ka Me­lek zło­ży­ła do­nie­sie­nie o po­peł­nie­niu prze­stęp­stwa, czy­li o za­war­ciu fik­cyj­ne­go mał­żeń­stwa.

Me­lek spę­dzi­ła kil­ka dni w aresz­cie. Nie zo­ba­czy­ła już wię­cej Sa­mi­ra. Wy­pro­wa­dził się z ich wspól­ne­go miesz­ka­nia. Do koń­ca mał­żeń­stwa re­gu­lo­wał opła­ty. Po trzech la­tach się roz­wie­dli.

– Lu­dzie mó­wi­li, że znów się oże­nił i ma dwo­je dzie­ci.

Me­lek za­mil­kła, a ja sie­dzia­łam onie­mia­ła. Nie mo­głam wy­du­sić z sie­bie sło­wa. Mia­ła oczy peł­ne łez. Pa­trząc z roz­ma­rze­niem w dal, do­da­ła ci­cho:

– Al­lah mó­wi, że je­śli skrzyw­dzisz praw­dzi­wą mi­łość, to ta krzyw­da wró­ci do cie­bie. Ni­g­dy nie bę­dziesz szczę­śli­wa.

Po­tem, jak­by przy­wo­ła­na opo­wie­ścią, za­dzwo­ni­ła mat­ka Me­lek. Roz­mo­wa nie trwa­ła dłu­go, ale jesz­cze bar­dziej wy­pro­wa­dzi­ła ją z rów­no­wa­gi. Mo­ja przy­ja­ciół­ka roz­łą­czy­ła się i za­mil­kła.

– Bę­dę mu­sia­ła za­pi­sać Ke­re­ma do week­en­do­wej szko­ły tu­rec­kiej – po­wie­dzia­ła ci­cho.

Ke­rem to jej młod­szy syn.

Me­lek nie prze­strze­ga­ła ra­ma­da­nu. Uwa­ża­ła, że to nie­zdro­we w bie­gu co­dzien­no­ści nie jeść i nie pić aż do za­cho­du słoń­ca.

Mo­riz już dzwo­nił do jej mat­ki. Od­wo­łał ślub i po­wie­dział, że Me­lek jest nie­zrów­no­wa­żo­na i zro­bi wszyst­ko, że­by ode­brać jej sy­na.

Czu­ła, że mu­si udo­bru­chać ro­dzi­ciel­kę, bo je­śli ta sta­nie po stro­nie Mo­ri­za, to na pew­no od­bio­rą jej Ke­re­ma.

Nie ode­zwa­łam się. Wie­dzia­łam, że je­dy­nym ra­tun­kiem jest po­wie­dze­nie „nie”, bez wzglę­du na to, co się sta­nie. Ale Me­lek nie by­ła jesz­cze na to go­to­wa.

Na­si­ra przy­tu­li­ła ją. Prze­ko­ny­wa­ła, że w przy­pad­ku to­nię­cia stat­ku nie ma wy­bo­ru, trze­ba go ra­to­wać. Tym bar­dziej gdy są na nim dzie­ci.

Na­si­ra za­wsze pró­bo­wa­ła za­cho­wy­wać rów­no­wa­gę, gdy w na­szych ży­ciach do­cho­dzi­ło do tur­bu­len­cji.

Mia­ła tro­je dzie­ci. Dwaj star­si sy­no­wie już stu­dio­wa­li. Cór­ka, ra­zem z na­szy­mi dziew­czyn­ka­mi – mo­ją i Me­lek – cho­dzi­ła do tej sa­mej kla­sy.

Nie wy­glą­da­ła na Arab­kę. Dłu­gie, brą­zo­we wło­sy spły­wa­ły lek­ką fa­lą i sia­da­ły mięk­ko na ra­mio­nach. Ce­rę mia­ła ja­sną. Ciem­ne oczy pa­trzy­ły z głę­bo­ką tę­sk­no­tą do­ni­kąd.

Na­si­ra pil­no­wa­ła obo­wiąz­ków in­nych i ze sta­now­czym spo­ko­jem wy­peł­nia­ła swo­je. Kie­dy prze­by­wa­ła z na­mi, po­zwa­la­ła so­bie na zmę­cze­nie. Przy­pad­kiem do­wie­dzia­łam się, że bie­rze le­ki. Nie za­mknę­ła drzwi do ła­zien­ki. Kie­dy we­szłam, po­ły­ka­ła an­ty­de­pre­san­ty.

– Jesz­cze nie dzia­ła­ją. Cza­sa­mi nie mam sił wejść w no­wy dzień. Tak, jak­by słoń­ce ga­sło. Nie mów na ra­zie Me­lek – pro­si­ła ci­cho. – Ona i tak ma du­żo pro­ble­mów.

– Co się sta­ło? – spy­ta­łam szep­tem, że­by nikt nie usły­szał.

– Moi sy­no­wie ży­ją wła­snym ży­ciem. Ran­da za chwi­lę bę­dzie do­ro­sła. W do­mu już jest pu­sto. I ta ci­sza… Przy mo­im mę­żu czu­ję się prze­zro­czy­sta. Tak, jak­bym nie ist­nia­ła.

Na­si­ra po­cho­dzi­ła z Sy­rii. Ro­dzi­ce prze­nie­śli się do Nie­miec, kie­dy by­ła ma­łą dziew­czyn­ką. Za­dba­li o jej wy­kształ­ce­nie. Po śmier­ci ta­ty ma­ma prze­pro­wa­dzi­ła się do Tur­cji.

Mę­ża wy­brał jej oj­ciec. Kie­dy zo­ba­czy­ła, że Omar jest od­po­wie­dzial­ny i do­bry dla dzie­ci, po­ko­cha­ła go. Łą­czy­ło ich po­czu­cie do­bre­go speł­nie­nia obo­wiąz­ku. Mał­żeń­stwo sta­no­wi­ło kon­trakt, gdzie każ­da ze stron wy­peł­nia­ła za­war­te w nim punk­ty.

Opo­wie­dzia­ła nam o swo­jej pierw­szej mi­ło­ści.

Ah­me­da po­zna­ła krót­ko przed ukoń­cze­niem gim­na­zjum. Przy­go­to­wy­wa­ła się do ma­tu­ry. Ca­łe dnie spę­dza­ła w szko­le, a w prze­rwach prze­sia­dy­wa­ła z ko­le­żan­ka­mi w pu­bie na­le­żą­cym do je­go oj­ca. Ah­med sta­le tam by­wał i pa­trzył na nią. Czu­ła to. Mi­nę­ło du­żo cza­su, za­nim ona też spoj­rza­ła. Tak ją na­uczo­no. Kie­dy zer­k­nę­ła, sta­ło się coś, co usu­nę­ło jej zie­mię spod nóg. Wy­da­ło jej się, że pły­wa w je­go ciem­no­brą­zo­wych oczach. Czu­ła pach­ną­cą słoń­cem skó­rę. Jej na­brzmia­łe war­gi ma­rzy­ły o wil­go­ci je­go ust. Póź­niej, jak się nad tym za­sta­na­wia­ła, uzna­ła, że coś do­da­no do szi­szy, któ­rą te­go dnia pa­li­ła pierw­szy raz w ży­ciu.

Spo­ty­ka­li się w za­dy­mio­nym szi­szą pu­bie co­dzien­nie.

Po­tem on wy­je­chał do Sy­rii, a ona zro­bi­ła ma­tu­rę.

Wró­cił i dał jej pre­zent. Je­dwab­ny, zło­ci­sty szal. Mie­nił się ko­lo­ra­mi let­nie­go słoń­ca. Od de­li­kat­nej żół­ci wscho­du, przez ostry po­ma­rańcz po­łu­dnia, aż po pur­pu­ro­wą czer­wień za­cho­du. Mia­ła go do dziś.

Za­ło­ży­ła go kie­dyś, że­by nam po­ka­zać. Wte­dy zo­ba­czy­łam zu­peł­nie in­ną Na­si­rę. Jej oczy wy­peł­nio­ne tę­sk­no­tą i ona ta­ka… kru­cha.

– Dla­cze­go wciąż trzy­masz ten szal? – do­cie­ka­łam.

– Na pa­miąt­kę pierw­sze­go pre­zen­tu, któ­ry do­sta­łam od męż­czy­zny – od­po­wie­dzia­ła po chwi­li. Po­tem znik­nę­ła w sza­fie, że­by scho­wać szal. Da­ła­bym gło­wę, że wi­dzia­łam, jak ocie­ra łzy.

Kie­dyś Ah­med za­pro­sił ją do swo­je­go do­mu.

In­nych do­mow­ni­ków nie by­ło, a miesz­ka­nie pach­nia­ło drze­wem san­da­ło­wym. Do­ty­kał ją, a cia­ło bez­wstyd­nie się pod­da­wa­ło. Po­ka­zał jej, co to zna­czy być ko­bie­tą. Po­czu­ła, czym jest ro­ze­dr­ga­nie, ze­spo­le­nie i bez­kres mę­skiej roz­ko­szy. Tak, jak­by ją na­zna­czył. Od­tąd każ­dy mo­ment wy­peł­nia­ło drżą­ce cze­ka­nie na nie­go.

Spy­tał, czy chcia­ła­by w cza­sie wa­ka­cji za­ro­bić tro­chę pie­nię­dzy. Je­go oj­ciec po­szu­ki­wał pra­cow­ni­ka do jed­ne­go z lo­ka­li. Ro­dzi­ce Na­si­ry wa­ha­li się z pod­ję­ciem de­cy­zji. Mó­wio­no, że oj­ciec Ah­me­da ro­bi in­te­re­sy z ma­fią. Zgo­dzi­li się, kie­dy obie­ca­ła, że bę­dzie ostroż­na.

Pod­ję­ła pra­cę w eks­klu­zyw­nym lo­ka­lu w Char­lot­ten­bur­gu. Pła­co­no jej każ­de­go wie­czo­ru. Pie­nią­dze do­sta­wa­ła do rę­ki. Przez ty­dzień za­ro­bi­ła ty­le, ile jej oj­ciec przez mie­siąc. Nu­dzi­ła się w pra­cy, bo do lo­ka­lu pra­wie nikt nie za­glą­dał.

Ah­med cza­sa­mi wpa­dał, za­my­kał na chwi­lę re­stau­ra­cję i brał ją w ła­zien­ce, co­raz bru­tal­niej. Po­wta­rzał, że prze­cież jest je­go ko­bie­tą.

Któ­re­goś wie­czo­ru za­mknę­ła lo­kal i ru­szy­ła w stro­nę sta­cji ko­lej­ki pod­ziem­nej. Na­gle za­trzy­ma­ło ją dwóch męż­czyzn. Po­ka­za­li le­gi­ty­ma­cje po­li­cyj­ne, a na­stęp­nie ka­za­li iść ze so­bą. Za­bra­li ją na ko­mi­sa­riat.

Tam po­ło­ży­li przed nią zdję­cia róż­nych osób. Py­ta­li, czy je wi­dzia­ła i co wie o han­dlu nar­ko­ty­ka­mi. Nie mia­ła po­ję­cia, o czym mó­wią. Re­stau­ra­cja oka­za­ła się pral­nią pie­nię­dzy. Nie wie­dzia­ła o tym. Krzy­cze­li na nią, że kła­mie. Ni­g­dy w ży­ciu się tak nie ba­ła. Noc Na­si­ra spę­dzi­ła w po­li­cyj­nym aresz­cie.

Ra­no ode­bra­li ją ro­dzi­ce. Mó­wi­li, że po­li­cja zor­ga­ni­zo­wa­ła na­lo­ty we wszyst­kich lo­ka­lach oj­ca Ah­me­da. Po­dob­no go aresz­to­wa­li, a Ah­med uciekł do Sy­rii.

Kil­ka dniu póź­niej, kie­dy prze­by­wa­ła sa­ma w miesz­ka­niu, za­dzwo­nił dzwo­nek. Otwo­rzy­ła i zo­ba­czy­ła dwóch dry­bla­sów, któ­rzy od­su­nę­li ją na bok. We­szli do środ­ka i za­mknę­li drzwi. Jed­ne­go z nich zna­ła. Wi­dzia­ła go kil­ka ra­zy z Ah­me­dem. Przy­parł ją do ścia­ny i za­ci­ska­jąc dłoń na krta­ni, żą­dał, by wy­ja­wi­ła, co wy­ga­da­ła na po­li­cji. Przy­się­ga­ła, że nic. Du­si­ła się; czu­ła, że za chwi­lę ze­mdle­je. Czar­ne płat­ki wi­ro­wa­ły jej przed ocza­mi, a przez gło­wę prze­la­ty­wa­ły sce­ny z ca­łe­go ży­cia. Na­si­ra my­śla­ła, że to już jej ko­niec. Wte­dy ten dru­gi krzyk­nął: „Dość”. Ka­za­li jej za­po­mnieć o wszyst­kim, co wi­dzia­ła i o Ah­me­dzie. Bo je­śli nie, to znaj­dą ją i za­koń­czą spra­wę. Ogar­nę­ło ją prze­ra­że­nie.

Mat­ka, kie­dy się do­wie­dzia­ła o zbli­że­niu Na­si­ry z Ah­me­dem, za­pro­wa­dzi­ła cór­kę do le­kar­ki. Chcia­ła spraw­dzić, czy jest dzie­wi­cą. By­ła.

– A co, gdy­byś nie by­ła? – do­cie­ka­łam.

– Gdy­bym nie mia­ła bło­ny dzie­wi­czej, le­kar­ka by ją zre­kon­stru­owa­ła. Ale my, Arab­ki, pil­nu­je­my, że­by ją za­cho­wać do ślu­bu. – Uśmiech­nę­ła się. – Co nie zna­czy, że je­ste­śmy świę­te.

Mo­ja mat­ka tak­że po­wta­rza­ła mi, że dzie­wic­two to mój naj­więk­szy skarb. Nie mo­głam się do­cze­kać, by spraw­dzić, jak sma­ku­je za­ka­za­ny owoc, więc bar­dzo szyb­ko wy­szłam za mąż.

To­mek pod­ko­chi­wał się we mnie od po­cząt­ku li­ceum. Po­bra­li­śmy się po ma­tu­rze. Ufa­łam mu i chcia­łam po­czuć, co to zna­czy być ko­bie­tą. Miesz­ka­li­śmy już ra­zem, kie­dy za­czę­łam pie­lę­gniar­skie stu­dium po­li­ce­al­ne.

Draż­ni­ły go mo­je póź­niej­sze po­wro­ty do do­mu. Tak­że to, że nie znał mo­ich zna­jo­mych, a ja wra­cam uśmiech­nię­ta. I że cza­sa­mi się kłó­ci­my. Kie­dy za­czę­łam prak­ty­ki w szpi­ta­lu, na­pię­cie uro­sło do gra­nic. Bał się, że po­znam ja­kie­goś le­ka­rza i odej­dę.

Chcia­łam w ży­ciu cze­goś wię­cej. Nie tyl­ko mę­ża, do­mu i ro­dzi­ny.

Szu­kał po­mo­cy u mo­jej ma­my. Dzwo­ni­ła do mnie, mó­wiąc, że szko­ła mi nie­po­trzeb­na. To­mek do­brze za­ra­bia. Po­win­nam sku­pić się na ro­dzi­nie. Ona w każ­dą nie­dzie­lę mo­dli się o wnucz­ki. Ko­cha­łam ma­mę, ale jej de­wi­zy ży­cio­we nie tra­fia­ły do mnie. Nie chcia­łam żyć tak, jak ona. Bie­gać do ko­ścio­ła, po­świę­cać się. Od­ma­wiać so­bie, że­by dać księ­dzu w ko­per­tę wię­cej niż są­siad­ki. A po­tem je ob­ga­dy­wać.

Za­szłam w cią­żę. Dziś my­ślę, że mój mąż za­płod­nił mnie z pre­me­dy­ta­cją. Nie bra­łam ta­ble­tek. Źle na mnie wpły­wa­ły. Usta­li­li­śmy, że skoń­czę stu­dium i po­sta­ra­my się o dzie­ci. Obie­cał uwa­żać. Ufa­łam mu.

Bar­dzo źle zno­si­łam cią­żę. Mu­sia­łam prze­rwać szko­łę.

To­mek uznał, że po­win­ni­śmy je­chać do Nie­miec, do je­go ro­dzi­ny. Tam wię­cej się za­ra­bia. Zbie­rze­my tro­chę pie­nię­dzy i wró­ci­my.

Wy­je­cha­łam bez zna­jo­mo­ści ję­zy­ka, cał­ko­wi­cie zda­na na nie­go. Mo­ja ma­ma mo­dli­ła się, że­by nam się po­wio­dło. W ten spo­sób zna­la­złam się w Ber­li­nie. Mi­nę­ło już kil­ka­na­ście lat.

To­mek miał ja­sny plan. On pra­cu­je i za­ra­bia, a ja zaj­mu­ję się do­mem i dziec­kiem. Chcia­łam się uczyć ję­zy­ka, ale po­wie­dział, że nie ma­my na to pie­nię­dzy. Du­si­łam się. Kie­dy Ka­sia po­szła do szko­ły, mia­łam wię­cej cza­su. Do­wie­dzia­łam się, że urząd emi­gra­cyj­ny po­kry­wa kosz­ty szko­ły ję­zy­ko­wej. Pod­ję­łam na­ukę.

Wściekł się, ale się upar­łam.

Na­gle za­czął żą­dać bli­sko­ści. Wy­stra­szy­łam się po­now­ne­go zaj­ścia w cią­żę. Po kry­jo­mu bra­łam pi­guł­ki. Za­szłam w cią­żę, za­nim za­czę­ły dzia­łać. Prze­rwa­łam na­ukę, uro­dzi­ła się Zu­zia. Kie­dy Zu­za po­szła do żłob­ka, ja skoń­czy­łam szko­łę i zna­la­złam pra­cę.

Krzy­czał, że nie ta­ki mie­li­śmy plan. Od­po­wie­dzia­łam, że zbie­ra­my pie­nią­dze na po­wrót do Pol­ski. Szyb­ciej osią­gnie­my cel, je­śli obo­je bę­dzie­my pra­co­wa­li. Czu­łam, że on nie chce wra­cać. Li­czył na to, że tu bę­dzie mnie miał pod kon­tro­lą. Pró­bo­wał mną ma­ni­pu­lo­wać, mó­wiąc o war­to­ści ro­dzi­ny, o mo­ich obo­wiąz­kach mat­ki i żo­ny.

Nie zno­sił, kie­dy przy­cho­dzi­ły do mnie Me­lek i Na­si­ra. Za­chwy­ca­ły się zra­za­mi wo­ło­wy­mi i za­pa­chem pie­czo­ne­go ser­ni­ka. Pa­trzył na mo­je przy­ja­ciół­ki, pró­bu­jąc ukryć nie­chęć. Wy­mie­niał kil­ka zdaw­ko­wych zdań i zo­sta­wiał nas sa­me. Na­si­ra czę­sto po­wta­rza­ła, że czu­je, jak­by mój mąż du­sił się wła­snym lę­kiem. Me­lek chcia­ła od ra­zu pa­lić liść lau­ro­wy, że­by oczy­ścić ener­gię. Po ich każ­dej wi­zy­cie To­mek py­tał z prze­ką­sem, czy nie mo­gę zna­leźć nor­mal­nych przy­ja­ció­łek.

– Co masz na my­śli? – son­do­wa­łam go.

– Ja­kichś ka­to­li­czek. – Wzdry­gnął się z obrzy­dze­niem. – Te to są bar­ba­rzyń­skie na­ro­dy.

Do Pol­ski jeź­dzi­li­śmy na świę­ta i urlop. Bab­cia wma­wia­ła Ka­si, że za­pew­ne czu­je się sa­mot­na, bo ma­ma, czy­li ja, spę­dza czas po­za do­mem. Mnie za­rzu­ca­ła, że szar­gam war­to­ści chrze­ści­jań­skie.

Gdy wra­ca­li­śmy do sie­bie, To­mek ka­rał mnie ci­szą. Ulgę znaj­do­wa­łam tyl­ko w pra­cy, co praw­da mo­no­ton­nej i nie naj­le­piej opła­ca­nej, ale mo­głam w niej od­dy­chać. W fa­bry­ce cze­ko­la­dek po­zna­łam Ra­fa­ła. Za­pra­szał na ka­wę.

– Je­stem mę­żat­ką – oznaj­mi­łam mu spo­koj­nie.

– Czy mę­żat­ki nie mo­gą pić ka­wy? – Uśmiech­nął się.

Sa­ma za­da­łam so­bie py­ta­nie: czy mę­żat­ki w ogó­le coś mo­gą? Zgo­dzi­łam się. Opo­wie­dzia­łam mu o ma­mie. Po­tem o mo­im mę­żu i nie­chęt­nych po­wro­tach do do­mu. W dniu uro­dzin do­sta­łam od nie­go kwia­ty. To­mek o nich za­po­mniał. Ra­fał wrę­czył mi bu­kie­cik kon­wa­lii. Dzię­ku­jąc za pre­zent, po­wą­cha­łam je. Sma­ko­wa­ły wia­trem. Ten wiatr roz­su­nął wię­zien­ne kra­ty. Po­ka­zał, że za ni­mi znaj­du­je się nie­zna­na prze­strzeń. Wil­got­ne war­gi Ra­fa­ła przy­po­mnia­ły mi, że je­stem ko­bie­tą. Ta­ką, któ­rej ktoś po­żą­da i chce sma­ko­wać.

Po po­wro­cie do do­mu po­czu­łam do mę­ża nie­chęć. Zo­ba­czył w mo­ich rę­kach bu­kiet i przy­po­mniał so­bie o uro­dzi­nach. Upił mnie szam­pa­nem. Po­tem ko­chał się ze mną tak bru­tal­nie, jak jesz­cze ni­g­dy.

Na­stęp­nej no­cy spa­łam na ka­na­pie w du­żym po­ko­ju. Nie mo­głam znieść je­go fi­zycz­no­ści. Wy­trzy­mał kil­ka ty­go­dni. Zro­bił kar­czem­ną awan­tu­rę. Za­rzu­cił mi, że za­cho­wu­ję się nie po chrze­ści­jań­sku, a za­spa­ka­ja­nie je­go po­trzeb to mój obo­wią­zek. Py­ta­łam sa­mą sie­bie: z kim je­stem? Po­skar­żył się swo­jej te­ścio­wej.

Kie­dy po­je­cha­li­śmy na świę­ta do Pol­ski, oka­za­ło się, że ma­ma za­mó­wi­ła mszę w mo­jej in­ten­cji. Za­czę­łam się bać.

Któ­re­goś wie­czo­ru wkła­da­łam klucz do zam­ka w drzwiach, kie­dy ja­kieś sil­ne ra­mię za­ci­snę­ło się na mo­jej szyi. Cuch­ną­cy pi­wem, mę­ski głos wy­szep­tał, że to tyl­ko ostrze­że­nie i na­le­żę do mo­je­go mę­ża. Ob­ma­cał mnie, po czym zwol­nił ucisk i znik­nął. Na drżą­cych no­gach we­szłam do do­mu. Spoj­rza­łam na Tom­ka i zo­ba­czy­łam, że nie mu­szę opo­wia­dać, co mnie spo­tka­ło, bo on o tym wie­dział.

Po­czu­łam obrzy­dze­nie. Ka­sia no­co­wa­ła u przy­ja­ciół­ki. Spa­ko­wa­łam naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy, za­bra­łam Zu­zię i po­je­cha­łam do Na­si­ry.

***

Na­si­ra po­zna­ła Ey­me­na. Po­le­cia­ła do Tur­cji sa­ma. Chcia­ła spo­tkać się z mat­ką. Ta na­mó­wi­ła ją, że­by po­szła do fry­zje­ra i ra­dy­kal­nie zmie­ni­ła fry­zu­rę. Wy­bra­ła dla niej sa­lon, któ­ry na­le­żał do Ey­me­na. Szef oso­bi­ście za­jął się jej me­ta­mor­fo­zą. Roz­ja­śnił wło­sy i skró­cił. Wy­do­był z niej świe­żość i dziew­czę­cość.

Mył jej gło­wę, do­ty­kał wło­sów. Opusz­ki pal­ców roz­grze­wa­ły jej skó­rę. Cia­ło wy­peł­ni­ła piesz­czo­ta. Na­si­ra mia­ła za­mknię­te oczy, w du­chu pro­si­ła, że­by za­bieg trwał jak naj­dłu­żej. Spę­dzi­ła w sa­lo­nie pół dnia. Wy­szła, kie­dy już zmierz­cha­ło. Po­szli na ka­wę. Po­tem pi­li szam­pa­na. Ad­o­ra­cja i za­chwyt spra­wi­ły, że Na­si­ra po­czu­ła się lek­ka. Da­ła mu nu­mer te­le­fo­nu.

Za­dzwo­nił na­stęp­ne­go dnia, że­by spy­tać, czy są po­trzeb­ne po­praw­ki.

Mat­ka pa­trzy­ła na nią wzru­szo­na i mó­wi­ła:

– Dziec­ko, tak daw­no nie wi­dzia­łam cię szczę­śli­wej. Dro­ga wy­ło­żo­na ka­mie­nia­mi też się kie­dyś koń­czy.

Bu­dził ją co­dzien­nie py­ta­niem, jak się czu­je. Pro­sił o zdję­cia. Spę­dza­li ze so­bą każ­dą wol­ną chwi­lę. Za­po­mnia­ła, że ma mę­ża.

W sa­mo­lo­cie do Ber­li­na po­czu­cie obo­wiąz­ku na­rzu­ci­ło jej na ra­mio­na cięż­ki płaszcz. Do sa­li przy­lo­tów we­szła na chwie­ją­cych się no­gach. Zo­ba­czy­ła mę­ża. Po­czu­ła bo­lą­cy ucisk w pier­siach. Nie mo­gła zła­pać od­de­chu. Naj­chęt­niej za­wró­ci­ła­by na­tych­miast, ale nie mo­gła. Tu mia­ła có­recz­kę.

Ży­cie szyb­ko wcią­gnę­ło ją w swój wir, ale nic nie wy­glą­da­ło i nie sma­ko­wa­ło już tak, jak przed­tem. Ey­men co­dzien­nie ra­no pro­sił o zdję­cie. Omar, jej mąż, czuł, że coś się zmie­ni­ło. Nie miał od­wa­gi za­py­tać o nic, tyl­ko cho­dził za nią jak zbi­ty pies. Al­ko­hol do­da­wał mu od­wa­gi. No­ca­mi pi­ja­ny do­ma­gał się wy­peł­nia­nia przez nią obo­wiąz­ków w sy­pial­ni. Na­si­ra ule­ga­ła, pró­bu­jąc nie my­śleć. Nie zło­ści­ła się. By­ło jej żal mę­ża, a żal jest gor­szy niż gniew.

Ey­men pi­sał i dzwo­nił kil­ka ra­zy dzien­nie. Pie­ścił każ­dym sło­wem i bu­dził nie­wy­obra­żal­ną tę­sk­no­tę.

Prze­nio­sła się z mał­żeń­skiej sy­pial­ni na ka­na­pę w sa­lo­nie. Mąż cho­dził za nią krok w krok, mó­wiąc, że nie mo­że za­prze­pa­ścić te­go, co ra­zem zbu­do­wa­li, ani za­po­mnieć te­go, przez co prze­szli, bo mał­żeń­stwo to prze­cież kon­trakt na ca­łe ży­cie.

Na­si­ra rzu­ca­ła się na pod­ło­gę, pro­sząc Al­la­ha o po­moc. Po­wta­rza­ła wciąż athiq bik ya ra­bi, co zna­czy­ło „ufam To­bie, Pa­nie”.

Ja też to po­wta­rza­łam, my­śląc o niej. A mo­że o nas wszyst­kich? O trzech ko­bie­tach na śle­po pró­bu­ją­cych od­na­leźć sie­bie.

***

Dom Na­si­ry wy­peł­niał za­pach ka­dzi­de­łek, ku­mi­nu i wo­dy ró­ża­nej, któ­rą do­da­wa­no do arab­skich wy­pie­ków. Jej hal­lo­umi by­ło du­żo lep­sze niż te, któ­re ja­dłam w arab­skich re­stau­ra­cjach.

Przy­tu­li­ła mnie moc­no. Trwa­ły­by­śmy w mil­czą­cym uści­sku, gdy­by nie za­dzwo­nił te­le­fon. Dzwo­ni­ła Me­lek. Py­ta­ła, czy mo­że wpaść.

Gdy tyl­ko ją zo­ba­czy­ły­śmy, od ra­zu wie­dzia­ły­śmy, że się za­ko­cha­ła.

W ol­brzy­mich, brą­zo­wych oczach tań­czy­ły pro­mie­nie, ma­lu­jąc kar­me­lo­we pla­my. W rę­ku trzy­ma­ła pół­mi­sek pe­łen na­dzie­wa­nych li­ści wi­no­gron.

***

Le­ża­ły­śmy nad Ha­we­lą, pa­trząc na prze­pły­wa­ją­ce mo­to­rów­ki.

Je­stem nie­bie­sko­oką blon­dyn­ką. Sło­wiań­ska uro­da ka­za­ła mi cho­wać się w cie­niu, ale by­ło mi wszyst­ko jed­no. Na­si­ra ka­za­ła wy­pro­wa­dzić się Oma­ro­wi. Pla­no­wa­ła urlop w Tur­cji.

Me­lek cze­ka­ła nie­cier­pli­wie na te­le­fon od Ba­kie­go. Sa­ma nie mo­gła się ode­zwać, bo tu­rec­cy męż­czyź­ni te­go nie lu­bią.

Ja zło­ży­łam po­zew o roz­wód.

Wiał lek­ki wiatr. Za­pra­gnę­łam przy­tu­lić się do chłod­ne­go ob­ło­ku. Dać mu się unieść, cie­ka­wie cze­ka­jąc, do­kąd mnie po­nie­sie.

Przy­po­mnia­ły mi się sło­wa pol­skiej pio­sen­ki:

Znam lu­dzi z ka­mie­nia, co bę­dą wiecz­nie trwać

Znam lu­dzi z pa­pie­ru, co rzu­ca­ją się na wiatr…2

1 Tu­rec­kie na­dzie­wa­ne li­ście wi­no­gron to yaprak sar­ma (lub po pro­stu sar­ma), czy­li ma­łe, cia­sno zwi­ja­ne wa­łecz­ki z li­ści wi­no­ro­śli wy­peł­nio­ne ry­żem, ce­bu­lą, oli­wą z oli­wek i zio­ła­mi (czę­sto ko­per­kiem, mię­tą). W wer­sji mię­snej (z ja­gnię­ci­ną) na­zy­wa­ne są czę­sto do­lmą. Ser­wo­wa­ne ja­ko przy­staw­ka (me­ze) na zim­no, z cy­try­ną i jo­gur­tem.

2 Ma­ry­la Ro­do­wicz, Ła­two­pal­ni, z al­bu­mu Tri­bu­te to Agniesz­ka Osiec­ka. Ła­two­pal­ni, Po­ly­Gram Pol­ska 1997.

Spis tre­ści

Roz­dział 1

Get­ta

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl