Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Finałowy tom serii DESTINY!
Liczby, kody, manifestacje – Igor Olechowski przez lata wierzył, że ma wszechświat w garści. Jednak kiedy jego perfekcyjnie zaplanowane życie zaczęło się nagle rozpadać, zrozumiał, że przeznaczenia nie da się oszukać nawet skrupulatnie spisywanymi afirmacjami.
W finałowym starciu z przeszłością stawka jest wyższa niż kiedykolwiek. Rodzinne sekrety, toksyczne układy i walka o prawdę, która może zaboleć bardziej niż kłamstwo.
Pośrodku tego chaosu jest Ola – dziewczyna, która miała być tylko elementem kodu do szczęścia, a stała się całym jego światem.
Czy Igor Olechowski w końcu przestanie obsesyjnie szukać znaków we wszechświecie i odważy się zaufać temu, co czuje? I czy Ola faktycznie jest tą mityczną „Trójką”, która przyniesie mu upragniony spokój?
A może przeznaczenie przygotowało dla nich zupełnie inny scenariusz?
Ostatni tom.
Ostatnia szansa, by naprawić błędy.
I miłość, której nie da się zapisać w żadnym kodzie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 406
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
NINA KACZMARCZYK
Będziesz moją
Trójką
seria DESTINY, TOM III
4HerBooks
© 2026 Nina Kaczmarczyk (4HerBooks)
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemach informatycznych ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i jakimikolwiek środkami elektronicznymi, mechanicznymi, fotokopiowania, nagrywania lub innymi metodami, bez uprzedniej pisemnej zgody autorki.
Korekta i redakcja: Dominika ZakrzewskaSkład i łamanie tekstu: Aneta MazurProjekt okładki: Nina Kaczmarczyk i Aneta Mazur
Wydanie I, 2026Wydanie elektroniczne
ISBN 978-83-980113-0-3
Liczby, kody, manifestacje – Igor Olechowski przez lata wierzył, że ma wszechświat w garści. Jednak kiedy jego perfekcyjnie zaplanowane życie zaczęło się nagle rozpadać, zrozumiał, że przeznaczenia nie da się oszukać nawet skrupulatnie spisywanymi afirmacjami.
W finałowym starciu z przeszłością stawka jest wyższa niż kiedykolwiek. Rodzinne sekrety, toksyczne układy i walka o prawdę, która może zaboleć bardziej niż kłamstwo.
Pośrodku tego chaosu jest Ola – dziewczyna, która miała być tylko elementem kodu do szczęścia, a stała się całym jego światem.
Czy Igor Olechowski w końcu przestanie obsesyjnie szukać znaków we wszechświecie i odważy się zaufać temu, co czuje? I czy Ola faktycznie jest tą mityczną „Trójką”, która przyniesie mu upragniony spokój?
A może przeznaczenie przygotowało dla nich zupełnie inny scenariusz?
Przygotuj się na najbardziej emocjonalne zakończenie serii DESTINY.
Ostatni tom.
Ostatnia szansa, by naprawić błędy.
I miłość, której nie da się zapisać w żadnym kodzie.
Gdy rodzinne tajemnice wychodzą na jaw, a przeszłość uderza z pełną siłą, pozostaje tylko jedno pytanie:
czy miłość wystarczy, by ocalić przyszłość?
Igor
Parkuję samochód na jedynym wolnym miejscu przy czteropiętrowym bloku oznaczonym liczbą dwadzieścia dwa, a następnie opieram głowę o zagłówek fotela i przez krótką chwilę wpatruję się w ten numer.
Czteropiętrowy blok, numer budynku – dwadzieścia dwa, a mój samochód stoi piąty od lewej…
– Nie, kurwa! Stop! Dosyć tego! – wrzeszczę sam do siebie, uderzając pięścią w kierownicę.
Od tylu lat prałem sobie mózg tymi cholernymi cyferkami, że po tym wszystkim, co się stało, aż trudno mi uwierzyć, że naprawdę jak jakiś ostatni idiota wierzyłem w tę ich ukrytą, magiczną moc. Tymczasem okazało się, że ten mój cały kod do wszechświata i wieczne bazgranie afirmacji nie tylko się nie sprawdziło – i to w momencie, kiedy najbardziej tego potrzebowałem – ale też sprowadziło na mnie i wszystkie najbliższe mi osoby mnóstwo okropnych nieszczęść.
Najpierw mój ojciec wkręcił się w romans z Kingą – ówczesną dziewczyną Borysa. Co swego czasu stało się to tak ogromną pożywką dla mediów, że moja matka, czując tę całą presję otoczenia, postanowiła wyrzucić go z domu – chociaż, jak się później okazało – wcale nie miała zamiaru tego robić. W efekcie dziś państwo Jolanta i Roman Olechowscy znów są idealnym, wręcz przykładnym małżeństwem.
Wygląda więc na to, że już nikt, nawet moja młodsza siostra Zuza, zdaje się nie pamiętać, że ten człowiek niecały rok temu o mały włos nie rozwalił własnej rodziny. Ja oczywiście pamiętam, ale niestety moje zdanie w tej sprawie absolutnie nikogo już dziś nie interesuje.
Jeśli natomiast chodzi o moją siostrę, to od dnia, w którym zamknęli Borysa, nie zamieniła ze mną choćby jednego sensownego zdania. Czasami odburknie mi tylko zdawkowe „cześć!” albo przy niedzielnym obiedzie u rodziców wykrzyczy przy stole, że to wszystko, co się wtedy wydarzyło, było wyłącznie moją winą. Potem jeszcze w dobitny sposób oświadczy, jak bardzo mnie za to nienawidzi, i pójdzie do siebie.
Po takiej akcji zwykle zbieramy się z Olą do domu. Nie dość, że i tak nie byłbym już w stanie niczego przełknąć, to z miejsca uderza mnie jeszcze tak potworne poczucie winy, że gdybym tylko mógł, to bez mrugnięcia okiem zamieniłbym się miejscami z Borysem. Niestety nie mam takiej mocy, więc jedyne, co mogę w tej sytuacji zrobić, to regularnie go odwiedzać i przypominać, że ma, do czego i do kogo wracać. Swoją drogą to też wcale nie jest takie proste, bo od tego niefortunnego wypadku, kiedy śmiertelnie potrącił Piotra Konarskiego, jego rodzice całkowicie się go wyrzekli, a Ilona – jego starsza siostra przestała odbierać telefony – nawet ode mnie. Na szczęście moja mama wykazała się wobec Borysa trochę większym zrozumieniem i raz nawet odważyła się towarzyszyć mi, kiedy pojechałem go odwiedzić. Co prawda, niewiele się wtedy odzywał, ale w jego zgaszonych błękitnych źrenicach po raz pierwszy od bardzo dawna dostrzegłem wtedy namiastkę radości.
Zakładam kaptur na głowę, bo dziś już od samego rana leje jak z cebra – co niby nie jest to niczym nadzwyczajnym jak na koniec października – ale i tak nie zmienia faktu, że ciężko jest mi się polubić z tym wiecznie padającym jesiennym deszczem. Następnie wybiegam z samochodu i czym prędzej wpadam do budynku.
Po drodze na drugie piętro jeszcze raz dokładnie analizuję w głowie wszystkie „za” i „przeciw” odnośnie do pomysłu, jaki kilka dni temu wpadł mi do głowy. Tak, jak zakładałem, ostatecznie znów wygrywa „za”, więc zatrzymuję się pod drzwiami mieszkania, w którym do tej pory byłem tylko raz – i to po porządnej dawce alkoholu – a następnie naciskam dzwonek.
Drzwi otwierają się już po kilku sekundach oczekiwania, a zaraz potem wita mnie rozwścieczone do granic możliwości spojrzenie starannie obrysowanych czarnym eyelinerem orzechowych oczu.
– Nie wierzę! Szanowny Igor Olechowski?! – Dziewczyna prycha na mój widok i w ostentacyjny sposób krzyżuje ramiona na piersi. – Czym ja sobie zasłużyłam na PAŃSKIE odwiedziny?
No tak… Czego ja się, do cholery jasnej spodziewałem? Że po tym, jak potraktowałem ją ostatnim razem, rozwinie mi pod stopami czerwony dywan i będzie na mój widok klaskała z radości?
Hmm, jak widać – nie tym razem.
Jednak mimo tej niezbyt obiecującej reakcji biorę głęboki wdech i zbieram w sobie wszystkie możliwe siły, aby przynajmniej spróbować się z nią jakoś dogadać. To jedyna dziewczyna z mojego otoczenia, która mogłaby mi pomóc w pewnej sprawie, a poza tym… świetnie się zna na tego typu robocie.
– Cześć, Angela! – mamroczę niepewnie, przygryzając przy tym dolną wargę.
Brunetka wciąż nie przestaje mnie mierzyć tym swoim wściekłym spojrzeniem, ale w jej oczach maluje się teraz cień zaciekawienia.
Zauważam, że jej usta są nieco mniej napompowane niż podczas naszego ostatniego spotkania, a czarny golf, który ma na sobie, zakrywa dodatkowo tę porażającą ilość silikonu, który wiecznie wylewał się z jej dekoltu.
– Czego chcesz?! – odzywa się z tak wyraźną niechęcią w głosie, że zaczynam się już szczerze zastanawiać, czy nie lepiej byłoby jednak odpuścić i poszukać pomocy gdzie indziej.
Tylko niby gdzie?
– Mogę wejść? – dopytuję, wskazując dłonią wnętrze jej mieszkania. – Wolałbym nie rozmawiać o tym tutaj.
– Nie no, nie wierzę! – Angela zaciska na chwilę powieki i kręci głową. – Ty naprawdę masz tupet! – wyrzuca z siebie, wymierzając we mnie palec. – Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?! I kim ty niby jesteś, żeby zjawiać się tu po roku z cholera wie jakiego powodu i…
– Mam dla ciebie pewną propozycję! – wchodzę jej ostro w słowo, ale kiedy dociera do mnie, że zabrzmiało to dość kiepsko, biorąc pod uwagę naszą pokręconą znajomość, od razu się poprawiam: – To znaczy chciałbym, żebyś coś dla mnie zrobiła.
Brwi Angeli unoszą się wysoko w górę.
– Ty chyba żartujesz?! – Dziewczyna wybucha ironicznym śmiechem. – Po tym, jak mnie wykorzystałeś i upokorzyłeś, masz czelność tu przychodzić i oczekiwać, że będę chciała spełniać jakieś twoje zachcianki?!
Szlag! Wygląda więc na to, że będzie o wiele trudniej niż mi się wydawało.
– Zapłacę – informuję zdecydowanym tonem, używając już przy tym ostatniego argumentu, jaki mi pozostał.
Wyraz twarzy dziewczyny momentalnie się zmienia.
– Ile? – pyta, mrużąc dociekliwie oczy.
Hmm, czyli jednak nie wszystko jeszcze stracone – myślę, a zaraz potem oświadczam stanowczym tonem:
– Tyle, ile będzie trzeba. Ale pod warunkiem, że przez pewien czas będę cię miał na wyłączność.
Na ustach Angeli pojawia się nagle chytry uśmieszek.
– A co to konkretnie oznacza? – dopytuje, nie kryjąc już nawet swojego zainteresowania.
Odchrząkuję, zasłaniając usta dłonią.
– Że przez jakiś czas nie będziesz mogła bywać w klubach ani spotykać się z żadnym facetem – informuję na jednym wydechu.
Dziewczyna z miejsca robi taką minę, jakbym właśnie zaproponował jej spontaniczny wypad na Marsa – i to najlepiej jeszcze dziś.
– Żadnym oprócz ciebie? – docieka jeszcze, mrużąc przy tym oczy.
Jezu! Naprawdę musiałem mieć zjebaną opinię, skoro pierwsze, o czym pomyślała, to propozycja tajnych schadzek za plecami mojej dziewczyny.
– Nie, chodzi o kogoś zupełnie innego – zaprzeczam, kręcąc gwałtownie głową. – To jak, mogę wejść?
Angela jeszcze przez krótką chwilę mierzy mnie tym swoim wściekłym wzrokiem, ale w końcu otwiera szerzej drzwi i gestem dłoni zaprasza mnie do środka.
Jakąś godzinę później wsiadam z powrotem do swojego Audi. Nie tylko udało mi się obgadać z Angelą najważniejsze podpunkty naszej umowy, ale też ustaliłem z nią wstępny plan działania. Jeśli więc wszystko pójdzie po mojej myśli, to już za kilka tygodni Ola będzie wreszcie mogła uwolnić się od tych wszystkich niesprawiedliwych zarzutów, przez które odwrócili się od niej rodzice. A ja? Cóż… odhaczę kolejny punkt na mojej liście rzeczy do zrobienia. Pozostały na niej jeszcze tylko dwie pozycje, ale za to najbardziej istotne ze wszystkich.
Pierwszy punkt: dopilnować, aby Borys nie nabawił się za kratami jakiegoś załamania psychicznego i wrócił do nas w jednym kawałku, a drugi…
Dokładnie w momencie, kiedy już zaczynam go analizować, po wnętrzu samochodu rozchodzą się nagle gitarowe riffy „Smells Like Teen Spirit” Nirvany. Wyciągam więc komórkę z kieszeni i bez większego zainteresowania zerkam na wyświetlacz. Kiedy jednak moim oczom ukazuje się kontakt zapisany jako DETEKTYW, od razu przesuwam palcem po zielonej słuchawce.
– Masz coś?! – rzucam z przejęciem do telefonu, darując sobie przy tym jakiekolwiek powitanie.
– Mam – odpowiada z przekonaniem właściciel niskiego, głębokiego głosu. – Ale jest tego naprawdę sporo.
Sporo? Co to ma, do cholery jasnej, oznaczać?
– To znaczy? – dopytuję, marszcząc brwi.
– Słuchaj, Igor… – zaczyna nerwowym i jednocześnie niepewnym głosem, przez co łapię się na tym, że nieświadomie zaciskam palce na komórce tak mocno, że aż bieleją mi knykcie. – Ta Lidka Sadowska, a raczej Lucyna Staszewska… Ona, hmm… – urywa nagle w połowie zdania, po czym odchrząkuje do słuchawki i rzuca: – Masz może teraz chwilę? Bo to raczej nie jest rozmowa na telefon.
Słucham? Niby co takiego odkrył ten facet, że aż nie może mu to przejść przez gardło?
Zerkam w pośpiechu na złotego Rolexa na lewym nadgarstku i upewniwszy się, że do rozpoczęcia wieczornych zdjęć zostało mi wystarczająco dużo czasu, aby zrobić sobie po drodze niezapowiedziany przystanek, rzucam do telefonu:
– Będę za piętnaście minut.
Igor
Trzy tygodnie później
Zaciągam się już czwartym z rzędu papierosem i przysięgam, że nie mam pojęcia, jak w ogóle ludzie mogą palić to gówno. Następnie rzucam niedopałek na ziemię, przydeptuję go butem i ukradkowo odwracam głowę w stronę biegnącej chodnikiem szczupłej, młodej blondynki. Nawet z odległości tych kilku metrów, które wciąż nas dzielą, dostrzegam, że jej twarz jest nienaturalnie blada. Włosy ma związane w niechlujny kucyk, a wokół jej zaczerwienionych oczu i na policzkach wyraźnie odznaczają się mokre ślady. Chowam się za ścianą pobliskiego budynku, zakładam kaptur na głowę i czekam na odpowiedni moment.
– No, chyba nie myślałaś, że tak łatwo się mnie pozbędziesz?! – prycham triumfalnie, kiedy dziewczyna jest już na tyle blisko, że mogę wreszcie bez problemu zacisnąć dłoń na jej ramieniu.
Blondynka najpierw wytrzeszcza na mnie swoje szmaragdowo-błękitne tęczówki, jakby wciąż nie dowierzała, że ma do czynienia ze swoim największym prześladowcą. Kiedy jednak wreszcie dociera do niej, w jakim znalazła się położeniu, jej ciało nieruchomieje z przerażenia dosłownie w jedną sekundę.
– Błagam… – zaczyna piskliwym głosem, usiłując cofnąć się na bezpieczną odległość, ale ja wtedy przyciskam prawą dłoń do jej ust, aby skutecznie ją uciszyć, a drugą ręką zaciągam ją na tył budynku.
Dziewczyna w panice zaczyna się szamotać, więc jeszcze mocniej zaciskam dłoń na jej ramieniu, aby ją unieruchomić. W tym momencie dostaję siarczystego kopniaka prosto w łydkę.
Szlag! Nieświadomie puszczam jej rękę i odskakuję w bok.
– Stop! Stop! Stop! – woła zmęczonym głosem reżyser tego psychologicznego thrillera, w którym przyszło mi odgrywać rolę bezdusznego stalkera. – Igor, wszystko z tobą okej?
Wykrzywiam usta w grymasie bólu i zaczynam rozmasowywać obolałą łydkę.
– Taa… – mamroczę od niechcenia. – Tylko nie spodziewałem się aż tak mocnego kopnięcia. Sorry! – Oglądam się na reżysera i wykonuję przepraszający gest dłonią.
To kolejny raz – już nawet nie wiem, który – kiedy zawaliłem jakąś scenę.
Blondynka, która jeszcze kilka minut temu odgrywała rolę mojej ofiary, natychmiast do mnie doskakuje i z troską w głosie przeprasza.
– Spoko, Oliwia – uspokajam ją. – To nie pierwszy raz, kiedy zarobiłem siniaka. Przeżyję.
Dziewczyna reaguje tylko nerwowym uśmiechem, ale to akurat w ogóle mnie nie dziwi. Pracujemy ze sobą już ponad miesiąc, a ja poza jej imieniem nie wiem o niej kompletnie nic. Nie to, żeby jakoś szczególnie mi na tym zależało, jednak kiedy przychodzi nam zagrać bardziej wymagającą scenę, za nic w świecie nie potrafię się z nią porozumieć. Niestety tym razem to ja zawaliłem, podobnie zresztą jak poprzednim, i jeszcze wcześniejszym, i tak do tej chwili.
– Igor… – kierownik planu, Michał Bojarski, rusza w moim kierunku z udręczoną i zasępioną miną.
Prostuję plecy i odwracam się w jego stronę.
– Coś się stało? – dopytuje, stając obok mnie. – Jesteś dzisiaj jakiś nieobecny.
Odchrząkuję nerwowo i nieświadomie drapię się w tył głowy.
– Mam… – Mrużę oczy w zastanowieniu. – Mam ostatnio trochę problemów i…
– Niech zgadnę. – Facet wchodzi mi w słowo, zanim w ogóle zacznę się usprawiedliwiać: – Z kobietą?
Zaciskam usta w wąską kreskę i biorę głęboki wdech, aby nie pozwolić mu wyprowadzić się z równowagi.
Moja towarzyszka Oliwia udaje się właśnie do swojej przyczepy na nieplanowaną przerwę.
– Nie, to zupełnie nie to – odpowiadam, starając się zabrzmieć możliwie najbardziej szczerze.
Prawda jest jednak taka, że Bojarski trafił w dziesiątkę. Mam problem z kobietą, tylko że nie z moją dziewczyną, a z Lidką – managerką, która, no cóż…
Przecież sama mi kiedyś wyznała, że wiele lat temu była świadkiem, jak na jej oczach umierał człowiek i że nawet przez krótką chwilę nie przyszło jej wtedy do głowy, by sprowadzić do niego pomoc. Nie wspomniała tylko, że miała wtedy zaledwie szesnaście lat, a tym człowiekiem był jej ojciec.
Kurwa! Jak ja po czymś takim mam się teraz skupić na robocie?
– Jeśli jest bardzo źle, to tę scenę możemy nakręcić jutro – proponuje Bojarski, poklepując mnie pocieszająco po ramieniu.
– Co? Nie, dam radę.
– Daj spokój! – Facet wydaje z siebie pełen rezygnacji świst. – Wszyscy jesteśmy już cholernie zmęczeni i potrzebujemy odpoczynku – oświadcza, po czym znów przeciera ręką czoło. – A poza tym szczerze wątpię, żebyś miał teraz ochotę na kolejną fajkę.
Zaciskam powieki i odwracam głowę z taką odrazą, jakby od samego widoku paczki papierosów zbierało mi się na wymioty. I właściwie to nie jest zbyt wielką przesadą, bo rzeczywiście zaczynam odczuwać w żołądku nieprzyjemne skurcze.
– Możesz mi powiedzieć, dlaczego ten pieprzony prześladowca musi tyle jarać?! – wyrzucam ze wstrętem w głosie, jednocześnie sprawdzając końcem języka stan własnego podniebienia.
Dym, tytoń i smoła – myślę – szlag! Ola na pewno będzie zachwycona.
– Bo się stresuje – odpowiada mi Bojarski z wyraźnym rozbawieniem.
Następnie odwraca się do chłopaków z ekipy i każe im zwijać sprzęt.
– Ty też byś się stresował, gdybyś był prawdziwym stalkerem, a nie tylko go odgrywał.
– Na szczęście jeszcze trochę i go zamkną – burczę z niesmakiem.
Bojarski reaguje na te słowa głośnym śmiechem.
– Obawiam się, że do tego czasu będziesz jeszcze musiał wypalić kilka, jak nie kilkanaście paczek fajek – oświadcza, klepiąc mnie w ramię z udawanym współczuciem.
Wykrzywiam usta z obrzydzeniem i pokazuję mu środkowy palec.
– Świetnie, kurwa! Wprost nie mogę się tego doczekać!
* * *
Kiedy wchodzę do mieszkania, jest grubo po dwudziestej drugiej, ale mimo późnej godziny już od wejścia wita mnie zapach pieczonego mięsa i warzyw. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że ostatnim posiłkiem, jaki miałem dziś w ustach, była owsianka z orzechami mniej więcej o ósmej trzydzieści rano. W pośpiechu ściągam kurtkę i buty, po czym od razu wpadam do kuchni, gdzie jak każdego wieczoru od ponad ośmiu miesięcy czeka na mnie Ola.
Decyzję o jej przeprowadzce podjęliśmy spontanicznie po jej studniówce. To chyba jedyna dobra rzecz, jaka wynikła z tamtego okresu. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby nie było jej tu teraz ze mną. Mogę się tylko domyślać, że najprawdopodobniej to samo, co robiłem przez pierwsze dwa miesiące po wypadku, w którym zginął Piotr Konarski: całymi dniami leżałbym w łóżku i zachlewał się whisky prosto z butelki. Ola na szczęście była na tyle silna i wyrozumiała, że nie odpuszczała. W końcu udało się jej postawić mnie do pionu. Ciągle jednak zdarzają mi się słabsze momenty, kiedy po prostu potrzebuję posiedzieć sam ze sobą i porządnie się zalać.
– Cześć, kochanie! Jak ci minął dzień? – rzucam od progu w stronę kuchni, a następnie wchodzę do wnętrza i całuję Olę w policzek.
Dziewczyna przywiera plecami do oparcia krzesła i wydaje z siebie zduszony jęk.
– Jestem padnięta – wyznaje wyraźnie zmęczonym głosem, po czym podchodzi do kuchennego blatu i zaczyna nakładać jedzenie na talerze.
– Wróciłam z uczelni dopiero po szesnastej, a później wypadły mi jeszcze nieplanowane korepetycje, bo jedna dziewczyna musiała przenieść na dzisiaj zajęcia z piątku. Na dodatek nie zrobiliśmy zakupów, więc podjechałam jeszcze po coś do jedzenia i…
– Ćśś… – Kładę palec na jej ustach, przejmuję łyżkę, a następnie prowadzę dziewczynę z powrotem do stołu.
– Usiądź, ja się tym zajmę – oświadczam, puszczając do niej oko.
– Wyjątkowo nie mam dzisiaj siły, żeby się z tobą spierać, więc chętnie ci na to pozwolę – wzdycha, po czym układa ramiona na blacie i opiera na nich głowę.
Jest już wykąpana i ubrana w piżamę. Włosy ma splecione na czubku głowy w coś, co przypomina kok wykonany przez pięcioletnie dziecko. Uwielbiam ją w takim zwyczajnym, domowym wydaniu, ale coraz bardziej niepokoi mnie fakt, że ona naprawdę nie ma na nic czasu. Dzienne studia pochłaniają jej całe dnie, a potem jeszcze nauka i te korki z angielskiego, przy których ciągle się upiera, chociaż mamy przecież dość pieniędzy, żeby mogła je sobie odpuścić. Do tego fundacja Promyk Nadziei w co drugą sobotę i jeszcze zajmowanie się domem…
Nakładam jedzenie na dwa talerze i wracam do stołu.
– Nawet nie wiem, czy w ogóle jestem głodna – mamrocze Ola na widok swojej porcji.
Siadam naprzeciwko niej i sięgam po widelec.
– Oczywiście, że jesteś – oświadczam stanowczym tonem, kiwając palcem w stronę jej talerza. – Nie wstaniesz od stołu, dopóki tego nie zjesz.
Dziewczyna parska z rozbawieniem.
– Tak jest, tato! – rzuca bez zastanowienia, ale kiedy tylko to ostatnie słowo opuszcza jej usta, natychmiast poważnieje.
Sytuacja dotycząca jej rodziców ciągle jest dla nas ciężkim tematem. I choć Ola zwykle w ogóle o nich nie mówi, jestem pewien, że bardzo cierpi z tego powodu. Zauważam to szczególnie wtedy, kiedy idziemy z wizytą do moich rodziców – co, tak na marginesie, dla mnie też jest prawdziwą torturą, bo muszę naprawdę nieźle się wysilać, żeby nie rzucić się na swojego ojca z łapami.
– Brakuje ci ich, prawda? – bardziej stwierdzam, niż pytam, a następnie zatapiam widelec w kawałku pieczonej marchewki.
Ola wzrusza nerwowo ramionami.
– Nie wiem, czy może mi brakować kogoś, kogo tak naprawdę nigdy nie było w moim życiu – wydusza sucho. – Ale chciałabym, żeby wiedzieli, że ich wtedy nie okłamałam.
Uwierzą – myślę – i jeszcze cię za to przeproszą.
– A co, gdybym ci powiedział, że właśnie nad tym pracuję? – mówię.
Moja dziewczyna momentalnie podnosi na mnie zaskoczony wzrok.
– Pracujesz… nad tym? – powtarza z taką miną, jakby w ogóle nie wierzyła w to, co słyszy.
– Przecież obiecałem ci, że to załatwię – oświadczam, posyłając jej delikatny uśmiech.
Ola opuszcza wzrok na talerz i z rezygnacją zaczyna kręcić głową.
– Nie masz pojęcia, o czym mówisz – wydusza cicho. – W oczach mojego ojca Marek Majewski jest jakimś pieprzonym bogiem. A na dodatek gejem, który nigdy w życiu nie dopuściłby się tak ohydnego czynu.
– Skarbie… – Łapię jej rękę i ściskam w uspokajającym geście. – Zaufaj mi, już niedługo udowodnimy, jak bardzo się mylą.
Powodu, dla którego zależy mi na tym właśnie teraz, Ola nie musi jeszcze poznawać. Może zdecyduję się powiedzieć jej to na kilka dni przed samym wydarzeniem, ale tylko pod warunkiem, że jej rodzice postanowią wyciągnąć do niej dłoń na zgodę. W przeciwnym razie nigdy nawet nie wspomnę o moich planach, bo już teraz wiem, jak bardzo by ją to złamało.
– I jest jeszcze coś… – odzywam się na tyle stanowczym głosem, żeby Ola skupiła na mnie całą swoją uwagę.
Działa. Dziewczyna od razu unosi wzrok.
– Coś się stało? – pyta tak poruszonym tonem, jakby spodziewała się jakiegoś kataklizmu.
– Nie. Choć właściwie to chyba trochę tak – stwierdzam po chwili zastanowienia.
Ola zaczyna nerwowo pocierać dłońmi swoje ramiona.
– Wiem, że podejmowaliśmy ten temat kilka razy, a ty zawsze konsekwentnie ucinałaś rozmowę, ale tak dłużej być nie może! – rzucam ostro i unoszę palec, aby ją uciszyć, bo oczywiście domyśla się już, o czym mówię, i jak zwykle zamierza protestować.
– Ale…
– Żadnego „ale”! – wtrącam tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Od poniedziałku zatrudniamy gosposię. Koniec. Kropka.
– Pff! Co za cholerny dyktator! – mamrocze pod nosem, robiąc wkurzoną minę.
Parskam niekontrolowanym śmiechem.
– Będziesz miała więcej czasu na naukę, no i… dla mnie – wyszczerzam się w triumfalnym uśmieszku.
Ola już zamierza coś odpowiedzieć, ale w tym samym momencie jej komórka odzywa się nagle charakterystycznym piknięciem, a zaraz potem przychodzi pięć kolejnych wiadomości.
– Wszystko okej? – pytam, kiedy moja dziewczyna wczytuje się w otrzymane treści i zupełnie przypadkowo zerkam na cyfrowy zegar zawieszony na ścianie.
Jest dokładnie dwudziesta trzecia zero trzy.
Dwie trójki, czyli…
Nie no, cholera jasna! Czy to się kiedykolwiek skończy?!
– Igorkuuu… – Przesadnie milutki ton głosu mojej dziewczyny wyrywa mnie nagle z rozmyślań.
Od razu przenoszę na nią podejrzliwy wzrok i zauważam, że kąciki jej ust są wygięte w nienaturalnym uśmiechu, oczy przypominają spojrzenie kota ze Shreka, a dłonie są splecione w błagalnym geście.
Hmm… pytać, o co chodzi, czy od razu wiać?
– No, wyrzuć to z siebie – zachęcam, wskazując komórkę leżącą tuż obok jej dłoni dokładnie w tym samym momencie, kiedy przychodzi kolejny SMS.
– No więc… – zaczyna, po czym jeszcze raz szeroko się uśmiecha. – Mój kuzyn Szymon przyjeżdża w przyszły piątek do Warszawy na jakiś koncert i pyta, czy mógłby zatrzymać się u nas na weekend – wyrzuca z siebie niemal na jednym wydechu. – Prawda, że może zostać?
Kurwa! Jeszcze tylko tego gburowatego metalowca brakowało mi teraz do szczęścia.
– To ten koncert ma trwać aż trzy dni, że musi zostawać u nas na cały weekend? – wypalam bez zastanowienia, ale natychmiast gryzę się w język, bo rozwścieczony wzrok mojej dziewczyny niemal wywierca mi w czole wielką dziurę. – No dobra już, dobra – dodaję i macham uspokajająco ręką. – Jakoś z nim wytrzymam pod jednym dachem.
W jej oczach od razu rozbłyskują dwie wesołe iskierki.
– A sam przyjeżdża czy z tą swoją laską? – pytam, bo z tego, co opowiadała Ola, ten gbur poznał jakąś pannę na jej studniówce i podobno około dwa tygodnie temu się do niego wprowadziła.
– No właśnie, sam…
Ola marszczy w zastanowieniu brwi.
– Spoko, wyjdzie im to na dobre. W końcu dwie noce z dala od siebie jeszcze nikomu nie zaszkodziły – stwierdzam, po czym znów zabieram się do jedzenia.
– Właściwie to trzy, bo Szymon wraca do domu dopiero w poniedziałek – informuje Ola, wyszczerzając zęby w niepewnym uśmieszku.
Jasna cholera! Jak ja kiedykolwiek mogłem myśleć, że trójka jest szczęśliwą liczbą?
Igor
– Dobra, mamy to. Na dzisiaj koniec! – informuje głośno Bojarski, przecierając ręką wyraźnie już zmęczoną twarz.
Na te słowa wśród całej ekipy, łącznie z drugim reżyserem, od razu zaczyna panować pełne entuzjazmu poruszenie.
– I błagam... – mówiąc to, mężczyzna składa ręce jak do modlitwy. – Postarajcie się do poniedziałku porządnie wypocząć. Ostatnio coś bardzo niedobrego dzieje się z waszą koncentracją i zaczynam poważnie się obawiać, że jeśli tak dalej pójdzie, to za nic w świecie nie przyklepiemy tego do świąt. Nie wspominając już nawet o tym, że według oryginalnego planu wszystkie zdjęcia miały być ostatecznie zakończone przed końcem października.
Entuzjastyczne szepty natychmiast cichną, a zaraz potem w tle zaczynają się rozchodzić pierwsze pomruki niezadowolenia.
– Jasne, zrobimy, co się da – mamroczę, zerkając niepewnie na Oliwię, mój filmowy obiekt chorej obsesji.
Dziewczyna tylko kiwa bez przekonania głową.
Oboje wiemy, a raczej ja wiem, że ona wie, że efekty pracy przy tej produkcji wychodzą nam dość marnie, i to głównie z mojej winy. Jednak po tym wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku miesięcy, najchętniej odciąłbym się od świata show-biznesu i poleciał na długie wakacje do miejsca, w którym wreszcie mógłbym w spokoju pozbierać myśli.
Żegnam się pobieżnie z ekipą filmową i na koniec zapewniam jeszcze Bojarskiego, że jutro rano stawię się na planie w pełnej dyspozycji. Następnie wyciągam komórkę z kieszeni, wybieram numer Lidki i kieruję się na parking.
– Co jest?! – rzuca kąśliwie do telefonu, jakbym właśnie przeszkodził jej w oglądaniu ulubionego serialu.
Szczerze mówiąc, dopiero teraz uświadamiam sobie, że ja nawet nie mam pojęcia, co lubi oglądać, czego słucha, w jakich miejscach bywa i co jada. Nic. Nie wiem o niej absolutnie nic.
– Masz chwilę? Musimy porozmawiać – mówię równie sucho, jak moja managerka.
W głośniku telefonu natychmiast rozchodzi się pełne irytacji westchnięcie.
– Planowałam właśnie iść na basen.
Na basen? Czyli lubi pływać.
– W takim razie będziesz musiała to odłożyć – wtrącam twardo, ale w tym samym momencie Lidka wybucha głośnym, wrednym śmiechem.
– A od kiedy to masz prawo do tego, żeby mi rozkazywać? – wyrzuca z siebie takim tonem, jakbym powiedział coś kompletnie absurdalnego.
– Odkąd dowiedziałem się kilku bardzo ciekawych faktów z twojej przeszłości – informuję, starając się zabrzmieć ostro, choć przyznaję, że przez te ostatnie trzy tygodnie, kiedy akurat wybrała się gdzieś na nieplanowany urlop, moje emocje zdążyły już trochę opaść.
W słuchawce zapada nagle długa, niezręczna cisza.
– S… skąd? Skąd i… czego się dowiedziałeś? – Jej głos teraz wyraźnie drży, a cała pewność siebie, jaką jeszcze przed chwilą emanowała na odległość, ulatuje nagle niczym przebity balonik.
– To nie jest rozmowa na telefon – stwierdzam krótko. – Więc jak, znajdziesz dla mnie kilka minut, żeby to obgadać?
Po moich słowach znów zapada chwilowa cisza.
– Okej, niech będzie – wydusza tak cicho, że ledwie ją słyszę. – Mogę być u ciebie najpóźniej za dwadzieścia minut.
– Odpada! – wtrącam stanowczym tonem. – Jakąś godzinę temu Ola wróciła z uczelni, a ja nie mam zamiaru poruszać przy niej tematów, które łączą się bezpośrednio z tym parszywym skurwielem, Markiem Majewskim.
– No tak… – przyznaje szeptem kobieta. – Co w takim razie proponujesz?
Najbardziej oczywistym rozwiązaniem w tej sytuacji byłoby spotkanie u Lidki, tyle że ona nigdy mnie do siebie nie zaprosiła.
– Kawa w Nowomiejskiej? – proponuję więc.
To właściwie jedyna kawiarnia w Śródmieściu, jaką znam, gdzie bardzo ceni się prywatność klienta. Dzięki temu można spokojnie i bez skrępowania porozmawiać nawet na najbardziej niewygodne tematy.
– Okej, będę tam za mniej więcej pół godziny – odburkuje szybko Lidka, po czym od razu się rozłącza.
* * *
Dojazd do Nowomiejskiej zajął mi niecałe trzydzieści pięć minut. Biorąc pod uwagę warunki pogodowe, okazało się to całkiem niezłym wyczynem. Jakoś w połowie drogi zaczął nagle padać tak ulewny deszcz, że wycieraczki mojego Audi ledwie radziły sobie z nadmiarem wody, a do tego jeszcze porządnie się rozwiało. Deszczowy i zwykle ponury listopad nigdy nie należał do moich ulubionych miesięcy, ale w tym roku – choć był dopiero piętnasty – zdążył mnie już tak bardzo zmęczyć tymi niekończącymi się ulewami, że kolejny raz dzisiejszego dnia zamarzyłem o długich wakacjach w tropikach.
Parkuję samochód możliwie najbliżej wejścia głównego do kawiarni, a następnie naciągam kaptur na głowę i wybiegam na zewnątrz. Kilka zimnych jak lód kropli deszczu od razu ląduje na moich dłoniach i czole. Ale dopiero kiedy tuż przy samych schodkach prowadzących do kawiarni wpadam prawą stopą w sam środek głębokiej do kostki kałuży, mam już, kurwa, naprawdę szczerze dość tego całego gówna. To właśnie dlatego, oprócz niespodzianki, którą przygotowałem dla Oli na urodziny i która – mam wielką nadzieję, że się jej spodoba – postanawiam w tej chwili, że najbliższe święta spędzimy we dwoje w jakichś ciepłych krajach. No, chyba że moja niespodzianka okaże się totalnym niewypałem, to wtedy najprawdopodobniej już nigdzie razem nie pojedziemy.
Klnąc pod nosem, wytrzepuję z buta resztkę zalegającej wody, a następnie na maksymalnym przyspieszeniu dopadam klamki do drzwi, po czym z przemoczoną stopą i – jak mi się wydaje – wyraźnym wkurwem na twarzy rozglądam się po wnętrzu kawiarni w poszukiwaniu mojej managerki.
Na szczęście zauważam ją już po kilku sekundach. Okazuje się, że siedzi w najbardziej oddalonym i nieco zaciemnionym rogu pomieszczenia, dzięki czemu nie powinniśmy mieć problemu z zachowaniem prywatności.
– Cześć! – witam ją zdawkowo, przywołując ręką i tak zbliżającego się już w naszym kierunku młodego kelnera w śnieżnobiałej koszuli oraz purpurowej muszce pod szyją.
Facet rzuca mi wyczekujące spojrzenie, więc aby nie tracić nawet minuty z mojego cennego czasu, zerkam tylko pobieżnie w menu, po czym zamawiam americano z cukrem dla siebie i duże cappuccino z cynamonem dla Lidki.
– Skąd wiedziałeś, że chcę cappuccino? – odzywa się moja managerka, kiedy kelner jest już w drodze do baru.
Zawieszam kurtkę na oparciu krzesła, siadam naprzeciwko niej, wzruszam obojętnie ramionami i odpowiadam:
– Nie wiedziałem. Po prostu wybrałem pierwszą lepszą kawę z karty menu – wypalam bez zastanowienia.
Lidka unosi brwi w nieco przerysowanym zdumieniu.
– No co? – dopytuję, prostując się na siedzeniu, i obrzucam ją skonfundowanym wzrokiem. – W końcu znam cię na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że gdyby nie odpowiadało ci to, co zamówiłem, to od razu byś się odezwała – wypowiadam sugestywnym tonem.
Kobieta w odpowiedzi wywraca tylko nerwowo oczami, a zaraz potem zaczyna niespokojnie pocierać swoje ramiona.
– A może się mylę? Może wcale nie znam cię tak dobrze, jak mi się wydawało? – dopytuję po dłuższej chwili milczenia.
Moja managerka momentalnie zamiera z palcami zaciśniętymi na wątłych ramionach.
– Jak dużo wiesz i od kogo? – wyrzuca w końcu z siebie w taki sposób, jakby cała sprawa zdążyła ją już porządnie znudzić.
Jestem jednak przekonany, że wcale nie jest jej to obojętne, tym bardziej że dowiedziałem się czegoś, o czym zapewne nigdy w życiu nie miała zamiaru mi opowiedzieć.
– Wiem, że człowiek, który umierał na twoich oczach, był twoim ojcem – informuję, ściszając głos do minimum, bo kątem oka zauważam, że w naszym kierunku ponownie zbliża się kelner z parującymi kubkami.
Lidka odchrząkuje nerwowo pod nosem, a dosłownie ułamek sekundy później znów przybiera tę swoją oschłą, kamienną minę i dziękuje kelnerowi za kawę. Również kiwam mu w podziękowaniu głową, po czym od razu upijam duży łyk, bo niczego tak bardzo teraz nie potrzebuję, jak właśnie kofeiny.
– No to gratulacje! – Sarkazm w głosie mojej managerki daje mi już teraz jasno do zrozumienia, że stresuje się tym wszystkim dużo bardziej, niż chciałaby to przyznać przed samą sobą. – Rozumiem, że wiesz też, na jakim stanowisku pracował? – dopytuje, robiąc taką minę, jakby w ogóle jej to nie obchodziło, choć oboje przecież wiemy, że wcale tak nie jest.
Kiwam potwierdzająco głową.
– Twój ojciec, Stanisław Staszewski był wtedy szanowanym komendantem policji w Lubartowie, niewielkim mieście w województwie lubelskim – odpowiadam bez najmniejszego zająknięcia. – Wiem też, że byłaś jedynaczką, a twoja mama zmarła podczas operacji serca, kiedy miałaś dwanaście lat – dodaję, na co Lidka potakuje głową z udawanym uznaniem.
– I to wszystko? – komentuje ze stoickim spokojem, upijając przy tym niewielki łyk kawy. – Ja na twoim miejscu byłabym rozczarowana, gdybym musiała zapłacić jakiemuś beznadziejnemu kretowi za tak bezużyteczne informacje.
Nie mam pojęcia, w jaki sposób wypracowała w sobie ten rodzaj obojętności, ale trzeba przyznać, że w ukrywaniu prawdziwych emocji jest naprawdę świetna.
W odpowiedzi wyciągam swój telefon z kieszeni, otwieram e-mail od mojego detektywa, w którym znajdują się wszystkie zebrane informacje na temat jej przeszłości. Następnie odwracam ekran w jej stronę i stukam w tę jego część, na której widnieje wyodrębniony tłustym drukiem podpunkt numer cztery.
Zauważam, że na widok tego, co znajduje się na wyświetlaczu mojej komórki, do kącików oczu Lidki zaczynają napływać łzy, a skóra jej twarzy blednie nagle w zastraszającym tempie.
– Kurwa, Igor! Nie miałeś prawa… – mamrocze w osłupieniu, wciąż nie odrywając wzroku od ekranu telefonu.
– Być może – rzucam krótko, bez cienia wyrzutów sumienia w głosie.
Lidka posyła mi teraz mordercze spojrzenie.
– Ale możesz mi, do cholery jasnej, wytłumaczyć, jak w ogóle doszło do tego, że przez te wszystkie lata non stop robiłaś mi wyrzuty z powodu dzieciaka, który nawet nie był mój, i kazałaś się z tego tłumaczyć przed dziennikarzami, a sama nigdy słowem nie wspomniałaś o tym, że też masz dziecko?!
Moja managerka zaciska mocno powieki i wydaje z siebie głośny świst przypominający lament zwierzyny złapanej w sidła.
– Nie mam dziecka – oświadcza w końcu po dłuższej chwili milczenia.
Wygaszam ekran swojej komórki, po czym ponownie chowam ją do kieszeni i mrużę oczy w zastanowieniu.
– Jak to nie masz? – dopytuję ostrożnie. – Czy ono… Czy ono nie żyje?
Lidka w odpowiedzi krzyżuje ramiona na piersi i prycha pod nosem z niezadowoleniem.
– Nie wiem – syczy przez zaciśnięte zęby, wbijając we mnie rozwścieczony wzrok. – Nie mam pojęcia, co się z nią stało, i dla twojej wiadomości: wcale mnie to nie obchodzi! Jeszcze coś?!
Kurwa! Zatyka mnie. Dosłownie mnie zatyka. To chyba pierwszy raz, odkąd poznałem tę kobietę, kiedy czuję do niej totalne obrzydzenie.
– Czyli, to była dziewczynka...? – szepczę oszołomiony.
– Tak mi powiedzieli zaraz po porodzie, kiedy ją zabierali – wypowiada tak obojętnym tonem, jakby mówiła o zwierzaku domowym swojej sąsiadki. – Nie widziałam jej, ale przecież nie mieli powodu, żeby kłamać co do jej płci.
– Oddałaś ją?! – wchodzę jej ostro w słowo, bo nie jestem już w stanie dłużej tego słuchać.
Mam wrażenie, jakbym rozmawiał z kompletnie obcą osobą. Na dodatek taką, której szczerze nienawidzę.
– To było dwadzieścia lat temu, Igor! Miałam wtedy niecałe siedemnaście lat – odpiera takim tonem, jakby to miało cokolwiek tłumaczyć. – Poza tym mieszkałam już wtedy z moją ciotką, która, krótko mówiąc, tonęła w długach. Ci ludzie spłacili wszystko, co do grosza, w ciągu doby i obiecali zapewnić dziecku dobrą opiekę. Zrobiłam to, co należało zrobić – dodaje z pełnym przekonaniem w głosie. – I tak nigdy jej nie chciałam…
Jezu! Mam dość. Zmuszam się, by przełknąć ślinę, i biorę kilka łyków kawy, bo na to wyznanie wszystkie treści żołądkowe momentalnie podchodzą mi do gardła. Przysięgam, że jeszcze jedno słowo, a zrzygam się na ten stolik i wcale nie będzie mi wstyd z tego powodu.
Kim, do cholery jasnej, jest ta kobieta?!
– Sprzedałaś własne dziecko?
– To nie twoja sprawa! – wtrąca twardo Lidka. – Nie masz pojęcia, co wtedy przeżywałam i dlaczego musiałam uciekać do Warszawy – wyrzuca z siebie, zaciskając palce na swoim kubku. – Dowiedziałeś się tylko jakichś suchych faktów z mojego życia i myślisz, że możesz mnie na ich podstawie oceniać. W ogóle nie pomyślałeś o tym, co mnie do tego wszystkiego popchnęło! – kontynuuje z wyraźnym wyrzutem w głosie, po czym podnosi się z miejsca i w pośpiechu zakłada płaszcz.
– Lidka… – zaczynam, ale zaraz potem zawieszam głos i opuszczam głowę, bo naprawdę nie mam pojęcia, co jeszcze mógłbym dodać.
Moja managerka zarzuca na ramię pasek swojej torebki i już zabiera się do wyjścia, ale nagle unosi jeszcze podbródek i zdecydowanym tonem oświadcza:
– Mam gdzieś to, że w twoich oczach jestem teraz potworem. Dla mnie liczy się tylko fakt, że gdybym nawet mogła teraz cofnąć czas, zrobiłabym dokładnie to samo. Nigdy nie potrafiłabym pokochać tej dziewczynki i nie spojrzałabym na nią jak na własną córkę. Zapłacisz? – pyta nagle, wskazując na swoją kawę.
– Co? A tak. Jasne, zapłacę – odpowiadam, nawet nie patrząc w jej stronę, ale zaraz potem przypominam sobie, że przyszedłem tu przecież właściwie po to, żeby ją o coś zapytać.
– Lidka, nie mam zamiaru cię oceniać – mówię z ogromnym trudem, bo w rzeczywistości zrobiłem to już w momencie, kiedy bez żadnych emocji rzuciła mi w twarz, że oddała własne dziecko. – To twoja sprawa, co robisz ze swoim życiem, ale musisz mi odpowiedzieć na jeszcze jedno, bardzo ważne pytanie.
Kobieta odchrząkuje pod nosem z irytacją i obrzuca mnie zniecierpliwionym spojrzeniem.
– Powiedziałaś mi kiedyś, że Marek Majewski rozpoznał cię na tym bankiecie… – zaczynam wolno i spokojnie, żeby znów nie skończyło się tak, jak za każdym razem, kiedy próbuję ją o to wypytać. – Ale kiedy tylko zaczynałem temat Majewskiego, to albo ucinałaś rozmowę, albo tak bardzo się gdzieś spieszyłaś, że rozmywałaś się w powietrzu, zanim w ogóle zdążyłem zadać ci konkretne pytanie – dodaję, jednocześnie obserwując, jak skóra jej twarzy w jednej sekundzie przybiera trupioblady kolor, a wątłe palce zaciskają się na pasku torebki, jakby usiłowały znaleźć w niej jakieś schronienie.
– Prędzej, czy później i tak to odkryję – drążę, bo chcę, aby była świadoma, że jeśli będzie trzeba, wynajmę nawet dziesięciu detektywów, ale nie odpuszczę, dopóki nie poznam całej prawdy.
Lidka rzuca mi zlęknione spojrzenie i zaczyna ciężko oddychać.
– Chcesz wiedzieć, w jaki sposób się poznaliśmy… – bardziej stwierdza, niż pyta, opuszczając teraz wzrok na podłogę. – I skąd ten człowiek znał moje prawdziwe nazwisko oraz tę część mojej przeszłości, której przysięgłam nigdy nikomu nie wyjawiać, choćby nawet przypalano mnie rozgrzanymi węglami?
Kiwam tylko twierdząco głową.
O ile sprawa z jej ojcem i ucieczką z domu też wydawała mi się bardzo intrygująca i nie powiem, żeby nie ciekawiło mnie, dlaczego tak się stało, to jednak nie była dla mnie najważniejsza. Najbardziej nurtowała mnie jej znajomość z tym śmieciem Markiem Majewskim i to głównie ze względu na Olę.
– Był wtedy stażystą w szpitalu, w którym rodziłam – rzuca nagle kobieta.
Wszystkie mięśnie mojego ciała momentalnie napinają się pod skórą.
– To było wiele lat temu i szczerze mówiąc, dziś za nic w świecie nie rozpoznałabym go na ulicy. Zresztą… – zawiesza na chwilę głos i robi taką minę, jakby właśnie wracała wspomnieniami do tamtych czasów. – Wyglądał wtedy zupełnie inaczej. Był dużo młodszy i szczuplejszy. Poza tym bardzo rzadko pojawiał się na oddziale położniczym…
– To dlaczego, w takim razie, po tych wszystkich latach on rozpoznał cię bez najmniejszego problemu? Przecież nosisz teraz inne imię… – mamroczę sam do siebie, nic z tego nie rozumiejąc. – I jak to w ogóle możliwe, że skoro był tylko stażystą, wiedział i pamiętał, że oddałaś dziecko?
– Nie wiem! – Lidka wchodzi mi w słowo wyraźnie już podenerwowanym tonem. – Może już wtedy zwracał uwagę na młode dziewczyny?!
Ostatnia część zdania sprawia, że mój puls zaczyna momentalnie przyspieszać. Zaciskam więc dłonie w pięści i wstrzymuję oddech, aby nieco się uspokoić.
– Jeszcze coś? Bo trochę się spieszę. – Lekceważący głos mojej managerki ponownie wdziera się do mojej głowy dosłownie ułamek sekundy później, ale jestem już teraz tak bardzo pogrążony w swoich myślach, że odnoszę wrażenie, jakby upłynęła co najmniej godzina.
Kręcę w odpowiedzi głową, bo nie jestem już w stanie wydusić ani jednego słowa.
Mam dość! Mam tego wszystkiego szczerze dość i najchętniej zrobiłbym teraz z Borysem butelkę jakiejś dobrej whisky, tylko że jego, kurwa mać, też już nie ma!
– To na razie! – Słyszę za plecami stanowczy głos mojej managerki, a zaraz potem do moich uszu dobiega wreszcie kojący dźwięk jej oddalających się wysokich obcasów.
Nareszcie. Nie mam pojęcia, jak długo dałbym radę wytrzymać z tą kobietą w jednym pomieszczeniu. Odnoszę jednak wrażenie, że zbliżyłem się do granicy tego limitu na niebezpiecznie bliską odległość.
Wyjmuję pieniądze z portfela i wkładam je do skórzanej zakładki z logo kawiarni, która znajduje się na blacie stolika. Następnie podnoszę się z krzesła i już mam zamiar zebrać się do wyjścia, kiedy w mojej kieszeni odzywa się nagle dźwięk przychodzącego SMS-a.
Angela:
Prześlij mi zaproszenie na tę galę w Bristolu i rezerwację na pokój. Inaczej nic z tego. Dasz radę?
Ja:
Dostaniesz wszystko najpóźniej w sobotę rano. Pieniądze podrzucę ci jeszcze dzisiaj.
Angela:
Okej, to czekam, bo muszę zrobić odpowiednie zakupy.
Wychodzę z czatu z Angelą i czym prędzej wybieram numer Ireneusza Janickiego – mojego gościa od PR-u, bo to zwykle on zajmuje się zaproszeniami na eventy.
– Halo? – Mężczyzna odzywa się już po dwóch krótkich sygnałach.
– Dzień dobry, Irku – witam się uprzejmie, aby nie podpaść mu na samym starcie. – Mam maleńką sprawę – oświadczam tonem typowego wazeliniarza. – Potrzebuję dwóch pojedynczych zaproszeń na galę dobroczynną w hotelu Bristol na najbliższą sobotę oraz dwóch osobnych, sąsiadujących ze sobą pokoi w tym hotelu, które będą dostępne do niedzielnego południa.
Aleksandra
W dniu mojej studniówki, a dokładniej mówiąc w momencie, kiedy doszło do tego okropnego wypadku z udziałem Igora i oczywiście Borysa, zmieniło się dosłownie wszystko. Przez pierwsze tygodnie dziennikarze nie dawali nam chwili spokoju. Nawiedzali nawet moją uczelnię i pensjonat cioci Laury, aby zdobyć jakiś materiał na kolejny artykuł. Dopiero po pewnym czasie ich zainteresowanie sprowadziło się do zdjęć wiecznie pijanego Igora albo załamanych rodziców Borysa. Co niestety też miało nieprzyjemne konsekwencje, bo w pewnym krótkim wywiadzie, jakiego udzielili przypadkowemu paparazzi na środku ulicy, państwo Sikorscy oficjalnie wyrzekli się swojego syna.
Było ciężko, a momentami nawet bardzo ciężko. Właściwie, to dopiero jakieś trzy miesiące temu, kiedy Igor dostał angaż w thrillerze psychologicznym, zaczęliśmy powoli wychodzić na prostą. On rzucił się w wir pracy, żeby choć na chwilę o wszystkim zapomnieć, i na szczęście przestał wreszcie pić, a ja rozpoczęłam anglistykę na Uniwersytecie Warszawskim.
Na początku byłam oczywiście kompletną outsiderką – tą przysłowiową czarną owcą w grupie, którą wszyscy rówieśnicy omijali szerokim łukiem. Dopiero po jakichś trzech tygodniach ludzie przestali patrzeć na mnie jak na dziewczynę znanego aktora – uwikłanego w całe mnóstwo skandali – i zobaczyli wreszcie zwykłą, niczym niewyróżniającą się dziewczynę.
Podchodzę do ogromnego lustra zawieszonego na ścianie w przedpokoju i jeszcze raz dokładnie przyglądam się swojemu odbiciu. Mam na sobie krótką czarną sukienkę na ramiączkach ozdobionych drobnymi srebrnymi kamyczkami i wysokie czerwone szpilki. Włosy jak zwykle związałam w warkocz tuż za prawym uchem i wykonałam całkiem niezły makijaż, choć do tego, jaki zwykle robiła mi Ewa, wciąż nie może się nawet równać.
Na wspomnienie mojej dawnej przyjaciółki czuję, jak żołądek momentalnie zawiązuje mi się w ciasny supeł. Mimo że na studiach poznałam wiele nowych koleżanek i dziś wybierałam się z nimi na babski wieczór przy kilku drinkach, byłam przekonana, że z żadną z nich nigdy nie poczuję tak głębokiej więzi jak z Ewą Leśniewską. Od momentu, kiedy widziałyśmy się po raz ostatni, minął już prawie rok. W tym czasie zdążyłam już chyba sto razy wybaczyć jej to, co mi zrobiła. Mniej więcej tyle samo razy chwyciłam też za telefon, żeby do niej zadzwonić, ale nie potrafiłam wcisnąć zielonej słuchawki. Ciągle brakowało mi odwagi, aby wykonać ten pierwszy krok.
Kiedy w aplikacji Uber na wyświetlaczu mojej komórki pojawia się informacja, że kierowca dotrze pod wskazany adres za około sześć minut, otwierają się drzwi mieszkania i staje w nich przygaszony i zgarbiony Igor.
– Cześć, kochanie – mamrocze z wyraźnym zmęczeniem w głosie, omiatając wzrokiem moją sylwetkę. – Cholera! Zupełnie zapomniałem, że dzisiaj wychodzisz. Przecież miałem cię zawieźć…
– Ćśś… – Podchodzę do niego i kładę palec na jego ustach, po czym całuję go w policzek. – Nic nie szkodzi, poradziłam sobie.
Igor unosi pytająco jedną brew.
– Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że przyjeżdża po ciebie jakiś napalony studenciak? – dopytuje tonem zazdrosnego chłopaka.
Parskam cichym śmiechem i jeszcze raz całuję go w policzek.
– Przyjeżdża po mnie kierowca Ubera i będzie tu za jakieś… – urywam, po czym spoglądam na wyświetlacz telefonu i dodaję: – za trzy minuty.
– Za trzy minuty… – powtarza Igor w taki sposób, jakby nagle na krótką chwilę powrócił do świata tych swoich magicznych cyferek.
Trącam go więc w lewe ramię, aby sprowadzić go na ziemię.
– Ej, jesteś tu? – jeszcze raz trącam go w ramię, tylko że tym razem w prawe.
– Co? A tak. Jestem, jestem – odpowiada, potrząsając delikatnie głową, a zaraz potem ponownie przeciąga wzrokiem po mojej sylwetce. – Natychmiast przesyłasz mi numer rejestracyjny samochodu tego kierowcy oraz jego imię i zdjęcie – wyrzuca z siebie na jednym wydechu.
– Ty chyba żartujesz?! – parskam z rozbawieniem i lekkim niedowierzaniem w głosie.
– Jestem całkowicie poważny – odpowiada stanowczo, po czym sięga po moją komórkę, robi zrzut ekranu i wysyła go do siebie. – Po drodze udostępnij mi jeszcze lokalizację.
Moje brwi unoszą się teraz tak wysoko, że wyraźnie wyczuwam głęboką zmarszczkę na środku własnego czoła.
– Jesteś… – urywam i uderzam go lekko w pierś – zaborczym… – kolejne uderzenie – niereformowalnym… – jeszcze jeden cios – i do tego cholernie…
Igor nie daje mi nawet dokończyć zdania, łapie obydwa moje nadgarstki, przetrzymuje je w swoich dłoniach i dopowiada swoją własną wersję mojej wypowiedzi:
– I cholernie zakochanym w tobie facetem, dlatego wyślesz mi grzecznie tę lokalizację, żebym nie musiał się o ciebie martwić – oświadcza, a następnie składa na moich ustach czuły pocałunek.
– Stalker! – burczę z udawaną złością, po czym od razu kieruję się do wyjścia, bo wibrujący w mojej dłoni telefon może oznaczać tylko jedno: kierowca właśnie dotarł na miejsce.
– Z tego, co pamiętam, skarbie, to ty stalkowałaś mnie! – odkrzykuje za mną Igor, zaśmiewając się pod nosem jak dzieciak, któremu udało się podstępem wymusić od rodzica kolejnego cukierka.
Odwracam się przez ramię i posyłam mu mordercze spojrzenie.
– No co? Przecież swego czasu rozpisywały się o tym wszystkie gazety w kraju – wyjaśnia z głupkowatym uśmiechem na twarzy.
– Właśnie wybieram numer mojego kuzyna i proszę, żeby jednak przyjechał do nas na cały tydzień.
Uśmiech na twarzy Igora momentalnie rzednie.
– Ola?! – woła, kiedy jestem już jedną nogą na zewnątrz.
Wciskam głowę przez niewielką szparę w drzwiach i posyłam mu wyczekujące spojrzenie.
– Z tym stalkingiem to tylko sobie żartowałem – tłumaczy z rozbrajającą skruchą w głosie. – Wiesz o tym, prawda?
Posyłam mu całusa w powietrze i zatrzaskuję za sobą drzwi.
Metoda na Szymona jak zawsze sprawdziła się znakomicie.
* * *
Pół godziny później wysiadam z samochodu i ruszam w stronę wejścia do klubu, gdzie czeka już na mnie grupka pięciu dziewczyn z mojego rocznika. Szczerze mówiąc, to koleguję się tylko z Patrycją i Adą. Pozostałe trzy: Pola, Magda i Daria – są bliskimi koleżankami Ady z poprzedniej szkoły, z którymi ja jeszcze nie do końca potrafię znaleźć wspólny język.
Witam się jednak z każdą z nich takim samym przytulasem, a następnie wszystkie wchodzimy do środka, i od razu kierujemy się w stronę baru.
– To jak, piwo na rozgrzewkę? – proponuje Pati, ustawiając się w kolejce.
Jest piękną, zgrabną szatynką z długimi do pasa kręconymi włosami, a do tego ma na sobie krótką, obcisłą czerwoną sukienkę, więc nic dziwnego, że tuż obok niej zjawia się nagle kilku wyraźnie zainteresowanych nią facetów.
– Ja tam wolę coś kolorowego – odpowiada Magda.
– A ja od razu biorę wódkę, bo jak mieszam alkohole, to później umieram przez cały następny dzień – oświadcza głośno Ada, czym momentalnie skupia na sobie wzrok pozostałych dziewczyn.
– No to niech będzie wódka! – piszczą wszystkie ze śmiechem, wyrzucając przy tym ramiona w górę.
– Okej, to postanowione! Pięć shotów czystej! – zatwierdza Pati, wskazując po kolei palcem każdą z nas, i pochyla się w stronę barmana, by złożyć zamówienie.
Nie jestem fanką wódki. Szczerze powiedziawszy, już sam jej zapach potrafi sprawić, że zbiera mi się na wymioty. Jednak zostawiam to dla siebie, żeby znowu nie wyjść na jakąś okropną dziwaczkę.
Ostatecznie każda z nas stawia kolejkę. W tym bardzo niedługim czasie, kiedy stoimy przy barze, rozmawiając głównie na temat – a jakże! – uczelni i profesora od angielskiego, do którego wzdycha prawie każda dziewczyna z naszego rocznika, wlewamy w siebie po pięć shotów.
W pewnym momencie któraś z dziewczyn proponuje, by udać się na parkiet. Reszta reaguje oczywiście radosnym piskiem – włącznie ze mną, choć nie do końca rozumiem, z czego tak naprawdę się cieszę. Nie mam ochoty tańczyć, a już na pewno nie przy tej łupance, która bardziej przypomina uderzanie o ścianę wielkim młotem niż prawdziwą muzykę.
Pati cięgnie mnie jednak za rękę, kołysząc się przy tym w rytm wspomnianej „muzyki”. Na szczęście w tym samym momencie wyczuwam narastające miarowo wibracje w smartwatchu umieszczonym na moim lewym nadgarstku. Daję więc koleżance znak ręką, że przyjdę za chwilę. A następnie wyciągam telefon z torebki i zabieram się za odczytywanie wiadomości, bo tych maleńkich literek na moim zegarku za nic w świecie nie dałabym teraz rady rozczytać.
Igor:
Wszystko dobrze?
Och, no oczywiście, że to on. Kto inny wypisywałby do mnie w piątek po północy.
Ja:
Tak, jest świetnie!
Wystukuję w odpowiedzi i przenoszę wzrok na podskakujące niebieskie kropeczki znajdujące się pod imieniem mojego chłopaka.
Igor:
Kochanie, nie pij już.
Zaraz, co on…? Marszczę w skupieniu brwi, a następnie rozglądam się dookoła, bo jeśli napisał coś takiego, to najpewniej oznacza, że gdzieś tu jest. Cholera!
Ja:
Jesteś w klubie? Przecież mówiłam, że to babski wieczór.
Po kilku długich sekundach otrzymuję wreszcie odpowiedź.
Igor:
Skarbie, miałem okropny dzień i siedzenie w klubie z muzyką techno to ostatnie, na co miałbym teraz ochotę. Zrobiłaś dwa błędy w wyrazie: „świetnie” i całe mnóstwo kolejnych błędów w ostatniej wiadomości. Naprawdę nie muszę tam być, żeby wiedzieć, że trochę wypiłaś.
Szlag! Przecież wydawało mi się, że napisałam dobrze.
Ja:
Okej, od teraz już tylko woda.
Piszę i dodaję emotkę serduszko.
Igor:
Ola…
Ja:
Co?
Igor:
Napisałaś WÓDA.
Nie, no nie wierzę…
Z mojego gardła wyrywa się nagle głośny niekontrolowany śmiech.
Postanawiam jednak zebrać w sobie wszystkie siły i wytężyć wzrok, aby to sprawdzić. Faktycznie: „wóda”. Wysyłam więc Igorowi tylko trzy śmiejące się emotki, aby już więcej się nie kompromitować, po czym chowam telefon do torebki i ruszam w kierunku parkietu. A raczej mam taki zamiar, bo dokładnie w tym samym momencie jakaś silna dłoń ląduje nagle na moim ramieniu, a zaraz potem przy lewym uchu słyszę znajomy męski głos:
– Cześć, Ola.
Mimowolnie odwracam się na lekko już skamieniałych nogach, bo na dźwięk tego głosu całe moje ciało ogarnia nagle niespodziewany paraliż.
