Bagno. Czternaście historii o ucieczce - Przemek Rudzki - ebook

Bagno. Czternaście historii o ucieczce ebook

Przemek Rudzki

0,0

Opis

Uzależniona od mediów społecznościowych nastolatka. Były bramkarz, wyniszczony przez lata rywalizacji z kumplem. Doświadczony dziennikarz, który wraca na stare śmieci, by zrobić rachunek sumienia – to tylko niektórzy bohaterowie miniatur literackich Przemka Rudzkiego. Na pozór nie mają ze sobą wiele wspólnego, ale łączy ich jedno – wszyscy chcą uciec z Bagna, które może być zarówno dowolnym miejscem na mapie, jak i stanem umysłu.

Przemek Rudzki z wrażliwością obserwuje ludzi i czerpie pełnymi garściami z otaczającego nas świata, budując historie, które mogą być opowieścią o każdym z nas, przy okazji zaś kreśląc dogłębne studium mało­miasteczkowości. Znajdziemy tu trudne i nierzadko osobiste tematy: niełatwa miłość do bliskich, ciężka depresja czy pracoholizm.

To nie tylko książka o sporcie, ale i lektura dla wytrawnych czytelników dobrej literatury w stylu Nicka Hornby’ego czy Oty Pavla!

Realizacja części zdjęć książki: Sylwia Sekret, Głos Kultury

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 297

Rok wydania: 2022

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wtedy nie miałem nic, nie miałem nic i byłem w tym sam

Dlatego nigdy nie zrozumiesz mnie ty

Z innych powodów płynęły nam łzy

To blizny i szwy, świat był zimny i zły

Chociaż też jesteś stąd, twoją historię pisze inny font

Pezet, Amber Gold

PROLOG

Pewnego poranka na przystanku w Bagnie zatrzymał się mercedes. Widział to tylko stary Zahorski, który opowiadał potem w piekarni, że auto miało warszawskie blachy. Pasażerka, kobieta ubrana w szary dres, wysiadła od strony rowu i już się wydawało, że Zahorski zobaczy, jak wielkomiejska paniusia idzie za potrzebą na łono natury, martwił się nawet przez chwilę, że może się nie zorientuje, gdzie jest zeskok, i wpadnie do małego brudnego strumyka poniżej, ale nagle przystanęła i zaczęła robić zdjęcia. Nie widział, co fotografuje, z odległości, z jakiej patrzył, nie dało się dostrzec ułożenia aparatu.

Potencjalne obiekty mogły być trzy. Pierwszy to sam osobliwy przystanek. Dzisiaj już niewiele takich. Niebieski słupek z żółtym znaczkiem PKS-u, niby gwiazdą betlejemską zatkniętą na czubku drzewka bożonarodzeniowego. To naprawdę dziwne, że sam przystanek często ulegał dość poważnym zniszczeniom, ale słupek z oznaczeniem postoju dla autobusów był nietknięty. Jakby okoliczni mieszkańcy bali się, że jeśli unicestwią żółte słoneczko osadzone na niebieskim kawałku metalu, już nigdy nikt się tutaj nie zatrzyma, oni zaś zostaną tym samym odcięci od reszty świata.

Przystanek, jeśli miał być dla kogokolwiek ciekawy, to dlatego, że wyglądał koszmarnie: na górze pozostała zardzewiała konstrukcja, z której ktoś zdarł dachówki; początkowo boki stanowiły całkiem estetyczną mieszankę szkła i białych cegieł, ale szyby już dawno wybito. Raz go podpalono. Kiedy indziej znów grupka pijanych uczniów wracających z zakończenia roku szkolnego powyginała każdy z prętów w inną stronę. Alkohol musi dodawać ludziom niesamowitej energii, bo to naprawdę były grube kawałki metalu.

Kobieta w szarym dresie mogła też fotografować stojącą obok przystanku kapliczkę. Nic specjalnego, są tacy – o czym stary Zahorski nie miał jednak prawa wiedzieć – co fotografują kapliczki. Dlaczego nie? Ludzie robią przecież zdjęcia zachodom słońca, chmurom, zwierzętom, innym ludziom czy samochodom, to czemu kapliczki miałyby być gorsze?

Była zresztą, bodaj dwa lata temu, nie lada sensacja. Okazało się, że jakaś znana influencerka przejeżdżała akurat przez Bagno, bo mieszkała tutaj niedaleko, a ten przystanek tak ją urzekł swoją brzydotą, że postanowiła mu zrobić zdjęcie, które wrzuciła do sieci, wskutek czego zobaczyło je kilkaset tysięcy osób. „Oto prawdziwa Polska” – napisała filozoficznie autorka. Reklamowała w internecie jakieś kremy i inne rzeczy, była znana z tego, że była znana, i ludziska mówiły tutaj, że pracowała kiedyś w agencji towarzyskiej, a tam poznała wpływowego gangstera, który się z nią nawet ożenił, a potem został jej alfonsem.

Ekspedientka z piekarni, Pawlakowa, stwierdziła z całą stanowczością, że obiektem zainteresowań pasażerki wspomnianego na wstępie mercedesa były ptaki. Tutaj, w Bagnie, nikogo nieinteresującym miasteczku, liczącym dwadzieścia trzy tysiące mieszkańców, ptaki potrafiły robić różne dziwne rzeczy. Kiedyś pewien przyjezdny kupował u Pawlakowej chleb i powiedział jej, że nigdy nie widział tylu ptaków w jednej miejscowości, a już na pewno wróbli i gołębi. Dodał też, że kiedy przemieszczał się po Bagnie, to te ptaki zdawały się wędrować razem z nim. W rynku na przykład obsiadły stary dąb, na którym nie wiedzieć czemu nigdy nie było liści, co sprawiło, że same jakby stały się liśćmi.

– Drzewo nagle ożyło – zachwycał się mężczyzna, a Pawlakowa od tamtej pory zaczęła coraz mocniej zwracać uwagę na ptaszyska, a nawet się ich bać. Gdziekolwiek się nie ruszyła, słyszała ich trele.

Siadały również na drutach wysokiego napięcia, a jak któryś zginął porażony prądem, zdawało się go zastępować dziesięć następnych. Albo potrafiły obsiąść całą ławkę w ryneczku i ćwierkać przeraźliwie, zabierając mieszkańcom możliwość odpoczynku w jednej z nielicznych w tym miejscu stref relaksu. Regularnie dziobały też boisko piłkarskie, gdzie swoje mecze rozgrywał zespół klasy A, Huragan Bagno, a stróż, siedzący często w malutkim budynku klubowym na pagórku, załamywał ręce i raz nawet kupił od znajomego ogrodnika jakiś skuteczny środek, którym chciał ptactwo wytruć, ale ostatecznie zjadły to trzy psy i wszystkie zdechły, czym stróż ściągnął na siebie olbrzymi gniew ich właścicieli. Jeden z nich pozwał nawet ciecia do sądu.

– Robiła zdjęcia ptakom, mówię panu, niech pan mnie posłucha, panie Zahorski. Koniec i kropka. – Na znak, że nie przyjmuje sprzeciwu, pacnęła dłonią w blat, aż uniósł się pyłek z mąki.

Mieszkańcy Bagna tak naprawdę nigdy nie dowiedzieli się, co kobieta fotografowała – tak jak świat nie dowiadywał się o miejscu, w którym żyli. Była to jedna z historii, które w innych światach byłyby nieistotnym zdarzeniem, ale tutaj dawały początek plotkom, zaczynały swoje życie. Tak naprawdę opowieści te miały sporo wspólnego z samymi mieszkańcami Bagna – podobnie jak oni, chciały być istotne, coś znaczyć dla innych.

Niemal wszyscy marzyli o ucieczce z tego miejsca, śniła im się ona, pojawiała się w ich myślach, gdy odhaczali lekcje w szkołach, do których tutaj chodzili, a potem w zakładach pracy, w jakich lądowali po zakończeniu edukacji, kiedy jedli enty raz ten sam obiad lub pili piwo na festynie.

Pragnęli uciec i zapomnieć wszystkie twarze, które przez lata ich prześladowały: panią z kwiaciarni, dzielnicowego, listonosza, sąsiadkę spod piątki i kumpla z podstawówki. Wszystkich, którzy mówią „dzień dobry” wcale nie dlatego, że są tak kulturalni, to też, okej, ale z powodu tego, że cię po prostu znają. Tak naprawdę znają. Chodzili do klasy z twoim bratem, mają ogródek działkowy obok twojej ciotki albo byliście na weselu u kuzyna, bo ich matka uczyła go w podstawówce. Każdy znał tutaj każdego.

Próbowali sobie wyobrazić większe światy, a gdy już udało im się ich dotknąć, w najgłębszych zakamarkach twardych dysków swojej pamięci starannie przechowywali obrazy z tamtej rzeczywistości.

Bywali tacy, którzy wcale nie mieli zamiaru wyjeżdżać. Gardzili wielkomiejskim blichtrem, prychali na ten pośpiech, na tłum. Było im tutaj wygodnie, dobrze. Ale stanowili jedynie wyjątek potwierdzający regułę.

Zastanawiacie się, gdzie leży Bagno. Już, teraz, zaraz chcielibyście wpisać w Google Maps, sprawdzić co i jak. Tak jak się to dzisiaj robi – szybko i bezboleśnie. Łatwo. Niepotrzebnie. Bo to w zasadzie nie ma znaczenia. Bo ono może być wszędzie i zarazem nigdzie. Istnieje albo i nie. Bo jest jak pusty kafelek w scrabble. Podstaw sobie go do dowolnego wyrazu, a pomoże ci w trudnej chwili.

Tak, ludzie z Bagna – tego w pobliżu granicy z Niemcami, tamtego z Podkarpacia czy takiego pod postacią nadmorskiej wioski – też są w sumie takimi pustymi kafelkami. Wstawisz ich do korporacyjnej hierarchii i będą zapierdalać aż miło, szczególnie z kredytem hipotecznym na miliard lat na plecach, o ile go w ogóle dostali. Dobrze odnajdą się na każdym froncie. Będą tak wdzięczni, że Bagno ich nie pochłonęło, że zrobią wszystko, by tę wdzięczność okazać. Byle nie wracać.

W obcych galaktykach będą oczywiście musieli się mocno napocić, zanim przebrną przez labirynt drogowskazów mający doprowadzić rozmówców do miejsca przeznaczenia. Tak będzie już zawsze w grze o nazwie Skąd jesteś?. Co bardziej leniwi podadzą nazwy innych miejscowości; śmiesznie wyjdzie, jak to „duże” miasto obok także nie będzie nikomu znane. „Bagno? A obok czego to?” – takie pytanie na pewno padnie, a wtedy ci nieco bardziej cierpliwi spróbują nauczać geografii. Ale tak naprawdę i oni muszą wiedzieć, że zupełnie, ale to zupełnie nikogo to nie obchodzi. Że tak się tylko pyta ludzi, z kurtua­zji. Że tak jak przeciętny Amerykanin nie wie, gdzie leży Polska, tak przeciętny warszawiak nie ma pojęcia, czym jest Śląsk, a czym Zagłębie Dąbrowskie. Sporo osób uważa, że Szczecin leży nad morzem. Serio. No, kurwa, nie.

Jeśli jakoś to pocieszy ludzi z Bagna, trzeba przyznać, że ogólnie jest ich więcej niż tych wielkich miastowych, przy których wstydzą się odezwać, od których czują się gorsi, mniej oczytani, wysublimowani kulinarnie i cholera wie co jeszcze.

Bo Bagno jest wszędzie. Tam, gdzie przy trasie zawsze pali się jakiś znicz, bo w tym miejscu zginął motocyklista. Tam, gdzie ktoś ma dług w sklepie spożywczym, a jak nie, to zaraz będzie miał. Gdzie dawne gwiazdy muzyki dogorywają na koncertach z okazji Dnia Dziecka czy Tygodnia Powiatu. Gdzie stoi się w kolejkach do punktu totolotka, licząc, że tylko los może odmienić los.

W Bagnie jest całodobowy monopolowy, czasem stacja benzynowa, cmentarz, daj Boże jeśli i szpital, przychodnia – zapewne, lombard – koniecznie, park, dyskoteka, centrum handlowe, jakaś szkoła i to by w zasadzie było na tyle.

A, i klub piłkarski przecież musi być. Nie chce wyjść inaczej. Zazwyczaj jakaś niższa liga. Lokalna społeczność traktuje mecze jako rodzaj terapii. Na trybunach można przegadać miniony tydzień albo kontynuować obserwowanie nóg Alicji z tej willi przy wylotówce, co robiło się także godzinę wcześniej w kościele podczas nudnego kazania. Można też zwyczajnie doleczyć kaca na świeżym powietrzu.

Huragan Bagno. LZS Bagno. FC Bagno. Start Bagno. Orkan Bagno. Bez znaczenia dla kogoś, kto nigdy i tak tutaj nie zajrzy, ale dla mieszkańców – bardzo ważna sprawa.

W jednym takim Bagnie zebrało się kiedyś kilkaset osób, bo akurat miejscowa drużyna grała o awans do piątej ligi. Dla miasteczka było to wielkie wydarzenie. Pół godziny przed pierwszym gwizdkiem przez trybuny, czyli tak naprawdę usypany z ziemi wał, przeleciał szmer. Początkowe szepty zamieniły się w coraz głośniejsze akty protestu, wreszcie – w paru przypadkach – rozpaczy. Gawiedź dostrzegła, że wśród rozgrzewających się zawodników nie ma najlepszego strzelca, Pawła Harasiuka.

Wpierw pomyślano, że nie chce się Pawełek przemęczać, już kilka razy tak zrobił i to zawsze wychodziło zespołowi na dobre, bo wbiegał na świeżości i walił hat tricka w drugiej połowie. Kiedy jednak do godziny piętnastej, najważniejszej godziny w sportowej historii miejscowości Bagno, pozostało zaledwie kilkanaście minut, zaczęła się rodzić panika.

Napastnik ów zdobył w całym sezonie 94 bramki, co było wyczynem rzadko spotykanym, nawet jak na klasę A, osiągnięciem tak robiącym wrażenie, że do Bagna po raz pierwszy przyjechała ogólnopolska telewizja. (Tak naprawdę po raz drugi, wszak przed pięcioma laty pan Józef Torzecki, właściciel hurtowni napojów, pojechał do kuzyna do Warszawy i tam, w centrum handlowym Arkadia, pobił do nieprzytomności dwóch osiłków poniżających ochroniarza, ale w obliczu potencjalnej eksploracji wyższej ligi mieszkańcy Bagna wyparli tamten fakt ze swoich zwojów mózgowych).

Poszukiwany napastnik, o którym TVN nakręcił sympatyczny materiał do śniadaniowego pasma, za cholerę nie zamierzał się pojawić i już pogodzono się z losem.

– Zapił, skurwiel. Znowu zapił! – krzyknął w kierunku nie wiadomo kogo starszy jegomość w czapeczce ze spranym napisem.

– On chyba nie pije – dodał jego kumpel. – Zaszyty, w kościele organista gadał mi jakoś przed miesiącem.

– Jak nie?! Alkoholik oczywisty! – zawyrokował jego towarzysz, pociągając łyk nalewki cytrynowej.

W tym tłumie tylko jeden człowiek zachował zimną krew. Był to trener, który zamiast popadać w rozpacz, zebrał kilku ludzi i zaczął poszukiwania. Podzielili się zadaniami, na szybkim planie reagowania znalazły się takie miejsca jak: dwa sklepy monopolowe, mieszkanie Harasiuka, dom jego matki i okoliczne łąki, gdzie piłkarz czasem prowadzał dwa konie starego Antoniego Podrazy, którymi dorywczo się zajmował dla zarobku. Trener osobiście ruszył na łąki, miał bowiem przeczucie, a w takich sprawach nos rzadko go zawodził.

Za dwie piętnasta doświadczony na poligonie lig niższych szkoleniowiec Dariusz Otręba dotarł na miejsce i ujrzał coś, czego w sumie chyba się spodziewał. Przystanął na chwilę, bo widok był to piękniejszy niż jakikolwiek mecz czy gol. Ciągnąca się po horyzont łąka zwieńczona linią lasu, dwa konie skubiące trawę, zaś na pierwszym planie dwie falujące kształtne i jędrne piersi dziewczyny siedzącej na kimś okrakiem. Otręba chętnie popatrzyłby dłużej na ten erotyczny pejzaż, musiał jednak szybko działać. Pozwolił się więc zauważyć, dziewczyna, speszona niezwykle, okryła się koszulą, zaś Harasiuk stanął przed trenerem jak go Pan Bóg stworzył.

Przyrodzenie, nawet teraz, w stanie wiszącym, miał potężne. Krążyły o nim zresztą legendy, a jeden z piłkarzy Huraganu opowiadał w piwiarni, że Harasiuk wygrywał pod prysznicami zakłady o niemałe sumy, zwłaszcza z nowymi zawodnikami. Przekonywał ich, że kiedy ma wzwód, może założyć na członek trzy rolki papieru toaletowego. Otręba całe lata myślał, że to blef, parę razy chciał nawet sprawdzić długość penisa Harasiuka, ale kiedy wszedł niby przypadkiem do łaźni, ten zawsze był odwrócony tyłem. A teraz uwierzył. I zrozumiał dziewczynę.

– Wiesz, że gramy najważniejszy mecz i zaraz będzie walkower? – zapytał spokojnie Otręba. Nie mógł krzyczeć na dorosłego faceta, szczególnie że klub nie płacił od pół roku ani grosza.

– Ja nie gram. Ani teraz, ani nigdy. Wyjeżdżamy z Marylką do Warszawy. – Chłopak skinął głową w kierunku zawstydzonej dziewczyny.

– Ale jak to? – Trener nie mógł uwierzyć, że nie zostanie na lata legendą Bagna, tym, który dał ludziom piątą ligę. Nieśmiertelnym.

– Trenerze, miłość. – Uśmiechnął się szelmowsko Harasiuk, wciągając spodnie.

– A piłka?

– Piłka to zabawa. – Wzruszył ramionami i razem z dziewczyną poszli w kierunku koni.

Drużyna przegrała zero do czterech, w następnym sezonie spadła, dwa lata później klub już nie istniał – nikt nie miał pieniędzy na to, by utrzymywać cały ten przybytek.

Harasiuk złamał serca wielu ludzi, co było tak brzemienne w skutkach, że już nigdy nie zamierzał pojawić się w Bagnie. Zrobił wyjątek, jednak nawet wtedy, na pogrzebie jego matki, miejscowi wytykali go palcami, tak to w nich mocno siedziało.

Mieszkańcy innych Bagien także próbowali się nie poddawać. Ruszali na podbój świata. Osiedlali się w dużych aglomeracjach, zakładali tam rodziny, jeździli na zagraniczne wycieczki, dostawali premie od zadowolonych szefów i byli zwalniani przez niezadowolonych. Mierzyli się z życiem i nawet kiedy szli po prostej drodze, zdawało im się, że mają lekko pod górkę. Ale nie narzekali. Tak musi być, myśleli. Taki już nasz los.

Wielu z nich stopniowo wypierało się korzeni. Coraz rzadziej zaglądali w rodzinne strony, aż niemal całkowicie odrzucili fakt, że stamtąd pochodzą. Pędzili za czymś abstrakcyjnym, chyba za akceptacją. Zrozumieniem. Podziwem, jakiego nie mogło im dać Bagno, nigdy. Niekiedy był to, niestety, lot Ikara. Ale paru się udało. Dotarli do miejsca przeznaczenia. Zgarnęli nagrodę. Nie musieli słuchać ptaków.

Opowieść 1 SYN

To tylko podróż jest

Z ciemnych pokoi do ogrodów i ciepłych plaż

Wysokich gór i palm

A kiedy dopada mnie bezsenność w duszną noc

Mówi do mnie szeptem i usypia mnie jak nikt

Fisz Emade Tworzywo feat. Justyna Święs, Ślady

Byłem tam. Widziałem jak przez mgłę, że strzelasz gola w fina­le mistrzostw świata, i naprawdę chciałem się wzruszyć, ale nic nie poczułem. Jakbyśmy byli obcymi dla siebie ludźmi, a przecież zawsze trzymaliśmy się tak blisko, prawda? To chyba przez miejsce, w którym się znalazłem. Ale nie mogę być pewien na sto procent.

W każdym razie jestem przekonany, niech mnie kule biją, że to jakiś arcyważny mecz. Tak się cieszę. Udało ci się, syneczku.

Widziałem, jak się od ciebie odbija ich prawy obrońca, jak schodzisz do środka, potem robisz balans ciałem w lewo i ich stoper już tam leży, a ty ruszasz w prawo. Myślałem, że zrobisz na odwrót, wtedy miałbyś bliżej do osi bramki, a tutaj nie dość, że kąt ostry, to jeszcze bramkarz kładzie się pod twoimi nogami. I wtedy jakby włączyło się slow motion. Pamiętam dobrze, że podniosłeś głowę, mgła się trochę rozstąpiła, a ja wyraźnie dostrzegłem, że bramkarz już wie. W chwili, gdy piłka szybowała nad jego głową, miałem déjà vu. Ja cię tego nauczyłem, wtedy, tam, gdzieś. Chyba w parku. Pamiętasz jeszcze?

Udało ci się, to jest najważniejsze. Nam się udało. W głowie otworzyły mi się albumy z analogowymi fotografiami. Ważyłeś tak niewiele, chyba kilo osiemset, tak jakoś. Zapytałem położną, czy wszystko dobrze, czy rozwiniesz się fizycznie jak trzeba, a ona spojrzała na mnie chłodno i zrozumiałem, że nie wie, o co w ogóle mi chodzi.

Nie było wtedy jeszcze takich badań jak dzisiaj, że sprawdza się płeć, i jedyne, co mogłem zrobić, to modlić się każdego dnia, żebyś był synem. Niech mnie ktoś potępi, cholera, mam to gdzieś, ale nie dopuszczałem myśli, że mógłbyś być dziewczynką. Chyba bym tego nie przeżył.

Twoją mamę zaczęło to w pewnym momencie denerwować, więc dla świętego spokoju położyłem rękę na jej brzuchu i powiedziałem:

– Najważniejsze, żeby było zdrowe.

Chyba nie zabrzmiałem wiarygodnie, bo odwróciła się do mnie plecami.

Wierzę, że to dzięki moim modlitwom jesteś chłopakiem. Przed twoimi narodzinami mocno poprawiłem relacje z Bogiem, zacząłem bywać częściej w kościele, spowiadałem się regularnie, przestałem też sięgać po alkohol. Nie chciałem niczego zostawić przypadkowi. Jeśli ja będę w porządku, to i niebiosa okażą się łaskawe dla mnie, myślałem.

Pozwoliłem mamie wybrać imię, to już nie było dla mnie tak ważne, choć chciałem, by – na miarę możliwości tamtych czasów – było międzynarodowe. Wszystko dokładnie zaplanowałem, nawet to. Rzuciłem więc pewnego wieczoru, tak od niechcenia, że fajnie byłoby, gdybyś nie był kolejnym Tomkiem czy Marcinem.

– Przecież będzie Zuzia, błagam cię. – Matka wywróciła oczami.

Ostatecznie, już po twoich narodzinach, zgodziła się na imię Maksymilian, a to nie było wtedy takie proste, uwierz.

– Maks? Dobre imię, ale dla psa – tak mi ktoś powiedział.

Ale mamie się spodobało. Maksymilian Józef Korzecki. Mam nadzieję, że się nie gniewasz za to drugie imię. No że po mnie. Mało nowoczesne, wiem. Ale szlachetne. Chrześcijańskie. Dobre imię, co tu dużo gadać. Poza tym znam takich, co dają synom na pierwsze tak, jak sami mają, to mi się nie podoba. Robią z synków kopie siebie samych. Ja nie chciałem taki być.

Pod szpitalem siedziałem chyba z siedem godzin. System był taki, że jak ktoś chciał się czegoś dowiedzieć wcześniej albo być na bieżąco z sytuacją, musiał dać portierowi w łapę. Cokolwiek – flaszkę, jakiś banknot. I ja byłem tam parę razy, ale potem zobaczyłem jednego gościa, któremu urodziła się córka; usiadł szczęśliwy na ławce, miał winko owocowe w torbie i tak sobie popijał, przy czym do każdego z pacjentów czy odwiedzających krzyczał: „Syn, rozumiesz pan, słyszysz pani? Syn!”.

I tak było do chwili, gdy jego szanowna małżonka pokazała się w oknie i krzyknęła, że córka. Co się okazało: ten portier dostawał więcej różnych podarków od świeżo upieczonych ojców, gdy mówił im, że na świat przyszedł syn. W rzeczywistości niczego nie wiedział, nawet się nie ruszał na oddział. Stwierdził, że i tak mu nic nie zrobią, a gość przynajmniej przez chwilę się nacieszy. Dlatego nie skorzystałem z jego usług.

Czekałem na mamę, no i w końcu poprosił położną, by ta podeszła do okna, bo mama twoja taka słabiuteńka jakaś leżała, chociaż, jak wspomniałem, duży to ty nie byłeś, więc dziwne. Ale rozpychałeś się tam jak w polu karnym. Zuch. Nieważne. Ta położna krzyknęła do mnie, że Maksymilian jest cały i zdrowy, to wtedy już mogłem spokojnie pozdrawiać ludzi. I pić sobie winko, ale tylko trochę. Boga się bałem jednak po tych naszych umowach. Niby tylko na gębę, ale wiadomo, jak to jest.

Przez siedem lat nie opuściliśmy chyba ani jednego treningu, niesamowite, co? Ty to sobie lubiłeś popłakać, taki wrażliwiec nam się trafił, ale nigdy mi to nie przeszkadzało, nie denerwowałem się na ciebie, bo wiedziałem, że jak wezmę piłkę – przestaniesz.

Woziłem cię na te wszystkie zajęcia także dlatego, że zwyczajnie się bałem. Chciałem cię zawsze pilnować i nawet nie chodziło tak bardzo o sam trening, choć to też, ale jest jeszcze coś, o czym ci nigdy nie mówiłem. W jednej wsi obok Bagna, zaraz przed twoimi narodzinami, zaginął chłopiec. Na początku mówili, że utonął w jeziorze, ale tak naprawdę nikt nie chciał na głos przyznać, że został porwany. Z przystanku, jak jechał do szkoły. Znajomy policjant mi to kiedyś powiedział.

W każdym razie było tak, że jego matka oszalała. Szukała go ciągle po okolicy. Kiedy policjanci przyjechali do niej, żeby poinformować o sprawie, akurat ucinała sobie drzemkę – ciężko harowała, żeby mieć na wychowanie dzieciaka, to i ciągle zmęczona chodziła. I tak jak wstała w tym szarym dresie z łóżka, tak się potem przez lata pałętała po okolicznych wsiach i miasteczkach.

Ludzie z Bagna mówili raz na poczcie, że widzieli ją i u nas, jak stoi na łące i woła syna. Straszne to. Na szczęście już się skończyły jej męki, bo odeszła, biedaczka, parę lat później i może ją tutaj nawet spotkam, z dzieciakiem, już szczęśliwych. Bo szkielet chłopca, Michaś mu było na imię, znaleźli w jakiejś studni, jak miałeś z dziesięć lat.

No ale ja nie o tym przecież. Widziałem wszystkie twoje mecze. Ten pierwszy, gdy nieporadnie próbowałeś się kiwać, i ten ostatni, nie wiedząc jeszcze, że jest dla mnie ostatnim. Zawsze stałem za tobą murem. Gadałem dużo z trenerami, szczególnie jeśli jakiś nie chciał wystawiać cię na pozycji, jaka najbardziej ci pasowała. Ileż ja się o to nakłóciłem! Tobie mówiłem, że musisz ciągle pracować, im zawsze jedno: że jesteś najlepszy.

Przepraszam, ale nie mogłem cię tak zatruć. Za dużo widziałem synków tatusiów, co się wściekali, że rywale nie chcą się przed nimi położyć. No bo ojciec im wmawiał, jacy to wspaniali. Motywacja to największy klucz do sukcesu. Nie da się osiągnąć doskonałości, ale można do niej dążyć.

Wiesz, co mnie tutaj najbardziej dręczy? W tym przeklętym miejscu? Piosenka. Nagrałem to kiedyś na kamerę, jak byłeś w przedszkolu. Śpiewaliście, a ty najgłośniej: „Jestem zuch, jestem zuch, tu mam głowę, a tu brzuch. Klaszczą ręce, ram-pam-pam, i dzień dobry mówię wam!”. Straszne to jest. Ta melodia nie chce się ode mnie odkleić. A pamiętam, że nawet ładnie zaśpiewałeś i wystraszyłem się wtedy, że cię matka popchnie w tym kierunku. Wiesz, że nie odzywała się do mnie trzy tygodnie po tym, jak wykreśliłem cię ze szkolnego chóru? Mam nadzieję, że mi wybaczyłeś.

Nie jest mi tu fajnie, ani trochę. Czy jest Bóg? Nie pytaj, ja się z nim nie widziałem. Niczego nie czuję. Ani bólu, ani gniewu. Dobrych rzeczy też. Tylko ta radość, która się teraz pojawiła. Raz jedyny, poza tym nic. Nie marnuję już twojego czasu. Może po prostu chciałem się przypomnieć?

Na koniec coś jeszcze. Nie wiem, jak o to zapytać, ale zawsze pragnąłem wiedzieć, czy tobie się to podobało. Czy lubiłeś, jak cię woziłem na treningi, jak pilnowałem, żebyś żadnego nie opuścił, nawet kosztem szkoły? Czy chciałeś stąd wyjechać po lepsze życie, tak jak ja chciałem, żebyś wyjechał? Albo czy podobało ci się to, że mieliśmy małe sekrety przed mamą?

Przepraszam, że to się stało przy tobie. Że musiałeś mnie takiego oglądać. Że przeze mnie przestałeś wierzyć w Boga i służbę zdrowia. Nie chciałem.

***

Miałem dziwny sen. Śniło mi się, że żyjesz. Kiedy jadłem śniadanie, dotarło do mnie, że naprawdę dawno o tobie nie myślałem. Bez urazy, tak wyszło.

Ludzie wciąż mi mówią, że mieliśmy szczególny rodzaj więzi. Świat wokół nas naprawdę uwierzył, że byliśmy jak dwaj najlepsi przyjaciele. Zawsze zastanawiało mnie to, z jaką łatwością inni wydają osądy, bez względu na ich zabarwienie.

Tłumaczę sobie to tak, że byłem bardzo dobrym synem, bo spełniałem wszystkie twoje zachcianki, nie marudziłem i naprawdę byłem grzeczny, więc i tak jestem na plusie.

Tak, wiem, że to nie działa w ten sposób. Wiem też, że prawdopodobnie powinno się przychodzić na cmentarz, na taką ławeczkę, siedzieć na niej i rozmawiać, tak się utarło. Jednak do mnie jakoś nie trafia gadanie do grobu. Uważam, że z kimś, kogo nie ma fizycznie, można porozmawiać z każdego miejsca i w dowolnej chwili. Nie trzeba nigdzie jechać.

We śnie mówiłeś do mnie dość wyraźnie i miało to nawet spory sens. No wiesz, nie był to jeden z tych snów, w których biegniesz po boisku, a nagle jesteś w korytarzu szkoły podstawowej i już po chwili jest wojna, Niemcy chcą cię zabrać do niewoli czy co gorsza – rozstrzelać. Wszystko miało tutaj ręce i nogi.

Słuchałem cię tak, jakbym słuchał kazania. Byłeś – czego nie mogę o tobie powiedzieć z czasów, gdy żyłeś – charyzmatyczny. Miałeś naprawdę dużo ciekawego do powiedzenia. Jeśli to chociaż częściowo prawda, szczerze mówiąc, nie wiedziałem, że zależało ci aż tak bardzo. Na pewno bardziej niż mnie.

Piłka była fajna, ale raczej jako ucieczka od prawdziwych obowiązków. Lubiłem, gdy w szkole dostałem złą ocenę, a ty szedłeś do wychowawczyni i przekonywałeś ją, że kopanie kawałka skóry przyda mi się w życiu bardziej niż lekcje geografii lub matmy. Ciekaw byłem, dlaczego tak w to wierzysz. Ja, przysięgam, nie wierzyłem. Ale ciągle mnie pilnowałeś. W innym wypadku pewnie tak jak inni opuściłbym trening, może jakiś mecz.

Tak się zresztą stało. Potem, no wiesz kiedy.

Gdy wróciłem ze szkoły i mama powiedziała, że źle się poczułeś i pogotowie już jedzie, i żebym na razie poszedł do babci, bo „nie wiadomo, co będzie”, ja chyba czułem, co będzie. I wiesz co? Leżałem wieczorem pod kołdrą, to był listopad, dobrze pamiętam, i wcale nie zastanawiałem się, jak my sobie bez ciebie poradzimy. Pomyślałem: może jutro nie będę musiał iść na trening.

Przepraszam za to.

A potem wszystko tak szybko się potoczyło i myślałem, że to sen, taki jak ten dziś. To niesamowite, że jest człowiek i nagle człowieka po prostu nie ma. Wczoraj z kimś gadasz, a jutro już nie możesz. Parę godzin temu cię wkurzał, za kilka będziesz o tym marzył.

Co dziwne, nie płakałem na pogrzebie, chyba dlatego, że już nie miałem czym, to raz, dwa – samo to, że widziałem, jak umierasz, było sto razy straszniejsze niż pochowanie cię w ziemi. Byłem zmęczony, okropnie zmęczony.

Szybko dotarło też do mnie, że straciłem wybór. Pomiędzy tym, co chciałbym powiedzieć mamie, a co mógłbym tobie. Wydaje mi się, że dla dziecka to jedna z najważniejszych rzeczy – mieć szansę wybrać. Na przykład z kim chce się zasnąć albo kto ma opowiedzieć bajkę na dobranoc.

Nigdy nie byłeś mistrzem w opowiadaniu bajek. Prosiłem cię, żebyś je wymyślał, a ty nieudolnie coś sklecałeś. Ale jedna była naprawdę dobra. O małym ptaku, który pięknie śpiewał.

Mały ptak miał tak wspaniały głos, że kochały go wszystkie zwierzęta w lesie. Jego wieczorne koncerty kołysały je do snu. Miał przyjaciół, na których zawsze mógł liczyć. Nie lubił jedynie żaby, bo ta wieczorami rechotała nad brzegiem jeziora.

Kiedy jednak stracił głos, żadne z leśnych zwierząt go nie odwiedziło. Mijały tygodnie, a on cierpiał w samotności. Wtedy przyszła żaba i powiedziała, że jej również się to zdarza, a najlepszym lekarstwem na utratę głosu jest zjedzenie rośliny, którą ona zaraz przyniesie mu z pobliskiej łąki.

Okazało się, że ptak wyzdrowiał. Razem z żabą grali piękne koncerty na dwa głosy. Dawni przyjaciele wrócili, ale ptak nigdy nie spojrzał w ich stronę. Obiecał żabie, że będzie się przyjaźnił tylko z nią.

Prawie o niej zapomniałem, w końcu to tylko głupia bajka z dzieciństwa.

Kiedy odszedłeś, umarłeś – ciągle z trudem przychodzi mi to wymówić – postanowiłem nie trenować. Nie szukałem jednak żadnego lekarstwa, jak tamten ptak. Porzuciłem dawnych przyjaciół, nie było ich zresztą wielu, wszyscy związani byli z piłką. Postanowiłem, że będę po prostu żył. Bez żadnych oczekiwań. Zacząłem od zera, choć nie sam.

Grałem jeszcze chwilę, tak. Robiłem to nie z miłości do piłki, ale z powodu wyrzutów sumienia. Miałem wrażenie, że cały czas mnie obserwujesz, codziennie mi się śniłeś. Trenowałem, ale nie robiłem tego z sercem. Ciało wykonywało polecenia głowy, jak dawniej, choć reszta nie podążała za nim z lekkością. Coś mnie uwierało.

Mimo wszystko wciąż byłem niezły. W dużej mierze dzięki dyscyplinie, którą we mnie wypracowałeś. Po prostu dobrze się rozpędziłem na pasie startowym i dzięki temu mogłem lecieć. Podejrzewam, że gdybym po roku przerwy wrócił, wciąż wyróżniałbym się na tle rówieśników. Ale pewnego dnia nie wróciłem.

Ona podeszła do mnie w dyskotece, wtedy często wychodziłem z domu. Mówili, że powinienem być w żałobie. Nie rozumiałem tego. Dlaczego jedni nie pozwalają drugim opłakiwać kogoś bliskiego po swojemu?

Była starsza o dwa lata. Kumpel powiedział mi, żebym uważał, bo dobrze wie, jaki mam talent. Na pierwszej randce zachowałem się jak kretyn i oznajmiłem:

– Jeśli szukasz przyszłej gwiazdy piłki, to ja nią nie będę. Kończę z tym.

Uśmiechnęła się z politowaniem, bo w ogóle jej to nie interesowało. Nie wiedziała, skąd przyszło mi do głowy coś takiego. Powiedziała, że zwyczajnie jej się podobam i że zastanawiała się, jeszcze w szkole – była dwie klasy wyżej w naszym liceum – czy potrafię się całować. Spodobał mi się jej wywód.

Byliśmy nierozłączni. Pieprzyliśmy się na dachu naszego wieżowca i w windzie, gotowaliśmy razem, piliśmy piwo nad jeziorem, a zimą chodziliśmy na łyżwy. Myślę, że to prawdziwa miłość, od pierwszego wejrzenia. Miłość do niej zastąpiła mi miłość do ciebie i skłamałbym, mówiąc, że to była kiepska wymiana. Tłumaczyłem sobie, że musiało dojść do takiej transakcji, nic nie ma za darmo. I że gdyby nie twoje odejście, ona by się nie pojawiła.

Gdybyś żył, miałbym kłopot z poznaniem kogoś takiego, bo przecież nigdy nie pozwoliłbyś mi iść na dyskotekę. Wolność, jaką poczułem, dała mi ogromną siłę. Zdobycie najładniejszej i najmądrzejszej dziewczyny w liceum – dużo większa radość niż każdy gol.

Zostaliśmy małżeństwem. Polubiłbyś Anię, to najlepsza osoba, jaką znam. Niedługo będziemy mieć synka, dzisiaj na szczęście nie trzeba biegać do portiera w szpitalu, żeby poznać płeć. Wszystko wskazuje na to, że urodzi się silny i zdrowy. Mam nadzieję, że polubi piłkę. Ania zaproponowała, żebyśmy dali mu na imię Józef.

Pewnego dnia zapytała mnie, czemu już nie lubię piłki. Sam nie wiedziałem nawet, czy to prawda. Ale im częściej pytałem o to siebie, tym bardziej rozumiałem, że nadal lubię. Po prostu kojarzyła mi się z czymś złym. Ze stratą, z żałobą. Była jak stare mieszkanie, do którego nie chcesz zaglądać, bo kiedyś umarł w nim dziadek.

Wróciłem do grania na poziomie amatorskim. Wciąż coś tam kopię, mimo że już nie ta szybkość, a plecy często bolą. Ostatnio napisali o mnie w „Głosie Bagna”, zawsze czytałeś tylko ostatnią stronę – sport. Wygraliśmy mecz na szczycie klasy A, a ja zdobyłem bramkę w ostatniej minucie, taki banał. Przeczytam ci, bo Ania wycięła artykuł, gdzieś go tutaj mam.

„Kiedy zgromadzeni na trybunach byli przekonani, że spotkanie zakończy się remisem, Maksymilian Korzecki przypomniał o sobie po raz kolejny w tym sezonie. Jego gol numer trzydzieści w bieżących rozgrywkach to idealne podsumowanie formy z ostatnich kilku miesięcy, wisienka na torcie umiejętności, jakie często zdają się wykraczać poza amatorską piłkę”.

Ładnie, co? I dalej: „Najpierw odbija się od niego prawy obrońca, następnie schodzi do środka, robi balans ciałem w lewo i stoper przeciwnika już tam leży, a on rusza w prawo. Powinien zrobić na odwrót, wtedy miałby bliżej do osi bramki, a tutaj nie dość, że kąt ostry, to jeszcze bramkarz kładzie się pod nogami. I wtedy jakby włączyło się slow motion. Podnosi głowę i wyraźnie dostrzega, że bramkarz już wie (…)”.

W chwili, gdy piłka szybowała nad jego głową, miałem déjà vu. Ty mnie tego nauczyłeś, wtedy, tam, gdzieś. Chyba w parku. Pamiętasz jeszcze?

Bagno. Czternaści historii o ucieczce

Copyright © Przemek Rudzki 2022

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2022

Redakcja – Paulina Stoparek

Korekta – Tomasz Bocheński / WIELE KROPEK, Małgorzata Kuśnierz

Projekt typograficzny i skład – Natalia Patorska

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografie na I stronie okładki – Adobe Stock (Polarpx), Shutterstock (s_oleg, Mariola Anna S, S.N.Ph, Tomorrow36)

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2022

ISBN mobi: 9788382102802

ISBN epub: 9788382102819

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Dagmara Kolasa, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska

Design i grafika:Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Agnieszka Jednaka

Promocja: Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Aleksandra Parzyszek, Karolina Prewysz-Kwinto, Paulina Gawęda, Piotr Jankowski, Barbara Chęcińska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga, Mateusz Wesołowski

E-commerce: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski

Administracja: Klaudia Sater, Monika Kuzko, Małgorzata Pokrywka

Finanse: Karolina Żak, Honorata Nicpoń

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl