Atlantyckie patrole - Wieńczysław Kon - ebook

Atlantyckie patrole ebook

Wieńczysław Kon

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 313

Rok wydania: 1958

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wieńczysław Kon

ATLANTYCKIE PATROLE

WYDAWNICTWO

MINISTERSTWA

OBRONY

NARODOWEJ

Okładkę projektował

ADAM WERKA

Redaktor: Z. Grabowski

Redaktor techn.: Z. Płatek

Korektor: M. Chrzanowski

Printed in Poland

Nakład 10 000 egz. Objętość 12,75 ark. wyd., 9,63 ark. druk.

Papier druk sat. V kl. 70 g, format 70 x 100/32

z Fabryki Papieru we Włocławku

Oddano do składu 21.VII.58 r. Druk ukończono w listopadzie 1958 r.

Wojskowe Zakłady Graficzne w Warszawie

Zam. nr 7173 z dn. 10.VI.58 r. A-69

Cena zł ,15.—

I. Hasło „Pekin”

– Rozwiązuję szyk, wolny manewr!

Rozkaz dowódcy dywizjonu zostaje powtórzony głośno i dobitnie, aby nie było wątpliwości, że jest dobrze zrozumiany, i oto odpowiedni trzyflagowy sygnał idzie do góry. Zanim łopoczące na wietrze kolorowe flagi dojdą do wysokości dolnej rei „Błyskawicy”, znad pomostu idącego z tyłu „Groma” strzela w górę białoczerwony trójkąt odpowiedzi.

– Rozwiązuję szyk!

– Przyjęty, zrozumiany! – krzyczy mat Gatner, szef sygnalistów.

Na twarzy dowódcy dywizjonu maluje się odprężenie. Komandor Stankiewicz od szeregu dni i nocy nie schodzi z pomostu.

Zespół czterech kontrtorpedowców odbywa wszelkie możliwe ćwiczenia odpowiadające warunkowi wojny na morzu. W tej chwili „Błyskawica” i „Grom”, po ukończeniu serii pozorowanych ataków na okręt podwodny, mają rozpocząć ćwiczenia nocnych spotkań. Komandor Stankiewicz uśmiecha się lekko, uderza dłonią w barierę pomostu i wydąwszy nerwowo policzki ciężko wzdycha.

Dla nas, ludzi związanych z bojowym pomostem, stanowi to nieomylny znak, że teraz nastąpi przerwa w bezustannych alarmach i odpoczynek, miejmy nadzieję, może nawet godzinny. Jeszcze tylko chwila szeptów z dowódcą okrętu i Stankiewicz schodzi z pomostu. Do chwili gdy głowa jego zniknie w luku, nawet najlżejszy szmer wśród licznej obsady pomostu nie może zakłócić ciszy. Nikt bowiem nie chce ryzykować nowego alarmu i jeszcze jednego „ataku” na urojony peryskop.

Oczy wszystkich są wpatrzone w ściągniętą twarz komandora Kodrębskiego. On jako dowódca okrętu ma do wykonania bardzo trudne i odpowiedzialne zadanie. Dowodzi „Błyskawicą”, a równocześnie jest obarczony odpowiedzialnością za przekazywanie rozkazów Stankiewicza na pozostałe okręty, a więc poniekąd za ich wykonanie. Kodrębski martwi się każdym błędem popełnionym przez zebranych na pomoście oficerów i szeregowych. Błędy popełniane przez nas są bowiem błędami nie tylko „Błyskawicy”, lecz także i całego zespołu.

– Wykonawczy! – Kodrębski przejmuje dowodzenie po Stankiewiczu.

Na jego rozkaz sygnalista szarpie za flaglinkę i trzy kolorowe flagi gwałtownie spadają w dół. „Grom” pochyla się lekko na prawą burtę, zatacza łagodny łuk w lewo i – ustawiając się do nas rufą – oddala w kierunku pełnego morza.

– Odbój alarmu!

– Odbój alarmu! – powtarzam i naciskam klakson.

Dwa długie dźwięki powodują, że na wszystkich stanowiskach bojowych zaczyna się ruch. Ludzie zdejmują skórzane hełmy z telefonami, ustawiają uzbrojenie i przyrządy pomocnicze „na zero”, wyłączają przekaźniki, zamykają rury głosowe i opuszczają swoje miejsca, schodząc powoli z trapów lub zjeżdżając błyskawicznie po ich poręczach, wreszcie znikają w wylotach korytarzy prowadzących do pomieszczeń. Na górze pozostaje tylko wachta patrolowa – jedna trzecia całej załogi.

Czerwona tarcza słońca wisi już zupełnie nisko nad widnokręgiem. Na południe od okrętu rysuje się cienka linia półwyspu, a charakterystyczna sylwetka kościoła w Jastarni od pierwszego rzutu oka pozwala ocenić miejsce, w jakim znajduje się „Błyskawica”. Nikt nam nic nie mówi, ale po kilku miesiącach intensywnych ćwiczeń umiemy przewidzieć, co nas czeka za godzinę lub dwie.

Gęstniejący mrok, jaki zapada w godzinę po zachodzie słońca, jest najlepszym czasem do ćwiczenia we wzajemnym spostrzeganiu się okrętów. Następna godzina jest więc przeznaczona nie tylko na wypoczynek. Przede wszystkim chodzi o to, aby mające się spotkać „Grom” i „Błyskawica” zdążyły zniknąć sobie z oczu i oddalić się od siebie na taką odległość, aby spotkanie było dla załóg rzeczywiście niespodzianką. Dopóki więc sylwetka „Groma” widnieje w północnej stronie, dopóty „Błyskawica” na małej szybkości kręci się pod Jastarnią. Wreszcie ruszamy na wschód, po czym – zatoczywszy duży łuk – zawracamy i bez pośpiechu płyniemy na północo-zachód.

Do warunków bojowych obok innych ćwiczeń przyzwyczaja nas również obowiązek dokładnego zaciemniania okrętu. Prosta funkcja zamykania klap na iluminatorach jest przecież bojowym obowiązkiem wyznaczonych do tego marynarzy.

W parę chwil po donośnym bosmańskim gwizdku iluminatory zostały już zamknięte, stalowe klapy opuszczone i silnie dokręcone. Na wylotach korytarzy zasunięto podwójne brezentowe zasłony, nie przepuszczające światła na zewnątrz. Zebrani w mesie szybko spożywamy tzw. drugą kolację, czyli szklankę herbaty i parę kanapek. Za sobą mamy już cztery godziny od kolacji, przed nami jeszcze prawie cała noc na otwartym pokładzie.

W zupełnych ciemnościach rozlega się nagle szereg długich dźwięków alarmu bojowego. Klakson podrywa na nogi wszystkich. Na głównym pokładzie, na spardeku i na trapach rozlega się tupot licznych nóg. Nikt nikomu miejsca nie ustępuje, ludzie wzajemnie się popychają i przyśpieszają przyciszonym nawoływaniem. W czasie biegu na stanowiska bojowe nie ma w ciasnych korytarzach starszeństwa stopni. Każdy musi jak najprędzej znaleźć się na swym stanowisku, przygotować i sprawdzić przyrządy, zameldować gotowość. Oślepieni jasnym elektrycznym światłem wnętrza pomieszczeń, kabin i mes, nic na pokładzie nie widzimy. Ale pokład swego okrętu znamy dobrze, znamy każdy przedmiot, o jaki można się potknąć. Lewa ręka, wyciągnięta w górę, od razu trafia na pionową poręcz trapu wiodącego na platformę Boforsa. Sprężysty skok z półobrotem ciała w lewo i prawa stopa bez pudła trafia na czwarty szczebel trapu, a prawa ręka łapie za jego drugą poręcz. Jeszcze jeden skok, jeszcze dwa i artylerzysta jest już na górze, trafiając prosto w siodełko celowniczego.

Sylwetki artylerzystów jak z procy wystrzeliwują jedna za drugą ponad platformy i – zanim pojawi się ostatnia – dwie smukłe, sprzężone lufy przeciwlotniczego działka zataczają łuk w prawo i w lewo, wznoszą się w górę, a głos działonowego melduje gotowość. W biegu po pozornie wolnej przestrzeni pokładu nogi marynarzy omijają sterczące w górę klamry, kolana uchylają się przed pułapką korb do wykręcania szlupbelek, głowy chylą się przed grożącym rozcięciem skóry żelastwem, choć oczy nie widzą stojących na drodze przeszkód. Tylokrotnie ćwiczone alarmy, częste, zdawałoby się bezmyślne, bieganie po pokładzie, ciągłe czyszczenie sprzętu i wymiatanie kątów tak zespoliło ludzi z okrętem, że teraz, w ciemności, załoga wygrywa te sekundy, które w nocnym boju na morzu nieraz decydują o zwycięstwie.

Zostajemy powiadomieni o rodzaju ćwiczenia. Chodzi o ocenę elementów ruchu „Groma”, naszego „nieprzyjaciela”, o ocenę jego tzw. kąta biegu, czyli kąta, pod jakim sylwetka jego jest zwrócona w stosunku do nas.

Mijają minuty, w ciągu których wzrok przyzwyczaja się do mroku. Kontroluję swoich sygnalistów. Czterech z nich wpatruje się każdy w „swoją” stronę świata, usiłując znaleźć w mroku sylwetkę „Groma”.

Niepokoi mnie prawe skrzydło pomostu, gdzie rysuje się wysoka postać marynarza Skrzyniaka. Nieco lekkomyślny wesołek hołdował zasadzie „grunt się nie przejmować” i przez swą lekkomyślność mógł przegapić „Groma”.

– Skrzyniak?! – odzywam się do niego głośnym szeptem. W intonacji, z jaką wymawiam nazwisko marynarza, kryje się wszystko – i pytanie, czy uważa, i ostrzeżenie, aby nie dał się . ubiec komu innemu, i niedwuznaczna groźba.

– Niedoczekanie jego, żeby miał mnie złapać – mruczy Skrzyniak. – Nie chciałbym znów zafasować „bez lądu”...

Skrzyniak miał pod swoją opieką sektor rufowy, więc to, że „Groma” dojrzał inny sygnalista z dziobu, wstydu mu nie przyniosło.

Wymieniamy radiosygnały. „Grom” kładzie się na kurs w przybliżeniu równoległy i zaczyna nieznacznie zygzakować. Wszyscy bez wyjątku – zarówno oficerowie, podoficerowie, jak i marynarze sygnaliści – na dany sygnał ustalamy wartość kąta biegu, każdy dla siebie. Potem następuje przerwa, wymiana radiosygnałów i „Grom” podaje nam rzeczywistą wartość kąta, dzięki czemu każdy sam może sprawdzić własną pomyłkę. Ćwiczenie jest dość nudne, trwa długo, a zimno zaczyna dokuczać tak silnie, że szczękamy zębami. Jesteśmy wszyscy bardzo zmęczeni i niewyspani. Od dawna już spędzaliśmy noce na ćwiczeniach.

Było już po północy, gdy ćwiczenia zostały zakończone. Odbój alarmu zatrzymał na stanowiskach połowę załogi, powrót do Gdyni odbył się bowiem w wachcie bojowej. Cztery godziny snu musiały wystarczyć. Niewyspani, przemęczeni ludzie mieli w perspektywie cały dzień intensywnych zajęć, a po nim znowu noc pełną ćwiczeń i niepokoju.

Były to ostatnie dni sierpnia 1939 roku, już po powszechnej mobilizacji, która zastała mnie w domu na Świętojańskiej i zbudziła o czwartej rano tupotem licznych nóg na chodniku. Jeden rzut oka przez okno i zrozumiałem wszystko. Marynarze pośpiesznie doręczali wezwania alarmowe pod poszczególne adresy. Nie czekając na gońca zbiegłem na dół. Po drugiej stronie ulicy wsiadał do swego samochodu mieszkający naprzeciwko kapitan Grudziński. Zabrał mnie ze sobą i pognaliśmy na Oksywie, łudząc się nadzieją, że może to jednak alarm próbny. Jadąc mijaliśmy podejrzanie dużą ilość śpieszących się cywilów. Coraz mniej wyglądało to na alarm ćwiczebny.

– No cóż, „Orzeł” jest gotów – odezwał się nagle Grudziński. – To ciągłe pogotowie, rejsy pod Pilawę, obserwacja płynących do Prus transportów tak już wyszlifowały załogę, że trudno o lepszą gotowość. A kilka dni temu – roześmiał się – ćwiczyliśmy nawet wespół z niemieckimi samolotami.

– A tak, pamiętam! – Przypomniałem sobie to niezwykłe wydarzenie. – „Błyskawica” miała przejść przez wasz sektor i wykryć peryskop. Na okręcie alarm bojowy, „Krwawy Natan”1 ochrzanią wszystkich jak zwykle i obiecuje złote góry temu, co pierwszy dojrzy wasz peryskop. Każdy oczy wytrzeszcza, aż tu nagle w odległości kilku mil przed nami dwa niemieckie samoloty raz po raz pikują w jedno i to samo miejsce...

– Widziały nas jeszcze przed zanurzeniem...

– ...I zepsuły nam całą zabawę, bo już z góry było wiadomo, gdzie jest wasz peryskop.

Dojeżdżaliśmy do celu.

Pożegnałem kapitana Grudzińskiego. Uścisnęliśmy sobie dłonie.

Wysiadłem przed bramą portu wojennego. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że był to ostatni uścisk ręki wymieniony z tym cichym, skromnym, a tak świetnie zapowiadającym się oficerem. Odwróciłem się ku portowej bramie i bezwiednie wyciągnąłem z kieszeni kółko z dwoma kluczami od mieszkania. W tej chwili były już bezużyteczne. Ale nie znaczy to, że stały się niepotrzebne. Te dwa kluczyki towarzyszyły mi później w wielu gorących dniach i nocach i zawsze traktowałem je jak czarodziejski amulet, jak nieomylny znak, że powrócę...

Kiedy tego dnia po kolejnej nieprzespanej nocy ćwiczeń na morzu stanęliśmy wreszcie na redzie, byliśmy tak zmęczeni, że chorąży Rojewski nie miał łatwego zadania z organizacją normalnego sprzątania okrętu. Na porządkowaniu pokładu, a następnie czyszczeniu uzbrojenia zeszedł nam czas do południa i do dwugodzinnej przerwy obiadowej. Zaledwie przebrzmiał hejnał z Wieży Mariackiej, głośniki wywołały obsadę do motorówki. Na półtorej godziny, w drodze wyjątkowego ustępstwa, „Krwawy Natan” zezwolił kilku ludziom „wyskoczyć” na ląd do dentystki. Pojechał trzeci oficer mechanik, podporucznik Staliński, chorąży Rojewski i trzech marynarzy. O wpół do drugiej mieli być na molo pod Kapitanatem Portu.

Korzystając z przerwy obiadowej wyciągnąłem się na kanapce w swojej kabinie. Zza burty dochodziło mile usypiające chlupotanie drobnej fali, aromatyczny powiew morza sączył się przez otwarty iluminator. Nie wiem, czy minęła godzina, kiedy rozkoszny odpoczynek przerwało mi wejście marynarza. Dowódca prosił o kopertę z napisem „Pekin”.

„Pekin”, „Pekin”? Zaniepokoił mnie ten kryptonim. Tak, to była jedna z tych kilku zalakowanych kopert, ściśle tajnych i opatrzonych różnymi hasłami, które w dniu mobilizacji dano mi na przechowanie. Jako adiutant okrętu trzymałem takie rzeczy w stalowej kasetce stojącej w kabinie pod umywalką. Czując jakiś wewnętrzny niepokój i trochę klnąc za przerwanie mi poobiedniej siesty, wyjąłem kopertę i poszedłem na pomost.

Obaj dowódcy czekali już w korytarzu na dolnym pomoście. Komandor Stankiewicz miał mocno zaciśnięte wargi i nerwowo poruszał szczękami. Komandor Kodrębski zasępiony i ze ściągniętymi brwiami patrzył z ciekawością na kopertę. Kiedy chciałem mu ją podać, dowódca dywizjonu niecierpliwie wyrwał mi ją z ręki. Uderzył sztywnym kantem koperty o dłoń, oderwał przeciwległy bok i zaledwie rzuciwszy okiem na papier – krzyknął:

– Odkotwiczenie!

Podniesiony natychmiast sygnał zarządzał gotowość do odkotwiczenia za pół godziny z odwoławczym dla „Wichra” i natychmiastową odprawę dowódców okrętów całego dywizjonu.

Treść koperty „Pekin” nie od razu doszła do wiadomości oficerów. Sam fakt, że mieliśmy zaraz odkotwiczyć pod tajemniczym hasłem o chińskiej nazwie, nie zrobił początkowo wrażenia. Tyle już było rozmaitych ostrych alarmów, że wszyscy zdążyli się do nich przyzwyczaić. Z poobiedniej drzemki wyrwał załogę głos wachtowego podoficera nakazującego przygotowania do odkotwiczenia.

Było wczesne popołudnie trzydziestego sierpnia 1939 roku. Pozostałem na pomoście z zamiarem dopilnowania, aby w tych gorących chwilach zespołowego odkotwiczenia i rozstania z „Wichrem” w sygnałowym dziale wszystko grało jak najlepiej. Szum wentylatorów i wzmożony dym z kominów zwiastowały nie tylko podnoszenie pary, ale podnoszenie jej dla dużej szybkości.

– Dokąd wybieramy się, panie poruczniku? – zapytał mnie mat Gatner. – Wygląda mi to na coś innego niż ćwiczenia.

Wzruszyłem ramionami. W tej chwili nie mogłem jeszcze dać mu żadnej odpowiedzi.

– Pilnujcie, szefie, ludzi, żeby się zwijali, bo wydaje mi się, że dowódca dywizjonu jest również „pod parą” – powiedziałem, aby tylko coś powiedzieć.

– Sygnały są już przygotowane. Na dole przy flagach będzie Jaczyński.

Od dawna już wiedziałem, że mat Gatner, tak jak i reszta sygnalistów, ma dostateczne doświadczenie w swej służbie i że można mu zaufać.

Warkot motorówek, odbijających od trapu „Błyskawicy”, oznajmił, że za chwilę pomost zacznie się zaludniać. Wkrótce też zjawił się zastępca dowódcy okrętu, kapitan Gorazdowski, po chwili na pomost wszedł komandor Kodrębski i kazał ogłosić alarm manewrowy. Jeszcze nie przebrzmiał szereg krótkich i długich dźwięków klaksonu, gdy z luku na pomoście zaczęły jak korki spod powierzchni wody wyskakiwać postacie marynarzy obsady pomostu, biegiem zajmując swoje zwykłe stanowiska. Na dziobowym pokładzie, tuż przy kotwicznych kluzach, wyrósł szereg jasno ubranych marynarzy, z dwoma granatowymi postaciami starszyzny na prawym skrzydle. Nad windą kotwiczną pochylali się maszynista i bosman Muszyński, zastępujący czekającego na molo chorążego Rojewskiego. Gdy dowódca dziobowego oddziału spojrzał na maszynistę przy windzie, ten znieruchomiał nad pokrętłem zaworu, a oficer podniósł wtedy dłoń w górę na znak, że dziób gotów do podnoszenia kotwicy.

Dowódca dywizjonu rzucił okiem na stojące na redzie okręty, zerknął na zegarek.

– No cóż, panie komandorze, jedziemy! – zwrócił się do Kodrębskiego, po czym spojrzał w moją stronę.

Od paru chwil nie spuszczałem z niego oczu. Wiedziałem, że teraz lada moment padnie rozkaz podnoszenia sygnałów.

– Odkotwiczenie!

W mgnieniu oka dawno przygotowana na dolnym pomoście kolorowa flaga frunęła w górę. Na drugiej rei uniosły się równocześnie sygnały zawezwawcze „Wichra” z odwoławczym. Oznaczało to, że rozkaz odkotwiczenia nie dotyczy „Wichra”. „Grom” i „Burza” odpowiedziały również sygnałem odkotwiczenia. W tym samym momencie na pomoście rozległ się krótki, urywany gwizdek, a zastępca dowódcy – zatoczywszy dłonią kilka kółek w powietrzu – tym niemym sygnałem przekazał na dziób rozkaz wybierania łańcucha.

Stukot windy kotwicznej, wydobywająca się z niej smużka białej pary i oficer, który, przechylony przez reling, wskazywał podniesionymi w górę palcami prawej ręki ilość szakli pozostających jeszcze za kluzą, zaabsorbowały na kilka minut obydwóch dowódców. Podoficer przy telegrafie maszynowym spokojnie patrzył w ich stronę. Następną komendą mogła być tylko komenda do maszyn. Oficer na dziobie dał wreszcie znak dłonią, że kotwica puściła; jeszcze parę chwil, a poziomo wyciągnięte ramię zasygnalizowało, że kotwica wyszła z wody – czysta. Nastąpiło jeszcze jedno silne uderzenie kotwicy układającej się w kluzie i terkot windy ustał. Prawie równocześnie na „Gromie” i „Burzy” flagi podskoczyły do szczytu na znak, że i u nich kotwice puściły.

Wszystkie trzy okręty zerwały więź łączącą ich z gruntem gdyńskiej redy.

– Prawa maszyna wolno naprzód, lewa wolno wstecz, ster lewo trzydzieści!

Dwa krótkie dzwonki telegrafu, powtórzenie komendy przez sternika i „Błyskawica” wolno zaczyna sunąć naprzód, odwracając stopniowo dziób coraz bardziej od portowego łamacza fal.

– Na „Wichra”! Szczęść Boże ku chwale Ojczyzny! – rozległ się donośny głos dowódcy dywizjonu.

Młody sygnalista Buraczewski podbiegł do reflektora i w czasie, gdy jego suchy klekot przekazywał na pozostający okręt życzenie, załogi – poderwane gwizdkami na baczność – wzajemnie siebie salutowały. Nikt z nas nie wiedział jeszcze, że jest to nasze ostateczne pożegnanie z „Wichrem”. „Błyskawica”, a za nią „Grom” i „Burza” wolno przedefilowały przed najstarszym polskim niszczycielem, formując równocześnie szyk torowy i kładąc się na kurs w stronę Helu.

Czas formowania szyku i stopniowego zwiększania szybkości jest dla personelu sygnałowego okresem przyśpieszonej, wytężonej pracy. Przygotowywanie, podnoszenie i zwijanie flag sygnałowych musi odbywać się szybko, sprawnie, bez zahamowań.

Teraz następuje odbój alarmu manewrowego. Znowu tupot nóg i pokład pustoszeje. Pozostaje tylko obsada uzbrojenia. Korzystając z niezwykłego nastroju, zastępca dowódcy „zapomina” o zarządzeniu jakichś regularnych zajęć dla ludzi wolnych od wachty. Zresztą niedługo już będzie zmiana, a załoga ma za sobą nieprzespaną noc spędzoną na ćwiczeniach. Z wolna znikają ludzie zebrani na pomoście. Za rufą „Błyskawicy” lekko tańczą „Grom” i „Burza”, a jedyne sygnały, jakie nas czekają, to zmiany kursów i stopniowe powiększanie szybkości. Z tym będzie się parać już sama wachta.

Gdy ochłonąłem z gorączki szybkiego tempa wstępnej sygnalizacji, spojrzałem w stronę Gdyni. Widziałem już tylko ciemne pasmo wzgórz z ledwie u ich podnóża jaśniejącymi plamkami zabudowań. I jeszcze wówczas nie przyszło mi do głowy, że tym razem wyjeżdżam już nie na ćwiczenia, ale na wojnę.

Na molo portu wojennego pozostali ci, którym dowódca w ostatniej chwili pozwolił zejść na ląd. Okres godzinnej „przepustki” miał rozróść się im w długie pięć lat niemieckiej niewoli...

Po okrążeniu Helu zespół położył się na taki kurs, aby przejść w dużej odległości od Rozewia. Pogoda była wprost cudowna. Niebo prawie bez chmurki, morze lekko sfalowane. Szybkość trzydziestu węzłów, maksimum tego, co mogła wyciągnąć „Burza”, wprowadziła kadłub okrętu w lekkie wibracje, czuło się jednak, że „Błyskawica” pędzi naprzód bez wysiłku, nie męcząc się. Małe grzebienie fal, uderzając o blachy dziobu i wyrzucane powyżej pokładu, spadały nań setkami iskrzących się w słońcu kropli. Potężny, biały odkos rozchylał się szerokim, prosto ciągnącym się wałem piany po obu burtach okrętu. Silny pęd powietrza mile orzeźwiał ludzi tkwiących na stanowiskach. Po lewej burcie, przymglony oparami letniego popołudnia, widniał wąziutki pas półwyspu...

Stałem ciągle jeszcze na bojowym pomoście, gdzie panował już zupełny spokój i odprężenie, mile odczuwane po stale ostatnio panującej nerwowości ciągłych ćwiczeń. Obowiązująca dyscyplina nie przeszkadzała w nawiązaniu się cichych rozmów lub wymianie drobnych uwag. Staliśmy właśnie na lewym skrzydle pomostu, kiedy podszedł do nas dowódca i tak, jak gdyby to była zwykła rzecz, powiedział nagle:

– Idziemy do Anglii...

W pierwszej chwili zaniemówiliśmy ze zdumienia. Spojrzeliśmy po sobie. „Do Anglii? – myśleliśmy. – Teraz, kiedy kraj jest w stanie powszechnej mobilizacji?” Próbowaliśmy snuć domysły: „Wizyta kurtuazyjna odpada, oczywisty nonsens. A więc jakaś misja. Tak, misja. Ale jaka, z czym, po co?” Nie znajdowaliśmy żadnej logicznej odpowiedzi i żadne domysły nie wydawały się nam prawdopodobne. Jednego tylko nie wzięliśmy pod uwagę, nie przypuszczaliśmy nawet, aby było możliwe właśnie to, co było prawdą.

Wieść o celu naszej podróży rozeszła się wśród załogi lotem błyskawicy. Może się to wydawać dziwne, ale u wszystkich dało się zauważyć objawy... pewnego zadowolenia. Był to pierwszy, zresztą całkiem naturalny, odruch wewnętrzny. Znużenie i przemęczenie kilkoma miesiącami intensywnych ćwiczeń było wielkie, a podróż do określonego celu była obietnicą odpoczynku połączonego z satysfakcją służby pełnionej „na serio”, a nie dla ćwiczeń. Fakt zaś, że płynęliśmy za granicę, dodawał tej podróży znaczenia i zapowiadał niecodzienność. Refleksje zaczęły nasuwać się później, ale żadne refleksje nie mogły zmienić tego, że prowadziliśmy nasz okręt naprzód, czujnie obserwując morze i niebo, z uzbrojeniem załadowanym ostrymi pociskami, zespoleni w jeden żywy organizm z przemyślnym stworem, jakim jest okręt wojenny, upojeni zawrotną szybkością, przy której czuło się całą potęgę pięćdziesięciu kilku tysięcy parowych koni okrętowych maszyn.

Czas do zmroku przeleciał szybko. Dyskusje na temat przyczyn podróży były zresztą tak ograniczone w swych możliwościach, że wkrótce przestaliśmy prowadzić rozmowy na ten temat. Kto nie stał na wachcie, ten poszedł spać, bo w nocy czekała go służba, a tymczasem wprowadzono wachty bojowe, zatrudniające na służbie połowę załogi.

Około godziny dwudziestej trzeciej śpiąca część załogi została zerwana na nogi szeregiem długich dźwięków klaksonu ogłaszającego alarm bojowy. Na pół rozbudzony i oślepiony jasnym światłem kabinowej lampy biegłem na pomost, łapiąc rękami za właściwe poręcze i trafiając nogami na właściwe stopnie trapów tylko dzięki temu, że tę samą alarmową drogę tylekroć przemierzałem uprzednio. W przyśpieszonym tupocie nóg wyczuwało się, że na ten alarm każdy biegnie z bijącym sercem.

Na górze, na bojowym pomoście, czarno. Wzrok jeszcze nie oswojony z ciemnością. Mimo to ludzie błyskawicznie zajmują stanowiska, rozpoznając się po głosie. Na skrzydłach pomostu natrafiłem na wachtowych sygnalistów, po głosie rozpoznaję ludzi. Informują nowo przybyłych, że mijają nas jakieś trzy zaciemnione sylwetki.

Na pomoście panuje cisza podkreślana przez szmery i dzwonki torpedowych i artyleryjskich przekaźników, które grają w pełnej gotowości. Lufy dział obrócone na lewą burtę. Padają krótkie, przytłumione komendy oficera kierującego ogniem. Rozpoznaję głos Hessa i słyszę ostatnie, sprawdzające gotowość broni przeciwlotniczej, słowa Buchowskiego. Nie ma w nich podniecenia i nerwowości. Spokojnie podają kąt kursowy, wskazują cel... Zostają tylko do powiedzenia dwa krótkie słowa: otworzyć ogień!

Wzrok oswaja się z ciemnością. Jaśnieje niebo, występują gwiazdy. Na przodzie pomostu dwie wysokie sylwetki dowódców. Z lornetkami przy oczach stoją nieruchomo, wpatrzeni gdzieś na lewą burtę. Spoglądam w tamtą stronę i – choć z trudem – dostrzegam gołym okiem trzy sylwetki idące niedużą chyba szybkością w kierunku przeciwnym niż my. Teraz na pomoście zalega już zupełna cisza, mącona jedynie szumem wody za burtą. Najeżony lufami dział, wolno obracającymi się za mijanymi okrętami, i szczerząc zęby wyrzutniami torped, przechodzi nasz okręt koło tamtych powoli, bo płytkie wody południowego Sundu nie pozwalają na rozwijanie dużych szybkości. Dowódca nie powie: „Otworzyć ogień”. Nie mamy przecież powodów, aby pierwsi rozpoczynać walkę, nawet gdybyśmy mieli pewność, że tamci są Niemcami. Ale odpowiemy na pierwszy błysk z ich luf, prędzej niż ich pociski dosięgłyby naszych burt.

Mijają sekundy, które wydają się minutami. Patrzymy na tamtych już w kierunku za rufę. Mijają „Groma”, mijają „Burzę” i wreszcie rozpływają się w ciemnościach za rufami naszych okrętów. W głosie Hessa i Buchowskiego, zarządzających odbój alarmu dla artylerii, brzmi nutka rozczarowania. Wiem, że pragnęli wydać komendę: „Pal!”

Dowódcy musieli coś więcej wiedzieć o ogólnej sytuacji. Ich przekonanie o tym, że gdyby to byli Niemcy, to nie obeszłoby się bez zaczepki z ich strony, było tak głębokie, że w tym wypadku zdecydowali się orzec, że minęły nas okręty duńskie albo szwedzkie.

Byli to jednak Niemcy i, co więcej, widzieli nas, i tak samo jak my szczerzyli ku nam swe działa i wyrzutnie torpedowe. Wyjaśniło się to dopiero po wojnie. Dlaczego jednak, widząc trzy polskie niszczyciele uchodzące z Bałtyku, nie przeszkodzili w tym na jedną zaledwie dobę przed rozpoczęciem ataku na Polskę, tego nie dowiedzieliśmy się dotąd.

Odbój alarmu bojowego prawie zbiegł się z czasem rozpoczęcia mojej wachty, zostałem więc na pomoście, przejmując wraz z kapitanem Gorazdowskim prowadzenie „Błyskawicy”. Obaj dowódcy nie schodzili z pomostu. Powoli zbliżaliśmy się do betonowej wysepki Nor dra Rosę, na której latarnia morska śląc swe różnokolorowe błyski wskazuje marynarzom drogę w ciasnym Sundzie. Zaczynało już świtać, gdy przecisnęliśmy się przez płytkie wody Drogden, zostawiając po stronie lewej, na pobliskim brzegu, kopenhaskie lotnisko w Kastrup, a po prawej szwedzką wyspę Ven. Zamajaczyły z dala przymglone sylwetki starych kościołów w Kopenhadze i oto oba lądy, z lewej strony duński, a z prawej szwedzki, zaczęły się zbliżać ku sobie, podsuwając ku nam swoje kolorowe domki jak z bajki, całe tonące w ciemnej zieleni ogrodów.

Oczy ludzi stojących na wachcie chciwie chłonęły widok brzegów, tchnący dobrobytem, pięknem i spokojem wczesnej godziny. Domki i wille, rozsiane szczególnie na duńskim brzegu, pomiędzy przedmieściami Kopenhagi a Helsingorem, zawsze były i są przedmiotem ciekawości przepływających tamtędy marynarzy. Tam to właśnie, gdy o wschodzie słońca niebo przybrało już opalową barwę, a nad lądem snuły się resztki porannych oparów, wysoko nad naszymi głowami zabrzęczał samolot, Najbystrzejsze oczy długo szukały go na niebie – był ledwo dostrzegalny i z trudem tylko mogliśmy go wyśledzić, nie mogąc go jednak rozpoznać. Krążył zataczając duże koła i razem z nami przesuwał się na północ, wzdłuż wód Sundu, aż minęliśmy najwęższe miejsce, gdzie duński Helsingor i szwedzki Helsingborg zdają się podawać sobie ręce. Na lewym brzegu wznosi się tam piękny zamek Elsinore, słynny z szekspirowskiej tragedii. Z jednej z jego czterech wież, z których każda jest inna, spod hełmu przykrywającej ją zielonej blachy, mrugało do nas światło umieszczonej tam latarni morskiej.

Ciepły ranek nie zachęcał do snu. Mimo że byliśmy już po wachcie i czuliśmy się przemęczeni wieloma poprzednimi nieprzespanymi nocami, stanęliśmy wraz z Jankiem Buchowskim pod pomostem po lewej burcie, przypatrując się miasteczku i górującemu nad nim zamkowi. Mijaliśmy je w odległości jednej mili.

Przekraczaliśmy próg Bałtyku. To była przecież brama wiodąca do niego i my przejeżdżaliśmy nią, płynąc w szeroki świat.

Spojrzałem mimo woli przed dziób, gdzie w perspektywie rozchodzących się teraz brzegów jaśniały wody Kattegatu, wody już naprawdę „zagraniczne”, o horyzoncie zupełnie zatartym poranną mgłą, ciemną z tej północnej strony róży wiatrów.

– Takie mam uczucie, jak by się za nami szlaban zamykał – powiedział w zamyśleniu Janek. – Stąd do Anglii jeszcze kawał drogi, co?

– Tak, jeszcze kawał drogi... – odpowiedziałem. – Zanim tam dojdziemy, może się jeszcze dużo zdarzyć.

Brzęczenie samolotu, które się właśnie nieco wzmogło, słowa Buchowskiego o szlabanie i nagłe uświadomienie sobie szmatu przebytej drogi, ścielącej się w perspektywie Sundu, i perspektywa otwierającego się Kattegatu niespodziewanie zdarły z prawdy zasłonę samooszukiwania się, którym karmiliśmy się od wczorajszego popołudnia. W powietrzu wisiało to, co symbolizował śledzący nas nie rozpoznany samolot, wisiała wojna. Obaj z Jankiem spojrzeliśmy do góry, a następnie sobie w oczy.

– Z tego coś będzie, tylko nie wiadomo kiedy...

– Oby tylko nie przed śniadaniem...

Dzień trzydziestego pierwszego sierpnia zbiegł szybko w ponurym nastroju i na milcząco. W czasie wacht nie rozmawialiśmy o niczym, zbyt zresztą utrudniała rozmowy dyscyplina i skupienie się jednych na prowadzeniu okrętu, drugich na obserwowaniu wiszącego nad nami samolotu. Po wachtach spaliśmy, mając na odrabianie „zaległości” zaledwie po trzy godziny.

Do zachodu słońca przebyliśmy tego dnia niemałą drogę, bo o czwartej rano mijaliśmy hamletowski zamek, a teraz znajdowaliśmy się już prawie pośrodku Morza Północnego. Przez cały ten czas samolot nie opuścił nas ani na chwilę, zataczając na dużej wysokości koła i przesuwając się razem z nami wzdłuż Kattegatu i Skagerraku. Po ominięciu przylądka Skagen, najbardziej na północ wysuniętego skrawka Danii, dywizjon położył się na kurs prowadzący ku południowej Anglii, mimo że docelowym portem była wojenna baza Royal Navy Rosyth położona w pobliżu Edynburga, w środkowej Szkocji. Ten manewr komandora Stankiewicza miał na celu wprowadzenie w błąd Niemców, gdyby ci chcieli nas zaatakować w nocy. Zwiedzeni kursem, jaki pilnujący nas samolot obserwował przez cały dzień, czekaliby na nas na jego przedłużeniu, my zaś pod osłoną nocy mieliśmy zmienić kurs znów na Szkocję.

W miarę jak słońce zachodziło, coraz niżej ku morzu schodził również pilnujący nas samolot. Zatrzymał się ostatecznie na takiej wysokości, że nasza artyleria nie mogłaby go dosięgnąć, ale sylwetka jego stała się już tak widoczna, że bez trudu rozpoznaliśmy wodnosamolot typu Dornier. Nadszedł wreszcie moment, kiedy słońce, skrywszy się uprzednio za wiszącymi nisko obłokami, ukazało się ponownie, bardzo czerwone, śląc na nas swe promienie ze szczeliny między czarnymi obłokami a widnokręgiem, i kiedy z tego słońca wprost na nas wyskoczył dwumotorowy, pękaty bombowiec, ukazując na kadłubie czerwono-biało-niebieskie kręgi znaków brytyjskich. Lecąc tuż nad samą powierzchnią morza, strzelił rakiety, które przyjęliśmy za rozpoznawcze, okrążył nas dwa razy i równie szybko, jak się pojawił, znikł w zachodniej stronie horyzontu.

Z zapadnięciem mroku brzęczenie nad nami ustało. Nasz anioł stróż poleciał spać, bo w nocy i tak nie mógłby nas śledzić. Korzystając z ciemności i licząc na to, że Niemcy stracą nasz trop, zrobiliśmy zwrot i poszliśmy już wprost ku Rosyth.

Tej nocy wachtę zdałem o czwartej rano, a z ust marynarza, który mnie zbudził o wpół do ósmej na następną wachtę, usłyszałem, że wojna już się zaczęła.

Pierwszy dzień września 1939 roku był na Morzu Północnym dniem szarym i smutnym. Nad wodą, upstrzoną małymi grzebieniami piany, wisiały ołowiane, niskie chmury, przymglony zaś widnokrąg chronił nasze okręty przed możliwością zaskoczenia ze strony niemieckiego lotnictwa. W tej odległości od brzegu Rzeszy okręty były mało spodziewane, ale lotnictwo mogło nas szukać. Wachtowi oficerowie artylerii trwali na stanowiskach ze wzmożoną czujnością.

Długo jednak jeszcze Hess i Buchowski, Wacek Pryfke i działonowi mieli czekać na chwilę, w której mogli wyrzucić z siebie upragnioną komendę: „Pal!”

Wczesnym popołudniem pierwszego września zbliżaliśmy się szybko ku brzegom Szkocji. Na wschód od wyspy May Island, leżącej przed ujściem rzeki Forth, zgodnie z planem „Pekin” czekały na nas dwa brytyjskie niszczyciele, HMS „Wallace” i drugi, którego nazwy nie pamiętam.

Cała piątka zatrzymała się na pewien czas w miejscu. Komandor Stankiewicz, wracając łodzią z krótkiej wizyty na „Wallace”, przywiózł na „Błyskawicę” angielskiego podoficera-sygnalistę, abyśmy mogli porozumiewać się z naszymi gospodarzami wspólnym językiem. Oba brytyjskie okręty wysunęły się do przodu, nasze zaś wyciągnęły się w szyku torowym za nimi.

Zbliżał się już wieczór, gdy wchodziliśmy do Firth of Forth, w ujście rzeki Forth, w którym leży baza Rosyth. Po naszej lewej burcie w dużym oddaleniu rysowała się panorama jednego z największych miast Szkocji, Edynburga. Przed nami, przerzucony przez szeroką rzekę, wznosił się słynny most. Za nim, gdzie wody zwężały się, niskie zaś brzegi tworzyły na rzece koryto, znajdowała się baza wojenna, jedna z czterech stałych baz Royal Navy. Rzeka była równocześnie redą, na której stało kilka dużych jednostek przycumowanych kotwicznymi łańcuchami do beczek. W prawo, tzn. na lewym brzegu rzeki, widać było liczne baseny obramowane wysokimi, kamiennymi nabrzeżami do połowy kryjącymi spoczywające tam niszczyciele i inne mniejsze jednostki. W głębi, za basenami, rozciągały się niskie zabudowania bazy, jeszcze dalej zaś wznosiły się zielone wzgórza.

Nasze okręty postawiono na beczkach na redzie. Było już zupełnie ciemno, gdy zabrzmiał odbój alarmu manewrowego. Na „Błyskawicy” zapadła cisza. Cisza i bezczynność. Z wyjątkiem gromadki tych, którzy musieli pełnić konieczną służbę w maszynowni i na pokładzie, wszyscy byli wolni i mieli w perspektywie tę jedną noc pewnego wypoczynku. Co do najbliższej przyszłości nic nie można było powiedzieć. W mesie oficerskiej podczas kolacji rozwinęła się dyskusja nad naszą sytuacją, której mętny obraz malowaliśmy na podstawie okruchów wiadomości docierających z trudem z odległych polskich radiostacji. Z niekompletnych i niejasnych informacji wysnuwaliśmy obraz, jaki nam odpowiadał, to znaczy bardziej optymistyczny, niż to nakazywał trzeźwy sąd. Drażniło nas to, że jesteśmy tu, a nie u siebie, że czekamy bezczynnie na nieznany los, podczas gdy w kraju moglibyśmy czynić to, do czego przygotowywaliśmy się od lat. Niecierpliwość rosła z każdą godziną. Chęć powrotu do Kraju i wzięcia udziału w rozgrywającej się tam walce zmusiła nas do zameldowania o tym dowódcy.

Kodrębski wiedział więcej od nas, rozumiał sytuację głębiej i spokojnie, niemal po ojcowsku wytłumaczył nam całą niedorzeczność projektu.

– Anglia niewątpliwie wkrótce przystąpi do wojny – tłumaczył – a wówczas te trzy nasze okręty będą prowadziły walkę z wrogiem w oparciu o silne zaplecze, którego w Polsce, niestety, nie ma.

Stopniowo też wyjaśniła się tajemnica operacji „Pekin”. Zaplanowano ją jeszcze bodaj w lipcu, gdy w Polsce bawił szef sztabu generalnego brytyjskich sił zbrojnych generał Ironside. W czasie jego wizyty w Polsce, wówczas gdy rozwój sytuacji mógł być przez sztaby w przybliżeniu przewidziany, założono prowizoryczne podwaliny pod wojskowy sojusz polsko-brytyjski, który miał stać się rzeczywistością z chwilą hitlerowskiej napaści na Polskę. Propozycjom generała, aby trzy najnowsze nasze niszczyciele uchronić od pewnej zguby, wyprowadzając je zawczasu z Bałtyku, polski sztab generalny początkowo się oparł, później jednak ustąpił i tak powstał plan operacyjny „Pekin”. Były w nim przewidziane fale radiowe, na jakich nasze okręty mogły nawiązać z morza łączność z Admiralicją, oraz miejsce spotkania z okrętami brytyjskimi przy brzegach Szkocji. Godzinę wykonania operacji miano ustalić w ostatniej chwili.

Tego wieczoru, kiedy przyszliśmy do Rosyth, na „Błyskawicy” zjawił się Lieutenant-Commander2 Denis, jako oficer łącznikowy, a wraz z nim radiotelegrafista i trzech sygnalistów.

Rozpoczynał się normalny tryb życia w nowych warunkach. Załogi naszych trzech okrętów rekrutowały się z bardzo różnych ludzi. Byli tacy, którzy pochodzili z miast, byli i ludzie ze wsi. Jedni w szeregach marynarki znaleźli się z poboru, inni przyszli na ochotnika. Jedni odznaczali się dużą inteligencją lub wykształceniem, inni byli tępi lub mało rozgarnięci. Jedni o dużej energii lub ambicji byli samodzielni i pełni inicjatywy, innych trzeba było pilnować, popychać, karcić za opieszałość. Byli w załodze ludzie bardzo młodzi, jeszcze nie doszkoleni, i byli starsi, specjaliści dojrzali w swym zawodzie, godni całkowitego zaufania. Niemniej różnorodnie przedstawiał się korpus oficerski. Jednym, od bardzo niedawna noszącym oficerskie gwiazdki, brakowało wiedzy, praktyki czy też doświadczenia w kierowaniu podległymi marynarzami, inni z biegiem lat nabyli już sporo umiejętności.

Czas spędzony na okręcie – wspólne zajęcia, raporty, apele – scalił i zjednoczył oba środowiska. W mundurach, na pokładzie czy w maszynowni ludzie chowali swoje indywidualności, stając się przede wszystkim trybami wielkiej, skomplikowanej machiny, jaką jest okręt wojenny.

Z biegiem czasu rosły wśród załogi nie tylko umiejętności zawodowe, ale również dyscyplina i poczucie odpowiedzialności, rozwijały się samodzielność i zmysł współdziałania. Załoga szlifowała się, docierała, jednoczyła w jeden duży, sprawnie działający zespół. Służba bieżąca, obsługa kotłów i maszyn, pielęgnacja uzbrojenia, odpowiedzialna służba na radiostacji czy opieka nad komorami amunicyjnymi spychały na drugi plan indywidualność człowieka, na pierwszy plan wyciągając z niego to, czego wymaga okręt i morze. Okręt wojenny jest tworem niezwykle skomplikowanym technicznie i poszczególne jego elementy składowe, obsługiwane przez małe grupki marynarzy lub nawet przez pojedynczych ludzi, są zbyt złożone, aby mogły być powierzone rękom niewprawnym, mózgom nierozgarniętym, charakterom niewyrobionym. Miesiące i lata ćwiczeń, jakże nieraz nudnych i męczących, dawały marynarzom potrzebną wiedzę, rękom wprawę, w charakterach cywilnych indywidualistów rozwijały te wszystkie wartości moralne, które są niezbędne w służbie morskiej. Latem 1939 roku załogi naszych niszczycieli osiągnęły już najwyższy poziom, jakiego sobie można było życzyć u załóg wchodzących w okres wojenny.

Drugi dzień września, a nasz pierwszy dzień pobytu w Wielkiej Brytanii, nie przyniósł nic nowego. Na okręcie zarządzono normalny tryb zajęć, a okręt w każdej chwili żąda dla siebie tyle uwagi, że załoga nigdy nie jest bezczynna. W chwilach wolnych wyławialiśmy z głośnika strzępki wiadomości z Polskiego Radia, radiostacja zaś wyłapywała urywki korespondencji naszej marynarki, które po rozszyfrowaniu ujawniały fragmenty tego, co się dzieje na polskim morzu.

Minęła druga noc w porcie. Trzeci września zaczął się tak samo jak dzień poprzedni. Zajęcia, służba, nasłuchiwanie radia, wyczekiwanie. Pełniąc tego dnia służbę dyżurnego, przebywałem głównie na pokładzie śródokręcia. Na krótko przed godziną jedenastą wachtowy sygnalista zameldował, że w kierunku „Błyskawicy” płynie duża motorówka. Łódź pod banderą i kierująca się ku trapowi z prawej burty oznacza, że jej pasażerem jest oficer, który przy wejściu na pokład musi być spotkany przez oficera. Marynarz wachtowy zajął miejsce przy relingu, aby przyjąć z motorówki rzutkę, podoficer z gwizdkiem stanął przy trapie, gotów do oddania honorów, a ja, odsunąwszy się nieco do tyłu, oczekiwałem gościa.

Podczas gdy łódź zmniejszywszy szybkość i okrążywszy rufę „Błyskawicy” dochodziła do burty, obaj nasi dowódcy zbliżyli się do trapu. Komandor Stankiewicz, jako starszy, wysunął się do przodu. Motorówka zaterkotała wstecznym biegiem i po chwili na pokład wskoczył lekko brytyjski oficer w stopniu Commandera3. Rozległ się świst bosmańskiego gwizdka i w tym samym czasie na lądzie rozległ się przeciągły ryk fabrycznych i okrętowych syren, na „Błyskawicy” zaś dzwon okrętowy rozpoczął wybijanie sześciu uderzeń godziny jedenastej.

Staliśmy wyprężeni, salutując wchodzącego oficera. Commander wszedł na pokład, zatrzymał się, wykonał ćwierć obrotu w lewo, wyprężył się i zasalutował banderę, przytrzymując dłoń przy daszku o chwilę dłużej, niż tego wymaga morski ceremoniał. Wreszcie opuścił dłoń, odwrócił się ku nam i – już zorientowany, kto tu jest najstarszy – ponownie wyprężył się przed komandorem Stankiewiczem i podniósł rękę do daszka:

– I have honour to inform you, Sir, that His Majesty Governement declared war on Germany.4

Gdy następnie dłonie polskiego i brytyjskiego oficera splotły się w mocnym uścisku, Commander dodał:

– From now on we are allied in a common cause.5

*

Tego samego dnia niemiecki okręt podwodny U-30 storpedował brytyjski statek pasażerski „Athenia”. W Atlantyku znalazło śmierć stu kilkudziesięciu pasażerów. Pierwszy niemiecki strzał w stronę brytyjską został oddany do osób cywilnych.

Nie było to już dla nas czymś niezwykłym, bowiem w ciągu trzech pierwszych dni wojny w Polsce nawet w strzępach informacji docierających do nas dość było wiadomości o paleniu bezbronnych miasteczek i mordach, jakie niemieccy lotnicy dokonywali na drogach zapchanych cywilnymi uchodźcami.

Wybuch wojny nie ożywił portu w Rosyth, jedynie doszła teraz do głosu intendentura. Czwarty więc dzień września przeszedł pod znakiem uzupełniania braków w osobistym wyposażeniu. Doskonale zaopatrzone magazyny mundurowe stanęły przed nami otworem. Braliśmy z nich ciepłą bieliznę, morskie buciary, ciepłe szale i swetry sięgające do pół uda, czarne oilskiny6, zudwestki7 i dufflecoaty8 z wielbłądziej sierści.

Najbardziej i naprawdę zapracowany był u nas w tych dniach personel administracyjny, który nie tylko zajął się fasunkiem mundurowym, ale włączał się w brytyjską organizację zaopatrzenia żywnościowego. Pomimo trudności językowych, nasi administracyjni uporali się ze wszystkim w dwa dni. Jak potrafili zrozumieć i spamiętać zawiłe kanony brytyjskiej administracji, to już jest ich tajemnicą, w każdym razie ubierali nas, karmili i płacili w sposób nie wywołujący większej krytyki.

Kiedy zakończono wyposażenie załogi, zabrano się do okrętu. Po uzupełnieniu wszelkich zapasów byliśmy gotowi wreszcie do rozpoczęcia wojny.

1 Popularne przezwisko komandora Stankiewicza.

2 Lieutenant-Commander – stopień w marynarce brytyjskiej odpowiadający stopniowi kapitana.

3 Commander – stopień w marynarce brytyjskiej odpowiadający stopniowi komandora porucznika.

4 Mam zaszczyt zawiadomić pana, że rząd Jego Królewskiej Mości wypowiedział Niemcom wojnę.

5 Od teraz jesteśmy zjednoczeni we wspólnej sprawie.

6 Oilskins – płaszcz nieprzemakalny.

7 Züdwestka – kaptur nieprzemakalny

8 Dufflecoat – cieple wierzchnie okrycie z kapturem.

II. Początek wojny

Bezczynność nasza nie trwała długo. Szóstego września opuściliśmy Rosyth, udając się do Plymouth. Mieliśmy iść drogą północną dookoła Szkocji. Zaraz po wyjściu na morze otrzymaliśmy drogą radiową pierwsze zadanie bojowe – chodziło o przeprowadzenie poszukiwania niemieckiego okrętu podwodnego widzianego na wysokości portu Leith.

Dzień był piękny, słoneczny, morze lekko sfalowane. Na okręcie panowało ogólne podniecenie. Niewidzialny wróg groził nam każdej chwili torpedą, więc wszyscy stojący na wachcie z uwagą wypatrywali cienkiego patyczka peryskopu. Po paru godzinach bezowocnego krążenia ruszyliśmy dużą szybkością na północ.

Od tego dnia głównym zajęciem każdego marynarza wachtowego na pokładzie było wypatrywanie peryskopów. Weszło to nam tak w krew, że gdy wojna się skończyła, trzeba było odzwyczajać się od stałego trzymania wzroku na powierzchni morza.