(Anty)idealnie - Izabella Nowaczyk - ebook
NOWOŚĆ

(Anty)idealnie ebook

Izabella Nowaczyk

0,0

43 osoby interesują się tą książką

Opis

Hazel Brooks całe życie uczyła się jednego: jak być wystarczającą. Nie do końca dla innych, a przede wszystkim dla siebie. 

Zmieniała się, dopasowywała do otoczenia, aż w końcu zaczęła się zastanawiać, kim tak naprawdę jest, kiedy nikt nie patrzy.

Kiedy udaje się jej zwrócić uwagę chłopaka, który wpadł jej w oko, sprawy zaczynają się mocniej komplikować. Bo Aaron Webb potrafi sprawić, że dziewczyna czuje się zauważona… i jednocześnie niewystarczająca. Ich relację wypełniają niedopowiedzenia i sprzeczne sygnały. 

A to dopiero początek kłopotów.

Przyjaźnie zaczynają się rozpadać, a sekrety wychodzić na światło dzienne, podważając wszystko, co do tej pory wydawało się pewne.

Czy można być wystarczającą dla innych, nie będąc taką dla samej siebie?

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.  

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 577

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
wikt0riiiia

Nie oderwiesz się od lektury

kocham, kocham, kocham 🥹🩷
00



Copyright © for the text by Izabella Nowaczyk

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Anna Łakuta-Rudzka

Korekta: Katarzyna Chybińska, Iwona Wieczorek-Bartkowiak, Aleksandra Płotka

Skład i łamanie: Michał Swędrowski

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8418-824-8 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Ostrzeżenie

Historia skierowana jest dla osób powyżej szesnastego roku życia. Może okazać się przytłaczająca dla wrażliwszych czytelników ze względu na trudne tematy, m.in. związane z atakami paniki oraz z problemami zdrowotnymi.

Ta opowieść jest fikcją, dlatego wiele aspektów zostało dopasowanych do niej i mogą nie odzwierciedlać rzeczywistości. To nie jest poradnik ani książka naukowa.

Playlista

Olivia Rodrigo – pretty isn’t pretty

Olivia Rodrigo – lacy

Conan Gray – People Watching

Taylor Swift – I Knew You Were Trouble

Olivia Rodrigo – teenage dream

Catie Turner – God Must Hate Me

Lizzy McAlpine – ceilings

Rihanna – Where Have You Been

Olivia Rodrigo – so american

Ariana Grande – we can’t be friends (wait for your love)

Tom Odell – Black Friday

James Arthur – Car’s Outside

Taylor Swift – this is me trying

Harry Styles – Matilda

Ed Sheeran – Give Me Love

Niall Horan – This Town

Tate McRae – we’re not alike

Sydney Rose – We Hug Now

PRETTYMUCH – Eyes Off You

Taylor Swift – Wildest Dreams

Bella Kay – iloveitiloveitiloveit

Taylor Swift – My Boy Only Breaks His Favorite Toys

SIENNA SPIRO – Die On This Hill

Dla Ciebie,bo to „piękno”, którego szukasz u innych, od dawna jest w Tobie.

PROLOG

Od zawsze czułam, że jestem trochę „mniej”.

Mniej ładna od koleżanek z klasy.

Mniej mądra od starszego brata.

Mniej pewna siebie, mniej odważna, mniej zauważalna.

Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze i nie potrafiłam znaleźć niczego, za co można byłoby mnie polubić.

Aż postanowiłam to zmienić. Dopasowywałam się do ludzi, do ich nastrojów i potrzeb. Modulowałam ton głosu, powtarzałam gesty, wygląd czy ubiór. Poświęcałam swój plan, cele i marzenia, by nigdy nie zostać zastąpioną.

W końcu zrozumiałam, że zrobiłam to aż za dobrze.

Bo bez innych nie wiedziałam już, kim jestem.

ROZDZIAŁ PIERWSZYSTOP. MIAŁAM SIĘ NIE PORÓWNYWAĆ

HAZEL

Im więcej podkładu nakładałam, tym gorzej się czułam, a przecież powinno być inaczej. Dlaczego wyglądałam tak brzydko?

To pewnie wina cienia. Tak.

Namoczyłam wacik i zmyłam róż z powiek. Nałożyłam podkład tam, gdzie go brakowało, i tym samym pogorszyłam już i tak beznadziejną sytuację. Wszystko zaczęło się ciastkować, a ja stałam się większym potworem niż dotychczas.

Pewnie dlatego Aaron trzymał mnie na dystans. Zauważył, że istniały piękniejsze dziewczyny.

Znów chciało mi się płakać. Gdybym mogła, usunęłabym z powierzchni ziemi wszystkie lustra, byleby nie musieć na siebie patrzeć.

Elliot:

Jest zimno. Ubierzcie się ciepło.

Caroline:

Jesteś na miejscu?

Elliot:

Coś ty. Bądźcie po północy.

Dahlia:

Tak jest, kapitanie!

Uśmiechnęłam się, odkładając telefon. Miałam jeszcze mnóstwo czasu do wyjścia. Zdążę coś wymyślić.

Przeszłam do łazienki, gdzie zmyłam zrobiony wcześniej makijaż.

– Hazel?

– Tutaj! – odkrzyknęłam do brata i osuszyłam twarz ręcznikiem. – Nauczysz się kiedyś pukać?

Był o dwa lata starszy i jak na starszego brata przystało, uśmiechnął się szeroko, jakby denerwowanie mnie sprawiało mu radochę.

– Nie uczą tego w szkole, więc raczej nie. – Wzruszył ramionami. – Jadę do Nialla, a rodziców nie ma, więc przypadła ci rola pilnowania domu. Wrócę późno.

Idealnie. Nie będę musiała się wymykać i kombinować.

– Zaproś Dahlię, żebyś się nie nudziła – zaproponował.

– Ta, może tak zrobię – odpowiedziałam zdawkowo i minęłam go w drzwiach.

Brat odwrócił się i spojrzał podejrzliwie na ubrania położone na łóżku.

– Wybierasz się dokądś?

Gdyby chodziło o coś innego, powiedziałabym prawdę… ale to dotyczyło Elliota. Mój kolega był mistrzem graffiti i często ozdabiał nimi miasto. Niestety nie wszyscy mieszkańcy uznawali to za sztukę i szukali wandala, dlatego chroniliśmy tożsamość Browna.

– Ubrania na jutro. Chcę wyglądać ładnie – wytłumaczyłam krótko. Tylko pierwsze zdanie było kłamstwem.

– Zawsze wyglądasz ładnie – powiedział tak, jakby to było oczywiste, ale dla mnie nie było. Spędzałam godziny, aby prezentować się przyzwoicie. – Mamy te same geny. Ciuchy tego nie zmieniają. Jesteśmy szczęściarzami, Hazel.

On tak. Mieliśmy takie same zielone oczy i czarne włosy, z tym że moje się kręciły. Ja narzekałam na swój zadarty nos, brat w loterii genetycznej dostał idealnie prosty. Najbardziej jednak przeszkadzała mi moja okrągła twarz, której owal próbowałam poprawić dietą i ćwiczeniami, ale to nie pomogło.

William wydawał się wolny od kompleksów, nigdy nie skarżył się na cokolwiek w swoim wyglądzie. Albo po prostu się tym nie przejmował. Ja nie potrafiłam ignorować swoich niedoskonałości.

– Wszystko? – spytałam, dyskretnie go wypraszając. – Jestem zajęta.

– Będziesz gadała z Aaronem?

Zmrużyłam oczy w reakcji na jego prześmiewczy ton. Co go tak bawiło? Nie wierzył, że mogłabym kogoś zainteresować?

– Właściwie zamierzałam zadzwonić do Dahlii.

– Powiedz jej ode mnie „cześć”.

– Eee, nie – prychnęłam. – Zostaw ją w spokoju.

Brat uniósł ręce w obronnym geście.

– Jestem tylko miły dla przyjaciółki mojej siostry. Czy to coś strasznego?

Posłałam mu ostrzegawcze spojrzenie. Kiedyś też okazał się aż za bardzo miły dla Betty, mojej byłej przyjaciółki. Skończyło się ich rozstaniem i rozpadem naszej przyjaźni. Nie, dziękuję. Nie chciałam powtórki. Nie zniosłabym ponownej straty. I do tego Dahlii.

– Trzymaj się od niej z daleka – powtórzyłam i wypchnęłam go na korytarz.

Następnie przymierzyłam wybrane ubrania. Hm… coś nie pasuje. Zmieniłam obcisłą koszulkę na bluzę. I tak będzie ciemno, więc nikt nie zwróci uwagi na to, czy się wystroiłam. Tą myślą próbowałam się pocieszyć i znów zasiadłam do toaletki.

Często przed lustrem zastanawiałam się, co mogłabym w sobie zmienić, żebym w końcu się sobie podobała, ale jednocześnie bałam się drastycznych zmian, jak ścięcie długich włosów czy pofarbowanie ich. Tkwiłam więc w pułapce.

Ja:

Dostałam dwa zaproszenia na „Jezioro Łabędzie”. Jeśli nie masz planów na jutro, mogę cię ze sobą zabrać. Pięknie tańczą.

Zawsze stresowało mnie czekanie na odpowiedź. Im więcej czasu mijało, tym gorsze rzeczy sobie wmawiałam.

Aaron:3:

Może innym razem, Haze.

Och, no tak. Nie musimy codziennie się spotykać. Nie szkodzi. Może wezmę Dahlię? Albo mamę? W ostateczności pójdę sama. Lubię balet.

Ja:

Pewnie. W kontakcie :)

Zrobiłam coś nie tak? Od trzech dni dziwnie się zachowywał. Odpisywał jednym zdaniem, w szkole unikał mojego wzroku, nie proponował spotkania… Stop. Po prostu miał już plany. Wyskoczyłam z zaproszeniem z dnia na dzień.

Włączyłam ulubioną playlistę i nałożyłam makijaż. Tym razem wyglądałam o wiele lepiej. Mama powtarzała, że dbanie o wygląd pomaga poprawić samopoczucie. Czasem to działało. Czasem nie. Jak teraz. Mój nastrój nadal się nie zmienił.

Prawie podskoczyłam, gdy rozbrzmiał mój telefon. Entuzjazm jednak szybko opadł, bo nie dzwoniła oczekiwana przeze mnie osoba. Zdusiłam rozczarowanie i odebrałam.

– Cześć, Caroline. Co tam? – przywitałam się jak gdyby nigdy nic.

– Wiesz, czy niebieska farba do włosów zejdzie z białej szafki?

– Nigdy nie miałam takiego wypadku. Spróbuj jeszcze raz wytrzeć – zasugerowałam.

– No właśnie wytarłam i nadal jest ślad. – Po dźwiękach i tym, że jej głos stał się cichy, wywnioskowałam, że odłożyła telefon. – Matka mnie zabije. Masz białą farbę? Po prostu przemaluję i po sprawie… Czekaj, jednak fałszywy alarm. Mam farbę w domu.

Nie zdążyłam się nawet porządnie zastanowić, a problem już został rozwiązany. Taka była Caroline Moss. Najgłośniejsza i najbardziej chaotyczna dziewczyna, jaką w życiu poznałam.

Byłyśmy przeciwieństwami pod każdym możliwym względem. Ja przykładna uczennica, ona zapalona wagarowiczka. Caroline bywała na wielu imprezach, ja starałam się ich unikać, jeśli okoliczności mnie do tego nie zmuszały. Mogłabym wymieniać dalej, ale to i tak nie zmieniało faktu, że ją lubiano, choć potrafiła to momentami naprawdę utrudnić.

– Zdążysz się ogarnąć do północy? – spytałam.

– Najwyżej wyjdę z mokrymi włosami.

Byłam w stanie sobie wyobrazić, jak machnęła lekceważąco ręką.

– Jest na minusie.

– Spoko. Włożę czapkę.

– Caroline – wypowiedziałam już z naciskiem.

– No dobra, dobra. Zdążę, jeszcze dużo czasu. Z naszej czwórki to ja najszybciej się przygotowuję – przypomniała na swoją obronę.

Miała rację. Wszystkie przywiązywałyśmy uwagę do wyglądu, Dahlia, ja i Cassidy, ale każda na swój sposób. Za to Caroline… cóż, ona nie musiała się starać, żeby przyciągać uwagę. Po prostu coś w sobie miała.

– Wiesz, że podobasz się Niallowi? – zagadałam, nie chcąc, żeby się rozłączyła. Potrzebowałam z kimś poplotkować, aby przestać myśleć o Aaronie.

Stop. I znów o nim pomyślałam.

– Spoko… a który to dokładnie?

Prychnęłam, bo usłyszałam w tonie, że się uśmiechała.

– Jest fajny, przystojny, zabawny…

– Czyli taki, jak połowa chłopców w naszej szkole – przerwała mi rozbawiona. – Jeśli jest taki fajny, to się odezwie. Ja nie będę za nim latać.

W tym też się różniłyśmy. Robiłam dokładnie to, co Caroline uważała za latanie za chłopakiem, czyli pisałam pierwsza, proponowałam spotkania i odpisywałam szybciej niż po kilku godzinach. Na szczęście ona o tym nie wiedziała. Wyśmiałaby mnie za to.

– Wpaść po ciebie i pojedziemy razem? – zaproponowała.

– Umówiłam się już z Dahlią, więc możesz zostawić auto u nas i pojedziemy w trójkę moim.

Dziewczyna zamilkła, a szum jej oddechu był jedynym dowodem na to, że nadal czekała przy telefonie.

– W sumie to bez sensu. Od ciebie mam dalej. Pojadę sama albo zgarnę po drodze Elliota.

To prawda. Mieszkałam na obrzeżach Traverse City, za to Caroline po drugiej stronie miasta. Straciłaby mnóstwo czasu, co przy tym, że czekała nas rano szkoła, było głupie.

– Widzimy się później! Narka!

Nie byłam szczególnie blisko z Caroline, a mimo to poczułam na barkach niewidzialny ciężar po zakończeniu połączenia. Desperacko potrzebowałam z kimś pogadać i zająć tym czas. Wybrałam numer przyjaciółki, ale odrzuciła i wysłała krótki SMS.

Dahlia<3:

Rodzinne dramaty.

Pewnie Noah znów zamknął się w łazience ze słoikiem masła orzechowego i odmawiał poddania się. Uwielbiałam tego ośmiolatka i żałowałam, że nie miałam młodszego rodzeństwa. Jasne, kochałam Williama i uważałam go za najlepszego brata na świecie, ale w domu przydałby się ktoś młodszy, z kim mogłabym się bawić, gdy zostawałam sama. Byłabym idealną starszą siostrą!

Niestety cztery lata temu rodzice odrzucili mój pisemny wniosek o kolejne rodzeństwo. Szkoda.

Nie pozostało mi za wiele do roboty, więc włączyłam komputer i weszłam na blog Luki, jednego z moich bliższych kolegów. Był w naszej paczce i interesował się modą. Dzięki niemu wiedziałam, w co się ubierać w danym sezonie, bo sama nie za bardzo się na tym znałam. Jego fotoblog bardzo ułatwiał mi życie.

Dodałam ostatni produkt do koszyka i złożyłam zamówienie. Od razu poprawił mi się humor. Zakupy dość często były moim sposobem na szczęście, co odbijało się na koncie bankowym. Będę musiała do końca miesiąca oszczędzać, żeby rodzice się nie wkurzyli.

Dahlię coś gryzło. Od momentu wejścia do samochodu wydawała się zamyślona. Nie powiedziała, o co chodzi, a na moje dopytywanie odparła, że to tylko stres przez szkołę. Dziwne. Raczej nie miała problemów z nauką. Teraz było tak samo. Rozmawialiśmy, a ona się wyłączyła.

– Chcesz? – spytała Caroline, oferując mi papierosa.

Nie wiedziałam po co. Za każdym razem odmawiałam, ale ona nie przestawała proponować. Nie lubiłam tego smrodu, więc to duże osiągnięcie, że nie odsunęłam się na bok, gdy ona, Cassidy i Elliot zaczęli palić.

– Wiecie co? Elliot powinien malować w centrum. Wtedy zwróciłby na siebie większą uwagę i może dostrzegłby go jakiś no… nie wiem, jak się ten ktoś nazywa, więc niech będzie łowca talentów – wtrąciła Caroline.

Chłopak odwrócił się przez ramię i dmuchnął, bo kosmyk brązowych loków zsunął mu się na oko.

– Nie chcę zwracać na siebie uwagi. O to w tym wszystkim chodzi. Nie chcę wpaść.

Jego rodzice prowadzili w mieście kancelarię i nie wydawali się zbyt wyluzowani. Miałam okazję widywać ich na przyjęciach i wydarzeniach organizowanych przez innych ważnych ludzi i nie wspominałam tego zbyt dobrze. Byli poważni, ani razu się nie uśmiechnęli i odnosiłam wrażenie, że nie spodobała im się moja sukienka. Albo makijaż. Może jedno i drugie. W sumie nieważne. Istotne jest to, że wściekliby się na syna za to, że wpakował się w kłopoty.

– Wzięłabym winę na siebie. Nie ma problemu – oświadczyła poważnie Cassidy, co spotkało się z aprobatą ze strony Caroline.

– Dzięki, nadal nie jestem zainteresowany, ale zapamiętam na przyszłość. – Elliot mrugnął do nich porozumiewawczo i wrócił do pracy.

Odruchowo sięgnęłam po telefon, aby sprawdzić, czy Aaron się odezwał, lecz powstrzymałam się w ostatniej chwili. Nie po to wyciszyłam dźwięki, żeby teraz jak desperatka czekać na wiadomość.

Poczułam szturchnięcie w bok.

– Wszystko w porządku?

Spojrzałam na przyjaciółkę i wzruszyłam ramionami.

– Zamyśliłam się. Jestem trochę zmęczona – przyznałam, udając ziewnięcie.

Dahlia Griffin to najpiękniejsza dziewczyna, jaką znałam. Rude, falowane włosy. Brązowe oczy. Zadarty, piegowaty nos. Pełne usta. I twarz nie tak okrągła jak moja. Przyjaciółka była też szczuplejsza, co prawda niewiele, ale nadal szczuplejsza.

Stop. Miałam się nie porównywać.

Stanęła za moimi plecami i mocno mnie przytuliła, jakby chciała dodać mi ciepła. Chwyciłam jej dłonie splecione na moim brzuchu i usta rozciągnęły mi się w uśmiechu. Po co mi jakiś chłopak, skoro miałam najlepszą przyjaciółkę?

Po chwili jednak poczułam się skrępowana tym, że dotyka mojego brzucha. Miałam na sobie grubą warstwę ubrań i obawiałam się, że Dahlia mylnie uzna, że to moje ciało jest tak otyłe, a nie że to kwestia bluzy.

– Nogi mi odpadają. – Zaśmiałam się i delikatnie wyślizgnęłam z jej objęć, żeby usiąść na ławce.

Nie okazał się to zbyt dobry pomysł. Niska temperatura sprawiła, że była lodowata.

Przyjaciółka usiadła obok mnie.

– Co wy na to, by urwać się jutro ze szkoły? – zaproponowała Caroline, obracając w dłoni czerwoną zapalniczkę. – Moglibyśmy pójść do mnie.

– W tym tygodniu pojawiłaś się zaledwie raz na lekcjach, a przypominam, że mamy czwartek – odpowiedziała ze śmiechem Dahlia. – Muszę uważać na nieobecności.

Hm… w sumie nie musiała. Nie opuszczała aż tak dużo zajęć. Rozumiałam jednak, że to wymówka, żeby nie musieć wagarować.

– A reszta? – Caroline rozejrzała się po nas z diabolicznym uśmiechem. Pokręciłam głową. W szkole widywałam Aarona. Liczyłam, że pogadamy. – No nie bądźcie tacy. Jeszcze wiele razy zawitamy w szkole!

– Mów ciszej albo posiedzimy, ale na dołku – zganił ją od razu Elliot.

Dziewczyna przewróciła oczami, czego nie widział, jednak zrobiła, o co prosił.

– Teraz wam odpuszczę, ale następnym razem idziecie ze mną.

Dahlia i Cass jako jedyne przytaknęły. Zachowywałam się tak, jakbym nie istniała, żeby Caroline nie wzięła mnie na celownik i nie próbowała mnie wyciągać. Nigdy nie byłam asertywna. Wpatrywałam się w Cassidy, która dyskutowała z Luką na temat jakichś plakatów, nie wyłapałam jakich dokładnie. Po prostu patrzyłam na nią.

Na jej blond włosy. Niebieskie oczy. Wąskie usta, które do niej pasowały. Nie to, co moje do mnie. Miała pociągłą twarz i oliwkową cerę, która idealnie się ze wszystkim komponowała. Była po prostu śliczna, a do tego pięknie śpiewała i wydawała się do każdego przyjaźnie nastawiona. Nie dało się jej wyprowadzić z równowagi.

– Co myślicie?

Obróciłam głowę w kierunku Elliota. Wskazywał palcem na mur, na którym namalował jakiegoś człowiekopodobnego stwora. Ciało zmywało się w smugach neonowego błękitu i czerwieni. Wokół rysował się jakiś labirynt i napis: „Obudź się”.

– Próbuję zrozumieć, co autor miał na myśli – odezwałam się niepewnie.

Nie znałam się na sztuce, ale wszystko, co stworzył Elliot, zawsze wydawało mi się arcydziełem.

– Nie wiem. To po prostu na mnie spłynęło. – Wzruszył ramionami i zaczął pakować do torby puszki ze sprejem.

Czyli czeka mnie powrót do łóżka. Zawsze zwijaliśmy się od razu, aby zmniejszyć ryzyko przyłapania. Chwyciłam Dahlię pod ramię, pożegnałyśmy się z resztą i ruszyłyśmy w stronę domu przyjaciółki, przed którym zostawiłam auto.

– Za każdym razem boję się, że ktoś nas złapie i będziemy musiały uciekać – powiedziałam szczerze, na co parsknęła śmiechem.

– Znając moje szczęście, bym się przewróciła i wpadła jako pierwsza.

– Pewnie tak – przyznałam. – A ja wtedy bym cię odbiła.

Parsknęłam śmiechem, wyobrażając sobie siebie w roli organizatorki akcji ratunkowej, jednak natychmiast zesztywniałam, gdy obok nas przejechał dobrze znany mi samochód. Gdy się zatrzymał, z wnętrza dobiegł mnie głos brata.

– Do środka. Już.

Spojrzałam znacząco na Dahlię i wymamrotałam ciche „kurwa”. Nie miałyśmy innej opcji niż wejście do środka i zmierzenie się ze złością Williama.

– Możecie mi wyjaśnić, co robicie o drugiej w nocy poza domem? – spytał powoli, przerażająco niskim tonem.

Nasze spojrzenia spotkały się w lusterku wstecznym.

– Byłyśmy się przejść…

– Hazel, proszę cię, nie rób ze mnie idioty – przerwał mi. – Nie powiedziałaś, że wychodzisz, i nie raczyłaś odebrać telefonu…

– My tylko… – próbowała wtrącić przyjaciółka.

– Ty też nie odebrałaś, Dahlio Griffin. – Posłał jej takie spojrzenie, że od razu zamilkła. – Nie muszę wam chyba mówić, jak głupie jest łażenie po nocach? W dodatku we dwie?

Spotkaliśmy się w szóstkę, ale William nie powinien o tym wiedzieć. Nie żeby był plotkarzem… dobra, trochę był, jednak nie w tym rzecz. Tajemnica to tajemnica. Choćbym miała za nią beknąć, niczego nie powiem.

– Będziecie milczeć?

– Nie muszę ci się spowiadać – prychnęłam.

Jasne. Martwił się, rozumiałam to, natomiast nie musiał zachowywać się jak jakiś tyran. Sam nie mówił mi za każdym razem, dokąd wychodził. Może innego dnia spojrzałabym na to w odmienny sposób, ale byłam wystarczająco poirytowana Aaronem, żeby znosić kolejnego reprezentanta tej płci.

– Wolisz tłumaczyć się rodzicom? Nie ma problemu.

Zacisnęłam dłoń w pięść.

– Konfident – wycedziłam przez zęby.

– Raczej martwiący się brat – sprostował. Dla mnie żadna różnica. – Przestań zgrywać obrażoną i przyznaj, że postąpiłyście głupio.

Po moim trupie.

– Ruszysz w końcu? Trzeba odwieźć Dahlię.

– Twoi rodzice wiedzą, że wyszłaś? Czy ich też mam poinformować? – zwrócił się do niej.

Co za… ugh!

– Konfident – powtórzyła za mną.

Równocześnie założyłyśmy ręce na piersi i głośno westchnęłyśmy, co mnie rozbawiło. Włożyłam mnóstwo samokontroli w to, żeby się nie uśmiechnąć.

– Następnym razem po prostu powiedz, że wychodzisz, i dawaj znaki życia, żebym nie musiał się martwić – powiedział, po czym ruszył w stronę domu Dahlii.

Byłam pewna, że nie powie rodzicom; gdyby to zrobił, ja wypaplałabym jego sekrety. Taki urok posiadania rodzeństwa. Ale to wcale nie oznaczało, że uniknę przesłuchania.

W aucie panowała cisza, więc sięgnęłam po telefon. Ukryłam rozczarowanie, gdy na ekranie nie zobaczyłam żadnej wiadomości od Aarona. Co z nim? Sądziłam, że był mną choć na tyle zainteresowany, żeby się odezwać. Wysyłał sprzeczne sygnały. Nie rozumiałam go.

– Dzięki. Dobranoc – pożegnała się Dahlia i wyszła z samochodu.

Ja zostałam, bo czułam, że William zamierzał mi coś powiedzieć. Nie myliłam się.

– Przyznaj, że to było głupie. Po co łaziłyście bez sensu po nocy? Mogłaś zaprosić Dahlię do nas.

– Skoro byłyśmy na mieście, to znaczy, że po coś. Nie pakuj nosa w nie swoje sprawy – warknęłam. – I przestań matkować.

– Módl się, żebym nie powiedział rodzicom. I żeby to było ostatni raz, bo nie chce mi się więcej jeździć po nocy i was szukać.

Nikt mu nie kazał. Sam to sobie robił.

Przesiadłam się do swojego samochodu i napisałam do przyjaciółki.

Ja:

Obraził się na mnie.

Odpowiedź przyszła od razu.

Dahlia<3:

Przyznaj, że to było nieodpowiedzialne. Myśli, że byłyśmy same.

Westchnęłam. Nie miałam już na to siły.

Ja:

Jutro. Nie chce mi się z nim teraz gadać. Jutro 7:30.

Dahlia<3:

7:30

Zostało mi niewiele czasu, bo musiałam jeszcze wykonać pielęgnację przed snem. Zwykle zajmowała mi niecałą godzinę, ale może po prostu zrezygnuję z jednego lub dwóch etapów?

Nie. Musiałam zrobić wszystkie, żeby dobrze się prezentować. Niestety, bycie piękną w moim przypadku wymagało poświęceń. Zazwyczaj snu.

ROZDZIAŁ DRUGIPRZECIEŻ MOŻNA SIĘ POTKNĄĆ I TAŃCZYĆ DALEJ

HAZEL

Przejrzałam się w lustereczku i otarłam rozmazaną czerwoną szminkę. Mama zaparkowała samochód i posłała mi promienny uśmiech. Wyglądała tak pięknie, jak tylko można sobie wyobrazić. Zielone oczy podkreśliła eyelinerem, a fryzjerka zaplotła jej czarne włosy w skomplikowany kok z tyłu głowy. W przyszłości chciałabym choć trochę przypominać mamę. Była piękna.

– Gotowa? – spytała z tak wielkim podekscytowaniem, że i mnie się udzieliło.

Dobrze zrobiłam, idąc na Jezioro Łabędzie właśnie z nią. Obie od kilku lat dzieliłyśmy miłość do baletu.

Przytaknęłam i wysiadłam z auta, a w tej samej chwili uderzyło we mnie mroźne powietrze. Poprawiłam szalik i razem z mamą przeszłyśmy na drugą stronę ulicy. Wyprzedzałyśmy innych elegancko ubranych ludzi, byleby jak najszybciej znaleźć się w ciepłym wnętrzu teatru.

Podałyśmy swoje bilety, kurtki zostawiłyśmy w szatni i po jeszcze jednym szybkim sprawdzeniu w łazience, czy na pewno dobrze wyglądamy, ruszyłyśmy zająć swoje miejsca. Na schodach trzymałam się poręczy, bo upadek na oczach tylu ludzi zdecydowanie nie był na liście rzeczy do zrobienia przed trzydziestką.

Mama szła powoli, ale pewnie. Użyłyśmy tego samego koloru szminki, jednak przy niej czułam się jak mała dziewczynka, która po kryjomu pożyczyła jej kosmetyki. Uśmiechnęłam się na jedno z takich wspomnień.

Usiadłyśmy w pierwszym rzędzie i ledwie zdołałam powstrzymać pisk. Jak rodzicom znów udało się dorwać miejsca tak blisko sceny? Grupa Pointe była jedną z najpopularniejszych na całym świecie, bilety rozchodziły się w dosłownie sekundy, więc obecność tutaj to spełnienie marzeń.

– Pamiętam, jak babcia Ruth pierwszy raz zabrała mnie na balet. Miałam jedenaście lat i prawie wparowałam na scenę. Tak bardzo podobała mi się ta… lekkość i piękno tancerzy.

– Była wściekła czy rozbawiona? – dopytałam cicho.

– Myślę, że jedno i drugie. Znasz ją – parsknęła rozbawiona. – Wcześniej cały czas przejmowałam się tym, że mam na sobie za dużą sukienkę, którą uparłam się, żeby włożyć. Bałam się, że wszyscy wokół też to widzą, a gdy zaczęło się przedstawienie… po prostu o tym zapomniałam. Sukienka przestała mnie rozpraszać, zostałam oczarowana. Nie myślałam o tym, czy wyglądam głupio, czy jestem wystarczająco ładna i mądra. Miałam w głowie jedynie pytania: ,,Jak to możliwe? Jak można stanąć na palcach w taki sposób, jakby to było nic takiego?”. – Przerwała na moment, aby spojrzeć na leżącą na jej udach kartkę z programem. – Błagałam twoją babcię, żeby zabierała mnie na każdy możliwy spektakl i nawet zapisała mnie na zajęcia, co okazało się tak naprawdę godzinną obserwacją własnego ciała w lustrze. Zaczęłam porównywać się z dziewczynami obok i w domu stwierdziłam, że nie mam warunków do tańczenia. Wyobrażasz to sobie? – Uśmiechnęła się krzywo, jakby poczuła na języku cytrynę. – Byłam pewna, że zacznie mnie przekonywać, żebym nie rezygnowała, że gadam głupoty, a ona odparła: „To nie idź”. No stanęłam jak wryta. Dopiero po chwili dodała: „Tylko najpierw odpowiedz sobie na pytanie, czy na pewno się nie nadajesz, czy nie chcesz tańczyć, bo nie jesteś najlepsza?”. Oczywiście się obraziłam, poszłam do pokoju i trzasnęłam mocno drzwiami, żeby pokazać swoje oburzenie, bo babcia miała rację – ściszyła głos, gdy za nami usiedli już inni. – Nie wkurzało mnie to, że nie jestem najlepsza, tylko to, że ktoś może zobaczyć, że coś mi nie wychodzi.

Zorientowałam się, że wstrzymywałam oddech. Odnosiłam wrażenie, że jakimś cudem udało jej się wejść do mojej głowy, ponieważ czułam się podobnie. W szkole. Ale nie wtedy, kiedy nie znałam odpowiedzi, tylko właśnie wtedy, kiedy chciałam się zgłosić, lecz bałam się, że może jednak się pomylę. Na mieście, gdy…

Stop. Znów się zapędzałam.

– Zapomniałam, że nikt nie dostaje nic na złotej tacy. Tam – wskazała na kurtynę – kryją się lata łez, wylewania potu, kontuzji, upadków i zaczynania od nowa. To tylko na scenie wygląda, jakby było proste i nic ich nie kosztowało, i to na tym myśleniu można się sparzyć, dlatego uwielbiam pierwsze rzędy. Babcia zawsze mówiła: „Stąd widać prawdę. Każde drgnięcie mięśni. Każdy chaotycznie złapany oddech. Albo to, że ktoś pomylił kroki”.

Czy ona wiedziała? Znała moje myśli?

– Babcia miała też swoje powiedzonko: ,,Nie rób z życia egzaminu”, czyli nie zachowuj się tak, jakbyś na każdym kroku była oceniana. – Poczułam na sobie jej uważne spojrzenie. – A przecież większość ludzi myśli jedynie o sobie. To my robimy z tego wielkie widowisko w swojej głowie.

Ścisnęła moją dłoń i oderwała ode mnie wzrok. Zaczęło się.

– Dlatego lubię zabierać cię na balet. Wierzę, że pewnego dnia zwolnisz i zaczniesz oddychać, tak jak się dzieje za każdym razem, gdy tu przychodzimy, kochanie – szepnęła, a moje serce się ścisnęło. Niewiele brakowało, żebym się rozpłakała.

Dyrygent uniósł batutę i wszyscy wokół zniknęli. Pozostałam tylko ja i historia rozgrywająca się na moich oczach. Poczułam się tak, jakby ktoś otworzył okna i wpuścił zimne powietrze do dusznego pokoju.

W pewnym momencie jedna z baletnic potknęła się i przez to spóźniła z wejściem. To było naprawdę minimalne opóźnienie, ale ja wstrzymałam oddech. Mogłabym przysiąc, że aż poczułam gorąco bijące od jej zarumienionych policzków. A ona?

Dołączyła do reszty. Nie zatrzymała się. Nie rozpłakała na scenie, choć ja bym pewnie to zrobiła.

To nie jest egzamin.

Przesunęłam językiem po ustach i poczułam smak szminki, którą na szybko poprawiałam, żeby ktoś nie pomyślał: ,,Boże. Nawet nie potrafi się pomalować”, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.

Uśmiechnęłam się pod nosem.

Przecież można się potknąć i tańczyć dalej.

ROZDZIAŁ TRZECIMOŻE MU SIĘ ZNUDZIŁAM?

HAZEL

Często pracowałam w winiarni rodziców. Nie z przymusu jak mój brat. Robiłam to z przyjemnością i z myślą, że pewnego dnia to ja zacznę zarządzać rodzinnym biznesem.

Co prawda nie wolno mi było dotykać wina ze względu na mój wiek… teoretycznie, ale Millie, czyli osoba odpowiedzialna za fermentację, beczkowanie i butelkowanie, czasem przymykała oczy na to, że schodziłam do piwnicy. Rzecz jasna, nie po to, żeby pić alkohol, tylko by obserwować proces dojrzewania. I oczywiście jedynie wtedy, gdy rodziców nie było na miejscu.

Chłonęłam wiedzę od każdego, kto chciał mi ją przekazać. Chciałam wiedzieć wszystko – od uprawy i pielęgnacji winorośli po butelkowanie. W przyszłości widziałam się w roli przewodniczki wycieczek po winnicy. Rodzice również byli z tego wyboru zadowoleni.

Najwięcej i tak działo się podczas sezonu, więc obecnie nie miałam tak wiele do roboty, jakbym sobie tego życzyła. W tym miejscu wszystko inne przestawało istnieć. Przejmowałam się jedynie tym, czy słońce docierało do winorośli dokładnie tam, gdzie było im najbardziej potrzebne.

Mama powtarzała, że wino to synonim cierpliwości. W końcu dobry rocznik nie powstaje z pośpiechu. Chyba właśnie dlatego lubiłam tu przychodzić. Uczyłam się spokoju, koncentracji i zwracania uwagi na szczegóły, których nie dostrzegali inni.

Jakim cudem ten sam szczep, z tej samej ziemi, daje tak różne wino?

– Wszystko zależy od pogody, wilgoci, temperatury, a nawet od tego, jak długo ktoś zwlekał ze zbiorem – powiedziała Millie, a do mnie dotarło, że musiałam wypowiedzieć swoją myśl na głos.

Notowała kolejne pomiary. Przyglądałam się jej z uwagą, nie chcąc niczego pominąć. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą swojego zeszytu. Ja również prowadziłam zapiski. Co prawda nie były tak szczegółowe i profesjonalne jak innych pracowników, ale od czegoś trzeba było zacząć. Tata mnie za to chwalił.

– Jeśli nie chcesz wpakować mnie w kłopoty, to zabierz plecak i wracaj do szkoły – przypomniała, na co ciężko westchnęłam.

– Potrafisz zepsuć niewinnej nastolatce humor – odparłam z przekąsem.

Wykorzystałam okienko, żeby tu przyjechać, ale gdybym nie wróciła na lekcje, moi rodzice otrzymaliby telefon z sekretariatu i musiałabym się tłumaczyć. Wagarowanie stanowiło dla nich przekroczenie granic, a ja starałam się nigdy tego nie robić.

Nie zawsze wychodziło, natomiast liczyły się chęci.

– Miłego dnia! – odkrzyknęłam, nim zamknęłam drzwi.

Za nic w świecie nie chciało mi się wracać. Pogoda była okropna. Lało tak bardzo, że ledwo widziałam cokolwiek; równie dobrze to mógł się okazać początek końca świata. Wbiegłam do auta, choć i tak niewystarczająco szybko, więc deszcz zdążył mnie zmoczyć. Po prostu świetnie.

Ja:

Powiedz, proszę, że odwołali lekcje i mogę jechać do domu.

Dahlia:

To byłoby zbyt piękne. Czekam na ciebie:*

Spojrzałam na godzinę. Nie zdążyłabym skoczyć do domu, żeby ogarnąć włosy, więc zrobiłam to, co mogłam. Związałam je w ulizany kucyk. Szkoda, że nie miałam przy sobie okrągłych kolczyków. Pasowałyby mi do tej fryzury.

Nie przesadzałam z pogodą. Matka natura naprawdę się na nas zdenerwowała. Ściszyłam nawet radio, aby lepiej widzieć. To absurdalne, ale działało, choć rodzice zawsze śmiali się, gdy im to tłumaczyłam. Według nich chodziło o skupienie, ale ja wiedziałam swoje. Dzięki temu lepiej widziałam, i super.

Byłam już dość niedaleko szkoły, zaledwie pięć minut od niej, gdy zauważyłam biegnącą po chodniku postać. Z racji tego, że widziałam dziś Aarona, a co za tym szło, również to, w co był ubrany, jego czerwona kurtka od razu zwróciła moją uwagę. Czy on do reszty zwariował? Po co biega w deszczu? Na dodatek z plecakiem?

Zatrzymałam się i z wielką niechęcią zsunęłam szybę od strony pasażera. Udałam, że nie widziałam wpadających do środka kropel deszczu.

– Podwieźć cię?! – Starałam się przekrzyczeć hałas na zewnątrz.

Aaron zatrzymał się jak oparzony i przez chwilę wydawało mi się, że zrobiło mu się głupio. Bieganie w deszczu faktycznie było idiotyczne, ale raczej nie przejmował się tym, co myśleli o nim inni, więc to na pewno nie o to chodziło.

– Nie, dzięki. Odpuściłem ostatnio trening i muszę odrobić – odpowiedział jak gdyby nigdy nic.

– W deszczu?

– Nie jestem z cukru, Haze. Hartuję organizm.

Mokre kosmyki brązowych włosów przykleiły mu się do czoła, więc odgarnął je na oślep. Uśmiech, który mi posłał, sprawił, że również zachciało mi się biegać przy tej pogodzie. Świetny pomysł. Powinnam odpuścić lekcję i dołączyć do niego!

Rodzice by mnie zabili. To jednak fatalny pomysł.

– Może przynajmniej wezmę od ciebie plecak… – zaproponowałam miło.

– Poradzę sobie, serio. Idziesz na imprezę do Nialla?

Nienawidziłam imprez.

– Jeszcze nie wiem. Zdecyduję pewnie chwilę przed – odparłam z takim luzem, jakbym naprawdę tak funkcjonowała, a przecież unikałam domówek, klubów i tym podobnych. Było tam dla mnie zdecydowanie za głośno. – A ty się wybierasz?

– Mogę iść do Nialla albo na bal u Nancy. Wybór jest prosty. – Zaśmiał się tak serdecznie, że automatycznie uniosłam kąciki ust.

To właśnie robił ze mną Aaron Webb. Sprawował pełną kontrolę nad moim sercem, umysłem i ciałem. Nie miałam pojęcia, czy zdawał sobie z tego sprawę, ponieważ wysyłał mi sprzeczne sygnały. Spotkaliśmy się kilka razy, aczkolwiek raczej nie nazywał tego randką, choć w mojej ocenie każda ucieczka z domu na „spotkanie” z chłopakiem to randka. No halo!

Lubiłam go i bardzo chciałam, żeby on też mnie lubił w ten sam sposób.

– Spóźnisz się na lekcję – napomniał, na co skinęłam głową. – Do zobaczenia, Haze! – Pomachał i, nie czekając na odpowiedź, pobiegł w kierunku swojego domu.

Chciałam obserwować go w lusterku do momentu, aż zniknie za zakrętem, ale nie było mi to dane, ponieważ zostałam strąbiona przez niecierpliwego kierowcę!

Ludzie ciągle się gdzieś śpieszą! Po co? Dlaczego nie potrafią się zatrzymać i zastanowić, dokąd tak pędzą? Na przykład na środku ulicy. Mnie to by nie przeszkadzało. Na pewno nie strąbiłabym kogoś za coś takiego. Nigdzie nie pędzę.

Do szkoły weszłam z ogromnym uśmiechem na ustach, co nie umknęło uwadze mojej przyjaciółki.

– Nie wiem, co jest w waszej winiarni, ale chyba też muszę się przejechać, skoro po powrocie z niej jesteś tak szczęśliwa – zażartowała.

– Oferta, byś została moją prawą ręką, gdy już przejmę interes, nadal aktualna, jeśli jesteś zainteresowana – przypomniałam, na co tylko pokręciła głową.

Dahlia nie miała pojęcia, czym chciałaby zajmować się w przyszłości. Była utalentowaną poetką, ale wcale nie planowała iść w tym kierunku – czego, szczerze mówiąc, kompletnie nie potrafiłam zrozumieć. Znaczy… mama mówiła, że poeci nie zarabiają tak dużo pieniędzy, jak na to zasługują. I być może dlatego moja przyjaciółka szukała czegoś stabilniejszego. Miałyśmy dopiero szesnaście lat, zdecydowanie za wcześnie na snucie wielkich planów, jednakże jeśli nie mogłaby znaleźć pracy, ja z chęcią przyjęłabym ją do winiarni.

– Zostanę testerką – zapowiedziała.

Spojrzałyśmy na siebie z powagą, żeby po kilku sekundach wybuchnąć głośnym śmiechem. Dahlia i testerka wina? To kompletnie się ze sobą nie łączyło, ani teraz, ani w przyszłości.

– Stanowisko jest już zarezerwowane dla Caroline – mruknęłam niby żartobliwie.

Jak na zawołanie do klasy weszła wspomniana wcześniej dziewczyna. W jej zielonych oczach pojawił się błysk, gdy tylko nas zauważyła. Zajęła ławkę przed nami, a Mike, obok którego usiadła, wydawał się speszony jej obecnością. Ona za to w ogóle nie zwróciła na niego uwagi.

– Co tam? – zapytała nas, obracając się bokiem. – Było coś zadane?

Podałam jej swój zeszyt.

– Przepisz, ale tak, żeby się nie połapał.

Nie przeszkadzał mi fakt, że ode mnie spisywała. Raczej to, że szlajała się po Traverse City i olewała szkołę. Nigdy jednak nie powiedziałam tego na głos, bo nie chciałam wyjść na czepialską. Wątpiłam, że ktokolwiek by się ze mną zgodził. W końcu Caroline zachowywała się jak połowa naszego rocznika. Nie było więc powodów do obaw. Teoretycznie.

Przypatrywałam się dziewczynie. Zazdrościłam jej swobody i luzu. Niczym się nie przejmowała. Może kiedyś uda mi się taką być?

– David został przyłapany na paleniu trawy. Grozi mu wylot – szepnęła konspiracyjnie.

– Nie gadaj. Czyli skończy jak Porter – stwierdziła Dahlia.

– Wątpię. Jego starzy pewnie zasponsorują nowe komputery i będzie po sprawie. Porter nie miał takich pieniędzy, dlatego go wyrzucili… – Urwała i spojrzała na Mike’a. – Czemu tak na mnie patrzysz? Przecież nie gryzę. Jeśli chcesz, mogę się przesiąść…

Nie przysłuchiwałam się ich rozmowie. Potrzebowałam wymówki do napisania do Aarona i idealnie się trafiło.

Ja:

David może wylecieć za trawkę. Masakra.

No, chyba że jego rodzice to załatwią.

W sumie to jego kolega. Głupio tak sugerować, że miał plecy, nawet jeśli to prawda. Kretynka ze mnie.

Ja:

W sensie to pierwsze pouczenie. Może dadzą mu drugą szansę.

Weszłam na Instagram, by umilić sobie czekanie na wiadomość. Minęło kilka minut, aż zaczęła się lekcja, a on nie odpisał. Wstawił za to zdjęcie na relację.

Czyli na to miał czas, ale na odpowiedź dla mnie już nie. Świetnie.

Błądziłam myślami podczas kolacji. William kopnął mnie pod stołem, dzięki czemu wróciłam do rzeczywistości. I tak jednak posłałam mu za to mordercze spojrzenie.

– Twoi rodzice wybierają się na bal do Ollenów? – spytała mama.

– Nie mam pojęcia, nic mi o tym nie wspominali – odpowiedziała Dahlia.

– A ty? – zainteresował się tata.

– Nie dostałam zaproszenia – przyznała i upiła trochę truskawkowego kompotu.

Moi rodzice uwielbiali Dahlię. W zasadzie z wzajemnością. Naprawdę była dla mnie jak siostra.

– Doprawdy? Dziwne – odparła mama, spoglądając pytająco na męża, ale on jedynie wzruszył ramionami.

Nie zdawali sobie sprawy, że Nancy nikogo nie lubiła, mnie też, ale zostałam zaproszona jedynie ze względu na Williama.

– Ja też nie idę – wtrąciłam, korzystając z okazji. – Umówiłam się z Dahlią.

Nie zdołała ukryć zaskoczenia, więc kopnęłam ją pod stołem w łydkę. Niech zacznie grać! Chodziło o moje życie! Nie zamierzałam spędzić soboty u Nancy, udając, że świetnie się bawię, więc potrzebowałam dobrej wymówki, na którą rodzice się zgodzą.

– Tak. – Skinęła głową. – Obejrzymy jakiś film.

– Zróbcie sobie babski wieczór. Maseczki, malowanie paznokci i plotkowanie. – Mama się ucieszyła. – Korzystajcie z bycia nastolatkami.

William od początku kolacji siedział cicho i nie spuszczał ze mnie wzroku. To do niego niepodobne. Zwykle gadał jak najęty, aż miałam go po dziurki w nosie.

– Ja też się umówiłem – stwierdził nagle, spoglądając na tatę.

– Tak, z Nancy na bal – odpowiedziała mu z pobłażliwym uśmiechem mama.

Niebezpieczny grunt. Chwyciłam za kubek i upiłam spory łyk.

– Nie idę z nią.

– Och, skarbie. – Westchnęła. – Ona cię lubi.

William przewrócił oczami i spojrzał na nią z rozbawieniem.

– I co z tego? Ludzie myślą, że mi się podoba.

– I co w tym złego? Nie masz dziewczyny, więc w niczym ci to nie przeszkadza. Byłoby nam miło, gdybyś był dla niej dżentelmenem – odparł tata. – Tylko jeden wieczór. Nie prosimy, byś się jej oświadczał.

Ugryzłam się w język, bo chciałam wspomnieć, że to i tak małe poświęcenie dla rodziny. Pójście na bal, wielkie mi halo. Robił z tego aferę, co najmniej jakby się spotykał z kimś innym, a przecież nikogo nie miał. Nikogo nie ranił. Poza tym to tylko interesy.

Moi rodzice byli właścicielami jednej z największych winiarni w stanie, a rodzina Ollenów stanowiła naszą konkurencję. Źródła donosiły, że stracili zainteresowanie branżą, więc chcieliśmy odkupić ich tereny.

– Obyście dogadali umowę, bo więcej nie zamierzam tego robić – stwierdził mój brat, uśmiechając się do nich.

– Masz na oku jakąś dziewczynę? Skoro tak się tym oburzyłeś? – spytała z rozbawieniem mama.

Zakrztusiłam się przełykaną właśnie marchewką. Na szczęście Dahlia poklepała mnie po plecach. Nie wiedziałam, co się ze mną działo. Byłam wściekła. Coś kumulowało się w moim ciele i dało o sobie znać w tej chwili.

– On i dziewczyna? Błagam was – prychnęłam prześmiewczo. – Nie wie, co to zaangażowanie.

– Z naszej dwójki to ty jesteś tą, która nigdy nie była w związku – odgryzł się.

Automatycznie spoważniałam. Jak śmiał użyć tego, żeby mi dowalić?

– Ma dopiero szesnaście lat, jeszcze przyjdzie czas na… – Tata próbował załagodzić sytuację, ale było za późno.

– Miałeś dwie dziewczyny, William. W tym jedna była moją przyjaciółką.

– I? – Zaśmiał się, odchylając się na krześle.

– Widzisz ją tutaj? – Rozejrzałam się. – Zerwaliście.

Uśmieszek zniknął z jego ust.

– Czasem tak bywa. Ludzie się rozstają, Hazel. Betty widocznie była słabą przyjaciółką, skoro się odcięła. – Wzruszył beztrosko ramionami.

Równie dobrze mógłby uderzyć mnie w twarz. Zabolałoby tak samo jak jego zachowanie. To, jak bardzo go nie obchodziło moje zdanie. To, co czułam, gdy mnie zostawiła. Te emocje znów wróciły. Poczucie niezrozumienia, bo przecież nic takiego się nie stało. Przyjaźnie się rozpadają. Nic ważnego. Nie miałam powodu, żeby przez tyle lat chować urazę.

Nie zwracałam uwagi na otoczenie. Wpatrywałam się w brata i zastanawiałam, jakim cudem coś, co dla mnie było niewyobrażalną stratą, dla niego jedynie lekcją na przyszłość.

W zielonych oczach Williama, takich samych jak moje, a jednocześnie tak różnych, nie zauważyłam żadnej skruchy. Nawet najmniejszej oznaki na to, że mnie rozumiał i nie uważał, że przesadzałam. Sama wielokrotnie próbowałam się przekonać, że to już nieważne. Pragnęłam wybaczyć Betty, chciałam ruszyć dalej, ale za każdym razem powracała ta jedna niszcząca myśl. Coś było ze mną nie tak, skoro mnie zostawiła. I do tego bez słowa wyjaśnienia.

Nie umiałam pozbyć się tego wrażenia.

– Będziemy u mnie – oznajmiłam chłodno, zabierając swój talerz i podnosząc się, by zanieść go do kuchni.

Nie zamierzałam dłużej siedzieć w towarzystwie Williama, bo dalsza rozmowa przysporzyłaby mi jedynie kłopotów, gdybyśmy się pokłócili. Rodzice urządziliby nam pogawędkę na temat tego, że gdy ich zabraknie, to będziemy mieli tylko siebie. Blablabla. Wolałam tego uniknąć.

W sypialni, jak na dojrzałą szesnastolatkę przystało, wystawiłam środkowy palec w kierunku, gdzie znajdowała się jadalnia, i głośno westchnęłam.

– Ja muszę ukrywać przed rodzicami, że kogoś lubię, a ten pajac ma czelność mi to wypominać! Na dodatek ukradł mi przyjaciółkę! Zapomniał o tym? – powiedziałam wkurzona.

Musiałam dać ujście wrzącym we mnie emocjom, więc chodziłam po pokoju, licząc, że to pomoże.

– To niesprawiedliwe! Mam szesnaście lat, nie dwanaście! Boją się, że zajdę w ciążę, ale nie boją się, że William kogoś zapłodni! Na to jest większe prawdopodobieństwo! Ja nawet nie uprawiam seksu! – wykrzykiwałam.

Nie czułam magicznej ulgi, wręcz przeciwnie, z każdą sekundą nakręcałam się jeszcze bardziej. Miałam ochotę zejść, nawtykać bratu i być może się przy tym popłakać. Pewnie bym to zrobiła, gdyby nie Dahlia.

– Co jest? – spytała tak spokojnie, że na moment przymknęłam powieki.

– Nic – odburknęłam.

Za bardzo zawstydzał mnie powód mojej frustracji. Znów musiałam przyznać, że nie byłam wystarczająca.

– Jesteś moją przyjaciółką – przypomniała. – Jeśli coś jest nie tak… możesz mi powiedzieć.

Doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Spojrzałam na nią z powagą. Nie no… to przecież Dahlia. Nie wyśmieje mnie. Westchnęłam, opadając na łóżko.

– To głupie – mruknęłam, nie do końca przekonana.

– Na pewno nie.

Przez kilka sekund panowała cisza, tylko deszcz bębnił o szybę.

– Aaron mnie unika – powiedziałam cicho.

– Może coś się u niego stało?

Prychnęłam i pokręciłam głową. Nie potrafiłam tego wyjaśnić, ale miałam przeczucie, że chodziło o mnie.

– Wątpię. Może mu się znudziłam? – zasugerowałam poważnie.

– Co się stało?

– Nie wiem! – rzuciłam z frustracją. – Wszystko było w porządku i nagle… zaczął się ode mnie oddalać. Odpisuje mi jednym słowem, nie chce się spotykać. A jak już się widzimy, to jest jakiś… dziwny.

– Hazel… – Westchnęła i chyba chciała mnie przytulić, jednak ja już wstałam i znów zaczęłam chodzić nerwowo po pokoju.

– Wiem, wiem! – Uniosłam ręce. – Brzmię jak jakaś desperatka. – Przed oczami pojawił mi się wyraz twarzy zdegustowanej Caroline, gdyby tylko mogła to usłyszeć. – Ale to boli. Nie wiem, co zrobiłam nie tak.

– Może nic. Może to nie ma nic wspólnego z tobą.

Zatrzymałam się. Coś w głosie Dahlii sprawiło, że mój oddech się unormował. Spojrzałam na nią z nadzieją.

– Myślisz?

– Myślę, że jeśli Aaron jest wart twojego czasu, to ci to wyjaśni. A jeśli nie… to nie jest ciebie wart.

Parsknęłam. Typowe.

– Caroline mówi dokładnie to samo.

– Może czasem ma rację?

Przewróciłam oczami, jednak na moich ustach błąkał się uśmiech. Tak, Caroline czasem się nie myliła.

– Może – odparłam wymijająco.

Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy, słuchając deszczu. Już wystarczająco najadłam się wstydu. Dahlia nie miewała takich problemów. Do niej chłopacy lgnęli. Nigdy nie została odrzucona i nie musiała w sobie nic zmieniać, bo była idealna.

– W sobotę będzie na imprezie u Nialla, więc tam pojadę i się z nim skonfrontuję – stwierdziłam z udawaną pewnością siebie, żeby zamknąć temat. – Zobaczymy, co powie.

Zignorowałam podejrzliwe spojrzenie przyjaciółki. Chyba domyślałam się, co miała na myśli. Na ostatniej domówce się nie popisałam i prawie zwymiotowałam na Aarona. Na szczęście Dahlia w porę mnie zabrała.

Cóż… było, minęło.

– Nie możesz zagadać do niego w szkole? Nie mam ochoty jechać na imprezę – przyznała.

– Zwariowałaś?! – pisnęłam, posyłając jej oburzone spojrzenie. – Wolę zagadać, gdy będzie już lekko pijany.

W razie niepowodzenia może na następny dzień uzna, że to mu się tylko śniło.

– Albo ty.

– Nie zamierzam pić. Przysięgam. To był błąd.

Wahała się. Opadła na łóżko i bez przekonania wpatrywała się przed siebie. Nienawidziła domówek bardziej niż ja.

– Hazel, to wciąż impreza. Może i nie zamierzasz pić, ale inni na pewno będą. A ty chcesz się konfrontować z Aaronem w miejscu, gdzie łatwo o aferę.

Nie zdołałam powstrzymać parsknięcia, gdy usiadłam obok niej.

– A gdzie mam to zrobić? W szkole, w której wszyscy będą się gapić i podsłuchiwać? Nie, dziękuję. Na imprezie nikt nie zwróci na nas uwagi, każdy zajmie się sobą.

– Albo wręcz przeciwnie – zauważyła sceptycznie.

Przewróciłam oczami. Potrzebowałam od niej więcej entuzjazmu.

– Dahlia, nie każę ci tańczyć. Po prostu chcę, żebyś tam była. Powinnyśmy się bawić! Jesteśmy młode!

Nikt by mi w to nie uwierzył. Na dodatek powiedziałam to tak sztucznie i nienaturalnie, że chciało mi się śmiać.

Dahlia położyła się i zamknęła oczy. Sprytna zagrywka, ale chyba nie sądziła, że tak łatwo odpuszczę? Zajęłam miejsce obok i bez skrępowania się na nią gapiłam. Może nawet nieco strasznie.

– Dobra – skapitulowała w końcu.

Zwycięstwo!

Rzuciłam się na nią i obcałowywałam po całej twarzy na dowód mojej wdzięczności.

– Jesteś najlepsza! Najlepsza! – powtarzałam uradowana.

ROZDZIAŁ CZWARTYPORADZISZ SOBIE, HAZE

HAZEL

Rodzice sądzili, że noc spędzałam u przyjaciółki, więc zrobiłam wszystko, żeby uwiarygodnić tę wersję wydarzeń. Spakowałam się i pojechałam do Dahlii, gdzie dokończyłam swój makijaż.

– Módl się, żeby nasze mamy w niedalekim czasie się nie spotkały, bo to nocowanie, a raczej jego brak wyjdzie na jaw – upomniała mnie, na co machnęłam ręką.

– Wtedy będzie za późno.

Mnie samą zaskoczyły te słowa. Od kiedy tak łatwo przychodziło mi nieprzejmowanie się możliwymi konsekwencjami?

– Dobrze, że mam do nadrobienia Pretty Little Liars, więc nie będę się nudzić i zastanawiać, czy już się pocałowaliście.

Natychmiast poczułam, jak robię się czerwona, gdy w moim umyśle pojawiła się ta wizja. Co prawda już się całowałam z Aaronem, ale wyobrażałam sobie, że miał do zaoferowania więcej niż wtedy. W końcu nie bez powodu tyle dziewczyn do niego wzdychało. W tym oczywiście ja.

Co się ze mną działo? Kto to wie. Dostałam nagłej obsesji na jego punkcie, a wystarczyło, że któregoś dnia przypadkiem do mnie napisał. Co prawda pomylił się i szukał kogoś innego, ale rozbawiłam go i postanowił kontynuować rozmowę. Nie zliczyłabym, ile nocy zarwałam na gadaniu z nim. No właśnie… i nadal nie wiedziałam, na czym staliśmy.

Bałam się, że byłam dla niego jedynie koleżanką. Może nawet bardziej kumplem? Nie. Na pewno nie. Nie przypominałam faceta. Ani trochę.

Na sto procent?

Odwróciłam się gwałtownie i spojrzałam na Dahlię.

– Uważasz, że jestem wystarczająco kobieca? Tylko szczerze – przypomniałam, choć nie było potrzeby. Ona nigdy mnie nie okłamała.

– Hazel, przez trzy lata z rzędu wygrywałaś konkursy piękności.

– Ale ostatnio przegrałam – powiedziałam z żalem. W sercu poczułam nieprzyjemne ukłucie. Po tej porażce całkowicie zrezygnowałam.

– Bo mama Melissy przekupiła jury. Nie zmienia to tego, że jesteś baaardzo kobieca. I masz ciało, o którym wiele dziewczyn marzy. Na przykład ja. – Zaśmiała się, wskazując na swoje piersi. – Pogodziłam się z myślą, że nie będą ogromne.

– Mam większe cycki, bo przytyłam. Nic wielkiego – wzruszyłam ramionami – ty zachowujesz idealne proporcje.

– Ty też. Wierz mi.

Powinnam. W końcu zawsze była ze mną szczera, ale przecież nie chciałaby pakować mnie w kompleksy. Robiła to z miłości.

– Na pewno nie pójdziesz ze mną? William jest u Nancy, więc nas nie podkabluje.

– Nigdy tego nie zrobił – odparła lekko.

– Ma w tym jakiś ukryty cel. Niestety jeszcze go nie odkryłam – mruknęłam od niechcenia i wróciłam do malowania. – Albo cię lubi i nie chce, żebyś wpadła w kłopoty – zażartowałam.

Nie usłyszałam odpowiedzi, więc spojrzałam na przyjaciółkę. Chyba się nad czymś zamyśliła.

– Dahlia?

Ocknęła się, a na jej policzki wypłynął rumieniec.

– O czym myślisz?

– O tym, jak skończy się ten sezon Pretty Little Liars.

– I aż się zaczerwieniłaś? – spytałam nieco podejrzliwie.

– Widziałaś tych aktorów? Nie powinnaś się dziwić.

Dobra. Miała rację.

– A co z imprezą? Dołączysz do mnie?

Moja mina słodkiego szczeniaczka nie zrobiła na niej wrażenia. Dahlia wzięła swój telefon, pocałowała mnie w czoło i zeszła po popcorn. Powiedziała też, że ma ciekawsze plany.

Jakiś czas temu też bym tak stwierdziła. Wolałabym zostać w łóżku, niż iść na imprezę. Nienawidziłam ich – za głośne, za duszne i zdecydowanie niezbyt bezpieczne. No i nie piłam alkoholu. Zazwyczaj. Ostatni raz skończył się tym, że prawie zwymiotowałam na Aarona. Gdyby nie szybka reakcja Dahlii, już nigdy bym się do niego nie odezwała.

Dlatego nie zamierzałam pić. Szłam do Nialla jedynie po to, żeby skonfrontować się z Aaronem i dowiedzieć się, na czym staliśmy.

Oczywiście to plan w mojej głowie. Rzeczywistość mogła go mocno zweryfikować.

Pożegnałam się z przyjaciółką, która życzyła mi powodzenia, i wsiadłam do auta. Stresowałam się, o czym świadczyły moje spocone dłonie.

– Dasz radę. To tylko Aaron, lubi cię, będzie dobrze – powtarzałam na głos.

A jeśli się pomyliłam i wcale mu się nie podobałam? To możliwe.

Zaparkowałam i wyszłam na chłodne powietrze. Im bliżej miejsca docelowego byłam, tym większe wątpliwości miałam.

Może powinnam to jeszcze raz przemyśleć? Co przemawiało za tym, że mogłam ryzykować zrobienie z siebie idiotki?

Był dla mnie miły. Pisał, uśmiechał się na treningach, wypytywał innych, czy gdzieś się pojawię, proponował spotkania. I nagle przestał.

Myślałam, że po prostu się wycofał, bo coś się stało, ale przecież mógł kryć się za tym prostszy powód. Taki, że on był jedynie miły. Nic więcej. Uśmiechał się w ten sam sposób co do innych. Nie powinnam czuć się wyjątkowa.

Już zaczęłam się wycofywać, gdy do moich uszu dotarł znajomy głos.

– Młoda!

Tylko jedna osoba mnie tak nazywała. Uniosłam głowę i uśmiechnęłam się do Nialla, który szedł w moją stronę z plastikowym kubkiem w dłoni.

– Kiedy przyjechałaś? Ani razu cię nie widziałem.

Próbował mnie przytulić na przywitanie, ale przez to, że się tego nie spodziewałam, wyszło raczej niezręcznie.

– Dopiero przyszłam.

– I już chciałaś uciec? Nie ma mowy. – Zacmokał z udawaną dezaprobatą i zarzucił mi rękę na ramię. – Nikt nie wychodzi z mojej imprezy tak szybko. Nie bój się. Nie powiem Willowi.

– Nienawidzi tego skrótu – przypomniałam.

– A więc ty też mu nie mów – stwierdził rozbawiony i wprowadził mnie do środka.

Niall Anderson był najlepszym przyjacielem mojego brata od… dawna. Chyba od zawsze. No i grali w jednej drużynie futbolowej. Lubiłam go, bo nigdy mi nie dokuczał i dbał o to, by nikt nie czuł się pominięty. Nieważne, czy chodziło o spędzanie czasu na placu zabaw, czy o imprezy.

Miał jednak dużą wadę. Każdego zachęcał do picia i nie rozumiał słowa: „nie”.

Zaprowadził mnie prosto do kuchni, gdzie zaczął szykować dla mnie miksturę, po której zapomniałabym, jak się nazywam. Zatrzymałam go ruchem ręki.

– Wiesz, gdzie znajdę Aarona?! – przekrzyczałam muzykę.

Niall złapał się teatralnie za koszulkę i opadł na lodówkę, jakbym go postrzeliła.

– Czyli to dla niego tak się wystroiłaś. Znów to samo – zawodził dramatycznie. – Najpierw Will, teraz Aaron. Zostałem sam na polu bitwy.

Parsknęłam śmiechem, ale po sekundzie zmarszczyłam brwi. Chwila, co?

– William się z kimś spotyka?

Wystarczyła chwila i już wiedział, że się wygadał. Puścił koszulkę, wyprostował się i spoważniał.

– A to ty spotykasz się z Aaronem?

– Nie odpowiada się pytaniem na pytanie – zauważyłam zgryźliwie. – I nie, nie spotykamy się…

– William też nie. On chyba w ogóle nie lubi dziewczyn, to znaczy, nie myśli o nich… eee, w sensie… wiesz… – podrapał się nerwowo po policzku – eee, nie mam pojęcia, czemu jeszcze nie zamknąłem mordy. Muszę iść. Aaron powinien być na dole albo na górze. Nie wiem – powiedział na jednym wydechu.

Uciekł jak oparzony. Stałam całkowicie zszokowana jego zachowaniem. Mój brat się z kimś spotykał. Dlatego nie chciał iść z Nancy na bal. Okej. Zrozumiałe. Po co robili z tego taką tajemnicę?

Do głowy wpadł mi najczarniejszy scenariusz. Nie. Nie zrobiłby tego. Nie wróciłby do Betty. Na sto procent.

Odrzuciłam te myśli i ruszyłam na poszukiwania Aarona. Liczyłam na to, że nie nakryję go z inną dziewczyną. Chyba bym się zapadła pod ziemię.

Minęłam Nialla, ale ten gdy tylko mnie zauważył, ulotnił się. Serio? Myślał, że będę go wypytywać o życie Williama? Nie interesowałam się tym. Niech robi, co chce, dopóki nie dotyczy to bliskich mi osób.

Na schodach prowadzących na dół ktoś chwycił moją dłoń, przez co się odwróciłam. Nie spodziewałam się, że to Aaron znajdzie mnie pierwszy. Stanęłam jak wryta, zapominając, jak się oddycha.

– Cześć, Haze. Nie pisałaś, że przyjdziesz. – Posłał mi ten uśmiech, od którego miękły mi nogi.

Trzymał moją rękę, choć mógł ją po sekundzie puścić. Nie zrobił tego. Na dodatek chyba się cieszył, że mnie widzi.

Tylko… czy to była prawda, czy coś, co chciałam, żeby nią było?

Położył dłoń na moim policzku i uważnie przyglądał się moim oczom.

– Wszystko gra? Piłaś coś tutaj?

– Nie piłam, jest okej – odpowiedziałam w końcu, odzyskując zdolność logicznego myślenia. Teraz albo nigdy. – Chciałam z tobą pogadać i w sumie dowiedzieć się, co między…

– Chcesz stąd wyjść? To raczej nie są twoje klimaty, prawda? – przerwał mi wesoło.

Głupie serce. Przecież nie miało powodu, żeby tak gwałtownie przyspieszyć swój rytm.

– Przyjechałam autem.

– Idealnie. Chodź. – Wciąż nie puszczał mojej ręki, gdy wyprowadzał mnie na zewnątrz.

Przyjście do Nialla okazało się świetnym pomysłem. Brawo ja.

– William wie, że tu jesteś? – spytał Aaron, gdy wsiedliśmy do samochodu.

– Nie i będę wdzięczna, jeśli tak zostanie.

Kątem oka zauważyłam na twarzy chłopaka delikatny uśmiech.

– Dokąd mam jechać?

– Petoskey.

– To półtorej godziny jazdy – zauważyłam, dyskretnie zerkając na zegarek.

– Możemy zostać w mieście, jeśli masz godzinę policyjną…

– Nie mam godziny policyjnej. Po prostu zaskoczył mnie ten wybór. – Wzruszyłam ramionami. – No to w drogę.

Udawałam wyluzowaną na tyle, na ile potrafiłam. Nie wiedziałam jeszcze, jak podejść do tematu naszej znajomości, ale na razie nie stanowiło to dla mnie priorytetu. Powinnam odłożyć na bok wszelkie nadzieje i skupić się na chwili obecnej. Tak, to dobre podejście.

– Nigdy nie byłam w Petoskey. Co tam ciekawego?

– Mam tam domek. W zasadzie nikt tam już nie przyjeżdża, więc mamy pewność, że będziemy sami.

– Idealna sposobność dla mordercy – mruknęłam pod nosem.

Aaron parsknął śmiechem, co wywołało we mnie poczucie dumy. Chyba dobrze wychodziło mi to bycie wyluzowaną.

– Co cię skłoniło, żeby tutaj przyjść? Nie jesteś imprezowiczką…

– Co ty gadasz! Lubię imprezować! – zabrzmiałam tak sztucznie, że od razu zapragnęłam uderzyć się z otwartej dłoni w czoło. – Dobra. Masz mnie. Nudziłam się i chciałam cię zobaczyć.

W aucie zapadła cisza. Niekomfortowa. Szybko sięgnęłam do radia, by muzyka przyćmiła moje zażenowanie. Aaron wykonał ten sam ruch, ale w innym celu. Nasze spojrzenia spotkały się na moment i poczułam się tak, jakby nad naszymi głowami rozbłysło milion fajerwerków.

– Cieszę się, że wpadłaś.

Po tych słowach ponownie rozparł się w fotelu i już po chwili wnętrze samochodu wypełniła Disturbia od Rihanny.

Cieszy się, że wpadłam! O MÓJ BOŻE!

Z trudem opanowałam narastające we mnie emocje, żeby skupić się na drodze. W końcu musiałam dowieźć nas w jednym kawałku.

Petoskey spowijała atmosfera tajemnicy. Może to przez mgłę, a może przez zapach wilgoci w powietrzu. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą aparatu. Pan Towers, mój nauczyciel fotografii, oszalałby z radości, gdybym zrobiła tu zdjęcia.

– Skręć w prawo – nawigował Aaron.

Wydawał się bardzo podekscytowany. Im bliżej miasta byliśmy, tym jego uśmiech się powiększał. Zastanawiałam się, czy nie bolały go policzki.

– To tutaj. Poczekaj, pójdę po pilota i otworzę bramę – poinformował i wybiegł na zewnątrz.

Wzięłam kilka uspokajających oddechów. Zaraz miałam dowiedzieć się czegoś więcej o Aaronie. Choć też niepokoiło mnie, dlaczego przyjechaliśmy akurat tutaj. Tak daleko od Traverse City.

Może to miejsce ma dla niego szczególną wartość? Tak. Z pewnością, próbowałam się przekonać w myślach. Wcale nie jest dziwne, że wzbrania się przed zaproszeniem mnie do domu, a zabrał tutaj.

Moje rozważania przerwało otwieranie bramy.

Wjechałam przed dom i rozejrzałam się dookoła. Gdy Aaron wspomniał, że mają domek… wyobraziłam sobie letniskowy, drewniany, mały budynek.

To, co znajdowało się przed moimi oczami, zdecydowanie można było nazwać posiadłością.

Reflektory oświetliły szeroki, kamienny podjazd, który prowadził do dwupiętrowego domu. Zobaczyłam fasadę z białego kamienia. Wyglądał, jakby ktoś go żywcem wyciągnął z katalogu w gabinecie architekta. Nowoczesny i z rozmachem.

Do moich uszu dotarł szum jeziora Michigan. Oddałabym wiele za dom w tak pięknym miejscu. Mogłabym zasugerować rodzicom, żeby rozpatrzyli ten pomysł.

Aaron stał przy otwartych już drzwiach i czekał, aż do niego dołączę. Powinnam się cieszyć, a w moim sercu kotłował się niepokój, co zbijało mnie z tropu.

– Zapraszam w skromne progi.

Ani trochę skromne, pomyślałam, gdy włączył światło.

Przeszliśmy do salonu. Wszędzie dominowała biel, która rażąco kontrastowała z czarnym fortepianem przy wielkich oknach, za którymi rozciągał się las.

Spojrzałam zaskoczona na chłopaka obok.

– Grasz?

– Potrafię – mruknął wymijająco.

– Ale nie grasz?

Przytaknął i bez słowa ruszył do… sama nie wiedziałam dokąd. Przez chwilę wpatrywałam się w instrument, próbując wyobrazić sobie grającego Aarona. Nie udało mi się, dlatego poszłam za nim. Jak się okazało, do kuchni.

– Mam wodę lub… uwaga werble… colę, która jest dwa miesiące po terminie.

Podeszłam do niego zainteresowana.

– Nie sądziłam, że kiedyś dożyję takiego znaleziska – powiedziałam rozbawiona i przyjrzałam się etykiecie. Faktycznie. Przeterminowana. – Powinieneś oddać to do jakiegoś muzeum…

Podniosłam wzrok i dotarło do mnie, jak blisko siebie staliśmy. Przełknęłam nerwowo ślinę, czując na sobie jego intensywne spojrzenie. Pachniał świeżo. Imbirem i cytrusami.

Zerknęłam na jego usta i jak za dotknięciem magicznej różdżki Aaron się odsunął i odkaszlnął.

– Spróbuję też znaleźć jakieś przekąski.

Ja za to musiałam unormować oszalałe serce. Chwila bliskości i wariowałam! To nie było normalne.

Ogarnij się.

– Zaczekam w salonie!

Ze spiżarni odpowiedział mi bliżej niezrozumiały bełkot, co uznałam za „okej”.

Potwierdziłam wcześniejsze słowa chłopaka, gdy stanęłam przed fortepianem. Na pokrywie zalegała spora warstwa kurzu. Od dawna nikt go nie używał.

Smutne. Sama nie potrafiłam grać, więc nawet gdybym chciała, nie mogłabym ożywić tego instrumentu.

– Dlaczego już nie grasz? – spytałam po usłyszeniu za sobą kroków.

– Przestało mi to sprawiać przyjemność.

Położył jedzenie na stoliku, a sam rozłożył się na kanapie.

– Zazdroszczę, że w ogóle potrafisz. Kiedyś próbowałam nauczyć się grać na skrzypcach i okazało się, że za nic w świecie nie potrafię zrozumieć nut. – Westchnęłam, a następnie położyłam się po drugiej stronie kanapy. Na boku, tak jak Aaron, dzięki czemu mogliśmy na siebie patrzeć. – Po co tu przyjechaliśmy? Nie lubisz imprez?

– Dostałem jasne polecenie od Williama. Trzymać cię z dala od kłopotów.

Poczułam się… zażenowana? Tak, to dobre określenie.

– Nie jestem dzieckiem, które potrzebuje niańki – powiedziałam stanowczo. – Mój brat czasem o tym zapomina.

– Nie mów mu, że ci o tym wspomniałem. Wolę nie psuć naszych stosunków. – Zaśmiał się krótko. Mnie nie było do śmiechu. Czemu William zachowywał się jak mój ojciec? – Poza tym nie uważam, że to coś złego. Na imprezie nie ma zbytnio gdzie porozmawiać, dlatego pomyślałem, że cię tu zabiorę. Choć technicznie rzecz biorąc, to ty nas tu zabrałaś… – Urwał, gdy rozbrzmiał mój telefon.

O proszę, o wilku mowa.

– Zaraz wrócę – oznajmiłam i pobiegłam na górę.

Gdybym tylko mogła, opieprzyłabym Williama tak mocno, że by mu w pięty poszło… ale nie mogłam, bo wtedy wkurzyłby się na Aarona. Tym razem mu się upiekło.

– Czego? – Nie udało mi się powstrzymać warknięcia.

– Ja też się cieszę, że cię słyszę, najcudowniejsza siostrzyczko pod słońcem…

Skrzywiłam się. Boże. Był pijany.

– Rodzice cię zabiją – zawyrokowałam, a w słuchawce usłyszałam jedynie śmiech, choć to chyba bardziej chichot.

– Cicho. Nie mów im… odbierz mnie, proszę, muszę uciekać przed Nancy.

Och. Kłopoty.

Z nerwów spociły mi się ręce. Za nic w świecie nie mogłam się przyznać, że byłam tak daleko od domu. Od razu by tu przyjechał. I do tego by wytrzeźwiał. Hm… może to jakiś sposób?

– Hazeeeeeel, proszę. Nie zostawiaj swojego brata na pożarcie lwom – zawodził.

– Obudziłeś mnie. Nie ma opcji. Zamów taksówkę – zaproponowałam najlogiczniejsze rozwiązanie.

– Chyba sobie żartujesz. Nie wsiądę pijany do samochodu kogoś obcego.

Jak z dzieckiem.

– To nie moja wina. Trzeba było się zachowywać. Możesz też poprosić rodziców, z pewnością od razu zabiorą cię do domu – szydziłam.

– To oni kazali mi do ciebie zadzwonić.

Kłamał... Gdyby im powiedział, dostałby szlaban. Byłoby im wstyd przed znajomymi i nie mogliby przymknąć na to oka. Ciekawe, jak udało mu się nie zostać przez nich zauważonym. Pewnie schował się z innymi w kuchni albo w łazience, jak zawsze… A co, jeśli mówił prawdę? Co, jeśli rodzice czekali, aż go odbiorę, a gdy odmówię, wrócą z Williamem do domu i zobaczą, że mnie w nim nie było? Zostałabym uziemiona.

– Niall i Aaron są na imprezie. Możesz poprosić kogoś ze swoich znajomych? Zapłacę.

– William, jest środek nocy! Wszyscy śpią!

– To sama przyjedź! No proszę! Ja bym to dla ciebie zrobił – użył najmocniejszego argumentu.

Miał rację. On naprawdę by przyjechał. Nieważne, jak bardzo by mu się nie chciało. Oczywiście by przy tym narzekał, ale odebrałby mnie.

– Daj mi chwilę. Spróbuję kogoś poprosić, bo… tak naprawdę nie jestem w domu i za nic w świecie nie zamierzam kończyć wieczoru z twojego powodu – wyjaśniłam, żeby nie zmartwił się po powrocie.

– Chwila, co? Gdzie…

Nie dokończył, bo się rozłączyłam. Zadzwoniłam do Dahlii, licząc, że uda mi się ją namówić, by odebrała mojego głupiego brata.

– Śpisz?

– Kto mówi? – spytała sennie.

– Czyli spałaś.

– Co tam? Jak spotkanie?

– Super! Opowiem jutro – przyznałam, nie chcąc się wdawać w szczegóły. Nie miałam na to czasu. – Mogłabym cię o coś poprosić?

– Mhm.

– Odebrałabyś Williama z balu?

– Eee…

– Rodzice poprosili, żebym go odebrała, a mnie tak jakby nie ma w mieście…

– Gdzie jesteś?!

Musiałam odsunąć słuchawkę, tak głośno krzyknęła.

– W Petoskey, dlatego uratujesz mi dupę, jeśli go odbierzesz, a rodzice pomyślą, że to ja!

– Nie może wziąć taksówki?

– Stwierdził, że nie zaufa obcej osobie, gdy jest pijany. – Westchnęłam, czując wyrzuty sumienia. Wiedziałam, że Dahlia mi pomoże, i dlatego było mi głupio. – Mogłabyś to dla mnie zrobić?

Kazałam jej naciągnąć Williama na torebkę w ramach rekompensaty i gotowe.

Z lepszym humorem wróciłam do Aarona.

– William miał problem z podwózką. Dahlia go odwiezie – wyjaśniłam.

Na twarzy chłopaka pojawił się dziwny uśmiech.

– To dobrze.

No… chyba tak. Co wywołało taką reakcję? O czym myślał?

Odłożyłam te rozważania na bok. Jeśli by chciał, powiedziałby.

– Jakie masz plany po liceum? Gdzie zamierzasz studiować? – Szukałam każdego tematu, byleby nie zahaczyć o ten, o który od początku mi chodziło. Zbierałam się w sobie, żeby zapytać o nas.

– Jeszcze się nad tym nie zastanawiałem.

Nieumiejętnie kłamał. Był w ostatniej klasie. Do końca roku nie zostało mu wiele czasu. Nawet nam nauczyciele wielokrotnie mówili o studiach, więc co dopiero im.

– To prawda, że chcecie odkupić winiarnię od Ollsenów?

Cóż za płynna zmiana tematu.

– Tak. Rodzice liczą, że nasza firma stanie się największą w całym stanie. W przyszłości to ja będę nią zarządzała – przyznałam z dumą. – Obym tego nie zniszczyła – dodałam, zaskakując też siebie.

– Dlaczego byś miała? Poradzisz sobie, Haze – stwierdził pewnie i sięgnął po chipsy. – Chcesz?

Wizja mnie jedzącej przy nim sprawiła, że poczułam nieprzyjemny skurcz w żołądku. Nie ma mowy.

– Nie, dzięki.

Nie nalegał jak inni, co bardzo mi się spodobało. „Nie” znaczyło „nie”. Rozumiał.

– Wiesz, że poza tobą z żadną dziewczyną tu tak nie siedziałem i nic nie robiłem? – wypalił. – Z chłopakami tak, ale zwykle wtedy pijemy albo palimy. Miło jest po prostu pogadać. Lubię nasze spotkania.

Uśmiechnęłam się. Czyli nie chodziło o imprezy i bycie pijaną. On wolał ze mną rozmawiać.

– Jesteś moją pierwszą koleżanką, Haze.

Spoważniałam, jak tylko przetworzyłam to słowo.

Koleżanka.

To… chyba dobrze, prawda? To znaczy, że mnie lubił.

Ale nie tak, jakbym sobie tego życzyła.