Antologia z miłością - Różni autorzy - ebook

Antologia z miłością ebook

Różni Autorzy

0,0

Opis

Czym jest miłość?


Na to pytanie nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Ilu autorów, tyle definicji i wyobrażeń.
Ta antologia eksploruje miłość w jej najpiękniejszych i najtrudniejszych odsłonach. Tej, która daje poczucie bliskości i szczęścia, oraz tej toksycznej i skazanej na niepowodzenie. To wybór historii, które poruszają i intrygują, wywołują uśmiech, zadają ból, pozostawiają cień tęsknoty...


To opowiadania o relacjach z innymi – nie tylko z ludźmi – o pragnieniu bycia zauważonym, docenionym i pokochanym, o nadziei, która wraca, i o pytaniach, na które czasem nie chcemy znać odpowiedzi.


Czy odważysz się z nimi zmierzyć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 298

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Co­py­ri­ght © Ostre Pió­ro

Wy­da­nie I

Szcze­cin 2026

ISBN: 978-83-68498-30-1

e-ISBN: 978-83-68498-31-8

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Roz­po­wszech­nia­nie i ko­pio­wa­nie ca­ło­ści lub czę­ści pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci za­bro­nio­ne bez wcze­śniej­szej pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy. Do­ty­czy to tak­że fo­to­ko­pii i mi­kro­fil­mów oraz roz­po­wszech­nia­nia za po­mo­cą no­śni­ków elek­tro­nicz­nych.

Wy­daw­ca ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Pro­jekt okład­ki, stron ty­tu­ło­wych i za­dru­ku brze­gu

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Zdję­cie na okład­ce, ele­men­ty gra­ficz­ne

Fre­epik

Re­dak­cja

Ka­ta­rzy­na Ku­row­ska | sta­cja­pro­jekt.my.ca­nva.si­te

Ko­rek­ta

Na­ta­lia Szop­pa

Mo­ni­ka Cał­ka | krop­ka­ispol­ka.pl

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nie

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro www.ostre-pio­ro.pl

An­to­lo­gia

z mi­ło­ścią

Zbiór naj­lep­szych opo­wia­dań pol­skich au­to­rów

Jo­an­na Pi­gu­ła

Za­pa­ła­ła mi­ło­ścią do ksią­żek dzię­ki zbun­to­wa­ne­mu anio­ło­wi i śmier­tel­nicz­ce, któ­rych uczu­cie oka­za­ło się sil­niej­sze niż prze­zna­cze­nie. Nic więc dziw­ne­go, że gdy sa­ma za­czę­ła pi­sać, ro­mans stał się klu­czo­wym ele­men­tem jej twór­czo­ści. Swo­je hi­sto­rie pu­bli­ku­je na Wat­t­pa­dzie, ale znaj­dzie­cie ją tak­że na Tik­To­ku i In­sta­gra­mie, gdzie dzie­li się mi­ło­ścią do ksią­żek oraz ku­li­sa­mi pi­sa­nia. Na co dzień nie wy­obra­ża so­bie dnia bez ka­wy i obo­wiąz­ko­we­go mi­zia­nia swo­ich ko­tów, któ­re czu­wa­ją nad pra­ca­mi przy jej de­biu­tanc­kiej po­wie­ści, ma­ją­cej w przy­szło­ści uka­zać się na pa­pie­rze.

Tik­Tok & In­sta­gram: @jo­_an­na.wri­ter

Wat­t­pad: jo­_an­na

Mi­łość cie­niem ma­lo­wa­na

Jo­an­na Pi­gu­ła

Na prze­strze­ni eonów na­zy­wa­no mnie róż­nie. Ta­na­to­sem uno­szą­cym się ci­cho wśród gwiazd Gre­cji. Ko­stu­chą w czer­ni śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­py. Mo­ra­ną wi­ją­cą się po sło­wiań­skich po­lach. Skrzy­dla­tym Azra’ilem wśród pu­stych nie­bios. Anu­bi­sem czu­wa­ją­cym nad za­pa­chem ka­dzi­dła w Egip­cie. Ja­mą w in­diań­skich świą­ty­niach. Shi­ni­ga­mi w desz­czo­wej Ja­po­nii… Mógł­bym wy­mie­niać jesz­cze dłu­go, ale bez wzglę­du na imię, wy­gląd czy le­gen­dę, za­wsze by­łem tym sa­mym: ci­chym prze­wod­ni­kiem, któ­ry pro­wa­dzi na dru­gą stro­nę.

Ni­g­dy nie przy­cho­dzi­łem z gnie­wem ani ka­rą – ra­czej z me­lan­cho­lią chwi­li, z od­de­chem, któ­ry koń­czył jed­no, a za­czy­nał dru­gie. Z ci­szą, w któ­rej ży­cie po­wo­li ustę­po­wa­ło miej­sca wiecz­no­ści.

Ob­ser­wo­wa­łem, jak ist­nie­nie w ziem­skim świe­cie mi­ja­ło bły­ska­wicz­nie, pod­czas gdy dla mnie czas był czymś roz­cią­gnię­tym, nie­mal nie­ru­cho­mym. Chwi­la, gdy du­sza opusz­cza­ła cia­ło, trwa­ła kró­cej, niż moż­na by przy­pusz­czać, lecz w mo­im wy­mia­rze sta­wa­ła się wiecz­no­ścią. Każ­da śmierć wstrzy­my­wa­ła od­wiecz­ny ze­gar wszech­świa­ta.

Tak więc w cią­gu cze­goś, co lu­dzie na­zy­wa­ją dniem, sły­sza­łem set­ki, je­śli nie ty­sią­ce hi­sto­rii dusz, któ­re od­pro­wa­dza­łem na dru­gą stro­nę. Nie­któ­rzy wi­ta­li mnie z trwo­gą, in­ni z ulgą. Jed­ni nie po­tra­fi­li znieść me­go wi­do­ku, a jesz­cze in­ni przyj­mo­wa­li odej­ście z ci­chą apro­ba­tą.

To­wa­rzy­szy­łem nie­zli­czo­nej licz­bie dusz pod­czas ostat­niej wę­drów­ki i wszyst­kie no­si­ły w so­bie uni­kal­ny świat, mi­nia­tu­rę ży­cia, któ­re nie­gdyś tęt­ni­ło w cie­le. Opo­wia­da­li mi o swo­ich od­kry­ciach, ża­lu, kosz­ma­rach i nie­speł­nio­nych ma­rze­niach.

Nie te hi­sto­rie jed­nak wcią­ga­ły mnie naj­bar­dziej, lecz te pra­wią­ce o mi­ło­ści. To ona za­wsze przy­ku­wa­ła mo­ją uwa­gę.

Nie zna­łem jej. Nie mo­głem od­czu­wać, a jed­nak opo­wie­ści o niej mnie fa­scy­no­wa­ły. Si­ła zdol­na prze­trwać czas, cier­pie­nie i nie­do­sko­na­łość. De­li­kat­ność, któ­ra jed­no­cze­śnie spra­wia­ła wra­że­nie nie­złom­nej, a tak­że ulot­ność czy­nią­ca ją bez­cen­ną.

Lu­dzie ko­cha­li ro­dzi­ny, przy­ja­ciół, zwie­rzę­ta, a na­wet miej­sca, któ­re ich kształ­to­wa­ły…

Ja zo­sta­łem ska­za­ny na wiecz­ną sa­mot­ność, tu­łacz­kę od jed­nej du­szy do dru­giej – ta­ką gra­łem ro­lę w po­rząd­ku wszech­świa­ta. W prze­strze­ni mię­dzy ży­ciem a wiecz­no­ścią ist­nia­łem tyl­ko ja­ko za­wie­szo­ny cień. Ulot­ny, a rów­no­cze­śnie naj­bar­dziej sta­ły ele­ment od­wiecz­ne­go pra­wa.

By­wa­ły isto­ty, któ­re bła­ga­ły o choć­by jesz­cze je­den dzień, ale – mi­mo iż mo­ja ma­gia by­ła nie­zmie­rzo­na i nie zna­ła fi­zycz­nych ogra­ni­czeń – nie mo­głem im go po­da­ro­wać. Nić ży­cia, raz prze­rwa­na, nie mo­gła zo­stać po­now­nie złą­czo­na. A ja ni­g­dy nie po­dej­rze­wa­łem, że na­dej­dzie go­dzi­na, kie­dy za­pra­gnę zła­mać je­dy­ną za­sa­dę, ja­ką mi na­rzu­co­no.

Przy­cho­dzi­łem po du­sze w nie­zli­czo­ne miej­sca. Do szpi­ta­li, gdzie biel ścian od­bi­ja­ła strach i na­dzie­ję. Do do­mów wy­peł­nio­nych za­pa­chem świe­że­go chle­ba zmie­sza­ne­go z róż­no­ra­ki­mi ka­dzi­dła­mi. By­wa­łem w pa­ła­cach i warsz­ta­tach, w świą­ty­niach i na po­lach. Cza­sem cia­ło ota­cza­li bli­scy, cza­sem du­sza od­cho­dzi­ła w sa­mot­no­ści, wśród cier­pie­nia i krwi. Żad­na sce­ne­ria nie wy­róż­nia­ła się w mej pa­mię­ci. Nie li­czy­ły się: bo­gac­two, sła­wa ani tra­ge­dia – tyl­ko mo­ment, w któ­rym ży­cie opusz­cza­ło cia­ło i du­sza po­wo­li uno­si­ła się ku mnie.

Pew­ne­go dnia coś się zmie­ni­ło. Ten mo­ment już na za­wsze za­miesz­kał w mo­ich wspo­mnie­niach. By­ło to pierw­sze­go li­sto­pa­da ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­ste­go siód­me­go ro­ku, go­dzi­na szó­sta czter­dzie­ści sie­dem cza­su ziem­skie­go.

Zna­la­złem się w nie­wiel­kiej, drew­nia­nej chat­ce. Ze­wsząd do­cho­dzi­ły za­pa­chy farb, ace­to­nu, pa­ra­fi­ny i róż. Świa­tło po­ran­ka wpa­da­ło przez ma­łe okno, są­czy­ło się przez cien­ką za­sło­nę, kła­dąc na pod­ło­dze dłu­gie, zło­ci­ste smu­gi. Uno­sił się w nich kurz. Wi­ro­wał ni­czym ty­sią­ce tan­ce­rzy w me­lan­cho­lij­nym tań­cu, od­po­wia­dał na każ­dy, na­wet naj­bar­dziej sub­tel­ny po­wiew wia­tru.

Do­strze­głem star­ca le­żą­ce­go w łóż­ku. Je­go klat­ka pier­sio­wa jesz­cze się uno­si­ła, ro­bi­ła to jed­nak co­raz wol­niej, co­raz bar­dziej ocię­ża­le. Sple­cio­ne dło­nie spo­czy­wa­ły spo­koj­nie na brzu­chu. Cze­kał. Cia­ło tkwi­ło w nie­ru­cho­mej po­zie, oczy po­zo­sta­wa­ły przy­mknię­te, skó­ra o ko­lo­rze per­ga­mi­nu wy­gła­dzi­ła się z ulgi przed koń­cem cier­pie­nia.

Nie był w po­ko­ju sam.

W ką­cie sta­ła szta­lu­ga, na niej płót­no. Sie­dzia­ła przed nim ko­bie­ta. Wy­glą­da­ła na mło­dą. Ko­niu­szek pędz­la opie­ra­ła lek­ko o dol­ną war­gę, jak­by wstrzy­my­wa­ła od­dech, za­sta­na­wia­jąc się nad na­stęp­nym po­cią­gnię­ciem.

Na­gle jej oczy, ko­lo­rem przy­po­mi­na­ją­ce je­zio­ro o świ­cie, ode­rwa­ły się od ob­ra­zu, a wzrok skie­ro­wa­ła na mnie. Spoj­rze­nie mia­ła spo­koj­ne, bez stra­chu, bez trwo­gi. Zna­la­złem w nim tyl­ko cie­ka­wość. W ca­łej po­sta­wie ma­lar­ki kry­ła się ulot­na lek­kość, któ­ra spra­wia­ła, że ca­ła prze­strzeń po­ko­ju wy­peł­ni­ła się sub­tel­ną au­rą ży­cia.

Po­ru­szy­łem się nie­spo­koj­nie, bo prze­cież ona nie mo­gła mnie wi­dzieć. Ist­nia­łem ja­ko cień bez twa­rzy, bez fi­zycz­nej for­my. A jed­nak ta mło­da ko­bie­ta bez wąt­pie­nia nie pa­trzy­ła w pust­kę, tyl­ko tam, gdzie po­win­ny znaj­do­wać się mo­je oczy.

– Przy­był – szep­nę­ła, przez co za­sty­głem. – Już czas, tat­ku.

Odło­ży­ła pę­dzel i wy­tar­ła dło­nie o szmat­kę, któ­ra już no­si­ła śla­dy za­schnię­tych pig­men­tów. Kurz za­wi­ro­wał wo­kół niej, gdy mi­nę­ła szta­lu­gę – jej ru­chy by­ły peł­ne gra­cji i opa­no­wa­nia.

Po­de­szła do łóż­ka star­ca, skry­ła je­go dło­nie w swo­ich i na­chy­li­ła się, by zło­żyć ostat­ni po­ca­łu­nek na po­marsz­czo­nym czo­le. Sa­mot­na łza uwol­ni­ła się z ką­ci­ka jej oka i pod­da­ła się gra­wi­ta­cji, lą­du­jąc na po­licz­ku męż­czy­zny.

Za­pra­gną­łem się ode­zwać, upew­nić, że na­praw­dę mnie wi­dzia­ła, ale nie mo­głem prze­ry­wać im po­że­gna­nia.

– Ko­cham cię – za­łka­ła. Sły­sza­łem, jak emo­cje ści­ska­ły jej krtań, choć usta wy­krzy­wia­ła w de­li­kat­nym uśmie­chu.

Sta­rzec nie od­po­wie­dział, je­dy­nie od­pła­cił się cór­ce po­dob­nym gry­ma­sem, choć kosz­to­wa­ło go to o wie­le wię­cej si­ły. Uchy­lił po­wie­ki, je­go oczy – ko­lo­rem po­dob­ne do jej oczu, choć odro­bi­nę ciem­niej­sze – błysz­cza­ły emo­cja­mi, któ­rych już nie zdo­łał wy­po­wie­dzieć.

Wy­dał ostat­nie tchnie­nie. Du­sza za­drża­ła w cie­le po raz ostat­ni, a po­tem nie­spiesz­nie je opu­ści­ła, le­wi­tu­jąc w mo­ją stro­nę.

Ma­lar­ka wy­pro­sto­wa­ła się, ob­da­rza­jąc pu­stą sko­ru­pę jesz­cze jed­nym spoj­rze­niem, a po­tem unio­sła za­łza­wio­ne oczy ku mnie.

– Za­dbaj o nie­go – po­pro­si­ła ci­cho, a po­tem, nie cze­ka­jąc na re­ak­cję, opu­ści­ła po­miesz­cze­nie.

Prze­strzeń wo­kół nas za­czę­ła się roz­ma­zy­wać. Ko­lo­ry bla­kły, kon­tu­ry roz­my­wa­ły się, dźwię­ki ci­chły, świa­tło ga­sło, aż oto­czy­ła nas Ni­cość.

Ob­ró­ci­łem się w stro­nę star­ca, któ­ry już od­wza­jem­niał spoj­rze­nie.

– Wi­dzia­ła mnie? – spy­ta­łem, a on tyl­ko ski­nął pół­prze­zro­czy­stą gło­wą. – Jak?

– Nie wiem… Od dzie­ciń­stwa opo­wia­da­ła o ciem­nej po­sta­ci w snach. Nikt nie wie­dział, o kim do­kład­nie, lecz Ele­ni zna­ła cię, nim po­ję­ła, czym je­steś na­praw­dę.

Ele­ni. Ta ma­lar­ka mia­ła na imię Ele­ni.

– Opo­wiedz mi o niej – rze­kłem zde­cy­do­wa­nie, nie zo­sta­wia­jąc miej­sca na sprze­ciw.

***

Mi­mo iż by­łem naj­bar­dziej sa­mot­ną isto­tą we wszech­świe­cie, nie by­łem w nim sam. Isto­ty mi po­dob­ne, o mo­cy rów­nej mo­jej, okre­ślił­bym ja­ko – we­dług ludz­kich re­la­cji – ro­dzeń­stwo, cho­ciaż nie mie­li­śmy oj­ca ani mat­ki.

Eg­zy­sto­wa­ły, od­po­wia­da­jąc za do­me­nę so­bie przy­pi­sa­ną. W ziem­skim świe­cie na­zy­wa­no ich bo­ga­mi. Jed­ni zaj­mo­wa­li się sze­ro­ko po­ję­tym ko­smo­sem – słoń­cem, księ­ży­cem, gwiaz­da­mi czy pla­ne­ta­mi. To do nich lu­dzie wzno­si­li mo­dły, chcąc po­znać przy­szłość lub od­kryć ta­jem­ni­ce prze­szło­ści. In­ni kon­tro­lo­wa­li ży­wio­ły, ale by­li też ta­cy, któ­rych za­da­nia wy­kra­cza­ły po­za umy­sły zwy­kłych śmier­tel­ni­ków. Jed­nym z nich był Pierw­szy.

To on, przed resz­tą z nas, obu­dził się w Ni­co­ści. To on po­wo­łał po­zo­sta­łych do ży­cia, roz­ry­wa­jąc swo­je je­ste­stwo na czę­ści, a po­tem wy­kre­ował ów­cze­sny świat, nadał mu kształt i wpra­wił go w ruch. I to do nie­go za­mie­rza­łem zwró­cić się z no­wym pro­ble­mem.

Pierw­szy dzia­łał po­za cza­sem i prze­strze­nią. Wy­star­czy­ło go za­wo­łać, a się zja­wiał.

Sta­łem wła­śnie w ciem­nym za­uł­ku, pa­trząc na dziec­ko, któ­re ku­li­ło się w ką­cie, sta­ra­jąc się ogrzać swo­je drob­ne, wy­chu­dzo­ne ciał­ko. Po­licz­ki się za­pa­dły, wło­sy zma­to­wia­ły, spoj­rze­nie sta­ło się męt­ne, a skó­rę po­kry­wał brud ży­cia na uli­cy. Trzę­sło się z zim­na, głód osła­bił je do te­go stop­nia, że za kil­ka chwil mia­ło do­łą­czyć do po­zo­sta­łych dusz.

Po­chy­li­ło gło­wę, cho­wa­jąc twarz przed prze­raź­li­wym wia­trem. Sły­sza­łem, jak ci­cho mo­dli­ło się o chleb lub tro­chę wo­dy. Po eonach po­dob­nych przy­pad­ków prze­sta­ło to ro­bić na mnie wra­że­nie, choć kie­dyś pró­bo­wa­łem na­mó­wić Los, by im po­mo­gła. Ona jed­nak by­ła rów­nie bez­rad­na. Do­sta­wa­ła za­da­nie i mu­sia­ła się z nie­go wy­wią­zać.

– Mu­sia­łeś wy­brać aku­rat ta­ką sce­ne­rię. – Ni­ski głos spra­wił, że cie­nie wo­kół mnie za­drża­ły. Wy­czu­wa­ły po­tę­gę, choć nie oba­wia­ły się jej, bo wie­dzia­ły, że Pierw­szy nie wy­rzą­dzi mi krzyw­dy. Zbu­rzył­by tym po­rzą­dek wszech­świa­ta, a to on miał go pil­no­wać.

– Wi­taj, bra­cie – po­wie­dzia­łem, ce­lo­wo nie zwra­ca­jąc się do nie­go praw­dzi­wym imie­niem. Chcia­łem pod­kre­ślić na­szą za­ży­łość, któ­ra z bie­giem cza­su tyl­ko się umoc­ni­ła, choć wi­dy­wa­li­śmy się rzad­ko.

– Co się dzie­je? – za­py­tał ła­god­nie, przy­sta­jąc u me­go bo­ku. Je­go bia­łe oczy omio­tły dzie­cię­ce cia­ło, ale po chwi­li sku­pi­ły się na nie­wy­raź­nych kon­tu­rach mo­jej po­sta­ci.

– Po­zna­łem ko­goś – za­czą­łem enig­ma­tycz­nie, sta­ra­jąc się wy­czy­tać z je­go ob­li­cza, czy za­sko­czę go no­wą in­for­ma­cją. – Ona mnie zo­ba­czy­ła, wi­dzia­ła od daw­na, za­nim zda­ła so­bie spra­wę, czym je­stem.

– Los wspo­mi­na­ła o ano­ma­lii – wes­tchnął. – O ko­bie­cie, któ­ra ma zdol­no­ści za­glą­da­nia mię­dzy świa­ty.

– Ja­kie jest jej prze­zna­cze­nie?

Od­dech dziec­ka za­czy­nał się nor­mo­wać – za­pa­da­ło w sen, z któ­re­go mia­ło się już nie wy­bu­dzić.

– Żyć, ma­lo­wać, umrzeć – po­wie­dział Pierw­szy po dłuż­szym za­sta­no­wie­niu.

– A póź­niej?

– Nie wiem.

Gdy­bym po­sia­dał brwi, to­bym je zmarsz­czył. Bo prze­cież mój brat był wszech­wie­dzą­cy. Wi­dział wię­cej niż Los. Jej mo­ce ogra­ni­cza­ły się do ży­ją­cych istot, je­go do wszel­kie­go ist­nie­nia, nie­za­leż­nie od wy­mia­ru, w ja­kim się ono znaj­do­wa­ło.

– Zwy­kle do­strze­gam, co zo­sta­ło za­pla­no­wa­ne dla da­nej du­szy po przej­ściu na dru­gą stro­nę, ale w przy­pad­ku ma­lar­ki po­ja­wia się je­dy­nie pust­ka – do­dał.

Du­sza dziec­ka za­drża­ła w cie­le, od­ry­wa­jąc się od nie­go ka­wa­łek po ka­wał­ku. Ser­ce ude­rzy­ło mia­ro­wo jesz­cze dwa ra­zy, za­nim na­sta­ła gę­sta ci­sza. Lśnią­ca, ma­ła po­świa­ta pod­pły­nę­ła bli­żej i wy­cią­gnę­ła rącz­kę z na­dzie­ją.

Nie py­ta­ła, uf­nie ob­ser­wo­wa­ła, jak świat, któ­ry zna­ła, roz­my­wa się; jak oto­cze­nie ciem­nie­je, aż je­dy­nym źró­dłem świa­tła zo­sta­ła tyl­ko na­sza trój­ka.

– Chciał­bym znów zo­ba­czyć tę ko­bie­tę. Prze­ko­nać się, czy na­praw­dę mnie wi­dzi – szep­ną­łem ochry­ple, sku­pia­jąc się na Pierw­szym, za­nim za­pro­wa­dzę du­szycz­kę na wiecz­ny spo­czy­nek.

– Los uprze­dza­ła, że to po­wiesz. – Bia­łe oczy zła­god­nia­ły, lu­stru­jąc prze­strzeń, któ­ra mo­gła­by być mo­ją twa­rzą. – Wiem, że je­steś sa­mot­ny, Śmierć. Od­wiedź więc ma­lar­kę, bra­cie. Mo­że two­ja obec­ność uka­że nam przy­szłość jej du­szy. Jed­nak nie wol­no wam się do­tknąć, a ziem­ski czas po­zo­sta­je dla was ogra­ni­czo­ny.

Wy­cią­gnął dłoń, za­lśni­ła w niej je­go moc. Przy­po­mi­na­ła gę­stą mgłę, za­mknię­tą w ku­li­stym kształ­cie. Zda­wa­ła się żyć wła­snym ży­ciem. Po­ru­sza­ła się, jak gdy­by w środ­ku pa­no­wał hu­ra­gan.

– Ile? – Wga­pia­łem się w ener­gię Pierw­sze­go, jak­bym po­tra­fił wy­czy­tać z niej to, co on.

– Trzy­dzie­ści se­kund ziem­skie­go cza­su rocz­nie.

Zbli­ża­li­śmy się do Kre­su – miej­sca od­dzie­la­ją­ce­go ży­cie od śmier­ci. Po­stać bra­ta za­mi­go­ta­ła. Je­go moc prze­czy­ła mo­jej, bu­rzy­ła się przed prze­kro­cze­niem tej gra­ni­cy – nie by­wał tu od stu­le­ci al­bo na­wet i dłu­żej.

A po­tem znik­nął, a cien­ka wstąż­ka ja­sno­sza­rej po­świa­ty to ostat­nie, co po nim po­zo­sta­ło.

– Chodź, ma­ła. Czas po­ka­zać ci lep­sze miej­sce.

Du­szycz­ka uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko, dzię­ki cze­mu zo­ba­czy­łem brak kil­ku zę­bów. Nie­ste­ty kształt du­szy od­zwier­cie­dlał ostat­nie chwi­le czło­wie­ka na zie­mi, to­też nie pre­zen­to­wa­ła się oka­za­le i ele­ganc­ko, a bied­nie, jak za ży­cia.

Gra­ni­ca drgnę­ła, a po­tem na czar­nej po­wierzch­ni uka­za­ły się pierw­sze pęk­nię­cia. Ufor­mo­wa­ły się w drzwi – mi­ster­nie ozdo­bio­ne mi­go­czą­cy­mi pną­cza­mi – bez klam­ki. Otwo­rzy­ły się, wy­czu­wa­jąc no­wą du­szę. Ten krok po­win­na ona po­sta­wić sa­mo­dziel­nie, na­wet ja nie mo­głem tam zaj­rzeć. By­łem tyl­ko prze­wod­ni­kiem, to­wa­rzy­szem pod­czas ostat­niej po­dró­ży.

Du­szycz­ka po­ma­cha­ła mi krót­ko, a jej ener­gia po chwi­li znik­nę­ła w ośle­pia­ją­cym bla­sku, wcią­gnię­ta do wy­mia­ru, gdzie pa­no­wał wiecz­ny spo­kój.

– Do­bra z cie­bie ener­gia, mo­ja ma­ła.

***

Gdy znów od­wie­dzi­łem ma­lar­kę, za oknem jej dom­ku pa­no­wa­ła zi­ma. Mi­mo iż mi­nął po­nad rok od na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia, ko­bie­ta nie wy­glą­da­ła ani tro­chę ina­czej.

Znów sie­dzia­ła w tam­tym po­ko­iku, znów przed szta­lu­gą, ale tym ra­zem na ra­mio­na mia­ła na­rzu­co­ną mę­ską ko­szu­lę, któ­rej rę­ka­wy się­ga­ły nie­mal do pal­ców. Ma­te­riał był spra­ny, miej­sca­mi po­pla­mio­ny far­bą, jak­by przez la­ta chło­nął bar­wy i jej ży­cie. Brą­zo­we wło­sy wy­mknę­ły się z nie­dba­łe­go ko­ka, kil­ka pasm opa­dło na zmarsz­czo­ne czo­ło. Dło­nie zna­czy­ły drob­ne pla­my ul­tra­ma­ry­ny i ochry.

– Nie przy­szedł jesz­cze mój czas, nie po­win­no cię tu być.

Ten głos, ta­ki opa­no­wa­ny, cie­pły i ła­god­ny, utwier­dził mnie w prze­ko­na­niu, że tam­ten raz nie sta­no­wił przy­pad­ku. Ona na­praw­dę wy­czu­wa­ła mo­ją obec­ność.

– Chcia­łem znów cię uj­rzeć – rze­kłem. – Ni­g­dy wcze­śniej nie spo­tka­łem czło­wie­ka, któ­ry mógł­by mnie wi­dzieć, nim na­dej­dzie je­go czas. Twój oj­ciec zdra­dził, że na­wie­dza­łem two­je sny.

Ni­g­dy nie roz­ma­wia­łem z ni­kim z tych cza­sów, to­też mu­sia­łem się pil­no­wać, ja­kich słów uży­wa­łem, by Ele­ni mnie zro­zu­mia­ła i nie ode­bra­ła mnie ja­ko im­per­ty­nen­ta, na­wet je­śli by­łem isto­tą wszech­wiecz­ną.

Na wzmian­kę o ro­dzi­cu de­li­kat­na dłoń za­wi­sła przed płót­nem. Ko­bie­ta wy­chy­li­ła się nie­znacz­nie zza ob­ra­zu, dzię­ki cze­mu uj­rza­łem nie­bie­skie oczy, bla­de ob­li­cze i ma­li­no­we usta, któ­re roz­chy­li­ły się w za­sko­cze­niu.

– Czy osią­gnął spo­kój? – Po­gła­dzi­ła czu­le ma­te­riał ko­szu­li, a ja już wie­dzia­łem, do ko­go wcze­śniej na­le­ża­ła.

– Tak.

Ode­tchnę­ła z ulgą tak wy­raź­nie, że je­den z ko­smy­ków wło­sów uniósł się od gwał­tow­ne­go wy­de­chu.

– Dzię­ku­ję.

Po­sła­ła mi uśmiech tak cud­ny, że gdy­by nie li­mit cza­so­wy na­rzu­co­ny nam przez Pierw­sze­go, wpa­try­wał­bym się w nie­go przez dłu­gie go­dzi­ny.

– Od­wie­dzę cię za rok, ma­lar­ko. Wów­czas chciał­bym uj­rzeć jed­no z twych dzieł.

Po­licz­ki ko­bie­ty po­kry­ły się ru­mień­cem, gdy nie­śmia­ło wbi­ła wzrok w pod­ło­gę.

– Do­brze – szep­nę­ła.

To by­ło ostat­nie, co usły­sza­łem, za­nim wszyst­ko za­czę­ło ciem­nieć, a Ni­cość przy­po­mnia­ła so­bie o swo­im wład­cy. Wpa­try­wa­łem się w punkt przed so­bą, pó­ki ko­lo­ry nie wy­bla­kły, a od­dech Ele­ni prze­stał do mnie do­cie­rać.

***

Du­sze dzie­li­ły się na dwie ka­te­go­rie: do­bre i złe. Te pierw­sze ema­no­wa­ły zie­lon­ka­wym bla­skiem, te dru­gie kar­ma­zy­no­wym – za­zwy­czaj od­zwier­cie­dla­ły prze­la­ną za ży­cia krew nie­win­nych czy wy­rzą­dzo­ne in­nym krzyw­dy.

I choć nie mo­głem ni­ko­go fa­wo­ry­zo­wać, czer­pa­łem swo­istą przy­jem­ność z to­wa­rzy­sze­nia nie­czy­stym du­szom, kie­dy po­ja­wia­ły się przed ni­mi czer­wo­ne drzwi.

Ko­niec, któ­re­go zo­sta­łem świad­kiem, wła­śnie do nich pro­wa­dził. Czło­wiek przede mną nie spo­dzie­wał się, że je­go ofia­ra za chwi­lę się­gnie po ku­chen­ny nóż i wbi­je mu go w krtań. Ja wie­dzia­łem, że z te­go miesz­ka­nia odej­dę dziś tyl­ko z jed­ną du­szą.

Cier­pli­wie cze­ka­łem, aż je­go plu­ga­we ser­ce wy­pom­pu­je ostat­nią por­cję krwi, a duch ule­ci, by osta­tecz­nie wy­lą­do­wać u me­go bo­ku. Hi­sto­rii ta­kich istot nie słu­cha­łem, więc cie­nia­mi zszy­łem mu usta, a na­stęp­nie po­dą­ży­łem pro­sto tam, gdzie po­czu­je cier­pie­nie wszyst­kich swo­ich ofiar.

Lu­dzie po­wszech­nie na­zy­wa­li ten wy­miar Pie­kłem. Wy­obra­ża­li so­bie ka­dzie smo­ły, bu­cha­ją­ce ognie i za­stę­py de­mo­nów. Nie mia­łem po­ję­cia, jak wy­glą­da­ło na­praw­dę, ale chcia­łem wie­rzyć, że od­pła­ca­ją się złym du­szom pięk­nym za na­dob­ne.

Gra­ni­ca za­drża­ła, jak za­wsze w re­ak­cji na mo­ją obec­ność. Z pęk­nięć wy­ło­nił się szkar­łat­ny blask, za­nim ufor­mo­wa­ły się w drzwi. Te, w prze­ci­wień­stwie do po­przed­nich, opla­ta­ły łań­cu­chy i za­wsze po­zo­sta­wa­ły za­mknię­te, by złe du­chy nie ucie­kły ze swo­je­go wię­zie­nia.

Przed na­mi zma­te­ria­li­zo­wał się de­mon – człe­ko­kształt­ny twór z ro­ga­mi wy­ra­sta­ją­cy­mi z gło­wy, onyk­so­wy­mi ocza­mi bez po­wiek czy tę­czó­wek. Po­sia­dał bło­nia­ste skrzy­dła i szpo­ny, któ­re zdol­ne by­ły roz­ry­wać ist­nie­nie na strzę­py. Dla du­szy u me­go bo­ku przy­bie­rał po­stać je­go naj­więk­sze­go kosz­ma­ru, dla­te­go nie zdzi­wi­ło mnie, że za­czę­ła prze­raź­li­wie skom­leć. De­mo­nicz­ny byt mach­nął ła­pą, a łań­cu­chy oplo­tły złe­go du­cha, po czym obo­je znik­nę­li w bru­nat­nej mgle.

W cią­gu ludz­kie­go mie­sią­ca od­wie­dza­łem te miej­sca ty­le ra­zy, że gdy­by Ele­ni wrę­czy­ła mi pę­dzel i płót­no, mógł­bym je na­ma­lo­wać z pa­mię­ci. Z ro­ku na rok nie­ste­ty co­raz czę­ściej sta­wa­łem pod kar­ma­zy­no­wy­mi drzwia­mi, co ozna­cza­ło, że ludz­ki ga­tu­nek po­chła­nia­ło zło.

W koń­cu na­de­szła ko­lej­na zi­ma. Choć nie po­sia­da­łem fi­zycz­nej po­sta­ci, przed wi­zy­tą u ma­lar­ki przy­bra­łem jed­ną. Wciąż jed­nak skry­wa­łem twarz za kap­tu­rem.

Po­zna­ła mnie od ra­zu. Sta­ła po­środ­ku po­ko­iku, w de­li­kat­nych dło­niach ści­ska­ła nie­wiel­kie płót­no. Spra­wia­ła wra­że­nie spe­szo­nej, gdy po­pro­si­łem, aby po­ka­za­ła mi ob­raz.

Wid­nia­ła na nim dro­ga, roz­wi­dla­ją­ca się na dwie ścież­ki. Pra­wa pro­wa­dzi­ła ku drzwiom, spod któ­rych bi­ła zie­lon­ka­wa po­świa­ta; wi­no­ro­śle wspi­na­ły się po ich po­wierzch­ni, opla­ta­jąc bia­łe kwia­ty. Le­wa to­nę­ła w cie­niu – koń­czy­ła się przy czer­wo­nych drzwiach, cięż­kich od łań­cu­chów spla­mio­nych krwią.

Pod­sze­dłem bli­żej, by przyj­rzeć się szcze­gó­łom. By­łem skłon­ny uwie­rzyć, że ma­lar­ka sta­ła przed ni­mi nie­jed­no­krot­nie, gdyż nie po­my­li­ła się co do ani jed­ne­go de­ta­lu.

– Co to za miej­sce? – spy­ta­ła. – Wi­dzia­łam je w snach.

– Wej­ścia do te­go, co wy, śmier­tel­ni­cy, na­zy­wa­cie Pie­kłem i Nie­bem.

Wstrzy­ma­ła od­dech, po czym ob­ró­ci­ła płót­no, by prze­stu­dio­wać wła­sne dzie­ło. Ta ko­bie­ta na­praw­dę nie mia­ła po­ję­cia, jak wiel­ką dzier­ży­ła moc, sko­ro po­tra­fi­ła wi­dzieć nie tyl­ko mnie, ale rów­nież przej­ścia mię­dzy wy­mia­ra­mi.

– Do­kąd tra­fił mój oj­ciec?

– Do nie­ba.

Ode­tchnę­ła z ulgą, odło­ży­ła ob­raz pod ścia­nę i ner­wo­wo przy­gry­zła dol­ną war­gę.

– Przez któ­re przej­dę ja? – Pa­dło ko­lej­ne py­ta­nie.

– Nie po­sia­dam ta­ko­wej wie­dzy.

Au­ra ma­lar­ki lśni­ła sza­ro­ścią, z czym wcze­śniej się nie spo­tka­łem, ale nie za­mie­rza­łem jej te­go mó­wić, nie mie­li­śmy zbyt wie­le cza­su.

– Chciał­bym po­znać każ­dy z twych snów, ma­lar­ko.

– Ele­ni, mam na imię Ele­ni.

Uśmiech­ną­łem się, choć wąt­pi­łem, że to za­uwa­ży­ła, bo cie­nie i kap­tur za­kry­wa­ły część mej twa­rzy.

– Śmierć – przed­sta­wi­łem się, choć nie­po­trzeb­nie. Prze­cież zda­wa­ła so­bie spra­wę z te­go, czym je­stem. – Mi­ło mi cię po­znać, ma­lar­ko Ele­ni.

– Kie­dy jesz­cze da­ne nam bę­dzie się spo­tkać? – W tym py­ta­niu wy­czu­łem na­dzie­ję, co spra­wi­ło, że we­wnętrz­nie za­drża­łem.

– Za rok, mo­ja dro­ga.

– Do zo­ba­cze­nia.

Po­ma­cha­ła mi, co od­wza­jem­ni­łem.

Po­now­nie sta­łem jak za­mro­żo­ny w cza­sie, pó­ki nie znik­nę­ła, za­sło­nię­ta ciem­no­ścią. Obo­wiąz­ki wzy­wa­ły, więc na po­wrót przy­ją­łem cie­ni­stą for­mę i prze­nio­słem się do na­stęp­nej du­szy, któ­rą mia­łem od­pro­wa­dzić do od­po­wied­nich drzwi.

***

Mi­ja­ły la­ta, a ja wę­dro­wa­łem od du­szy do du­szy, nie­cier­pli­wie wy­cze­ku­jąc te­go jed­ne­go dnia, tych trzy­dzie­stu se­kund, któ­re po­zwo­lo­no mi dzie­lić z tą nie­zwy­kłą ko­bie­tą.

Wszyst­kie po­ka­zy­wa­ne przez nią ob­ra­zy przed­sta­wia­ły część wy­mia­ru, o któ­rym nie po­win­na wie­dzieć – raz de­mo­na, któ­ry od­bie­rał ode mnie złe du­sze; raz jej po­kój, stop­nio­wo to­ną­cy w mro­ku, a ostat­ni uka­zy­wał… Pierw­sze­go. Nie z twa­rzy, stał ty­łem, je­go ja­sna sza­ta marsz­czy­ła się wo­kół po­staw­ne­go cia­ła, bia­łe wło­sy opa­da­ły na ple­cy.

Ko­muś mógł przy­po­mi­nać mi­stycz­ną po­stać, ople­cio­ną bla­skiem tak ja­snym, że na­wet na ob­ra­zie ra­ził w oczy, ale ja do­sko­na­le wie­dzia­łem, ko­go przed­sta­wiał.

Każ­de dzie­ło kon­sul­to­wa­łem z bra­tem, a on z ro­ku na rok wy­da­wał się co­raz bar­dziej za­fra­po­wa­ny ma­lar­ką i jej zdol­no­ścia­mi. Los na­dal nie mó­wi­ła, co mia­ło stać się z jej du­szą po opusz­cze­niu cia­ła, a ku­la ener­gii Pierw­sze­go wciąż nie zdra­dza­ła ta­jem­ni­cy nie­ty­po­wej au­ry tej za­gad­ko­wej śmier­tel­nicz­ki.

– Daj nam wię­cej cza­su – po­pro­si­łem któ­re­goś ra­zu. Mu­sia­łem brzmieć ża­ło­śnie, pró­bu­jąc na­giąć za­sa­dy wszech­świa­ta dla śmier­tel­nicz­ki, ale nie dba­łem o to.

Ele­ni in­try­go­wa­ła mnie nie tyl­ko pod ką­tem swo­ich umie­jęt­no­ści za­glą­da­nia po­za ludz­ki wy­miar. Ile­kroć ją wi­dzia­łem, od­kry­wa­łem w niej ja­kiś dro­biazg, któ­ry wy­pa­lał mi się w pa­mię­ci. Marsz­cze­nie brwi, gdy za­sta­na­wia­ła się, któ­ry pę­dzel wy­brać. Przy­gry­za­nie war­gi, gdy nie by­ła pew­na, czy pre­zen­to­wa­ny ob­raz wpa­su­je się w me gu­sta. De­li­kat­ny ru­mie­niec, kie­dy wy­czu­wa­ła, że je­stem w po­bli­żu.

Raz na­wet po­zwo­li­łem so­bie na żart, na któ­ry za­chi­cho­ta­ła, a ten dźwięk wdarł się do mo­je­go umy­słu i wra­cał ni­czym echo, szcze­gól­nie wte­dy, gdy uj­rza­łem coś, co mo­gło­by się jej spodo­bać.

Mo­je obo­wiąz­ki po­zwa­la­ły zwie­dzać świat wzdłuż i wszerz. Wi­dzia­łem ty­le wspa­nia­łych kra­jo­bra­zów i bu­dow­li, że nie mo­głem prze­stać wy­obra­żać so­bie, jak­by wy­glą­da­ły na­ma­lo­wa­ne jej rę­ką.

– Wiesz, że nie mo­gę. – Głos bra­ta wy­da­wał się szcze­rze za­smu­co­ny. On i resz­ta ro­dzeń­stwa mo­gli spo­ty­kać się ze so­bą du­żo czę­ściej, pod­czas gdy ja utkną­łem w Ni­co­ści. – Lu­dzie i zwie­rzę­ta nie prze­sta­ną umie­rać tyl­ko dla­te­go, że chcesz z nią po­być. Przy­kro mi.

Mo­je siód­me spo­tka­nie z ma­lar­ką znów od­by­ło się w tym sa­mym po­ko­iku. Ele­ni zmie­ni­ła się od dnia, gdy przy­sze­dłem po jej oj­ca. Ry­sy twa­rzy się wy­ostrzy­ły, cia­ło doj­rza­ło, a oczy na­zna­czy­ła mą­drość mi­nio­nych lat.

Tym ra­zem nie sie­dzia­ła przed szta­lu­gą, a na łóż­ku. Su­kien­ka się­ga­ła do po­ło­wy łyd­ki, od­kry­wa­jąc gru­be, bia­łe poń­czo­chy, a na ple­cach spo­czy­wał koc. Nos mia­ła za­ró­żo­wio­ny, oczy prze­szklo­ne, ale nie wy­czu­łem wo­kół niej ener­gii, któ­ra mó­wi­ła­by, że nie przy­sze­dłem do niej, a po nią.

– Nie mam dziś dla cie­bie ob­ra­zu – wy­chry­pia­ła. – Prze­pra­szam.

Wsze­dłem w głąb miesz­ka­nia, a pod­ło­ga za­skrzy­pia­ła w re­ak­cji na mój cię­żar, wciąż nie przy­wy­kłem do po­sia­da­nia fi­zycz­nej po­sta­ci.

– Nic się nie sta­ło. Mo­gę cię zo­sta­wić, je­śli te­go so­bie ży­czysz.

W du­chu bła­ga­łem, bo po­zwo­li­ła mi zo­stać na te dwa­dzie­ścia se­kund, któ­re nam po­zo­sta­ły.

– Nie. Za­śpie­waj mi coś al­bo za­graj.

Za­mru­ga­łem zdu­mio­ny jej proś­bą, ale nie za­mie­rza­łem od­ma­wiać. Nie zna­łem żad­nych ko­ły­sa­nek, więc po­sta­wi­łem na grę.

Uło­ży­ła się na łóż­ku. Wpa­trzo­ny w nią wy­obra­zi­łem so­bie dźwię­ki har­fy. Ko­ją­ca me­lo­dia roz­brzmia­ła we­wnątrz po­miesz­cze­nia.

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się bla­do i za­mknę­ła oczy.

Na­gle przy­szedł mi do gło­wy pe­wien po­mysł. Wy­kre­owa­łem z cie­ni po­zy­tyw­kę, któ­ra mia­ła grać tyl­ko tę me­lo­dię. Ob­ra­ca­łem po­krę­tłem do opo­ru, a po­tem odło­ży­łem urzą­dze­nie na szaf­kę przy łóż­ku.

Wy­co­fa­łem się do pro­gu po­ko­iku, ob­ser­wu­jąc, jak po­stać odzia­na w czar­ną sza­tę krę­ci się wo­kół wła­snej osi, gra­jąc ma­lar­ce me­lan­cho­lij­ną pieśń.

– Dzię­ku­ję – zdą­ży­ła wy­szep­tać, za­nim Ni­cość znów nas roz­dzie­li­ła.

– Śpij spo­koj­nie, pięk­na ma­lar­ko – po­wie­dzia­łem już w nie­prze­nik­nio­ną ciem­ność.

Z każ­dym ro­kiem mo­ja fa­scy­na­cja Ele­ni ro­sła, a ja nie po­tra­fi­łem jej za­trzy­mać. Kie­dy znaj­do­wa­łem się w oko­li­cy jej za­miesz­ka­nia, mi­mo­wol­nie roz­glą­da­łem się, czy nie stoi gdzieś nie­opo­dal i nie ob­ser­wu­je mnie z ukry­cia.

Pew­ne­go dnia wy­lą­do­wa­łem w sa­li. Mu­zy­ka dud­ni­ła o ścia­ny, szkło brzę­cza­ło w rytm śmie­chu, a za­pach per­fum mie­szał się z dy­mem cy­gar. Ko­bie­ty błysz­cza­ły ni­czym fi­gu­ry z por­ce­la­ny, a męż­czyź­ni ści­ska­li w dło­niach kie­lisz­ki, jak­by na ich dnie mo­gli od­na­leźć nie­śmier­tel­ność.

Ten, któ­re­go przy­sze­dłem za­brać, wła­śnie się śmiał. Za kil­ka chwil miał prze­stać od­dy­chać. Żo­na do­da­ła mu tru­ci­zny do po­sił­ku w ze­mście za to, że ją bił i zdra­dzał.

Prze­sze­dłem przez tłum nie­zau­wa­żo­ny. Lu­dzie czę­sto wy­czu­wa­li mo­ją obec­ność ja­ko prze­lot­ny chłód na kar­ku, nie­wy­raź­ny dreszcz, któ­ry szyb­ko zrzu­ca­li z sie­bie, jak­by do­kład­nie wie­dzie­li, kto ich mi­jał.

Na świe­cie ist­nia­ła tyl­ko jed­na oso­ba, któ­ra po­tra­fi­ła to zro­bić. Kie­dy pod­nio­słem wzrok, za­uwa­ży­łem ją. Sta­ła po dru­giej stro­nie sa­li, w świe­tle krysz­ta­ło­wych lamp. Jej spoj­rze­nie – by­stre, nie­prze­nik­nio­ne – już na mnie cze­ka­ło. Nie zna­la­złem w nim ani lę­ku, ani zdzi­wie­nia. Ra­czej ci­che zro­zu­mie­nie, jak­by wie­dzia­ła, że spo­tka­my się po­za usta­lo­nym har­mo­no­gra­mem.

Bez­par­do­no­wo ru­szy­ła przed sie­bie, a ja usu­ną­łem się w kąt sa­li, gdzieś, gdzie pa­dał cień.

Ser­ce tam­te­go męż­czy­zny za­czę­ło słab­nąć. Zer­k­ną­łem na nie­go. Wła­śnie wkła­dał pa­lec za koł­nierz i pró­bo­wał go po­lu­zo­wać. Na je­go skro­ni wy­stą­pi­ły kro­pel­ki po­tu.

Ele­ni za­trzy­ma­ła się o krok przede mną, rę­ce scho­wa­ła za ple­cy, przy­glą­da­ła mi się z do­zą cie­ka­wo­ści, ale w oczach błysz­cza­ła ra­dość.

– Ni­g­dy bym nie przy­pusz­cza­ła, że spo­tkam cię tu­taj – za­czę­ła, ką­tem oka spraw­dza­jąc, czy nikt nie wi­dzi, że roz­ma­wia sa­ma ze so­bą, bo dla resz­ty po­zo­sta­wa­łem nie­wi­dzial­ny.

– Po­ja­wiam się wszę­dzie tam, gdziem wzy­wa­ny.

– Czy zo­sta­niesz na dłu­żej? – Nie tra­ci­ła cza­su, za­da­jąc py­ta­nie za py­ta­niem.

– Kil­ka se­kund. – Spoj­rza­łem nad jej ra­mie­niem na męż­czy­znę, któ­re­go twarz już czer­wie­nia­ła. De­spe­rac­ko się­gnął po szklan­kę z wo­dą, wzbu­dza­jąc swo­im za­cho­wa­niem nie­ma­łe za­in­te­re­so­wa­nie.

– Jest prze­ślicz­na, ta po­zy­tyw­ka… Dzię­ku­ję. Mo­że pew­ne­go dnia za­tań­czy­my ra­zem do me­lo­dii, któ­rą skry­wa?

– Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią. – Nie zdą­ży­łem do­dać, że nie bę­dę mógł jej do­tknąć, bo du­sza wła­śnie od­dzie­la­ła się od cia­ła.

Od­wró­ci­ła gło­wę w kie­run­ku krzy­ków, a kie­dy po­now­nie spoj­rza­ła w punkt, w któ­rym po­win­na być mo­ja twarz, Ni­cość już po­chła­nia­ła mnie i czer­wo­ną du­szę.

***

Na wspól­ny ta­niec uszy­łem so­bie frak z cie­ni. Chcia­łem pre­zen­to­wać się god­nie, na­wet je­śli mia­ło to trwać tyl­ko pół mi­nu­ty.

Cze­ka­ła. Ubra­ła się w czerń, przy­po­mi­na­ją­cą tło ob­ra­zu, na któ­rym do­pie­ro za­czy­na ro­dzić się świa­tło. Suk­nia by­ła dłu­ga, bez ozdób, gład­ka ni­czym ta­fla je­zio­ra o zmierz­chu. Tyl­ko cien­ki sznur pe­reł wo­kół szyi Ele­ni, do­da­ją­cy ca­ło­ści ele­gan­cji, róż­nił się ko­lo­ry­sty­ką od resz­ty. Sto­py po­zo­sta­wi­ła bo­se, choć o tej po­rze ro­ku z pod­ło­gi z pew­no­ścią bił chłód. Brą­zo­we ko­smy­ki upię­ła wy­so­ko, a kil­ka z nich opa­da­ło na po­cią­głą twarz, na­da­jąc jej ry­som lek­ko­ści.

Chło­nął­bym ten wi­dok po wiecz­ność, gdy­bym mógł.

– Pięk­nie wy­glą­dasz – po­wie­dzia­łem szcze­rze, zbli­ża­jąc się do niej.

– Ty rów­nież.

Po­zy­tyw­ka już gra­ła. Dźwię­ki har­fy ła­god­nie wy­peł­nia­ły prze­strzeń mię­dzy na­mi.

– Nie da­ne nam się do­tknąć – wy­zna­łem ze smut­kiem.

Mo­że to i le­piej. Gdy­bym mógł po­czuć cie­pło jej skó­ry, trud­niej by­ło­by mi prze­ko­ny­wać sie­bie, że po­tra­fię trzy­mać się od niej z da­le­ka.

– Na pew­no zdo­ła­my so­bie po­ra­dzić.

Uśmiech­nę­ła się przy­jaź­nie, scho­wa­ła rę­ce za ple­ca­mi i za­czę­ła ryt­micz­nie sta­wiać krok to w pra­wo, to w le­wo. Bez zwło­ki po­wtó­rzy­łem te ru­chy. Sły­sza­łem nie­śmia­ły sze­lest ma­te­ria­łu, któ­ry bu­jał się ra­zem z nią.

Nie­bie­skie oczy pa­trzy­ły w czar­ne. Po raz pierw­szy nie za­ło­ży­łem kap­tu­ra i cie­ka­wi­ło mnie, czy spodo­ba jej się ten wi­dok. Ma­lar­ka stu­dio­wa­ła mo­ją twarz, pra­wie nie mru­ga­jąc. Ca­ły czas się przy tym uśmie­cha­ła.

– Dzię­ku­ję za ta­niec. – Ukło­ni­łem się szar­manc­ko, a ona dy­gnę­ła. At­mos­fe­ra z cięż­kiej zmie­ni­ła się w swo­bod­ną. Dwa­dzie­ścia se­kund mi­nę­ło zde­cy­do­wa­nie zbyt szyb­ko.

– Czy zda­rzy nam się to jesz­cze raz? – wy­szep­ta­ła z lek­kim uśmie­chem.

– Z pew­no­ścią.

Wy­co­fa­łem się do pro­gu, gdzie zwy­kle się roz­sta­wa­li­śmy.

– Je­steś isto­tą peł­ną uro­ku – wy­szep­ta­ła, a po­licz­ki przy­bra­ły ko­lor bla­de­go ró­żu.

– Nie tak urze­ka­ją­cą, jak ty, ma­lar­ko.

Przez kil­ka na­stęp­nych spo­tkań tań­czy­li­śmy. Za­wsze tak sa­mo krót­ko, a jed­nak te chwi­le na­pa­wa­ły mnie szczę­ściem, po­zwa­la­jąc prze­trwać czas ocze­ki­wa­nia.

Ele­ni co­raz mniej przy­po­mi­na­ła mło­dą ko­bie­tę, a co­raz bar­dziej doj­rza­łą. Czas zna­czył oko­li­ce jej oczu i ust. Marsz­czył skó­rę na zdol­nych pal­cach, od­bi­jał się w tę­czów­kach, któ­re utra­ci­ły mło­dzień­czy wi­gor, lecz zy­ska­ły błysk, cha­rak­te­ry­stycz­ny dla mą­dro­ści, któ­rej nie da­ło się wy­czy­tać z ksiąg.

Pew­ne­go ra­zu za­py­ta­łem ją o to, czy za­mie­rza za­ło­żyć ro­dzi­nę, ale po­krę­ci­ła gło­wą. Za­ci­snę­ła ma­li­no­we usta w li­nię i ucie­kła wzro­kiem w kie­run­ku ścia­ny, pod któ­rą uło­żo­ne zo­sta­ły płót­na – nie­któ­re za­sło­nię­te ja­sno­be­żo­wym ma­te­ria­łem.

– Wi­dy­wa­łam cię w snach, od­kąd się­gam pa­mię­cią. Nie­raz opo­wia­da­łam o to­bie lu­dziom, lecz zby­wa­li to ja­ko fi­glar­ną dzie­cię­cą fan­ta­zję. Z bie­giem lat wi­zje te nie sła­bły, prze­ciw­nie, sta­wa­ły się co­raz wy­raź­niej­sze, a wraz z ni­mi po­ja­wia­ły się miej­sca i isto­ty, któ­rych ni­g­dy do­tąd nie spo­tka­łam, jak­by świat sam chciał mi coś po­ka­zać. Oj­ciec za­wsze mi wie­rzył. Po­wta­rzał, że ob­da­rzo­no mnie wy­jąt­ko­wą wraż­li­wo­ścią, i dla­te­go na­le­gał, bym się kształ­ci­ła. Wie­dział, że mo­ja dro­ga nie wie­dzie ku mał­żeń­stwu, lecz ku sztu­ce i wła­snej nie­za­leż­no­ści… – wy­zna­ła wte­dy.

Ca­ły rok cze­ka­łem, by zdra­dzi­ła mi wię­cej. Zna­la­złem ją wte­dy w fo­te­lu, przy oknie, z kub­kiem her­ba­ty w dło­niach.

– Mó­wio­no, że utra­ci­łam ro­zum. Gdy­by nie oj­ciec, za­mknię­to by mnie w przy­tuł­ku dla obłą­ka­nych, jak ty­lu in­nych, któ­rych świat nie zro­zu­miał. Za­czę­łam więc ma­lo­wać. Prze­ta­piać sny w bar­wy, by nadać for­mę te­mu, cze­go nie spo­sób by­ło wy­ra­zić sło­wem… – wy­ja­śni­ła, a po­tem wsta­ła, ze­rwa­ła z jed­ne­go z nich ba­weł­nia­ny ma­te­riał i po­ka­za­ła mi… coś mrocz­ne­go.

Płót­no spę­ka­ło z bie­giem lat, jak­by czas pró­bo­wał wy­drzeć z nie­go wspo­mnie­nie. Ko­lo­ry przy­ga­sły, a mi­mo to wciąż bił z nie­go nie­po­kój – ten sam, któ­ry ogar­nia du­szę tuż przed koń­cem.

Na pierw­szy rzut oka wy­da­wa­ło się, że to pej­zaż: bez­kre­sna prze­strzeń to­ną­ca w sza­ro­ści, w któ­rej nie moż­na od­róż­nić zie­mi od nie­ba. A jed­nak im dłu­żej pa­trzy­łem, tym wy­raź­niej z mgły za­czy­nał wy­ła­niać się kształt – cień o za­ry­sie ludz­kiej syl­wet­ki.

Ja.

W miej­scu mo­jej twa­rzy zio­nę­ła pust­ka. Kra­wę­dzie roz­my­wa­ły się w ota­cza­ją­cym za­mgle­niu, jak­bym nie zo­stał na­ma­lo­wa­ny pędz­lem, a pal­ca­mi.

By­łem prze­pięk­ny jej ocza­mi.

W ostat­nich se­kun­dach do­strze­głem ma­ły de­tal w ro­gu ob­ra­zu. Po­cząt­ko­wo wzią­łem to za nie­sza­blo­no­wy pod­pis au­tor­ki, ale oka­za­ło się to cien­kim kon­tu­rem. Gdy­bym po­trze­bo­wał tle­nu w płu­cach, wstrzy­mał­bym go w szo­ku.

Ele­ni od­wzo­ro­wa­ła po­zy­tyw­kę, któ­rą dla niej stwo­rzy­łem.

– Ob­raz ten li­czy so­bie pięt­na­ście lat – rze­kła, za­nim Ni­cość upo­mnia­ła się o swo­je­go pa­na.

Tkwi­łem tak, za­sty­gły ni­czym ku­kła, pró­bu­jąc po­łą­czyć wąt­ki. Sko­ro na­ma­lo­wa­ła pre­zent ode mnie, za­nim w ogó­le się po­zna­li­śmy, to czy zdol­no­ści, któ­re po­sia­dła, nie tyl­ko po­zwa­la­ły jej zer­k­nąć po­za wy­miar, ale tak­że po­za czas?

***

Czas był naj­bar­dziej cha­otycz­nym i jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej zor­ga­ni­zo­wa­nym by­tem, ja­ki Pierw­szy stwo­rzył. Od­kąd po­wstał, za­szył się gdzieś na gra­ni­cy wy­mia­rów, oto­czo­ny py­łem, któ­ry nie­ustan­nie wi­ro­wał wo­kół nie­go.

Mu­sia­łem się z nim zo­ba­czyć, za­py­tać, czy to mo­że on zro­bił coś, co da­wa­ło tej nie­zwy­kłej ma­lar­ce moż­li­wość śnie­nia rze­czy prze­szłych i przy­szłych.

Prze­strzeń Cza­su nie po­sia­da­ła for­my. Wszyst­ko tu ist­nia­ło jed­no­cze­śnie – prze­szłość, te­raź­niej­szość i to, co do­pie­ro się wy­da­rzy. Se­kun­dy uno­si­ły się w po­wie­trzu, przy­po­mi­na­jąc zło­ci­ste dro­bin­ki. Po­środ­ku sie­dział On – sta­ry jak ist­nie­nie, spo­koj­ny ni­czym za­trzy­ma­ny od­dech wszech­świa­ta.

– Daw­no cię tu nie wi­dzia­łem – wy­mam­ro­tał, nie pod­no­sząc wzro­ku.

– Nie mia­łem po­wo­du, by przy­cho­dzić – od­par­łem. – Aż do­tąd.

Zer­k­nął na mnie zło­ci­sty­mi ocza­mi, w któ­rych bły­snę­ło zro­zu­mie­nie.

– Chcesz za­py­tać o nią.

Ski­ną­łem gło­wą. Nie by­ło sen­su za­prze­czać, sko­ro Czas to prze­wi­dział.

– Po­wiedz mi… czy ona ma zdol­ność za­glą­da­nia w two­je wnę­trze? Bo do­strze­ga wię­cej niż in­ni śmier­tel­ni­cy. Nie tyl­ko isto­ty spo­za ludz­kie­go świa­ta, ale tak­że rze­czy, któ­re do­pie­ro się wy­da­rzą.

Czas uśmiech­nął się lek­ko, jak ktoś, kto zna od­po­wiedź, ale nie za­mie­rza ni­cze­go zdra­dzić.

– Mo­że wi­dzi – rzekł enig­ma­tycz­nie. Naj­chęt­niej w re­ak­cji prze­wró­cił­bym ocza­mi, gdy­bym je miał.

Mo­głem do­cie­kać, ale zbyt do­brze zda­wa­łem so­bie spra­wę, że Czas nie zdra­dzi mi wię­cej. Za­py­ta­łem więc o coś, co in­try­go­wa­ło nie tyl­ko mnie, ale tak­że Los i Pierw­sze­go.

– Czy wiesz, co się sta­nie z jej du­szą po dru­giej stro­nie?

Brat wes­tchnął ci­cho. Dźwięk ten przy­po­mi­nał pęk­nię­cie krysz­ta­łu, le­d­wie sły­szal­ne w akom­pa­nia­men­cie od­gry­wa­ją­cych się wo­kół nas wspo­mnień.

– Nie wszyst­ko da­ne jest mi wie­dzieć – od­parł. – Ja tyl­ko od­mie­rzam, nie roz­strzy­gam. – Zer­k­nął na mnie z uko­sa, a mi­nę przy­brał ta­ką, jak­by się wa­hał, czy do­dać coś wię­cej. – Ale je­śli w kim­kol­wiek do­strze­głem coś, co po­tra­fi prze­chy­trzyć prze­zna­cze­nie… to wła­śnie w niej.

Zło­te dro­bi­ny osia­dły na mo­ich cie­niach, lecz nie czu­łem ich cię­ża­ru.

Nie wie­dzia­łem, czy te sło­wa by­ły ostrze­że­niem, czy na­dzie­ją.

I wte­dy po­czu­łem coś, cze­go ni­g­dy wcze­śniej nie do­świad­czy­łem. Nie­po­kój. De­li­kat­ny, nie­mal ulot­ny, ale praw­dzi­wy. Po­ja­wił się wraz z my­ślą o niej – o jej du­szy. O tym, co cze­ka­ło na nią po dru­giej stro­nie.

Nie mia­łem żad­nych od­po­wie­dzi, ale co­raz wię­cej py­tań i obo­wiąz­ki prze­wod­ni­ka. A mi­mo to… coś we mnie drża­ło. Po raz pierw­szy od za­ra­nia dzie­jów czu­łem strach.

La­ta mi­ja­ły nie­ubła­ga­nie. Świat wo­kół ewo­lu­ował – zmie­nia­ły się ubra­nia, fry­zu­ry, uli­ce, mia­sta. Ele­ni po­zo­sta­wa­ła jed­nak wier­na swo­je­mu płót­nu, chło­nąc ko­lo­ry, cie­nie i emo­cje, któ­re po­ja­wia­ły się i zni­ka­ły w jej ży­ciu. Zmę­cze­nie i tro­ski ma­lo­wa­ły się na pięk­nej twa­rzy, a w oczach wciąż tlił się błysk, któ­ry od daw­na przy­cią­gał mo­ją uwa­gę.

Za­wsze, gdy wra­ca­łem, cze­kał na mnie no­wy ob­raz. Nie­któ­re ja­sne i ra­do­sne, in­ne mrocz­ne, pra­wie bo­le­sne w swo­jej szcze­ro­ści. Wszyst­kie na­to­miast nio­sły prze­sła­nie, któ­re ja, Śmierć, po­tra­fi­łem od­czy­tać.

Je­den ob­raz przed­sta­wiał Los – splą­ta­ne ni­ci i krę­te ścież­ki, na któ­rych wi­dać nie­wiel­ką ko­bie­cą po­stać w ro­li ob­ser­wa­to­ra, wpa­trzo­ną w za­krę­ty prze­zna­cze­nia. Ko­lej­ny uka­zy­wał Czas – wiecz­ne pia­ski prze­sy­py­wa­ne przez nie­wi­dzial­ne dło­nie, a w nich znów ona, sta­ra­ją­ca się uchwy­cić każ­dą chwi­lę ży­cia, za­nim ta prze­mi­nie. In­ny ob­raz przed­sta­wiał Ży­cie – eks­plo­zję barw, lu­dzi, zwie­rząt, słoń­ca i desz­czu – w któ­rym ma­lar­ka zo­sta­ła za­rów­no czę­ścią świa­ta, jak i po­stron­nym ob­ser­wa­to­rem.

Na­sze spo­tka­nia każ­do­ra­zo­wo wzbo­ga­ca­ły mnie o no­wą wie­dzę o niej. O tym, jak pa­trzy na świat, od­czy­tu­je je­go rytm i po­tra­fi nada­wać zna­cze­nie na­wet tym chwi­lom, któ­re dla in­nych by­ły­by ulot­ne i bez­war­to­ścio­we. A jed­no­cze­śnie z ro­ku na rok do­strze­ga­łem, jak la­ta zo­sta­wia­ły na niej swo­je zna­ki – drob­ne zmarszcz­ki, cień si­wi­zny w brą­zo­wych wło­sach, lek­ką sztyw­ność w pal­cach.

Jed­nak ob­ra­zy po­zo­sta­wa­ły wiecz­ne. Na­wet naj­krót­sze po­cią­gnię­cie pędz­la bo­ga­ci­ło za­trzy­ma­ny kadr, choć tyl­ko w swo­jej wła­snej, ma­łej rze­czy­wi­sto­ści. I w tej me­lan­cho­lii, w tej nie­moż­no­ści za­trzy­ma­nia świa­ta, czu­łem coś, cze­go ni­g­dy nie spo­dzie­wa­łem się do­świad­czyć – fa­scy­na­cję i nie­po­kój.

Bo choć la­ta jej nie oszczę­dza­ły, to każ­dy ob­raz przy­po­mi­nał mi, że du­sza, któ­ra wi­dzi i czu­je tak głę­bo­ko, ni­g­dy nie prze­sta­nie ist­nieć w mo­jej pa­mię­ci.

***

Pew­ne­go wie­czo­ru, gdy mgła Ni­co­ści po­wo­li otu­la­ła mój wy­miar, po­ja­wił się Czas. Je­go syl­wet­ka by­ła jed­no­cze­śnie lek­ka i wszech­ogar­nia­ją­ca – oczy, któ­re zda­wa­ły się za­wie­rać ca­łe wszech­świa­ty, prze­ka­za­ły mi wszyst­ko. Nie mu­siał nic mó­wić, wy­star­czy­ło jed­no spoj­rze­nie, a wie­dzia­łem, że ży­cie Ele­ni do­bie­ga koń­ca.

I tak zdzi­wi­łem się, że opu­ścił swo­ją pie­cza­rę, by mnie uprze­dzić, cho­ciaż to ja wy­czu­wa­łem, kto i kie­dy umrze. Za­pew­ne mia­ła to być bra­ter­ska przy­słu­ga, za któ­rą za­mie­rza­łem być wdzięcz­ny.

Za­raz obok Cza­su zja­wił się Pierw­szy. Pstryk­nię­ciem pal­ców prze­niósł nas do tak zna­jo­me­go mi po­ko­iku. Gdzie­nie­gdzie wciąż le­ża­ły far­by, ale część z nich już za­schła. Pędz­le su­szy­ły się na ba­weł­nia­nej ście­recz­ce. Po­dob­nej do tej, w któ­rą mo­ja ma­lar­ka wy­cie­ra­ła wła­śnie po­marsz­czo­ne dło­nie.

– Wie­dzia­łam, że przyj­dziesz – wy­szep­ta­ła z ła­god­nym wes­tchnie­niem, wy­chy­la­jąc się zza płót­na.

Gdy do­strze­gła mo­ich bra­ci, war­gi, te­raz bla­do­ró­żo­we, roz­chy­li­ły się w za­sko­cze­niu. Po­wo­li ze­szła z drew­nia­ne­go stoł­ka, a wte­dy za­uwa­ży­łem, że mia­ła na so­bie tyl­ko ko­szu­lę noc­ną. Spe­szo­na się­gnę­ła po szla­frok i się nim okry­ła.

– Nie spo­dzie­wa­łam się go­ści – do­da­ła nie­co zmie­sza­na.

– Ele­ni – ode­zwał się Pierw­szy. – Je­steś wy­jąt­ko­wą isto­tą, to za­szczyt cię po­znać.

Wy­cią­gnął dłoń, a jej au­ra za­mi­go­ta­ła, gdy ją uści­snę­ła. Ko­bie­ta za­mru­ga­ła gwał­tow­nie, gdy bo­ska moc prze­pły­nę­ła przez wiot­kie, przy­gar­bio­ne cia­ło.

Ja wciąż uwa­ża­łem ją za naj­pięk­niej­szą isto­tę we wszech­świe­cie.

– Dam wam kil­ka mi­nut, nie mo­gę wię­cej – wy­mam­ro­tał ci­cho Czas, a ja tyl­ko ski­ną­łem gło­wą.

De­li­kat­nie mach­nął rę­ka­mi nad gło­wą i znik­nął w zło­ci­stym py­le.

Świat ucichł. Za­trzy­mał się tyl­ko dla nas. Pierw­szy rów­nież po chwi­li wró­cił do sie­bie, da­jąc nam na­miast­kę pry­wat­no­ści.

– Oto ostat­ni ob­raz, któ­ry chcia­łam ci po­ka­zać. – Głos Ele­ni był za­chryp­nię­ty, ale nie czu­ła stra­chu, wi­dzia­łem to. W prze­ci­wień­stwie do mnie, bo nie po­tra­fi­łem wy­du­sić z sie­bie ani sło­wa. – Przy­śnił mi się ubie­głej no­cy. Far­ba wciąż jest mo­kra.

Wy­cią­gnę­ła ma­łe płót­no, na któ­rym sub­tel­ny blask Ni­co­ści igrał z cie­nia­mi – jej wła­sny­mi, mo­imi, sple­cio­ny­mi w ta­niec. By­li­śmy ra­zem, wi­ro­wa­li­śmy w ryt­mie, któ­ry zna­ła tyl­ko ona.

Ob­raz ema­no­wał spo­ko­jem, a jed­no­cze­śnie echem wszyst­kich lat, któ­re spę­dzi­ła na ma­lo­wa­niu.

– Ze­chcesz za­tań­czyć? – rze­kłem spo­koj­nie, a w gło­sie mym drża­ło pra­gnie­nie. – Do­tknąć cię jed­nak nie mo­gę.

– Wszak za mo­ment prze­sta­nę ist­nieć… cóż więc mo­gło­by się stać?

Zmu­si­łem się, by pa­trzeć w te nie­bie­skie oczy, któ­re z wie­kiem zma­to­wia­ły. Już raz w ta­kie pa­trzy­łem, gdy przy­by­łem do te­go dom­ku po jej oj­ca. Miał iden­tycz­ne.

Po­de­szła do po­zy­tyw­ki i na­krę­ci­ła ją. Pierw­sze nu­ty zbu­rzy­ły nie­mal sa­kral­ną ci­szę, gdy zbli­ży­ła się i mu­snę­ła je­den z mo­ich cie­ni. Spo­dzie­wa­łem się pio­ru­nów, grzmo­tów, trzę­sie­nia zie­mi, ale nic się nie wy­da­rzy­ło.

Roz­po­star­łem ra­mio­na, a kie­dy Ele­ni w nie wpa­dła, na­pa­wa­łem się cie­płem jej cia­ła i bli­sko­ścią, któ­rej za­bra­nia­no nam przez de­ka­dy. Każ­dy ruch, ob­rót i do­tyk był cen­ny. W tych kil­ku mi­nu­tach ist­niał tyl­ko ta­niec, ci­sza, świa­tło i cie­nie. Spoj­rze­nie, któ­rym mnie ob­da­rzy­ła, peł­ne za­ufa­nia i cie­pła, spo­tka­ło się z mo­im po raz ostat­ni, za­nim wy­zna­ła:

– Ko­cham cię, Śmierć.

Coś we mnie za­drża­ło tak gwał­tow­nie, że wy­pa­dli­śmy z ryt­mu. Mo­je czar­ne, oto­czo­ne mro­kiem dło­nie, chwy­ci­ły ją za twarz. Usta zbli­ży­ły się do czo­ła, skła­da­jąc nie tyl­ko po­ca­łu­nek, ale tak­że obiet­ni­cę wiecz­nej pa­mię­ci.

– Ja cie­bie też, naj­pięk­niej­sza ma­lar­ko.

Czas ru­szył, więc mu­sia­łem się od­su­nąć.

Ele­ni uło­ży­ła się w łóż­ku, sła­ba, choć ser­ce wciąż bi­ło moc­no.

– Czy po­zo­sta­niesz przy mnie? – spy­ta­ła ła­god­nie, przy­my­ka­jąc oczy.

– Do sa­me­go koń­ca. – Le­d­wo wy­du­si­łem z sie­bie te sło­wa, czu­jąc, jak coś we mnie pę­ka.

Czy to by­ła mi­łość? Czy wła­śnie od­czu­wa­łem cier­pie­nie spo­wo­do­wa­ne jej stra­tą?

Po­zy­tyw­ka wciąż gra­ła, ale co­raz wol­niej. Ide­al­nie wpa­so­wa­ła się w od­de­chy Ele­ni. Przy­kry­łem cia­ło ma­lar­ki ko­cem, pa­trzy­łem na spo­koj­ną twarz, pró­bu­jąc na za­wsze wy­ryć ją w pa­mię­ci.

Gdy w po­ko­ju roz­brzmia­ło ostat­nie ude­rze­nie ser­ca, za­ci­sną­łem po­wie­ki. Wte­dy spod jed­nej z nich wy­do­sta­ła się kro­pla. Wy­lą­do­wa­ła na per­ga­mi­no­wej twa­rzy aku­rat wte­dy, gdy du­sza za­drża­ła, uwal­nia­jąc się z na­czy­nia.

Pła­ka­łem? Ja­kim cu­dem?

Po­świa­ta po­ja­wi­ła się obok – srebr­na, pół­prze­zro­czy­sta, uśmiech­nię­ta. Ni­cość nie­spiesz­nie roz­ta­cza­ła swo­je mac­ki nad na­mi, aż po­zo­sta­li­śmy je­dy­nym źró­dłem świa­tła. Tam przy­ją­łem swo­ją cie­ni­stą for­mę.

– Śmierć? – Jej głos wy­da­wał się ta­ki pu­sty.

– Tak, naj­droż­sza?

– Do­kąd po­win­nam te­raz po­dą­żyć? – spy­ta­ła z lek­kim drże­niem gło­su.

Ele­ni ma­lo­wa­ła drzwi, zna­ła ich ko­lo­ry, a ota­cza­ją­ca ją au­ra nie pa­so­wa­ła do żad­nych z nich.

– Nie wiem – wy­rze­kłem z na­my­słem. – Od lat pró­bo­wa­łem zro­zu­mieć, czym je­steś i skąd się wzię­łaś. Być mo­że gdzieś po­śród ci­szy znaj­dzie się dom dla two­jej du­szy.

Sre­brzy­ste cie­nie oplo­tły czar­ne. Wy­czu­łem w nich trwo­gę i za­pra­gną­łem się jej po­zbyć, choć z dru­giej stro­ny nie by­łem go­tów na po­że­gna­nie.

– Tyś mo­im do­mem… za­opie­kuj się mną, pro­szę.

Gra­ni­ca drgnę­ła, więc ode­rwa­łem od du­szy Ele­ni spoj­rze­nie, wy­pa­tru­jąc ko­lo­ro­wych pęk­nięć, ale żad­ne się nie po­ja­wia­ły. Wte­dy przy­po­mnia­łem so­bie ostat­ni ob­raz, któ­ry mi po­ka­za­ła. Ele­ni po raz ko­lej­ny nie­świa­do­mie zaj­rza­ła za ścia­nę cza­su. Nie mia­ła po­ję­cia, że zna­ła od­po­wiedź na py­ta­nie, któ­re ja i resz­ta bo­gów za­da­wa­li­śmy so­bie przez ostat­nie dzie­siąt­ki lat.

– Ko­cham cię, mo­ja ma­lar­ko. Już za­wsze bę­dziesz czę­ścią mnie.

– Już ni­g­dy nie za­znasz sa­mot­no­ści. – Ko­ją­cy szept roz­niósł się echem po próż­ni Ni­co­ści.

Ze­spo­le­nie na­szych ener­gii by­ło de­li­kat­ne, nie­mal nie­wi­docz­ne, a jed­nak nie­zwy­kle sil­ne. Po­czu­łem obec­ność ży­cia Ele­ni, jej twór­czej mo­cy, wni­ka­ją­cej w mo­ją od­wiecz­ną, sa­mot­ną na­tu­rę. Uśmiech, cie­pło spoj­rze­nia, wszel­kie wspo­mnie­nia, któ­re wy­nio­sła ze świa­ta lu­dzi, wnik­nę­ły do środ­ka i sta­ły się czę­ścią mej wiecz­no­ści. Gra­ni­ce mię­dzy na­mi znik­nę­ły. Zo­sta­li­śmy na za­wsze sple­ce­ni w tań­cu, któ­ry trwał po­za cza­sem, po­za ży­ciem i śmier­cią.

W tam­tej chwi­li osią­gną­łem ab­so­lut­ną peł­nię ist­nie­nia, świa­do­my, że już ni­g­dy wię­cej nie bę­dę sam. I na­gle uzmy­sło­wie­nie so­bie te­go wy­ci­snę­ło ze mnie ko­lej­ną łzę.

Tym ra­zem srebr­ną.

Ka­ta­rzy­na Sa­tła­wa

Ab­sol­went­ka fi­lo­lo­gii kla­sycz­nej, dzię­ki któ­rej za­ko­cha­ła się w ję­zy­kach ob­cych, zwłasz­cza w gre­ce. Książ­ki to­wa­rzy­szą jej od chwi­li, gdy na­uczy­ła się czy­tać. Naj­chęt­niej się­ga po fan­ta­sty­kę, w któ­rej szu­ka od­skocz­ni od rze­czy­wi­sto­ści. Chcia­ła­by na­pi­sać epic­ką, wie­lo­to­mo­wą po­wieść, ale w myśl za­sa­dy, że na­wet naj­dłuż­sza po­dróż za­czy­na się od pierw­sze­go kro­ku, naj­pierw na­pi­sa­ła opo­wia­da­nie, któ­re jest jej de­biu­tem li­te­rac­kim.

Do­tyk

Ka­ta­rzy­na Sa­tła­wa

– Je­steś pew­na? Mo­że jed­nak zo­sta­nę jesz­cze na kil­ka dni?

– Nic mi nie jest. Wra­caj do sie­bie.

– Mi­nął do­pie­ro ty­dzień od wyj­ścia ze szpi­ta­la. Ugo­tu­ję ci cho­ciaż coś na ju­tro.

– Na­praw­dę so­bie po­ra­dzę, ma­mo. Ale dzię­ki za chę­ci.

Za­my­ka­jąc drzwi za Dan­ką, Zu­za ode­tchnę­ła. Po kil­ku ty­go­dniach ści­słe­go nad­zo­ru le­ka­rzy oraz ro­dzi­ców, w koń­cu chcia­ła po­być sa­ma. Wpraw­dzie jesz­cze nie wszyst­ko umia­ła zro­bić sa­mo­dziel­nie, ale ma­rzy­ła o ci­szy. Mia­ła już dość od­po­wia­da­nia na te sa­me py­ta­nia o sa­mo­po­czu­cie, sys­te­ma­tycz­ność bra­nia le­ków i od­czu­wa­ny ból. Wzię­ła książ­kę i usia­dła na fo­te­lu, cie­sząc się sa­mot­no­ścią, któ­rej nie do­świad­czy­ła od dnia wy­pad­ku.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach za­pa­da­nia się w wy­god­ne sie­dze­nie, za­pa­dła tak­że w sen. Obu­dził ją do­tyk. De­li­kat­nie po­ło­żo­na dłoń na jej przed­ra­mie­niu. Nie­co nie­przy­tom­na po­ru­szy­ła lek­ko rę­ką, zrzu­ca­jąc książ­kę z ko­lan. Ha­łas cał­ko­wi­cie przy­wró­cił ją do rze­czy­wi­sto­ści. Nie pa­mię­ta­ła snu, ale chy­ba nie miał ni­cze­go wspól­ne­go z dziw­nym wra­że­niem, któ­re już znik­nę­ło.

***

– Zu­za! Jak do­brze Cię wi­dzieć!

Mar­ta rzu­ci­ła się na swo­ją naj­lep­szą przy­ja­ciół­kę i do­pie­ro jęk Zu­zy uświa­do­mił jej, że mo­gła spra­wić dziew­czy­nie ból. Kil­ka zła­ma­nych ko­ści i krwo­tok we­wnętrz­ny, a na­stęp­nie ra­tu­ją­ce ży­cie ope­ra­cje, po­zo­sta­wi­ły po so­bie wie­le blizn i cza­sa­mi na­dal bo­la­ły.

Przy­ja­ciół­ki usia­dły w ulu­bio­nej ka­wiar­ni, w któ­rej spo­ty­ka­ły się co ty­dzień o tej sa­mej po­rze. Po­zna­ły się na stu­diach i od ra­zu zła­pa­ły do­bry kon­takt, co szyb­ko prze­ro­dzi­ło się w bar­dzo bli­ską re­la­cję. I cho­ciaż Mar­ta by­ła du­szą to­wa­rzy­stwa i czę­sto ota­czał ją wia­nu­szek zna­jo­mych, to wła­śnie z ci­chą i wy­co­fa­ną to­wa­rzy­sko Zu­zą za­przy­jaź­ni­ła się naj­bar­dziej. Mia­ły do nad­ro­bie­nia cał­kiem spo­ro, po­nie­waż po­byt w szpi­ta­lu, cią­głe ba­da­nia, re­ha­bi­li­ta­cja i wi­zy­ty na­do­pie­kuń­czej ma­my nie po­zwo­li­ły im na zbyt czę­ste roz­mo­wy. Po­nad­to Mar­ta nie chcia­ła za­sy­py­wać Zu­zy ma­ło istot­ny­mi plot­ka­mi lub opo­wie­ścia­mi o im­pre­zach, któ­re ją omi­nę­ły. A naj­istot­niej­szą in­for­ma­cję chcia­ła jej prze­ka­zać oso­bi­ście, że­by zo­ba­czyć wy­raz twa­rzy przy­ja­ciół­ki.

– Bar­tek mnie po­ca­ło­wał! – wy­strze­li­ła Mar­ta bez zbęd­ne­go wstę­pu. – Na­praw­dę już my­śla­łam, że wy­my­śli­łam so­bie te je­go ma­śla­ne oczy, któ­re wi­dzia­łam za każ­dym ra­zem, gdy na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­ka­ły.

– Se­rio? To świet­nie! Od po­cząt­ku mó­wi­łam, że do sie­bie pa­su­je­cie. Cie­szę się, ale przejdź do szcze­gó­łów, bo do­my­ślam się, że spo­ro wy­sił­ku kosz­to­wa­ło cię za­cho­wa­nie tej wia­do­mo­ści aż do na­sze­go spo­tka­nia – od­po­wie­dzia­ła ze śmie­chem Zu­za.

Przy her­ba­cie i pysz­nej szar­lot­ce Mar­ta opo­wie­dzia­ła przy­ja­ciół­ce wszyst­ko, co ta chcia­ła wie­dzieć, a tak­że i to, co mo­gła zo­sta­wić dla sie­bie. Nie­ma­ją­ca żad­nych za­ha­mo­wań w dzie­le­niu się swo­ją pry­wat­no­ścią dziew­czy­na zre­la­cjo­no­wa­ła pierw­szą rand­kę, pod­czas któ­rej ona i Bar­tek za­cho­wy­wa­li po­zo­ry i lek­ki dy­stans, oraz kil­ka ko­lej­nych, przy któ­rych już się tak nie wy­głu­pia­li. Pa­ra oka­za­ła się do­pa­so­wa­na pod każ­dym wzglę­dem, a szu­ka­ją­ca od daw­na księ­cia na bia­łym ko­niu Mar­ta od­na­la­zła go w nie­po­zor­nym Bart­ku, któ­ry oka­zał się cał­kiem śmia­ły, gdy zo­sta­wa­li we dwo­je. Dziew­czy­ny spę­dzi­ły mi­ło czas, a Zu­za na fa­li szczę­ścia przy­ja­ciół­ki wra­ca­ła do do­mu za­do­wo­lo­na, cho­ciaż na swo­je­go księ­cia pew­nie bę­dzie mu­sia­ła dłu­go po­cze­kać.

Idąc chod­ni­kiem, roz­glą­da­ła się i do­bry do tej po­ry hu­mor po­wo­li za­mie­niał się w nie­po­kój. Od­głos sil­ni­ków i pisk opon sku­tecz­nie mo­ty­wo­wa­ły ją do szyb­sze­go mar­szu. Z ulgą we­szła do przed­po­ko­ju i zo­sta­wi­ła nie­przy­jem­ne dźwię­ki za drzwia­mi. Od­kąd jej by­ły chło­pak spo­wo­do­wał wy­pa­dek, z któ­re­go le­d­wo z ży­ciem uszli ona i przy­pad­ko­wy prze­cho­dzień, z du­żym dy­stan­sem pod­cho­dzi­ła do wszel­kich po­jaz­dów me­cha­nicz­nych. Do­pie­ro po wyj­ściu ze szpi­ta­la uświa­do­mi­ła so­bie, że sa­mo­cho­dy są wszę­dzie, a każ­dy klak­son po­wo­do­wał ogrom­ny strach. Ten prze­szy­wa­ją­cy dźwięk to ostat­nie, co usły­sza­ła, za­nim stra­ci­ła przy­tom­ność.

Otrzą­snę­ła się z trau­ma­tycz­nych wspo­mnień i po­sta­no­wi­ła spę­dzać jak naj­wię­cej cza­su w naj­przy­jem­niej­szy dla niej spo­sób – z książ­ką w jed­nej i cie­płą her­ba­tą w dru­giej rę­ce. Do­pó­ki nie mu­sia­ła wra­cać na za­ję­cia i do pra­cy, chcia­ła ko­rzy­stać z cza­su wol­ne­go. Po go­dzi­nie uda­ło jej się skoń­czyć za­czę­tą jesz­cze w szpi­ta­lu po­wieść. Na­peł­ni­ła wan­nę go­rą­cą wo­dą z na­dzie­ją, że bo­lą­ce cia­ło nie­co się roz­luź­ni. Włą­czy­ła mu­zy­kę i po­zwo­li­ła my­ślom od­pły­nąć w do­wol­nym kie­run­ku.

Na­gle, mi­mo go­rą­ce­go oto­cze­nia, zim­ny dreszcz prze­biegł po ca­łym jej cie­le. Po­czu­ła rę­kę na swo­im brzu­chu, jak­by ktoś był za nią i ją ob­jął. Nie śmia­ła się po­ru­szyć. De­li­kat­ny na­cisk był ca­ły czas od­czu­wal­ny, a gdy nie­ist­nie­ją­ca rę­ka za­czę­ła się prze­su­wać, jak­by ze­śli­zgu­jąc się z jej brzu­cha, krzyk­nę­ła, ude­rzy­ła się w śro­dek tu­ło­wia i wy­sko­czy­ła z wan­ny, le­d­wo utrzy­mu­jąc rów­no­wa­gę, gdy mo­kry­mi sto­pa­mi sta­nę­ła na śli­skich płyt­kach.

***

Adam nie pa­mię­tał, co mu się śni­ło, ale mu­sia­ło to być bar­dzo re­ali­stycz­ne, bo obu­dził się z bó­lem brzu­cha, jak­by na za­koń­cze­nie ktoś wci­snął mu pięść tuż pod most­kiem. Miał na­dzie­ję na dłu­gą, w peł­ni prze­spa­ną noc, ale co ja­kiś czas do­ku­cza­ły mu bó­le po stłu­czo­nej mied­ni­cy i zła­ma­nej no­dze, efek­cie by­cia w złym miej­scu o bar­dzo złej go­dzi­nie, a do­kład­niej na dro­dze sa­mo­cho­du. Cho­ciaż sa­me­go wy­pad­ku nie pa­mię­tał, po­dob­no wy­glą­dał prze­ra­ża­ją­co, szcze­gól­nie gdy jak bez­wład­na ku­kieł­ka prze­le­ciał kil­ka me­trów, za­nim ude­rzył w sto­ją­cą na tra­sie je­go lo­tu la­tar­nię. Skoń­czy­ło się na kil­ku ty­go­dniach z gip­sem, cho­ciaż po­cząt­ko­wo za­po­wia­da­ło się na po­waż­niej­szy uszczer­bek na zdro­wiu. No­gę osta­tecz­nie uda­ło się po­skła­dać, ale wy­wo­ła­ny otwar­tym zła­ma­niem krwo­tok wy­ma­gał trans­fu­zji krwi. To wszyst­ko wie­dział tyl­ko z re­la­cji le­ka­rzy, bo środ­ki prze­ciw­bó­lo­we do­syć sku­tecz­nie umi­la­ły mu ca­ły po­byt w szpi­ta­lu, więc więk­szość cza­su nie do koń­ca ogar­niał, co się wo­kół nie­go dzie­je. Wró­cił my­śla­mi do te­raź­niej­szo­ści, pró­bu­jąc po­now­nie po­czuć przy­jem­ne cie­pło i od­prę­żyć się, że­by jak naj­szyb­ciej za­snąć.

***

– Pa­nie dok­to­rze, na­stą­pił kon­takt.

– Ja­kieś gwał­tow­ne re­ak­cje?

– Tak, ale nic, cze­go nie da się wy­ja­śnić za­sko­cze­niem i lek­kim zde­ner­wo­wa­niem.

– Do­brze. Na dzi­siaj już koń­czę, ale pro­szę mo­ni­to­ro­wać obiek­ty i w ra­zie ja­kichś zmian po­in­for­mo­wać mnie nie­zwłocz­nie.

***

– W koń­cu so­bo­ta. Już my­śla­łam, że nie do­trwam do week­en­du – po­wie­dzia­ła Zu­za w kie­run­ku te­le­fo­nu. Włą­czy­ła tryb gło­śno­mó­wią­cy, że­by móc już roz­po­cząć po­ran­ną jo­gę, któ­rej jej bar­dzo bra­ko­wa­ło. Wie­dzia­ła, że nie wszyst­kie po­zy­cje mo­że zro­bić, ale był to jej czas re­lak­su, z któ­re­go nie za­mie­rza­ła re­zy­gno­wać.

– Aż tak mę­czą­ce by­ły te ćwi­cze­nia? – za­py­ta­ła Mar­ta.

– Zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wy­ma­ga­ją­ce niż te w szpi­ta­lu. Tam chy­ba mia­łam ja­kąś ta­ry­fę ulgo­wą, a te­raz za­kła­da­ją, że po­win­nam ro­bić wię­cej, sko­ro wró­ci­łam do nor­mal­ne­go ży­cia. Na szczę­ście re­ha­bi­li­ta­cję mam tyl­ko w ty­go­dniu, więc dzi­siaj ćwi­czę po swo­je­mu.

Dziew­czy­ny nad­ra­bia­ły kil­ka ostat­nich dni, któ­re mi­nę­ły od ich spo­tka­nia. Mar­ta du­żo cza­su spę­dza­ła ze swo­im chło­pa­kiem i Zu­za nie mia­ła jej te­go za złe. Cie­szy­ła się szczę­ściem przy­ja­ciół­ki, cho­ciaż wie­dzia­ła, że ich re­la­cja zej­dzie na dru­gi plan. Po za­koń­czo­nej roz­mo­wie sku­pi­ła się na ko­lej­nych po­zy­cjach, po­nie­waż chcia­ła spraw­dzić pew­ną te­zę do­ty­czą­cą ostat­nich do­świad­czeń.

Od­kąd wy­sko­czy­ła z wan­ny, dziw­ne uczu­cie do­ty­ku po­wtó­rzy­ło się kil­ku­krot­nie. Nie mia­ła wra­że­nia, że to coś strasz­ne­go, dla­te­go ko­lej­ne ra­zy nie koń­czy­ły się już tak gwał­tow­ny­mi re­ak­cja­mi. Na­wet za­czę­ło ją to in­try­go­wać. Nie pa­no­wa­ła nad ru­cha­mi nie­wi­docz­nej rę­ki, ale jej do­tyk był przy­jem­ny. Za­uwa­ży­ła, że ma miej­sce tyl­ko wte­dy, gdy jest od­prę­żo­na i zre­lak­so­wa­na. Przy­po­mnia­ła jej się drzem­ka w fo­te­lu i za­li­czy­ła to ja­ko pierw­sze do­świad­cze­nie. Dru­ga by­ła wan­na. Na­stęp­nie naj­czę­ściej wie­czo­rem lub ra­no, gdy le­ża­ła w łóż­ku. Mo­że ja­kaś wy­god­na, re­lak­sa­cyj­na po­zy­cja na ma­cie też wpro­wa­dzi ją w od­po­wied­ni stan, lecz tym ra­zem w peł­ni świa­do­my.

***

Adam spo­tkał się w piąt­ko­wy wie­czór ze zna­jo­my­mi, ale wo­lał nie ry­zy­ko­wać upad­ku po du­żej ilo­ści al­ko­ho­lu i ogra­ni­czył się do dwóch piw. Wró­cił o przy­zwo­itej, cho­ciaż noc­nej po­rze i za­snął, gdy tyl­ko do­tknął gło­wą po­dusz­ki. Obu­dził się w so­bo­tę nie­co póź­niej, ale wy­po­czę­ty. Nie ma­jąc kon­kret­nych pla­nów, ocią­gał się ze wsta­niem z łóż­ka i za­sta­na­wiał się nad dziw­ny­mi od­czu­cia­mi, któ­rych do­zna­wał w ostat­nich dniach. Je­go roz­my­śla­nia prze­rwa­ła dłoń – ta sa­ma, któ­ra przed chwi­lą za­przą­ta­ła mu my­śli.

***

Zu­za po­czu­ła eks­cy­ta­cję. Jej plan się po­wiódł i, le­żąc na ma­cie oraz prze­su­wa­jąc rę­ką po brzu­chu, znów po­czu­ła do­tyk. Tym ra­zem wy­da­wał się bar­dziej świa­do­my. Nie by­ło to przy­pad­ko­we po­ło­że­nie dło­ni, ale moc­niej­szy na­cisk, jak­by wła­ści­ciel chciał się upew­nić, że go czu­je. Po chwi­li prze­rwy zno­wu po­czu­ła do­tyk, ale w jed­nym tyl­ko punk­cie pod że­bra­mi z le­wej stro­ny. I coś, co zin­ter­pre­to­wa­ła ja­ko pa­lec, na­gle za­czę­ło się prze­su­wać, jak­by z in­ten­cją prze­ka­za­nia jej cze­goś. Zu­za sku­pi­ła się na wzo­rze.

H-A-L-O-?

Ser­ce za­czę­ło jej moc­niej bić. Coś, co mia­ło być ma­łym eks­pe­ry­men­tem pod­czas po­ran­nej jo­gi, na­gle oka­za­ło się bar­dzo re­al­ne. Dziw­ne mro­wie­nie lub uczu­cie do­ty­ku moż­na by­ło pew­nie ja­koś wy­ja­śnić, gdy­by zgło­si­ła się do le­ka­rza. Ale to by­ło sło­wo. Na jej skó­rze. Nie czu­ła już pal­ca. Nie wie­dzia­ła, co ma zro­bić. Ale py­taj­nik dał jej do my­śle­nia. Jak­by ten ktoś sam nie był pe­wien, czy to, co ro­bi, jest praw­dzi­we.

***

H-E-J-?

Adam wstrzy­mał od­dech. Na­dal le­żał w łóż­ku i wła­śnie skon­tak­to­wał się z kimś przy po­mo­cy swo­je­go brzu­cha. Gdy­by nie to, że wy­pił po­przed­nie­go wie­czo­ru nie­wie­le, pew­nie zrzu­cił­by to na po­al­ko­ho­lo­we ma­ja­ki. I cho­ciaż my­śląc o wcze­śniej­szych przy­pad­kach, prze­szło mu przez myśl, że to ja­kiś duch, to w su­mie nie wie­rzył w zja­wi­ska nad­przy­ro­dzo­ne. Od­po­wiedź na­pi­sa­na nie­wi­dzial­nym pal­cem na je­go brzu­chu ka­za­ła mu za­sta­no­wić się raz jesz­cze nad wła­sną opi­nią na ten te­mat. Zro­bił szyb­ką ana­li­zę wła­snej po­czy­tal­no­ści i pod­jął de­cy­zję.

J-A-A-D-A-M-T-Y-?

***

– Sor­ry, Zu­za. Jesz­cze nam ró­żo­we oku­la­ry nie spa­dły z no­sa i ca­ły wol­ny czas spę­dzam z Bart­kiem.

– Nic nie szko­dzi – po­wie­dzia­ła Zu­za, wy­bie­ra­jąc smak her­ba­ty. – Kil­ka tra­dy­cyj­nych spo­tkań nas omi­nę­ło, ale ko­rzy­staj­cie, do­pó­ki je­ste­ście w so­bie po uszy za­ko­cha­ni.

– No dzię­ki. To za­brzmia­ło, jak­by za­raz mia­ło się skoń­czyć – za­śmia­ła się Mar­ta.

– Oj, nie o to mi cho­dzi­ło. Do­pó­ki nie za­czniesz na­zy­wać Bart­ka swo­ją naj­lep­szą psiap­si, to ja­koś to znio­sę. By­le­by się nie pchał na mo­je sta­no­wi­sko.

Dziew­czy­ny spę­dzi­ły w ka­wiar­ni kil­ka go­dzin, nad­ra­bia­jąc ostat­ni mie­siąc. Nie uszedł uwa­dze Mar­ty nie­co roz­ma­rzo­ny wzrok Zu­zy. Po wie­lu na­mo­wach w koń­cu przy­zna­ła, że po­zna­ła ko­goś, ale na ra­zie nie chce mó­wić o szcze­gó­łach, że­by nie za­pe­szyć.

– Ale cho­ciaż po­wiedz, jak ma na imię – pro­si­ła Mar­ta.

– Do­bra, ale to wszyst­ko, co ze mnie wy­cią­gniesz – zgo­dzi­ła się Zu­za. – Ma na imię Adam.

– A czy… – za­czę­ła Mar­ta.

– Nie – prze­rwa­ła jej Zu­za. – Sa­ma na ra­zie nie wiem, co wy­pra­wiam, więc jak już to usta­lę, to po­ga­da­my.

***

– Po­pro­szę ra­port z pierw­sze­go mie­sią­ca ob­ser­wa­cji.

– Obiek­ty na­wią­za­ły świa­do­my kon­takt już w pierw­szym ty­go­dniu. Od tam­tej po­ry ko­mu­ni­ku­ją się co­dzien­nie o usta­lo­nej wcze­śniej go­dzi­nie. Do­syć na­tu­ral­nie prze­szli do roz­mów na róż­ne te­ma­ty. Za pod­sta­wo­wą for­mę przy­ję­li pi­sa­nie pal­cem po brzu­chu.

– Czy to je­dy­ny spo­sób kon­tak­tu?

– Nie. Gdy po­czu­li się pew­niej i za­czę­li żar­to­wać, dzie­sią­te­go dnia od na­wią­za­nia po­łą­cze­nia obiekt nr 2 po­ła­sko­tał się, na co obiekt nr 1 za­re­ago­wał śmie­chem. Po tym od­kry­ciu pró­bo­wa­li kil­ku róż­nych dzia­łań, ale żad­ne z nich nie mia­ło zna­cze­nia dla na­szych ba­dań.

– Czy pró­bo­wa­li wy­wo­łać ne­ga­tyw­ne efek­ty? Ból?

– Świa­do­mie ra­czej nie. Na­to­miast za każ­dym ra­zem, gdy je­den z obiek­tów się ude­rzył lub moc­niej po­dra­pał pod­czas kon­tak­tu, po­łą­cze­nie się zry­wa­ło. To mo­że su­ge­ro­wać, że na­dal nie uda­ło się na­pra­wić błę­du w ko­dzie.

– Mu­si­my się tym za­jąć, do­pó­ki ma­my od­czy­ty obu obiek­tów. Spró­buj­cie ze­brać jak naj­wię­cej da­nych. Praw­do­po­dob­nie zo­sta­ło nam nie­wie­le cza­su.

***

Zu­za wró­ci­ła do do­mu i od ra­zu za­czę­ła się przy­go­to­wy­wać. Po spo­tka­niu z Mar­tą od­wie­dzi­ła jesz­cze ro­dzi­ców, po­szła na re­ha­bi­li­ta­cję i zro­bi­ła za­ku­py. Mia­ła kil­ka go­dzin, ale nie mo­gła się już do­cze­kać. Co­dzien­ne roz­mo­wy z Ada­mem bar­dzo płyn­nie we­szły w jej plan dnia. Cza­sa­mi uma­wia­li się tak­że ra­no, cho­ciaż nie za­wsze uda­ło im się obu­dzić o po­dob­nej po­rze. Dla­te­go to wie­czór stał się tą czę­ścią do­by na­le­żą­cą do nich. Zda­rza­ło się, że roz­ma­wia­li przez kil­ka go­dzin. Zu­za wbrew roz­sąd­ko­wi czu­ła, że zy­ska­ła brat­nią du­szę. Nie dzie­li­ła się z przy­ja­ciół­ką tą dziw­ną re­la­cją, bo nie wie­dzia­ła, jak jej to przed­sta­wić. Tym bar­dziej, że za­czę­ła coś czuć do Ada­ma i zde­cy­do­wa­nie nie cho­dzi­ło tyl­ko o je­go pal­ce. Ale jak się zwie­rzyć z cze­goś ta­kie­go? Za­ko­cha­łam się w nie­wi­dzial­nym fa­ce­cie? Głów­nie smy­ra mnie po brzu­chu, ale nie martw się, ten zwią­zek ma przy­szłość? Mar­to, po­znaj Ada­ma. Klep­nij mnie w brzuch, to tak jak­byś przy­bi­ła z nim „piąt­kę”? Ab­surd.

Po kil­ku roz­dzia­łach książ­ki, pysz­nej ko­la­cji i ką­pie­li Zu­za cze­ka­ła na Ada­ma w swo­im łóż­ku, ana­li­zu­jąc ich spe­cy­ficz­ny zwią­zek. Czy on też czu­je, że to coś wię­cej? Uni­ka­ła roz­mów, któ­re mo­gły­by roz­wiać wąt­pli­wo­ści, czy chło­pak jest praw­dzi­wy. Po­za imie­niem nie zna­ła żad­nych szcze­gó­łów je­go re­al­ne­go ży­cia, o ile ta­kie ist­nia­ło. Py­ta­nie o mia­sto lub pra­cę mo­gło po­twier­dzić je­go ist­nie­nie, ale też roz­wiać na­dzie­je i spro­wa­dzić ją bru­tal­nie na zie­mię. Za bar­dzo się za­an­ga­żo­wa­ła i nie chcia­ła ze­psuć cze­goś tak ulot­ne­go, na­wet je­śli to tyl­ko wy­twór jej wy­obraź­ni.

***

Adam lek­ko spóź­nio­ny wbiegł do miesz­ka­nia, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić i zre­lak­so­wać. Wie­dział, że Zu­za na nie­go po­cze­ka, ale aku­rat dzi­siaj chciał, aby wszyst­ko wy­pa­dło jak naj­le­piej. Pod­jął de­cy­zję i miał na­dzie­ję, że na spo­koj­nie przy­go­tu­je się do te­go spo­tka­nia. Wska­ku­jąc do łóż­ka po szyb­kim prysz­ni­cu, wie­dział, że zaj­mie mu dłuż­szą chwi­lę wpro­wa­dze­nie się w stan po­zwa­la­ją­cy na kon­takt.

Po dwóch go­dzi­nach na­dal nie mie­li do­syć. Adam cza­sa­mi na­pro­wa­dzał roz­mo­wę na za­pla­no­wa­ne wcze­śniej, bar­dziej in­tym­ne te­ma­ty, chcąc wy­ba­dać, czy Zu­za ma te sa­me od­czu­cia. W koń­cu po­pro­sił, że­by na chwi­lę le­ża­ła bez ru­chu. Ob­ró­cił się na bok, wziął głę­bo­ki wdech i za­czął się ma­so­wać po dol­nej czę­ści ple­ców, do któ­rej w mia­rę wy­god­nie się­gał rę­ką. Nie prze­sta­wał, ale jed­no­cze­śnie cze­kał na ja­ką­kol­wiek re­ak­cję. Czuł się dziw­nie, sta­ra­jąc się być de­li­kat­nym wo­bec sa­me­go sie­bie, ale miał już dość nie­pew­no­ści, a ro­sną­ce w nim uczu­cie do­ma­ga­ło się od­po­wie­dzi.

***

T-O-M-I-Ł-E

Zu­za prze­kli­na­ła swo­ją ma­ło elo­kwent­ną re­ak­cję, ale po pierw­szym szo­ku uświa­do­mi­ła so­bie, że Adam pew­nie ocze­ku­je cze­go­kol­wiek z jej stro­ny. Nie prze­sta­wał jej ma­so­wać, a ona za­sta­na­wia­ła się, co ma da­lej ro­bić. Po­nie­kąd otrzy­ma­ła od­po­wiedź na nie­za­da­ne py­ta­nia. Ta­ki do­tyk, de­li­kat­ny, ale pew­ny, na­sta­wio­ny na spra­wie­nie przy­jem­no­ści, był tym, co wska­zy­wa­ło tak­że na ja­kieś więk­sze za­an­ga­żo­wa­nie ze stro­ny Ada­ma. Po­ziom jej stra­chu do­rów­ny­wał po­zio­mo­wi eks­cy­ta­cji. I co­raz więk­szej przy­jem­no­ści. Rę­ka po­wo­li za­czę­ła prze­su­wać się z ple­ców na bok, a na­stęp­nie na brzuch. Pal­ce za­ta­cza­ły ma­łe okrę­gi, na zmia­nę z mniej­szym i więk­szym na­ci­skiem. I cho­ciaż kil­ka go­dzin wcze­śniej sa­ma wy­obra­ża­ła so­bie róż­ne rze­czy, to te­raz wca­le nie by­ła pew­na, czy to do­bry po­mysł. Mo­że po­win­na by­ła jed­nak za­py­tać o to mia­sto? Upew­nić się, że Adam ist­nie­je i że to wszyst­ko nie jest tyl­ko wy­my­słem w jej gło­wie, po­wsta­łym po moc­nym ude­rze­niu kil­ka mie­się­cy te­mu?

***

Adam ma­so­wał swój brzuch, za­ska­ku­jąc sa­me­go sie­bie de­li­kat­no­ścią. Nie chciał te­go ze­psuć. Re­ak­cja Zu­zy by­ła do­syć la­ko­nicz­na, ale kon­ty­nu­ował ma­saż, któ­ry po­wo­li prze­ro­dził się w piesz­czo­ty. Na­gle po­czuł zde­cy­do­wa­ny na­cisk ca­łej dło­ni na brzu­chu, do­kład­nie w miej­scu, w któ­rym kre­ślił pal­ca­mi ma­łe okrę­gi. Za­brał rę­kę i cze­kał. Wy­stra­szył się, że źle ode­brał ich dwu­znacz­ne żar­ty z ostat­nich ty­go­dni. Na­to­miast ten sy­gnał był do­syć ja­sny. Prze­stań. Se­kun­dy prze­cią­ga­ły się w nie­skoń­czo­ność, gdy na­gle Zu­za za­czę­ła wy­zna­czać pal­ca­mi esy flo­re­sy, de­li­kat­nie mu­ska­jąc je­go skó­rę i prze­su­wa­jąc je co­raz ni­żej. Za­trzy­ma­ła się na gra­ni­cy bie­li­zny, jak­by nie­pew­na, czy mo­że po­su­nąć się jesz­cze da­lej. Adam nie po­trze­bo­wał już wię­cej in­for­ma­cji.

***

Zu­za za­trzy­ma­ła na chwi­lę rę­kę. Tam, gdzie ona się za­wa­ha­ła, on pod­jął de­cy­zję, któ­rej obo­je chcie­li. Po­czu­ła je­go pal­ce do­kład­nie w miej­scu, w któ­rym ona zro­bi­ła prze­rwę. Przez chwi­lę do­ty­ka­li te­go sa­me­go ka­wał­ka skó­ry. Kil­ka se­kund póź­niej Adam pod­jął prze­rwa­ną przez nią wę­drów­kę, a ona po­dą­ży­ła tuż za nim. Wcze­śniej ko­mu­ni­ko­wa­li się na zmia­nę, wy­ła­pu­jąc li­te­ry pi­sa­ne do­ty­kiem. Te­raz po­łą­czy­li się w przy­jem­no­ści da­wa­nej i otrzy­my­wa­nej jed­no­cze­śnie.

***

– Dok­to­rze, obiek­ty na­wią­za­ły więź in­tym­ną.

– Ile cza­su nam zo­sta­ło, za­nim od­czy­ty usta­ną?

– Mak­sy­mal­nie ty­dzień, cho­ciaż to za­le­ży od in­ten­syw­no­ści i szyb­ko­ści wy­czer­py­wa­nia po­łą­cze­nia.

– Do­brze. Wpro­wa­dzi­li­śmy już zmia­ny w ko­dzie, ale nie zdą­ży­my ich za­sto­so­wać u ak­tyw­nych obiek­tów. Pro­szę za­cząć szu­kać no­wych.

– Nie wiem, czy uda się zna­leźć tak pa­su­ją­ce jed­nost­ki. Ten sam mo­ment trans­fu­zji krwi od te­go sa­me­go daw­cy w jed­nym szpi­ta­lu to bar­dzo sprzy­ja­ją­ce wa­run­ki do ob­ję­cia ko­lej­nej pa­ry obiek­tów eks­pe­ry­men­tem.

– Zda­ję so­bie z te­go spra­wę, ale być mo­że wy­star­czy jesz­cze tyl­ko jed­na pró­ba wię­cej. Po­cząt­ko­wo do­tyk wy­wo­ły­wał tyl­ko ból. Po zmia­nach w ko­dzie ból stał się przy­czy­ną ze­rwa­nia kon­tak­tu. My­ślę, że wpro­wa­dzo­ne po­praw­ki w koń­cu po­zwo­lą na kon­tro­lę po­przez od­czu­cia. Po­trze­bu­je­my za­rów­no bó­lu, jak i przy­jem­no­ści do kon­tro­lo­wa­nia obiek­tów.

***

Po wspól­nej no­cy Zu­za oba­wia­ła się na­stęp­ne­go wie­czo­ru. Gdy na­de­szła usta­lo­na go­dzi­na spo­tka­nia, cze­ka­ła na do­tyk Ada­ma i w rów­nym stop­niu się go oba­wia­ła. Po­ło­ży­ła dłoń na brzu­chu, chcąc mu dać znać, że jest, ale ni­cze­go nie po­czu­ła. Po dwóch go­dzi­nach i wie­lu łzach smut­ku i roz­cza­ro­wa­nia za­snę­ła.

***

Adam nie wie­dział, dla­cze­go Zu­za nie od­po­wia­da­ła. Mo­że po­su­nął się za da­le­ko? Ale prze­cież czuł jej dłoń. Do­ty­ka­ła go tak sa­mo, jak on ją. Tak bar­dzo nie chciał te­go ze­psuć. Za­ko­chał się w do­ty­ku. De­li­kat­nym, cza­sa­mi nie­śmia­łym, ale prze­ka­zu­ją­cym wię­cej niż ty­siąc słów. Co­dzien­nie o usta­lo­nej go­dzi­nie kładł się z na­dzie­ją, że mo­że coś jej prze­szko­dzi­ło po­przed­nie­go dnia. I ko­lej­ne­go. Co dzie­sięć mi­nut pi­sał to sa­mo sło­wo, li­cząc na to, że w koń­cu od­po­wie.

***

H-A-L-O-?

Adam. Ode­zwał się. Zu­za z ulgą ro­ze­śmia­ła się, a łza szczę­ścia spły­nę­ła po jej po­licz­ku. Po­ło­ży­ła dłoń na brzu­chu i de­li­kat­nie na­ci­snę­ła, wkła­da­jąc w to ty­le uczu­cia, ile zdo­ła­ła. Obok po­czu­ła rę­kę Ada­ma, któ­ra zro­bi­ła to sa­mo. Przez kil­ka mi­nut cie­szy­li się swo­im do­ty­kiem, za któ­rym stę­sk­ni­li się bar­dziej, niż by­li te­go świa­do­mi. Tym ra­zem to Zu­za po­sta­no­wi­ła po­sta­wić wszyst­ko na jed­ną kar­tę.

S-P-O-T-K-A-M-Y-S-I-Ę-?

***

Zu­za nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, że to wy­pa­dek w ja­kiś spo­sób spra­wił, że czu­ła do­tyk Ada­ma. I cho­ciaż od tam­te­go trau­ma­tycz­ne­go dla niej dnia uni­ka­ła te­go miej­sca, to wła­śnie tam chcia­ła spo­tkać go po raz pierw­szy. Miej­sce na­zna­czo­ne trau­mą – utra­tą nie­doj­rza­łe­go by­łe­go chło­pa­ka i kil­ku ty­go­dni ży­cia – ma stać się dla niej po­cząt­kiem cze­goś cu­dow­ne­go. Sta­ła pod la­tar­nią i cze­ka­ła, nie wie­dząc, z któ­rej stro­ny na­dej­dzie Adam. Po­wie­dzia­ła mu, w co bę­dzie ubra­na, więc po­wi­nien bez tru­du ją roz­po­znać. Czu­ła nie­po­kój. Po­zwo­li­ła so­bie na uczu­cie i ba­ła się skrzyw­dze­nia. Ale ten do­tyk nie kła­mał. Chcie­li sie­bie na­wza­jem. Wię­cej niż to po­łą­cze­nie, któ­re wy­da­wa­ło się co­raz słab­sze. Sta­ła na chod­ni­ku, peł­na na­dziei, do­pó­ki zza jej ple­ców przez miej­ski ha­łas nie prze­bił się cie­pły, ni­ski głos.

– Ha­lo?

Od­wró­ci­ła się, czu­jąc, jak jej ser­ce przy­spie­sza.

– Hej.

Spis tre­ści

Mi­łość cie­niem ma­lo­wa­na

Do­tyk

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl

Ta­ble of Con­tents

Co­ver

Re­dak­cyj­na

Ti­tle

Mi­łość cie­niem ma­lo­wa­na

Do­tyk

Land­marks

Co­ver

Ta­ble of Con­tents