Opowiadania na tydzień. Część 4 - Różni autorzy - ebook
Opis

5 opowiadań klasyków gatunku: Tołstoj, Zola, Żuławski, Turgieniew, Niedźwiecki. Do czytania na każdy dzień tygodnia, w podróży, przed snem, na nudę, dla rozrywki, albo bez powodu. Bo opowiadania są zawsze ciekawe. "Nowela ma wśród czytającej publiczności licznych zwolenników. I słusznie! Jest to misterny kunszt, wytworny rodzaj literatury beletrystycznej. Gdy powieść obejmuje całokształt życia, lubuje się w epickiej przestronności — to nowela daje skrót, wyimek, epizod, fragment, ale niezwykle barwny, wybitnie interesujący. Nowela jest ulubioną potrawą smakoszów literackich, ludzi, oceniających strawę duchową nie na ilość, lecz na jakość." (Z przedmowy do wydania "Noweli obcych"). Tagi: klasyka, opowiadania, nowela

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 112

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opowiadania na tydzień

Część 4.

Iwan Turgieniew, Jermołaj i młynarka

Jerzy Żuławski, Z papierów po niedoszłym samobójcy

Emil Zola, Zgon Oliwiera Becaille

Zygmunt Niedźwiecki, Zazdrość

Lew Tołstoj, Gracz

Strona redakcyjna

ISBN: 978-83-7991-088-5 Licencja: Tekst z domeny publicznej. Opracowanie tej wersji elektronicznej: © Masterlab, 2014. Język i pisownia mogą być miejscami archaiczne - zachowane w brzmieniu zgodnym z oryginalnym wydaniem. Zdjęcie na okładce: Herman Brinkman
MASTERLAB Wydawanie i konwersja ebooków E-mail: [email protected] www.masterlab.pl
Białobrzegi

Jermołaj i młynarka

Iwan Turgieniew

Wybraliśmy się dziś ze strzelcem Jermołajem na „ciąg"... Ale może nie wszyscy czytelnicy wiedzą, co to jest ciąg. Posłuchajcie więc, moi państwo.

Na kwadrans przed zachodem słońca, wiosną, wchodzicie w las ze strzelbą, bez psa. Wyszukujecie sobie miejsce gdziekolwiek, przy samym skraju, rozglądacie się, sprawdzacie kapiszon, mrugacie do siebie porozumiewawczo z towarzyszem. Minął kwadrans. Słońce zaszło, w lesie wszakże jeszcze jasno, powietrze świeże i przezroczyste; ptaki gwarzą jak najęte, młoda trawa lśni wesołym blaskiem szmaragdu... Czekacie. Głąb lasu stopniowo ciemnieje; purpurowe światło zorzy wieczornej ślizga się powoli po korzeniach i pniach drzew, wznosi się coraz wyżej, od dolnych, prawie jeszcze nagich gałązek, ku nieruchomym, zapadającym w sen wierzchołkom... Oto już i sarnę wierzchołki przygasły; rumiane niebo nabiera barwy granatu. Wzmaga się zapach leśny; powiało z lekka ciepłą wilgocią; wiatr zerwał się i zamarł tuż przy was. Ptaki zasypiają — nie wszystkie od razu — gatunkami: oto ucichły zięby, za par:; chwil usną piegże, po nich dzwońce. W lesie coraz, to ciemniej. Drzewa stapiają się w wielkie czerniejące masy; na granatowym niebie nieśmiało występują pierwsze gwiazdy. Wszystkie ptaki śpią. Tylko żołny i małe dzięcioły poświstują sennie... Już i cna ucichły. Jeszcze raz zadzwonił nad waszymi głowami dźwięczny głos pliszki; zagwizdała gdzieś smutno wilga, słowik zaklaskał po raz pierwszy. Serce wasze męczy niepokój oczekiwania, i nagle — zrozumieją mnie tylko myśliwi — nagle w głębokiej ciszy rozlega się osobliwe chrapanie i syczenie, słychać miarowy łopot zwinnych skrzydeł — i słonka, pięknie schyliwszy swój długi dziób, płynnym ruchem wylatuje zza ciemnej brzozy na spotkanie waszego strzału.

To właśnie nazywa się „stać na ciągu".

Tak więc wyprawiliśmy się z Jermołajem na ciąg, ale przepraszam państwa, muszę was przedtem zaznajomić z Jermołajem.

(...) Koniec tekstu w wersji demo

Z papierów po niedoszłym samobójcy

Jerzy Żuławski

Pan Alojzy Rokoko umarł na raka w żołądku, przeżywszy coś niewiela ponad sześćdziesiąt lat. Kupiłem z jego puścizny kilka książek; w jednej z nich znalazłem zeszyt pożółkły z zapiskami, niestety data nieopatrzonemi. Wnoszę jednak z charakteru pisma i barwy pobladłego na pierwszych stronach atramentu, że ze czterdzieści chyba lat upłynęło między pierwszym a ostatnim. Zapiski te wydały mi się dość ciekawemi; ogłaszam je tedy: może zajmą również moich czytelników.

Postanowiłem już — i jestem nareszcie spokojny.

Kiedy się to stało? — wczoraj? przedwczoraj? a może tydzień temu? Nie umiałbym w tej chwili oznaczyć dokładnie dnia ani godziny, wiem tylko, że dzisiaj rano, zbudziwszy się, zrozumiałem ostatecznie tę rzecz i jej nieodzowną, niedająca się uchylić konieczność.

Dopiero dzisiaj...

(...) Koniec tekstu w wersji demo

Zgon Oliwiera Becaille

Emil Zola

I.

Umarłem w sobotę o godzinie szóstej z rana, po trzydniowej chorobie. Biedna moja żona szukała czegoś od dłuższej chwili w kufrze z bielizną. Gdy się podniosła i zobaczyła, że leżę z otwartymi oczyma, bez tchu, zesztywniały, podbiegła, myśląc, że to zemdlenie, i nachyliwszy się nad moją twarzą, dotknęła moich rąk. Naraz strach ją ogarnął i tracąc głowę, jęknęłą z łez wybuchem:

— Boże mój, Boże!... Umarł!...

Słyszałem wszystko najwyraźniej, tyle tylko, że stłumione dźwięki zdawały się mnie dolatywać jakby gdzieś z bardzo daleka. Jedynie lewym okiem mogłem jeszcze podchwycić blask niewyraźny, bladawe światło, w którym roztapiały się kształty przedmiotów, prawe me oko było zupełnie bezwładne. Było to omdlenie całego organizmu, jakby od porażenia piorunem. Wola ma zastygła, wszystkie fibry ciała wypowiedziały posłuszeństwo. W unicestwieniu tym prawie całej mojej istoty fizycznej jedna tylko myśl żyła jeszcze, snując się wolno i leniwie, choć z nieskażoną wyrazistością.

Moja biedna Małgorzata, padłszy na kolana przy łóżku, powtarzała raz po raz rozdzierającym głosem:

— Nie żyje!... Boże mój!... Nie żyje!...

(...) Koniec tekstu w wersji demo

Zazdrość

Zygmunt Niedźwiecki

Siedzieli obaj w pokoju zaciemnionym roletą, dla słońca, bez surdutów, w kamizelkach tylko, w niedbałych pozach ludzi, udręczanych upałem letniego popołudnia, senną ociężałością poobiednich godzin trawienia, paląc papierosy i przesuwając figury na szachownicy leniwie, w roztargnieniu, przerywając nagłem ziewaniem nieszczere wybuchy nerwowego śmiechu nudów, gotowi każdej chwili odwrócić uwagę od gry ku lada drobnostce i nie zająwszy się nią dłużej niż na jedno mgnienie oka, znowu ziewać.

Naraz rozległo się gdzieś na piętrze trzaśnięcie drzwiami, od którego zadrżał dom cały.

— Cóż tam za bydlę! a już zasypiałem... — zaklął przez zęby, sapiąc, pół leżący na krześle przechylonem brunet, z maleńkimi, kształtnymi baczkami, dowodami próżności i powodzenia u kobiet, na twarzy pełnej, świeżej, młodej, utrzymanej starannie jak płeć kokietki.

— Widzisz? to tak ciągle!... Mam to od rana do wieczora. I wuj się dziwi, że wolę przesiadywać w mieście, niżeli w domu. Upatruje w tym pociąg do lampartki, co jest najprostszym popędem do spokoju. Co za ohydna buda ten jego dom; jedyną jej zaletą, że mi się kiedyś dostanie. Każde otwarcie drzwi, każdy przechodzący, napełniają klatkę schodową takim hukiem, jakby się po stopniach staczała lawina. Szczególna akustyka: potęguje dźwięki, jak soczewka kształty. Zupełnie inaczej, niżeli u Wandy — co? — w tym magazynie wełnistych portier, miękkich mebli i grubych dywanów, tłumiących głos w połowie drogi, wskutek czego się tam tak gładko plecie największe bezeceństwa...

(...) Koniec tekstu w wersji demo

Gracz

Z zapisków kelnera

Lew Tołstoj

Było to między drugą a trzecią. Grało wielu panów: książę pan z wielkim wąsem, mały oficer huzarów, aktor Oliver; było moc ludzi.

Książę grał z panem z wielkim wąsem. Obchodzę bilard i liczę: dziesięć i czterdzieści osiem, dwanaście i czterdzieści osiem. Jest to moim zawodem. Nie wzięło się nic do ust i nie spało od dwóch nocy — a wciąż liczy się punkty i wyjmuje bile z wklęsłości.

Wtem spostrzegam: do sali wszedł nowy gość, rozglądnął się i usiadł na kanapie. Dobrze.

Myślę sobie: kto to może być? To znaczy: do jakiej należy sorty?

Ubrany jest przyzwoicie. Ma nowiusieńkie ubranie: spodnie w kratki, modny krótki surducik, kamizelkę pluszową; nosi złoty łańcuszek, a na nim moc wisiorków.

Wygląd ma też bardzo przyzwoity: jest wysoki, smukły, włosy ma z przodu modnie ufryzowane — słowem, przystojny młodzik.

Zawód nasz, jak wiadomo, ma to do siebie, że poznaje się różnych ludzi. Najwytworniejszych i dranciwych. Gdy się więc jest kelnerem, trzeba się stosować do każdego z gości z osobna. Oczywiście, jeśli się nie jest głupim.

Przypatruję się temu panu i widzę: siedzi cicho, nie zna nikogo i ma zupełnie nowe ubranie; myślę sobie: jest to albo cudzoziemiec, Anglik, albo podróżujący hrabia. Obok niego siedział aktor Oliver; ustąpił mu nieco miejsca na kanapie.

Partia skończyła się; pan z wielkim wąsem przegrał. Krzyknął do mnie:

— Wciąż cyganisz! — Mówi: — Nie liczysz porządnie, wciąż się oglądasz na wszystkie strony.

(...) Koniec tekstu w wersji demo