Anna - Grek (pseudonim) - ebook

Anna ebook

Grek (pseudonim)

3,6

Opis

Lata 80., Etiopia, baza polskich wojsk prowadzących akcję humanitarną. Dramatyczne wydarzenia połączą kilku żołnierzy, którzy muszą się na nowo odnaleźć po powrocie do komunistycznej Polski. Tylko oni znają prawdę, której za wszelką cenę próbuje się dowiedzieć dowództwo armii. Jak sobie poradzą w obliczu intryg i zakulisowych działań? "Anna" pokazuje sieć powiązań wojskowo-policyjno-kościelnych w Polsce u schyłku komunizmu. W tę sieć zostaje wplątany młody sierżant Bartek Miśtal.
Czy uda mu się z niej wyplątać?
Czego po drodze się dowie i o czyje życie będzie musiał zawalczyć, nie bacząc na swoje bezpieczeństwo?
Kto okaże się przyjacielem, a kto wrogiem w tym brutalnym świecie esbeków, szpiegów i kościelnych hierarchów?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 206

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (13 ocen)
5
3
2
1
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
tomaszhenrykdulak
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Militaria, służby wewnętrzne, kościół katolicki, pedofilia, gwałciciele, morderstwa, spiski, rodzinna patologia, porzucone potomstwo, nieuczciwość, nieodpowiedzialni rodzice.
00

Popularność




ROZDZIAŁ 1

Etiopia, 1987 rok

Potężny radziecki śmigłowiec Mi-8 wylądował na piaszczystym terenie koło bazy wojskowej znajdującej się trzydzieści kilometrów od głównej bazy Addis Abeby. To tam stacjonowały liczniejsze siły Ludowego Wojska Polskiego, które przybyły do Etiopii z misją humanitarną dwa lata wcześniej. Na kadłubie był symbol polskiego lotnictwa: biało-czerwona szachownica. Ze śmigłowca wyskoczyło trzech żołnierzy z kałasznikowami w rękach. Głośny hałas silników zagłuszał ich okrzyki. Jeden z nich był ranny. Wszyscy zasłaniali swoje twarze przed piachem i pyłem unoszącym się w powietrzu od wirujących łopat, które jeszcze się kręciły, mimo że pilot wyłączył silniki w śmigłowcu. Sierżant, podtrzymujący swojego kolegę, krzyknął do żołnierzy stojących przed budynkiem:

– Wezwijcie lekarza! Mamy jednego rannego żołnierza! – Z jeszcze jednym żołnierzem podtrzymywał rannego szeregowca, który co chwilę tracił świadomość i majaczył. Został postrzelony w ramię. Ranny żołnierz stracił przytomność i upadł na piasek. – Maciek, pomóż mi go zanieść do lekarza! Chłopak się nam, kurwa, wykrwawi!

– Dobrze, panie sierżancie!

Nieprzytomnego chłopaka złapali za ręce i nogi, nie czekając na nosze. Zanieśli jego bezwładne ciało w stronę budynku, z którego wybiegło z noszami kilku żołnierzy, w tym ich dowódca – kapitan Banach. Za nim szybkim krokiem podszedł obozowy lekarz i nachylił się nad rannym.

– Szybko, do ambulatorium z nim! Ma paskudną ranę koło obojczyka, szybko! Na szczęście kula przeszła na wylot.

Dwie minuty później ranny żołnierz leżał już na łóżku w prowizorycznym obozowym lazarecie.

– Panowie, wyjdźcie stąd. Muszę zająć się nim jak najszybciej – zwrócił się do żołnierzy stojących w pokoju porucznik, który był zarazem lekarzem.

– Będzie żył, poruczniku? – zapytał lekarza kapitan.

– Tak. Muszę szybko wyczyścić ranę i ją zszyć, bo nie mamy tutaj krwi ani osocza, kapitanie. Trzeba podać chłopakowi antybiotyki, żeby nie wdała się infekcja. Niech nasz śmigłowiec będzie w pogotowiu. Zrobię, co w mojej mocy, ale będziemy musieli zawieźć go śmigłowcem do głównej bazy. Ranny powinien trafić do porządnego szpitala. Tutaj nie mamy na to warunków, kapitanie. Mamy za mało antybiotyków i innych lekarstw. Zresztą sam pan wie, że tutaj nic nie mamy. Nasza baza jest tymczasowa, nie wydano mi odpowiedniej ilości leków. Boję się, żeby nie wdało się zakażenie w jego ranę, kapitanie. Może dojść do gangreny, a co za tym idzie amputacji lub, co gorsza, sepsy. W tych warunkach na pewno by umarł.

– Dobrze, poruczniku. Niech pan robi, co tylko może, żeby uratować tego chłopaka. Potem odwieziemy go do Addis Abeby. Skurwysyny jedne, zapłacą za to.

Żołnierze spojrzeli na swojego dowódcę. Wszyscy go lubili i szanowali. Rzucał mięsem na prawo i lewo, ale za swoich ludzi oddałby życie. Był surowym i wymagającym oficerem, ale sprawiedliwym.

– Wyjdźcie stąd wszyscy. Sierżancie, proszę za mną – powiedział kapitan.

Gdy sierżant stanął przed nim w jego pokoju, kapitan zaczął:

– Co się tam stało?

– Polecieliśmy do tej wioski Nguru zawieźć jedzenie i wodę. Tak, jak nam pan rozkazał. Z góry widzieliśmy kilka samochodów z uzbrojonymi ludźmi na pace. Stali koło wioski i machali do nas przyjaźnie. Domyślałem się, że to rebelianci, ale nie spodziewałem się, że odważą się do nas strzelać. Do tej pory nikt z nich nie strzelał do błękitnych hełmów, kapitanie.

– Co było dalej?

– Nasz śmigłowiec rozpoczął lądowanie. Byliśmy jakieś piętnaście metrów nad ziemią i wtedy rebelianci zaczęli do nas strzelać. Wycelowali do nas ze swoich kałachów i walili w nas. Dobrze, że mamy mocne śmigłowce, kapitanie. Kule odbijały się od blachy, ale jedna z nich przebiła boczne okno i Wojtek, to jest szeregowy Białowąs, został trafiony w ramię.

– Odpowiedzieliście im ogniem? Mieliście ze sobą broń! – Kapitan kipiał ze złości. Spojrzał na sierżanta.

– Panie dowódco, przecież mamy zakaz używania broni. To jest misja humanitarna. Na szkoleniu i na odprawach wyraźnie zakazano nam używać broni palnej. Sam pan nam to kilkukrotnie przypominał. Pod żadnym pozorem nie możemy strzelać, bo…

Sierżant nie zdążył dokończyć, bo kapitan walnął dłonią w stół, za którym siedział, i wrzasnął:

– Sierżancie Miśtal!!! Niech mi pan, do kurwy nędzy, nie przypomina, czego was uczono! Znam te wszystkie brednie o misjach pokojowych i pomocy humanitarnej! Tutaj jest regularna wojna! Jedni Etiopczycy strzelają do drugich! Nie wiadomo, komu pomagamy i kto jest zły, a kto dobry! Nie pozwolę na to, żeby jacyś bandyci strzelali do moich ludzi!

Kapitan wstał zza biurka. Siny ze złości spojrzał na swojego podwładnego. Po kilku sekundach się jednak uspokoił.

– Przepraszam pana, sierżancie. Niech pan usiądzie.

– Tak jest. – Sierżant usiadł na krześle przed biurkiem swojego dowódcy.

– Ma pan na imię Bartek, prawda?

– Tak jest, kapitanie.

– Tak jak mój syn. On ma teraz piętnaście lat. Rzadko go widuję. To jest już moja trzecia misja. Byłem w Laosie i Wietnamie. Tam też byliśmy z misją humanitarną, sierżancie, a wszyscy, którzy tam byli, wiedzą, jak się to skończyło. Daliśmy łupnia Amerykanom. Zostałem odznaczony i awansowałem. Wie pan, za co?

– Nie wiem, kapitanie.

– Za męstwo i odwagę. Pan, sierżancie, ma teraz dwadzieścia dziewięć lat, prawda?

– Za miesiąc skończę trzydzieści.

– Żony pan nie ma, z tego co wiem.

– Nie mam. Nie było czasu się ożenić, kapitanie. – Sierżant uśmiechnął się do swojego przełożonego, ale ten nie odwzajemnił się tym samym.

– Do partii jest pan zapisany, rozumiem…

– Tak jest. Jestem członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, panie kapitanie, i jestem z tego dumny.

Teraz uśmiech pojawił się na twarzy dowódcy. Sierżantowi wydało się jednak, że jest to uśmiech ironiczny.

– Szybciej dostał pan przez to mieszkanie, co? Ma pan swoje mieszkanie?

– Tak, mam. Ale nie dlatego…

– Dobrze, już dobrze, wiem, co chce mi pan powiedzieć. Proszę posłuchać. Niech pan idzie teraz do porucznika, naszego lekarza, i dowie się, co z szeregowcem, którego opatruje. Za piętnaście minut niech wszyscy zbiorą się w stołówce. Niech pan znajdzie naszego tłumacza Aszena. Będę go potrzebował. Może pan odejść. Ja muszę zameldować do sztabu, co się wydarzyło.

Sierżant wstał, zasalutował i wyszedł z pokoju dowódcy. Od razu udał się do lekarza. Delikatnie zapukał do drzwi, ale nikt nie odpowiedział. Zapukał jeszcze raz. Drzwi od gabinetu otworzyły się i stanął w nich porucznik Matys.

– Słucham, sierżancie.

– Kapitan mnie przysłał. Kazał się dowiedzieć, co jest z szeregowym.

– Śpi teraz. Dałem mu leki na sen. Rana jest czysta, zszyta. Za chwilę pójdę i zamelduję dowódcy, jaki jest stan szeregowego Białowąsa.

– Za piętnaście minut jest zbiórka, poruczniku. Kapitan robi pilną odprawę. Pan też ma być.

– Dobrze, będę.

Porucznik chciał zamknąć drzwi, ale sierżant zablokował je dłonią i zapytał:

– Będzie żył?

– Tak, ale musimy go jak najszybciej przetransportować do głównej bazy. Tutaj nie mamy warunków, aby go leczyć. Na szczęście kości ma całe i silny jest z niego chłop. Powinien się wylizać.

Sierżant uśmiechnął się do porucznika i odszedł. Po chwili zawołał swoich ludzi. W tej bazie było ich dwudziestu czterech, plus porucznik, kapitan i dwóch pilotów śmigłowca. Baza znajdowała się czterdzieści kilometrów od Pustyni Danakilskiej, niedaleko granicy z Erytreą i Dżibuti. Był to obszar bardzo niegościnny. Zamieszkiwały go ludy koczownicze, które stały się łatwym łupem dla band terroryzujących ten kraj.

Kilka minut później kapitan stał przed budynkiem i przemawiał do swoich żołnierzy:

– Słuchajcie, żołnierze, od dzisiaj każdy nosi przy sobie naładowaną broń. Jak wiecie, jeden z naszych został dzisiaj ciężko ranny. Porucznik, nasz lekarz, opatrzył szeregowego i przekazał mi, że chłopak się z tego wyliże. Tak, panie poruczniku? – Kapitan spojrzał na podwładnego.

– Tak jest, kapitanie. Trzeba go jednak zawieźć śmigłowcem do szpitala w Addis Abebie. Tutaj nie ma warunków, żeby go leczyć.

– Tak, wiem, poruczniku. Dzwoniłem już do bazy. Czekają tam na niego. Po odprawie nasi piloci polecą z nim i z panem. Niech pan weźmie ze sobą jeszcze dwóch ludzi. Złożyłem zamówienie na leki, opatrunki i wszystko, czego będzie pan potrzebował tutaj, w naszej bazie. – Dowódca spojrzał na swoich żołnierzy i mówił dalej: – Musimy teraz być czujni. Nie wiemy, czy wróg nas tutaj nie będzie chciał zaatakować. Otrzymałem rozkaz z dowództwa, że mamy wystrzegać się walki z rebeliantami. Jak wiecie, to jest misja humanitarna. W Etiopii jest klęska żywiołowa i trwają walki plemienne. Tak naprawdę chodzi tutaj o politykę. Sytuacja w tym kraju jest niestabilna. Mamy rozkazy dalej pomagać tutejszym mieszkańcom z ramienia ONZ. Poprosiłem o posiłki, ale na razie nie możemy ich otrzymać. Musimy więc polegać na sobie. I tak jak powiedziałem na samym początku: bądźcie czujni. Podwoimy straże. Rozstawcie ludzi z każdej strony obozu. Uważajcie na tutejszych, nie możemy im teraz zaufać. Mam nadzieję, że ten incydent się już nie powtórzy i wszystko wróci do normy. Są jakieś pytania? – Kapitan rozejrzał się po swoich ludziach. Nikt nie miał do niego pytań. – Dobrze, więc pan, poruczniku, niech się zbiera i leci z rannym do bazy. Czekają tam na pana i na rannego chłopaka. Niech pan zabierze z powrotem jak najwięcej potrzebnych lekarstw do naszej jednostki. Rozejść się!

Żołnierze rozeszli się po prowizorycznym obozie, składającym się z kilkunastu namiotów przylegających do dwóch budynków murowanych, zajętych przez żołnierzy. Miejsce to było kiedyś małą osadą, swego czasu opuszczoną przez rdzennych mieszkańców Etiopii. Najprawdopodobniej budynki te wybudowali nomadzi, którzy tędy wędrowali i zatrzymywali się koło tutejszej małej oazy. Wokół obozu znajdowała się niewielka wioska, zamieszkana przez kilka rodzin tubylców hodujących kozy. Żołnierze stacjonujący w obozie dogadali się z tutejszymi, że zamieszkają w tych opuszczonych budynkach w zamian za pomoc finansową. W wiosce mieszkał młody chłopak o imieniu Aszen. Okazało się, że chłopak dobrze zna język angielski, kapitan zatrudnił go więc jako tłumacza. Żołnierze często zabierali go ze sobą, gdy wyruszali do okolicznych wiosek lub gdy wyjeżdżali z bazy na rekonesans.

Pół godziny później śmigłowiec z rannym żołnierzem, lekarzem i dwoma szeregowcami odleciał do głównej bazy.

ROZDZIAŁ 2

Dwa dni później dwa samochody terenowe z kilkoma żołnierzami jechały nocą przez pustynię. Ludzie poruszali się ostrożnie, starali się zachowywać jak najciszej. Słychać było delikatny terkot silników dieslowskich. Samochody miały wyłączone światła, a kierowcy zamontowane na hełmach noktowizory. Kapitan, jadący w pierwszym samochodzie, wydał swoim ludziom wyraźny rozkaz, żeby zachowywali się cicho. Przed wyjazdem spotkał się w swoim pokoju z ośmioma żołnierzami. Był wśród nich porucznik, lekarz, który wrócił z bazy, do której śmigłowcem przetransportował rannego żołnierza dwa dni wcześniej. Był też sierżant Miśtal oraz sześciu najlepszych żołnierzy z jednostki dowodzonej przez kapitana.

– Zebrałem was tutaj, żeby oznajmić wam, co postanowiłem. Został postrzelony jeden z nas. Porucznik zameldował mi, że nasz chłopak będzie żył. Niedługo wyjdzie ze szpitala, ale nie wróci już do nas. Wróci do kraju, gdzie zostanie odznaczony. Wystąpiłem z takim wnioskiem do przełożonych. Zgodzili się. Pojedziemy na rekonesans dziś wieczorem. Proszę zabrać dodatkowe zapasy amunicji, macie wziąć kilka noktowizorów ze sobą.

Żołnierze słuchali kapitana. Rozumieli, że to nie będzie zwykły rekonesans, tylko coś więcej… Żaden jednak nie zadawał pytań. Każdy z żołnierzy chciał zemścić się za ostrzelanie śmigłowca i pomścić rannego kolegę. W trakcie dwóch lat pobytu wojska polskiego w ramach akcji humanitarnej przy ONZ w Etiopii często dochodziło do walk między tutejszymi bandami, które atakowały żołnierzy. Tutejsi wiedzieli, że błękitne hełmy nie mogą używać broni palnej, nawet wtedy, kiedy stosują wobec nich wrogie działania. Czasami jednak dochodziło na tym terenie do mniejszych potyczek między bandami a jednostkami żołnierzy z ONZ, ale tylko dlatego, że niektórzy dowódcy nie zgadzali się, aby stać biernie i przyglądać się, jak terroryści, bo tak najczęściej ich nazywano, grożą lub wręcz atakują żołnierzy w niebieskich hełmach. Kapitan należał do dowódców głośno sprzeciwiających się temu, żeby ta misja była tylko i wyłącznie misją humanitarną i żeby nie wolno było używać broni palnej przeciwko atakującym, nawet gdyby zagrażało to życiu żołnierzy. Kapitan Banach był żołnierzem z krwi i kości, który nie nadstawiał nigdy drugiego policzka…

– Aszen, nasz tłumacz, jest porządnym chłopakiem, możemy mu zaufać. Ryzykuje dla nas życiem swoim i swoich bliskich. Wczoraj wysłałem go na zwiad w okolice wioski Nguru, gdzie został ostrzelany nasz śmigłowiec. Powiedział mi, że rebelianci, choć powinno się ich nazywać terrorystami, przebywają tam nadal. Podjąłem decyzję, że powinniśmy pojechać tam i sprawdzić, co się dzieje… Wybrałem was, bo jesteście dobrymi żołnierzami. Chcę was uprzedzić, że ta misja jest niebezpieczna. Jeżeli któryś z was nie chce jechać, niech mi to teraz powie. Nie będę miał do nikogo pretensji, daję moje słowo oficerskie, jeżeli ktoś zechce się wycofać z tego wyjazdu. – Kapitan rozejrzał się po swoich ludziach. Wiedział, że nikt z tych chłopaków się nie wycofa. – Dobrze, więc wyjeżdżamy z obozu o dwudziestej drugiej, naturalnie proszę o zachowanie dyskrecji. Mieszkają koło nas tubylcy i chociaż, jak do tej pory, nie okazali nam wrogości, to jednak musimy bardzo uważać.

Sierżant podniósł dłoń, żeby zadać pytanie dowódcy.

– Tak, słucham, sierżancie.

– Nasz tłumacz jedzie z nami?

– Myślałem o tym, żeby zabrać go z nami, ale się rozmyśliłem. On jest stąd. Lepiej, żeby nikt go nie widział tam z nami, nie wiadomo, jak się ta misja może skończyć. Wprawdzie obiecaliśmy mu i jego rodzinie, że pomożemy im wynieść się z tego nieprzyjaznego terenu i osiedlą się w innym miejscu, ale dopóki nie mam tego potwierdzonego przez sztab, lepiej nie narażać jego i członków jego rodziny na zemstę terrorystów. Jeszcze jakieś pytania, panowie? – Kapitan spojrzał na swoich ludzi. Nikt nie zadawał pytań. – Za pół godziny wyjazd. Zrobiło się już ciemno. Naturalnie proszę przekazać wartownikom, żeby po naszym wyjeździe byli podwójnie czujni. Mają mieć przy sobie broń gotową do strzału i mogą strzelać w razie niebezpieczeństwa.

Żołnierze się rozeszli, został tylko porucznik. Czekał, aż wszyscy wyjdą. Dowódca spojrzał na niego i zapytał:

– Tak? Co jest, poruczniku?

– Kapitanie, czy dowództwo wie o tym wyjeździe?

– Nie muszę ich pytać o pozwolenie, kiedy chcę wyjechać z obozu, poruczniku. Jeszcze coś?

Kapitan był poirytowany pytaniem swojego podwładnego, wiedział, do czego zmierzają te pytania. Lubił porucznika i nie podejrzewał go o tchórzostwo, ale wiedział też, że jest on typowym służbistą, który pełni służbę regulaminowo i bardzo martwi się o żołnierzy. Tę cechę akurat u niego kapitan szanował.

– Kapitanie, obydwaj wiemy, że może dojść do strzelaniny, i jestem z panem. Tylko zastanawiam się, czy nie jest nas za mało. Czy nie powinniśmy zaczekać na posiłki? Proszę mnie źle nie zrozumieć, znam pana i wiem, jak bardzo leży panu na sercu dobro naszych chłopaków, ale możemy po prostu nie dać im rady. Tutaj nie ma warunków dla rannych, gdyby któremuś z chłopaków coś się stało.

Porucznik spojrzał na swojego przełożonego. Znał go dobrze i wiedział, że jest wybuchowym człowiekiem. Zaczął żałować, że zadał to pytanie, czekał, aż ten wybuchnie i opierdoli go porządnie.

– Poruczniku. Lubię pana i szanuję. Jest pan dobrym żołnierzem. Proszę tylko nie kwestionować i nie podważać moich rozkazów. Dobrze?

Porucznik jeszcze bardziej pożałował, że zadał to pytanie. Czekał na najgorsze. Kiwnął tylko głową.

– Na żadną pomoc ze sztabu nie możemy liczyć. Posiłki nie przyjadą. Pan to wie i ja to wiem. Nie jedziemy z nikim walczyć, po prostu jedziemy na rekonesans, a jeżeli ktoś nas zaatakuje, to w obronie własnej odpowiemy ogniem. Nie pozwolę nikomu strzelać do moich ludzi. Koniec kropka. Nie będę miał do pana pretensji, jeżeli woli pan zostać w obozie. Może byłoby to i lepsze. Przygotowałby pan dla nas ambulatorium w razie czego. Chce pan zostać, proszę mi wierzyć, że nikt nie będzie miał do pana pretensji. – Kapitan spojrzał na podwładnego.

– Chcę jechać z wami, kapitanie. Mogę się tam przydać.

– W takim razie proszę się szykować, zaraz wyjeżdżamy.

Porucznik zasalutował i wyszedł. Kapitan się uśmiechnął. Lubił tego żołnierza i nie podejrzewał go o tchórzostwo, po prostu był regulaminowy… Nie to co on.

Kilkanaście minut później dwa samochody wyjechały z bazy. Dowódca sam sprawdził, jakie uzbrojenie zabrali żołnierze. Kazał sierżantowi, żeby ten jeszcze wziął dodatkowe pociski do RPG – wyrzutni granatów. Doskonała broń konstrukcji radzieckiej. Ulubiona broń terrorystów i wszelkich bojówek na całym świecie. Żołnierze lubili ją, bo świetnie sprawdzała się w walkach przeciwko piechocie, ale była wykorzystywana głównie przeciwko pojazdom opancerzonym. Lekka, poręczna i bardzo skuteczna.

Pół godziny później dwa pojazdy z żołnierzami były kilkanaście kilometrów od swojej bazy. Jechały bez włączonych świateł.

ROZDZIAŁ 3

Kapitan i jego ludzie zatrzymali się dwa kilometry od wioski, w której mieli znajdować się terroryści. Tym razem dopisywało im szczęście, noc była wyjątkowo ciemna. Obserwowali wioskę i okolicę przez lornetki z noktowizorem. Kapitan stał obok swojego samochodu i wpatrywał się w osadę przed sobą, składającą się z kilkunastu szałasów. Koło niego stał sierżant Miśtal, który również obserwował okolicę. Porucznik, choć starszy rangą od sierżanta, traktowany był przez wszystkich głównie jako wojskowy medyk. Stał teraz z innymi żołnierzami koło samochodów i czekał, tak jak oni, na rozkazy. Kapitan opuścił lornetkę, spojrzał na sierżanta i swoich pozostałych ludzi. Szeptem zwrócił się do sierżanta:

– Widzi pan to, co ja?

– Tak, kapitanie. Wszyscy w wiosce imprezują. Wygląda na to, że mieszkańcy tej wioski nie są po stronie terrorystów. Ci czują się bardzo pewnie, stąd te wysokie płomienie z ognisk. Czuć tutaj, że pieką nad ogniem mięso. Słyszy pan?

Bartek przyłożył do oczu lornetkę. Kapitan zrobił to samo. Zobaczyli, jak z wioski w ich stronę biegną dwie osoby, trzymając się za dłonie. To była młoda dziewczyna i chłopak. Mieli po kilkanaście lat. Za nimi wybiegło kilku uzbrojonych ludzi z kałachami w dłoniach. Zaczęli coś krzyczeć do uciekinierów, a po chwili rozległy się strzały. Dwójka młodych ludzi upadła na ziemię trafiona kilkoma pociskami. Chłopak jeszcze żył. Zaczął się czołgać w stronę dziewczyny, która nie dawała znaków życia. Ranny objął ją i zaczął płakać. Podeszło do niego dwóch uzbrojonych ludzi, którzy głośno się śmiali. Jeden z nich przyłożył lufę swojego automatu do głowy młodego chłopaka i strzelił. Głowa nieszczęśnika rozpadła się na kilka części. Po chwili napastnik oddał w jego kierunku jeszcze kilka strzałów, potem strzelił do leżącej obok dziewczyny. Czarnoskórzy mężczyźni z automatami w dłoniach odwrócili się od dwójki zabitych nastolatków i wrócili do swoich kompanów, którzy czekali na nich przy prowizorycznym ogrodzeniu zrobionym z patyków i suchych gałęzi. Wszyscy przez chwilę stali na skraju wioski, śmiali się i pokazywali rękami na zwłoki młodych ludzi. Po chwili udali się w głąb osady.

– Skurwysyny. Zaraz się wami zajmiemy.

Bartek spojrzał na dowódcę, który nie opuszczał lornetki. Dalej patrzył na wioskę, mówił na głos to, co myśli. Kapitan spojrzał na sierżanta, po czym podszedł do swoich ludzi, którzy z tej odległości widzieli, co się stało. Blask kilku rozpalonych ognisk w wiosce oświetlał cały teren w promieniu wielu metrów za ogrodzeniem. Na tyle dobrze, że żołnierze bez problemów mogli zobaczyć tamtą dramatyczną scenę. Dowódca stanął przed żołnierzami i powiedział:

– Widzieliście, co oni zrobili? – Wszyscy podwładni kapitana skinęli głowami. – To są mordercy i terroryści. Zabijają bez powodu kobiety, starców i dzieci. To oni zranili naszego kolegę. Uważam, że naszym obowiązkiem jest nie dopuścić, aby uszło im to płazem. Zgadzacie się ze mną?

Wszyscy potwierdzili to kiwnięciem głowy. Nawet porucznik, „regulaminowiec”, kiwał głową i czekał na rozkazy swojego dowódcy. Wyraz jego twarzy zmienił się po tym, gdy zobaczył, jak bandyci mordują niewinnych cywilów. Sam miał czterdziestkę na karku, był ojcem pary bliźniaków w wieku tych młodych ludzi, których przed chwilą zamordowano na jego oczach.

– Sierżancie, ilu naliczył pan terrorystów? – Dowódca spojrzał na Bartka.

– Na placu w wiosce widać dwa samochody, to są te same auta, które brały udział w ostrzelaniu naszego śmigłowca. To są ci sami sprawcy. Naliczyłem ich siedmiu, kapitanie.

– Dokładnie. Ja też widziałem siedmiu bandytów. Są pijani, widziałem, że piją alkohol. Więc nasze szanse jeszcze bardziej wzrastają. Niepokoi mnie tylko ten cekaem na jednym z samochodów. Musimy go unieszkodliwić jak najszybciej. Na razie nikt go nie pilnuje, ale jak dojdzie do strzelaniny, to może być ciężko, dlatego musimy się nim zająć jak najszybciej, panowie. Więc tak: ja z dwoma ludźmi podejdę od lewej strony do wioski. Pan, sierżancie, weźmie dwóch żołnierzy i podejdziecie z prawej. Dopiero na mój znak otwieramy do nich ogień, chyba że bandyci was zobaczą i zaczną do was strzelać, wtedy strzelajcie bez rozkazu. Uważajcie na cywilów.

Gdy kapitan oznajmił, że na jego znak żołnierze mają otworzyć ogień, wszyscy tutaj obecni zrozumieli, że mają nie brać nikogo do niewoli. Zresztą było to dla nich oczywiste od samego początku. Dowódca spojrzał na wojskowego lekarza i powiedział:

– Pan, poruczniku, zostanie tutaj z szeregowym Popławskim. Będzie pan na nas czekał i ubezpieczał, gdyby coś poszło nie tak. Poza tym jest pan lekarzem, musi pan być cały, gdyby trzeba było któregoś z nas ratować w przypadku postrzelenia. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale to jest wojna, panowie, i wszystko się może wydarzyć. Szeregowy Popławski, jest pan najlepszym strzelcem w oddziale. Po naszym wymarszu proszę wsiąść do samochodu z porucznikiem i podjechać jak najbliżej do wioski, ale tak, żeby pana nie dostrzeżono. Myślę, że na pięćset metrów. Niech pan zdejmie przede wszystkim tych z bandytów, którzy będą próbowali dostać się do cekaemu. I proszę nas osłaniać. Dobrze?

– Tak jest, kapitanie.

– Dowódco, czy mogę? – zwrócił się do kapitana porucznik.

– Słucham.

– Chciałbym bezpośrednio brać udział w akcji. Szeregowy Popławski sam tutaj sobie poradzi. Nie chcę stać i przyglądać się, jak wy walczycie. Nie po to wstąpiłem do armii. Poza tym to, co zobaczyłem, co ta swołocz zrobiła tym dwojgu…

– Poruczniku, wolałbym, aby został pan jednak przy samochodzie i obsługiwał nasz kaem w razie czego. Proszę mnie zrozumieć, wiem, że jest pan świetnym żołnierzem, ale jest pan też lekarzem. Co by się stało z nami, gdyby pan został ranny? Tylko pan zna się na swojej robocie. – Kapitan starał się delikatnie wyperswadować porucznikowi bezpośredni udział w misji. Obawiał się o niego. Tak naprawdę bardziej uważał go za lekarza niż za żołnierza frontowego. Tego mu jednak nie chciał powiedzieć.

– Kapitanie, wiedziałem, na co się piszę. Będę nalegał. Mam dzieci w wieku tych zamordowanych… – Porucznik wskazał dłonią miejsce, gdzie leżała dwójka zastrzelonych młodych ludzi. – Proszę pana bardzo.

Dowódca zrozumiał, że porucznik nie odpuści. Nie chciał się z nim kłócić. Nie było na to czasu. Wprawdzie on był dowódcą i mógł wydać mu rozkaz, ale poniekąd rozumiał porucznika. Też był ojcem i wstrząsnął nim widok tej egzekucji.

– Zgoda. Pójdzie pan ze mną. Proszę wziąć broń. Bierzemy po jednym granatniku na grupę. Uważajcie na cywilów i na siebie. Nie chcę, żeby któremuś z was coś się stało.

Żołnierze ruszyli w stronę wioski, w której ogniska już wygasły, nie było też już słychać terrorystów. Prawdopodobnie zasnęli. Była pierwsza w nocy. Po kilkuset metrach żołnierze rozdzielili się na dwa małe oddziały. Kapitan z porucznikiem i dwoma szeregowymi skierowali się na lewo, sierżant ze swoimi ludźmi udali się w prawo. Kilkanaście minut później stali koło prowizorycznego ogrodzenia odgradzającego wioskę od piaszczystego terenu. Sierżant stanął przy płocie i spojrzał przez noktowizor na swojego dowódcę. Ten stał sto metrów dalej i też przyglądał się swojemu podwładnemu przez noktowizor. Pokazał mu dłonią, że czas zaczynać. Wyciągnął nóż wojskowy i wskazał go Bartkowi. Ten domyślił się, że w ten sposób mają unieszkodliwić wartowników. Sierżant dał swoim ludziom znak, że ruszają.

Bartek wszedł na teren wioski. Minęli mały szałas, po chwili kolejny. Spojrzał w kierunku swojego dowódcy, ale już nie było go widać. Sierżant czekał, aż coś się wydarzy. Kilkanaście metrów dalej zobaczył jednego z terrorystów, który spał na pace samochodu. Rozejrzał się dookoła. Nikogo więcej nie zobaczył. Dłonią wskazał swoim ludziom, żeby szli za nim. Powoli podeszli do samochodu, na którym leżał czarnoskóry mężczyzna. Koło niego leżał AK-47, zwany potocznie kałasznikowem. Do paki samochodu zamontowany był ciężki karabin maszynowy, budzący takie obawy w polskich żołnierzach. Bartek spojrzał na swoich ludzi i kazał im rozejrzeć się po okolicznych szałasach, a sam stanął za leżącym terrorystą. Spojrzał na niego i upewnił się, że mocno śpi, trzymając w dłoni niedokończoną butelkę z alkoholem. Wspiął się delikatnie na samochód, jeszcze raz rozejrzał się po okolicy. Niczego niebezpiecznego nie zauważył. Niczego niepokojącego nie usłyszał… Nachylił się nad bandytą. Lewą dłonią nakrył mu usta, kolanem przycisnął go do samochodu, po czym wbił mu w gardło swój nóż, który trzymał w prawej dłoni. Bandyta otworzył oczy, ale było już dla niego za późno na jakikolwiek ratunek. Próbował jeszcze się podnieść, ale żołnierz przycisnął go mocniej swoim kolanem. Przeciął mężczyźnie gardło od ucha do ucha, z przeciętej tętnicy trysnęła krew. Następnie kilkukrotnie ugodził nożem umierającego terrorystę w okolicę serca, dalej trzymając swoją dłoń na jego ustach. Kilka sekund później czarnoskóry opadł i zmarł, nie wydobywszy z siebie żadnego głosu. Jego oczy były cały czas otwarte. Wpatrywały się w twarz swojego kata.