Adwokat Nerona - Konowoł Sebastian - ebook + książka

Adwokat Nerona ebook

Konowoł Sebastian

0,0

Opis

Rok 64 n.e. Po ogromnym pożarze, który nawiedził Rzym, Lucjusz Anniusz, prawnik rzymski, zostaje wynajęty przez cesarza Nerona do znalezienia dowodów winy chrześcijan, rzekomych podpalaczy stolicy Imperium. Marzący o sławie i szacunku jurysta odkrywa jednak, że nie wszystko jest takie, jak początkowo się wydawało, a kolejne odnajdywane przez niego dowody prowadzą do przerażających wniosków. Kto tak naprawdę jest winny największego pożaru, jaki kiedykolwiek wybuchł w Rzymie? Jak daleko posunie się Anniusz, by odkryć prawdę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 189

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rozdział 1

Lucjusza Anniusza zbudziły nad ranem dobiegające z zewnątrz hałas i krzyki ludzi. Rozpaczliwe wołanie, płacz, bieganina, trzask jakichś przedmiotów. Jakby nagle rozgniewane bóstwo rzuciło klątwy na miasto i ludzie uciekają w popłochu. Jakby sam Jowisz rzucał piorunami w Rzym.

„Co tam się dzieje?” – pomyślał Lucjusz, wstając z łoża.

Wtedy do jego sypialni wpadł jeden z niewolników.

– Co tam się wyprawia? Skąd ten łoskot? Czemu słyszę jazgot, jakby wszyscy mieszkańcy Rzymu zebrali się, by zrobić największy zamęt, jaki dotąd ludzie mogli sobie wyobrazić? Co to? Czyżby barbarzyńcy najechali stolicę Imperium?

– Wybacz, panie. Rzym w ogniu. Pożar ogarnął część miasta, ludzie w rozpaczy rzucają się do ucieczki, w bezradności opuszczają swoje dobytki i udają się do miejsc jeszcze niezajętych ogniem.

– O, bogowie! – Lucjusz przeraził się słowami swojego niewolnika. Pobiegł, by zobaczyć ten tumult, ten nieludzki harmider, który dobiegał z zewnątrz.

Ujrzał masy ludzkie uciekające przed niszczycielskim żywiołem. Ogromne zamieszanie na ulicy niedaleko jego domostwa. Ludzie kotłowali się, tratowali, próbowali ratować dobytki, targając je ze sobą. Jakieś nędzne, nic niewarte rzeczy, które biedniejsza część ludności rzymskiej zgromadziła w swoim życiu i uważała, że jest to coś, co należałoby zabrać. Rozpacz w oczach tych ludzi przeraziła mężczyznę. Poczuł gryzący zapach dymu w nozdrzach. Ogień był jeszcze oddalony, ale już na tyle blisko, że można było poczuć jego smród, który przeszywał płuca.

Anniusz zaczął się zastanawiać, co czynić. Czy ogień dotrze i do niego, a jeśli tak, to jak ratować dom? A przede wszystkim bogatą i liczną w pisma filozofów, prawników i myślicieli bibliotekę, którą posiadał w swoim domostwie, a którą zgromadził w większości jego ojciec, nieżyjący już Gajusz Anniusz, cieszący się sławą i szacunkiem prawnik i doradca cesarza Klaudiusza. Myśl o tym, że straciłby to, co pozostało mu po ojcu, czyli dom i pisma, nie licząc samego nazwiska, napełniała zgrozą młodego jurystę, który zawodowo poszedł w ślady ojca i marzył o tym, by pewnego dnia mu dorównać. Pragnął kiedyś tak jak on doradzać samemu cezarowi i spróbować uczynić Rzym lepszym. Jednak teraz ten Rzym płonie. Stolicę świata cywilizowanego okala czarny, cuchnący dym. Te płomienie pochłaniają spuściznę wielkich Rzymian, którzy już przeminęli, ale ich ślad był widoczny w tym mieście. Ślady Juliusza Cezara, Cycerona, Scypiona Afrykańskiego, Marka Agrypy, Oktawiana Augusta, Marka Antoniusza, Gnejusza Pompejusza. Czy uda się opanować żywioł, nim strawi to, co pozostawili w nim cennego przodkowie? Lucjusz zatrzymał przed bramami swego domu jakiegoś mężczyznę.

– Jak daleko stąd jest ogień?

– Nie wiem, panie. Uciekam przed siebie. Ogień strawił mój dom, teraz walczę tylko o życie – odpowiedział mężczyzna i uciekał dalej.

– A skąd jesteś? Gdzie twój dom? – zawołał za nieznajomym Anniusz, ale ten nie odwrócił się na jego głośno zadane pytania.

Zatrzymał jeszcze kogoś. Człowiek ten był cały osmolony, ledwie można było rozpoznać rysy twarzy na jego obliczu.

– Gdzie wybuchł ogień? – zapytał Lucjusz.

Mężczyzna jednak nie odpowiadał. Wyglądał jak upiór. Anniusz puścił jego rękę, za którą go trzymał, a ten oddalił się, nie oglądając się za siebie.

– Od nikogo niczego się nie dowiem. Zbyt wielkie zamieszanie się czyni w tę posępną noc – powiedział do siebie Lucjusz.

Stał tak chwilę przed swym domem, patrząc na ten zgiełk, który tworzył się obok jego posiadłości. Wrzask, hałas, chaos, rumor. Po chwili niebo mocno pojaśniało. Jakby właśnie zaczęło świtać, lecz to nie świt rozjaśnił ciemną noc, lecz ogień. Wprawdzie do świtu było już bardzo blisko, ale Lucjusz wiedział, że to jasny cień ognia. Pochłaniał kolejne domy, kolejne ofiary, ten nienasycony, głodny, pragnący wszelkiego zniszczenia, byle tylko przetrwać, byle tylko żyć, żywioł.

„Gdzie ci wigilowie1?” – powtarzał w myślach jurysta. Był przerażony. Zaczął dostrzegać, że ten pożar wymknął się już spod kontroli i wigilowie mogą nie dać rady uporać się z tym, co teraz dzieje się w mieście, a mimo to wciąż miał nadzieję, że wyszkolone jednostki coś zaradzą. Zarządził zamknięcie bram posiadłości i sprzątnięcie z ogrodu wszystkiego, co mogło przenieść ogień na domostwo. Sam nie wiedział, czy jego nędzne próby zatrzymania żywiołu coś pomogą, ale liczył, że zdoła ocalić to, co pozostawił mu w spadku ojciec. Istniała szansa, że ogień się wypali i tu nie dotrze albo będzie zatrzymany przez kogoś wcześniej. Tylko przez kogo? Może sami bogowie ocalą Rzym? A może to właśnie z ich woli płonie stolica świata?

Nastał jednak dzień, a ogień nie ustępował, wciąż trawiąc kolejne budynki, kolejne insule, kolejne dzielnice. Ludzie opuszczali swoje domy i uciekali z Rzymu. Na ulicach utworzyła się niewyobrażalna ludzka masa próbująca przecisnąć się do bram miasta, by oddalić się od pożaru. Jeden wielki chaos. Pozostawione domy, których jeszcze nie zajął ogień, łupili złodzieje, a niektórzy co bogatsi Rzymianie byli nawet okradani na ulicy przez zbuntowanych niewolników, którzy poczuli szansę na zemstę, wzbogacenie się i ucieczkę od wieloletniego wykorzystywania przez rzymskich panów. Nieliczni postanowili pozostać w swych domach, licząc, że ogień nie dotrze do ich przybytku, a gdy jednak los im nie sprzyjał i pożar zajmował ich domostwa, to nieraz było już za późno i owi odważni ludzie umierali w płomieniach lub dusili się gryzącym, cuchnącym dymem. I Lucjusz Anniusz nie wiedział, czy ma opuścić swój dom, pozostawiony mu przez ojca w spadku, czy jednak pozostać w nim, licząc na to, że ogień ominie jego posiadłość. Słudzy namawiali go do ucieczki.

– Panie, uciekaj z miasta. Ten ogień zniszczy wszystko. Już nie ma Rzymu, tylko jeden wielki pożar.

Lucjusz mimo strachu postanowił zostać. Miał nadzieję, że jeśli płomienie dotrą do jego domu, to jakimś cudem zdoła uciec.

– Nie, zostaniemy. Ogień jeszcze tutaj nie dotarł. Domy obok stoją niezajęte – odpowiedział stanowczo Anniusz.

Niewolnicy posłusznie wykonywali polecenia swego pana, ale coraz ciężej było im ukryć przerażenie. Na ulicach było słychać nieludzki wrzask i rumor, jakby koniec świata właśnie nadszedł. Kolejne dzielnice szybko zajmowały się ogniem. Ludzie krzyczeli, że Rzym podobnej tragedii już nie pamięta. Wigilowie starali się ugasić ogień, ale szybko zrozumiano, że nie wygrają z żywiołem, i zaniechano gaszenia pożaru, a przystąpiono do rozbiórki domów, które mogłyby stać się kolejnymi ofiarami pożaru. Jeśli wigilowie dadzą radę rozebrać budynki, które miałyby być strawione przez ogień, nim płomienie do nich dotrą, to jest szansa, że ogień, napotykając pustą przestrzeń, wygasi się i nie przeniesie dalej. Szybko więc burzono domy, jednak pożar nie dawał za wygraną. Niszczycielski żywioł zdawał się nic nie robić z ludzkich starań i niemal bez problemów ogarniał nowe ulice. Wiele osób straciło życie z powodu ognia i dymu, do końca pilnując swych domów przed złodziejami, którzy sami narażając się, rabowali wszystko, co można tylko było zrabować. Niektórzy dopuszczali się mordów na właścicielach, gdy napotkali ich pilnujących swych domów, niektórzy zaś właściciele ze strachu przed rabusiami mordowali przypadkowych ludzi, którzy chcąc ukryć się przed dymem i ogniem, wchodzili do ich domów. W mieście więc nie tylko pożar zbierał śmiertelne żniwo, lecz także ludzkie szaleństwo, które pchało ludzi do obłędu spowodowanego chciwością, strachem i paniką. W tym całym obłędzie Lucjusz Anniusz starał się zachować resztki rozsądku. A i do jego domu próbowali włamywać się rabusie szukający okazji, gdzie tylko się dało. Niektórzy uciekali, orientując się, że dom nie jest opuszczony, inni zaś wdawali się w bójki ze sługami, chcąc wedrzeć się i zrabować cokolwiek. Wprawdzie mury jako tako chroniły posiadłość Anniusza, ale ci cierpliwsi i bardziej wygimnastykowani przedostawali się na teren domu. Tak więc Lucjuszowi przyszło w obliczu pożaru właściwie nie mierzyć się i walczyć bezpośrednio z ogniem, lecz raczej z ludzką zachłannością i szaleństwem. Kilku wytrwałych złodziei, którym udało się wedrzeć, słudzy potraktowali bardzo ostro, a następnie wyrzucili ich przed bramy, gdy okoliczności na to pozwalały.

Ogień szalał w mieście coraz intensywniej, obłoki dymu zaczęły przysłaniać niebo. Dzień zamienił się w ciemny wieczór, słońce bowiem było ledwie dostrzegalne zza czarnej mgły, która spowiła Rzym. Jakże był to tragiczny widok, gdy wspaniałe miasto, które rządziło światem, teraz było pożerane przez przerażający żywioł. Lucjusz Anniusz pomyślał, że jakiś poeta, widząc, co się dzieje, mógłby krzyknąć: „Oto ginie stolica świata w ogniu zesłanym przez naturę, gdyż zbyt potężny stał się Rzym i musi zostać zniszczony, by zaprowadzić równowagę”. Czasem na moment krzyki ludzkie niosące się obok domu Anniusza, który wciąż szczęśliwie niezajęty był ogniem, ustawały i wtedy pan wysyłał któregoś z niewolników poza mury posiadłości, by ten zobaczył, co dzieje się w mieście, czy ogień ustaje, czy może wciąż pochłania nowe domy, budynki albo zajmuje nowe dzielnice. Lucjusz chciał nawet sam wyjść na zewnątrz, lecz dowiedziawszy się, że bogatych Rzymian uciekających w swoich lektykach z miasta nieraz rabusie atakują, by ograbić ich z majątku, który ze sobą wywożą, wolał pozostać za murami swego domu. Nawet jeśli nie miałby nic cennego przy sobie, nie chciał stać się ofiarą jakiegoś złodzieja, który rzuciłby się na niego, nie wierząc, że nie ma przy sobie nic wartościowego. Mógłby wyjść w asyście niewolników, ale lepiej, żeby oni zostali i pilnowali domu. Zresztą wolał nie ryzykować, by jego słudzy, zobaczywszy czyny, do jakich dopuszczają się teraz wszelakiej maści rzezimieszki, złoczyńcy i czasem zbuntowani niewolnicy, sami nie zechcieli pozbawić życia swego pana i nie uciekli, by wzbogacić się na tej tragedii miasta, a potem, pełni łupów, które skradliby bogatszym mieszkańcom, nie udali się w głąb Italii. Dlatego na zwiady posyłał najwierniejszego z wiernych swych sług, będąc pewny, że ten, nawet gdy zobaczy, co wyczynia się w mieście, nie zachęci po powrocie innych niewolników do buntu przeciw swojemu panu. Jednak słudzy Anniusza nie mieli zamiaru nawet myśleć o wznieceniu powstania przeciw juryście. Lucjusz dobrze traktował swych niewolników, pozwalał im na wiele, a zasłużonych wyzwalał, a oni, jeśli zechcieli, mogli służyć u niego dalej, za wynagrodzeniem. Tak więc rewolucja nie wisiała w powietrzu, jednak Anniusz nie był tego przecież pewien. Tym bardziej teraz, w obliczu takiej tragedii, która właśnie dotknęła miasto. Przecież w tym zamieszaniu, chaosie, który panował w Rzymie, wiele mordów ujdzie na sucho zabójcom. Więc czemu niewolnicy nie mieliby ukarać znienawidzonego pana za lata cierpień i wykorzystywania? I sporo takich przypadków wydarzyło się w tym smutnym czasie. Wielu nie miało skrupułów, by wykorzystać ten moment na zemstę i okradzenie swych właścicieli.

– Co widziałeś, Mettiuszu? – zwrócił się Lucjusz Anniusz do swego wiernego sługi po tym, jak ten wrócił ze zwiadu poza bramami.

– Pożar ogarnął ogromną część miasta. Wszędzie płomienie. Zdaje się, że nie ma miejsc, które żywioł by oszczędził, jednak są ulice, takie jak te, przy których stoi twój dom, panie, które są wolne od ognia – odpowiedział mężczyzna, starając się mówić krótko i konkretnie.

– Co z ludźmi?

– Szaleństwo. Tratują się nawzajem. Wszędzie tłumy, które próbują uciec z miasta, a wśród nich złodzieje i mordercy, którzy tylko szukają okazji do wzbogacenia się. Jest bardzo niebezpiecznie. Nie tylko ze względu na ogień i duszący dym, lecz także zwłaszcza ze względu na szaleństwo ludzi, chciwość i poczucie bezkarności, które teraz panują w mieście.

– O, bogowie, co za kary zesłaliście na Rzym? Kiedy ten pożar się zakończy? Jeśli potrwa jeszcze czas jakiś, to z miasta, które dzierży władzę nad światem, nic nie pozostanie. Imperium bez stolicy… – Lucjusz zaczął smucić się nad losem Rzymu.

– Musisz pozostać w domu, panie. W mieście szaleją ogień i bandyci. Tutaj jesteś w miarę bezpieczny przed rzezimieszkami, a przed ogniem… cóż, na razie tutaj nie dotarł – odrzekł do swego pana Mettiusz.

– Tak uczynię – postanowił Anniusz. – Oby ten obłęd szybko się zakończył.

Jednak próżno było wyczekiwać na koniec pożaru i koniec tragedii wielkiego Rzymu. Lipcowe jasne dni zamieniły się w cuchnące spalenizną wieczory, dym bowiem tak gęsto spowijał niebo, że wydawało się, że zbliża się raczej noc, niż nastaje południe. Odór był nie do zniesienia, dniem i nocą wciąż było słychać krzyki ludzi duszących się w czarnej mgle lub palących się żywcem. Anniusz, nie mogąc znieść tych lamentów i wrzasków, chciał nawet wpuścić niektórych walczących o życie nieszczęśników do swoich ogrodów, ale Mettiusz, który na własne oczy widział, że w tym zamęcie trudno odróżnić uczciwych ludzi szukających pomocy od bandytów chętnych tylko do grabienia, odradzał swemu panu takie pomysły i zbytnią chęć niesienia pomocy. Zresztą ci uczciwsi, chcący ocalić życie, woleli uciekać poza mury miasta, bo nie wiadomo było, czy i dom Anniusza nie zostanie zajęty wkrótce przez płomienie, a wtedy cóż z takiego schronienia.

– Przeczekać, panie. Ogień kiedyś ustąpi – radził Mettiusz.

„Oby nie było za późno, bo nie będzie do czego wracać” – myślał Lucjusz, gdy słyszał rady swego najlojalniejszego sługi.

Dni mijały, a Rzym wciąż stał w ogniu, choć płomienie ustąpiły w niektórych miejscach dzięki staraniom wigilów i ludzi próbujących ocalić miasto, a czasem z powodu wypalenia całej dzielnicy. Gdy ogień nie miał już czego trawić, po prostu wygasał. Po szóstym dniu tej ogromnej tragedii, jaka spadła na stolicę Imperium, udało się opanować ogień i Rzym wreszcie przestał płonąć. Ludzie nie byli w stanie ogarnąć umysłem tego, co się wydarzyło. Trzy dzielnice zostały kompletnie zniszczone przez szalejące płomienie, a siedem – poważnie uszkodzonych. Tylko cztery dzielnice uniknęły żywiołu, który przez sześć dni panoszył się po mieście. Lucjusz Anniusz miał szczęście mieszkać w miejscu, do którego ogień nie dotarł. Był jednym z nielicznych uprzywilejowanych mieszkańców, którzy nie stracili dobytku i swego majątku i wyszli w zdrowiu z tej przerażającej tragedii, która dotknęła Rzym. Oglądał potem straty, jakie poczynił ogień. Spłonęły duma Rzymian, Wielki Cyrk, część Palatynu, Forum Boarium, Zatybrze, część Celius. Mieszkańcy mówili, że od najazdu Galów Rzymu nie dotknęło takie nieszczęście. Wprawdzie miasto nawiedzały już pożary, ale nigdy podobny do tego, nigdy bowiem żywioł nie zebrał takiego żniwa, jak w ciągu tych sześciu smutnych dni. Spłonęły setki domów wielkich patrycjuszy, senatorów, dowódców wojskowych i innych zasłużonych obywateli, tysiące insuli i budynków, w których mieszkała biedniejsza część ludności, budynki administracji publicznej, świątynie bogów i areny zmagań sportowych. Cóż to za katastrofa dla stolicy świata. Lucjusz, widząc ogrom zniszczeń, jakie poczynił ogień, niemal zapłakał i nie potrafił wydobyć głosu, gdy oglądał spalony Cyrk, na którym przed pożarem odbywały się wyścigi rydwanów, które ukochała zarówno biedniejsza, jak i bogatsza część ludu rzymskiego, czy gdy wpatrywał się smutno w spalone świątynie bogów rzymskich.

– O, bogowie, jak mogliście dopuścić do tego, by to wspaniałe miasto doznało takich krzywd, by wasze świątynie płonęły, a lud rzymski nie był w stanie ich, mimo podjętych trudów, tak długo ugasić? Oby wasz gniew, który skierowaliście na Rzym, już się skończył, bo teraz ten lud zmuszony jest odbudować to, co ogień tak ochoczo zabrał – mówił do siebie Lucjusz, gdy stał na Forum Romanum i oglądał skalę zniszczeń. Ludzie zaczęli wracać do normalnego życia. Ci, którzy stracili rodziny i przyjaciół, teraz mogli ich pochować, choć w większości odnalezienie ciał swoich bliskich było niemal niemożliwe do zrealizowania. Po pożarze pośród gruzów i zgliszczy było pełno zwęglonych trupów. Ludzie, którzy zdołali zbiec podczas pożaru z miasta, poczęli pomału wracać, ale przeważnie nie mieli do czego, bo ich domy czy insule zostały doszczętnie spalone. Ci, którzy pozostali w Rzymie podczas pożaru i ocaleli, zaczęli również podejmować próby odnalezienia się w tej nowej dla nich rzeczywistości. Rzym musiał otrząsnąć się z tragedii i powstać z kolan.

1 Członkowie straży przeciwpożarowej w starożytnym Rzymie – przyp. red.