4:44 Godzina, która nie daje spokoju. Znak? Przekleństwo? A może przeznaczenie? - Maciej M. Maślak - ebook

4:44 Godzina, która nie daje spokoju. Znak? Przekleństwo? A może przeznaczenie? ebook

Maciej M. Maślak

0,0

Opis

Są godziny, które zmieniają wszystko.

Są wspomnienia, które nie pozwalają zasnąć.

I są tajemnice, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.

 

Wiktor ma wszystko, co powinno dawać spokój – stabilne życie, własny biznes i ludzi, którym ufa. A jednak coś w nim nieustannie pęka. Tęsknota, która towarzyszy mu od dzieciństwa, powraca silniejsza niż kiedykolwiek, splatając przeszłość z teraźniejszością w sposób, którego nie potrafi już kontrolować.

Kiedy na jego drodze pojawia się propozycja, która może zmienić wszystko, stare instynkty budzą się na nowo. Świat, który zostawił za sobą, znów zaczyna go wciągać – powoli, bezlitośnie, nieodwracalnie.

 

„4:44” to poruszająca historia o miłości, stracie i wyborach, które definiują człowieka. O cienkiej granicy między światłem a mrokiem.

I o tym, że czasem jedna chwila wystarczy, by wszystko zaczęło się od nowa… albo skończyło na zawsze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 375

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wszelkie podobieństwa do osób żyjących lub zmarłych są przypadkowe i w żadnym wypadku niezamierzone.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody właściciela praw.

 

Copyright © Maciej M. Maślak, 2026

Chorzów 2026

 

Projekt okładki: Dawid Duszka

Ilustracja na okładce: © freepik.com

Redakcja: Magda Ceglarz

Korekta: ERATO

e-book: JENA

 

ISBN 978-83-68750-44-7

 

Wydawca

tel. 512 087 075

e-mail: [email protected]

www.bookedit.pl

facebook.pl/BookEditpl

instagram.com/bookedit.pl

Napisałem tę książkę, żeby coś zrozumieć.

Taki już jestem, że aby coś do mnie dotarło, muszę się o tym rozpisać.

 

 

 

 

Mojej ukochanej siostrze…

Prolog

„Przeznaczenie człowieka jest w jego własnej duszy”.

Herodot

Człowiek, przychodząc na świat, nie ma pojęcia o tym, co go w życiu czeka. Wydawać by się mogło, że jego tabula rasa jest cała do zapisania. Czy aby na pewno? A może ścieżka, jaką mamy podążać, została już dawno wyznaczona? Z jakim przeznaczeniem wkraczamy w ten świat?

Zadumę, w jaką popadłem, rozwiał silny wiatr, rysując zmarszczki na tafli jeziora oraz przenikając przez te, które upływający czas pozostawił na mej czterdziestopięcioletniej twarzy. Z nostalgią w oczach wpatrywałem się w głębię wody, próbując wyłowić najmniejszą iskrę nadziei, która przywróci mnie do życia. Ma dusza topiła się w otchłani jeziora wraz z rzuconym przeze mnie kamieniem. Usiadłem na ławce, próbując zebrać myśli. Próbując poskładać w jakiś sens wszystko to, co przez ostatnie lata działo się w moim życiu. Co topiło się w jakichś głębinach podświadomości, a co wypływało z niej na obrzeża mego świadomego istnienia? Czy ludzie, których spotkałem w swoim życiu, mieli mi coś przekazać, czegoś nauczyć? Czy mogłem im zaufać? Dużo skomplikowanych pytań, na które do dziś szukam odpowiedzi. Doświadczyłem wielu chwil, które budowały we mnie wiarę w ludzi, lecz doświadczyłem też wielu zawodów, które odzierały ze złudzeń na myśl o spotkanym aniele.

Wstałem z ławki i ruszyłem powolnym krokiem w stronę pobliskiego parkingu. Niebo zaciągnęło się ołowianymi chmurami i nieco później poczułem na skulonej w kołnierzu kurtki twarzy pierwsze zimne krople deszczu. Na jeziorze kręgi wodne rozchodziły się do linii brzegu. Przestraszony trzepotem skrzydeł kaczek przyspieszyłem. Spojrzałem w ich stronę. Te zerwały się do lotu, pofrunęły parę metrów, by schować się w trzcinach obrastających wysepkę na środku jeziora. Nim doszedłem do samochodu, deszcz zdążył rozmoczyć alejkę, zamieniając ją w błotnisty trakt. Zauważyłem, że ktoś musiał tędy iść tuż przede mną. Uciekał przed deszczem czy tak jak ja przed przeszłością?

Choć ślady wyglądały na świeże, nikogo nie zauważyłem. Gdy przeszedłem ścieżką przez niewielki gaik, spostrzegłem stojącą na parkingu obok mojego auta niewielką srebrną Toyotę gotową do odjazdu. Postać za kierownicą patrzyła w moją stronę, lecz byłem zbyt daleko, bym mógł dostrzec jej twarz. Gdy się zbliżałem, auto energicznie ruszyło z miejsca, jakby w obawie, że rozpoznam kierowcę. Poczułem dziwny niepokój. Czy ktoś za mną kroczy, wiedząc o moich tajemnicach? Trudno się idzie przez życie, niosąc tak silnie strzeżony bagaż doświadczeń. Z czasem człowiek staje się przez to niewolnikiem własnej przeszłoś­ci. I jej.

Wiemy, że kosztowało nas to wiele bólu, cierpienia i wyrzeczeń. Los jednak tak chciał i nas rozdzielił. Na jak długo? To pytanie wciąż nie daje mi spokoju. Nadal noszę je ze sobą wraz z tajemnicą, którą zdradziła mi podczas ostatniej wspólnie spędzonej nocy. Kod, o którym mi powiedziała, sprawił, że nie mogłem powstrzymać łez. Raził jak grom z jasnego nieba. Ten kod noszę w swoim sercu i wciąż czuję, jak wypala na nim świeże piętno. Tajemnica, którą skrywa ma dusza, to jej kod. To Kod A.N.

Rozdział 1

Tęsknota

„Bo człowiek to z pewnością umiejętność kochania, ale i umiejętność cierpienia zarazem. I tęsknoty”.

Antoine de Saint-Exupéry1

Kiedy byłem dzieckiem, notorycznie odczuwałem tęsknotę. Rozrywało mi duszę, gdy rodzice zostawiali mnie z opiekunką albo zawozili do babci na wieś. Gdy odjeżdżali, wisiałem uczepiony bramy, zawodząc do księżyca i prosząc go, by mnie nie opuszczali. Gdy zbliżał się dzień ich przyjazdu, wypatrywałem ich od rana, nie mogąc się doczekać objęć matki, jej czułego spojrzenia. Ojciec jednak nigdy się nie rozczulał. Tak musiało być i kropka.

To miało zbudować we mnie siłę i hart ducha. Ten już wtedy był wystawiany na próbę. Im byłem starszy i bardziej doświadczałem tęsknoty, czułem, jak mój duch powoli umiera. Nić łącząca moje dzieciństwo z dorosłym życiem to nić tęsknoty. Od dziecka znałem jej gorzki smak, więc będąc dorosłym, teoretycznie powinno mi być z tym lżej. Teoretycznie. Mimo przeżytych lat tęsknota ma większy ciężar, jakby przybierała na wadze wraz ze mną. Moje nogi często uginały się pod jej naporem, jednak zawsze udawało mi się dźwigać to, co zsyłał na mnie los. Patrząc z perspektywy czasu, ten mnie nie oszczędzał. Często zatracałem się w tym, jak może być okrutny. Od dziecka dawał mi jedną chwilę radości i dwie cierpienia. Jeden krok w przód, dwa w tył. I tak musiałem mozolnie przeć naprzód między zawiłościami przeznaczenia.

Każdy powrót po wakacjach do przedszkola był dla mnie traumą. Całymi dniami siedziałem w kącie, opłakując to, że znów zostałem porzucony. Winiłem się, myśląc, że zrobiłem coś złego i to jest moja kara. Bałem się, że tak już zostanie i nigdy więcej nie poczuję ciepła matczynej piersi, smaku domowego obiadu, magii swojego pokoju z zabawkami. Zawsze jednak po mnie wracano. Czy to na wieś, czy do przedszkola. Tęsknota zawsze miała swój kres. Tak wtedy moja psyche to zakodowała. Mimo to za każdym razem bałem się opuszczenia, samotności i bólu, które wtedy mi doskwierały.

Gdy nadeszły czasy szkolne, sam prowokowałem sytuacje, które rozbudzały we mnie te uczucia. Tęskniłem za dziewczyną, za jej spojrzeniem, które próbowałem jej skraść podczas krótkich przerw między lekcjami. To była dziwna tęsknota. Dziwna, bo nigdy nawet nie spróbowałem zagadać do obiektu swoich westchnień. To wtedy byłem zakochany pierwszy raz, niestety platonicznie. Byłem wstydliwym chłopcem. Nieśmiałość była silniejsza nawet od tęsknoty. Wolałem cierpieć, niż odważyć się podejść i zagadać.

Gdy wyjechałem na pierwszy obóz, tęsknota za domem sprawiła, że się rozchorowałem. Zaczęła wywoływać somatyczne objawy, rządzić mną na całego. Najpierw zawładnęła mą duszą, by w późniejszych latach zawładnąć też i ciałem. Kiedy dorastałem, coraz częściej uczucie tęsknoty było zwalczane przez młodzieńczy bunt. Rodzice przez cały błogi dzień byli zajęci pracą, więc ja uwagi szukałem na ulicy. Chciałem być zauważony. Rodzicom nie udało się wejść w moje pasje, a jako młody chłopak miałem ich wiele. Nasze dusze zostały w naturalny sposób rozdzielone. Moja została wygnana na bruk. Postanowiłem więc tutaj budować swą historię. Historię, którą niełatwo mi się wspomina. Jednak to tu zbudowałem swą pewność siebie i siłę. To tutaj dorastałem. Tutaj zawsze był ktoś, kto na mnie czekał. Tu za mną tęskniono. Wydawać by się mogło, że karta się odwróciła. Nic bardziej mylnego. Dałem się wciągnąć w grę, w której dano mi wygrywać przez wiele lat. Szło mi tak dobrze, że w pewnej chwili poczułem się, jakbym to ja został krupierem, że to ja rozdaję karty. Po każdej rozgrywce to ja zgarniałem żetony. Do momentu, aż pojawiła się ona.

Początek był piękny, gdy dosiadła się do mojego stołu. Gra w karty z nią była jak deser z panna cotty, jak tiramisu, jak lody waniliowe w polewie malinowej. Palce lizać. Od początku to nie była zwykła gra. Przecież staliśmy po przeciwnych stronach stołu. Ja krupier, ona wytrawny gracz. Mimo to w tej grze karty szły nam obojgu. Myślałem, że ta passa będzie trwać wiecznie. Pomagaliśmy w niej sobie nawzajem. Nie sądziłem, że można się tak w kimś zatracić. Nim ona pojawiła się w moim życiu, doświadczyłem przecież wielu miłosnych wzlotów i upadków. Nie były to jednak miłości o takiej mocy, jaką obdarzyłem ją. To była miłość, która zdarza się tylko raz w życiu. Nazywa się ją miłością prawdziwą. Wszystkie inne, jakich doświadczyłem, uczyły pokory. Nie przetrwały próby czasu, przemijały wraz z nim. Ja jednak wciąż pragnąłem kochać i być kochanym. Tęskniłem za prawdziwym uczuciem miłości, jak tym z czasów szkolnych. Tym, jakie mi dała pierwsza miłość. To ona wyznaczyła mi drogę, a ja w jej poszukiwaniu błądziłem wśród życiowych pokus.

Starałem się być czuły i szczodry, lecz to nie był do niej klucz. Zdarzało się tak, że to ja raniłem, ale i sam byłem raniony. I jedno, i drugie bolało zawsze tak samo. Nigdy nie byłem obojętny na cierpienie innych. Nie mogłem jednak poświęcić swego życia, zmuszając się do czegoś, w czym nie widziałem żadnego sensu. A dla mnie sensem życia jest miłość.

Zawsze byłem towarzyski, zawsze uśmiechnięty, lecz należałem do ludzi typu „spod ciemnej gwiazdy”. Drogę wskazywał mi księżyc. Podążałem więc za czymś, za czym pozornie podążać się nie da. Jednak ten należał do nocy, ciemnej jak tajemnice.

Tych, z racji tego, że byłem zbirem, w moim życiu nie brakowało. To pociągało płeć piękną. Ja jednak wciąż poszukiwałem tej jedynej. Romantyzm, jaki w sobie nosiłem, często był dla mnie zgubny. Miałem miękkie serce, a to było nieraz wykorzystywane. Nie, żebym czegokolwiek żałował. Chcę raczej powiedzieć, że naiwność ma swoją cenę. Przez to przechodziłem dziwne stany.

Gdyby ścisnąć moje nastroje w wąski odcinek czasu, psychiatra bez wahania zdiagnozowałby u mnie chorobę afektywną dwubiegunową. Nastroje te jednak były rozciągnięte na długie lata. Cóż, młodość rządzi się swoimi prawami, te zaś pozostawiły w mej psychice ślad. Wycofałem się z dotychczasowego stylu życia. Zniknąłem z ulicy, jak i z towarzyskiej mapy, tracąc wiarę w to, że uda mi się jeszcze doświadczyć uczucia, za którym tak tęskniłem, którego tak pragnąłem. Uczucie prawdziwej miłości. Tylko tego w życiu było mi brak. A skąd to wiem? Uśmiecham się teraz do siebie, bo zaraz przeniosę się tam, gdzie zawsze pragnąłem być. Tam, gdzie chciałbym pozostać na wieki. Tam, gdzie mogłem kochać i byłem kochany. Byłem w raju, gdzie zaznałem smaku prawdziwej miłości. Niestety, każdy raj ma swojego węża…

Po raz pierwszy zobaczyłem ją przez okno, siedząc w restauracji. Kroczyła dumnie ulicą, a jej chód mówił o niej wiele. Powolne, długie kroki, wyprostowana sylwetka z podbródkiem uniesionym wysoko i wzrokiem wbitym wprost przed siebie budowały aurę pewności i niedostępności. Nie wiem czemu w tym momencie zawstydziłem się i przypomniała mi się dziewczyna, do której czułem platoniczną miłość. Jej niemalże białe, gładko uczesane i spięte w kok włosy lśniły w blasku wiosennego słońca. Była ubrana w jasną garsonkę i buty na cienkim, wysokim obcasie, pod pachą zaś tak mocno trzymała czarną aktówkę, jakby strzegła w niej tajemnic wagi państwowej. Wtedy była mi obcą osobą. Wodziłem za nią wzrokiem, licząc na to, że uda nam się skrzyżować spojrzenia. Pomimo tego, że się to nie udało, poczułem, jak po mym ciele rozchodzi się ciepły impuls. Gdy wróciłem do domu, nie mogłem przestać o niej myśleć. Krzątałem się po pokojach, próbując znaleźć sobie jakieś miejsce. Z tego dziwnego stanu wyrwał mnie dopiero dźwięk dzwoniącego telefonu. Gdy spojrzałem na ekran, w sekundzie wróciłem do rzeczywistości.

– Cześć, tata.

Usłyszałem radosny głos mojej dziesięcioletniej córki.

– No, cześć, skarbie, fajnie cię słyszeć. Co tam u ciebie? – spytałem zatroskany.

– Fajnie. Dziś mieliśmy test z matmy.

– I jak ci poszło? – zagaiłem zaciekawiony, choć o odpowiedź byłem dziwnie spokojny.

– Siedemdziesiąt na sto punktów dostałam – odpowiedziała dumna z siebie, a ja poczułem, jak i mnie wypełnia duma.

– Super. Gratuluję ci. Widzisz, jednak ta matma nie taki diabeł straszny, co?

– Nooo… Bo wiesz, to dzięki tym korkom polubiłam ją.

Słyszałem, jak radość wylewa się z niej z każdym słowem.

– Fajnie, że mama tak o ciebie tam dba. Jednak to był dobry pomysł.

– Też tak myślę – potwierdziła moją uwagę, a ja kontynuowałem:

– A co u niej? Też pewnie dumna z ciebie tak jak i ja?

– A dobrze, siedzi obok mnie i się śmieje. A teraz jedziemy do stajni. W weekend mam zawody, więc chcę się dobrze przygotować i takie tam, wiesz – zaszczebiotała do słuchawki, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech.

– Super. Cieszę się, że dajesz tam sobie tak świetnie radę. Wiesz, że ci kibicuję i trzymam mocno kciuki za ciebie.

– Tak, wiem. Dzięki. Muszę kończyć, bo zaraz będziemy. Kocham cię, dad. Buziaki.

– Ja też cię kocham i tęsknię. Pa.

– Pa.

Pożegnała się radosnym tonem, a ja odłożyłem telefon na stolik i spojrzałem na stojące w ramce zdjęcie Ilii. Nasza droga też się stała kręta, a tęsknota rozwinęła swą nić. Gdy rozstałem się z żoną, trochę czasu musiało upłynąć, aż więź z Ilią została odbudowana na nowo. Czasu jednak nie cofnę i czuję, że coś uleciało bezpowrotnie. Jakaś zadra została. Tęsknota boli, ta za własnym dzieckiem szczególnie. To inny rodzaj tęsknoty od tych wszystkich, które przeżyłem do tej pory. Więź, którą z nią czuję, jest tak silna, że mógłbym za jej pomocą przenosić góry. Ta miłość jest bezwarunkowa. Dziś nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak by miało jej nie być w moim życiu. Ilia, jej imię rozświetla mą duszę. Jedyny cień, jaki na nią pada, to ten, że Ilii nie ma blisko mnie. Żyje na Wyspach, tam, gdzie wyemigrowała razem ze swoją mamą. To tam się uczy, tam ma swoich przyjaciół, pasję. Tam jest jej życie. Z początku ciężko mi było się z taką sytuacją pogodzić, jednak dziś wiem, że dla niej to była słuszna decyzja. Ważne, by tam czuła się szczęśliwa. Nawet kosztem tęsknoty. Tęsknoty, która rozciągnęła swą nić na tysiące kilometrów, ale i dziesiątki lat. Od mojego dzieciństwa do dzieciństwa mojej córki. Czy życie zatacza koło? Czy krąg moich traum, gdy byłem dzieckiem, dotyka teraz moją córkę? Dostrzegam wyraźnie ten problem i walczę z nim. Ten, jak dziedzictwo, rozrasta się na kolejne pokolenia. Dotknąłem opuszkami palców jej zdjęcia. Uśmiechnąłem się mimowolnie i zacząłem zbierać się do wyjścia. Wyjrzałem przez okno. Paweł już na mnie czekał w samochodzie pod moim blokiem, punktualny jak zawsze. Przyjaciółmi byliśmy od dzieciństwa i nigdy się na nim nie zawiodłem. Znaliśmy się jak łyse konie. Włożyłem białe trampki, kurtkę i wyszedłem z domu. Choć była połowa kwietnia, wieczory były jeszcze chłodne.

– Siemano – przywitałem się, siadając na miejscu pasażera.

Paweł, gładząc się po świeżo ogolonej twarzy, zaraz odpowiedział:

– No, siemanko, bratku. Czekam i czekam, a ciebie jak nie ma, tak nie ma. Co cię tak opóźniło?

Rozpiął zapiętą pod samą brodę bluzę i nie czekając na odpowiedź, ruszył powoli osiedlową alejką. Gdy zapinałem pas bezpieczeństwa, wyjaśniłem mu, co zaszło.

– Przepraszam, z Ilią się zagadałem.

Ten widząc, co mnie trapi, wygładził zaczesane do tyłu kruczoczarne włosy i spoglądając na mnie spod gęstych brwi, zapytał bez ogródek:

– A kiedy się macie widzieć?

– Może na majówkę przylecą… – rzuciłem krótko, patrząc, jak ten włącza się do ruchu.

– To przecież lada dzień! Czym tu się martwić? – skwitował radosnym tonem, uśmiechając się szczerze.

– Dobra, powiedz lepiej, jak nastawienie przed rozmową? – przeskoczyłem na sprawy bieżące, które nie dawały nam w firmie spokoju.

– Jak to: jakie? Bojowe. Mamy oprócz tego jeszcze trochę spraw, więc dziś musisz nastawić się na nocny maraton. Specjalnie naładowałem całe baterie.

Zaśmiał się, bo wiedział, że mój dobowy tryb kończył swój żywot przed dwudziestą drugą.

– Czyli muszę wrzucić bieg sprzed piętnastu lat, kiedy to noc prowadziła mnie swym szlakiem. A tak nawiasem mówiąc, zmień to Audi na spalinowe. Non stop masz problem z tym ładowaniem. Po co ci ten elektryk?

Patrzyłem na niego z politowaniem, bo wciąż słyszałem, jak auto spowalnia jego pracę. Szczególnie, gdy musi jechać w trasę.

– Bratku, bo eco, bo cichy, tani w utrzymaniu i się łatwo serwisuje – wymienił wszystkie zalety przechylające szalę wagi na korzyść aut elektrycznych. Po czym już na poważnie zapytał: – A ty jak? Adrenalina skoczyła? Dawno nie jechaliśmy rozwiązywać takiego problemu.

– Trochę tak, nie powiem, wspomnienia wracają. Choć szczerze, niespecjalnie chciałbym powrotu do tamtych lat. Dobrze mi ze spokojną duszą. I tak męczą mnie inne problemy, nowe mi niepotrzebne.

Stwierdziłem fakt, gdyż problem, jaki nam wyskoczył, był niczym powrót do przeszłości. Wieczorna atmosfera też podbijała stawkę. Nocne życie było tym, co kochałem. Tym żyłem. Kiedy zapadał zmrok, budził się we mnie duch wilka. Wyłem do księżyca, podążając za jego blaskiem. To on prowadził mnie nocą. Wystarczyło nie spuszczać z niego wzroku. Dziś wilk znów wybudzał się wraz ze zbliżającym się celem. Kiedy przyjechaliśmy pod wskazany adres, Paweł nie krył swoich nerwów. Wciąż przecierał mokre od potu dłonie o wierzchnią część ud, a ja znów musiałem być tym, który poskramia jego wybuchowy temperament. Nie znałem nikogo, kto miałby tak krótki lont jak on.

– Paweł, proszę cię, bądź tam spokojny.

Ten popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem i wyjął spod fotela kierowcy Berettę. Przeładował ją i wsunął za pasek spodni, zakrywając bluzą.

– Dobra, nie musisz prawić tych swoich kazań. Dawaj, idziemy. Wiem, co mam robić.

Wyszliśmy z auta i idąc powolnym krokiem wzdłuż betonowego muru otaczającego posesję, do której zmierzaliśmy, zatrzymaliśmy się przy bramie obitej grubą, czerwoną blachą. Teren wokół był dobrze oświetlony, a każdego ruchu strzegły liczne kamery. Przycisk dzwonka umieszczony przy furtce podświetlony był na zielono, jakby przełamując groźnie wyglądającą resztę.

Zadzwoniliśmy tylko raz, by usłyszeć po chwili brzęk otwierający furtkę. Nikt nie musiał pytać, kto nadchodzi, gdyż zdradzało nas oko kamery umieszczone tuż nad dzwonkiem. Weszliśmy na teren, który był dla nas zupełnie nieznany. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka, ale gotowi byliśmy na najgorsze. Wolnym krokiem przeszliśmy mały dziedziniec, mijając fontannę w kształcie nagiego popiersia kobiety bez głowy. Dziwne poczucie piękna, ale z gustami się nie dyskutuje. Woda tryskała, zalewając ciszę, jaka panowała wokół. Idąc ścieżką wyznaczoną z granitowej kostki, zbliżyliśmy się do drzwi okazałej willi, której progu strzegł rosły ochroniarz o kamiennym wyrazie twarzy. Jego powagę podkreślał czarny garnitur, pod którym jego kark upinał czarny stylowy golf. Widząc go, spojrzeliśmy tylko z Pawłem na siebie, dając skinieniem głowy znak, że wchodzimy po to, po co tutaj przyszliśmy, nie zważając na przeszkody. Lata na ulicy sprawiły, że w takich sytuacjach czuliśmy się pewni. Do tego mogliśmy sobie ufać, a to dawało ogromne poczucie bezpieczeństwa. Weszliśmy do jaskini lwa, przyszliśmy odebrać coś, co uważaliśmy, że powinno należeć do nas. Czuliśmy, że ktoś próbuje nas oszukać, a my tego bardzo nie lubimy. Nastały dziwne czasy. Każdy próbuje orżnąć każdego na parę groszy, zamiast zarabiać spokojnie małą łyżką bez fajerwerków, bez zwracania na siebie uwagi, bez puszczania bąków na mieście. Ochroniarz wprowadził nas do salonu, w którym włączony telewizor wielki na pół ściany przykuwał uwagę, lecz głos był wyłączony.

Nagle duży, kryształowy żyrandol rozświetlił stół, nad którym wisiał, a my usłyszeliśmy szorstki głos z obróconego do nas tyłem fotela.

– Witajcie, panowie.

Spojrzeliśmy w tamtą stronę, widząc unoszący się znad fotela siwy dym palonego cygara. Na stole stała szklanka, na dnie której pozostało odrobinę whisky. Obok stała karafka z trunkiem i kryształowa popielnica. Naszych pleców wciąż strzegł rosły ochroniarz. Wymieniliśmy z Pawłem spojrzenia i czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Mężczyzna na fotelu głośno zakasłał, jakby miał się zaraz udusić, a po chwili okręcił się z fotelem w naszą stronę, mówiąc tonem dobrego wujaszka.

– Panowie, powiedziałem: witajcie. Kultura podpowiada mi, by gości powitać, ale goście coś chyba na bakier z kulturą. – Wbił delikatną szpileczkę i mrużąc swoje małe, czarne, przebiegłe oczka, pyknął cygaro, po czym odłożył je do popielnicy. Pochylił się do stołu i zwrócił do swojego ochroniarza: – Przynieś panom dwie szklanki i dwa cygara. – Po czym zaraz zwrócił się do nas: – Oczywiście poczęstujcie się, panowie, dla rozluźnienia atmosfery, bo wyczuwam jakieś dziwne napięcie z panów strony. Zupełnie niepotrzebne.

Splótł dłonie przed sobą, bacznie się nam przyglądając, i niby dobrotliwym tonem uspokajał atmosferę.

– Nie pijemy i nie palimy. Poprosimy tylko wodę i przejdźmy do konkretów.

Paweł nie lubił zbędnego nawijania makaronu na uszy.

– Spokojnie, panowie. Usiądźcie przynajmniej. Gdzie wam tak śpieszno?

Wskazał na krzesełka stojące przy stole. Odsunęliśmy je i usiedliśmy według zaproszenia. Mężczyzna odpiął dwa górne guziki u białej koszuli, odsłaniając wiszący na szyi złoty łańcuszek z medalionem Matki Boskiej Fatimskiej. Nabrał głęboko powietrza i znów nieprzyjemnie zakasłał, jakby miał zaraz zejść z tego świata. Purpura, jaka pojawiła się na jego twarzy, nie odstraszyła go od sięgnięcia po cygaro i puszczenia dymka. Ponownie rozsiadł się w fotelu, a ochroniarz postawił przed nami dwie szklanki i karafkę z wodą, zgodnie z tym, co usłyszał od nas, nalał do szkła, po czym się oddalił, a na znak mężczyzny w fotelu zamknął drzwi z drugiej strony, zostawiając naszą trójkę samym sobie.

– Dobrze, słucham panowie, skoro tak wam się spieszy – zmienił ton na bardziej oficjalny i dał nam mówić.

– Miło nam pana poznać, panie Ryszardzie. Szkoda, że w tak dziwnych okolicznościach. Do tej pory rozmawialiśmy tylko telefonicznie, gdyż nasza współpraca układała się pomyślnie, więc nie było potrzeby spotkania. Jednak sytuacja, która się zdarzyła, zmusiła nas do takiej reakcji – powiedziałem spokojnym tonem, wpatrując się w skupioną, okrągłą twarz Ryszarda Steca. Ten zaś, analizując każde moje słowo, złączył palce swych dłoni i zaczął kręcić młynka splecionymi uprzednio palcami.

– A co takiego się stało? Bylibyście panowie skorzy mnie oświecić?

Ściągnął brwi i głośno zakasłał, zasłaniając usta dłonią. Gdy wrócił do poprzedniej pozycji, Paweł wyjaśnił problem.

– Ostatni transport, jaki do nas dotarł, był wybrakowany. To się nigdy nie zdarzyło – powiedział i sięg­nął po wodę.

Zaskoczył mnie spokojny ton jego wypowiedzi. Nim mój kompan odstawił szklankę, usłyszeliśmy pytanie:

– Co to znaczy, że był wybrakowany?

– Paliwo nie było dobrej jakości. Miało złą barwę i zupełnie nie trzymało norm. – Tym razem to ja odpowiedziałem zgodnie z tym, co zaszło.

Ryszard Stec sięgnął po szklaneczkę z resztką whisky i rozsiadł się w fotelu. Zwilżył usta alkoholem, po czym unosząc wzrok znad szkła, zapytał.

– Ile tego było?

– Trzy sztuki – odpowiedział Paweł bez zasta­nowienia.

– Czego oczekujecie?

Stec zadał nam to pytanie i obrócił się do nas tyłem w swoim fotelu, czekając na odpowiedź.

– Albo zwrotu kasy, albo czystego towaru. Chcemy pracować, nie potrzebujemy takich nieporozumień – odpowiedziałem zgodnie z filozofią, jaką obraliśmy z Pawłem w chwili założenia naszej spółki.

Mężczyzna odchrząknął głośno. Obrócił się z powrotem w naszą stronę i odstawiając pustą szklankę na stół, rzekł:

– Ja też chcę pracować, nie potrzebuję swady. Wiem doskonale, kim panowie jesteście. I muszę wam powiedzieć, że macie jaja. Pokazaliście to, przychodząc tutaj. – Pochylił się do stołu i kontynuował: – Wiecie, że gdybym tylko chciał, to byście stąd nie wyszli. Ślad by po was zaginął, obraz wymazał, a zapach rozwiał się po świecie. Weszliście do mnie jednak jak goście, zaprosiłem was do siebie, a wy nawet nie umieliście odpowiedzieć na moje powitanie. Panowie… – Przerwał na chwilę, rozłożył ręce na boki spoglądając na nas litościwie.

Zerknąłem na Pawła, ten czerwieniał ze złości.

– Ja też chcę pracować, ale w miłej atmosferze – kontynuował tonem dobrego wujaszka, kładąc dłonie na stole. – Po co te fochy i dąsy? Po co te pokazy siły, niepotrzebne nam to jest zupełnie. To nie lata dziewięćdziesiąte, gdzie kasę zabierało się kijem baseballowym. Dziś pieniądz lubi spokój. Nie obruszajcie się tak na te trzy bąki, które do was dotarły. Powiem wam prawdę.

Sięgnął po cygaro i znów rozsiadł się w swoim fotelu. Cmoknął dymka i wypuścił go wprost na nas. Widziałem, że dla Pawła było to już zbyt wiele, choć dzielnie się trzymał. Ręką rozgonił kłęb dymu, który wparował w nas niczym chmura złych wieści i sieknął podniesionym tonem.

– Jaką znowu prawdę?

– Ale spokojnie, chłopcze.

Stec uniósł prawą dłoń z cygarem między palcami w geście pojednania, lecz dla Pawła to już była granica nie do wytrzymania. Stanął oparty o stół i pochylony w stronę gospodarza i wycedził, nie szczędząc cierpkich słów:

– Nie mów do mnie: chłopcze. Nie podoba mi się w ogóle ta gadka. Naoglądałeś się Ojca Chrzestnego i zgrywasz nam tutaj śląskiego Don Corleone?

W tym momencie złapałem go za rękę, szepcząc, by się uspokoił. Ten złowrogo spojrzał na mnie z ukosa, lecz posłuchał i usiadł na swoim krześle. Cisza, jaka zapanowała w salonie, swą niezręcznością rozbroiłaby wszystkie militarne magazyny cierpliwości. Stec jednak spokojnie odłożył cygaro i z podziwem patrząc na Pawła, zaczął mu bić brawo. Wstał z fotela i podszedł, wyciągając do niego dłoń. Paweł na ten widok osłupiał. Spojrzał wymownie na mnie, po czym wlepił wzrok w trzymaną przed nim rękę pana Ryszarda.

– No, uściśnij, nie bój się – zachęcał Pawła, stojąc metr przed nim, po czym dodał: – Wyrazy uznania, młody człowieku. Właśnie zdobyłeś mój szacunek. Pracować z kimś takim to dziś dla mnie zaszczyt, choć w interesach warto być bardziej powściągliwym. Tutaj twój kompan wykazuje się większą cierpliwością. – Przerwał, by spojrzeć na mnie i zaraz dokończyć swój wywód: – Stanowicie zgrany duet. Podoba mi się. No, uściśnij to z szacunku, ja mówię poważnie.

Znów zachęcił Pawła i ten w końcu podał mu swą dłoń. Po chwili, gdy patrzyli sobie prosto w oczy, gospodarz skierował dłoń w moją stronę, a ja wstałem i odwzajemniłem ten gest.

– Panowie, jak długo ze sobą pracujemy?

Stec wrócił na swoje miejsce, lecz nie usiadł, a stanął, podpierając się rękoma o stół i czekając na odpowiedź.

– Prawie rok – odparłem bez namysłu, siadając wraz z Pawłem na swoich miejscach.

– Do tej pory wszystko przebiegało zgodnie z ustaleniami? – zapytał pewnym tonem, łypiąc to na mnie, to na Pawła małymi oczkami.

– Jak najbardziej – odpowiedziałem.

I nagle Stec oznajmił coś, co nami wstrząsnęło.

– Ten incydent, który was do mnie sprowadził, był celowy.

– Co, kurwa?! – Paweł znowu wyskoczył w górę, krzywiąc się ze zdziwienia.

Stojąc spoglądał to na mnie, to na gospodarza, nie wierząc w usłyszane słowa. Ja czekałem na dalsze wyjaśnienia.

– Tak, tak spokojnie.

Ryszard, unosząc dłonie, skinął, abyśmy mu pozwolili mówić dalej. Paweł, kręcąc głową z niedowierzaniem, dał za wygraną i usiadł z powrotem, a głos zabrał ten pierwszy.

– Panowie, mam sześćdziesiąt lat. Znam się na ludziach. To cecha, której wielu mi zazdrości. W biznesie jestem od czasu komuny, różni ludzie się wokół mnie kręcili, a i różnego rodzaju służby chciały się do mnie dobrać. Jak widzicie, wciąż radzę sobie świetnie. Swoje imperium budowałem latami. Jest niewyobrażalnie potężne.

Gospodarz zaczął przechadzać się po salonie z rękami splecionymi za plecami, a my słuchaliśmy już w skupieniu.

– Współpracuję z firmami na całym świecie. Szanują mnie ważni ludzie, ale są i tacy, którzy chętnie by mnie wykończyli. Całe szczęście mam swoje wtyki wszędzie. – Zamyślił się chwilę, nie patrząc w naszą stronę i dodał: – No, prawie wszędzie. Co nie zmienia faktu, że swoich ludzi mam tam, gdzie wasza wyobraźnia nie sięga. I ja nie muszę się bawić w ojca chrzestnego, szanowny panie. – Spojrzał na Pawła pobłażliwie, przywołując jego słowa, po czym wrócił do swojego wywodu, krocząc powoli po salonie ze wzrokiem wbitym w podłogę. – Nie muszę się porównywać do nikogo. Ja to ja, mam swoją dumę, swój honor i wypracowaną latami renomę i szacunek. Moja firma na rynku jest znana. Dla mojej firmy pracę wykonują różne firmy. W nich pracują ludzie, którzy robią dla mnie różne zlecenia. Ale tych ludzi mami tylko kasa. To ona jest dla nich kierunkiem, skąd wieje wiatr. Muszę ich przez to karmić i trzymać krótko na smyczy, bo inaczej pogryzą się między sobą. Was obserwuję od dłuższego czasu. Wiem o was więcej, niż myślicie. Pozwoliłem wam wejść do mnie jak prawdziwym gościom. Nikt was nie sprawdził, choć jestem pewien, że macie tutaj ze sobą broń.

Kątem oka widziałem, jak Paweł wierci się na krześle.

– Wiem też na pewno, że nie macie przy sobie telefonów ani innych dziwnych gadżetów. To wasze nawyki z dawnych lat.

Spojrzeliśmy z Pawłem na siebie, gdyż to, co mówił ten człowiek, zgadzało się co do joty. A on nie zważając na nasze reakcje, dalej przechadzał się po salonie i mówił.

– Wierzę w was i chciałbym, abyście i wy uwierzyli mnie. Nikt tutaj nie wchodzi tak, jak weszliście wy. Zostaliście namaszczeni. Podoba mi się to, że nie roztrząsacie problemów na mieście, tylko uderzacie w samo sedno. Cóż mogę wam więcej powiedzieć. Podobacie mi się, panowie.

Na chwilę zatrzymał się i spojrzał w naszą stronę, by podkreślić wagę swoich słów.

– Żeby nie przedłużać waszej niepewności. Jutro wyślę wam cztery auta dobrego towaru. Jedno auto jest gratis w ramach wyrównania niepotrzebnych nerwów za ten incydent, bo widziałem, że was uraził. Przyjmijcie moje przeprosiny.

Zamilkł, z gracją pochylając głowę w naszą stronę. Wszystkie jego ruchy były wystudiowane, aż do przesady, ale słychać było w jego głosie szczerość. Tak przynajmniej czułem ja. Zaciekawiła mnie jego przemowa, Paweł zaś wpatrywał się w niego, marszcząc brwi, choć wiedziałem, że się trochę uspokoił.

– Cały ten mój zabieg był celowy. Wybaczcie. Czułem jednak, że po tym będziecie chcieli się ze mną zobaczyć. Cieszę się, że do tego spotkania doszło w taki sposób, bo to tylko potwierdziło mi, jacy jesteście. Nie miejcie mi tego za złe, ale taki już jestem. Lubię mieć co do ludzi pewność, zanim podejmę jakieś kroki. Panowie, a to wszystko po to, bo chcę wam coś zaproponować. Czy mogę?

Zatrzymał się, opierając jedną ręką o stół, drugą zaś wsunął do kieszeni spodni. Obaj skinęliśmy głowami, a ten nie zmieniając obranej pozycji, ciągnął temat.

– A więc posłuchajcie. Potrzebuję takich ludzi jak wy do pracy. Nie takiej jak do tej pory, ale do naprawdę poważnych biznesów. Nie będę was dziś wtajemniczał w szczegóły, bo zajęłoby to zbyt dużo czasu, a już jest późno, ale chcę, abyście się zastanowili. Poważna współpraca, wielkie pieniądze, ale i duża odpowiedzialność. Macie czas do jutra do godziny osiemnastej. Jeśli się zjawicie tutaj punktualnie, przejdę do rzeczy. Decyzję pozostawiam wam.

Gdy skończył, obszedł stół, wyciągnął ponownie swą dłoń w naszą stronę i uścisnął kolejno nasze. Obaj z Pawłem przyjęliśmy do wiadomości zaproszenie i w milczeniu opuściliśmy salon, a w końcu i całą fortecę. Gdy wsiedliśmy do auta, popatrzyliśmy sobie prosto w oczy i wybuchliśmy takim śmiechem, jakbyśmy się najarali najlepszego towaru w mieście. Już teraz wiedzieliśmy, że jutro o godzinie osiemnastej będziemy w tym miejscu, z którego właśnie odjeżdżaliśmy. Załatwiliśmy wszystkie sprawy, jakie Paweł zaplanował na nocną eskapadę i przed pierwszą w nocy byliśmy pod moim blokiem. Noc była bezchmurna, księżyc rozjaśniał czarne niebo, ale też rozbudzał we mnie starego wilka.

– Wejdziesz? – zaproponowałem.

Paweł spojrzał na zegarek i zdziwionym tonem odpowiedział.

– Jak nie zaśniesz, wchodząc po schodach, to z chęcią napiję się czegoś ciepłego.

Wysiedliśmy z auta i powoli wdrapaliśmy się na drugie piętro, tak by nie narobić zbyt dużego hałasu. Wchodząc do mieszkania, ten od razu usiadł na miękkiej sofie, która zajmowała centralne miejsce w salonie. Ja poszedłem do kuchni, która była z nim połączona, i przygotowałem nam ciepłej herbaty. Zapach świeżo krojonej cytryny orzeźwiał moje zmęczone myśli. Położywszy kubki na stoliku, usiadłem obok przyjaciela i popatrzyłem na zdjęcie Ilii, stojące na półce obok.

– Tęsknisz? – spytał Paweł ściszonym głosem, sięgając po herbatę.

– Jak cholera. Dlaczego życie musi być tak skomplikowane?

Spojrzałem na niego. On też miał spory bagaż doświadczeń za sobą. Byliśmy w podobnym wieku i życie nas nie rozpieszczało, jednak wspólnymi siłami dawaliśmy radę. Kiedyś hardcore’owo, po bandzie, budując na ulicy swą potęgę, lecz ponad dziesięć lat temu usunęliśmy się w cień. Otworzyliśmy spółkę handlującą paliwami Gold Oil i małymi kroczkami ją rozwijaliśmy, tak, by móc z niej żyć na wystarczająco dobrym poziomie. Zatrudnialiśmy siedemnaście osób. Mieliśmy swoją bazę i kilka długoterminowych kontraktów, które zapewniały spokój. Około roku temu dostaliśmy możliwość współpracy z Green Power. To była firma Ryszarda Steca vel Gruby, która w naszym regionie uchodziła za potentata paliwowego. Podpisanie kontraktu z nim było dla nas wybawieniem. Otrzymaliśmy od niego ofertę, która ustabilizowała naszą pozycję na rynku. Długo staraliśmy się do nich dostać. Nie było to łatwe, jednak dzięki starym znajomościom polecono nas i tak nasza współpraca wyglądała do dziś. Nie wiedzieliśmy, co ona przyniesie. Bo coś znów zaczęło się dziać, zmieniać, a to nie zawsze wychodzi na dobre. Popijając herbatę, rozmawialiśmy o tym, co to może oznaczać w naszym życiu.

– Co myślisz o Grubym? – zapytał Paweł.

– Jestem ciekaw tego, co nam jutro zaproponuje – odpowiedziałem zgodnie z tym, co czułem, dmuchając w gorący napój w kubku.

– Wiktor, a jak myślisz, czy to dla nas nie za ostra jazda? – pytał dalej Paweł, mrużąc oczy, jakby coś nie dawało mu spokoju.

– Nie wiem tak do końca, co myśleć. Zawsze graliśmy ostro, ale jak mam być szczery, to cenię sobie spokój, jaki wypracowaliśmy w Goldzie. Niczego nam w sumie nie brakuje, jeśli chodzi o życie zawodowe. Kasa się zgadza, spływa regularnie. Nie trzeba się nigdzie wyświetlać, choć pamiętasz, że początki wcale nie były łatwe – podsumowałem swój wywód, siorbiąc z kubka gorący napój.

Paweł wysłuchał mnie w milczeniu, po czym, widząc, że skończyłem, podkulił jedną nogę pod siebie i powiedział:

– No właśnie. To po co nam to? Odnoszę wrażenie, że ładujemy się w jakąś gierkę Grubego, który nami rozgrywa jakąś partię. Nie ufam mu, bratku. Mam jakieś dziwne przeczucia. Niby pracujemy już trochę razem, ale zastanawia mnie, po co urządza jakieś podchody z lewym towarem, aby nas do siebie ściągnąć, zamiast normalnie zaprosić i po ludzku pogadać. Ta cała akcja i to, co dziś tam nam powiedział, to brzmi, jakby chciał nas wciągnąć w jakiś dziwny układ, z którego ciężko nam będzie w razie czego wyjść.

Uwagi, jakie wypowiedział z przejęciem w głosie, rezonowały na tyle silnie, że zacząłem się sam głębiej nad tym zastanawiać. Nie do końca jednak podzielałem zdanie przyjaciela.

– Jest w tym sporo racji. Ale ja czuję, Paweł, że w tej jego propozycji jest coś, co do mnie przemawia. Spójrz, sam zwrócił nam uwagę na swój wiek. Ma sześćdziesiąt lat. Mnie się wydaje, że on nas potrzebuje, że nie daje już sam rady tego dźwigać. Sam mówił, że wokół ma same skąpe mordy. Jak to mówił, ja odniosłem wrażenie, że chce nam dać do zrozumienia, że nie ma wokół siebie nikogo, komu mógłby zaufać…

– I my mielibyśmy być dla niego niby tymi, którym może zaufać? Niby taka jego nadzieja? – przerwał mi Paweł, wtrącając nonszalanckim tonem to, co sam na serio chciałem mu powiedzieć.

Gdy skinąłem na jego słowa głową, ten wywrócił oczami na znak niedowierzania. Po czym gorzko mnie skwitował:

– Ale ty masz naiwne myślenie…

Od razu wszedłem mu w słowo, zanim ten rozkręcił się na dobre.

– A co nam szkodzi pójść tam jutro i go wysłuchać?

– Nie, no… To, że tam pójdziemy, to jest, bratku, pewniak. Tylko proszę cię, uważaj na każde jego słowo. Nie chcę, abyśmy w coś wdepnęli.

Paweł z rozwagą podchodził do jutrzejszego spotkania i gdy już wyraził to, co chciał, zgrabnie zmienił temat.

– Ty, bratku, a jak tam ta pani stomatolog? Nic nie opowiadasz. Jak było na randce?

– Nic specjalnego – rzuciłem krótko, lecz ten zaczął ciągnąć mnie za język, uśmiechając się pod nosem.

– Jakoś ci nie wierzę. Widziałem, jak o niej mówiłeś po wizycie w jej gabinecie.

Czując napór, wywróciłem oczami. Dałem za wygraną.

– A, zjedliśmy kolację, bez szczególnej historii. Jakoś dziwnie mi się z nią gadało. Coś mi w niej nie pasowało. Wiesz, o czym mówię, nie? To się czuje. Tak poza tym, to jakoś mi ciężko gdzieś ulokować uczucia. Jestem po czterdzieste i mam wrażenie, że z wiekiem jest coraz trudniej. Sam nie wiem, czego oczekuję. Dla mnie kobieta musi mieć to coś. Muszę czuć charyzmę, charakterek, który będzie jakąś siłą oporu. A te wszystkie babki, które ostatnimi czasy pojawiały się w moim życiu, były jakieś bez wyrazu. Jakby brakowało im konturu. Wiesz, co mam na myśli? – wyjaśniłem swój punkt widzenia, a ten parsknął śmiechem, oblewając się herbatą. – Nie poparzyłeś się? – spytałem, widząc, jak podskoczył.

– Nie, całe szczęście już trochę ostygła – odpowiedział i usiadł z powrotem, przecierając rękami mokre plamy na spodniach. – Ty, to ja już nie wiem, kogo ty potrzebujesz w swoim życiu.

– Paweł, prawdziwej miłości, jeśli taka jest mi pisana, ona pojawi się w najmniej spodziewanym momencie – odpowiedziałem staroświecką prawdą, a ten na te słowa skinął głową.

– Też prawda. Tego ci życzę, bratku.

Dopiliśmy herbaty i pożegnaliśmy się uściskiem dłoni. Zamknąłem za nim drzwi, a sam popadłem w zadumę nad swoim życiem. Myślałem o kobietach, które się w nim pojawiały. Zastanawiałem się, czego sam oczekuję. Czy w ogóle czegoś oczekuję? To dobre pytanie. Rozebrałem się, wziąłem prysznic, umyłem zęby i położyłem się w sypialni. Patrząc w kalendarz, znów ogarnęło mnie uczucie tęsknoty. To za Ilią, to za miłością, której mi w życiu brakowało, to za domem, w którym chciałbym odnaleźć spokój i spełnienie. Wydawało mi się kiedyś, że to wszystko już mam. Może faktycznie i miałem. Los jednak sprawił, że było to zbyt kruche, bym dziś mógł się tym cieszyć. Człowiek w życiu stawiany jest przed wyborami, lecz decyzje, jakie podejmuje, nie zawsze okazują się dobre. Często bywają niezgodne z oczekiwaniami innych, co jest powodem ciężkich tarć, a nieraz pęknięć, których nie da się już posklejać. Życie jednak płynie dalej i za swoje błędne decyzje można szczerze żałować i wyciągnąć z nich wnioski, a cudze uszanować i się z nimi pogodzić. Koka, moja kotka rasy brytyjskiej, wskoczyła na łóżko i zwinęła się w kłębek obok mnie. Pogłaskałem ją za uchem, a ta odpowiedziała wewnętrznym mruczeniem. Zgasiłem światło i obróciłem się na bok. Nie mogłem doczekać się spotkania z córką.

***

Rano po przebudzeniu spojrzałem za okno. Słońce nieśmiało wyglądało zza dachów czerwonych familoków. Zrobiłem kilka pompek i brzuszków. Wziąłem prysznic, po czym zjadłem śniadanie. Miałem jeszcze troszkę czasu, więc nastawiłem w ekspresie małą czarną. Z filiżanką w ręku usiadłem na sofie, czekając, aż Paweł zjawi się u mnie i podwiezie mnie do serwisu, bym odebrał swoje auto. Rozmyślałem nad tematem, który dręczył mnie latami. Chodziło o wiarę w ludzi. Tylu ich w życiu już mnie zawiodło, a jednak wciąż starałem się doszukiwać w nich dobrych cech. Paweł często powtarzał, że jestem zbyt naiwny, że ludzie mnie wykorzystują. Może coś w tym jest, jednak ja patrzę na to z zupełnie innej strony. Noszę w sobie na tyle dużo dobra, że nie zaszkodzi się nim podzielić, choć faktycznie czasami to bywa bolesne. Może w wielu kwestiach jestem zbyt mało asertywny. Może… Najważniejsze jednak dla mnie zawsze było to, bym sam przed sobą czuł się w porządku, bym postępował zgodnie z własnym sumieniem.

Dzwonek do drzwi przegonił przemyślenia. Odłożyłem filiżankę z kawą na stolik, wstałem i poszedłem je otworzyć. Zobaczyłem stojącą na korytarzu, mieszkającą naprzeciwko mnie, starszą, niewidomą sąsiadkę.

– Dzień dobry, pani Eleonoro – powitałem ją, nim ta zdążyła coś powiedzieć.

– Witaj, Wiktorku. Już się bałam, że o mnie zapomniałeś i już poszedłeś – tłumaczyła swoje poranne najście.

– Niepotrzebnie, pani Eleonoro. Nigdy o pani nie zapominam. Proszę się o to nie martwić. A co pani potrzebuje? Może pani wejdzie, zrobię dobrej kawy? – zaproponowałem, a ta uśmiechnęła się czule i wyciągnęła rękę przed siebie, by pogłaskać mnie po twarzy, jak miała to w zwyczaju. Ująłem jej dłoń i ucałowałem.

– Nie, Wiktorze, nie będę ci zajmowała czasu. Chciałam cię tylko prosić o kupno chlebka, masełka i serek. Wiesz, ten, który lubię najbardziej.

– Pamiętam, pamiętam. Jak będę wracał z pracy, zajrzę do pani. Może być pani spokojna.

Wyszedłem na korytarz i trzymając ją za rękę, odprowadziłem do jej mieszkania.

– Dobry człowiek jesteś, Wiktorze. Niech Bóg ma cię w swojej opiece.

– Bóg zapłać. Proszę się zamknąć na zamek. Do widzenia.

Słyszałem tylko szczęk przekręcanego zamka i gdy wróciłem do siebie, moja Koka zaczęła łasić się między nogami, domagając pieszczot. Wziąłem ją na ręce i spoglądając w jej piękne, bursztynowe oczy, usiadłem z powrotem na sofie. Ta jednak po chwili wyrwała się i pobiegła do swoich misek. Moje myśli znów wróciły do tematu wiary w ludzi. Znów pomyślałem o tych, którzy mnie zranili i przez których cierpiałem. Nie czułem jednak do nich nienawiści czy jakichkolwiek złych emocji. Dziś byli mi obojętni, nijacy. Ja szedłem dalej, do przodu. Nie zaprzątałem sobie nimi głowy. Choć doświadczenie zbierałem latami i powinienem wyczuwać intencje ludzi, to i tak zdarzali się dobrze zamaskowani aktorzy. Grajki z wyćwiczonymi gestami, którzy łasili się jak mój kot, by ugrać dla siebie jakiś zysk. W najlepszym przypadku, gdy osiągnęli swój cel, po prostu znikali. W najgorszym wyrządzali szkody materialne lub okaleczali duszę. Nie sposób prześwietlić zamiarów wszystkich ludzi. Można mieć jednak przeczucia, choć nigdy nie będzie to stuprocentowa pewność. Ja wierzę zawsze, choć w ten jeden najmniejszy promil dobra, jaki w nich drzemie. Naiwnie, ale myślę, że sprawiedliwie. Nie skreślam nikogo, ot tak. Skreślam, gdy się zawiodę. Może to trochę zbyt późno, ale taki już jestem, nic na to nie poradzę.

Paweł dał mi znać, że już czeka na dole. Idealnie się wstrzelił z tą wiadomością. Jakby chciał mnie sprowadzić do bardziej radykalnego myślenia co do intencji ludzkich. Gdy wiązałem sznurowadła, Koka podbiegła, trącając mi je łapką. Odsunąłem ją na bok, tłumacząc, że to nie czas na zabawę. Sięgnąłem po wiszącą na wieszaku kurtkę i chwilę później byłem już na dworze. Rześkie powietrze musnęło mnie po twarzy, przywołując w pamięci zimną dłoń pani Eleonory.

„Kochana kobieta”, pomyślałem, siadając na miejscu pasażera.

Paweł prowadził z kimś rozmowę telefoniczną podniesionym tonem. Gdy skończył, szorstko się ze mną przywitał.

– Cześć.

– Cześć – odpowiedziałem w tym samym tonie i sięgnąłem po pas bezpieczeństwa, dając mu chwilę, by ochłonął.

– Ci ludzie od rana mnie irytują. Tłumaczę od tygodnia non stop to samo. Kurwa, od tygodnia. Rozumiesz to?

Jadąc powoli osiedlową uliczką, próbował mi coś wytłumaczyć. Nie za bardzo wiedziałem co, więc pokręciłem przecząco głową, nie wypowiadając żadnej zgłoski.

– Słyszysz mnie? – zapytał i spojrzał na mnie wymownie, czekając, aż coś powiem.

– Słyszę, słyszę. Kiwam ci głową, że nie rozumiem, bo nie wiem, co komu tłumaczysz od tygodnia – wyjaśniłem spokojnie.

Ten wyjeżdżając z osiedla, ze skupionym wzrokiem na drodze, zaczął tłumaczyć, o co chodzi.

– No bo wiesz, Daria jest w ósmym miesiącu ciąży, za chwilę będzie rodzić. A te głąby, co remontują mi górę domu, nie rozumieją, gdzie i co mają zamontować w łazience i w pokoju dla dziecka. Dziś ci budowlańcy, bratku, to jakaś patologia. Mówię ci. Ja do nich gadam i widzę, że oni są jakby nieobecni. Jakbym gadał do robotów. Ja nie wiem, czy oni ćpają w tej robocie. Bo jak tak, to im wszystkie zwoje popaliło – wyrzucił z siebie całą poranną frustrację i na koniec głośno sapnął.

– Ja tam nie narzekałem na ekipę, która mi remontowała chatę. Mówiłem ci, żebyś ich zawczasu rezerwował, ale ty na wszystko masz czas, to teraz musisz się użerać – powiedziałem swoje zdanie na ten temat, ale Paweł zaraz znalazł wytłumaczenie:

– Dobra, dobra. Wiesz, że mieliśmy zapierdziel w firmie. Zawsze coś wypadało.

– A tak w ogóle, Daria, jak się czuje?

Zmieniłem temat, dając już mu spokój, bo to i tak niczego by nie zmieniło i złapałem się uchwytu nad głową. Paweł nagle zaczął wyprzedzać, a gdy zakończył manewr, odpowiedział, patrząc przed siebie.

– O Jezu! Bratku, te hormony to jej tak dają, że nie gadaj. Cały czas coś wymyśla nowego. Ci robotnicy to dopiero z nią tam mają.

– A ty, jak z twoim temperamentem to znosisz?

Byłem ciekaw, co mi odpowie.

– Wkurwiam się do czerwoności, jak słyszę jej zmiany decyzji pięć razy na minutę. Ale zaskoczę cię, bo – tutaj zrobił pauzę i zwrócił głowę w moją stronę, mówiąc: – zaciskam zęby i, bratku, nie uwierzysz, ale milczę. Zagryzam zęby, kiwam głową dla świętego spokoju i milczę. Ani razu nie podniosłem na nią głosu.

Dumny z siebie czekał na moją pochwałę. Ja jednak uderzyłem z innej strony.

– To może uda ci się to przełożyć na relacje z innymi…

Ten zaskoczony moimi słowami nie dał mi nawet dokończyć, wchodząc w słowo.

– Ni chuja, nawet o tym nie myślę. Ja przy innych ludziach w taki sposób odreagowuję, bratku, wszystkie frustracje, jakie funduje mi nasza ciąża.

– Wasza ciąża? – zapytałem zdziwiony, słysząc takie określenie z jego ust.

– No, a czyja? – fuknął oburzony.

– Nie, masz rację, że wasza. Tak zapytałem, bo zaskoczyłeś mnie tym określeniem. Fajnie, że masz takie podejście.

Musiałem uspokoić jego zapędy, bo faktycznie wszystkie nerwy przerzucał na świat zewnętrzny, a to, co usłyszałem o ich ciąży, w moich oczach było czymś, co usprawiedliwiało jego zachowanie. Z Darią byli w związku od wielu lat, lecz dopiero teraz zdecydowali się na dziecko. Byli niezwykle temperamentną parą, acz bardzo zgodną. Jak się kłócili, to leciały iskry, ale i tak zawsze na koniec się godzili. Tak, jakby nie było wcześniej w ogóle żadnej różnicy zdań. To chyba była recepta na ich długoletni związek.

Droga do serwisu minęła na ciekawej rozmowie. Gdy wjeżdżaliśmy na plac, mój Mercedes GLC czekał już na mnie przed budynkiem. Paweł zostawił mnie tam i ruszył w stronę firmy. Ja, po dopełnieniu formalności, kilka minut później ruszyłem jego śladem. Droga w stronę Katowic była dziś strasznie zakorkowana. W mozolnym tempie przesuwałem się w towarzystwie pozostałych uczestników ruchu. Niebo nad Śląskiem było czysto błękitne, a słońce wzbijało się coraz wyżej. Korzystając z wolnej chwili, wybrałem w telefonie numer do Ilii. Po kilku sygnałach odebrała rozpromienionym głosem.

– Cześć, tata.

– Cześć, skarbie. Jak ci się spało? – zagadałem wesoło.

– A tak sobie. Nie umiałam wczoraj zasnąć. A ty? – odpowiedziała, jednocześnie zadając pytanie.

– Ja się wyspałem. Dzwonię, aby życzyć ci miłego dnia. Jak się nie wyspałaś, to ślę ci też trochę mojego wyspania.

Zaśmiała się do słuchawki.

– Dzięki. Przyda mi się.

– A jaką macie pogodę? – zapytałem, spoglądając w czyste niebo.

– Świeci słońce. Jest fajnie, wiosennie – odpowiedziała radośnie, a ja zaproponowałem:

– To jak teraz na nie spojrzysz, to połączysz się ze mną. Bo ja też teraz patrzę na słońce.

– Okej, już patrzę.

– To wysyłam ci dużo ciepłej energii. Czujesz?

– Tak, grzeję się w twoim cieple – odpowiedziała błyskotliwie i oboje wybuchliśmy śmiechem.

– To super! Zabierz tę energię ze sobą do szkoły.

– Wiadomo, dad! Zmykam, bo właśnie szykuję się do wyjścia.

– Miłego, skarbie! Kocham cię!

– Pa! Ja też cię kocham!

Gdy się rozłączyła, wciąż czułem wibrujący głos Ilii w moim sercu. Tak bardzo za nią tęskniłem. Przejechałem tylko kilka metrów, korek jakby stał w miejscu, więc wykręciłem numer do swojego przyjaciela i psychologa w jednym. Po dwóch sygnałach usłyszałem mentorski głos Wojciecha.

– Witaj, Wiktorze. Ściągnąłem cię myślami.

– No, hej. Serio? – spytałem zaskoczony.

– Tak, nie uwierzysz, ale miałem do ciebie dzwonić i zapytać, czy wszystko okej. Długo się nie odzywałeś. – Wyczułem troskę w jego głosie.

– Masz rację, przepraszam, ale wiesz, jak to czasami jest. Myśli zaprzątnięte sprawami bieżącymi nie potrafią się zatrzymać, by zaznać chwili spokoju – tłumaczyłem swoją dłuższą ciszę.

– Wiem, wiem, pęd życia. Dobrze, że znam cię na tyle, aby wiedzieć, że spadochron w razie czego cały czas jest w pogotowiu. – Powiedziawszy to, roześmiał się tubalnym głosem.

– Dokładnie tak. Właśnie chcę go użyć i dlatego dzwonię do ciebie.

– Okej. Słucham w takim razie. – Zmienił ton i spytał już na poważnie: – Co mogę dla ciebie zrobić?

– Kiedy mogę zajrzeć? Miałbyś może czas jutro dla mnie?

– Pewnie. O której ci pasuje?

– Dostosuję się.

– Okej. To przejrzę terminarz i dam ci znać.

– Super. Dzięki. A tak w ogóle, co u ciebie? – spytałem po przyjacielsku, gdy byliśmy już umówieni.

Wojciech odpowiedział w swoim stylu:

– U mnie wszystko dobrze. Nie pozwalam sobie na to, by wytrącić się z harmonii, jaką wypracowałem w swoim życiu. Trzymam, Wiktor, ręce na wodzy. – Zaśmiał się na swoje słowa, a ja odpowiedziałem, oddając mu pełne uznanie:

– Podziwiam cię za to. Imponujesz mi. Naprawdę.

– Oj tam, dziękuję. Myślę, że u ciebie nie jest wcale gorzej, no ale o tym przekonam się jutro.

– Dobrze cię było słyszeć. Do zobaczenia.

Gdy się rozłączyłem, na samą myśl, że jutro będziemy mogli porozmawiać, wstąpił we mnie pozytywny duch. Z Wojciechem znałem się niemal od dekady. Był bardzo doświadczonym człowiekiem, miał sześćdziesiąt trzy lata, lecz te prawie dwadzieścia lat różnicy między nami owocowało ciekawymi, często odmiennymi spostrzeżeniami na otaczający nas świat. Wprowadzało mnie to później w stany głębokich kontemplacji. Wojciech znał moją historię, problemy, jakie przechodziłem w związku z rozpadem rodziny, dręczącą mnie tęsknotą, ale i potrzeby, jakie w sobie nosiłem. Po prostu wiedział, jakim jestem człowiekiem, a to wystarczało, by poznać przepis, jak skruszyć lód, pod którym kryła się głębia mej podświadomości. Wiedział, jak pomóc mi tam zajrzeć bez maski tlenowej. Gdy to robiłem, często aż dusiło, brakowało tchu, lecz gdy się wynurzałem z powrotem na powierzchnię, po kilku głębszych wdechach, poczucie ulgi, jakiego doznawała moja świadomość, sprawiało, że byłem bogatszy w odkrycia coraz to nowszego ja. Lepiej rozumiałem samego siebie. Wojciech był moim lustrem. Odbijało się w nim to, czego sam w sobie nie widziałem. Nie oceniał, nie osądzał, ale uświadamiał.

Korek, jakby się poluźnił, by po chwili zupełnie puścić nas ze swych uwięzi, a auta ruszyły z miejsca. Jadąc już spokojnie, zastanawiałem się nad moją relacją z Wojciechem. Jak po tylu latach znajomości weszliśmy na zupełnie inny jej poziom. Obu nas to wzbogaciło.

Chwilę później podjeżdżałem pod firmę. Dwukondygnacyjny, wolnostojący, kwadratowy budynek ogrodzony żywopłotem sprawiał wrażenie szarego pudełka wetkniętego w zieloną ramkę. Kilka miejsc parkingowych przed piętrowcem było zajętych, ale jedno zawsze czekało na mnie. Wokół znajdowały się jeszcze inne firmy. Większość z nich stanowiło zabudowę jednorodzinną. Spokojna okolica z łatwym dojazdem, przeważyła za tym, by przenieść się tutaj trzy lata wcześniej, kiedy nasz Gold Oil zaczął przynosić intratne zyski i musieliśmy zwiększyć personel. Audi Pawła ładowało się na podjeździe, gdzie zamontowaliśmy punkt do tankowania elektryków. Zaparkowałem na swoim miejscu i, pogwizdując, udałem się w stronę wejścia.

Przed naszym biurem powitała mnie serdecznym uśmiechem sekretarka, pani Jola.

– Dzień dobry, panie Wiktorze. Kawki?

– Dzień dobry, na razie dziękuję. Paweł u siebie? – spytałem, zatrzymując się na chwilę przy jej biurku.

Spojrzała na mnie znad ciemnych oprawek okularów i skinęła twierdząco głową. Nosiła krótko ścięte czarne włosy. Zawsze idealnie uczesane. Śnieżnobiała koszula z upiętą grafitową spódnicą sprawiały bardzo oficjalne wrażenie, lecz ta zawsze powtarzała, że ona jest wizytówką firmy i tak musi być. Kilka zmarszczek wokół jej oczu zdradzało dojrzały wiek, aczkolwiek ktoś, kto nie znał jej PESEL-u, nie powiedziałby, że jest po pięćdziesiątce. Była oddana swej pracy, za co mieliśmy do niej ogromny szacunek, ale i zaufanie.

Gdy wszedłem do naszego biura, Paweł siedział za biurkiem i klepał coś na klawiaturze. Powiesiłem kurtkę na stojącym w rogu wieszaku i usiadłem przy stole, który zajmował tu centralne miejsce.

– Ciekawe, co tam nasz Grubasek dzisiaj wymyśli? – zagadałem, rozsiadając się wygodnie na krześle.

Paweł podniósł na mnie wzrok znad komputera i na „dzień dobry” oznajmił dobre wieści.

– No, Gruby wywiązuje się z wczorajszych obietnic. Dwie sztuki już się zlewają. Chłopaki dzwonili, że towar pierwsza klasa. Reszta ma dojechać przed południem.

Uniosłem kciuk i dodałem.

– Zawsze miałem go za porządną firmę. Wiesz dobrze, jak zależało nam, by zacząć z nim współpracę. Coś czuję, że teraz będzie już tylko lepiej. Zobaczymy, do czego jesteśmy mu potrzebni.

– Masz rację, też jestem ciekaw. Długo nad tym rozmyś­lałem, jak wczoraj wróciłem od ciebie i muszę powiedzieć, że mam mieszane uczucia.

Paweł wstał zza biurka i przysiadł się do stołu naprzeciwko mnie.

– To podziel się nimi, jak możesz – zachęciłem do zwierzeń.

Ten przysunął bliżej siebie cukierniczkę, która stała na środku stołu. Zdjął z niej wieczko i łyżeczką zaczął przesypywać cukier.

– Obawiam się wchodzić głębiej w jego grę. To tajemniczy gość. Masz rację, że długo staraliśmy się, by zacząć z nim współpracę, ale odnoszę dziwne wrażenie, że teraz to jemu bardziej zależy na nas niż nam wtedy na nim. Jesteśmy mu ewidentnie potrzebni do czegoś więcej. Boję się, Wiktor, że on chce nas do czegoś wykorzystać.

Paweł przedstawił mi swoje obawy i odsunął cukierniczkę na swoje miejsce, po czym splótł dłonie przed sobą i spojrzał na mnie pytająco. Odpowiedziałem mu zgodnie ze swoją filozofią:

– Więcej wiary w ludzi, Paweł.

– Tylko tyle masz do powiedzenia? – zapytał zdziwiony.

Uniosłem brwi w geście potwierdzenia i położyłem jedną rękę na oparciu krzesełka obok. Ten zaczął mi tłumaczyć swój punkt widzenia.

– Wiktor, tu chodzi o interesy, o pieniądze i tak na dobrą sprawę Gruby tylko wie o co jeszcze. Wiara w ludzi tutaj niestety schodzi na boczny tor. Tu trzeba twardo stąpać po ziemi, patrzeć realnie na to, kto jaki ma w czym biznes? Samą wiarą daleko nie zajdziemy. Szczególnie, jeśli ty będziesz za to odpowiedzialny. Jesteś za dobry, za naiwny. Dlaczego nie dasz sobie nigdy tego powiedzieć? – skończył podniesionym tonem, choć nie wiem, dlaczego się zdenerwował.

– Przecież mówisz mi to nad wyraz często. Czemu uważasz, że nie daję sobie tego powiedzieć? – spytałem, nie zmieniając ani tonu, ani swojej pozycji.

– Bo wciąż tylko gadasz o tej wierze w ludzi. Jakby w życiu mało ludzi chciało ci wejść na głowę. Mam wymieniać? – Coraz bardziej poirytowany zaczął mnie atakować.

– Okej, okej, masz rację, ale ja już taki jestem, Paweł. Dobrze, że jesteś ty z tymi twoimi żelaznymi zasadami. To jakoś wpływa na to, że łapiemy balans w podejmowaniu decyzji – tłumaczyłem, a on tylko wywrócił oczami. Sapnął i oparł się na krześle, by zaraz zadać mi jedno ze swoich pytań, które rodzą się w nim nie wiadomo skąd:

– No, to powiedz mi, ludziowierco, dostałeś kiedyś od kogoś coś, ot tak, bezinteresownie? No, proszę, odpowiedz. – Uniósł brwi i wsparł się rękoma o blat stołu, oczekując na moją odpowiedź, jakby znał ją prędzej niż ja.

Zastanowiłem się chwilę i po chwili odpowiedziałem pewnie:

– Tak.

Pochylając się nad stołem, przyjąłem dokładnie taką samą jak on pozycję. Paweł zrobił jeszcze większe oczy, po czym swoim ignoranckim tonem drążył dalej.

– No, to jestem ciekaw, kto był wobec ciebie taki szczodry?

– Ty! – odpowiedziałem mu bez zastanowienia, uśmiechając się szeroko.

– Ja? – spytał totalnie zaskoczony, wpatrując się bacznie we mnie, jakby nie dowierzał w to, co usłyszał.

– Tak, ty! No, chyba że nasza wieloletnia przyjaźń nie jest bezinteresowna – odpowiedziałem, patrząc mu uważnie w oczy, a ten znów nimi wywrócił i energicznie wstał zza stołu, zahaczając przy tym krzesło. Schylając się po nie, by je postawić, kręcił tylko głową.

Gdy przywrócił je do dawnej pozycji, trzymając jedną ręką, a drugą podpierając się pod bok, rzucił nerwowo:

– Wiesz co, Wiktor? Ja o interesach, a ty o naszej przyjaźni. Ty się słyszysz? – zadał pytanie i ze zmarszczonymi brwiami przypatrywał mi się bez ruchu.

– Po co się tak denerwujesz, Paweł? – Próbowałem ostudzić atmosferę, bo widziałem, że aż kipi.

– Bo ja poważnie, a ty jaja sobie robisz – rzucił szorstko i skierował się w stronę swojego biurka. Nie mogłem nie skusić się na delikatną uszczypliwość.

– Poważnie to będę w trumnie leżał. A ty mi lepiej powiedz, czy musisz wyrzucać swoje ciążowe frustracje na mnie? No chyba, że to ci pomoże utrzymać spokój po osiemnastej u Grubego.

Ten, słysząc o ciążowych frustracjach, sam wybuchł śmiechem i machnął tylko ręką, siadając za swoim komputerem bez słowa.

– Jadłeś coś? – zapytałem, wstając zza stołu.

Paweł, nie odrywając wzroku od monitora, pokręcił przecząco głową, a ja poszedłem do kuchni i zrobiłem nam obu jajecznicę na boczku i cebuli. Posmarowałem świeży chleb masłem i zaparzyłem herbatę. Wszystko położyłem na tacy i skierowałem się w stronę biura. Pani Jola, gdy zobaczyła mnie idącego z jedzeniem, wybiegła zza biurka, by otworzyć mi drzwi, dodając:

– Dlaczego pan nic nie mówił? Pomogłabym.

– Dziękuję, pani Jolu, serdecznie. Wiem, że mógłbym liczyć na pani pomoc, ale musiałem trochę odpocząć od tego frustrata. – Mrugnąłem do niej okiem, mając nadzieję, że Paweł słyszał naszą rozmowę. Gdy postawiłem wszystko na stole, ten spojrzał na mnie z litością.

– Frustrata? – Pokiwał głową, stukając się palcem w czoło.

Uśmiechnąłem się na ten gest, widząc, że jest już spokojniejszy, i dodałem:

– Chodź coś zjeść, bo nie jesteś sobą.

Ten ruszył zza biurka, podszedł do mnie i złapał mnie za szyję.

– Nic, tylko udusić – zażartował, a ja wyciągnąłem język, jakby już mu się to udało.

Zjedliśmy w milczeniu. Puste talerze powycieraliśmy chlebem, nie zostawiając na nich żadnej plamki i zabraliśmy się do dalszej pracy. Dzień mijał bez zakłóceń. Jednak, czym było bliżej do spotkania z Grubym, tym czułem narastający we mnie niepokój. Infekował każdą komórkę mojego ciała, każdy jej atom. Nie umiałem sobie znaleźć miejsca.

– Jadę do sklepu, chcesz coś? – Musiałem gdzieś rozładować emocje.

– Weź mi zimne Red Bulle. Coś mnie zmęczenie dopada. – Paweł reagował zupełnie inaczej niż ja.

Popatrzyłem tylko na niego zdziwiony i wyszedłem. Zmiana miejsca pozwoliła mi troszkę uniknąć demolki mojej wewnętrznej harmonii i odciążyć skupione na Grubym myśli. Gdy wróciłem, Paweł krzątał się po firmie, w której, prócz nas, już nikogo nie było. Postawiłem zgrzewkę puszek na stole, a ten od razu rozerwał opakowanie i wyjął jedną z nich. Otworzył i wypił całą zawartość jednym haustem, po czym głoś­no sapnął.

– Tego mi było trzeba, bratku. Dzięki.

Zgniótł puszkę w dłoni, zadowolony z siebie, i rzucił do kosza na papiery, stojącego przy jego biurku. Ta odbiła się od jego brzegu i upadła na podłogę.

– Nie tym razem.

Rozłożył ręce na boki, w geście kapitulacji, po czym podszedł bliżej, by ją podnieść i od razu wrzucić do śmietnika. Gdy to zrobił, popatrzył na mnie, włożył dłonie do kieszeni i spytał.

– Co jest, bratku? Jesteś jakiś spięty.

– A nie wiem, czuję jakiś dziwny niepokój przed spotkaniem z Grubym. – Podzieliłem się swoimi odczuciami, siadając jednym pośladkiem na stole i dłońmi wspierając o udo. Ten podszedł do mnie, klepiąc mnie w bark, mówiąc:

– Więcej wiary w ludzi.

Parsknął przy tym śmiechem, wiedząc, że ukąsił celnie. Wywróciłem oczami i pokręciłem głową. Popatrzyłem na wiszący na ścianie duży zegar, po czym zerwałem się z miejsca.

– Dobra, nie ma co, jedziemy. Już wpół do szóstej.

Paweł bez słowa zarzucił kurtkę na siebie, a wychodząc, uzbroił alarm i chwilę później zmierzaliśmy w stronę fortecy Steca. Nie odezwaliśmy się do siebie przez całą drogą. Ciszę między nami wypełniało grające radio, lecz myśl o tym, co nas za chwilę czeka, zupełnie nie pozwoliła mi skupić się na tym, co było w nim emitowane. Zaparkowaliśmy tam, gdzie wczoraj, i ruszyliśmy pod bramę.

Gdy byliśmy w środku, ochroniarz, którego mieliśmy już okazję poznać, zaprowadził nas do zupełnie innego pomieszczenia. Wzbudziło to nasze zdziwienie. Windą zjechaliśmy do podziemia i tam kroczyliśmy słabo oświetlonymi korytarzami przez dłuższą chwilę. W końcu dotarliśmy do celu.

Ochroniarz przyłożył kartę magnetyczną do czytnika i drzwi z ciężkiego metalu odskoczyły, odsłaniając wnętrze pomieszczenia. Podłoga wyłożona była miękką, czerwoną wykładziną, a ściany i sufit – czarną pianką wygłuszającą. Na środku stał okrągły stół przykryty zielonym płótnem, a wokół osiem drewnianych krzeseł. Nad stołem zawisała lampa z dużym szklanym, zielonym kloszem, przenosząc nas niemal w świat podziemnych kasyn.

– Usiądźcie, szef zaraz przyjdzie. Napijecie się czegoś?

Ochroniarz wskazał na krzesła i czekał na naszą odpowiedź. Popatrzyliśmy po sobie i obaj w tej samej chwili poprosiliśmy o wodę. Chwilę później ten zjawił się z tacą, na której stały trzy kryształowe szklanki, karafka z wodą i druga z whisky. Porozstawiał wszystko na stole, potem wyszedł i znów wrócił z pudełkiem cygar, zapalniczką zippo i grubym, kryształowym popielnikiem. Siedzieliśmy w milczeniu, wymieniając się tylko spojrzeniami. Wszystko wyglądało jak dobrze wyreżyserowany spektakl, a ochroniarz doskonale odgrywał swoją rolę.

Kiedy zostaliśmy sami, rozlałem wodę z karafki do naszych szklanek i zwilżyłem zaschnięte usta.

– Denerwujesz się? – zapytał Paweł, widząc, jak drugi raz sięgam po szklankę.

– Trochę, a ty?

Spojrzałem na niego, a ten wytarł z czoła kroplę potu.

– Też trochę. Ciepło tu, co nie? – zauważył, a ja omiotłem wzrokiem pomieszczenie, szukając jakichś otworów wentylacyjnych.

Na ścianie był regulator temperatury, a w rogu nadmuch klimatyzacji, który jednak nie działał. Wstałem, aby ją uruchomić i w tym momencie metalowe drzwi odskoczyły, a do środka wolnym krokiem wszedł Gruby w dobrze skrojonym, granatowym garniturze maskującym jego tuszę. Pod marynarką miał kamizelkę, białą koszulę i ciasno upięty pod szyją krawat w czerwone pasy. Siwe włosy starannie zaczesane na bok nie dały rady jednak zakryć połyskującej w świetle łysiny.

– Witam, panowie.

Podszedł do mnie i do Pawła, kolejno podając nam dłoń.

– Co tu tak ciepło? Włącz tę klimę i możesz zostawić nas samych – zwrócił się do ochroniarza, po czym zajął miejsce po drugiej stronie stołu.

Ten wykonał polecenie szefa i w pomieszczeniu zrobiło się przyjemnie chłodno. Szum z klimatyzatora przerwał ostry kaszel pana Ryszarda, lecz gdy go opanował, zwrócił się do nas życzliwie.

– Przepraszam, że musieliście, panowie, na mnie czekać. Miałem ważny telefon. Oczywiście to spotkanie jest dla mnie równie ważne, lecz niezręcznie było mi przerywać połączenie. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe.

Wyprostowałem się na swoim krześle, słysząc słowa pełne szacunku i odpowiedziałem równie grzecznie:

– Oczywiście, że nic się nie stało. Dziś mamy wieczór zarezerwowany wyłącznie na to spotkanie, więc kilka minut więcej spędzonych w pana fortecy nie zaszkodzi.

Gruby roześmiał się w swoim fotelu, komentując:

– Fortecy? Dobre, podoba mi się.

Paweł zaś przyglądał się temu teatrowi kurtuazji.

– Pozwolicie, panowie, że zapalę, nim przejdę do rzeczy.

Nie czekając na odpowiedź, Gruby sięgnął do pudełka, z którego wyjął cygaro i gilotynkę. Obciął nią końcówkę, która spadła do popielnika, po czym odpalił zip-po. Oczka zrobiły mu się jeszcze mniejsze, gdy wpatrywał się w żarzący, dobrze zbity tytoń, po czym zaciągnął się, a dym buchnął z jego ust niczym z komina parowca. W pomieszczeniu zawiesił się dobrze mi znany z Kuby zapach palonych liści tytoniu. Na stole brakowało tylko talii kart i żetonów, a czułbym się jak na planie filmowym Wielkiego Szu.

– Cieszę się, że zdecydowaliście się przyjść. Rozumiem tym samym, że jesteście zainteresowani tym, co chcę wam przedstawić. – Rozsiadł się wygodnie na swoim miejscu, przerywając na chwilę, by pyknąć dymka i zaraz kontynuował: – Oczywiście to, czy przyjmiecie moją propozycję, czy ją odrzucicie, pozostaje do waszej decyzji. Co do tego nie mam żadnej wątpliwości. Chciałbym jednak, abyście wiedzieli, że zaprosiłem was tutaj, bo chcę wam dać potężny kredyt zaufania. Czy z niego skorzystacie zależy od was. Jak mówiłem już wczoraj, podobacie mi się. Jesteście zupełnie inni niż ta cała zgraja szczurów, które się nawzajem podgryzają w pogoni za sukcesem. Chcę, żebyście wiedzieli, że obserwowałem was od dłuższego czasu. Sprawdziłem, popytałem to tu, to tam i wszystko, czego się dowiedziałem, skłoniło mnie do tego, abyśmy teraz tutaj razem siedzieli i rozmawiali o przyszłości. Na moją decyzję wpłynęły dodatkowo jeszcze inne okoliczności, ale do tego dojdziemy, czy na razie jest dla panów wszystko jasne?

Zwrócił się do nas z pytaniem, pykając w wolnej chwili cygaro. Łypał swoimi oczkami to na mnie, to na Pawła, po czym zmrużył je mocno i wypuścił z ust dym, który mu je podrażnił. Obaj z Pawłem skinęliśmy twierdząco głowami i w skupieniu czekaliśmy na dalszą część. Emocje, jakby się we mnie w naturalny sposób rozeszły, choć ciekawość tego, co usłyszymy, wzrastała z każdą sekundą.

Gruby wstał zza stołu, głośno zakasłał, dusząc się dymem z własnego cygara i podparł się o oparcie krzesła. Gdy złapał na nowo oddech, zaklął sam do siebie, sięgnął po karafkę od whisky i przechylając ją, nalał alkoholu do połowy szklanki. Upił łyk, łapiąc powietrze przez zęby, łagodząc procenty, po czym przeszedł się wokół stołu, pytając samego siebie.

– No, na czym to ja skończyłem…?

Spojrzałem na Pawła, który na tę scenkę wywrócił oczami i sięgnął po szklankę z wodą. Pan Ryszard zaś wrócił do tematu.

– Jak widzicie, stan mojego zdrowia nie należy do najlepszych. Mówią, że licho złego nie bierze, więc może się z tego wykaraskam, ale na razie jedną nogą jestem w piachu. Panowie, zdiagnozowano u mnie nowotwór na jelicie grubym. Co prawda, wczesne stadium i wszystko mi wycięto, jednak wiecie, jak to jest z tym raczyskiem, tu ci wytną, a ten pojawia się w zupełnie innym miejscu. No, ale nieważne… – Zamyślił się chwilkę i pyknął sobie dymka. Tym razem odchylił głowę do tyłu, wypuszczając chmurę wprost na nawiew klimatyzacji, która ją całą pochłonęła.

– Przepraszam, ale w takim razie to cygaro i procenty raczej nie pomogą. – Paweł wtrącił swoją uwagę jako człowiek bardzo wyczulony na punkcie zdrowia.

Gruby popatrzył na niego litościwie i uśmiechnął się.

– Jakbym słyszał moją żonę. A co mi, panie drogi, pozostało? Dzień w tę czy w tamtą nie zrobi różnicy, tym bardziej że teraz już rozmawiamy. Licho poczeka jeszcze chwilę. – I roześmiał się rubasznie na ten swój żarcik, który, jak dla mnie, słabo do niego pasował. No ale… Paweł też pozostawił to bez komentarza.

Ciąg dalszy dostępny w pełnej wersji książki.

1 A. de Saint-Exupéry, Twierdza, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1990.

Rozdział 2

Podświadomość

Tekst dostępny w pełnej wersji książki.

Rozdział 3

Przyjaźń

Tekst dostępny w pełnej wersji książki.

Rozdział 4

Symbole

Tekst dostępny w pełnej wersji książki.

Rozdział 5

Miłość

Tekst dostępny w pełnej wersji książki.

Rozdział 6

Cisza serca

Tekst dostępny w pełnej wersji książki.

Rozdział 7

Pokonany

Tekst dostępny w pełnej wersji książki.

Rozdział 8

Cierpienie

Tekst dostępny w pełnej wersji książki.

Epilog

4:44

Tekst dostępny w pełnej wersji książki.

Podziękowania

Tekst dostępny w pełnej wersji książki.