Żyj szybko, kochaj głęboko - Samantha Young - ebook + książka
NOWOŚĆ

Żyj szybko, kochaj głęboko ebook

Samantha Young

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy można przyjaźnić się z kimś, kto był miłością twojego życia?

Ona była najfajniejszą dziewczyną w mieście, on właśnie się sprowadził z rodzicami i szybko zdążył złamać niejedno serce.

Charley i Jake. Zakochali się w sobie niemal od pierwszego wejrzenia. Byli dla siebie stworzeni, snuli wielkie plany. Aż do tamtego feralnego dnia…

Na urodzinowym przyjęciu byłego chłopaka Charley dochodzi do tragedii. Niektórzy zrzucają winę na Jake’a. Po tym zdarzeniu chłopak zrywa związek i wraz z rodziną wyjeżdża na zawsze z miasta. Dała mu wszystko, każdą cząstkę siebie. A on… od niej odszedł.

Przez kolejne prawie cztery lata Charley stara się zapomnieć o Jake’u, ale los postanawia z niej zakpić. Dziewczyna wyjeżdża na studia do Szkocji, a tam na imprezie trafia na… Jake’a i jego dziewczynę. Zranione serce daje o sobie znać z niewiarygodną siłą. Mimo że Charley stara się unikać dawnego ukochanego jak ognia, ten cały czas próbuje się do niej zbliżyć.

Tylko czy można zaufać komuś, kto przedtem tak bardzo zranił?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 368

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Into The Deep

Copy­ri­ght © by Saman­tha Young, 2024 Copy­ri­ght © for the Polish Edi­tion by Pur­ple Book Wydaw­nic­two, War­szawa 2026

Pro­du­cent: Pur­ple Book Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki han­dlowy@pur­ple­book.com.pl

Dane kon­tak­towe: Pur­ple Book Wydaw­nic­two ul. Han­kie­wi­cza 2 02-103 War­szawa face­book.com/pur­ple­bo­okwy­daw­nic­two insta­gram.com/purple_book_wydawnictwo www.pur­ple­book.com.pl

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca: Iga Rem­bi­szew­ska Wydawca: Ewdo­kia Cydejko Pro­duk­cja: Klau­dia Lis Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Beata Gon­tar­ska Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 601 457 030), Beata Tro­cho­no­wicz (tel. 506 626 661)

Redak­cja: Joanna Zioło Korekta: Marzena Kłos, Joanna Moraw­ska Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Kamil Pru­szyń­ski

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, czy­tam.pl, ksiazki.pl

Dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin Spółka z ogra­ni­czoną odpo­wie­dzial­no­ścią ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki

ISBN 978-83-8310-815-5

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla Whit­ney, Henny, Lizy i Steph, moich ame­ry­kań­skich współ­lo­ka­to­rek. To wasza zasługa, że mój pierw­szy rok stu­diów na uni­wer­sy­te­cie w Edyn­burgu oka­zał się wielką przy­jem­no­ścią. Spę­dzi­łam z wami wspa­niały czas. Dzię­kuję wam za wspo­mnie­nia. I zabawne zdję­cia, które je utrwa­liły…

Rozdział pierwszy

Edyn­burg, wrze­sień 2012

– Byłaś już na zaku­pach? Jedze­nie jest dro­gie? Czy przy­naj­mniej wiesz, co zja­dasz?

Powstrzy­ma­łam wybuch śmie­chu.

– Mamo, jestem w Szko­cji, nie w Ama­zo­nii.

– Wiem, ale oni tam jedzą rze­czy, któ­rych my nie odwa­ży­li­by­śmy się wziąć do ust.

W jej gło­sie sły­chać było taką zgrozę, że nie mogłam się powstrzy­mać od iro­nii.

– Nie są kani­ba­lami.

Kątem oka dostrze­głam roz­prysk i gdy się odwró­ci­łam, zoba­czy­łam, że moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka Clau­dia krztusi się ze śmie­chu nad puszką die­te­tycz­nej coli, przy­słu­chu­jąc się mojej roz­mo­wie. Sie­dzia­ły­śmy w kuchni w naszym stu­denc­kim miesz­ka­niu na wygod­nych, cho­ciaż tro­chę dzi­wacz­nych – jak z pocze­kalni – krze­słach, które sta­no­wiły wypo­sa­że­nie wspól­nej jadalni. Za ple­cami mia­ły­śmy wyso­kie od pod­łogi do sufitu okno, które wycho­dziło na dzie­dzi­niec przed budyn­kiem; żar wpa­da­ją­cych przez szyby sło­necz­nych pro­mieni draż­nił skórę. Wszystko w tym pomiesz­cze­niu było czy­ste, nowe i nie do zdar­cia. Wypo­sa­że­nie miesz­ka­nia ogra­ni­czało się do naj­nie­zbęd­niej­szych mebli i przed­mio­tów, ale było tu cie­pło, bez­piecz­nie i milion razy lepiej, niż się spo­dzie­wa­łam po tym, co sły­sza­łam.

– Nie ude­rzaj w dra­ma­tyczny ton, Char­ley. Po pro­stu mówię, że jedze­nie jest tam tro­chę inne – cią­gnęła mama. – Chcę być pewna, że dobrze się odży­wiasz.

Nie­za­leż­nie od tego, czy byłam w Edyn­burgu, czy wra­ca­łam do domu, do Indiany, mama zawsze chciała być pewna, że dobrze się odży­wiam. A to dla­tego, że nie umia­łam goto­wać. Delia Red­ford była zna­ko­mitą kucharką i pie­kła wspa­niałe cia­sta, tak jak jej star­sza córka Andrea, więc to, że młod­sza (czyli ja) potrafi co naj­wy­żej ugoto­wać maka­ron, tak by go nie schrza­nić, trak­to­wała jak oso­bi­stą porażkę. Na szczę­ście umia­łam czy­tać infor­ma­cje na opa­ko­wa­niach i włą­czyć pie­kar­nik, więc dzięki mro­żo­nym obia­dom uni­ka­łam śmierci gło­do­wej.

– Mamo, oni tu jedzą mniej wię­cej to samo, co my, bo… rozu­miesz… są ludźmi.

– Poza tym mają lep­szą cze­ko­ladę – mruk­nęła Clau­dia, pogry­za­jąc tabliczkę dairy milk.

Rzu­ci­łam jej groźne spoj­rze­nie.

– To rzecz dys­ku­syjna.

– Co jest dys­ku­syjne? – zacie­ka­wiła się mama. – Jest tam Clau­dia? A czy ona odpo­wied­nio się odży­wia?

Usta drgnęły mi w uśmie­chu.

– Mama chce wie­dzieć, czy odpo­wied­nio się odży­wiasz.

Clau­dia poki­wała głową i mruk­nęła z ustami peł­nymi cze­ko­lady:

– Jak ni­gdy. – Poma­chała pal­cami i prze­łknęła. – Cześć, mamo Delio!

Mama się roze­śmiała.

– Powiedz jej, że też ją pozdra­wiam.

– Mama cię pozdra­wia.

– Twój ojciec powie­dział, że obie macie mel­do­wać się codzien­nie.

Skrzy­wi­łam się.

– Kiedy Andie była w Dubli­nie, nie zmu­sza­li­ście jej, żeby codzien­nie się mel­do­wała.

– Nie musie­li­śmy jej do tego zmu­szać. Jed­nak u cie­bie zawsze tyle się dzieje, że to cud, że w ogóle się do nas odzy­wasz.

– To nie zna­czy, że palę crack, mamo. Uczę się i zała­twiam różne pieprz… sprawy.

– Chcia­łaś powie­dzieć „pie­przone”? – Ton jej głosu stał się ostry.

– Czy ja, doro­sła, dwu­dzie­sto­let­nia kobieta, ośmie­li­ła­bym się zakląć przy matce?

Chrząk­nęła z dez­apro­batą.

– Mamo. – Wes­tchnę­łam. – Nie będziemy dzwo­nić do was codzien­nie. To zbyt dużo kosz­tuje. I nie mam czasu codzien­nie roz­ma­wiać przez Skype’a. Kiedy będę mogła, będę pisać mejle w tygo­dniu, a raz na tydzień umó­wimy się na Skype’a, okej?

– Nie musisz mówić o tym tak, jakby to był obo­wią­zek.

– Mamo, kocham cię. To nie jest obo­wią­zek. Ja też będę bar­dzo tęsk­nić za tobą… ale wyje­cha­łam dwa dni temu. Pro­szę, daj mi szansę, żebym mogła za tobą zatęsk­nić.

Ode­tchnę­łam, sły­sząc jej cichy śmiech.

– Po pro­stu się mar­twię. Jesteś moją córką, a Claud jest moim przy­szy­wa­nym dziec­kiem.

– Wszystko będzie dobrze. Ale musimy już iść. To jest tydzień wpro­wa­dza­jący i mamy z Clau­dią coś do zro­bie­nia, zanim roz­poczną się zaję­cia. Wkrótce do cie­bie napi­szę.

– Nie odpo­wie­dzia­łaś mi na pyta­nie o jedze­nie.

– Były­śmy na zaku­pach. Lodówka, zamra­żarka i szafki są wypeł­nione po brzegi.

– Czym?

– Jedze­niem, mamo.

– Jakim?

Rzu­ci­łam Clau­dii pełne roz­pa­czy spoj­rze­nie „ratuj”, a ona natych­miast krzyk­nęła z uda­wa­nym cier­pie­niem.

– Co to było?

– Musimy iść, mamo. Clau­dia ma szok cukrowy. – Roz­łą­czy­łam się i uśmiech­nę­łam do roze­śmia­nej przy­ja­ciółki. – Powin­nam wyłą­czyć tele­fon, zanim znów zadzwoni.

Pod­sko­czy­ły­śmy, gdy apa­rat zabrzę­czał w mojej dłoni, ale na wyświe­tla­czu poja­wiło się imię Andie.

– Nie mam chwili, żeby ode­tchnąć. Cześć – powie­dzia­łam.

– Cześć – odrze­kła Andie. – Od dwóch dni nie piszesz, nie dzwo­nisz…

– Przed sekundą skoń­czy­łam roz­mowę z mamą.

– No tak. I jak poszło? Zafun­do­wała ci gadkę o jedze­niu?

– Też tak mia­łaś?

– Kiedy stu­dio­wa­łam za gra­nicą? Tak. Ona chyba uważa, że nie-Ame­ry­ka­nie to kosmici i udaje im się prze­żyć dzięki dzi­wacz­nej żyw­no­ści, któ­rej nie jeste­śmy w sta­nie stra­wić.

– Chyba tak.

– No więc? Podoba ci się Edyn­burg?

– Na razie tak. Dziw­nie się czuję, będąc tak daleko od domu, ale to piękne mia­sto.

– A jak Clau­dia?

– Zajada się cze­ko­ladą.

– Nie jest tak dobra jak nasza.

– Powie­dzia­łam to samo!

– Obie się myli­cie – wtrą­ciła Clau­dia, wsta­jąc, żeby wrzu­cić do kosza opa­ko­wa­nie. – Czy możesz powie­dzieć sio­strze, że do niej oddzwo­nisz? Jeżeli zaraz nie wyj­dziemy, roz­walę twój tele­fon.

– Wszystko sły­sza­łam – powie­działa Andie. Nie­mal widzia­łam, jak prze­wraca oczami. – W każ­dym razie muszę iść do pracy. Pamię­taj, że u nas jest kilka godzin wcze­śniej. Jest blady świt, a ja zaczy­nam dzień od tele­fonu do sio­strzyczki, żeby się dowie­dzieć, jak się miewa. I jest to roz­mowa mię­dzy­na­ro­dowa, która dużo kosz­tuje, ale czy ją to obcho­dzi?

– Obcho­dzi. – Roze­śmia­łam się. – Naprawdę. Po pro­stu nie mam czasu, żeby to w pełni doce­nić. Clau­dia z jakie­goś powodu nie cierpi naszego cał­kiem miłego miesz­ka­nia, a ja przy­pro­wa­dzi­łam ją tu na lunch. Jestem pewna, że zaraz dosta­nie aler­gicz­nej wysypki.

– Cóż, nie możemy do tego dopu­ścić. Do usły­sze­nia wkrótce, Super­menko.

– Albo tro­chę póź­niej. – Wyłą­czy­łam tele­fon i spoj­rza­łam na Clau­dię. – To było nie­grzeczne.

– To nie jest miesz­ka­nie. – Zro­biła gest w stronę pokoju. – Tylko pokój z kory­ta­rzem na zewnątrz, który pro­wa­dzi do pię­ciu iden­tycz­nych pokoi z drzwiami prze­ciw­po­ża­ro­wymi zamy­ka­nymi na klucz.

– Jest też zamy­kana łazienka. Uwa­żam, że to lepiej niż w więk­szo­ści stu­denc­kich kwa­ter.

– Jesteś zabawna.

– A ty zepsuta.

Clau­dia spoj­rzała spod zmru­żo­nych powiek.

– Bra­kuje mi naszego miesz­ka­nia. Jest jasne i prze­stronne. Z bal­ko­nem. I miesz­kamy w nim tylko we dwie.

Sły­sza­łam te słowa za każ­dym razem, gdy Clau­dia oglą­dała nowe miej­sce, puści­łam je więc mimo uszu i wypro­wa­dzi­łam przy­ja­ciółkę z kuchni, zatrzy­mu­jąc się przy drzwiach do swo­jej sypialni, żeby się upew­nić, czy są zamknięte.

W Sta­nach zaczę­ły­śmy stu­dia na uni­wer­sy­te­cie w Pur­due w India­na­po­lis, a ponie­waż rodzice Clau­dii byli nadziani, miesz­ka­ły­śmy w ład­nym apar­ta­men­cie w dziel­nicy West Lafay­ette, dzie­sięć minut jazdy od kam­pusu. Nie stać by mnie było na coś takiego, gdyby nie Claud. Żar­to­wa­łam, że jest zepsuta, ale tylko pod wzglę­dem mate­rial­nym. Ow­szem, miała ładne rze­czy, lecz jej życie boga­tego dzie­ciaka było ste­reo­ty­powe – stale nie­obecni rodzice mieli gdzieś to, co robiła. Zamiast dawać miłość, pako­wali w nią pie­nią­dze i ocze­ki­wali wdzięcz­no­ści. Clau­dia nie pozwo­liła jed­nak, by ją to zże­rało, tylko lgnęła do ludzi, któ­rzy oka­zy­wali jej praw­dziwe uczu­cie i w zamian ofia­ro­wy­wała nie­złomną lojal­ność.

Pozna­ły­śmy się na pierw­szym roku stu­diów i szybko zaprzy­jaź­ni­ły­śmy. Polu­bi­łam ją nie z powodu jej pie­nię­dzy, a ona polu­biła mnie; powie­działa, że jestem naj­bar­dziej szczerą i uczciwą osobą, jaką kie­dy­kol­wiek spo­tkała. Zapro­sze­nie jej do mojego domu na Święto Dzięk­czy­nie­nia sce­men­to­wało naszą przy­jaźń. Mama i tata potrak­to­wali ją jak wła­sne dziecko i ska­kali koło niej (co w skry­to­ści ducha uwiel­biała). A Andie wyka­zała się wobec niej apo­dyk­tyczną opie­kuń­czo­ścią star­szej sio­stry (co Clau­dia rów­nież po cichu uwiel­biała).

Moja rodzina nie była zamożna. Miesz­ka­li­śmy w Lan­ton, nie­wiel­kim mie­ście odda­lo­nym ponad dwie godziny jazdy na pół­nocny zachód od India­na­po­lis. Tata był wła­ści­cie­lem warsz­tatu samo­cho­do­wego, a mama miała kwia­ciar­nię. Nie było źle. To, że mogli pozwo­lić sobie na wysła­nie córek do dobrych szkół, a nawet dać im szansę stu­dio­wa­nia za gra­nicą, zawdzię­cza­li­śmy cioci mojej mamy, Cecy­lii. Wyszła za mąż za bar­dzo boga­tego faceta z branży far­ma­ceu­tycz­nej, a kiedy umarł, odzie­dzi­czyła po nim wszyst­kie pie­nią­dze. Lubiła je wyda­wać, więc gdy zmarła, nie zosta­wiła ich dużo. Ale ponie­waż prze­pa­dała za mną i Andie, zaosz­czę­dziła nieco w fun­du­szu powier­ni­czym na naszą edu­ka­cję.

Domy­śla­łam się, że maru­dze­niem na temat naszego miesz­ka­nia Clau­dia tuszo­wała zde­ner­wo­wa­nie. Były­śmy pod­eks­cy­to­wane, ale rów­nież tro­chę prze­stra­szone, ponie­waż zna­la­zły­śmy się same w obcym kraju, gdzie cze­kał nas rok nauki. Pod­czas gdy ja zaak­cep­to­wa­łam tę sytu­ację, Clau­dia zna­la­zła coś, co mogła kry­ty­ko­wać i dzięki temu nie myśleć o oba­wach.

Były­śmy star­szymi stu­dent­kami, ale cze­kały nas zaję­cia z pierw­szym rokiem, dla­tego zakwa­te­ro­wano nas z trzema Bry­tyj­kami w naszym wieku, które dopiero roz­po­czy­nały naukę w col­lege’u. Nasze współ­lo­ka­torki poznały się dzień przed naszym przy­jaz­dem i zdą­żyły zbli­żyć się do sie­bie, więc zda­wa­ły­śmy sobie sprawę, że trzeba będzie się posta­rać, by się z nimi zaprzy­jaź­nić. Mia­ły­śmy nadzieję, że wresz­cie uda nam się tym zająć. Na razie jed­nak wciąż pró­bo­wa­ły­śmy zor­ga­ni­zo­wać się przed roz­po­czę­ciem zajęć i chcia­ły­śmy jak naj­szyb­ciej poznać mia­sto.

– Będzie lepiej, gdy się tu zado­mo­wimy i poznamy wię­cej ludzi – obie­ca­łam Clau­dii, kiedy wycho­dzi­ły­śmy z miesz­ka­nia. – Kilka osób z Pur­due mieszka po dru­giej stro­nie dzie­dzińca. Mogły­by­śmy je poznać.

– Jeśli nie pozna­ły­śmy ich tam, dla­czego mia­ły­by­śmy pozna­wać tutaj?

– To wyborne nasta­wie­nie.

– Wyborne? Naprawdę?

Zaśmia­łam się do sie­bie, scho­dząc na dół, ale kiedy dotar­ły­śmy na dru­gie pię­tro, zamil­kłam. Clau­dia nie zapy­tała, co mi się stało. W rze­czy samej za moimi ple­cami zapa­dła kom­pletna cisza, więc odga­dłam, że i ona gapi się w zachwy­cie.

Na pół­pię­trze, przy­kle­ja­jąc wysoko na ścia­nie skse­ro­wany pla­kat, stał praw­dziwy przy­stoj­niak. Kiedy uniósł ręce nad głową, jego koszula pod­wi­nęła się, odsła­nia­jąc frag­ment zło­ci­stej skóry i wspa­niale wyrzeź­bio­nych mię­śni brzu­cha. Pod koszulą krył się ide­alny tors w kształ­cie litery V: sze­ro­kie ramiona i wąska talia, a zła­chane dżinsy osła­niały dosko­nały tyłek. Modny ple­mienny tatuaż pokry­wał musku­larne przed­ra­mię, a gdy jego wła­ści­ciel spo­strzegł nas kątem oka, wes­tchnę­łam w myślach. Wspa­niały uśmiech, nieco krzywy, zde­cy­do­wa­nie flir­ciar­ski, wywo­ły­wał mro­wie­nie w dole brzu­cha. Zna­ko­mi­cie współ­grał z pięk­nymi jasno­sza­rymi oczami, rzeź­bioną linią szczęki pokry­tej sek­sow­nym kil­ku­dnio­wym zaro­stem, gęstymi, zwi­chrzo­nymi ciem­no­blond wło­sami, które tylko cze­kały na dotyk kobie­cych pal­ców.

– Cześć, dziew­czyny – powi­tał nas niskim, lekko ochry­płym gło­sem. Jego ame­ry­kań­ski akcent brzmiał swoj­sko i miło.

Clau­dia prze­ci­snęła się obok mnie i jakby od nie­chce­nia ruszyła w jego stronę. Uśmiech­nę­łam się, widząc, jak koły­sze bio­drami, gdy się do niego zbli­żała. On też się uśmiech­nął zafa­scy­no­wany jej wido­kiem.

Moja przy­ja­ciółka była zachwy­ca­jąca, a przy tym miała nie­wia­ry­godną klasę, która kazała myśleć, że jest dziew­czyną stwo­rzoną do wyż­szych celów. W Sta­nach onie­śmie­lała wielu face­tów, a nie­któ­rzy z góry zakła­dali, że jest kimś innym, niż była w rze­czy­wi­sto­ści. Trak­to­wali ją jak panienkę z towa­rzy­stwa, na któ­rej łatwiej wywrzeć wra­że­nie wyso­ko­ścią fun­du­szu powier­ni­czego, a którą trud­niej roz­ba­wić. Dla­tego, nie­stety, mimo wyjąt­ko­wej urody w świe­cie roman­sów Clau­dia wciąż pozo­sta­wała sama.

Patrzy­łam, jak wyta­tu­owany przy­stoj­niak w stylu bun­tow­nika bez powodu przy­gląda się jej z uzna­niem. Clau­dia miała dłu­gie ciemne włosy i oliw­kową kar­na­cję, którą odzie­dzi­czyła po matce Por­tu­galce, tak jak wąską talię, dłu­gie nogi, jędrne cycki i tyłek. Była typem dziew­czyny, jakiego inne przed­sta­wi­cielki płci pięk­nej ser­decz­nie nie­na­wi­dzą.

Miała na sobie desi­gner­skie dżinsy rurki, teni­sówki Laco­ste i słodką białą bluzkę Ral­pha Lau­rena z krót­kimi rękaw­kami, dopa­so­waną w talii. Wyglą­dała, jakby wybie­rała się do eks­klu­zyw­nego klubu na golfa. Zauwa­ży­łam, że nasz zajęty wie­sza­niem pla­katu przy­stoj­niak jest tym roz­ba­wiony.

Clau­dia ski­nęła głową w stronę pla­katu.

– Jest impreza?

– Tak. – Spoj­rzał na nią z uśmie­chem, który, gdy się zbli­ży­łam, stał się jesz­cze szer­szy. – Wie­szam to w imie­niu przy­ja­ciela, który mieszka w sąsied­niej klatce. Oczy­wi­ście powin­ny­ście przyjść. A tak przy oka­zji, jestem Beck.

– Clau­dia. A to moja przy­ja­ciółka Char­ley – dodała, wska­zu­jąc na mnie.

– Cześć, Char­ley. – Flir­ciar­ski uśmiech nie znik­nął z twa­rzy Becka, gdy stu­dio­wał mnie wzro­kiem z góry do dołu.

W prze­ci­wień­stwie do Clau­dii byłam ubrana tak, że naj­pew­niej wyrzu­cono by mnie z jej eli­tar­nego klubu – w moje ulu­bione opi­na­jące tyłek dżinsy rurki z dziurą na kola­nie, sprane tak, że stały się mię­ciut­kie jak dla nie­mow­lę­cia, a do tego koszulkę over­size z bie­gną­cym przez pierś napi­sem „Mól książ­kowy”. Trzy lata temu roz­ja­śni­łam dłu­gie jasne włosy na pla­ty­nowo, sądząc, że dzięki temu moje orze­chowe oczy będą wyglą­dać bar­dziej inte­re­su­jąco. Teraz zgar­nę­łam je do tyłu i zwią­za­łam w luźny koń­ski ogon. Jak zwy­kle mia­łam na sobie mnó­stwo sre­bra – dwa dłu­gie naszyj­niki, trzy pier­ścionki na jed­nej ręce, dwa na dru­giej, a na obu nad­garst­kach plą­ta­ninę bran­so­le­tek ze zdo­bio­nej sre­brem skóry.

Clau­dia uwa­żała, że powin­nam ubie­rać się bar­dziej ele­gancko. Ja byłam zda­nia, że ona powinna nosić się bar­dziej w stylu grunge.

Kiw­nę­łam mu głową w odpo­wie­dzi, czu­jąc, że policzki płoną mi pod jego spoj­rze­niem. Było w nim tyle żaru, że gdy­bym poli­zała palec i przy­tknęła do jego skóry, z pew­no­ścią z sykiem unio­słaby się para. Jed­nak po doświad­cze­niach z nie­grzecz­nymi chło­pa­kami w szkole śred­niej zde­cy­do­wa­nie wyle­czy­łam się z tych spraw. Posła­łam Clau­dii spoj­rze­nie dające jej do zro­zu­mie­nia, że powinna wyko­rzy­stać szansę.

Uśmiech­nęła się zna­cząco i popa­trzyła na pla­kat. Podą­ży­łam za jej wzro­kiem.

IMPREZA WIE­CZO­REM

13 wrze­śnia, godz. 21.00

I pię­tro, miesz­ka­nie nr 3

DAR­MOWA GORZAŁA

I zagryha!

– Hm… – Clau­dia zwró­ciła się do Becka, marsz­cząc brwi. – Czy twój przy­ja­ciel zdaje sobie sprawę, że zro­bił błąd w sło­wie „zagry­cha”?

Beck prych­nął.

– Skar­bie, tu jest napi­sane „Dar­mowa gorzała”. Naprawdę uwa­żasz, że kto­kol­wiek będzie czy­tał następne zda­nie na tym pie­przo­nym pla­ka­cie?

– Tu cię ma – mruk­nę­łam pod nosem.

Puściła mimo uszu moją uwagę.

– Nie obcho­dzi cię to? Przy­kle­jasz pla­kat, a jeśli ludzie go prze­czy­tają, pomy­ślą, że jesteś kre­ty­nem, który nie umie pra­wi­dłowo napi­sać słowa „zagry­cha”.

Beck wzru­szył ramio­nami i prze­szedł obok nas, kie­ru­jąc się pię­tro wyżej.

– Mam gdzieś, co ludzie myślą. Pie­przę to.

– Dość ory­gi­nalne podej­ście. – Clau­dia obró­ciła się na pię­cie i posłała mu uśmiech, który sto­piłby serce każ­dego faceta. – Może nauczył­byś mnie takiego nie­ty­po­wego myśle­nia? Zna­la­zła­bym tro­chę czasu.

Zauwa­ży­łam, że Beck zachwiał się lekko na pierw­szym stop­niu zasko­czony tym kokie­te­ryj­nym pyta­niem. Szybko zama­sko­wał swoją reak­cję, ponow­nie posy­ła­jąc Clau­dii sek­sowne spoj­rze­nie, a potem z uśmie­chem popa­trzył jej w oczy.

– Do zoba­cze­nia na impre­zie, dzie­cinko.

– Przyj­dziemy – odpo­wie­działa.

Chwy­ciła mnie za rękę, pocią­ga­jąc za sobą w dół po scho­dach. Kiedy tylko wypa­dły­śmy z beto­no­wej klatki scho­do­wej na roz­grzany słoń­cem dzie­dzi­niec, oparła się o sto­jak na rowery.

– Na sam jego widok mogła­bym prze­żyć orgazm – jęk­nęła i odwró­ciła się, spo­glą­da­jąc tęsk­nie w stronę budynku.

Zmarsz­czy­łam nos.

– Oszczędź mi szcze­gó­łów.

– Daj spo­kój. Zanurz tego chło­paka w zim­nym jezio­rze, a zamieni je w gorące źró­dło.

– Opo­wia­dasz głup­stwa – odpar­łam ze śmie­chem, po czym chwy­ci­łam Clau­dię za rękę i ruszy­ły­śmy w stronę Guth­rie Street.

Miesz­ka­ły­śmy tuż przy Cow­gate, na wschod­nim krańcu Gras­smar­ket, który, jak odkry­ły­śmy, za sprawą licz­nych pubów i pobli­skiego klubu był mod­nym miej­scem spo­tkań. Okna naszych sypialni wycho­dziły na Cow­gate, więc zarówno Claud, jak i ja zain­we­sto­wa­ły­śmy w zatyczki do uszu, żeby móc spać w nocy.

Nasz dom znaj­do­wał się o kilka ulic z dala od głów­nego kam­pusu, na tere­nie wzno­szą­cym się w stronę Uni­wer­sy­tetu Edyn­bur­skiego. Ruszy­ły­śmy tam, żeby w cen­trum infor­ma­cyj­nym ode­brać legi­ty­ma­cje. Były nam potrzebne – bez nich nie mogły­by­śmy korzy­stać z biblio­teki ani uczest­ni­czyć w spo­tka­niach zrze­sze­nia stu­den­tów.

– Zga­dzam się, że jest atrak­cyjny, ale nie chcę mieć wię­cej do czy­nie­nia z nie­grzecz­nymi chłop­cami. – Zigno­ro­wa­łam zna­jome bole­sne ukłu­cie w piersi i zaci­snę­łam szczęki, uda­jąc obo­jęt­ność – Nie sądzi­łam, że kie­dy­kol­wiek mia­łaś na to ochotę.

– Naprawdę chcę zro­bić wyją­tek dla Becka. – Clau­dia zatrze­po­tała rzę­sami i ponow­nie jęk­nęła. – Beck. Nawet to jego cho­lerne imię jest sek­sowne.

– Mojej mamie by się nie spodo­bał. Dwu­krot­nie w odstę­pie kilku sekund użył słowa „pie­przyć”.

– Zerżnę­ła­bym go dwa razy w ciągu kilku sekund.

Zaszo­ko­wana wybuch­nę­łam śmie­chem.

– Nie żar­tuję.

Kiedy spoj­rza­łam na twarz Clau­dii, stwier­dzi­łam, że mówi prawdę. Natych­miast otrzeź­wia­łam.

– Pro­szę, nie rób niczego, czego byś potem żało­wała.

Mach­nęła ręką, lek­ce­wa­żąc mój nie­po­kój.

– Nie jestem głu­pia. Jeśli zechce dobrać mi się do maj­tek, będzie musiał na to zasłu­żyć. – Zatarła dło­nie z rado­ścią. – I zamie­rzam świet­nie się bawić, zmu­sza­jąc go, żeby na to zapra­co­wał.

Nie byłam zachwy­cona per­spek­tywą uczest­ni­cze­nia w impre­zie, na któ­rej zosta­wiono by mnie samą, pod­czas gdy naj­lep­sza przy­ja­ciółka pró­bo­wa­łaby owi­jać sobie Becka dookoła palca. Ale… to była Clau­dia, a ja ją kocha­łam i ni­gdy jesz­cze nie widzia­łam, żeby jakiś facet od pierw­szej chwili tak bar­dzo ją zafa­scy­no­wał. Prze­bo­leję to ze względu na nią.

– To zna­czy, że naprawdę idziemy dziś na tę imprezę. Może powin­ny­śmy zapro­sić nasze współ­lo­ka­torki?

– Przy­po­mnij mi, jak mają na imię.

Pró­bo­wa­łam sobie przy­po­mnieć.

– Mag­gie, Gemma i Lisa… Chyba tak?

– Myśla­łam, że Mag­gie, Jemima i Lau­ren.

– Jemima? Zapa­mię­ta­ła­bym takie imię.

– Jeste­śmy okrop­nymi współ­lo­ka­tor­kami.

– To prawda. Mam zamiar zor­ga­ni­zo­wać dla nas coś w rodzaju towa­rzy­skiego spo­tka­nia.

Oczy Clau­dii zabły­sły.

– Ooch, a możemy zapro­sić Becka?

Cho­lera. Już po niej.

– Może powin­nam wło­żyć sukienkę? – Clau­dia wymam­ro­tała pod nosem już pięć­dzie­siąty raz, gdy wcho­dzi­ły­śmy na pierw­sze pię­tro, zmie­rza­jąc do miesz­ka­nia numer trzy.

Z wnę­trza dobie­gała pul­su­jąca ryt­micz­nie muzyka, a na dzie­dzińcu minę­ły­śmy kilku pija­nych stu­den­tów pierw­szego roku. Wes­tchnę­łam, przy­ci­ska­jąc się ple­cami do ściany, by zro­bić przej­ście dla chło­paka, który zbie­gał ze scho­dów w stronę wyj­ścia. Wyglą­dał na poiry­to­wa­nego.

– Mówi­łam ci, że prze­sa­dzi­ła­byś z sukienką. To jest zwy­kła stu­dencka impreza, Claud, nic for­mal­nego.

Kiedy zna­la­zły­śmy się na pierw­szym pię­trze, prze­ko­nała się, że mia­łam rację. Drzwi do miesz­ka­nia numer trzy były otwarte na oścież, a stu­denci kotło­wali się przy nich, popi­ja­jąc z czer­wo­nych pla­sti­ko­wych kub­ków. Kilka dziew­czyn uśmiech­nęło się do nas, a chłopcy kiw­nęli nam gło­wami, kiedy ich mija­ły­śmy, wcho­dząc do środka. Wszy­scy byli swo­bod­nie ubrani i cie­szy­łam się, że prze­ko­nałam Clau­dię do dżin­sów i koszulki na ramiącz­kach.

– To miesz­ka­nie jest dużo więk­sze od naszego – powie­dzia­łam, gdy rozej­rza­ły­śmy się po zatło­czo­nym salo­nie i kuchni.

– Tam jest wię­cej pokoi. – Clau­dia wska­zała kory­tarz z lewej strony.

Zauwa­ży­łam, że na końcu zakrę­cał pod kątem pro­stym. Nali­czy­łam pię­cioro drzwi po jed­nej stro­nie i pomy­śla­łam, że Claud ma rację, mówiąc, że w ukry­tym kory­ta­rzu są kolejne.

– Przy­szły­ście. – Beck wyrósł przed nami jak za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki, z dwoma piwami w dło­niach. – Miło panie znów widzieć.

Wyglą­dał pra­wie tak jak po połu­dniu – może nawet ponęt­niej – i na jego widok przez chwilę ode­brało nam mowę.

W jego uśmie­chu była pew­ność sie­bie kogoś świa­do­mego, jaką reak­cję wywo­łuje u przed­sta­wi­cie­lek płci prze­ciw­nej. Wycią­gnął butelki piwa w naszą stronę.

– Chce­cie?

Się­gnę­łam po jedną.

– Dzięki. Nie­źle to wygląda. – Wska­za­łam balan­gu­jący tłum.

– Mówi­łem? Wystar­czy „dar­mowa gorzała” na pla­ka­cie i voilà. – Uśmiech­nął się do Clau­dii, gdy w końcu wyszła z odrę­twie­nia i się­gnęła po piwo. Zer­k­nął znów na mnie i moje piersi. – Fajna koszulka.

Mój T-shirt vin­tage z logo Pearl Jam był spło­wiały i zno­szony, nieco obci­sły, ale kiedy go zoba­czy­łam w skle­pie z uży­wa­nymi ubra­niami, natych­miast zapra­gnę­łam go mieć. Na szczę­ście dzięki temu, że był dopa­so­wany, wyglą­da­łam w nim sek­sow­nie. Nie pierw­szy raz facet mówił mi kom­ple­ment, gdy mia­łam tę koszulkę na sobie, i wciąż nie wie­dzia­łam, czy dla­tego, że była z Pearl Jam, czy dla­tego, że cia­sno opi­nała biust.

Zapewne tro­chę z pierw­szego powodu i dużo bar­dziej z dru­giego.

– Dzięki – mruk­nę­łam i roz­glą­da­jąc się po pokoju, „przy­pad­kiem” trą­ci­łam Clau­dię łok­ciem.

Zro­zu­miała alu­zję.

– A więc, Beck – powie­działa, pod­cho­dząc do niego bli­żej – stu­diu­jesz za gra­nicą przez semestr czy przez rok, jak my?

– Przez rok – usły­sza­łam, uda­jąc, że bar­dziej inte­re­suje mnie pokój, w któ­rym się znaj­du­jemy, niż kon­wer­sa­cja mię­dzy nim a naj­lep­szą przy­ja­ciółką. – Przy­je­cha­łem z Nor­th­we­stern. A wy?

– Z Pur­due, to nie tak daleko od cie­bie.

– Wydaje mi się, że parę osób, które tu miesz­kają, też stam­tąd pocho­dzi. Zna­cie ich? To Alan i Joey. Pozna­li­śmy się pierw­szego wie­czoru.

Odwró­ci­łam się teraz, upi­ja­jąc kolejny łyk piwa, i pokrę­ci­łam głową, kiedy Clau­dia odparła:

– Nie. Ty też tu miesz­kasz?

– Nie, nie­da­leko, w Col­lege Wynd, z moim kum­plem Jakiem.

Wzdry­gnę­łam się na dźwięk tego imie­nia, serce zaczęło mi szyb­ciej bić, jak zawsze, gdy je sły­sza­łam. Na szczę­ście żadne z tych dwojga tego nie zauwa­żyło i kiedy ze sobą gawę­dzili, zaczę­łam powoli, głę­boko oddy­chać, żeby się uspo­koić. Minęło już trzy i pół roku, a na samą myśl o nim serce pod­cho­dziło mi do gar­dła. Kiedy doszłam do sie­bie, zauwa­ży­łam, że Clau­dia rzuca mi ukrad­kowe spoj­rze­nia mówiące „spa­daj”. Butelką z piwem wska­za­łam stronę za ich ple­cami.

– Mam zamiar pójść… i spraw­dzić, czy kogoś tu znam.

Po drgnię­ciu ust Becka widać było, że ani Clau­dia, ani ja nie zacho­wu­jemy się sub­tel­nie, ale to nie ja chcia­łam zro­bić na nim wra­że­nie. Weszłam mię­dzy tło­czą­cych się ludzi i skie­ro­wa­łam do środka pomiesz­cze­nia, gdzie na dużym stole trwał tur­niej piw­nego ping-ponga. Gra­cze rzu­cali piłecz­kami do kub­ków z piwem usta­wio­nych po dru­giej stro­nie. Już sama myśl o tym wydała mi się potwor­nie nudna i zawró­ci­łam w stronę kuchni, gdzie ludzie gawę­dzili oparci o kuchenne blaty. Prze­ci­snę­łam się obok niskiego faceta z twa­rzą na wyso­ko­ści moich cyc­ków.

– Fajna koszulka. – Uśmiech­nął się do mnie, spo­glą­da­jąc w górę.

Co mówi­łam? To cza­ro­dziej­ska koszulka. Mruk­nę­łam „dzię­kuję” i ruszy­łam do kuchni.

– Char­ley!

Zdzi­wi­łam się, sły­sząc swoje imię wykrzy­czane na całe pomiesz­cze­nie, i otwo­rzy­łam sze­roko oczy na widok naszej współ­lo­ka­torki Mag­gie, która z entu­zja­zmem machała do mnie z kuchni. Zasko­czona jej wylewną reak­cją na mój widok i nieco skon­ster­no­wana, posła­łam jej uśmiech i rozej­rza­łam się.

– Cześć, Mag­gie.

– Przy­szłaś, cudowna dziew­czyno. Chodź, uko­chaj mnie! – Zarzu­ciła mi ramiona na szyję i kiedy się zde­rzy­ły­śmy, jej gęste rude włosy stłu­miły moje słowa. Była cał­kiem pijana i tro­chę mam­ro­tała, mimo to jej angiel­ski akcent pozo­stał fan­ta­styczny. Odsu­nęła mnie od sie­bie sil­nym ruchem. – Clau­dia też tu jest?

– Tak, roz­ma­wia z face­tem, któ­rego pozna­ły­śmy dziś po połu­dniu.

Mag­gie kiw­nęła głową. Jej piękne oczy były prze­krwione.

– Zgu­bi­łam Gemmę i Laurę. Nie wiem, gdzie poszły, ale ja spo­tka­łam tych chło­pa­ków. – Odwró­ciła się do jed­nego z nich, śred­niej budowy ciała, z jasnymi krę­co­nymi wło­sami i dzie­cię­cym spoj­rze­niem błę­kit­nych oczu. Towa­rzy­szyli mu wysoki, chudy facet w mod­nych oku­la­rach bez opra­wek, z tatu­ażami na ramio­nach i z kol­czy­kiem w war­dze oraz niska, krą­gła dziew­czyna o wło­sach w odcie­niu jasnego fio­letu. – To Matt, Lowe i Rowena.

Przy­wi­ta­łam się z nimi, uno­sząc butelkę z piwem.

– Cześć. Jestem Char­ley.

Lowe, ten wysoki, chudy facet, uniósł swoje piwo i na jego paznok­ciach poma­lo­wa­nych czar­nym lakie­rem zauwa­ży­łam odpry­ski.

– Fajna koszulka.

– Też jesteś Ame­ry­ka­ni­nem?

– Z Nor­th­we­stern.

– Pur­due.

Nagle spoj­rzał na mnie z więk­szym zain­te­re­so­wa­niem. Kiedy jego wzrok wędro­wał w górę i w dół po moim ciele, zauwa­ży­łam, że nie był chudy. Był szczu­pły, musku­larny… i uro­czy. Naprawdę uro­czy.

– Gra­łem w dru­ży­nie Boiler­ma­kers. Prak­tycz­nie jeste­śmy sąsia­dami. – Bar­dzo, bar­dzo uro­czy.

Był rów­nież kolej­nym nie­grzecz­nym Bec­kiem. Mogła­bym się zało­żyć, że się przy­jaź­nili.

– Jeśli przy­ja­ciel musi jechać kilka godzin, żeby wpaść do cie­bie na cia­sto, to rze­czy­wi­ście jeste­śmy sąsia­dami.

Lowe uśmiech­nął się, a Matt i Rowena zachi­cho­tali.

Mag­gie wyglą­dała na zdez­o­rien­to­waną. Pró­bu­jąc zmie­nić temat, zapy­tała:

– To zna­czy, że widzia­ły­ście pla­kat, ten o impre­zie?

– Tak. I Beck nas zapro­sił.

Lowe zmarsz­czył brwi.

– Pozna­ły­ście Becka?

Spoj­rza­łam przez ramię na tłum gości i wska­za­łam na niego. Beck i Clau­dia wciąż roz­ma­wiali, ale ona nie wyda­wała się zachwy­cona jego sło­wami.

– Roz­ma­wia z moją przy­ja­ciółką Clau­dią.

Odwró­ci­łam się znów w stronę moich roz­mów­ców i dostrze­głam w tłu­mie pro­fil, na któ­rego widok krew ude­rzyła mi do głowy. Zmro­ziło mnie, gdy obej­mo­wa­łam wzro­kiem zna­jomy zarys szczęki i pro­sty rzym­ski nos. Zna­jome usta cało­wały czy­jeś czoło.

To nie mógł być on.

Serce zaczęło mi szyb­ciej bić, gdy patrzy­łam, jak pro­fil się odwraca. Wię­cej niż zna­jomy piękny uśmiech pozba­wił mnie tchu.

Przez chwilę, która wyda­wała się wiecz­no­ścią, czu­łam na sobie wzrok Jacoba Caplina – chło­paka, który był moją pierw­szą miło­ścią.

Nie widzia­łam go od trzech i pół roku.

I oto stał tutaj, wysoki i dobrze zbu­do­wany, ubrany porząd­niej niż kie­dyś, w koszulkę z dłu­gimi ręka­wami i czarne dżinsy. Ciemne włosy miał krót­sze niż daw­niej, ale paso­wały do owalu jego przy­stoj­nej, szczu­płej twa­rzy. Nie chcia­łam nawet spoj­rzeć w jego ciemne oczy, wie­dząc, że spra­wi­łoby mi to ból jesz­cze więk­szy niż ten, który dotąd czu­łam. Cier­pie­nie stało się dotkliw­sze, gdy patrzy­łam, jak obej­muje ramie­niem wtu­loną w niego ciem­no­włosą dziew­czynę, która opie­rała dłoń na jego piersi. Mia­łam ponad metr sie­dem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu. Ona była wyż­sza. Zgrab­niej­sza. O wiele, wiele ład­niej­sza. Z ciem­nymi wło­sami i oliw­kową cerą wyglą­dała przy nim ide­al­nie.

Nie­na­wi­dzi­łam jej.

Nie­na­wi­dzi­łam jego.

Trzy i pół roku wciąż nie zago­iło ran.

– Char­ley! Halo, Char­ley! – Mag­gie wykrzyk­nęła pijac­kim gło­sem i dostrze­głam, że dźwięk mojego imie­nia dotarł do jego uszu. Zesztyw­niał, pod­czas gdy drżą­cymi pal­cami ści­ska­łam szyjkę butelki.

Bły­ska­wiczne uniósł wzrok i prze­biegł nim przez wypeł­niony ludźmi pokój. Drgnął, gdy jego spoj­rze­nie zetknęło się z moim, i opu­ścił ramię obej­mu­jące przy­tu­loną dziew­czynę. Roz­chy­lił usta, jego piękne rysy zelżały pod wpły­wem szoku i zoba­czy­łam, że bez­gło­śnie wyma­wia moje imię.

Kiedy nasze oczy spo­tkały się po raz pierw­szy od lat, nagle wszy­scy wokół mnie znik­nęli. Muzyka zmie­niła się w głu­che pul­so­wa­nie, roz­mowy w stłu­miony gwar i sły­sza­łam jedy­nie bicie serca. Pra­gnę­łam stam­tąd wyjść. Zna­leźć się jak naj­da­lej od niego, ale gdy prze­ci­snął się obok swo­ich zacie­ka­wio­nych przy­ja­ciół i ruszył w moją stronę, poczu­łam się, jak­bym była przy­kle­jona do pod­łogi, i kiedy sta­nął przede mną, policzki pło­nęły mi z emo­cji.

– Jake – cie­pło pozdro­wił go Lowe.

Jake ski­nął mu głową w zna­jomy spo­sób, który prze­szył mi serce.

– Lowe.

Szybko prze­niósł wzrok z przy­ja­ciela na mnie, a ból wybuchł we mnie pło­mie­niem. Kocha­łam oczy Jake’a. Ciemne, w kolo­rze głę­bo­kiego brązu, były tak inte­li­gentne i cie­płe, tak głę­bo­kie, że mogła­bym szczę­śli­wie spę­dzić resztę życia, zatra­ca­jąc się w nich.

Byłam młoda.

Byłam idiotką.

– Char­ley – powie­dział cicho niskim, głę­bo­kim gło­sem, który wciąż potra­fił wywo­łać roz­koszny, lecz nie­po­żą­dany dreszcz w dole ple­ców. – Nie mogę uwie­rzyć, że to ty. – Drżącą dło­nią prze­cią­gnął po wło­sach, cze­ka­jąc, aż coś powiem. Cokol­wiek.

Chcia­łam być chłodna. Nie­po­ru­szona. Obo­jętna.

Nie­stety nie udało mi się. Wrę­czy­łam swoje piwo zbi­tej z tropu Mag­gie i prze­szłam obok Jake’a bez słowa.

Uży­wał wciąż tej samej wody toa­le­to­wej, tej, którą mu kupi­łam. Tej, która pach­niała na nim tak cudow­nie, że sporo czasu spę­dzi­łam z nosem wtu­lo­nym w jego szyję.

Rów­nież to wspo­mnie­nie bolało.

Idąc szybko kory­ta­rzem, dostrze­głam, że Clau­dia roz­ma­wia z face­tem, któ­rego nie zna­łam. Nie mia­łam czasu zasta­na­wiać się, co się stało z Bec­kiem, bo Jake wykrzy­ki­wał moje imię. Sły­sząc to, Clau­dia pod­nio­sła wzrok i zro­biła wiel­kie oczy, gdy ujrzała moją twarz.

– Wycho­dzę – oznaj­mi­łam kate­go­rycz­nie, mija­jąc ją.

Natych­miast ruszyła za mną. Popę­dzi­łam po scho­dach i przez dzie­dzi­niec, wpa­dłam do naszej klatki scho­do­wej i szybko zamknę­łam ją za Claud.

– Co się dzieje, do cho­lery? – Jej oczy błysz­czały z nie­po­koju, kiedy prze­ci­snę­łam się obok i wbie­głam na schody.

Dopiero gdy zna­la­zły­śmy się w mojej sypialni i zamknę­ły­śmy drzwi, obró­ci­łam się i sta­nę­łam przed nią. Drża­łam na całym ciele, a ból, który sta­ra­łam się stłu­mić, eks­plo­do­wał. Clau­dia chwy­ciła mnie w obję­cia i trzy­mała mocno, cicho mówiąc do ucha uspo­ka­ja­jące słowa, tym­cza­sem ja, szlo­cha­jąc, szep­ta­łam wyja­śnie­nie w jej włosy.

Rozdział drugi

Indiana, wrze­sień 2008

– Będziemy mieli przez to kło­poty – mruk­nę­łam, roz­glą­da­jąc się wśród uczniów mojej klasy, któ­rych twa­rze raz po raz poja­wiały się w bla­sku rzu­ca­nym przez pło­mień wiel­kiego ogni­ska. Wie­dzia­łam, że trzeba go pil­no­wać.

Wró­ci­łam do domu po let­nich waka­cjach, które spę­dzi­łam ze swo­imi kuzy­nami z Flo­rydy, a moje przy­ja­ciółki Lacey i Rose zmó­wiły się z moim byłym chło­pa­kiem Ale­xem i urzą­dziły mi przy­ję­cie powi­talne w lesie, w poło­żo­nej na przed­mie­ściu posia­dło­ści jego rodzi­ców. W oto­cze­niu roz­pa­da­ją­cych się beto­no­wych sie­dzisk poro­śnię­tych chwa­stami stała tam ogromna stara altana. Teraz wypeł­niali ją nie­letni pijacy, a ponadto puszki po piwie, chrust na ogni­sko i sprzęt gra­jący. Lacey pokle­pała mnie żar­to­bli­wie.

– Kogo to obcho­dzi? Po pro­stu się bawmy. Nie sądzę, żeby zro­bili nam nalot. Jutro jest Święto Pracy, są zbyt zajęci przy­go­to­wa­niami do festynu, żeby przej­mo­wać się tym, co tu kom­bi­nu­jemy. – Wrę­czyła mi piwo.

– Nie musia­łaś tego robić.

Rose przy­tak­nęła.

– Ja pod­su­nę­łam pomysł, żeby­śmy urzą­dziły imprezę, zanim wró­cimy do szkoły. A Alex zapro­po­no­wał, żeby była na twoją cześć.

Lacey prych­nęła.

– Bar­dziej jed­no­znacz­nie nie mógł się zacho­wać.

Śle­dząc jej spoj­rze­nie, ujrza­łam Alexa w towa­rzy­stwie dziew­czyny z dru­giej klasy. Wyda­wało się, że chło­pak nie słu­cha tego, co ona mówi, kiedy przy­glą­dał się naszej grupce.

– Wie, że nie mamy po co do tego wra­cać. Przed waka­cjami spo­ty­ka­li­śmy się przez trzy mie­siące i nic z tego nie wyszło.

– Twoim zda­niem. – Rose wes­tchnęła ze smut­kiem. – On cią­gle o tobie myśli, Char­ley. Jest taki słodki. I gra w fut­bol. To jest super.

– Alex jest miły i w ogóle, ale nie jest dla mnie.

Alex rze­czy­wi­ście był bar­dzo miły, ale przez trzy mie­siące, gdy ze sobą cho­dzi­li­śmy, wciąż cze­ka­łam na coś, co sprawi, że doznam olśnie­nia. Kiedy się cało­wa­li­śmy, było po pro­stu… miło. A skoro cało­wa­nie się było miłe, lecz nic poza tym, nie chcia­łam robić z nim nic wię­cej, przez co wyda­wa­łam się ozię­bła. Tak czy siak, za bar­dzo się róż­ni­li­śmy. Alexa inte­re­so­wał głów­nie fut­bol i zacho­wa­nie pozo­rów wobec rodziny, zwłasz­cza że jego mama była bur­mi­strzem.

Szcze­rze mówiąc, nie wiem, co Alex we mnie widział. Jestem pewna, że jego matka też się nad tym zasta­na­wiała. Moja sio­stra Andrea paso­wa­łaby do niego ide­al­nie, gdyby mieli tyle samo lat. Była tro­chę sztywna i nie­ska­zi­telna od stóp do głów. Z kolei ja stale byłam czymś pochło­nięta, mia­łam obse­sję na punk­cie muzyki, ubie­ra­łam się tak, jak mi pod­po­wia­dał nastrój, i mówi­łam to, co naprawdę myśla­łam.

Jedyne, co pani bur­mistrz Roster uzna­wała za odpo­wied­nie w odnie­sie­niu do mnie, doty­czyło mojej sio­stry. Sądzę, że miała nadzieję, że pew­nego dnia nagle prze­isto­czę się w mini­wer­sję Andie.

– Zapo­mnij o Ale­xie. – Lacey obró­ciła się do mnie, a jej oczy jaśniały w bla­sku ogni­ska. – Zde­cy­do­wa­łam, że ide­alny dla cie­bie będzie Jake Caplin.

– Ach, tajem­ni­czy Jake – zaśmia­łam się.

Całe lato przy­ja­ciółki wydzwa­niały do mnie roz­e­mo­cjo­no­wane. Naj­pierw dono­siły, że do Lan­ton spro­wa­dziła się nowa rodzina. Była to nowina, ponie­waż pan Caplin otwie­rał kan­ce­la­rię prawną, co wywo­łało nie­po­kój w miej­sco­wej kan­ce­la­rii Brac­kett & Sons. Była to nowina rów­nież z tego powodu, że Capli­no­wie mieli dwóch synów – Jacoba i młod­szego Lukasa, ucznia pierw­szej klasy. Obaj podobno byli uro­czy.

Przez lato nawią­zali sporo zna­jo­mo­ści. A przy­naj­mniej Jake. Szybko zna­lazł przy­ja­ciół, podobno umiał się odna­leźć w każ­dej gru­pie, jak twier­dziła Lacey. Spę­dzał czas z muzy­kami, z wszel­kiego rodzaju mania­kami, z tymi, któ­rzy palili zioło, ale rów­nie dobrze bawił się w towa­rzy­stwie spor­tow­ców. I, co waż­niej­sze, powie­działa Lacey, prze­spał się już z całym gro­nem młod­szych i star­szych dziew­czyn. Plotka gło­siła, że zali­czył też Stacy Sul­li­van, sek­sowną laskę ze star­szej klasy, która pra­co­wała w barze u Huba, popu­lar­nej knajpce na Main Street. To rze­czy­wi­ście była nowina, bo Stacy uma­wiała się tylko z face­tami z col­lege’u. Seks ze Stacy uczy­nił z Jake’a postać nie­mal legen­darną wśród naszych szkol­nych kole­gów.

Wziąw­szy to wszystko po uwagę, zasta­na­wia­łam się, dla­czego, u licha, Lacey chciała, żebym się z nim zwią­zała.

– O Boże, on tu jest – wyszep­tała bez tchu, jakby sam Bat­man wła­śnie zja­wił się na impre­zie.

Odwró­ci­łam głowę i poprzez pło­mień ogni­ska spoj­rza­łam w ciemne oczy Jake’a Caplina.

Poczu­łam, że zatrzy­mał na mnie wzrok i z wra­że­nia zanie­mó­wi­łam.

Był piękny.

Nie wiem, jak ina­czej mogła­bym go opi­sać. Kiedy prze­cho­dził przez tłum ze wzro­kiem utkwio­nym we mnie, a przy­ja­ciółki szep­tały z nie­do­wie­rza­niem, że zmie­rza w naszą stronę, zde­cy­do­wa­łam nic sobie nie robić z plo­tek. Było coś w spo­so­bie, w jaki poru­szało się jego wyso­kie, dobrze zbu­do­wane ciało – pewne sie­bie i silne, ale zara­zem dzi­kie i nie­po­skro­mione. Patrzy­łam, jak kąciki ust Jake’a uno­szą się w pół­u­śmie­chu, i z wyrazu jego twa­rzy wyczy­ta­łam milion rze­czy. Milion opo­wie­ści, żar­tów, marzeń…

W głębi duszy wie­dzia­łam, że Jake Caplin ni­gdy, przeni­gdy mnie nie znu­dzi. Wyda­wało się to sza­lone, ponie­waż ni­gdy nie zamie­ni­li­śmy ze sobą słowa, ale nie mia­łam co do tego wąt­pli­wo­ści.

– Więc to ty jesteś tą tajem­ni­czą dziew­czyną, która znik­nęła na całe lato. – Przy­sta­nął na wprost mnie, swo­bodny, z piwem w ręce.

Prze­chy­li­łam głowę, by spoj­rzeć mu w oczy, i poczu­łam mro­wie­nie w ciele. Nagle do mnie dotarło, że komuś tak pięk­nemu jak Jake dziew­czyny cały czas się narzu­cają. Wyczy­ta­łam to z jego pod­szy­tej próż­no­ścią pew­no­ści sie­bie. Ze swo­body, z jaką do mnie mówił, kom­plet­nie nie­zna­jomy, pod­czas gdy faceci, któ­rych zna­łam, jąkali się, pró­bu­jąc flir­to­wać.

– A ty jesteś tym tajem­ni­czym nowym – odpar­łam, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Uśmiech­nął się i wycią­gnął do mnie rękę.

– Jake.

Z waha­niem pozwo­li­łam mu ująć dłoń, nie zwa­ża­jąc na napię­cie w dole brzu­cha, które poja­wiło się od dotyku jego skóry.

– Char­ley.

– Wiem. Jesteś sławna. Super­menka – powie­dział z szel­mow­skim uśmie­chem, a ja rzu­ci­łam przy­ja­ciół­kom krzywe spoj­rze­nie. Nie mogłam uwie­rzyć, że opowie­działy mu tę histo­rię.

Nie, wła­ści­wie mogłam uwie­rzyć.

Dwa lata temu poje­cha­łam do mia­sta z Lacey i Rose. Wła­śnie wycho­dzi­ły­śmy z knajpki Huba, kiedy usły­sza­ły­śmy krzyk mojej sio­stry Andie. To było do niej tak nie­po­dobne, że przy­sta­nę­ły­śmy, by spraw­dzić, co się dzieje. Andie, wtedy uczen­nica ostat­niej klasy, i jej chło­pak Pete, z któ­rym od lat była w związku, prze­ży­wali pro­blemy. Tego dnia sytu­acja zaostrzyła się tak bar­dzo, że moja sio­stra – która sta­no­wiła wzór dobrych manier – zaczęła krzy­czeć na Pete’a na środku placu. Odkrzyk­nął coś, gdy odcho­dziła, na co Andie bez­myśl­nie przy­sta­nęła na środku jezdni i odwró­ciła się, by jesz­cze coś mu odpo­wie­dzieć.

Zoba­czy­łam, jak pan Fin­ne­gan z rykiem sil­nika wyjeż­dża swoim SUV-em zza zakrętu, i dostrze­głam, że jest zbyt zajęty mani­pu­lo­wa­niem przy desce roz­dziel­czej, by zauwa­żyć moją sio­strę. Nie zasta­na­wia­łam się nawet przez sekundę. Przedar­łam się przez ulicę i wypchnę­łam Andie z jezdni w samą porę, zanim Fin­ne­gan zdał sobie sprawę, co się dzieje, i naci­snął hamu­lec. Nie­stety zbyt późno zaha­mo­wał i samo­chód ude­rzył we mnie. Nie tak mocno, żebym została poważ­nie ranna, nie­mniej skoń­czyło się na wstrzą­śnie­niu, pęk­nię­tych żebrach i zła­ma­nej kości strzał­ko­wej.

Przez pewien czas leża­łam przy­kuta do łóżka. Wystar­cza­jąco długo, by mia­sto obwo­łało mnie lokalną boha­terką i wszy­scy, włącz­nie z sio­strą, nazy­wali mnie czule „Super­menką”.

– Nie­na­wi­dzę życia w małym mia­steczku – burk­nę­łam, pocią­ga­jąc kolejny łyk piwa.

Jake roze­śmiał się sze­roko, głę­bo­kim gło­sem, który przy­kuł moją uwagę. Kiedy spoj­rze­li­śmy na sie­bie, serce znów zaczęło mi szyb­ciej bić.

– Nie przej­muj się. Jeśli chcia­ła­byś przy­jąć jakieś prze­zwi­sko, mógł­bym sobie wyobra­zić gor­sze i zde­cy­do­wa­nie nie tak zasłu­żone.

– Idziemy po wię­cej piwa – rado­śnie oznaj­miła Lacey i w mało sub­telny spo­sób chwy­ciła Rose, i odcią­gnęła ją, pozo­sta­wia­jąc mnie i Jake’a sam na sam.

Skrzy­wi­łam się na tak oczy­wi­ste zacho­wa­nie.

– Wybacz.

– Nie przej­muj się. – Jake pod­szedł krok bli­żej. – Mia­łem nadzieję, że cię tu poznam.

Prze­chy­li­łam głowę, posy­ła­jąc mu poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie.

– Och, sły­sza­łam, że pozna­łeś tu już wiele osób.

Powstrzy­mał uśmiech.

– Nie powin­naś słu­chać plo­tek.

– Zwłasz­cza jeśli to prawda?

Teraz się roze­śmiał, potrzą­sa­jąc głową.

– Po pro­stu byłem przy­ja­ciel­ski. Pozna­wa­łem nowe mia­sto. Komuś, kto miesz­kał w Chi­cago, nie­ła­two jest prze­pro­wa­dzić się do małego mia­steczka. Tam wszystko dzieje się szyb­ciej, a gdy tutaj robisz coś szybko, wywo­łu­jesz zgor­sze­nie.

– O tak, wyobra­żam sobie, że to ogromna zmiana. – Zmarsz­czy­łam brwi i opar­łam się o filar. – Dla­czego się tu prze­pro­wa­dzi­łeś?

Jake gło­śno wes­tchnął i wzru­szył ramio­nami.

– Mama i tata pocho­dzą z małych mia­ste­czek i tęsk­nili za czymś takim. Tacie nie­źle się wio­dło w Chi­cago, a mamie odpo­wia­dało tam­tej­sze życie. Ale mój młod­szy brat Lukas został napad­nięty pew­nego wie­czoru, kiedy wra­cał ze szkoły do domu i uciekł mu auto­bus. Napast­nicy wycią­gnęli nóż; nie zra­nili Lukasa, jed­nak mama i tata tak się prze­ra­zili, że posta­no­wili się prze­pro­wa­dzić.

Poki­wa­łam głową.

– Wiesz, że okropne rze­czy dzieją się wszę­dzie.

– W Lan­ton zda­rza się dużo napa­dów, prawda?

– Tylko wtedy, gdy nie­wiele się dzieje. Lubię tro­chę potrzą­snąć mia­stem.

Jake odrzu­cił głowę do tyłu i roze­śmiał się, a w jego oczach poja­wiły się cie­płe bły­ski.

– Komi­niarka i tak dalej?

Zaprze­czy­łam.

– Opa­ska na oczach, banan i czarny worek na śmieci.

– Pozwól, że zgadnę. – Zachi­cho­tał. – Banan ma tro­ja­kie zasto­so­wa­nie: jako pisto­let, jako prze­ką­ska w celu nabra­nia ban­dyc­kiej ener­gii, wresz­cie jego śli­ska skórka to dosko­nałe narzę­dzie ucieczki.

Otwo­rzy­łam sze­roko oczy, uda­jąc zasko­cze­nie.

– Stary, widzę, że chwy­tasz, o co cho­dzi. Chcesz napa­dać ze mną? – Nie zamie­rza­łam flir­to­wać, ale to był flirt na całego.

Spoj­rze­nie Jake’a stało się jesz­cze cie­plej­sze, kiedy pochy­lił lekko głowę i szep­nął:

– Zde­cy­do­wa­nie.

Pod wra­że­niem inten­syw­no­ści tego, co zaiskrzyło mię­dzy nami, zaczer­wie­ni­łam się i nie­zdolna powstrzy­mać uśmie­chu, odwró­ci­łam spoj­rze­nie.

– A więc jesteś z Ale­xem, tak?

Pod­nio­słam wzrok i zoba­czy­łam, że Jake ogląda się przez ramię w stronę, gdzie stał Alex i nas obser­wo­wał. Nie wyda­wał się zado­wo­lony. Zde­cy­do­wa­nie nie poma­gało też to, że jego naj­lep­szy przy­ja­ciel Brett Tho­mas przy­glą­dał się nam z szy­der­czym uśmiesz­kiem i cho­ciaż nie sły­sza­łam, co mówi, było oczy­wi­ste, że robi na nasz temat komen­ta­rze, które nie­po­koją Alexa. Ni­gdy nie mogłam pojąć, dla­czego tak sym­pa­tyczny chło­pak jak Alex przy­jaźni się z Bret­tem, dosko­na­łym przy­kła­dem na to, że nie­da­leko pada jabłko od jabłoni. Jego ojciec, Tren­ton Tho­mas, był dile­rem samo­cho­do­wym. Z pozoru cza­ru­ją­cym i skrom­nym. Nie­któ­rzy ludzie go lubili. Ale wielu znało prawdę – że jest mizo­gi­nem, despotą i face­tem wiecz­nie nadą­sa­nym jak dziecko. Bywa­jąc w domu Tho­masów w okre­sie, gdy spo­ty­ka­łam się z Ale­xem, widzia­łam, jak ojciec trak­tuje syna i żonę. Chcia­łam go kop­nąć w jaja. Moi rodzice cho­dzili z nim do szkoły śred­niej i mówili, że zawsze był dup­kiem. Brett odzie­dzi­czył po swoim dro­gim tatu­siu wszyst­kie cudowne cechy.

Zacze­ka­łam, aż Jake znów na mnie spoj­rzy, i odpo­wie­dzia­łam łagod­nie:

– To dobry chło­pak, ale zerwa­li­śmy ze sobą przed waka­cjami i tak już zosta­nie.

– Jego mina świad­czy o tym, że chciałby, żeby było ina­czej. Tro­chę się zaprzy­jaź­ni­li­śmy… Z jego mor­der­czego spoj­rze­nia wnio­skuję, że moja roz­mowa z tobą zmieni nasze rela­cje.

– Przy­kro mi. – Wes­tchnę­łam poiry­to­wana. – Jego rodzina jest silna i wpły­wowa, a Alex jest taki jak oni. Da sobie radę.

– No nie wiem. – Jake spo­waż­niał. – Można zre­zy­gno­wać z takiej dziew­czyny jak ty?

– Miły tekst. – Roze­śmia­łam się cicho.

Jake uśmiech­nął się i prze­cią­gnął dło­nią po roz­wi­chrzo­nych ciem­nych wło­sach.

– Nie jestem pewien, czy to był tekst.

– Ależ tak, był. Jesteś świetny we flir­to­wa­niu. Bar­dzo pewny sie­bie jak na swój wiek.

– Nic o tym nie wiem. Ni­gdy nie musia­łem…

– Nad tym pra­co­wać – dokoń­czy­łam za niego, marsz­cząc brwi. – Pewny sie­bie i zaro­zu­miały…

Patrzył na mnie, mru­żąc roze­śmiane oczy.

– Wydaje ci się, że jesteś bystra.

– Nie. Wiem, że jestem bystra.

– I kto teraz jest zaro­zu­miały?

Zachi­cho­ta­łam, ale wzru­szy­łam ramio­nami.

– Mam ku temu powód. Jestem fan­ta­styczna.

– O cho­lera. – Jake znów się uśmie­chał, oparł rękę o filar nad moją głową i pochy­lił się ku mnie. – Chciał­bym cię poca­ło­wać, w tej chwili.

Oblało mnie gorąco, na samą myśl o tym motyle w brzu­chu osza­lały, ale udało mi się opa­no­wać.

– Nie znamy się wystar­cza­jąco dobrze.

– Nie zga­dzam się. – Pochy­lił się niżej, a jego zamiar był oczy­wi­sty. – Pięć minut z tobą wystar­czyło, żebym poczuł, jak­bym cię znał od zawsze.

– Jake.

Prze­rwał, a wyraz twa­rzy zmie­nił się, gdy wypo­wie­dzia­łam jego imię. Nie wie­dzia­łam, co to ozna­cza, ale poczu­łam, że pra­gnę się wto­pić w Jake’a. Z tru­dem się przed tym powstrzy­ma­łam.

– Nie mam zamiaru się z tobą cało­wać.

Piękne ciemne oczy roz­bły­sły.

– Chcesz mnie zmu­sić, żebym na to zapra­co­wał?

Kiw­nę­łam głową i wypro­sto­wa­łam się. Sta­li­śmy tak bli­sko sie­bie, że nie­mal czu­łam dotyk jego ciała.

– Gdy­bym nie była prze­ko­nana, że warto się o mnie sta­rać, dla­czego, u licha, ty miał­byś tak uwa­żać? – Wzru­sza­jąc lekko ramio­nami, prze­śli­znę­łam się obok niego i ruszy­łam w stronę przy­ja­ció­łek, które gapiły się na nas wyraź­nie zacie­ka­wione, co się dzieje. Nie mia­łam szansy im tego powie­dzieć, bo Jake szybko podą­żył za mną.

Spę­dzi­li­śmy wśród moich zna­jo­mych resztę wie­czoru, wymie­nia­jąc uwagi, czu­jąc przy­jemny dreszcz wywo­łany przez prąd, który mię­dzy nami prze­bie­gał. Był przy­jemny, ale go nie pobu­dza­li­śmy. A wła­ści­wie Jake tego nie robił. Nie było już mowy o cało­wa­niu, ale gdy mój tata poja­wił się, by zakoń­czyć imprezę, i zacią­gnął mnie, Lacey i Rose do samo­chodu, wie­dzia­łam, że Jake Caplin ma zamiar się o mnie posta­rać.

Wie­dzia­łam to, ponie­waż obser­wo­wał mnie cały czas, kiedy odcho­dzi­łam. Przy­glą­dał mi się tak, jakby chciał patrzeć na mnie wiecz­nie.

Wie­dzia­łam to, bo odwró­ci­łam się w jego stronę, czu­jąc to samo.

Rozdział trzeci

Edyn­burg, wrze­sień 2012

Usły­sza­łam puka­nie do drzwi sypialni i otwo­rzy­łam zapuch­nięte powieki. Kąciki oczu i rzęsy mia­łam skle­jone od sło­nych, obe­schłych już łez. Pocie­ra­jąc powieki, sto­czy­łam się z łóżka i opar­łam o wci­śnięte obok biurko. Pokój był długi, ale nie­zbyt sze­roki, więc tro­chę bra­ko­wało mi prze­strzeni. Potrze­bo­wa­łam też czasu, by przy­zwy­czaić się do spa­nia w nowym miesz­ka­niu.

– Char­ley, to ja, Mag­gie. Jesteś tam?

– Idę – wymam­ro­ta­łam, wzdry­ga­jąc się na swój widok w lustrze.

Wyglą­da­łam kosz­mar­nie.

Kiedy poprzed­niej nocy pła­ka­łam w ramio­nach Clau­dii, powie­dzia­łam jej, że to przez Jake’a opu­ści­ły­śmy imprezę. Wie­działa o nim wszystko. Wie­działa, że to z jego powodu nie uda­wały mi się kolejne związki.

Wciąż czu­łam bole­sne napię­cie na wspo­mnie­nie wie­czoru.

Jake był tutaj. W Edyn­burgu. W col­lege’u. W tym samym mie­ście co ja.

Zbyt wiel­kie cier­pie­nie, by o tym myśleć tak wcze­śnie rano.

Uchy­li­łam lekko drzwi, a Mag­gie zro­biła wiel­kie oczy, gdy ujrzała, w jakim jestem sta­nie.

– Masz gościa.

Spoj­rza­łam spod przy­mru­żo­nych powiek.

– Kto to?

– Beck.

Beck przy­szedł się ze mną zoba­czyć? Po co? Wes­tchnę­łam ciężko.

– Powiedz mu, że zaraz przyjdę.

Zamknę­łam drzwi i odwró­ci­łam się, żeby poszu­kać dżin­sów. Chwie­jąc się, zdję­łam szorty, wcią­gnę­łam dżinsy i bluzę z kap­tu­rem i ścią­gnę­łam włosy w koń­ski ogon. Naprawdę mia­łam gdzieś to, że wyglą­dam kosz­mar­nie. Ow­szem, Beck był super, ale nie zamie­rza­łam w to wcho­dzić. Zwłasz­cza że Clau­dia się w nim durzyła.

Kiedy otwie­ra­łam drzwi, żeby wyjść z pokoju, zosta­łam wepchnięta z powro­tem do środka przez swoją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. Clau­dia pospiesz­nie prze­krę­ciła klucz i ciężko oparła się ple­cami o drzwi. Obrzu­ciła mnie wzro­kiem i zbla­dła.

– Nie możesz wyjść w takim sta­nie.

– To tylko Beck – burk­nę­łam.

Pokrę­ciła głową.

– Uwa­żaj na tego kłam­li­wego rudzielca.

Zro­zu­mia­łam, że robi alu­zję do Mag­gie, ale nie mia­łam poję­cia, o co jej cho­dzi. Wyczy­tała to z mojej twa­rzy.

– To nie Beck. – Wes­tchnęła. – To Jake.

Wstrzy­ma­łam oddech.

– Dla­czego rudzie­lec kła­mał?

– Praw­do­po­dob­nie ją o to popro­sił.

– Albo widziała, co się działo mię­dzy nami ostat­niej nocy. Była pewna, że nie wyszła­bym z pokoju, wie­dząc, że to on. – Serce waliło mi w piersi. – I nie wyjdę.

– Szcze­gól­nie jeśli będziesz tak wyglą­dać.

Zlek­ce­wa­ży­łam pełne odrazy spoj­rze­nie przy­ja­ciółki i rzu­ci­łam się na łóżko.

– Ni­gdy w życiu. Powiedz mu, żeby sobie poszedł.

Na szczę­ście Clau­dia nie spie­rała się ze mną. Znik­nęła na kilka minut, a gdy wró­ciła, usia­dła obok mnie na łóżku.

– Poszedł. Miał taką minę, jak­bym mu powie­działa, że Święty Miko­łaj nie ist­nieje.

– Żal ci go? – Nie byłam pewna, co sama czu­łam.

– Nie wiem, co myśleć. – Clau­dia pokrę­ciła głową. – Nie znam go. Wiem tylko, co ci zro­bił. Wiem też, że ma za sobą trudne przej­ścia i potrzeba czasu, żeby dojść do sie­bie po czymś takim. Może on chce tylko prze­pro­sić.

Odwró­ci­łam głowę, pra­gnąc z całych sił, żeby ostry jak nóż ból w sercu wresz­cie znik­nął.

– Nie wiem, czy była­bym w sta­nie słu­chać jego prze­pro­sin. Tro­chę czasu minęło, zanim to prze­bo­la­łam, a teraz znów sta­nął przede mną i o wszyst­kim mi przy­po­mniał…

Przez chwilę leża­ły­śmy w ciszy, aż w końcu odwró­ci­łam głowę na koł­drze i spoj­rza­łam na osza­ła­mia­jąco piękny pro­fil Clau­dii.

– Co się stało wczo­raj wie­czo­rem mię­dzy tobą a Bec­kiem?

Kąciki ust Clau­dii opa­dły; nie byłam pewna, co zna­czy ten gry­mas, nawet wtedy, gdy odparła:

– Powie­dział, że jestem dobrą dziew­czyną, a on nie zadaje się z dobrymi dziew­czy­nami, bo nie jest typem faceta, który trzyma się tylko jed­nej kobiety.

– Tak powie­dział? – zdu­mia­łam się.

– Uhm. Powie­dział, że mnie lubi, i chce, żeby­śmy zostali przy­ja­ciółmi.

– Przy­naj­mniej jest uczciwy, jak sądzę. I co, zamie­rzasz się z nim zaprzy­jaź­nić?

Wzru­szyła ramio­nami.

– Pew­nie, czemu nie. Nie spo­ty­kam się z męskimi dziw­kami, choćby nie wiem jak bar­dzo sek­sow­nymi, ale on jest zabawny. Przy­ja­ciele. Coś w tym rodzaju.

– Na pewno nie mam już zapuch­nię­tych oczu? – zapy­ta­łam, pochy­la­jąc głowę, kiedy szły­śmy bru­ko­waną uliczką w stronę col­lege’u.

– Ani śladu opu­chli­zny czy zaczer­wie­nie­nia. Wyglą­dasz super. Zawsze tak wyglą­dasz – odparła nieco roz­tar­gniona Clau­dia.

– Dener­wu­jesz się, że znów zoba­czysz Becka?

– Dla­czego mia­ła­bym się dener­wo­wać?

Nie odpo­wie­dzia­łam i szłam dalej za Mag­gie, Gemmą i Laurą. Sły­szały, że wybie­ramy się do zrze­sze­nia stu­den­tów, gdzie spo­tkamy się z Bec­kiem, i wpro­siły się. Beck był atrak­cją towa­rzy­ską.

Pod­czas kola­cji Clau­dia weszła do kuchni, by mi powie­dzieć, że wła­śnie z nim roz­ma­wiała i że nas zapro­sił. Z początku byłam nie­ufna. Oka­zało się, że Beck i Jake są naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi z Nor­th­we­stern, więc Beck zadzwo­nił do Clau­dii, by zapy­tać, czy dobrze się czuję. Naj­wy­raź­niej Jake opo­wie­dział mu całą naszą histo­rię. Clau­dia nie wspo­mniała mu o mojej reak­cji na widok Jake’a, ale uprze­dziła, że nie jest pewna, czy będziemy miały czas. Beck zro­zu­miał alu­zję i zapew­nił ją, że Jake nie przyj­dzie.

Sie­dziby zrze­sze­nia były roz­rzu­cone po całym tere­nie uni­wer­sy­tetu, a my szły­śmy do Teviot. Mie­ściła się w głów­nym kam­pu­sie na Bri­sto Squ­are, w pięk­nym sta­rym budynku w gotyc­kim stylu. Był tam klub nocny, kilka barów, w tym naprawdę świetny Library Bar, do któ­rego zaj­rza­ły­śmy z Claud wcze­śniej, odbie­ra­jąc legi­ty­ma­cje.

Beck wysłał Clau­dii ese­mes, że są w barze Teviot Lounge. Weszły­śmy za naszymi współ­lo­ka­tor­kami po scho­dach, a następ­nie do zatło­czo­nego pomiesz­cze­nia o wyglą­dzie typo­wego bry­tyj­skiego pubu. Wszę­dzie wokół było ciemne drewno, przy­ćmione świa­tła, wygodne sie­dze­nia i solidne drew­niane meble. W powie­trzu wisiała nieco zbyt silna woń zwie­trza­łego piwa, cha­rak­te­ry­styczna dla baru z pod­łogą pokrytą wykła­dziną. Prze­ci­snę­ły­śmy się mię­dzy stu­den­tami zgro­ma­dzo­nymi koło drzwi i ruszy­łam za Clau­dią, która roz­glą­dała się za naszym nowym przy­ja­cie­lem. Chwy­ciła mnie za rękę.

– Jest tam.

Nie mogłam go jesz­cze dostrzec, ale Clau­dia pocią­gnęła mnie w tłum. Przy­sta­nę­ły­śmy przy stole w rogu obok baru. Beck stał z Mat­tem, pod­czas gdy Lowe, Rowena i jakiś facet, któ­rego nie roz­po­zna­wa­łam, sie­dzieli przy sąsied­nim nie­wiel­kim sto­liku.

Zgu­bi­ły­śmy nasze współ­lo­ka­torki i przez chwilę zasta­na­wia­łam się, czy ich nie poszu­kać. Przy­szły z nami spe­cjal­nie po to, żeby spo­tkać się z Bec­kiem. Ale miały już po dwa­dzie­ścia lat… nie potrze­bo­wały prze­wod­nika ani opie­kunki.

– Char­ley, Clau­dia, cie­szę się, że mogły­ście przyjść – powi­tał nas Beck. – Pozwól­cie, że przy­niosę wam piwo.

Znik­nął, zanim zdą­ży­ły­śmy odpo­wie­dzieć „tak” albo „nie”, a Matt, blon­dyn, któ­rego pamię­ta­łam z imprezy, uśmiech­nął się do nas.

– Pozna­li­śmy się wczo­raj wie­czo­rem. – Kiw­nął do mnie głową, po czym zwró­cił się do Claud: – Ale cie­bie zde­cy­do­wa­nie bym zapa­mię­tał, gdy­by­śmy się spo­tkali. – Uśmiech Matta stał się szer­szy.

Odpo­wie­działa mu uprzej­mym uśmie­chem.

– Jestem Clau­dia.

– Clau­dio, to Lowe. – Lowe puścił do niej oko i pozdra­wia­ją­cym gestem uniósł piwo w moją stronę. – Rowena. – Poma­chała do nas przy­jaź­nie. – I nasz kum­pel Denver. Zeszłej nocy to była jego impreza. Bie­dak został zakwa­te­ro­wany w innym miej­scu niż my.

Denver miał ciemne włosy w lek­kim nie­ła­dzie, które opa­dały mu do pod­bródka. Nosił mnó­stwo srebr­nej biżu­te­rii, opiętą koszulkę z logo Black Sab­bath, wąskie czarne dżinsy i moto­cy­klowe buty. Wyda­wało się, że Matt nie pasuje do tej grupy, a jed­nak było w nich coś…

– Gra­cie, chło­paki, w zespole?

– Tak. – Matt się uśmiech­nął. – Bar­dzo czę­sto w Evan­ston.

– Mamy tam zapla­no­wa­nych kilka wystę­pów – dodał Lowe ze wzro­kiem utkwio­nym we mnie.

Byłam pod wra­że­niem.

– Jak wam się udało zała­twić to tak szybko?

Lowe wzru­szył ramio­nami.

– Zanim tu przy­je­cha­li­śmy, wysła­li­śmy demo do kilku pubów i barów. Zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy parę spo­tkań. Musimy wyna­jąć zestaw per­ku­syjny, co jest kosz­marną sprawą, ale jesz­cze kosz­mar­niej byłoby spę­dzić tu rok i nie zagrać ani jed­nego kon­certu.

– Jak się nazy­wa­cie? – zapy­tała Clau­dia, naj­wy­raź­niej zain­te­re­so­wana, co mnie zdzi­wiło, bo nie prze­pa­dała za muzyką, która nie była kla­syczna albo coun­try.

– The Sto­len. – Beck poja­wił się za nami, nio­sąc dwa piwa. Stwier­dzi­łam, że uwi­nął się w impo­nu­ją­cym tem­pie, zwa­żyw­szy na dłu­gość kolejki przy barze. Bez wąt­pie­nia wyko­rzy­stał swój urok oso­bi­sty. – Gramy indie rocka.

– Powie­dzia­łam im, że tutaj ich poko­chają – wtrą­ciła z sze­ro­kim uśmie­chem Rowena.

– Mój Boże, jesteś Szkotką! – zawo­ła­łam tro­chę głu­pawo.

– Tak.

Ponie­waż poczu­łam się jak idiotka, pró­bo­wa­łam wytłu­ma­czyć swoje zasko­cze­nie.

– Myśla­łam, że też jesteś Ame­ry­kanką… będąc z chło­pa­kami i… – prze­rwa­łam, bo wła­ści­wie nie byłam pewna, dla­czego przy­ję­łam, że Rowena jest Ame­ry­kanką.

Pokrę­ciła głową.

– Miesz­kamy z Denve­rem po dwóch stro­nach kory­ta­rza. Moje współ­lo­ka­torki to kosmitki. Denver mnie od nich ura­to­wał.

– Jest naszą sym­bo­liczną Szkotką – zażar­to­wał Denver, obej­mu­jąc ją ramie­niem. – Zabie­ramy ją wszę­dzie ze względu na akcent. Cho­ciaż nie jest bez zna­cze­nia rów­nież to, że ta dziew­czyna zna się na dobrej muzyce.

Rowena wyglą­dała na abso­lut­nie szczę­śliwą przy­tu­lona do jego boku i bez­wied­nie zacie­ka­wi­łam się, czy jest dla niego czymś wię­cej niż sym­bo­lem Szko­cji.

Łatwo nawią­za­li­śmy roz­mowę. Matt, który sta­rał się zain­te­re­so­wać sobą Clau­dię, wpa­try­wał się w nią nie­mal ogłu­szony. Był zauro­czony i natych­miast zaczę­łam mu współ­czuć, bo wie­dzia­łam, że ona nie odwza­jem­nia jego uczuć. Kiedy facet podo­bał się Clau­dii, było to widoczne. Beck mógłby to potwier­dzić – Beck, który przy­glą­dał jej się z inten­syw­no­ścią zaska­ku­jącą jak na kogoś, kto pozor­nie nie jest nią zain­te­re­so­wany. W końcu zauwa­żył, że na niego patrzę, i uśmiech­nął się. Zbli­żył się do mnie z miną świad­czącą o tym, że zamie­rza się prze­ko­ma­rzać.

– A więc – pochy­lił się nade mną – wiem, że twoja przy­ja­ciółka to dobra dziew­czyna, ale wciąż nie usta­li­łem, jak to jest z tobą.

Nie byłam pewna, czy ze mną flir­tuje, czy po pro­stu roz­ma­wia, lecz pomy­śla­łam, że naj­le­piej będzie posta­wić sprawę jasno.

– Nie spo­ty­kam się z nie­grzecz­nymi chłop­cami.

Przyj­rzał mi się spod zmru­żo­nych powiek.

– Ni­gdy wię­cej.

Sły­sząc tę alu­zję, popa­trzy­łam na niego ostro, jed­nak on wzru­szył ramio­nami.

– Jake jest dla mnie jak brat. Mówi mi o wszyst­kim.

Odwró­ci­łam wzrok, a serce zaczęło mi bić szyb­ciej na wspo­mnie­nie Jake’a. Z tru­dem uda­jąc non­sza­lan­cję, pocią­gnę­łam łyk piwa. Po kolej­nych sło­wach Becka z pew­no­ścią by mi się to nie udało.

– Słu­chaj, facet czuje się jak gówno, że tak cię potrak­to­wał. Powin­naś dać mu szansę to powie­dzieć.

Kiedy znów spoj­rza­łam na Becka, na mojej twa­rzy wiel­kimi lite­rami wypi­sane było słowo „gorycz”.

– Wie, gdzie miesz­kam. Wie­dział to przez trzy i pół roku i miał czas, żeby prze­pro­sić.

Beck wes­tchnął, a wszystko, co w nim było ze złego chłopca, roz­wiało się, gdy odparł z powagą:

– Długo docho­dził do sie­bie po tym, co się stało. Kiedy wresz­cie ode­tchnął, zro­zu­miał, jak bar­dzo spie­przył to, co było mię­dzy wami… ale było już po wszyst­kim. Za późno. – Wzru­szył ramio­nami. – Mógł­bym ci o tym opo­wia­dać godzi­nami, ale to nie jest moja rola. Po pro­stu daj czło­wie­kowi szansę się wytłu­ma­czyć, okej?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki