Życie po samobójstwie - Mateusz Kuśmierek - ebook

Życie po samobójstwie ebook

Mateusz Kuśmierek

5,0

Opis

Przeżył własną śmierć. I wtedy dopiero zaczęły się kłopoty.

Wyobraź sobie, że Quentin Tarantino kręci film na podstawie nieznanego dziennika Henryka Sienkiewicza, a w tle leci przesterowane, rockowe solo. Brzmi jak obłęd? To posłuchaj tego.

Główny bohater – pisarz z przetrąconym ego – robi coś, co rzadko komu wychodzi: przeżywa własną próbę samobójczą. Los, w przypływie wyjątkowo złośliwego humoru, daje mu drugą szansę. Szansę, o którą wcale nie prosił, ale skoro już tu jest... czas rozwalić system od środka.

Wkraczając na ścieżkę poszukiwania sensu, porzuca wielkomiejski szum i zaborcze ambicje na rzecz bezkompromisowej wyprawy w głąb ludzkiej natury. Zamiast jednak nudnego traktatu filozoficznego, otrzymujemy pełen czarnego humoru, popkulturowych parodii i brawurowego pastiszu rollercoaster. Bohater idzie przez życie z dynamiką rockmana na odwyku, rzucając mięsem i trafnymi ripostami niczym postacie z Pulp Fiction, by za chwilę – ku pokrzepieniu serc – szukać „istoty rzeczy” w miejscach, o których dotąd nie miał pojęcia.

 

„Życie po samobójstwie” to literacki cios między oczy. Opowieść bliska skórze, bezlitośnie obnażająca nasze marzenia, strachy, wściekłość i nadzieje.

 

Jest to powieść o pisarzu, któremu udaje się przeżyć próbę samobójczą. Dostaje drugą szansę, o którą nie prosił. Jednak postanawia z niej skorzystać. Historia upadku zmienia się w opowieść o istocie szukającej istoty rzeczy. Szukającej w ludziach i miejscach wcześniej niedostępnych. Książka przedstawiona jest w formie pełnego czarnego humoru dziennika bohatera, który pozostawiając za sobą szum i wielkie ambicje, wkracza na niełatwą ścieżkę poszukiwania sensu i wartości życia.

"Życie po samobójstwie” jest próbą stworzenia opowieści bliskiej skórze i bliskiej myślom, temu co nas więzi i wynosi na tym małym poletku marzeń, zawodów, wściekłości, strachu, śmiechu i nadziei. Opowieści, z którą utożsamia się człowiek silny i pewny, a który powinien być czujny, bo te atrybuty łatwo stracić. Ale też bliskiej człowiekowi słabemu i pogrążonemu w beznadziei, bo powinien mieć świadomość, że tych obciążeń można się pozbyć.

Mateusz Kuśmierek

(ur. 1991 r.) - Redaktor i dziennikarz muzyczny Radia Nowy Świat od początku istnienia stacji. Autor dwóch powieści kryminalnych: “Historie Śmiertelne” (2016) oraz “Kobieta ze wschodu” (2020). Kompozytor i autor tekstów w zespole Antynomia, łączącym muzykę rockową i alternatywną z piosenką literacką. Absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisze i publikuje opowiadania, wiersze oraz prozę w odcinkach w internecie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 448

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



© Copyright byMateusz Kuśmierek & e-bookowo

Korekta: Katarzyna Krzan

Skład: Katarzyna Krzan

Projekt okładki: Mateusz Kuśmierek + AI

ISBN e-book: 978-83-8166-526-1

ISBN druk: 978-83-8166-527-8

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione.

Wydanie I 2026

CZĘŚĆ PIERWSZA„JA”

Początkiem tej historii jest koniec. Spuszczanie kurtyny po przedstawieniu. Z tą różnicą, że nie w momencie, który zaproponował reżyser.

To aktor podbiegł do sznura i pociągnął, choć sztuka trwała w najlepsze.

Dość. Nie dam rady tak dalej. Marazm ten dobija mnie. – Zaśpiewałem falsetem przez zaciśnięte zęby z szerokim uśmiechem. Forma wypowiedzi tkwiła gdzieś między amerykańskim karcianym przeciwnikiem Batmana, a zwykłym polskim nieudacznikiem z chorobą psychiczną. Odkąd pamiętam rozmawialiśmy z Piotrem półżartem, półtłumionym krzykiem prosto z samego jądra bólu. Osiemnaście lat razem, oddzieleni jedynie solidną deską barowego blatu. Towarzyszył mi od początku mojej literackiej drogi. Kiedy pierwszy raz rzuciłem mu cumę, by na chwilę zakotwiczyć w porcie – jak to się ładnie mówi – obaj mieliśmy po dwadzieścia pięć lat. Otwarci na świat, światem nieprzerażeni, świata ciekawi, pełni złudzeń, które wówczas wydawały się punktami na ambicjonalnej mapie. Takimi, które są w zasięgu młodej i zdolnej ręki.

– Jasne, jasne. Rozumiem. Co dla pani? – Protekcjonalny kutas. Niemniej ma rację. Przychodzę tak od roku i smucę, że nie jestem w stanie przelewać myśli na papier. Boże, przelewać, jakie okrągłe wyrażenie, nie mogę zrzucić z siebie choćby kropelki. Bo przestałem myśleć. Miesiące temu.

Zresztą z tym Jokerem coś było na rzeczy, bo faktycznie czułem się jak karta, która, mając omnipotencję bycia każdą z talii, obciążona jest pustką braku własnej tożsamości. Jako pisarz bez celu i sensu, mogłem być na kartach powieści wszystkim, nie mając w życiu własnego „ja”.

Mniej więcej się zgadza.

Wyprowadzam psa, robię obiad, robię kawę, robię kupę, robię sobie dobrze, przeglądając mój fanpejdż, rytualnie zasiadam do laptopa z nadzieją, że to dziś przełamanie spadnie jak grom z nieba, piszę stronę, usuwam stronę, bo brednie i grafomania, chowam twarz w dłoniach, palę papierosa, odbieram telefony, które są jak strzał z otwartej w wyżej wymienioną, ponieważ to manager dzwoni, że w tym miesiącu mam dziesięć spotkań autorskich w związku z głośną powieścią, którą zawojowałem mikroświat jakiś czas temu (bolesne wspomnienie sprzed okresu niemocy twórczej), bo sprawa nabiera rozpędu, gdyż ekranizacja, premiera, post splendor, drugie życie, szaleństwo, mówię, że tak, jasne, jestem wolny w tym terminie (i tak siedzę i nic konstruktywnego nie robię), jestem wolny w każdym terminie, niech będzie, poświecę obliczem, odkładam telefon, na to wchodzi moja obecna, pyta jak tam, to zgodnie z kłamstwem odpowiadam, że kapitalnie (choć „kapitulacyjnie” pasowałoby zdecydowanie lepiej), rozmawiamy, czy raczej słucham, co i jak u niej, jemy, coś obejrzymy, w pozytywnej wersji scenariusza, kiedy ociężałość po posiłku pierzchnie – migdalimy się, w negatywnej, wiadomo, ona przeprasza, ale ma jeszcze sporo pracy (ponieważ jest panią architekt i te projekty wchodzą jej na głowę, no, przepraszam, kochany ty mój), zatem ja ośmielony jej determinacją zasiadam, podejście numero dos, do laptopa, powtarzam nieuniknioną procedurę orientowania się we własnej niemocy twórczej, rzucam tym wszystkim mniej lub bardziej metaforycznie, zakładam płaszcz, zdejmuję płaszcz, myję zęby, zakładam płaszcz, wrócę później kochanie, pa!, wychodzę, docieram do konkretnego baru, tego, a nie innego barmana, podchodzę i mówię:

– Dość...

I tak od roku.

– Nie, Piotr, naprawdę dość. Dziś mija rok, odkąd powiedziałem ci to pierwszy raz. Rok od momentu, kiedy każde napisane przeze mnie zdanie nic nie znaczy. Następnego roku nie przeżyję. I to nie jest metafora. Człowiek chce żyć, dopóki jest użyteczny. Ja przez ostatnie trzysta sześćdziesiąt pięć dni kopałem sobie grób. Dnia trzysta sześćdziesiątego szóstego po prostu do niego wskoczę. Hop! O tak. Jest dwudziesta trzecia. Czyli za godzinę od teraz. Znajomy z ciemnych acz atrakcyjnych czasów dał mi kiedyś broń na przechowanie. Na szczęście nie odebrał. – Niby się uśmiechnął, ale jednak udzieliła mu się moja aura traktowania sytuacji poważnie. Widziałem to w jego piotrowym oku. Niepokój przykryty rozbawieniem. 

– Dobra, nie pierdol. – Na tyle było go stać w ramach naszej pełnoletniej już, wszystkiego najlepszego, znajomości. Co oznaczało, że niewiara w szczerość mojego wyznania wzięła górę. Głupcze, niedowiarku, uparcie myśląca, że wszystko wiesz, kochana cyniczna istoto. Jeśli ktokolwiek miałby mnie powstrzymać przed tym czynem ostatecznym, to właśnie ty. Lecz ty, to za mało. Będę z zaświatów śmiał ci się w twarz, że nie wierzyłeś. Tak pomyślałem, a powiedziałem:

– Idę zapalić.

To był początek końca.

Usiadłem w najodleglejszym kącie szczęśliwie pustej palarni. Tylko ja, papieros, whisky i decyzja, którą podjąłem i od której nie zamierzam odstąpić. Zagapiłem się na ostatnią szklankę w moim życiu. Nie wiem, jak długo to trwało. Wiem tylko, że był to czas wystarczający, żeby oswoić sytuację. W pewnym momencie moją medytację brutalnie przerwano. Nie podniosłem wzroku. Spojrzałem na zegarek i wróciłem do obserwacji złotego trunku.

– Można? – Z założenia na tak zadane przez mężczyznę pytanie nie odpowiadam twierdząco. Bo natręt w przeciwieństwie do natrętki jest według moich kryteriów bezużyteczny. I nie chodzi mi o popędy. Przynajmniej nie tylko. Z kobietą jeszcze można o czymś świeżym porozmawiać, a faceci… te same przepychanki od zarania dziejów, szpady zamienione na słowa.

Jednak tej nocy, biorąc pod uwagę, że za czterdzieści pięć minut mnie już w tym wymiarze nie będzie, postanowiłem zrobić wyjątek.

– Proszę. – Nawet nie zlustrowałem przybysza wzrokiem. Znam setki takich co to miodu w dupie szukają, albo autografu, albo wie pan, bo ja też piszę, albo selfie, albo cholera wie co. Słowem – atencjuszy. Podgatunek nie ma znaczenia. Zatem siadaj kurwa i sobie siedź. I daj z siebie wszystko, żeby dać mi spokój. Kibicuję gorąco. 

– Można? – Zdaje mi się, czy to pytanie już padło z tych totalnie nieinteresujących mnie ust.

– Proszę. – Nie lubię się powtarzać, ale ok. Każdy ma prawo w knajpianym zgiełku nie usłyszeć. Dopiero szelest opakowania skrywającego dwudziestu małych żołnierzy pod wodzą generała raka uświadomił mi, że to były dwa różne, choć tak samo zadane pytania. Nadal nie widziałem powodu, żeby oderwać wzrok od stojącej przede mną szklanki whisky chociaż na chwilę. A niech pali. Niech go piekło prędzej czy później pochłonie. Pomacałem sobie pistolet pod płaszczem. Mnie pochłonie za czterdzieści minut. Nie odbierajmy sobie jakże cennej sprawczości.

Skoczę na główkę do płonących jezior ifrytów i zażyję kąpieli w kotle pełnym smoły za minut trzydzieści dziewięć.

– Można? – Co można? O co ci chodzi? Nie widzisz, że tu ciężar spraw jest ogromny? Że gęsto jest od ostateczności? Zaraza. Aż podniosłem wzrok, żeby zobaczyć, jak bardzo marny jest ten niepotrzebny przecinek w jednym z ostatnich zdań mojego życia. W przedśmiertnym zdaniu wręcz.

– Co? – Omiotłem z grubsza sylwetkę przybysza. W zasadzie widok ów mi się spodobał. Cały na czarno. Spodnie, koszula, marynarka, płaszcz, kapelusz – wszystko w adekwatnym do sytuacji kolorze. Nieco zelżałem, bo wyglądał jakby wiedział, co się święci. Pasował do aury, jakby nieświadomie ją dopełniał. – Co można?

– Chciałem pana przeprosić. – Przechodząc wzrokiem do twarzy ledwo wyzierającej spod ronda kapelusza, pierwsze słowo jakie przyszło mi do głowy: doświadczona. Byłem zły, ale jego oblicze w sekundzie wybiło mnie z wisielczego zasępienia. Z jego skupionego spojrzenia spokojnie emanował przekaz: „bez nerwów, ja ogarniam całą tę sytuację zwaną funkcjonowaniem na świecie, wiem, o co się to wszystko rozbija”. Niech będzie, wysłuchajmy pana.

– Za co chciał mnie pan przeprosić? – Oparłem twarz na dłoni i zajrzałem mu w oczy trochę tępo, bo inaczej aktualnie nie potrafiłem.

– Za to, że niechcący pana podsłuchałem. Poczułem się z tym źle i uznałem, że muszę się wytłumaczyć. – Ton miał uprzejmy, choć chłodny, oficjalny. Słowa cedził powoli, z groteskową starannością. Dziwnie, śmiesznie, trochę przerażająco.

– Nie ma o czym mówić. Proszę się nie przejmować. – Odpaliłem kolejnego papierosa i wróciłem do mojej szklaneczki. Trzydzieści siedem minut do końca. Jeden łyk whisky.

– Podsłuchałem i przyszedłem tu, żeby przedstawić panu pewną propozycję. – Wypuścił dym, założył nogę na nogę i zapatrzył się na zegar ścienny.

– Wie pan co, ja nie bardzo mam czas. W zasadzie zostało mi...

– Trzydzieści pięć minut? – Uśmiechnął się słabo, nie odwracając wzroku od wskazówek nieubłaganie przesuwających się po tarczy, nieświadomych ciężaru ich ruchu.

– Bo jak niby mają wiedzieć, skoro nie żyją, tak jak ja zaraz nie będę nic wiedział?

– Proszę? –zapytał, słysząc moje majaki. O masz, powiedziałem to na głos.

– Nic. Ma pan rację, trzydzieści cztery minuty. Skąd pan… – Zaczyna się robić konkretnie. Kim ty, kurwa, jesteś przybyszu?

– Skroń, czy lufa do ust? Pan wybaczy wścibskość, ale nie sposób nie zauważyć fałdy broni skrywanej pod płaszczem. – Do uśmiechu dodał podniesioną zawadiacko brew. Jakby trochę popisywał się swoją spostrzegawczością, jak i trafnością uwagi.

– Podobno jest minimalna szansa na przeżycie w przypadku skroni, także do ust. – W odpowiedzi na ten akt pewności siebie, przyjąłem ton wykładowcy matematyki, który tłumaczy ambitnemu i błyskotliwemu, ale jednak tylko adeptowi, dlaczego jest tak a nie inaczej. – Teraz przepraszam, jeśli pan pozwoli, mam samobójstwo do popełnienia. Nie chciałem być niemiły, ale to sprawa między mną a mną. Jest pan, jakkolwiek uprzejmym, ale jednak natrętem. Dobranoc. – Dopiłem, zgasiłem i wstałem. W normalnych warunkach być może poświęciłbym tak nietuzinkowej i potencjalnie bogatej w polot postaci więcej czasu i uwagi. Ale jest jak jest, a zegar tyka.

– Mogę panu towarzyszyć? – Zatrzymałem się w progu palarni. Czy ja już mam jakieś przedśmiertne omamy słuchowe? Mój organizm po kolei zamyka procesy, gotowiąc się do odłączenia od systemu? Wróciłem do natręta w kapeluszu i oparłem się o stolik.

– Co?

– Czy mogę panu towarzyszyć? – Powtórzył ze spokojem zagadnięcia o pogodę, bo jutro w Bieszczady i nie wiadomo co zabrać. – Moglibyśmy zrobić to razem. Mógłbym panu pomóc. – Zmienił ton na zdecydowanie uprzejmy. Tu z kolei odbyło się coś na zasadzie: „niech pan sam nie taszczy tej sofy na czwarte, ja pomogę”.

– Czy pan mówi o wspólnym wciągnięciu kreski na desce w kiblu? Bo ja o samobójstwie. Już w samym słowie znajduje się element jednostkowy w przeciwieństwie do zbiorowego. – Przycupnąłem na skraju krzesła i spojrzałem na niego z ironicznym grymasem. – Jak by to miało wyglądać według pana?

– Nie chciałem pana urazić. Po prostu pierwszy raz podsłuchałem, że ktoś chce popełnić samobójstwo za pół godziny i pomyślałem, że zapytam, czy mogę w tym uczestniczyć. Zobaczyć jak to jest... wie pan, kiedy ktoś postanawia to wszystko skończyć sam. To musi być niesamowite przeżycie.

– Przeżycie. Dobre. – W jednej chwili uznałem, że w sumie czemu nie. Czemu ten ekscentryczny jegomość nie miałby doprowadzić mnie do brzegu Styksu i pomachać mi na do widzenia, kiedy będę się pakował do łodzi Charona. Zupełnie obcy człowiek, który nie mówi „nie rób tego”, tylko twierdzi, że ma chęć uczestniczyć w wydarzeniu na zasadzie widza w kinie. – Muszę panu zadać dwa pytania. Czy jest pan z policji? – Kiwnął, że nie. – W takim razie, czy nie obawia się pan policji? Że ktoś pana ze mną powiąże?

– Nie. Nie znamy się. Nikt nie widział jak tu wchodzę. Jeśli się pan zgadza, zrobimy tak: ja teraz wyjdę, a pan za pięć minut podejdzie pod kiosk Ruchu, wie pan, ten na rogu. Jeśli nie... cóż, powodzenia. – Wstał, ukłonił się i wyszedł, zostawiając mnie w pustej palarni z tarczą zegara i wątpliwością. Co ja gadam „wątpliwością”. Strachem. Bo oto nagle luźny zamysł stał się planem. Sformalizował się, nabrał konkretnego kształtu, dynamiki i napięcia. To nie jest tak, że nie chciałem ze sobą skończyć. Tylko nagle poczułem, że usunięto margines odwołania od decyzji, pozbawiono mnie buforu bezpieczeństwa w postaci możliwości rezygnacji, która wiązałaby się z ośmieszeniem przed samym sobą, tudzież Piotrem, co było do zniesienia. A tu proszę. Nijak nie można się wycofać. Bo jak by to wyglądało. Tchórzostwo, pustosłowie, i co najgorsze, atencyjność, na którą mam uczulenie.

Czułem się jak człowiek zdecydowany, stojący na balkonie na dziesiątym piętrze, którego ktoś popchnął. I tak miałem to zrobić, ale teraz to już po prostu spadam.

Trudno. Wstałem, ukłoniłem się wskazówkom, wyszedłem.

***

KIOSK RUCHU,WIE PAN, TEN NA ROGU

– Skoro pan tu jest, uporządkujmy pewne sprawy. – Równo pięć minut po pożegnaniu pod kiosk podjechał, obowiązkowo czarny, Ford Mustang. Wsiadłem, zapiąłem pasy, zaśmiałem się do siebie, odpiąłem pasy. – Nie, nie. Proszę zapiąć. Rozumiem groteskowość tej czynności, ale będzie pikało. – To zapiąłem. Po co ma pikać.

Ruszyliśmy.

– Uporządkujmy? – Mam się za dwadzieścia minut zabić, co chyba w oczywisty sposób świadczy o tym, że nie mam już nic do porządkowania. Co też za koncepcje się kotłują pod tym kapeluszem? Po prostu to zróbmy, Boże, czemu mówię już w liczbie mnogiej, jakbyśmy byli partnerami w zbrodni, po prostu to zrobię, a pan niech świadkuje i nie przeszkadza.

– Zdaję sobie sprawę, że jest pan zdecydowany. Pytanie tylko, czy pomyślał pan w jakich okolicznościach chce się ewakuować z tego świata.

– To znaczy? – Muszę przyznać, że zabił mnie tym pytaniem.

– Pomyślał pan, gdzie chce to zrobić? Jakieś szczególne, symboliczne miejsce? Takie, które na przykład się panu specyficznie kojarzy? – Odwrócił się do mnie z powagą na twarzy i wesołością w oczach.

– Nie. To znaczy, nie o to chodzi. – Przyznaję, że nie myślałem o tym aż do teraz. Chodziło o skrócenie męki, nie o nadawanie owemu skróceniu jakichś szczególnych przymiotów emocjonalnych. Jednak skoro już zapytał, może warto chociaż trochę okoliczności dookreślić. – Chcę pewnej określonej aury, niezwiązanej z moimi wspomnieniami czy przeżyciami.

– Proszę bardzo. Jaka to ma być aura? – Wrzucił jedynkę i włączył kierunkowskaz.

– Dziś jest pełnia, chcę widzieć księżyc. Chcę również odludzia i bliskości natury, lasu. Chcę to zrobić w lesie. 

– Zatem jedźmy do lasu i pan to zrobi. Zawiozę pana, pan to zrobi i odjadę jakby nic się nie stało.

– W porządku. Swoją drogą, zdeterminowany pan jest. Rozumiem, ciekawość, ale zachowuje się pan jakby to jego życie wchodziło w grę.

– Uznałem to w międzyczasie za rodzaj misji.

– To znaczy?

– Warto mieć kogokolwiek przy sobie w takiej sytuacji. Chociażby po to, żeby ktoś powstrzymał pana przed rozmyśleniem się.

***

23:48LEŚNA DROGA

– Jak się czujesz? Dwanaście minut przed wejściem w nieznane, które może okazać się czymś albo absolutnie niczym? – odezwał się po kilku minutach milczenia. Jakby na chwilę ktoś go spauzował i teraz wznowił, tuż przed finałem rozgrywki.

– Przeszliśmy na „ty”? Bo jakoś nie kojarzę tego momentu, a nie wypiłem dziś specjalnie dużo – odparłem szorstko. Nie dlatego, że jestem formalistą. Po prostu nadal byłem zły, że odarł mnie z samodzielności i wolności, zakłócił intymność, rozrzedził gęsty indywidualizm przeżycia. Znowu łapię się na tym, że odebranie sobie życia traktuję w kategoriach przeżycia. Co za bezsensowny paradoks.

– Mój błąd. Pomyślałem, że w obliczu śmierci nie będzie pan miał nic przeciwko lekkiemu ociepleniu relacji z ostatnią osobą, którą zobaczy pan na tym świecie.

– Faktycznie, może masz rację. Edward. – Zatrzymał samochód, wyłączył silnik i podał mi dłoń. Uścisnąłem.

– Feliks. Dojechaliśmy. Dalej pieszo. Dwieście metrów. Znam miejsce odpowiadające twoim oczekiwaniom. Mam nadzieję. W każdym razie według mnie naprawdę warto. Piękny kawałek przestrzeni. Nawet żeby skończyć. Urokliwy i tajemniczy. Zakochasz się. Gdybym miał odebrać sobie życie, to tam.

– Znakomicie. Prowadź. – Tak oto z pana sytuacji stałem się jej najwyżej koordynatorem, by nie powiedzieć ze wstydem: ciałem wykonawczym. Wykreowałem ją i przekazałem w czyjeś ręce. Przecież nie tak to miało być. Trudno, wróćmy do klimatu. Dobrze, że zapytał o aurę i preferencje. Ten szumiący las, żywej duszy, pan Twardowski z góry spogląda, zwierzęta niby śpią, ale w jakiś przedziwny sposób można odczuć ich nocną czujność. Zaczęło mi się tu podobać. W sensie – jakże tu ładnie. Nie w sensie „chcę tu popełnić samobójst…”

– I jak? Nada się? – Wyszliśmy z gęstwiny na niewielką polanę. Muszę przyznać, parafrazując Agnieszkę Osiecką, to jest to. Jeden las, jedna polana, jeden księżyc, jeden pistolet, jeden cel.

Plus jeden pisarz, który czuł się jakby wjechał na bungee i uznał, że ma lęk wysokości. 

– Wiesz co...

– Mogę zobaczyć broń? Mamy jeszcze chwilkę, a jestem bardzo ciekaw. Nigdy nie miałem w ręku broni. Po fakcie już nie wezmę, sam rozumie...

– Jasne! – Wyrwałem się na myśl o odroczeniu. Że jeszcze sobie poogląda broń, że jeszcze nie teraz. Jakby był oficerem wrogiej armii, prowadzącym mnie do miejsca, gdzie strzeli mi w potylicę i wpadnę do przygotowanego wcześniej dołu. Przecież to ja go wykopałem, o co chodzi? To chcę, czy nie chcę?

Chcę. Pewnie, że chcę.

Taki mały lęk przed nieznanym to jest. Decyzja powzięta, nie ma o czym mówić. Ale niech się jeszcze natręt pobawi, co mi szkodzi dać mu się pobawić. Nic. W takim układzie ja się przygotuję szybciutko w międzyczasie. 

Przyznaję, kiedy jest się od roku na miejscu tego pana obok, czyli traktuje gnata jak ciekawostkę, a nie narzędzie i się tak raz na jakiś czas wyjmuje z szuflady, maca, patrzy na lufę, kieruje dziurę wylotu pocisku prosto w twarz, odkłada, zamyka szufladę i liczy dni do deadline’u – czuje się absolutną pewność siebie.

Bo jeszcze nie teraz.

Jeszcze dwanaście miesięcy, osiem, pół roku, a, dopiero styczeń, do maja jeszcze ho ho, o Boże marzec, w dwa miesiące na pewno moje życie nabierze sensu, kwiecień, luzik, przyjdą słowa, zstąpi twórcza moc, łe, trzy tygodnie, e tam, został tydzień, a przecież w tyle czasu potrafiłem napisać pół książki.

Codzienny rytuał rozmowy z Mauserem M1914, kaliber 7,62. Monolog pełen cynizmu i pewności zero – jedynkowości mojej romantycznej decyzji. Tworzenie albo śmierć.

Aż nadszedł ostatni tydzień.

Wówczas zrobiło się trochę krucho. Nie że się złamałem, czy zamierzałem złamać dane sobie słowo. Nie. Bo byłem konsekwentny. Nastąpiła przedziwna panika w postaci wzmożonej chęci wygrania tego zakładu, który miałem sam ze sobą. Nie było również tak, że oswoiłem się ze strachu z rutyną kupy mojej, mojego psa, kupy niepotrzebnych czynności, które definiowały moje życie. Nadal mnie nużyły, upokarzały, dawały nieustająco silny zastrzyk poczucia beznadziei. Niezmiennie ich nie chciałem i ciągle czułem potrzebę ucięcia ich i siebie przy samym korzeniu.

W grę wszedł inny element.

Nazywał się jak tytuł wykładu jakiegoś pseudo kołcza, który w sumie chuja wie, ale nadrabia charyzmą.

Mianowicie.

„Dasz radę.”

W związku z tym moje sprytne, smukłe paluszki były w użyciu od początku maja non stop. Mniej więcej z tą samą częstotliwością pojawiał się pot na skroni i budzenie się z krzykiem w środku nocy.

Jak również pytania: jak ruszyć? Jak wrócić? Próby odpowiedzi na owe pytania skutkowały absolutnym lekceważeniem rzeczywistości.

– Wyjdziesz z psem? – Nie. 

– Zjemy na mieście? – Nie.

– Pójdziemy na nowego Smarza? – Nie.

– Ok, chcę spróbować w tyłek. – Nie.

Także aż tak.

Wszystko „nie”. Tylko dni, godziny, minuty, sekundy. Żeby odkopać siebie albo siebie pogrzebać. 

Jednym słowem presja. Bo nie tchórzostwo, nie defetyzm. To jest Sparta. Uda się lub nie, ale walczymy do końca. 

Poniedziałek, pięć dni do tego dnia, kiedy powiem pas. Nieodwołalny termin. Nie uda się to nie.

Pierwszy raz pomyślałem – nie. Nie płyniemy z prądem kochany. Budujemy tamy, porty, floty, opanujemy akwen raz dwa. Wtedy pierwszy raz padło cztery razy „nie” w kierunku mojej lubej. Kiedy zadała piąte pytanie, nie wiedząc z czym się borykam, odeszła.

Pytanie brzmiało:

– Czy nasz związek jest dla ciebie najważniejszy?

Odpowiedź brzmiała tak jak w przypadku poprzednich pytań. Zgodnie z prawdą i sumieniem. Bo tu idzie o życie, kobieto. Niestety o tym dowiesz się post factum. Z nekrologu. Wtedy zrozumiesz. Trochę za późno. Przy czym nie mam prawa cię winić. W ogóle. Pytałaś tyle razy.

– Wszystko ok? Dobrze się czujesz?

Jak na troskę o ukochaną osobę przystało.

To nie.

Oczywiście męska duma odpowiada, że tak.

Kiedy ewidentnie jest nie. 

– Fajny ten Mauser. Klasyka. Proszę. – Cholerny natręt. Nie, nie dam mu przerwać narracji…

Chcę sobie o tym teraz opowiedzieć.

Wracamy do przeszłości.

Zatem.

Wtorek. Dzień ekscytacji. Czy dam radę? Koniec końców zostało parę dni. Palce same wskakują na klawiaturę. Słowa ruszyły, nie jest najgorzej, jest całkiem całkiem. Wklepuję zdania w worda do upadłego. Dosłownie.

Środa.

Jest rano, tyle podpowiada mi słońce.

Siedzę w fotelu przed komputerem. Podnoszę wzrok, żeby zobaczyć na czym stoję. W jakim stanie całonocna bitwa o bycie przydatnym, a zatem o życie, zostawiła moje literackie oddziały. Są na pozycjach, czy rozproszone. Przegrupowały się i zamierzają kontratakować, otoczyły przeciwnika, morale pozwala na natarcie z pieśnią na ustach, czy może straty są zbyt duże, ranni marudzą, dowódcy uciekają w popłochu?

Jak jest?

Patrzę na ekran i odtwarzam przebieg zmagań. Każda literka, linijka, zdanie, akapit. Byłem tak przejęty tworzeniem, że mózg nie zdołał w zasadzie niczego zapamiętać. Czytam, jakbym widział te czarne znaki na białym tle po raz pierwszy.

Czuję jak to miasto niszczy mnie od środka, jak codziennie pożera i wypluwa słabszym, przetrawionym, bezsilnym.

Przecież to jest tak wtórne, że głowa boli.

Kiedy każdego dnia mijam przechodniów, czuję się coraz bardziej samotny. Bo nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że oni tego nie widzą. Że tylko ja dostrzegam bezduszność społecznej machiny, której jesteśmy trybikami.

O czym ty piszesz? Co chcesz przekazać? Żal? Żal to to czytać.

W gruncie rzeczy niepotrzebni i funkcjonujący bez wyraźnego powodu. Tak naprawdę podążając dzień w dzień bez prawdziwego celu i sensu tymi samymi ulicami, mijając tych samych ludzi, wprawiających w ruch tę samą strukturę nawet o tym nie wiedząc.

Pięknie. Jaki uważny obserwator. Jaki wnikliwy.

Wchodzę do sklepu. Te same drzwi, ta sama ekspedientka, to samo fałszywe powitanie. Mordercza pułapka powtarzalności. Przechodzę do działu z gównianym żarciem, które tak uwielbiam, a którego – mając na uwadze skład – nie dałbym nawet psu. Biorę puszkę i odwracam się szybko, gdyż szybko chcę dokonać transakcji i uciec. Czuję się winny przed sobą, klientami i rzeczoną ekspedientką. Pocę się ze wstydu, że karmię się takim szmelcem. Tak samo mam z kupowaniem prezerwatyw. Wtedy mam wrażenie, jakbym wykładał na ladę penisa. Że pani przy kasie patrzy na mnie i wyobraża sobie śmieszne ruchy, jęki i wylewającą się ze mnie spermę i głupią minę podczas wytrysku. W ogóle coraz częściej wstydzę się siebie i tego co robię.

Ilu... no ilu pisarzy wylewało na papier tę małą, jednostkową tragedię dnia codziennego? Niepotrzebne użalanie się nad sobą. Neuroza i fanaberia czasów pokoju. „Przeraża mnie robienie zakupów, o świecie, co za dramat”. To, kurwa, nie rób, nikt cię nie zmusza.

Wracając do tu i teraz, odwracam się szybko, żeby uciec. Nie zauważam mijającej mnie osoby, którą lekko trącam i wytrącam jej siatkę z warzywami z ręki. Uśmiecham się przepraszająco i schylam, żeby zebrać z podłogi pomidory, marchew, szczypiorek i ziemniaki. Po chwili schyla się również ona. Odwzajemnia uśmiech. Jest niebieskooką brunetką w wieku średnim.

Pewnie, baranie, spuentuj romansem. Odkrywcze i świeże. Szczególnie, że każda twoja powieść się do tego sprowadza. Jeszcze kilka stron, może rozkręciłem się później...

Nie, nie mam siły czytać tych popłuczyn.

Plik – usuń.

Frustracjo – przybądź.

Przybyła, oto jest. Moja ukochana towarzyszka ostatniego roku. Madame Frustracja. Punktualnie jak zawsze. Skoro jesteś, moja miła, chodź, pójdziemy na spacer. Weźmiemy ze sobą Bogu ducha winnego psa, który będzie świadkował naszej niewidzialnej schadzce. Jest jedynym stworzeniem na świecie, które wie o istnieniu tego romansu. Ponieważ zwierzęta czują, w przeciwieństwie do ludzi.

Żartuję. Wbrew temu, co napisałem tylko po to, by skasować, nie mam nic do homo sapiens. Wiadomo, często głupio robimy, a nasze działania faktycznie podporządkowane są różnym procesom i jedynie wmawiamy sobie, że jesteśmy wolni. Nikt nie jest wolny. Niemniej, uważam, że każdy próbuje znaleźć swoją drogę i należy mu się szacunek za sam trud poszukiwań. Schodząc, czy raczej próbując nie zlecieć ze schodów pod naporem zamienionego w diabła (gdyż spacerek) psa, próbuję sobie w związku z powyższym odpowiedzieć na pytanie, czemu napisałem, co napisałem, by skasować.

Czego ty, chłopie, chcesz od swojej nowej, rozpaczliwie i naprędce konstruowanej powieści? Dramatyzmu utopionego w nihilizmie? Buntu przeciw konsumpcjonizmowi?

Chcesz skrytykować powierzchowność współczesności? Litości. Jedynym, czego chcesz, jest wyżycie się na nie wiadomo kim albo czym, za swoją osobistą porażkę, kropka.

Wypadamy z kamienicy i biegniemy, to znaczy pies biegnie, ja frunę niesiony pędem, ledwo utrzymując smycz, w stronę parku. W miejscu docelowym Klakier (gdyż tak wabi się owo stworzenie, ponieważ jestem przewrotny, zwariowany i w ogóle na opak) robi swoje, pozwalając mi poflirtować z aktualną towarzyszką życia. W związku z tym siedzimy sobie na ławce i chłoniemy swoje spojrzenia. Ponieważ, jak stwierdził jeden z bliższych mi w tej chwili filozofów, otchłań również patrzy na ciebie.

Wiem już, że dziś pochłonie mnie ta randka i nic nie napiszę. Zapadnę się w nią i dam jej się ponieść. Niech chwyci mnie za rękę i pociągnie gdzie chce. Zakładam, że najbliżej będzie miała do butelki, może bibułki, na pewno płaczu.

Czwartek.

Dzień poszukiwania inspiracji.

Wstaję z głową ciężką od wczorajszej randki, ale też pełną entuzjazmu. Z pustego i Salomon nie poleje. Wiem, czego mi brakuje. Najzwyczajniej w świecie – pomysłu. Mogę spędzić nad klawiaturą godziny, a wszystko, co napiszę, będzie wtórne i nijakie, dopóki nie otrzyma jądra w postaci interesującej historii. Zatem należy jej poszukać. To tak proste. Golenie, prysznic, ząbki, świeża, wyprasowana koszula, będąca pozostałością po tej pani, której odpowiedziałem „nie” o jeden raz za dużo. Słoneczko świeci, zapach kawy się unosi, Klakier macha ogonem, szpula dotyka czarnego krążka zespołu Pink Floyd, papieros dymi, ptaszki śpiewają „ćwir, ćwir, to jest twój dzień pisarzu”. Tak śpiewają.

– Money!

Proszę bardzo, pierwsza podpowiedź. Napisać o pieniądzach. Jak niewolą, determinują, przysłaniają sprawy istotniejsze, albo że chciwość jest przyjaciółką upadku. Nie. Było i to w każdej możliwej odsłonie. Spokojnie, bez paniki, mamy cały dzień. W końcu pojawi się dobry temat, którego nie oklepano ze wszystkich możliwych stron.

Łyk kawy, zaciągnięcie się, Klakier podchodzi, siada i kładzie mi mordę na kolanie. No tak, zawsze można o zwierzętach, modny motyw, nigdy się nie nudzi. Kilka wariantów. Oczywisty, że najlepszy towarzysz, bez sensu. Mniej oczywisty, świat widziany oczami takiego właśnie psa. Było. Najmniej oczywisty, o zwierzęciu w nas, atawizmie, instynktach, których nie da się zdusić, a które czynią z nas często istoty nieracjonalne. Mhm. Co drugi pisarz o tym. Gaszę, dopijam, chwytam smycz, pędzimy na złamanie karku do parku.

Karku

Parku

Może wierszem? Rymowane coś?

Ogarnij się, człowieku.

Na zewnątrz wita nas wiosenne południe. Dlaczego południe? Ponieważ pies pisarza nauczony jest, że spacerki skoro świt nie przejdą, za to w środku nocy owszem, dlatego ustawił swój zegar pod pana – pisarza. Dobry pies. Odbębniamy rytuał. Zwierzę szaleje, ja siedzę i udaję, że myślę.

Może by tak... nie, nie daj się zwieść trawie, drzewom, owadom, ptakom, słońcu, chmurce. Żadnej natury. Że matka ziemia umiera, a tyle jej przecież zawdzięczamy, że należy być pro eko i pić swoje mojito bez słomki. Zostawmy takie rzeczy karierowiczom, którzy udają dobrych i szlachetnych obrońców przyrody. Zarządzanie wyrzutami sumienia to nie literatura.

– Załatwione? Super. Powrót. – Wracając, mijamy kościół i tablicę, na której ogłasza się ludzkie zgony, humorystycznie nazwanej klepsydrą.

Ha. Dwa tematy na raz.

Śmierć i czas.

Jakże adekwatne w świetle moich najbliższych planów. Bliskość śmierci, niedostatek czasu. Strzał w dziesiątkę. Niestety i te warianty odpadają. Najgorsze zdania, jakie napisałem przez te lata, dotyczyły tego, co mnie najsilniej dotykało. Zaliczam się do twórców, którzy najlepiej czują się w cudzym, obcym, wymyślonym i odległym.

Także z żalem, ale nie.

Zatrzaskują się za nami drzwi i wchodzimy po schodach. Ty, może metaforyczną jakąś. O wchodzeniu. Całe nasze funkcjonowanie jest wchodzeniem i... ok, stary, fiksujesz. Nie dospałeś, masz kaca, wymyślasz od rzeczy, bredzisz już i majaczysz. Klakier do michy, pan do łóżka. Prześpisz się, będziesz myślał trzeźwiej. Chyba żeby sen. Odkurzyć stary temat oniryzmu. Przestań. W literaturze wywrócono przecież sen na każdą stronę.

Spać.

Zasnąłem jak dziecko i chyba przyśnił mi się temat nowej powieści. Nie wiem, nigdy nie pamiętam snów.

Otworzyłem oczy i, spokojnie oddychając, jąłem się gapić na sufit oświetlony ciepłymi i słabnącymi promieniami. Ten widok witał mnie od poniedziałku codziennie. Sufitu. Wcześniej była to szafka nocna albo telewizor. Nigdy bowiem wcześniej nie potrafiłem spać na plecach. Zawsze bok i pozycja embrionalna. Teraz najwyraźniej moje ciało zaczęło oswajać się z ułożeniem, które niebawem przyjmie na wieki. Odwróciłem głowę i spojrzałem na zegarek. Osiemnasta trzydzieści trzy. Następnie zgarnąłem z szafki telefon. Teraz pytanie, po co spojrzałem na zegarek, skoro i tak zamierzałem sięgnąć po telefon. Odpowiedź brzmi: przyzwyczajenie. Przez bycie połowicznie analogowym i tkwienie w rozkroku między teraźniejszością a przeszłością. Ileż czasu moje pokolenie mitręży przez stare nawyki... właśnie. Może o tym? – Mózg zapalił się, powrócił na bojowe współrzędne poszukiwania rozwiązania innego niż odłączenie od systemu za dwadzieścia dziewięć godzin i dwadzieścia siedem minut. – Temat: „Stary człowiek a młode rozwiązania – niemożność wejścia w świat technologii”. Pewnie. Komu to na co. Czytać o paru starych prykach, którzy nie wiedzą jak włączyć Netfliksa, sterowania głosowego albo w ciężkich przypadkach ustawić nawigacji w samochodzie, bo są i tacy. Jeśli z tego można zrobić docenianą literaturę, to i tak nie chcę żyć na tej planecie dłużej niż to konieczne.

Wracając do czwartku, piątego maja, godziny osiemnastej trzydzieści trzy, co sprawdzono podwójnie. Przykładam opuszek, nie działa, przykładam drugi i trzeci raz, nadal brak rozpoznania, po jaką cholerę ten bajer z liniami papilarnymi, skoro i tak trzeba wpisać pin, nie wiem, patrzę i widzę.

Dziesięć połączeń nieodebranych.

Trzy – wydawca, który jeszcze nie wie, że zaplanowane na przyszły tydzień spotkania autorskie nie odbędą się z przyczyn nazwijmy to zdrowotnych. Zaraz oddzwonię i powciskam mu jakiś kit. Bo śmierć w moim mniemaniu nie zwalnia z obowiązku wyjaśnienia, mimo iż zwalnia z ziemskich konsekwencji.

Dwa – Barman Piotr, rutynowa kontrola jakości mojego życia, dobry, empatyczny Piotr. Na szarym końcu kolejki do oddzwonienia. Właśnie dlatego, że taki jest. Zazwyczaj najgorzej traktowałem ludzi, którym najbardziej na mnie zależało. Bo zawsze zrozumieją, wybaczą, puszczą w niepamięć. Więc można przedłożyć nad nich tych, którzy mają cię w dupie i trzeba za nimi gonić? Moralność na poziomie hieny. Coraz mocniej siebie nie trawię. Dobrze, biorąc pod uwagę zamiary. Łatwiej pozbyć się osoby nielubianej niż cenionej.

Kolejne dwa – facet od piecyka. Do niego to w ogóle nie oddzwonię. Trzeci tydzień przychodzi, a z kotła jak się lało, tak się leje. Ciągłe zwodzenie, że spróbuje mnie wcisnąć gdzieś, ale nie obiecuje. Niech sam sobie wciśnie ten piecyk właśnie tam. Chuj mu w dupę.

Jedno nieodebrane – Taki fajny muzyk, pianista jazzowy, który od jakiegoś czasu dobija się do mnie, żeby zrobić taki projekt, że on dźwięki, ja słowa, zderzenie światów, dwie narracje, taki pomysł. Całkiem zgrabnie przedstawił koncepcję, niemniej, wybacz kochany, priorytety.

Nieodebrane połączenie – Mama. – Głośno wypuszczam powietrze i naciskam słuchawkę. Gdyż tu trzeba oddzwonić natychmiast. Bo już wiem. Wiem, że ona już wie. Że coś się święci. Jak one to robią?

– Hej, mamo. Dzwoniłaś. Co tam? – Pragnę zaznaczyć, że nie dzwonimy do siebie często. W zasadzie tylko w nagłych wypadkach.

– Cześć. A nic. Chciałam tylko zapytać, czy wszystko u ciebie w porządku. – No skąd. Skąd wiesz, że nie?

– Pewnie, czemu miałoby nie być w porządku?

– Nie wiem. Jakieś dziwne myśli miałam, nazwij to przeczuciem. – Jak? No jak?

– Nie, wszystko ok. Robimy teraz ten projekt muzyczny, pamiętasz. Poza tym parę spotkań, przymierzam się do nowej książki. Także wszystko bene.

– To dobrze. To nie przeszkadzam. Pa.

– Pa. – Oczywiście powiedziała to „pa” jakby miała już więcej mnie nie usłyszeć.

Może o tym? – Pytanie, które powoli przestaje być wykładnikiem olśnienia, a staje się symbolem desperacji. – Jasne, pisarzu. Bo relacje z matką to w ogóle nigdy w literaturze nie były wałkowane. Po prostu nikt na to nie wpadł aż do dziś. No geniusz.

Ostatnie połączenie nieodebrane.

Skoro kończy mi się wiara, a z nadziei też niewiele zostało, zostaje już tylko jedna opcja.

TERAZ

– Proszę. – Natręt wybił mnie z zagapienia w mijające sekundy nagrywania na pocztę głosową. Próbowałem, podobnie jak w czwartek o osiemnastej czterdzieści, dodzwonić się do tej, której pięć razy odpowiedziałem „nie”. Czułem, jak rośnie we mnie przekonanie, że pięć razy skłamałem przez własne widzimisię. Od zarania dziejów kobiety ratowały mężczyzn, choć wielu myśli, że było na odwrót. Pomyślałem, że nadszedł ostatni moment, żeby jednak pozwolić się uratować.

Zamiast tego mój towarzysz przyspieszył powódź, a ja pożegnałem się z nadzieją na przysłowiową brzytwę. Oddał mi broń i nie oszczędził komentarza do moich beznadziejnych starań.

– Nie ma zasięgu. Proponuję się do tego przyzwyczaić. – Schowałem telefon, chwyciłem zabójcze narzędzie, uśmiechnąłem się bardzo krótko i jeszcze bardziej fałszywie. – Jest dwudziesta trzecia pięćdziesiąt osiem. Ja tu sobie usiądę, na tym kamieniu. Powodzenia, Edwardzie. – Pokiwałem pojednawczo głową i oddaliłem się na kilka metrów. Stanąłem na środku polany i zapatrzyłem w piękny, pełny, jasny i, co najważniejsze, w moim odczuciu nadający temu momentowi element mistyczny, księżyc. Mistyczny dla mnie oczywiście. Jako człowiek wykształcony wiem bowiem, że to nie jest tak, że księżyc świeci dziś specjalnie dla mnie, a energia kosmosu czeka w napięciu na dopełnienie mojego losu. Co za tragiczny rym na koniec. Wdech, wydech, księżyc, noc, las, szum drzew, sowa, ja, pistolet i mężczyzna cały na czarno, który przewiózł mnie przez ostatnią drogę życia Fordem Mustangiem. Znam gorsze zakończenia.

Odpaliłem papierosa i zaciągnąłem się głęboko.

Odbezpieczyłem pistolet i włożyłem lufę do ust.

Zmrużyłem oczy i palec położyłem na spust.

Kolejny rym, który utwierdził mnie w przekonaniu, że to jedyna słuszna decyzja. Kończ, marny pisarzyno. Choć raz zrób coś porządnie i do końca. Wdech, wydech.

No. To pa.

– Klik!

***

Poczułem się wyśmienicie.

„Punks not dead” – takie kolorowe napisy widniały na brudnych szarych murach w czasach, kiedy bunt przybierał szczerą formę. Teraz ściany się koloruje, a brud i szarość oswaja popkulturą. W każdym razie hasło to wydaje mi się teraz szalenie nieprawdziwe. Gdyż jest zupełnie odwrotnie. AllPunksaredead. Nie w sensie, że ostatni z nich zmarł. Umarła idea. Z założenia każdy pancur jest posłańcem jakiejś formy śmierci. Śmierć systemowi, śmierć znieczulicy, śmierć marazmowi, śmierć dawnemu. Jest w tym oczywiście zawarta potrzeba narodzin czegoś innego, co wyrośnie na zgliszczach poprzedniego. Niemniej motywem przewodnim jest koniec.

Właśnie w obliczu końca zrozumiałem, że mój czyn jest niczym więcej jak osobistą formą punka. Śmierć temu mnie, którego nie jestem w stanie zaakceptować, na takiej samej zasadzie co inni reżimu, ograniczeń, jakiegokolwiek rodzaju zniewolenia. Niewolnik niemocy, ofiara defetyzmu, ograniczony przeświadczeniem o byciu absolutnie niepotrzebnym i po próżnicy zabierającym innym tlen.

Usłyszałem rytmicznie zagrane dźwięki pełnego akordu przerywane pojedynczymi zgrzytami na jednej strunie. Brudne przesterowanie, zawołanie i perkusję.

Czyli tak brzmi muzyka końca?

Tego będziemy słuchać w zaświatach?

Darling, you got to let me know

Should I stay or should I go?

Dopiero teraz zorientowałem się, że w obliczu śmierci zamknąłem oczy i mocno zacisnąłem powieki. Ciemność miała mnie ośmielić i oswoić ciemność wieczną? Absurdalne. Chociaż może nie chciałem widzieć tego pięknego lasu, który opuszczę na zawsze.

If you say that you are mine

I’ll be here ‘till end of time

Muzyka grała mi w głowie, w ciemności widziałem taką liczbę przeróżnych obrazów, że nie jestem w stanie wymienić ani jednego, chociaż każdy był dla mnie ważny. Pamiętam tylko wrażenie. Tej wagi. Każda klatka przedstawiała coś wyjątkowego, emocjonującego, mojego.

So, you got to let me know

Should I stay or should I go?

Otworzyłem powoli oczy, a z mroku wyłoniły się korony drzew, księżyc, polana, w końcu wzrok objął cały rozpościerający się przede mną krajobraz.

Poczułem się wyśmienicie.

Bo żyłem.

***

– Kurwa! – Była to najcieplej, najenergiczniej i najentuzjastyczniej wypowiedziana „kurwa” na świecie. Wygrana w totka razy nieskończoność. – Niewypał! – Powiedzieć, że nigdy nie zapomnę tej chwili, to nic nie powiedzieć. Smutna dla kontrastu refleksja jest taka, że kiedyś młody człowiek szedł walczyć za swój kraj i cieszył się kiedy kula przeciwnika trafiła w drzewo centymetr od niego, a teraz dziecko czasów pokoju samo z nudów sprowadza na siebie widmo śmierci i traci zmysły z radości, że samo siebie jednak nie zabiło. Właśnie do tego zmierzamy. Potrzeba samozagłady, ale taka połowiczna. Może uogólniam, może to tylko ja. Skończony kretyn. Żywy skończony kretyn. Kretyn szczęśliwy.

Wyjąłem pistolet z roześmianej gęby i zakrzyknąłem, patrząc w niebo z rozpostartymi ramionami.

– Niewdzięcznik – odezwał się cicho głos zza pleców. Ach tak, przecież jest tu jeszcze mój tajemniczy towarzysz. – Nigdy nie potrafiłem pojąć, dlaczego z taką częstotliwością ludzie przypisują zasługi losowi, nie zastanawiając się, czy na pewno nikt za nimi nie stoi.

– Proszę? – Opuściłem broń i odwróciłem się do podchodzącego natręta w kapeluszu, który zdecydowanie urósł teraz do rangi kompana świadkującego cudowi. Wyciągnął do mnie dłoń z zawartością, która tłumaczyła odzywkę.

– Przepraszam. Bawiąc się bronią niechcący opróżniłem magazynek. Proszę, teraz na pewno się uda. – Zatrzymał się w odległości przekraczającej sferę intymną. Nasze nosy niemal się zetknęły. Przeszył mnie wzrokiem kata, który jakimś cudem – chociaż według jego narracji cudów nie ma – chybił minimalnie i, zamiast w szyję, trafił centymetr od głowy i przymierzał się do kolejnej próby cięcia z pewnością, że tym razem na pewno wtopi topór w kark ofiary. – Chyba że już nie chcesz, co? – Głos jego nagle zabrzmiał przerażająco. Zimny, demoniczny, odległy, a jednak upiornie zbyt bliski. Sprawnym ruchem wyjął mi z dłoni broń, załadował nabój i wycelował. – Może zrobić to za ciebie?

– Nie! Nie ja… – Odszedłem na kilka kroków. On zaś pewnie wymierzył i pociągnął za spust z miną człowieka, który zamierza zrobić porządnie coś, co ktoś inny spartaczył.

– Klik.

Wystrzał.

***

Kula musiała przelecieć naprawdę niedaleko mojej głowy, bo aż poczułem ten świst, podmuch, mijającą mnie minimalnie wycieczkę w jedną stronę.

– Cholera, spudłowałem z takiej odległości? – zapytał sam siebie ze zdziwieniem, ładując kolejny pocisk.

– Nie, proszę, nie, ja już nie chcę! – Jęczałem, klęcząc na środku polany i błagając niezdefiniowanego adresata w postaci jakiejkolwiek siły wyższej, żeby ten okołośmiertny koszmar się skończył.

Wycelował, tym razem precyzyjniej.

– Adiós.

– Nie!

– Czemu nie?

– Bo chcę żyć!

Mierzył we mnie jeszcze dobrych parę sekund, aż w końcu opuścił broń z lekkim uśmiechem i rzucił mi ją.

– Jak tak, to tak. – Podszedł i kucnął, żeby spojrzeć mi w oczy raz jeszcze. Tym razem ze spokojem i zrozumieniem. – Chcesz żyć, bo nie chcesz umrzeć, a nie dlatego, że chcesz żyć, tak? – Po krótkim namyśle pokiwałem głową, bo w zasadzie dotknął sedna sytuacji. – Wstawaj. – Pomógł mi się podnieść, zaśmiał się cicho i klepnął mnie po ramieniu. – Dobrze. Zobaczymy, co da się zrobić. Chodź. I weź broń. Kto wie, może kogoś tu zakopano i będzie na któregoś z nas. A jak już ustaliliśmy, my nie zabijamy.

***

– To co, po jednym? – Wsiedliśmy do Mustanga, on wyciągnął paczkę papierosów, ja w sferze cielesnej siedziałem i trząsłem się, w sferze duchowej – ciężko ustalić, gdzie się znajdowałem i co robiłem. – Kawał nocy, należy nam się. – Odpalił najpierw mi, widząc, że nie dam rady, później sobie i tak siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu. W pewnym momencie mój mental wrócił z orbit, kończyny się uspokoiły, byłem gotów do słabego, ale jednak natarcia.

– Kim ty jesteś?

– Zajmuję się dawaniem drugiej szansy, czy raczej pomagam pewnym osobom odnaleźć sens w życiu, kiedy bezpowrotnie go tracą.

– Co to znaczy „bezpowrotnie”?

– To znaczy, że w chwili wahania jednak pociągają za spust.

– No tak.

– Nazwijmy to moją selekcją klientów. Kiedy naprawdę mówią pas. Później, jak sam zauważyłeś, następuje etap drugi. Odpowiadający na pytanie, czy faktycznie tego chcą, po tym jak spróbowali. Jeśli jest w nich wola nieumierania, jestem gotów przyjąć zlecenie.

– Co jeśli w tej chwili próby odłożą pistolet?

– Wtedy kończę współpracę. Nie mam czasu na atencjuszy.

– Słusznie. – Trzeba przyznać, że z tym stwierdzeniem zgadzam się jak nikt. – A ty zawsze tak wyjmujesz naboje przed?

– Nie. Nie zawsze. Nie każdy ma dostęp do tego ekskluzywnego rozwiązania. Czasem luzuję sznur, czasem podmieniam tabletki. Nieczęsto bywa tak literacko jak u ciebie.

– I co dzieje się dalej? Każesz swoim klientom skakać na bungee, żeby odnaleźli siebie na nowo?

– Nie. W gruncie rzeczy nasza historia zaczęła się jak z kryminału, a prawda jest taka, że jeśli klient chce podpisać ze mną, powiedzmy, umowę, dalej nie jest już szczególnie spektakularnie. Naprawdę, bez fajerwerków. Raczej w stronę pracy u podstaw. Ja pomagam, a kontrahent zobowiązuje się do przestrzegania jednej zasady.

– Jakiej?

– Że od tej pory wszystkie zasady ustalam ja.

DROGA

Czyli do tego zmierzał, mówiąc o pracy u podstaw. Doprawdy, sam nie wymyśliłbym bardziej katartycznej misji.

„Wysiadaj, do domu wrócisz na własną rękę.”

Boże, do rzeczonego domu mam jakieś trzydzieści kilometrów, a ostatni raz stopa łapałem z okazji któregoś z dawnych Woodstocków.

Odjechał, aż się za nim zakurzyło, zostawiając mnie na skraju lasu całkiem, cóż… szczęśliwego. W związku z tym moje pierwsze zadanie traktowałem z nieprzerwanym przymrużeniem oka. Jeśli się nie uda, zawsze mogę wrócić pieszo. Choć wolałbym nie, ponieważ w całej tej plątaninie zdarzeń, zapewne niechcący, zabrał mi papierosy. Brak ten nieco komplikował sprawę. Ale spokojnie, na pewno się coś wymyśli.

Dotarłem do głównej drogi pośród dźwięków wydawanych przez naturę, czując jakby były mi dane, nie zaś były tu od wieków. Szedłem lekki jak piórko.

Brzemię pierzchło, pozostała ciekawość. Jak dawno tego nie czułem.

Ciekawość nie co przyniesie następny rok, tylko następna minuta.

Bez oczekiwań.

Dwadzieścia minut po północy, sobota. Nie jestem znowu tak daleko od miasta. Zaraz się jakiś transport przytrafi. Z całą pewnością życzliwa dusza pojawi się znikąd i podwiezie hen aż do centrum.

Idę poboczem, zacnie jest, księżyc świeci, wietrzyk wieje, cisza, błogostan, o, jedzie coś. Cudownie.

Zatem odwracam się, uśmiecham, macham, mój komunikat najwyraźniej nie został stosownie odczytany, ewentualnie nie było miejsca w pojeździe, przejechał. Trudno. Idziemy dalej, niczym się nie przejmujemy. Zdaję sobie sprawę z faktu, iż mogę nie wyglądać jak osoba, o której zabranie z pobocza toczono by jakieś poważniejsze bitwy. Wymięty, trochę pobrudzony, lekko zapijaczona twarz, ciemna kreacja, nade wszystko zaś niemożliwy aktualnie do usunięcia z oblicza uśmiech psychopaty. Nieszczęście w szczęściu.

Konfiguracja: wędrujący ja, machanie, samochód, brak odzewu, zniknięcie pojazdu za widnokręgiem beze mnie na pokładzie, powtórzyła się kilkukrotnie. Trochę przykro, ale czymże jest taki zawód przy ciągle pulsującej świadomości uniknięcia konsekwencji najgłupszej decyzji w życiu.

Także maszerujemy dalej, bez stresu, melodię wesołą nucąc. Wtem nadjeżdża ciężarówka. Znając wrażliwość tirowców w tym kraju, daję na wstrzymanie i dziarsko podążam z rękoma wzdłuż ciała. Niech sobie jedzie, szerokiej i udanego wyprzedzania kolegów po fachu. Słyszę pisk. Czuję spaliny. Maszyna zatrzymuje się.

– Podwieźć? – Być może jestem uprzedzony, ale kierowca brzmiał jakby zaraz miał mnie zgwałcić. Może śmierć to jednak jest jakieś rozwiązanie.

– Wie pan co, ja…

– Pan wsiada. – No i masz. Pan wsiada.

Ok, jak tak, to tak jak – Tak stwierdził niedawno mój wybawca i tego się trzymajmy. Wgramoliłem się do środka, podałem wyciągniętą dłoń, Maciek, Edward, miło mi, dokąd, do miasta, jeśli to nie kłopot, żaden, proszę zapiąć pasy, jasne, bardzo dziękuję, nie ma sprawy.

Powitanie upłynęło przyjemnie. Zobaczymy, co dalej. Czy raczej, jak się zaraz okazało, usłyszymy.

Dalej znaczyło piękniej.

Myślałem, że to on będzie prowodyrem. Samotny jeździec przemierzający bezdroża (bo inaczej nie da się określić stanu polskich dróg) zapragnie skorzystać z towarzystwa gościa i wylać z siebie obiekcje wobec polityki, społeczeństwa, gospodarki, złodziejstwa, Żydów, Niemców, ogólnie walącego się świata.

Nie.

Jechał w milczeniu z lekkim uśmiechem na pooranej bliznami twarzy.

Z kolei ja nie potrafiłem powstrzymać się od komentarza do zaserwowanej przez niego muzyki.

– Zeppelini rządzą, prawda? – Może role i oczekiwania właśnie się odwróciły. On chciał jechać sobie w ciszy, a tu wsiadł natręt i przeszkadza? Mniej więcej tego obawiałem się z jego strony. Cicho bądź, skarciłem się w myślach. Daj człowiekowi spokojnie prowadzić.

– Jak najbardziej. Powiem panu, że rozgrywałem Bonza dniami i nocami, żeby rozkminić, jak on wchodzi w ten trans. Sam pan wie, skoro pan słucha. Lajwy w jego wykonaniu to jeden wielki trans.

– Prawda. – Poczułem się głupio, jak chyba nigdy dotąd. Skąd pomysł, że każdy kierowca tira musi być debilem, chamem i nosić żonobijkę? – Gra pan?

– Grałem. Pięć lat. Ale w tym kraju ciężko być artystą. Zresztą, może to nie kwestia kraju, może takie czasy. Dałem sobie pięć lat już na początku. Że spróbuję. Jak się nie uda, poszukam normalnej pracy i tyle. Jak pan się domyśla, nie udało się. Lubię jeździć i samotnie słuchać muzyki. Wyobrażam sobie, jak tak jadę w nocy i słucham, że to ja tam gram. Takie głupoty. Pan co robi?

Co ja robię? Aktualnie? Kajam się. Walę twarzą w ziemię przed panem. „Ciężko być artystą. Jak się nie uda, poszukam normalnej pracy i tyle.” Kurwa mać. Nie żadne tam, jak się nie uda to walnę samobója, bo życie nie ma sensu. Kurwa. Ile normalnej, zwykłej pokory wobec życia. Nie tędy, to inaczej, jakoś trzeba sobie dawać radę.

Kurwa.

Czułem złość. Ogromną potrzebę potępienia siebie, swojej pseudo wrażliwości, biadolenia, użalania, bycia po prostu miękką pałką. Facet zaakceptował rzeczywistość bez zbędnego pieprzenia, że o nie, jak to, ale czemu, przecież mam talent, marzenia, energię, gówno, gówno, gówno. Nie to nie. Lecimy z życiem dalej, inną ścieżką.

– Proszę pana? Wszystko dobrze? – Spojrzał z troską na moją samobiczującą się sylwetkę.

– Tak. Ma pan papierosa?

– Mam. Tylko wie pan. Tu nie można palić. – Kiedy ostatnio jechałem stopem, można było palić. I nie mówimy tylko o papierosach.

– Nie chcę nadużywać gościnności, ale mógłby się pan na chwilkę zatrzymać?

– Przykro mi. Naprawdę zrobiłem dla pana wyjątek, że pana wziąłem. My tu mamy wszystko na sekundy. Stąd to wpieniające każdego kierowcę wyprzedzanie się tirów. Głupota jakiej świat nie widział, ale tak niestety jest. Jedna ciężarówka ma limit prędkości osiemdziesiąt na godzinę i więcej nie pojedzie. Druga, osiemdziesiąt pięć. Ta pierwsza wiezie towar, który psuje się trochę wolniej niż ten w drugiej. I druga ma obowiązek być wcześniej, czyli ma obowiązek wyprzedzić pierwszą. To nie jest nasze widzi mi się. Niestety niewielu rozumie, że nie mamy z tym nic wspólnego. Każdy ma nad sobą jakieś zasady i zobowiązania, prawda?

***

– Marlboro Light poproszę, dwie paczki. – Na wszelki wypadek, bo wypadki chodzą po mnie ostatnio za często. – I tego Jacka Danielsa, nie tego, o tego, tego większego. – Bo mam tych wypadków aktualnie powyżej. – Dziękuję, dobranoc. – Wychodzę w mrok. Dochodzi druga, odchodzi entuzjazm. Może trzeba było wykorzystać szansę na nieistnienie. Zanim jednak zdążyłem się nad tym zasępić, pojawił się dobry duch kloszard.

– Panie Edwardzie. – Mieczysław, Mietek, Miecio. Ilomaż to złotymi polskimi zasiliłem jego budżet przez ostatnie lata. Machinalnie wygrzebałem solidny bilon. Błąd. Najpierw pytaj, potem oceniaj, niezależnie od przyzwyczajeń. – Mam coś dla pana.

– Doprawdy? Co pan dla mnie ma, panie Mieczysławie? Miecz czy sławę? – Tak piękne imię, a tak średnio wyeksploatowane literacko. Sami są sobie winni. Ci Mieczysławowie.

– Nie wiem, nie czytałem. – Podał mi kartkę i jął oddalać się pospiesznie.

– Co, dzisiaj bez jałmużny? – zagadnąłem wesoło, lekko zaniepokojony.

– Już dostałem. Dziękuję. – Jak tak, to tak. Rozwinąłem zmięty papier.

Coś mnie tknęło i uznałem, że zostawienie tego liściku u ekspedientki byłoby zbyt banalne. Pojedziesz jutro o piętnastej piętnaście autobusem numer sto pięć z dworca głównego i wysiądziesz na ósmym przystanku. Szerokiej drogi.

Pamiętaj. Ósmy.

Jak tak, to tak.

Usiadłem na ławce i zagapiłem się na opustoszały Rynek Podgórski. Dzwon kościelny obwieścił drugą. Jak na zawołanie zaczęły pojawiać się niedobitki imprezowe z nocnej wracające wycieczki. Mnie też czas wracać. Minąłem kościół i, nadkładając drogi, przeszedłem parkiem do domu. Stanąłem przed kamienicą i zadarłem głowę w nadziei na ulubiony widok. Taki, który sprawia, że chce się wracać. Miło się nie zawieść. Chociaż nie powiem, żebym był zaskoczony. W przeciwieństwie do ludzi, na zwierzęta naprawdę można liczyć. Przerośnięta mieszanka à la spaniel wyglądała z okna ze spokojem. Pozory. Nie widziałem, ale wiedziałem, że ogon odtańcowuje szalony taniec szczęścia. W tej jednej chwili w pełni pojąłem, jak bardzo bezsensowna była moja dzisiejsza eskapada.

Wszedłem powoli na górę, jakby niewzruszony. Pozory. Chciałem wbiec, ale nie możemy sobie pozwolić na nadmierne okazywanie entuzjazmu, bo w miłości jest tak, że od przesady czar pryska. On to wie, ja to wiem, jesteśmy kochającymi się dżentelmenami. Idąc dalej tym tropem, przekręciłem niby od niechcenia klucz w zamku, on równie leniwie zszedł z parapetu i niespiesznie dotarł na swoje legowisko w przedsionku. Otworzyłem, próbując się nie uśmiechnąć. On usiadł, chowając rozweselony do granic obłędu ogon. Smycz, gwizd, już można przestać udawać. Runęliśmy na klatkę schodową z radosnym okrzykiem, pobiegliśmy do parku, wybawiliśmy się, wyszaleliśmy, wytarzaliśmy jak dawno już nie, gdyż obaj mieliśmy świadomość, że niewiele brakowało, żebyśmy nie zobaczyli się już nigdy.

Opadłem zziajany na ławkę, on usiadł przy nodze, nastał czas bolesnej zadumy nad przyszłością. Odwlekaliśmy ów moment najdłużej jak się dało.

– No, i co głupie pytania zadajesz. Nie wiem, na ile. Dzień, tydzień, miesiąc. Pojadę, to się dowiem.

Szczek.

– Boże. Bo to pierwszy raz sam zostajesz? Nie rozklejaj się, proszę cię.

Szczek.

Jest druga dwadzieścia.

Jakaś parka w alejce obok zaczyna uprawiać seks.

– Chodź. Nie przeszkadzajmy państwu. – Wyszliśmy grzecznie z parku, przeszliśmy przez rynek i dalej wąską uliczką między rzędami starych czteropiętrowych kamienic nad rzekę. Tam zaś znajdował się przybytek, w którym zaczęła się cała historia mojej niedoszłej śmierci. Ogródek, szumnie powiedziane, cztery rozpadające się stoliki i krzesła pamiętające wielkie konflikty ludzkości, zasiedlali pijani młodzi ludzie i mitrężyli noc. Lub wręcz przeciwnie. Maksymalnie wykorzystywali kapitał czasu, który im dano. Sam już nie wiem, co jest konstruktywne, a co jest marnotrawieniem. W środku zaś zadymione i gwarno. Tom Waits smęci z głośników (myślę – smęci, a przecież go kocham), te same gęby gadają o tym samym (skąd ta niechęć, skoro lubię z nimi rozmawiać i jawią mi się jako ludzie pod wieloma względami ładni), wszystko beznadziejnie takie same (powtarzalność knajpiana nigdy dotąd mi nie przeszkadzała), kobiety siadają na kolanach pijanych samców jak kurtyzany (odwieczny szacunek do płci pięknej, nawet do elementu upadłego, nagle pierzchł), barman leje alkohol, żeby ogłupić i tak już głupich klientów (dość, koniec męczarni).

Wyminąłem towarzystwo, obszedłem ladę i stanąłem po usługodawczej stronie baru. Rzuciłem klucze, podałem smycz oniemiałemu Piotrowi, który, widząc moje zdeterminowane ruchy, olał polewanie spragnionemu tłumowi i przejął psa z rozdziawioną gębą.

– Pilnuj Klakiera. Wyjeżdżam.

– Na...

– Wyjeżdżam. Czasem lepiej nie wiedzieć na jak długo. Będę jak wrócę. – Piotr nie był z pierwszej łapanki i potrafił odróżnić poważne od niepoważnego. Lata pracy w zawodzie. Dlatego teraz, bez zbędnych dywagacji, podał Klakierowi miskę, pogłaskał i spojrzał na mnie ze zrozumieniem.

– Powodzenia.

***

– Przykro mi, nie mamy w tej chwili żadnej wolnej taksówki, proszę spróbować później. – Co mi z tego, że pani jest przykro, jak mi zaraz autobus w nieznane odjedzie. Tę samą przykrość wyraziło jeszcze kilka innych pań. Kto zamawia taryfę o czternastej w sobotę? Jaki to jest gatunek ludzi? Chciałbym ich poznać. Albo lepiej nie.

Cóż, trudno, czas zmierzyć się z piekielną organizacją, która istnieje, by pokazywać ludziom, czym jest dyskomfort.

Władowałem się z dwiema walizami do otchłani komunikacji miejskiej, próbując zlekceważyć nienawistne spojrzenia współpasażerów, współuczestników zbiorowej rzezi na pojęciu przestrzeni osobistej. Patrzyłem na czubki swoich butów tak intensywnie, że aż czułem ich skrępowanie. Słuchajcie, lepiej wy niż ja.

– Dworzec Główny, możliwość przesiadki na inne linie tramwajowe lub autobusowe – powiedział nagrany męski głos, a każdy wysiadający usłyszał samego Boga odpowiadającego na żarliwie powtarzaną w duchu modlitwę.

Utrzymawszy z trudem równowagę nie tyle wysiadłem, co zostałem przeniesiony przez wiwatujący tłum wyzwolonych z tramwajowych okowów. Pulsując razem z beznamiętną, apatyczną, rozpędzoną strukturą gawiedzi uznałem, że przestaje mieć znaczenie, dokąd wywiezie mnie tajemniczy autobus, najważniejsze, że daleko stąd.

Komórki, słuchawki, wózki, hulajnogi, marsz, przepychanki, bieg, wrogie spojrzenia, setki ludzików gadających do siebie, już pamiętam, co tak mocno trzymało mnie z dala od skupisk tych istot będących przeciwieństwem człowieczeństwa.

Przejściem podziemnym na deptak pod galerią, dalej do kolejnego przejścia prowadzącego na perony, iść, nie rozglądać się, nie zwracać uwagi dokładnie tak, jak oni, jeszcze kilka metrów, autobusy, za piętnaście trzecia, platforma ta i ta, pojazd numer taki i taki, w końcu, zziajany i zadowolony. Dotarłem, mimo przeciwności losu, nikogo jeszcze nie ma, tylko kierowca wiernie czeka, jakby na mnie czekał. Misja zakończona sukcesem. Co może pójść źle?

– Tylko jeden bagaż. – Poniósł się pomruk spod gęstego wąsa. Omiotłem wzrokiem przednią szybę w poszukiwaniu od zawsze bawiącej mnie kartki z imieniem prowadzącego. Nie zawiodłem się.

– Panie Januszu, bardzo pana proszę, ja...

– Tylko jeden bagaż. – Początkowo spore pole do negocjacji zwęziło się do rozmiarów niewidzialnych.

– To co ja mam z nim zrobić?

– Dać do przechowalni. Tylko przy tych tłumach spóźni się pan na autobus. – Jakim trzeba być zimnym i wyrachowanym, by z takim spokojem powiedzieć komuś, żeby porzucił nadzieję.

– Nie może pan zaczekać?

– Nie. Każdy ma nad sobą jakieś zasady i zobowiązania. – Wyrzucił papierosa, przygniótł i posłał mi spojrzenie pełne pogardy. – Prawda? – Uznałem, że na tym nasz kontakt powinien się urwać, więc nie zważając na fakt, iż wyglądałem jak ostatni pajac, padłem na kolana i zacząłem przepakowywać walizki. Kierowca wzruszył ramionami i wsiadł za ster, zostawiając mnie z rozterkami typu, do których spodni bardziej się przyzwyczaiłem.

Szybko pomógł mi podjąć decyzję. Zagrzmiał stary silnik, buchnęło spaliną, zatrzęsła się cała maszyna. Coś tam powybierałem, ledwo domknąłem bagaż, symbolicznie kopnąłem pozostawioną walizkę i wsiadłem.

– Bilet poproszę.

– Nie mam. Jest napisane, że można kupić bezpośrednio u kierowcy, więc niech pan nawet nie próbuje...

– Oczywiście, że można. Nie jest za to napisane, ile u kierowcy kosztuje.

– Chyba oczywiste, że...

– Dla pana sto pięćdziesiąt złotych.

– Co? Jak? Jakie znowu sto pięćdziesiąt, skoro normalnie kosztuje dwadzieścia pięć? I co to znaczy “dla pana”? Są chyba jakieś stawki dla wszystkich ustalone prawda? Pan poczeka. Już znajdę w internecie, już dzwonię do waszej firmy, zaraz się wszystkiego dowiemy.

– Tu nie ma zasięgu. Może pan wyjść i zadzwonić, ale wtedy nie zdąży pan na autobus. – Wrzucił jedynkę i zamknął tylne drzwi. – Radzę pospieszyć się z decyzją. – Wygrzebałem te cholerne dwie stówy i pieprznąłem nimi o deskę rozdzielczą.

– Proszę, ale niech pan będzie pewien, że ja tego tak nie zostawię. Może pan powoli żegnać się z zawodem.

– Nie będę panu miał wydać z dwustu.

– Proszę to potraktować jako napiwek, z którego będzie pan zadowolony przez bardzo krótki czas. Jakieś rezerwacje na miejsca, czy mogę sobie wybrać?

– Cały autobus jest do pańskiej dyspozycji.

– Znakomicie. – Jak nietrudno się domyślić, przeszedłem cały autobus i... a nie, właśnie że, kurwa, nie. Wróciłem się i usiadłem tuż za nim. Będę się na ciebie gapił przez całą drogę złamasie. Każdemu kiedyś puszczają nerwy, a moją życiową misją na dziś jest sprawdzenie twoich granic. Szkoda, że nie jadłem niczego z czosnkiem. Jedźmy. Jedźmy i walczmy ze sobą w milczeniu.

Ruszył.

Chociaż nie, dlaczego w milczeniu. Przecież mogę sobie mówić. Sam do siebie, to nie jest zagadywanie kierowcy.

– Nie dziwię się, że jestem tu sam. Nikt normalny nie chciałby jechać z takim kierowcą. Ale to już nie potrwa długo. Zadbam, żeby nigdy nie znalazł pan pracy w tej branży. Każdy przewoźnik będzie zamykał przed panem drzwi biura. Będzie pan jak trędowaty w świecie autobusów. Potem pójdę do Rzecznika Konsumenta albo Praw Obywatelskich, a potem do sądu. Nie wypłaci się pan do końca życia. – Już ja cię sprowokuję, skurwielu, wyjdziesz z siebie i staniesz obok.

– Proszę wysiąść. – Zatrzymał się, wyszedł z kabiny i stanął nade mną. Wielki, silny, spocony, wąsaty Janusz.

Pyrrusowe zwycięstwo.

– Chyba pan żartuje, mam prawo...

– Wypierdalaj. – Położył swoją ciężką łapę na moim ramieniu, posyłając mi spojrzenie, które tym razem świadczyło o utracie cierpliwości i dogorywającej mikroskopijnej sile, która nie wiadomo jak długo będzie powstrzymywać go przed ingerencją w układ mojego oblicza.

– Dobrze, już dobrze. Nie odezwę się słowem przez całą drogę i w ogóle... wszystko jest ok, jeszcze stówkę panu dopłacę, dobrze? Za to że tak głupio gadałem. – Ta sama dłoń, która objęła w zasadzie połowę mnie odwróciła się wierzchem do góry. Pięć sekund później zwieńczyłem jej chropowatą fakturę wizerunkiem Władysława II Jagiełły. Król załatwił sprawę bezkrwawo, pan Janusz wsiadł do kabiny, ruszył, skontrolował mnie w lusterku, skupił się na drodze, żyjemy.

Wyjechaliśmy z dworca, z mroku ku światłu, dosłownie i metaforycznie. Sytuacja w pojeździe się ustabilizowała, a ciemność podziemi zastąpiło popołudniowe majowe słońce. Najważniejszą dokonującą się przemianą była jednak ta zmieniająca bloki, anteny, tłok, smog, hałas i nienaturalną dynamikę, w krajobraz znacznie bliższy moim aktualnym pragnieniom.

Zatem jedziemy. Nie za szybko, nie za wolno, niezbyt przyjaźnie, niedostatecznie wrogo. Za oknem lasy, łąki, wioski, wszystko leniwie się przesuwa. Trochę nuda.

Dobrze.

Skoro mamy trochę wolnego czasu, porozmawiajmy o ludziach.

PRZYSTANEK I 

Piętnaście minut, tyle trwał mój spokój. Znaczy spokój. Dychotomia przyjaznego widoku mijanych drzew w promieniach skąpanych i napięcia wytwarzanego nieustannie przez tego za kierownicą. Niby nic nie robił, ale był. I zagęszczał niepotrzebnie atmosferę. Bo chciałem na niego spojrzeć, czy się nie gapi, ale wtedy może akurat on wpadłby na podobny pomysł i pomyślałby, że ja się gapię, choć wcale nie, bo tylko chciałem sprawdzić, czy on nie. Generalnie spierdolił mi ten wyjazd dokumentnie.

Dramat ciągnął się jak makaron do pierwszego postoju. Ktoś patrzący na sytuację z boku mógłby stwierdzić, że to właśnie wsiadający pasażerowie mogą zmącić mój spokój. Zawsze to lepiej samemu przy oknie niż w zgiełku. Wręcz przeciwnie. Nie tym razem.

Powitałem te osiem osób ze szczerze serdecznym uśmiechem. Przybyli wybawcy. Nawet nie miałbym nic przeciwko, gdyby ktoś usiadł obok, co w normalnych warunkach byłoby wykluczone.

Kiedy zobaczyłem, kto wsiadł, ucieszyłem się podwójnie. Była to bowiem całkiem energetyczna i ożywcza grupa. Sam kiedyś do niej należałem i miło wspominam ów czas. Ich obecność przywołała tę dawną aurę entuzjazmu, humoru oraz tej pięknej i jakże głupiej nadziei na spełnienie marzeń.

Tak jest.

Wsiedli studenci.

Cóż za świeżość, jakaż moc, ileż woli działania.

– W ogóle zrobiłaś ten projekt na interpretację tekstu do profesora Bogusia? – Uśmiech pytającego rudego dryblasa był szczery i w żaden sposób niezmącony czymś, co mentalni starcy nazywają cynizmem. Więcej, zachowywał się jak człowiek, który nie wie co to znaczy. Przynajmniej życiowo. Bo z książek musiał znać pojęcie.

– Daj spokój. – Klapnęli na miejscach za mną. Bezpretensjonalnie, naturalnie, pochłonięci swoim światem, klapnęli na zasadzie: każde miejsce dobre, każde, jakiekolwiek, a co to ma za znaczenie, czy tu czy tam? Przeciwieństwo małostkowości, że od okna, że z tyłu, że tam lepiej, a tam trochę gorzej. Cudowni. – Wziął mnie na bok i mówi: pani Malwino, czy uważa pani, że miejskie może istnieć bez wiejskiego? Tak wiesz, wprost do mnie. Ja mu na to, że…

W międzyczasie przyjrzałem się dwóm młodzieńcom, którzy zajęli miejsca obok mnie. Koguciki. Jakże zacne. Zdrowe ego, miłe uchu przechwałki, zuchwałość przypominająca niewinne plucie na odległość. Naturalni i odważni. Tak wyobrażałem sobie zawsze młodych męskich wrażliwców, którzy nie wahali się, kiedy trzeba było skonfrontować się ze złym.

Tak wyobrażałem sobie pobratymców Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i innych.

Szczerzy, nieopierzeni, wierzący, pełni ognia.

Pozbawieni nienawiści, ale nie wściekłości.

I choć łaskawy los uraczył ich czasami pokoju, patrząc na tę nieposkromioną energię wierzyłem, że byliby skłonni do największych poświęceń w imię słusznej sprawy.

Tak mi się jawili. Jako młodzi, niczego nie rozumiejący herosi. Bo co tu rozumieć. Koniec końców, jedyne do czego wracamy ze szczerym uśmiechem wyzierającym spod zmarszczek, to właśnie do bycia nimi.

– No ale co na tej impostacji? – zapytał młody blondyn młodego bruneta z zawadiackim uśmiechem.

– Nic co, powiedział, że chujowo pracuję krtanią.

– To dokładny cytat?

– Tak. I oznajmił jeszcze, że lubi młodych chłopców. Kurwa, powiedział, że mnie nie przepuści, jeśli nie popracuję nad krtanią.

– Są pewne ćwiczenia. Podeślę ci link do fajnej strony. Teraz nie pamiętam. Coś z blow w tytule.

– A propos job. Jak tam się jeździ na Uberku?

– Kapitalnie. Ostatnio wiozłem pewną wdowę…

– Nie, nie. Ja nie pytam o twój ostatni mokry sen, tylko jak się odwozi pijanych Angoli o drugiej w nocy.

Piękny świergot młodych ptaków. Szkoda, że to, co piękne najczęściej trwa bardzo krótko.

PRZYSTANEK II

Trzy czwarte młodości pierzchło, reszta przeszła na tył, ustępując miejsca grupie robotników z pobliskiej fabryki, którzy w naturalny sposób (bo każdy miał rękę jak cały student i pół) wyglądali jak czołgi jadące ku rowerom. Dlaczego? Dlaczego od zarania proletariat przegania inteligencję?

Weszli, faktycznie jak do siebie, rozsiedli jakby w sposób oczywisty te miejsca im się należały, opanowali autobus, jakby wchodzili do swoich domów na oczekujący ich żołądków obiad. Przysposobili, ba, zdominowali przestrzeń w sposób absolutny w ciągu sekundy. Bez negocjacji. Wyglądali jak ludzie, którzy nie mają nic ciekawego do powiedzenia. Ja sam od roku nie mam nic ciekawego do powiedzenia, więc w pewnym sensie poczułem się z nimi tożsamy, bliższy, jakby spowinowacony. Bo bardziej reprezentowali mnie dziś, w przeciwieństwie do tamtych, przypominających o tamtym, a nie tym, tu i teraz Edwardzie.

Byli mi bliscy i dalecy jednocześnie. Gdyż tak: nie mają złudzeń, szerokich i szumnych perspektyw, wymagań od życia, ale mają swój constans, którego się trzymają, swoją rutynę, która im nie przeszkadza. Przeciwnie. Nadaje sens ich działaniom, usprawiedliwia schemat, uzbraja pozorną beznadzieję powtarzalności w powłokę istotności działań.

Bo tak, a nie inaczej, musi być. Cudowne w swojej prostocie. Pomyśleć „bo tak musi być” i jeszcze w to uwierzyć. Bajka. Bez rozbijania atomów sensu, bez uzurpowania sobie prawa do nadwiedzy, wreszcie bez uważania siebie za jakiegoś odkrywcę, nowatora, nawigatora statku o nazwie „jestem wyjątkowy, widzę i czuję więcej, moje bycie na ziemi jest jakąś nie do końca zrozumiałą przeze mnie misją”.

Nie, nie, nie. Żona, dzieci, praca, dom. Koniec tematu. Kanapka w autobusie, bo ciepły posiłek za półtorej godziny. I rozmowa o – zależnie od branży – odwiertach, spawaniu, kopaniu, wydobywaniu, łataniu, mieszaniu, cerowaniu, nieważne. O czymś. Czymś realnym, potrzebnym, pryncypialnym i niezbędnym tu i teraz. Dlatego wygrywają. Bo w gruncie rzeczy naprawienie pieca jest ważniejsze od naprawienia idei. Gdyż zamarznięcie jest większym problemem niż brak solidnej demokracji, edukacji, sracji.

– Ale mnie wkurwia Janek. Ten nowy z produkcji. Nic nie umie, a przez to, że jest bratankiem szefowej może się opierdalać i dostaje więcej niż my. Ehh, jebał go pies. – Tak oto rozpoczął dysputę generał tej szychty, władca zmiany, wezyr brygady, dowódca legionu tak zwanej piątej grupy. Środowisko jak od razu widać zwarte i silne.

– Nauczy się. Przynajmniej nie sra wyżej niż ma dupę jak ten, co był wcześniej. Ten. No. Jacek. Z tym to dopiero nie było roboty. Mówię mu wejdź na beczkę, a ten się patrzy jak ciele w malowane wrota. Nikomu źle nie życzę, ale chyba lepiej, że nogę złamał. I dla niego i dla nas. Znalazł robotę w jakiejś korporacji, słyszałem, i telefony odbiera. Lepsze to niż u nas.

Nie powiem, studenci napełnili mnie większym entuzjazmem, jak również zaprezentowali znacznie szerszą ofertę intelektualną, ale... Duże „ale” zauważyłem. Zamyka się ono w słowie „opierzenie”. W przeciwieństwie do poprzedników, ci ludzie potrafią faktycznie działać, kiedy zajdzie potrzeba i do tego wiedzą jak.

Wyobraźmy sobie sytuację jak z serialu „The Lost”.

Samolot rozbija się na bezludnej wyspie. Ocaleli chcą przeżyć.

Kto wówczas jest bardziej wartościowy? Ten, który potrafi z pamięci przywołać Kirkegaarda, czy ten, który wie jak na szybkości, z niczego, zbudować szałas?

Dlaczego? Dlaczego od zarania proletariat przegania inteligencję?

Właśnie dlatego. Bo koniec końców praktyki potrzeba, i dopiero kiedy jest w pełni zaspokojona, wznosimy się ku dociekliwości wykraczającej poza młotki i gwoździe.

PRZYSTANEK III

Szturm podjęła kasta, której obecności nawet najtwardsi robotnicy nie byli w stanie unieść. Podobnie jak studenci przed nimi, tak te silne drągale w popłochu jęły wycofywać się ze miękką ziemię okopów. Dwumetrowe chłopy, co życie dobrze znają, zaczęły chować się za oparciami, udawać, że ich nie ma i odwracać wzrok od wsiadających do pojazdu dwu, maksymalnie trzyosobowych oddziałów.

Jedna kobieta i jej potomkowie.

Zaiste. Był to przystanek, który uzupełniał i tak już niedopasowaną grupę, o kolejną szaloną dystrakcję.

Matki z dziećmi.

Odwieczne pytanie dzwoniło w głowie tysiącem dzwonów. Jak pozyskać choćby cień sympatii dla potencjalnej soli tej ziemi? Jak usunąć w sobie namacalną potrzebę wymordowania przyszłego pokolenia w zarodku? Czym usprawiedliwić tę przemożną niechęć do tych małych potworków?

Wreszcie, czy zawsze starzy ludzie zadawali sobie te pytania?

Otóż.

Tak i nie.

Dziecko płacze, sra, sika, beka, pierdzi, czka, ulewa mu się, nie wie, nie zna, jest na początku zwierzątkiem. Kochanym, ale jednak stworzeniem, umówmy się, niewiele różniącym się od małego szympansa. I to jest ok, wszyscy tacy byliśmy (swoją drogą warto o tym pamiętać kiedy kogoś gloryfikujemy, kiedy się zakochujemy, stajemy przed szefem albo kiedy zaczynamy uznawać kogoś za autorytet. Pamiętać, że ten ktoś nadal robi kupę, pryka i beka, a jedyna różnica polega na tym, że robi to niejawnie), więc hipokryzją jest obruszanie się na takie zachowania.

Ale.

But.

Butt. Może czasem to jest lepsze rozwiązanie.

Żart.

Wracając.

Nawet twardzi zawodnicy wprost z fabryki nie unieśli ciężaru decybeli produkowanych przez osoby i osóbki wsiadające na tym przystanku. Pochowali się szybciej niż studenci przed nimi. Przy czym nie chodziło o niewiasty same w sobie, tylko o te małe, kochane, pociechy.

Najbardziej zaś o relację jednych z drugimi.

I tu zaczęło mi być blisko do panów z fabryki, a jakby dalej do studenciaków. Blisko w ramach hołdowania pewnej skostniałości modelu funkcjonowania.

Kategoria: Wychowanie.

„Kiedyś vs. Teraz”.

Drzewiej się z nami w tańcu nie pierdolili. I to było poniekąd dobre. Choć miało swoje minusy.

Aktualnie widzę tendencję do tańczenia jak dziecko zagra, co ma swoje minusy.

Co jest poniekąd dobre i ma najmniej minusów?

Co ja mogę na ten temat powiedzieć?

Ujmę to tak, nie napisałeś książki, nie gadaj o literaturze.

Ale że „nie wiem, to się wypowiem” jest na topie, wypowiem się tak:

Generalnie wydaje mi się, że idea złotego środka realizuje się w pełni i w pełni wyraża swoją wartość, kiedy przychodzi do dzieci. Wiadomo, bijesz – źle, zagłaskujesz na śmierć – drugie źle. Jesteś kumplem – super, pozwalasz na zbyt wiele – do dupy.

Wypośrodkowanie.

Szybki strzał oznajmiający, że nie jesteś pępkiem świata, młody człowieku, ale, z drugiej strony, jesteś wolny, możesz ten świat postrzegać, modyfikować, rozważać jak tylko chcesz, po swojemu. Kiedy zaś pojawią się jakiekolwiek wątpliwości, masz mnie, rodzica, który, żeby była jasność, wszystkich rozumów nie pozjadał, ale coś tam więcej wie, więc pytaj śmiało.

Tyle idealizmu, wróćmy do autobusu.

Która to sytuacja nie ma nic wspólnego z powyższym. Ja nie wiem. Nie rozumiem. Mogłyby się zrzygać na matkę te bachory, a ona by powiedziała, że to dobrze, bo jak zwraca, to zdrowy, wytarła się i jechała dalej. Może i racja przy dwulatku.

Przy dziewięciolatku to już tak średnio.

PRZYSTANEK IV

Na pokład naszego magicznego autobusu wtargnęło niespodziewanie kolejne barwne ugrupowanie. Wchodzące w jej skład osobniki, bo z nazwaniem ich ludźmi mam pewne opory, łączyły w sobie najważniejsze cechy pozostałych trzech. Robiły to w sposób chujowy. Ze studentami dzieliły energię i brawurę, z robotnikami uświęcenie pracy, wreszcie z matkami miłość do swoich dzieci. W tym wypadku ich oczkami w głowie, tymi malutkimi tworami, za które życie oddać by mogli, były tak zwane „projekty”.

– Nie „projekty”, tylko PROJEKTY, ok?

Przepraszam, PROJEKTY.

Tak. Pracownicy korporacji, witamy serdecznie.

Były uniwersytety, fabryki i przedszkola, czas na biurowce… jakie biurowce, przecież wyjechaliśmy z miasta. Co oni tu w ogóle robią?

Aha. Szkolenie mieli w podmiejskiej rezydencji. Tylko dlaczego jadą autobusem? Chcą się zbratać z proletariatem? Taki performens? Cóż, skoro już są, zacząłem im się przysłuchiwać.

Ja nie wiem, czy jest sens przytaczać choćby niewielkie fragmenty czegoś, co w ich pokrętnym mniemaniu nadal można nazwać konwersacją. Obiecałem sobie, że będę dokumentował tę podróż, więc niechętnie, ale… proszę bardzo, oto ona, korpomowa: