39,99 zł
Magia romantycznej trylogii fantasy Stephanie Garber trwa i zaprasza na Cudowną Północ wszystkich spragnionych opowieści o dalszych losach Jacksa i Evangeliny. Najnowsza książka z magicznej serii „Baśń o złamanym sercu” spełnia skryte marzenia i obietnice. Bo każda baśń może mieć wiele różnych zakończeń.
Evangelina i Jacks odnaleźli wreszcie swoje szczęśliwe zakończenie. W Zaciszu wszystko lśni pięknem i doskonałością.
Nic złego nie może się tu wydarzyć. Nikt nie skrywa żadnej tajemnicy… prócz, być może, jednej postaci.
Ale bez obaw. To nie zmieni rzeczywistości, nie przepisze historii, nie zrujnuje zakończenia losów Jacksa i Evangeliny. Z pewnością nie.
Czwarty tom bestsellerowego cyklu „Baśń o złamanym sercu” pozwoli fanom ponownie zanurzyć się w ukochanym uniwersum. Wydanie zawiera epizody z ulubionymi postaciami z poprzednich książek i dwadzieścia magnetyzujących całostronicowych ilustracji autorstwa Lotusbubble.
O autorce:
STEPHANIE GARBER jest autorką światowych bestsellerów, twórczynią serii Caraval, Baśń o złamanym sercu i Alchemia tajemnic. Książki Stephanie zostały przetłumaczone na ponad trzydzieści języków, dzięki czemu miliony czytelników mogą cieszyć się dziś szczęśliwymi zakończeniami opowiadanych przez nią romantycznych, pełnych cudowności historii. Czasem tylko cierpiąc z powodu złamanego serca…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 184
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginału: The Mirror of Infinite Endings
Copyright © 2026 by Stephanie Garber All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Dorota Dziewońska Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2026
Wydanie I
Ilustracje: Lotusbubble
Projekt okładki: Erin Fitzsimmons
Mapa: Virginia Allyn
Adaptacja okładki: Grzegorz Araszewski/garasz.pl
Opieka redakcyjna: Małgorzata Wróblewska
Redakcja: Paulina Zaborek
Korekta: Jolanta Kucharska
ISBN 978-83-68472-35-6
Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o. Prezes: Joanna Bażyńska 00-544 Warszawa, ul. Wilcza 25 lok. 6 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ta książka jest utworem literackim,
wydanym przez Cudownopółnocną Bibliotekę Baśni,
Mitów i Innych Opowieści.
Wszystkie postaci, organizacje, zdarzenia, miejsca
i złe decyzje przedstawione w tej historii mogły zostać
skażone klątwą opowieści, która działa
na Cudownej Północy.
W związku z tym zakończenia mogą się zmieniać
i Cudownopółnocna Biblioteka Baśni, Mitów
i Innych Opowieści nie bierze odpowiedzialności
za różnice między egzemplarzami.
Jeżeli sądzicie, że Wasz egzemplarz został obłożony
klątwą, składamy gratulacje!
Mamy nadzieję, że dodatkowa dawka magii sprawi Wam
szczególną przyjemność.
Dla wszystkich czytelników, którzy prosili
o napisanie tej historii – oddaję ją w Wasze ręce.
Mam nadzieję, że czekają Was same
szczęśliwe zakończenia.
Dawno temu, kiedy Cudowna Północ była po prostu północą i magiczne istoty zwane leśnymi mieszkały wciąż w lasach, wierzono, że wiatr jest duchem królowej leśnego ludu, która po śmierci odmówiła opuszczenia tego świata.
Niektórzy twierdzą, że zrobiła to z miłości, nie będąc w stanie pożegnać się z żyjącym małżonkiem. Inni są zdania, że to klątwa uwięziła królową na Północy. Jednakże świadkowie tych wydarzeń, ci, którzy wciąż pamiętają tamtą epokę, mówią, że królowa zawsze miała słabość do ludzi i dlatego zamiast odejść w zaświaty, wolała pozostać tutaj w zmienionej postaci.
Wcześniej wiatr wiał tylko w jednym kierunku, ze wschodu na zachód, zgodnie z ruchem słońca na niebie. W zasadzie jest tak do tej pory. Uważajcie jednak na wszelkie odchylenia: nadchodzi Zmiana.
Dawno temu każda rodzina rozpoznawała znaki i znała przysłowia.
Jeśli wiatr wieje z północy na południe, sprowadza dobrą zmianę. „Północny wiatr przynosi liczne korzyści”.
Biada jednak, jeśli wiatr wieje z zachodu na wschód. „Przeciwny wiatr przynosi złośliwe pływy, krzywdy, upadek, naruszenie porządku”.
A jeśli do tego tworzy wiry powietrzne, unosi liście, kwiaty i kłęby pyłu, powodując wielki zamęt, wówczas wszystko może się zdarzyć. „Wirujący wiatr przynosi, co tylko chce... magię, szaleństwo, odwrócenie zdarzeń”.
Przysłowia ryto wokół okien, wyszywano na draperiach. Z biegiem czasu jednak wszystkie te opowieści wyblakły, jak to się zwykle dzieje z opowieściami, a prawda o wietrze przekształciła się z mitu w przesąd i w końcu w wierzenia, które zatarł czas.
Jednakże fakt, że o czymś zapomniano, wcale nie oznacza, że to coś nie było prawdą.
Evangelina schodziła na paluszkach po schodach w Zaciszu, modląc się w duchu: „Tylko nie skrzypcie”. Zrobiła kolejny ostrożny krok, ledwie muskając stopą podłogę.
Nie było łatwo zaskoczyć Jacksa. Jako Mojr miał nadnaturalne zmysły, a blizna w kształcie serca na nadgarstku Evangeliny pozwalała mu ją wszędzie odnaleźć. Jednak czasami, gdy była bardzo ostrożna, a on akurat wyjątkowo głęboko się zamyślił albo na czymś skupił, udawało jej się podejść niezauważenie. Zwykle jego nieświadomość trwała sekundę albo dwie, lecz ona uwielbiała te skradzione momenty, kiedy myślał, że jest sam i był po prostu Jacksem. Jej Jacksem.
Tym Jacksem, który dla niej napisał historię od nowa, skradł jej serce, uratował jej życie i zamienił jej świat w bajkę.
Lubiła myśleć, że on teraz bardziej przypomina człowieka niż wtedy, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. Oczywiście nigdy by mu tego nie powiedziała. Samo stwierdzenie, że wydaje się łagodniejszy, przyjąłby jako obrazę. Z drugiej strony, nawet w chwilach największej czułości wciąż było w nim coś nieczłowieczego, co przejawiało się w jego ruchach i w tym, jak jego nienaturalnie niebieskie oczy nagle zmieniały kolor.
Tego ranka znalazła go w tawernie w Zaciszu. Wyglądał tak absurdalnie przystojnie i nonszalancko jak zawsze, w lekko pomiętej lnianej koszuli i ciemnobrązowych spodniach z postrzępionymi nogawkami. Evangelina zatrzymała się w drzwiach, gdy ogarnęło ją coś, co można by nazwać nostalgią, gdyby nostalgię dało się odczuwać za tym, co jeszcze nie minęło.
Tawerna była jednym z jej ulubionych pomieszczeń. Uważała ją za serce Zacisza. W wystroju dominowały drewno i świece, a duże okna wychodziły na jezioro, które nocą zdawało się pełne gwiazd, nie wody, a w dzień odbijały się w nim chmury i ciepłe, żółtawe światło słońca.
Posiłki pojawiały się punktualnie, gdy tylko zegar w holu wybił jakąś potrawę lub napój. Dania w rodzaju „Pierożki z mięsem”, „Ryba duszona”, „Tajemnicza potrawka”, „Tost i herbata”, „Owsianka”, „Piwo jasne”, „Piwo ciemne”, „Miód pitny”, „Wino”, „Cydr”, „Tarta miodowa”, „Lody jeżynowo-porzeczkowe”, „Ciasteczka leśne”.
Czasami zegar oferował więcej dań niż doba ma godzin, a czasami mniej, jakby mechanizm był w stanie zaciągać kredyt czasu z przyszłości, lecz zawsze musiał go spłacać. Evangelina nie bardzo rozumiała, jak działa ten zegar, ale wiedziała, że go lubi.
Tego ranka w tawernie pachniało herbatą z cynamonem i ciepłym tostem z gęstym syropem i truskawkami. Bo nawet wtedy, gdy Zacisze przygotowywało tost i herbatę, nigdy nie był to zwyczajny tost z herbatą. Nic w Zaciszu nie było zwyczajne. Wszystko było trochę lepsze, trochę ponad albo trochę inne.
Można by powiedzieć, że Zacisze jest miejscem, w którym Evangelina i Jacks zakochali się w sobie, lecz to nie byłaby cała prawda. Za pierwszym razem Jacks sprowadził ją tutaj w chłodną gwiaździstą noc, kiedy była ranna. Niósł ją na rękach z oddaniem żołnierza, gotowego w razie konieczności trzymać ją w ramionach wiecznie.
Wszystko tej nocy było dla niej torturą, ale miała przy sobie Jacksa, niezawodnego niczym kompas wskazujący północ. Przyniósł ją do miejsca, do którego nigdy wcześniej nie sprowadził żadnej dziewczyny. Jednak to nie wtedy się w nim zakochała. W Zaciszu jej zakochiwanie już się dopełniło i serce Evangeliny biło tylko dla niego.
Koniec z traceniem głowy. Teraz jej uczucia miały pozostać niezmienne.
Zdarza się, że miłość raz odnaleziona pozostaje na zawsze. Taka miłość to niewiarygodny dar. Uczucie tak głębokie i niezachwiane, że żaden upływ czasu, żadne działanie natury czy człowieka nie jest w stanie go zniszczyć. Taka miłość pozostaje, nawet gdy człowiek odchodzi. Dlatego ten dar jest tak piękny i cenny. Takiej miłości nie można stracić, chociaż człowieka tak.
Na szczęście dla Evangeliny Fox wielką miłością jej życia nie był człowiek. Jacks był Mojrem. Nie musiała się martwić tym, że umrze. On nigdy się nie zestarzeje. Ona tak. Lecz Evangelina bardzo się starała o tym nie myśleć.
Cichuteńko obserwowała go przez chwilę, pragnąc uszczknąć jeszcze odrobinę z tego idealnego momentu, nim przejdzie do następnego i zacznie się zastanawiać nad tym, co ma do zrobienia przed zachodem słońca.
Jacks siedział na stołku przy barze, nie zwracając uwagi na pyszne śniadanie, pogrążony w lekturze czegoś, co wyglądało na list, podczas gdy jedno ze smocząt – które również ignorował – gorącym oddechem podgrzewało mu herbatę. Oczywiście na herbatę Jacks także zupełnie nie zwracał uwagi.
Czytał uważnie, jego niebieskie oczy tego dnia były jasne jak ocean, spojrzenie ostre niczym sierp, pozbawione wszelkiej łagodności. Evangelina spojrzała na jego usta, szukając na nich uśmiechu lub grymasu niezadowolenia, lecz niczego takiego nie zauważyła. Nie potrafiła stwierdzić, jaką wiadomość otrzymał.
Zastanawiała się, od kogo jest ten list. Od Chaosa? To był najbliższy i najstarszy przyjaciel Jacksa, ale z powodu skomplikowanej wampirzej sytuacji Jacks nie chciał jego obecności w pobliżu Evangeliny. Listy wydawały się rozsądną formą komunikacji, lecz nie bardzo wyobrażała sobie piszącego je Chaosa. Wydawał się raczej typem, który wychodzi z ciemności i przekazuje zaszyfrowaną wiadomość, czego zresztą już kilka razy doświadczyła z jego strony.
Zaintrygowana tym, od kogo może pochodzić ta przesyłka, Evangelina obserwowała zaczytanego Jacksa, aż w końcu, kiedy uznała, że za bardzo przedłużyła tę chwilę, zawołała:
– Dzień dobry, kochany!
Jacks podniósł głowę i nareszcie uniósł kąciki warg. Było to niewielkie, ledwie widoczne drgnienie ust, ale na jej widok przekształciło się w prawdziwy uśmiech. Jego wzrok przesunął się po błękitno-fioletowej sukience, powoli omiótł jej biodra i fartuszek wokół talii i zalśnił silniejszym blaskiem, gdy powrócił ku jej twarzy.
– Gotowa na jutrzejszy wielki dzień? – zapytał, odsuwając list, jakby to nie było nic ważnego. Papier opadł na smoczątko podgrzewające herbatę, i puf! – w jednej chwili stanął w płomieniach.
– O nie, Bruce! – krzyknęła Evangelina do smoka.
„Smok nie może być zwierzątkiem domowym”, powtarzał Jacks niemal codziennie. Była prawie pewna, że mówił tak, bo nie podobało mu się żadne z imion, które nadawała smoczątkom. A gdy już, drocząc się z nim, wiele z nich nazwała nieco dziwacznie – jak Księżniczka Przytulaczków – sięgała po całkiem poważne imiona, na przykład Bruce. Ten akurat bardzo lubił Jacksa.
Jacks nie odwzajemniał tego uczucia. Spojrzał groźnie na niebiesko-fioletowego smoka w chwili, gdy Evangelina ruszyła w ich stronę. Podniosła kubek z herbatą i zalała płonący papier. Spóźniła się jednak. Pozostały tylko spopielone strzępy.
– Oj, Jacks! Tak mi przykro. Mam nadzieję, że to nie było nic ważnego.
Machnął lekceważąco ręką.
– To tylko słowa. Bez znaczenia.
Zanim zdążyła się odezwać, wsunął palce za troczki jej fartuszka, przyciągnął ją do siebie, tak że kolanami obejmował jej nogi. Potem ją pocałował, mówiąc w ten sposób „dzień dobry” i kilka innych rzeczy, które można wyrazić jedynie za pomocą ust i rąk. Evangelina odwzajemniła jego pocałunek, mając wielką ochotę zrezygnować z planów na cały dzień. W tej chwili miała wszystko, co było jej potrzebne do szczęśliwego zakończenia. Posiłek, blask słońca, sen – zamiast tego wszystkiego wystarczyłaby jej bliskość warg i serc bijących w jednym rytmie.
– Mogę ci jeszcze w czymś pomóc? – spytał cicho, odsuwając się od niej.
Jeszcze raz to samo poproszę, chciała odpowiedzieć.
Zacisze jednak miało inne plany.
Wysoki kredens na końcu baru zaczął się trząść. Najpierw nastąpiło delikatne drgnięcie. Gablota o szerokości dwóch średnich regałów była niewyobrażalnie stara. Szyby miały drobne bąbelki, na drewnie widać było zadrapania. Na półkach stały wypieki: ciasto cynamonowe, ciasto z goździkami, ciasto brzoskwiniowe, ciasto ze śmietaną, kruche, z masą cukrową, z kruszonką, posypane czekoladą.
Według Poradnika szczęśliwego oberżysty. Jak osiągnąć doskonałość wypieków nigdy za wiele. I Zacisze najwyraźniej uważało, że Evangelina wciąż nie ma ich dość. Dolne półki witryny były puste, a szklane drzwi przed nimi otworzyły się z brzękiem, jakby chciały jej powiedzieć, że przygotowania do jutrzejszego dnia jeszcze się nie zakończyły. Że nie ma czasu na pocałunki, flirtowanie czy czymkolwiek zajmują się ona i Jacks.
Kredens prawdopodobnie miał rację.
Evangelina od miesięcy przygotowywała Wielkie Otwarcie i Pierwsze Coroczne Święto Zacisza, które wreszcie miało się nazajutrz odbyć.
– LaLa przyjdzie dzisiaj po południu – powiedziała. Mniej więcej tydzień wcześniej zaplanowały zakupy ostatnich drobiazgów na ten dzień, ale teraz Evangelina pomyślała, że powinny były zaplanować to na wczoraj albo przedwczoraj, albo jakikolwiek wcześniejszy dzień. – Przed jej przybyciem muszę jeszcze upiec kilkanaście ciast, potem rozwiesić dekoracje, a jeśli starczy czasu, to może pomaluję zegar, żeby go odświeżyć.
– Zegar nie wymaga odświeżania – zapewnił ją Jacks. – Ale jeśli chcesz, ja to zrobię. – Nachylił się, żeby ją znowu pocałować.
Witryna ponownie zabrzęczała, a zegar w holu wybił „Cydr”, jakby chciał go ostrzec, żeby nie przesadzał.
Chociaż później Evangelina zastanawiała się, czy Zacisze nie ostrzegało jej przed czymś innym...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
