Zombie.pl - Robert Cichowlas, Łukasz Radecki - ebook

Opis

Polskie zombie w natarciu!

Karol Szymkowiak miał wszystko. Pieniądze, piękną żonę, wspaniałego synka. Właśnie otworzył nową restaurację w Gdańsku i przypieczętował sukces suto zakrapianą imprezą. Następny ranek przyniósł jednak coś więcej niż tylko potężnego kaca.

Polskę opanowała epidemia zombizmu. Żywe trupy, których przysmakiem jest ludzkie mięso, sieją krwawy terror i spustoszenie na ulicach Gdańska. Jedyną szansą Karola na przetrwanie jest dołączenie do grupki nielicznych ocalałych, którzy schronili się w kościele parafii Świętego Wojciecha na Zaspie. Czy ktoś z nich pomoże mu dotrzeć do rodziny w Poznaniu? Czy zaufanie i pomoc to puste pojęcia w świecie pogrążonym w koszmarze, gdzie nie obowiązują już żadne wartości? Podróż do stolicy Wielkopolski stanie się makabryczną szkołą przetrwania i mrożącą krew w żyłach przygodą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 454

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Robert Cichowlas Łukasz Radecki ZOMBIE.PL ISBN: 978-83-7785-905-6 Copyright © Robert Cichowlas & Łukasz Radecki, 2016 Redakcja: Ela Dajksler Projekt okładki: Mariusz Kula Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

ROZDZIAŁ 1

— Ty wiedziałeś, że ta maszynka ma ponad dwieście koni? — zakrzyknął Handke, redukując bieg skutera i podpływając na bezpieczną odległość do przyjaciela.

— Jazda jak na ścigaczu, co? — wyszczerzył zęby Szymkowiak, który się zatrzymał, aby poprawić okulary przeciwsłoneczne. Zdecydowanie nie nadawały się do szybkiej jazdy na skuterze. Jutro z rana kupi sobie nowe.

Dla Karola Szymkowiaka lipiec był jednym z lepszych miesięcy w tym roku. Z całą pewnością miał powód do świętowania. W dodatku nie musiał zaciskać pasa i pierwsze, co zrobił po złożeniu ostatniego stosownego podpisu na najlepszym zawartym w tym roku kontrakcie, to wynajął dwa skutery marki Sea-Doo i wraz z Jankiem Handke, swoim najlepszym managerem, zaszalał na wodach Bałtyku.

Z oddali do ich uszu dolatywał gwar z plaży Gdańsk Zaspa. Zanim Zuzanna zaszła w ciążę i nastąpiło oczekiwanie na pojawienie się synka Filipa, mieli okazję spędzić udany dwutygodniowy urlop w Gdańsku, z czego większość czasu poświęcili na relaks na Zaspie, czy raczej w Brzeźnie, bo, jak się później dowiedział, chociaż cała dzielnica należała do Gdańskiej Zaspy, to odcinek przy plaży, włącznie z molo, już do Brzeźna. Nie miało to żadnego znaczenia, większość mieszkańców i tak wiedziała, o jaką dzielnicę chodzi, a w Gdańsku było to jedyne molo. I chociaż nie mogło rywalizować długością i urodą z tym słynnym sopockim, to Karol darzył to miejsce szczególnym sentymentem. Właśnie tutaj, na tym uroczym drewnianym molo, Zuzia oznajmiła mu, że będą mieli dziecko.

Jaka szkoda, że nie mogą teraz być razem i cieszyć się jego sukcesem i wprost wymarzoną pogodą. Już nie po raz pierwszy żona postanowiła nie towarzyszyć mu w podróży. Kiedy Filip był mniejszy, całkiem to rozumiał — że woli nie narażać dziecka na długie podróże i chce spędzać z nim czas w domowym zaciszu, ale teraz chłopiec miał już trzy lata! Spokojnie mogła pojechać z Filipem. Atrakcji dla najmłodszych w Brzeźnie nie brakowało. A jednak kiedy oznajmił jej, że sfinalizował pomyślnie wszystkie sprawy i że już wkrótce otworzą w Gdańsku Zaspie nową restaurację, Zuzanna wydała się tym średnio zainteresowana.

— Gratulacje — rzuciła krótko, po czym oznajmiła, że musi kończyć, bo ktoś dzwoni do drzwi. Nie zdążył nic więcej powiedzieć, rozłączyła się.

Teraz był wściekły, kiedy sobie o tym przypomniał. Od tygodni coś między nimi zgrzytało. Urabiał sobie ręce po łokcie, harował jak wół, wszystko dla ich wspólnego dobra. Podobnie było z wyjazdami służbowymi. Nie miał innego wyjścia — żeby otworzyć kolejne restauracje, musiał osobiście jeździć do klientów i managerów. Czuł, że oddalają się od siebie z Zuzką, nie pamiętał już nawet, kiedy ostatni raz się kochali, ale wciąż wierzył, że to tylko przejściowy kryzys. Z każdą chwilą jednak narastały w nim wątpliwości i obawy. Zdjął okulary, które gniotły go w nos, i wrzucił je do wody.

— Hej, stary, co jest? — zapytał Handke. — Dałeś za te oksy tysiaka! Zwariowałeś?

Obaj, choć powodziło im się nieźle, nie byli skorzy do szastania pieniędzmi. A już na pewno żaden z nich nigdy świadomie nie wyrzucił tysiąca złotych w błoto. Kiedy zobaczył, co zrobił Szymkowiak, Handke mocno się zaniepokoił.

— Pogadamy potem, Janek.

— Daj spokój, widzę, że coś cię gryzie. Coś się stało?

— Nic, z czym bym sobie nie poradził. Naprawdę.

Zapanowała konsternacja. Szymkowiak rzadko kiedy zbywał suchymi tekstami swego managera. Ten natomiast nie miał w zwyczaju naciskać. Teraz jednak nie był pewien, czy chodziło o sprawy prywatne Karola, czy też przypomniało mu się, że czegoś nie zrobili, domykając sprawę restauracji. Nie ciągnął jednak przyjaciela za język.

— Nie masz ochoty na piwo? — rzucił tylko, starając się zachować pogodny wyraz twarzy.

— Zróbmy jeszcze mega szybko kółko, dobra?

— Jasne. Do plaży i z powrotem?

— Co prawda, to nie będzie kółko, ale w porządku — Szymkowiak wrzucił bieg i motor skutera zawarczał groźnie. — A potem nie piwa, a wódki się napijemy! — dodał, usiłując przekrzyczeć narastający hałas.

Obaj wyrwali się do przodu. Na początku jechali bardzo blisko siebie, ale Karol nie miał na nosie okularów i woda tryskająca kaskadami spod skutera Janka biła go po twarzy, więc oddalili się od siebie. Mimo to Szymkowiak był zachwycony pojazdami. Ich najnowsze modele wyposażono w hamulce, a za pomocą specjalnej dźwigni można było odwracać ciąg strumienia, dzięki czemu manewrowało się rewelacyjnie. Dlatego nie dotrzymał obietnicy i po skończonym wyścigu namawiał, żeby zrobić kilka kolejnych kółek. Handke nie dał się długo prosić.

Przez kolejne pół godziny szaleli jak nastolatkowie, wykonując akrobacje, których nie powstydziłby się zawodowiec. W dodatku i jednemu, i drugiemu udało się nie wylądować w wodzie. Szymkowiak przez chwilę się zastanawiał, czy taka nieoczekiwana kąpiel nie orzeźwiłaby go, ale za diabła nie mógł wypaść ze skutera, i to nawet gdy podjeżdżał do maszyny Janka i robił ostre zrywy, gwałtownie hamując i nawracając. „Powinienem wziąć udział w jakichś cholernych zawodach” — pomyślał.

— Hej, uważaj! — krzyknął Handke, ledwie panując nad swoją maszyną, która musiała teraz pokonywać spore fale wytworzone przez skuter Szymkowiaka.

— Nie pękaj! — odkrzyknął Karol. — Boisz się wody?

— Boję się rekinów i meduz! Chcesz dostać w dziób?

Handke dodał mocy i ruszył za Szymkowiakiem, usiłując go dogonić i zrzucić ze skutera. Nie udało mu się, a kiedy dojechali do przystani, sam omal nie wpadł do wody, gdy zahaczył bokiem o jeden z bali pomostu.

— Chłopie, uważaj — rzucił głupkowato Karol. — Rekiny podobno już tu krążą. Wyczuwam je szóstym zmysłem. Mają na ciebie chrapkę.

— Jutro też tu wpadniemy, co?

— Jasne.

— Kiedy wracamy do Poznania?

Szymkowiak zamyślił się. Zasadniczo mogli wracać już dzisiaj, ale postanowił uczcić podpisanie kontraktu i trochę sobie poszaleć. Zapracował i zasłużył na to. Mogli też wyjechać jutro rano, ale gdy przypomniał sobie chłód i obojętność Zuzanny, spytał:

— Nie wiem. Bardzo ci się spieszy?

Handke wzruszył ramionami. Nie miał żony i wielkich zobowiązań. Jedynie dziewczynę, z którą raczej spotykał się bardziej po to, by uprawiać seks, niż budować poważne wzajemne relacje. Laska miała dwadzieścia cztery lata i z tego, co mówił Janek, nie była zbyt intelektualnie rozgarnięta. Miała za to wielkie cycki, talię osy i tyłek jak marzenie, dlatego Handke był zadowolony, ale też i niespecjalnie stęskniony. A Karol? Czy tęsknił? Czy jeszcze zależało mu na tym, żeby sprawić Zuzce przyjemność? Odnosił od dawna wrażenie, że cokolwiek by zrobił, na co się zdecydował, ona i tak była niezadowolona. Wciąż się nad tym zastanawiał. Co stało się Zuzannie, że nagle zrobiła się taka obojętna wobec niego? Kochał ją, ale przestał pojmować jej zachowanie, a ona konsekwentnie udaremniała mu wszelkie próby porozumienia. Gdy to sobie uświadamiał, odchodziła mu ochota na przebywanie w domu.

Jednak z całą pewnością miał do kogo wracać. Filip był całym jego życiem. Kochał synka z całych sił i nie wyobrażał sobie życia bez niego. Dzień rozłąki — i tęsknił szalenie.

Zresztą tęsknił też za Zuzią, niezależnie od tego, jak ostatnio się im układało. W sprawach miłosnych zawsze do końca wierzył, że trudniejsze momenty przeminą, że nawet największe problemy da się rozwiązać, trzeba tylko chcieć. On chciał. Wierzył w to małżeństwo. Czasem trzeba tylko trochę od siebie odpocząć, dać sobie nieco czasu.

— Niespecjalnie, nie muszę jeszcze wracać — odpowiedział Janek na pytanie, o którym Karol już zdążył zapomnieć.

Prowadzący wypożyczalnię chłopak zginał się w ukłonach, kiedy zdawali kluczyki i oddawali kapoki. Lubił takich klientów, którzy nie żałowali gotówki: ani na rozrywki, ani na napiwki.

— A co, chcesz spędzić tu jeszcze kilka dni? — spytał Handke, gdy wyszli na deptak przy plaży. — W sumie, dlaczego nie? Ładna pogoda, zrobiliśmy deal roku… Ale… — zawahał się na moment, po czym spojrzał przyjacielowi w oczy. — Coś wczoraj wspominałeś, że jak wszystko załatwimy, to ty wracasz do domu?

— Tak, tak mówiłem — Szymkowiak westchnął ciężko. — Sam nie wiem. Brakuje mi mojego chłopaka, wiesz?

Handke uśmiechnął się niewyraźnie i poklepał Karola po ramieniu. Wiedział, że przyjaciel tęskni za rodziną, ale sam z trudem to pojmował. Nie zamierzał się nigdy ustatkować ani tym bardziej założyć rodziny. Niemniej wiedział, jakiej odpowiedzi oczekuje od niego Karol.

— To zrozumiałe — oznajmił. — Słuchaj, nie patrz na mnie! Ja się dostosuję. Nie zależy mi na tym, by samemu szaleć na skuterach i samotnie się upijać. Jeśli chcesz wracać, zabieram się z tobą.

Ruszyli w stronę parku imienia Ronalda Reagana. W jednej z alejek starszy mężczyzna w słomkowym kapeluszu przygrywał grupce turystów na harmonijce i Szymkowiak na moment się zatrzymał.

— Wiesz co? Ten facet był tu też kilka lat temu, gdy spędzałem z Zuzią urlop — wyznał, ale w jego głosie było więcej smutku niż radości.

— Pokłóciliście się? — zgadywał Handke, ostentacyjnie marszcząc czoło. — To dlatego jesteś w kiepskim humorze?

— Eee tam! — Szymkowiak machnął ręką. — Nie pokłóciliśmy się. Po prostu…

— Nie chcesz o tym gadać? Nie ma sprawy.

— Nie, nie. Nie o to chodzi. Po prostu sam nie wiem, jak określić moje obecne relacje z Zuzią. Coś się zmieniło…

Przeszli kilkadziesiąt metrów, po czym Handke zapytał:

— Ile jesteście po ślubie?

— W grudniu będą cztery lata.

Handke rozłożył ręce.

— No tak.

Szymkowiak popatrzył na niego tępo.

— Co „no tak”?

— To ty nie wiesz, że między trzecim a piątym rokiem małżeństwa przechodzą kryzysy? — Handke starał zachować pogodny ton głosu i wlać w przyjaciela nieco dobrego humoru. — To normalne, że między wami trochę zgrzyta. Ty często wyjeżdżasz, macie małego synka. Zuzia pewnie by wolała, żebyś spędzał czas tylko z nimi.

— Tak — Karol skinął głową. — Chyba właśnie o to chodzi. Ale czy nie mogła przyjechać tu z nami?

— Wiesz, jakie są kobiety. Sprawy biznesowe ich facetów raczej nie są czymś, co je kręci. Przyjechałaby, gdyby wiedziała, że to są wakacje, a nie jakieś biznesowe dyrdymały. Tak to właśnie postrzegają.

Szymkowiak chrząknął wymownie.

— A od kiedy ty taki znawca kobiet jesteś, co?

— Głupie pytanie — prychnął Handke.

Janek miał trzydzieści trzy lata, był w tym samym wieku co Karol, ale to Handke miał o wiele większe doświadczenie, jeśli chodziło o płeć piękną. Miał dziesiątki dziewczyn. Młodsze, a także starsze — jedna chyba dobiegała pięćdziesiątki, jak mu kiedyś wspomniał Janek. Od razu, rzecz jasna, musiał dodać, że miała cycki jak balony i pozwalała mu robić z sutków sznurowadła. Karol nie potrafił sobie wyobrazić, co to oznacza, ale nie miał nigdy odwagi zapytać.

W każdym razie Janek dobrze się znał na kobietach. I pewnie miał rację, kiedy mówił, że Zuzia wolałaby mieć męża częściej przy sobie. Niestety, był właścicielem cholernej sieci restauracji. Nieustannie otwierał nowe, często podróżował, ale przecież nie robił tego tylko dla przyjemności. W końcu żyli jak pączki w maśle. Mieli dom w podpoznańskich Chybach, mieszkanie w pięknej dzielnicy Poznania, dwa samochody, odłożone pieniądze na przyszłość i wszystko, co tylko sobie wymarzyli. Nie doceniała tego? Stać ją było na najlepsze buty i sukienki, nie musiała martwić się o to, co przyniesie następny dzień.

W którą stronę zmierzało to jego myślenie? Być może trochę bał się sądzić, że Zuzia wolałaby spędzać z nim więcej czasu, nawet kosztem luksusów, jakie jej zapewniał… wciąż będąc daleko.

— Wiesz co? Wracamy do domu — zakomunikował. — Ale jutro. I to późno. Bo dziś mam ochotę nawalić się jak meserszmit. I ja muszę kiedyś odreagować wszystkie stresy.

* * *

Niebo nad Gdańskiem było oślepiająco błękitne i bezchmurne. Wisiało nad miastem niczym gigantyczna połać płótna, przez którego środek przebijał żar słońca, zalewając spacerujących deptakami turystów, leniwie sunące drogami samochody i plażowiczów wygrzewających się nad Morzem Bałtyckim. Lipiec tego roku był wyjątkowo upalny, a synoptycy nieustannie zapewniali, że kolejny miesiąc będzie jeszcze gorętszy. Spodziewano się temperatur dochodzących do trzydziestu ośmiu stopni Celsjusza w cieniu. Właściciele nieruchomości pod wynajem, a także ci od sprzętu wodnego i wszelkich innych nadmorskich atrakcji zacierali ręce, windując ceny, od których niejednemu przeciętnemu Kowalskiemu kręciło się w głowie. Ale ludzie i tak wykładali kasę, by tylko zawczasu zarezerwować dobrą miejscówkę.

Chociaż do hotelu Szymkowiak i Handke nie mieli zbyt daleko, zamówili taksówkę. Później tego żałowali, wpakowali się bowiem w korek spowodowany kolizją dwóch samochodów, które zderzyły się przy skrzyżowaniu Czarnego Dworu z aleją generała Józefa Hallera. Kierowca srebrnego peugeota 407 zagapił się i przyładował w tył fiata pandy. O ile przód większego peugeota nie został mocno uszkodzony, to tył małego auta był całkiem rozbity, koła zblokowane i jego kierowca nie mógł nawet zjechać na chodnik. Zaczął robić się zator, rozbrzmiały klaksony, a zdenerwowani kierowcy pokrzykiwali na siebie i wymachiwali rękoma, jakby chcieli skoczyć sobie do gardeł, ale jednak zdrowy rozsądek nakazywał im się powstrzymać.

Gdy dotarli już na miejsce, Szymkowiak zapłacił taksówkarzowi za kurs, dołożył dychę napiwku i obaj wysiedli na rozgrzaną płytę parkingu hotelowego. Słońce prażyło niemiłosiernie, dlatego odetchnęli z ulgą, gdy weszli do lobby.

— Chwała Bogu za klimę — mruknął Handke, którego twarz lśniła od potu, a mokre blond włosy sterczały na wszystkie strony.

Hotel Lival był jednym z tych miejsc, które zawsze ujmowały Szymkowiaka atmosferą. Od ostatniego razu, gdy Karol mieszkał w nim z Zuzią, niewiele się tutaj zmieniło. Te same przyjemne obrazy na ścianach holu, profesjonalna i szybka obsługa oraz imponujące żyrandole na suficie. Najważniejsze było jednak to, że hotel z charakterystyczną wieżyczką znajdował się dosłownie dziesięć metrów od plaży, oddzielony od niej w zasadzie tylko promenadą pieszo-rowerową. Co ranek budził ich szum morza i śpiew ptaków, a z okna roztaczał się cudowny widok na Zatokę Gdańską.

Karol z Jankiem poszli do restauracji, gdzie serwowano świetne potrawy, z których Szymkowiak szczególnie lubił sandacza pieczonego z bekonem w sosie imbirowym. Teraz jednak zadowolili się szybką przekąską z grillowanego szaszłyka, na podkład przed większym piciem, i skierowali kroki do hotelowego baru.

Wystrój był przyjemny, obsługa nienachalna. Jak się okazało, Szymkowiak został wpisany w bazie hotelu jako VIP, co oznaczało, że nie tylko mogli skorzystać z aperitifu, ale i obalić flaszkę na koszt firmy.

— Miło pana gościć w naszych progach — oznajmił mniej więcej czterdziestoletni mężczyzna za barem, uśmiechając się szeroko. Był schludnie ubrany, miał proste czarne włosy, solidną opaleniznę i na oko dziesięć kilogramów nadwagi. Kiedy Karol zobaczył go po raz pierwszy kilka lat temu, wyglądał identycznie, a jego typ urody z miejsca nasuwał skojarzenia z Indianami.

— Witam szanownego Antoniego — odparł Karol. Uścisnęli sobie dłonie. — To jest Janek, mój kompan. Janek, poznaj Antoniego. Antoni zarządza tym przybytkiem od początku jego istnienia, czyli…? — Karol nadął wargi.

— Od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego.

— Jest pan szefem tej knajpki? — spytał Janek, wymieniając z Antonim uścisk dłoni. Karol się roześmiał, a Janek popatrzył na niego niepewnie. — Powiedziałem coś nie tak?

— Antek, podaj nam flaszkę gorzkiej żołądkowej, dobra? Trzy czwarte, jeśli masz.

— Co nie mam? Jasne, że mam. Będzie na koszt firmy. Na długo cię tu przywiało?

— Spędziliśmy tu kilka dni. Restaurację otwieramy. Trzeba było dopiąć formalności.

— Restaurację, powiadasz? — Antoni wyjął spod lady schłodzoną flaszkę wódki i postawił na ladzie. Zaraz potem wyjął z suszarki dwie szklanki z rżniętego szkła. — To pierwsza w Gdańsku, tak? Czy się mylę? A druga w Trójmieście?

Szymkowiak przytaknął.

— Masz niezłą pamięć. Tak, w Gdańsku będzie pierwsza. Stawiamy ją przy Kołobrzeskiej. W Sopocie stoi w samym centrum. Na Monciaku. Świetna lokalizacja.

— To prawda. Bawcie się dobrze, chłopaki. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze wspólnie się zabawimy. Darek! Hej, Darek, śpisz?

Po chwili za barem pojawił się młody chłopak w stroju barmana, tymczasem czarnowłosy Antoni zniknął z pola widzenia. Gdy Szymkowiak i Handke zajmowali miejsce przy stoliku przy oknie, Janek zapytał:

— Znasz tutaj wszystkich?

Karol otworzył butelczynę i polał do szklanek.

— Masz na myśli Antoniego? Kiedyś wspólnie popiliśmy. To złoty facet. Dobry człowiek. Pomogłem mu, nie mówiłem ci?

— Jakoś ci umknęło — potrząsnął głową Handke.

— Pożyczyłem mu trochę pieniędzy. Oddał w terminie. Honorowy gość.

Stuknęli się szklankami i pierwszą kolejkę mieli za sobą. W tle rozbrzmiał kawałek Maryli Rodowicz Łatwopalni. Zegar na ścianie nad barkiem wskazywał osiemnastą. Lokal powoli zaczynał wypełniać się klientami.

— Ma chyba pięćdziesiątkę na karku i cały czas siedzi za barem? — zapytał Handke.

— Kto? — zdziwił się Karol. Myślami znów był przy Filipie i Zuzce. Nawet kiedy chciał, nie potrafił przestać o nich myśleć.

— No, ten twój Antoni — odparł Janek.

— Stary, on naprawdę to lubi — roześmiał się Karol, wlewając w siebie drugą kolejkę, a zaraz potem także i trzecią. Skrzywił się, gdy wódka zapiekła go w gardło. — A ja go za to podziwiam. Nie znam żadnego właściciela hotelu, który stałby za barem, a ty?

Handke zrobił wielkie oczy. Golnął sobie, po czym, nie chcąc pozostać w tyle, nalał kolejną porcję wódki i wypił jednym haustem. Otrząsnął się i zapytał:

— To Antoni jest właścicielem hotelu?

— Jasne. Przecież mówił, że rządzi tu od dziewięćdziesiątego ósmego, nie?

Janek był wyraźnie rozbawiony, a Karol poczuł się znacznie lepiej. Stres i zdenerwowanie opadły. Dochodziła dwudziesta, lokal był już zapełniony, goście się bawili, pogłośniono muzykę. Janek z Karolem mieli już nieźle w czubie, wódka zdradliwie zaczęła działać z opóźnieniem, obaj mieli wyśmienite humory.

— Brakuje tylko parkietu — rzucił Handke, po czym dziabnął kolejną setkę.

— Parkietu, mówisz… — Szymkowiakowi zaświtała w głowie pewna myśl.

Popatrzyli po sobie, a potem w jednej chwili odsunęli krzesła, wstali i ruszyli do wyjścia.

— A wóda? — zabełkotał Handke i szybko chwycił flaszkę.

* * *

— Na dobrą potańcówkę — rzucił Szymkowiak i rozsiadł się na tylnej kanapie zdezelowanej taksówki. Kierowca był typem ciekawskiego jajcarza i z miejsca zaczął wypytywać, skąd panowie przyjechali, na jak długo, w jakiej sprawie i co za wódkę piją tam za jego plecami, i że on, gdyby nie musiał jeździć przez całą najbliższą noc, z wielką ochotą dołączyłby do nich i trochę zaszalał.

— Panowie, znam świetną miejscówkę. Nazywa się Golden Club, niedawno otwarty. Niedaleko Dworca Głównego, przy Wałach Jagiellońskich. Sobie ludziska chwalą.

— No to wio! — polecił Handke, wziął spory łyk gorzkiej żołądkowej i zakrztusił się tak, że gdy wysiadali z samochodu, nadal kaszlał jak najęty.

Taksówkarz pędził ulicami Gdańska z taką pewnością siebie, iż wydawało się, że potrafiłby się nimi poruszać z zamkniętymi oczami. Z piskiem opon zahamował przy drzwiach lokalu, a Szymkowiak przez moment był pewien, że wyrzyga mu się na tył głowy.

— Bawcie się dobrze, panowie! — krzyknął z radością taksówkarz, przyjmując od Karola dwie dychy napiwku. Gdy wysiedli, wcisnął gaz do dechy i odjechał, pozostawiając za sobą tumany czarnych spalin.

— Ja pierdolę — wymamrotał Handke, ledwie trzymając się na nogach, zarówno z powodu ilości alkoholu we krwi, jak i za sprawą szalonego taksówkarza. Szymkowiak miał nie mniejszy problem. Musiała minąć dłuższa chwila, zanim odzyskał równowagę i przeszły mu mdłości.

Zrobiło się nieco chłodniej. Niebo wyraźnie pociemniało. Pojawił się księżyc.

Przed wejściem do lokalu stało dwóch rosłych ochroniarzy. Obaj łysi, z tatuażami na przedramionach, o spojrzeniach seryjnych morderców.

— Zrobił nas w jajo… chyba — wybełkotał wyraźnie wstawiony i jakby przestraszony Handke. W prawej ręce trzymał flaszkę. Była niemal pusta. — Mówił, że to miła knajpka, nie?

Szymkowiak odebrał butelkę i opróżnił ją dwoma łykami.

— Mówił, że jest świetna, a nie miła — powiedział, czując, że jeszcze kilka kolejek i noc się dla niego skończy.

— A to różnica.

— Zasadnicza. Idziemy, co?

Ochroniarze patrzyli na nich jak na worki treningowe.

— Panowie, potańczyć chcieliśmy — odezwał się Szymkowiak.

— Zakaz wstępu dla pijanych — odparł ostro bramkarz po prawej.

— Nie jesteśmy pijani — zauważył, nie do końca celnie, Handke.

— Owszem, jesteście — upierał się bramkarz. — I dobrze wam radzę: idźcie sobie.

Wtedy Szymkowiak wyciągnął portfel i odliczył po stówce.

— Nie ma ludzi nieomylnych — odezwał się po chwili bramkarz z lewej i zwinnie odebrał swój banknot. To samo uczynił ochroniarz z prawej, który dał im radę:

— Postarajcie się na początku wyglądać na trzeźwych.

Zeszli po schodach do podziemi, które stanowiły centrum lokalu wraz z rozchodzącymi się od niego korytarzami. Było tu potwornie gwarno. Szli tuż przy nieoświetlonej ścianie i jeśli ktokolwiek zwrócił uwagę na Szymkowiaka i Handkego, to dostrzegł jedynie dwie średniego wzrostu postacie poruszające się niczym cienie. Co jakiś czas na mężczyzn padało fioletowe światło neonów i kolorowych kuli. Irytujący beat techno zaatakował ich tak głośno, że nie słyszeli własnych myśli. Było duszno, co tylko spotęgowało skutki alkoholu.

Szymkowiak nagle zapragnął uczcić swój sukces cygarem, ale ponieważ nigdy nie palił, pomyślał, że wystarczy mu tylko papieros.

— Do baru! — krzyknął do kompana. — Słyszysz?

Ruszyli wąskim korytarzem w stronę obszernego pomieszczenia, gdzie znajdował się długi na kilkanaście metrów bar, za którym stała ładna szatynka z pomalowanymi na żółto ustami i w krótkiej kiecce. Podrygiwała do rytmu techniawki. Na ich widok uśmiechnęła się.

— Co podać?

— Dwa razy wódka, paczka marlboro i zapalniczka — poprosił Karol, choć nie był pewien, czy dobrze robi, zamawiając papierosy. Zdarzało mu się co prawda palić do alkoholu, ale przeważnie rzygał potem jak kot.

— Sala dla palących znajduje się na końcu lokalu — oznajmiła uprzejmie, podając im zamówienie.

— To w takim razie poproszę więcej tej wódki, bo nie będę chodził tam i nazad — wymamrotał Szymkowiak.

Z kolejną tego dnia flaszką zaczęli się przeciskać przez roztańczony tłum. Szymkowiak usiadł na stołku pod ścianą i ponaglał przyjaciela. Handke sięgnął po gorzałę.

— Mrrrrr — chciał zamruczeć jak kot, ale bardziej przypominało to warkot popsutego silnika traktora. — To mi pasi.

Karol otworzył paczkę papierosów i zapalił jednego. Zagryzło go w gardle, ale udał, że wszystko jest w porządku. W trakcie palenia opróżnił setkę wódki i zabrał się do następnej kolejki.

— Muza do bani — powiedział, gapiąc się na twarze ludzi przy stolikach. Młodzi, nieco starsi, kobiety, faceci, wszyscy zlewali mu się w jedną masę.

— Walniemy jeszcze shota, to się nam spodoba — odparł bystro Handke.

I strzelili kolejną wódkę.

Ruszyli na parkiet. Handkemu wyszła koszula ze spodni, a Szymkowiak zdążył sobie wypalić dziurę w spodniach od Armaniego. W miejscu przy rozporku.

W miarę jak zbliżali się do parkietu, muzyka stawała się jeszcze głośniejsza. Szymkowiak nawet nie wiedział, kiedy zaczął tańczyć, o ile tak można nazwać kręcenie głową na prawo i lewo i podskakiwanie jak wariat. Handke nie odbiegał za bardzo umiejętnościami tanecznymi. Machał rękoma jak tonący, który za wszelką cenę chce złapać oddech. Pot lał się z nich strumieniami na podłogę, ale po paru minutach totalnie dali się porwać muzyce.

Wokół Handkego zaczęła tańczyć całkiem atrakcyjna blondynka. Była jego wzrostu, miała długie włosy i białą mokrą koszulkę, przez którą przebijały ciemne sutki. Szymkowiak obserwował przez chwilę, jak jego przyjaciel chwyta dziewczynę w pasie. Przez moment para zwolniła nieco tempo, jakby nagle szybka muzyka zmieniła się w jakąś balladę. Niedługo potem jednak znów zaczęli szaleć. Szymkowiak od czasu do czasu spoglądał w ich stronę. Dziewczyna trzymała w dłoni butelkę wina. Handke napił się i oddał jej, a potem bezceremonialnie położył rękę na jej pośladku.

„Cały Janek” — pomyślał Karol, po czym zauważył, że i nim zainteresowała się jakaś brunetka, na oko dwudziestoletnia, o długich nogach i szczupłej sylwetce. Spoglądała na niego zachęcająco. Mężczyzna niemrawo się do niej uśmiechnął. Nie był już do końca świadom, co tu się właściwie dzieje. Musiał przymykać jedno oko, żeby skupić wzrok, ale i tak wszystkie postacie lekko mu się rozmywały. Gdy patrzył dwojgiem oczu, wszyscy dwoili i troili się tak bardzo, że zlewali w jedną wielką kolorową plamę.

Dziewczyna zbliżyła się na odległość kilku centymetrów. Mógł poczuć zapach jej potu i perfum. Była bardzo ładna. I mocno wstawiona, co Karol dostrzegł niemal od razu. Łatwa, wywnioskował po chwili. Gdyby chciał, mógłby ją mieć choćby od razu. Krótki bajer, kilka uśmiechów, propozycja wyjścia… I parzyliby się do upadłego.

Ale wtedy w myślach zobaczył Filipa. Uśmiechnięty chłopiec bawił się swoim ulubionym misiem Bugą, a kiedy Karol wyciągnął do niego ręce, jego synek wpadł mu w ramiona i powiedział:

— Kocham cię, tatusiu.

Zaraz stanęła mu też przed oczami Zuzia. Jej cudna twarz, kształtne usta. Przypomniał sobie nagle, jak pięknie wyglądała w dniu ślubu, kiedy stała przed ołtarzem wpatrzona w niego, gdy obiecywał jej wierność i szacunek. Nigdy tej obietnicy nie złamał.

Szymkowiak potrząsnął głową. Ilość spożytego alkoholu poskutkowała tym, że stracił równowagę i omal nie wywinął orła na parkiecie. Dziewczyna zaśmiała się, a potem przylgnęła do niego całym ciałem.

— Fajny jesteś — w zasadzie to wybełkotała.

— Jesteś pijana — odpowiedział spontanicznie.

Zrobiła wielkie oczy.

— Naprawdę? Coś ty!

Chichotała w nieskończoność. Szymkowiak się wycofał, próbując oddalić się od dziewczyny, ale ta znów szybko zjawiła się przy nim. Stanęła na palcach i wyszeptała mu do ucha:

— Powinieneś zostać moim opiekunem.

Niezależnie, czy to był żart, czy tani podryw, był tak głupi, że Szymkowiak roześmiał się w głos. Potem, nie potrafiąc powstrzymać się od śmiechu, zamówił jakiegoś tropikalnego drinka dla dziewczyny, sam zaś napił się wódki. Usiedli na barowych stołkach. Ona bełkotała coś o studiach, na które się właśnie dostała, a także o swoich rodzicach dentystach i dwóch kotach przybłędach zaadoptowanych przez nią kilka miesięcy temu. Rozmowa nie trzymała się kupy.

— Jak w ogóle masz na imię? — zapytał Szymkowiak, bardziej z nudów, niż żeby faktycznie zaspokoić swoją ciekawość.

— Marta.

Mężczyzna pomyślał rozweselony, że na trzeźwo dziewczyna z pewnością była bystra i całkiem sympatyczna.

— Ja jestem Karol.

— Karol. Och, Karol! — krzyknęła i znowu wybuchnęła śmiechem, po czym dodała: — Ładnie.

Skończył się kolejny kawałek, po którym nastąpiła chwila przerwy, a potem rozbrzmiała ballada grupy Meat Loaf I would do anything for love. Marta poderwała się ze stołka.

— Koniecznie musimy zatańczyć! — krzyknęła mu do ucha.

— Sam nie wiem…

— Och, Karol. Daj spokój. Zamówmy po drinku i chodźmy!

Szymkowiak odszukał wzrokiem Handkego, który w najlepsze obmacywał swoją blondynkę, a ta wydawała się tym rozanielona. W pewnym momencie — trwało to ułamek sekundy — podniosła koszulkę, pokazując Jankowi biust. Następnie błyskawicznie ją opuściła i roześmiała się, oblewając się przy tym winem.

Przy barze zrobiło się tłoczno. Kilkanaście metrów od nich jeden z ochroniarzy starał się uspokoić grupkę młodych mężczyzn, którzy najwyraźniej za dużo wypili i zaczęli być agresywni wobec swoich dziewczyn. Karol również za dużo wypił. Czuł, że coraz trudniej mu się kontrolować. Nie chodziło o wierność żonie, ale o fakt, że nie panował już nawet nad nogami i językiem.

Mimo to, bełkocząc, zamówił jeszcze jednego drinka.

I był to ostatni drink Szymkowiaka tego dnia.

Wypił wódkę z tonikiem, na szybko. Bardzo szybko. A potem poszedł zatańczyć.

W trakcie utworu osunął się na podłogę. „Czas wracać” — pomyślał przerażony. „Ktoś pomógł mi wstać. Marta? Nie, ona chyba ciągle chichotała. Handke? Przecież on nieustannie obmacywał tę blondynkę”.

Stroboskopy bezlitośnie wypalały oczy, łomot techno wstrząsał jego wnętrznościami, było strasznie duszno, pojawiło się nad nim zbyt wiele twarzy. Rozglądał się, próbując złapać kontakt wzrokowy z przyjacielem.

Nigdy sobie nie przypomniał, czy mu się udało.

ROZDZIAŁ 2

Szymkowiak otworzył najpierw jedno oko, a potem drugie. Biały sufit przez dłuższą chwilę przesuwał się z lewa na prawo, oddalał się i przybliżał. Cisza jak makiem zasiał. Jednak ta cisza w żadnym razie nie była kojąca. Ból głowy był tak intensywny, że ledwie mógł się ruszyć. Każde mrugnięcie było nieopisanym cierpieniem, w dodatku Karol czuł nadchodzące torsje. Nie zdołał wstać, nie zdążył nawet usiąść. Po prostu przesunął się na krawędź łóżka i zwymiotował na kremowy dywanik. Widok pawia sprawił, że zwymiotował po raz drugi, a potem trzeci.

— Jezu — jęknął i wytarł usta o poduszkę.

Poczuł się odrobinę lepiej, ale ból głowy nie ustępował. Ledwie zdołał się podnieść na łokcie. Był w pokoju hotelowym, choć kompletnie nie pamiętał, jak się tu dostał. Spojrzał na puste łóżko Janka przy oknie. Poduszka leżała wygnieciona, kołdra pozwijana, prześcieradło zaplamione wymiocinami.

Co takiego się wydarzyło poprzedniego dnia?

Usiłował sobie przypomnieć, ale początkowo bezskutecznie. Dopiero po długich minutach spędzonych w łóżku i na walce z kacem w jego głowie pojawiły się migawki.

Skutery. Dwa skutery marki Sea-Doo. Świetne hamulce. Pojeździli niedługo po tym, jak dopięli najważniejsze kwestie związane z otwarciem nowej restauracji.

Następnie poszli do hotelu. W zasadzie to pojechali taksówką. Natknęli się na Antoniego. Otworzyli flaszkę wódki. A później?

Później była ta mordownia, w której na początku grali techno, a potem wolniejsze kawałki.

Dziewczyny. Jedna z nich pokazała cycki Jankowi.

Druga chciała drinka. Dużo pili. On i Handke.

Bzyknął tę panienkę? Nie przypominał sobie, by zrobił coś niewłaściwego. Ale nie mógł przypomnieć sobie wszystkiego. Może poszli do kibla i tam zrobiła mu dobrze?

Nie. Nic takiego się nie wydarzyło. Ona miała chęć na igraszki, ale on nie. Nigdy nie zdradziłby Zuzi. Poszedł do baru, znowu pił, a potem film mu się urwał. Nie byłby w stanie bzyknąć tamtej dziewczyny nawet nieświadomie, był zbyt nawalony.

Trochę się uspokoił.

Zaczął nasłuchiwać. Cisza. Handke pewnie zdołał doczłapać się do kibla — patrząc jednak na jego zarzygane łóżko, wywnioskował, że tamten nie wyrobił się w czasie — i tam zasnął.

Szymkowiak powolutku usiadł na brzegu łóżka i ziewnął. Z jakiegoś powodu nie działała klimatyzacja. Czyżby Handke ją wyłączył? Raczej nie, był tak samo załatwiony jak Karol.

Wstał i ruszył do włącznika. Nic. Klima nie zadziałała. Zepsuła się? Nie miał teraz siły się nad tym zastanawiać. Podszedł wolno do okna i je otworzył. Spojrzał na zegarek. Było grubo po czternastej. Masakra! No, to pięknie zabalowali! Ale dlaczego wokół jest tak cicho?

Dziwne. Karol nie słyszał ani samochodów, ani przechodniów, kompletnie nic. Wyjrzał na zewnątrz. Jakby ulica zamarła. Samochody stały puste przy krawężnikach. Z budynków nikt nie wychodził ani nikt do nich nie wchodził. Wokół żywego ducha.

Pustka.

Po chwili dostrzegł czerwone kombi. Passat. Zmrużył oczy, by lepiej widzieć i przekonać się, że wzrok go nie myli. Na miejscu kierowcy siedział jakiś facet. Szymkowiakowi trudno było określić, co tamten zamierza. Poruszał się za kółkiem jakoś dziwnie chaotycznie, bezmyślnie, jakby był kompletnie pijany albo naćpany i nie do końca wiedział, co ma zrobić.

Karol przez dobrą minutę obserwował kierowcę passata i zastanawiał się, co mu się u licha stało. W pewnym momencie dostrzegł, jak facet uderza głową w kierownicę, raz, drugi, a potem zamiera, by po chwili powtórzyć ruchy.

Szymkowiak oddalił się od okna, a następnie podszedł do łazienki. Gdzie ten Janek? Otworzył drzwi, ale tam go nie było.

— Janek?

Z jakiegoś powodu poczuł się zaniepokojony. W miejscu, gdzie kończył się pokój, zaczynał się niewielki korytarzyk, na którego końcu były niedomknięte drzwi wyjściowe. Szymkowiak ruszył do przedpokoju.

Przez moment stał w bezruchu, zastanawiając się, co to ma znaczyć. Czy Handke wyszedł z pokoju i nie zamknął za sobą drzwi? Może obudził się wcześniej i na chwilę gdzieś wyszedł? To nie było do niego podobne. Janek z całą pewnością zamknąłby za sobą drzwi.

Wtedy Szymkowiak dostrzegł, jak coś sączy się przez szparę między podłogą a drzwiami. Zesztywniał w jednej chwili. To coś było ciemnobrązowe i gęste. Serce podeszło mu do gardła, ale wiedział, że nie ma wyjścia. Musi zobaczyć, co się stało za drzwiami.

Miał złe przeczucia.

Podszedł do drzwi i nie miał już wątpliwości — to była krew.

Położył dłoń na klamce, po czym przyciągnął skrzydło. Omal nie krzyknął, gdy zobaczył ciało. Prawie nagie, jedynie w majtkach. Leżało całe we krwi, pozbawione głowy i lewej ręki. Z otworu w szyi ziała krwawa dziura. Głowa spoczywała pod drzwiami pokoju po drugiej stronie holu.

Dopiero po chwili Karol zauważył, że cały drży, jakby nagle zmroził go chłód. Nie myślał już ani o bólu rozsadzającym czaszkę, ani o tym, czy poprzedniego wieczora uprawiał seks z przypadkowo napotkaną dziewczyną. Patrzył w puste, szeroko otwarte oczy Janka i jego rozchylone sine usta. Jednak nie to było najgorsze. Najgorsze były rany. Szymkowiak gapił się w całkowitym osłupieniu na bezgłowe ciało swojego przyjaciela, pokryte niemal w całości śladami po ugryzieniach.

Karol się cofnął. Rozejrzał się jeszcze raz po pokoju, bijąc się z myślami i czując buzującą w ciele adrenalinę. „Boże, Boże, Boże” — zawodził w duchu, starając się nie zwariować. Co tu się wydarzyło? Czy on…??? Nie, nie był takim typem faceta, ale z drugiej strony sam sobie nie ufał po alkoholu. Wczoraj puściły mu nerwy, zszedł z niego stres, niemniej i tak miał do siebie pretensje, że zbytnio sobie pofolgował. Złapał za telefon stojący na stoliku przy łóżku. Już miał wykręcić numer recepcji, kiedy się zawahał.

Spanikowany odrzucił słuchawkę i pobiegł do łazienki. Ogarnął go niewiarygodnie irracjonalny lęk, podbiegł do lustra, rozchylił palcami wargę i zaczął oglądać swoje zęby. Nie znalazł na nich niczego, co przypominałoby krew lub mięso. Uspokoiło go to, ale tylko na chwilę. Zaraz zaczął oglądać swoje dłonie, paznokcie. Żadnych śladów. Więc to na pewno nie on.

Co się właściwie wydarzyło po ich powrocie do hotelu?

Usiadł przy brodziku prysznica. Kac dawał mu się ostro we znaki. Głowa pulsowała okrutnym bólem, w żołądku go ściskało, w buzi miał obrzydliwego kapcia. To był ten moment, kiedy człowiek marzy tylko o tym, żeby się położyć i przeczekać, aż przestanie boleć. Niestety, teraz nie miał na to czasu. Musiał przypomnieć sobie, co się wydarzyło, co się stało z Jankiem. Wiedział, że czas wezwać policję albo przynajmniej powiadomić recepcję, ale wciąż odczuwał przerażenie, że ma z tym coś wspólnego i jeśli wezwie pomoc, będzie miał problemy.

Jeszcze raz spróbował powrócić myślami do poprzedniego popołudnia i wieczoru.

Chlali w knajpie. Nie pamiętał jakiej. Pojechali tam taksówką, to na pewno. Lokal opuścili w towarzystwie poznanych na imprezie dziewczyn, ale do taksówki wsiedli bez nich. Chyba. Na pewno on żadnej nie pamięta. Ale Janek? Może jednak była tam jakaś dziewczyna? Czy ta z lokalu? Czy przyszli z nią tutaj?

Co się wydarzyło?

Urwał mu się film, jak za najbardziej gówniarskich czasów. Nie był w stanie odtworzyć większości zdarzeń, wczorajsza noc przypominała rozsypane puzzle, z których większości brakowało.

Wracali taksówką. Jakoś zdołali dojechać do hotelu, wysiąść z samochodu, wejść do holu.

Niepewna mina recepcjonistki.

Schody. Dużo schodów.

Któryś z nich spadł. On? Janek? Chyba on, bolały go plecy, na udzie miał dużego siniaka. Ale czy to wtedy go sobie nabił, czy też może to Handke, kiedy z nim walczył?

Walczył?

Były schody, na pewno wchodzili po schodach. Robili przy tym bardzo dużo hałasu, ale weszli na swoje piętro. Niemal na czworakach doczłapali do swego pokoju.

Sami? Czy z Jankiem była dziewczyna?

Drzwi. Szperanie po kieszeniach. Portfel, rachunki, klucze… Jakoś weszli do środka.

A potem nastała ciemność.

Nic więcej nie pamiętał. Kac był bezlitosny, a lęki, jakie wywoływał, jeszcze silniejsze. Karol złapał się za głowę. Starał się zapanować nad bólem, skupić myśli i zdecydować, co robić dalej. Przez chwilę znów nasłuchiwał, ale poza bliżej nieokreślonymi dźwiękami nie słyszał żadnych samochodów, żadnych klaksonów. Nawet żadnych syren, a przecież na Zaspie niedaleko znajdował się Szpital Specjalistyczny Świętego Wojciecha, przy którym stale krążyły karetki, a nawet helikoptery. Teraz panowała cisza. Nazwać ją złowrogą byłoby niedopowiedzeniem. Panowała cisza zwiastująca nieszczęście.

Karol zdecydował się działać. Wstał, opłukał twarz, umył zęby, by pozbyć się obrzydliwego posmaku w ustach, jednocześnie starał się zapanować nad torsjami, które podeszły mu do gardła. W szufladzie nocnej szafki znalazł rozmyślnie kupiony panadol extra. Szybko łyknął dwie tabletki, po czym na chwiejnych nogach podszedł do okna i spojrzał na ulicę. Facet w czerwonym passacie cały czas siedział za kółkiem i tłukł głową w kierownicę, raz za razem uruchamiając klakson. Wyglądał, jakby kompletnie postradał zmysły. Dźwięk klaksonu wwiercał się Karolowi w głowę, potęgował mdłości. Biiip-biiip, biiip-biiip. Biiiiiiiiiip… Drażniący i irytujący odgłos, zdający się trwać w nieskończoność.

Szymkowiak podszedł do drugiego okna i spojrzał na plażę. Nie wierzył własnym oczom. Martwi ludzie. Leżeli we krwi, zajmowali całą plażę i fragment deptaka przy wydmach. Było zbyt daleko, by Karol mógł dostrzec ich twarze, ale doskonale wiedział, że wśród nich są zarówno mężczyźni, jak i kobiety oraz dzieci. Niektórzy nie mieli rąk i nóg, a byli i bezgłowi.

Karol szybko włożył krótkie spodnie, koszulkę, sandały i złapał za słuchawkę stacjonarnego telefonu. Nim zdążył wybrać numer do recepcji, odpowiedziała mu głucha cisza. Spojrzał, czy aparat jest w ogóle podłączony. Wszystko wydawało się w porządku, poza faktem, że linia nie działała. Mężczyzna wyciągnął z kieszeni swojego iPhone’a. Zaklął pod nosem, gdy zobaczył, że nie ma zasięgu. Co to ma znaczyć?

Środek dnia, absolutna cisza, zerwane linie telefoniczne.

I pełno trupów na plaży…

Zajrzał do folderu „wiadomości”, sprawdził też połączenia. Nie miał żadnych nowych wiadomości, żadnych nieodebranych telefonów. Mogła to być awaria urządzenia, ale czuł, że wydarzyło się coś naprawdę złego. Przez krótką chwilę pomyślał, że właśnie wybuchła trzecia wojna światowa.

Włączył telewizor. Usłyszał tylko szum, a na ekranie zobaczył śnieg. Naciskał przyciski na pilocie, ale nie wskoczył żaden program. W tym momencie przestały się dla niego liczyć restauracje, Janek, kac i rzeź, do jakiej doszło najpewniej w nocy na plaży. Panika sięgnęła zenitu, a on myślał już tylko o Filipku i Zuzannie. Musiał się z nimi skontaktować.

Pewnym krokiem ruszył do wyjścia, przechodząc nad zwłokami Handkego. Starał się na niego nie patrzeć, wolał go zapamiętać jako zawsze wesołego, skłonnego do ostrej zabawy kumpla, a nie rozczłonkowanego trupa w hotelowym korytarzu.

Hotel Lival miał przyjemny, czerwono-żółty wystrój, ale teraz barwy te nadawały pomieszczeniu kolor upiornego koszmaru. Żółte ściany były wysmarowane krwistymi smugami, a bordowy dywan przesiąknięty rdzawą cieczą. Chociaż Karol wciąż próbował sobie wmówić, że to jedynie jakieś zwidy na kacu gigancie, niczym ze Lśnienia Kubricka, to jednak strach ściskał mu gardło. Co tu się, kurwa, stało? Kto zabił Janka?

Ruszył w stronę schodów, powoli i ostrożnie stawiając kroki. Nasłuchiwał, przeklinając pod nosem, że nigdy nie zdecydował się na kupno żadnej broni. Nie dlatego, że wierzył, iż do czegoś by mu się przydała. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić, z czym ma właściwie do czynienia, ale przynajmniej z pistoletem czułby się bezpieczniej. Ktoś na pewno zamordował Janka, trzeba zawiadomić policję i wyjaśnić okoliczności, ale ci ludzie na plaży…

Zszedł powoli na pierwsze piętro. Rzut oka na korytarz sprawił, że zadygotał. Na szczęście nie miał już czym wymiotować. Na dywanie leżały kolejne zwłoki. Dwie dziewczyny w skejtowskich dresach. Obie miały długie kręcone włosy, teraz rozrzucone na zakrwawionej podłodze.

Jedna to raczej brunetka, ale u drugiej ciężko było określić kolor włosów — mogła być kiedyś ruda, mogła być i blondynką. Obecnie jej loki były nasączone brunatną czerwienią, która zdążyła już zaschnąć po wypłynięciu z roztrzaskanej czaszki. Jej czoło było rozłupane niemal do nasady nosa i odsłaniało galaretowaty, sinoróżowy mózg, który wypłynął, zalewając oczy ofiary. Dres był podarty i poszarpany, a w miejscu, gdzie kiedyś miała piersi, widniała teraz krwawa miazga z pogruchotanymi kośćmi żeber. Jej ręce i nogi coś pokąsało i porozrywało. Z tej odległości, przez mgłę zasnuwającą oczy, Karol nie potrafił rozróżnić, czy w niektórych miejscach widzi strzępy materiału, czy ma do czynienia z wydartymi płatami skóry i mięsa.

Druga dziewczyna była w pozornie lepszym stanie. Nikt nie poranił jej kończyn, przynajmniej nie było widać żadnych śladów. Siedziała skulona pod ścianą, niczym porzucona szmaciana lalka. Jej twarz niegdyś mogła być piękna, teraz połowa została całkowicie pozbawiona skóry, a w miejscu oka ziała krwawa dziura rozłupanego oczodołu. Odsłonięta pęknięta szczęka, w groteskowo zastygłym wyrazie twarzy, uśmiechała się szyderczo łupinami potrzaskanych zębów. Trudno określić, czy to cios, który wgniótł jej twarz w czaszkę, spowodował śmierć, czy raczej rozpruty brzuch, z którego ktoś wywlókł całe pasma sinoniebieskich jelit, wijących się teraz w czerwonobrunatnych smugach niczym oślizgłe, martwe węże.

Karol rzucił się biegiem na parter. Nie miał już żadnej nadziei, że w recepcji zastanie kogoś żywego. Chciał się jedynie wydostać na zewnątrz. Ruszył w dół po schodach i, ignorując zawroty głowy i przytrzymując się ścian, pokonywał kolejne stopnie. Gdy wbiegł do holu, stanął jak wryty.

Piękna, urządzona w eleganckim stylu recepcja została zdemolowana. Wiśniowy blat lady, podłoga, poprzewracane fotele były pomazane krwią. Szymkowiak już nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Powoli ruszył w stronę przeszklonych drzwi wyjściowych. Szyby w nich były jednak wybite, a resztki szkła pokryte czerwienią.

— Co tu się wydarzyło? — powiedział głośno sam do siebie tylko po to, żeby dodać sobie otuchy i wreszcie usłyszeć jakiś głos. Jakby w odpowiedzi usłyszał dziwny pomruk, któremu odpowiedziały kolejne.

Podskoczył i wrzasnął przerażony, gdy o blat lady uderzyła zakrwawiona dłoń z połamanymi paznokciami. Po chwili pojawiła się blada, umazana czerwienią twarz recepcjonistki. Wyłoniła się zza blatu niczym zmora w japońskich filmach grozy, co potęgowały jej ciemne, długie włosy przyklejone do czoła i nosa. Jednak najbardziej przerażały oczy. Białe, przezroczyste, niewidzące.

Martwe.

A mimo to spękane, sine usta kobiety rozchyliły się, a z gardła dobiegł ponury pomruk. Jej szyja była rozszarpana tuż pod grdyką i odsłaniała białą kość. Czerwona smuga krwi ściekała ponurym krawatem w dół jej służbowego uniformu.

„Co to, kurwa, jest?” — pomyślał struchlały Karol.

Sam później wielokrotnie zastanawiał się dlaczego, ale zadał na głos idiotyczne pytanie.

— Nic pani nie jest? Wszystko w porządku? — zagadnął głupkowato, zbliżając się do okaleczonej kobiety. To wszystko, co się działo wokół, wydawało się takie nierealne. Rana, którą miała recepcjonistka, na pewno przyniosła śmierć, ale przecież ta kobieta stała i próbowała się do niego odezwać. To musiały być jakieś chore żarty. Jakiś nowy, idiotyczny program, w którym ktoś chciał go wkręcić, że właśnie wybuchła jakaś epidemia zombie. To musiało być to.

— Proszę pani? — Wyciągnął rękę w stronę mruczącej coś pod nosem kobiety. Ta z szybkością, o którą jej nie podejrzewał, chwyciła go gwałtownie za przedramię i rzuciła się w jego stronę, obnażając zakrwawione, poszczerbione zęby. Jeśli to był telewizyjny show, to już przekroczył granicę każdego niesmacznego żartu. Karol szarpnął się w tył, ale uścisk recepcjonistki nawet nie zelżał. Szymkowiak w panice złapał za stojący na ladzie dzwonek i uderzył nim w dłonie, które w żelaznych kleszczach ściskały jego przedramię. Kobieta nic sobie z tego nie robiła, tylko dalej ciągnęła go w swoją stronę, próbując jednocześnie dosięgnąć go zębami.

Karol nigdy dotąd nie uderzył kobiety i teraz również nie miał zamiaru, ale skrajnie przerażony zaczął odruchowo się bronić. Wyrżnął mosiężną podstawką dzwonka prosto w szczękę recepcjonistki z taką siłą, że zobaczył, jak spomiędzy rozgniecionych warg odskakuje rozkruszony kawałek zęba. Napastniczka nawet nie jęknęła, nieznacznie tylko zatoczyła się do tyłu, nie zwalniając uścisku na przedramieniu Szymkowiaka. Wtedy mężczyzna wpadł już w skrajną panikę i zaczął tłuc podstawką na ślepo, prosto w głowę agresywnej recepcjonistki. Każdy cios zostawiał krwawe rany na jej twarzy, ale dopiero gdy z ohydnym zgrzytem złamany nos zapadł się do wnętrza, a oczy nabiegły czerwienią i odpłynęły w głąb czaszki, recepcjonistka puściła ramię mężczyzny. Ten odskoczył, patrząc z lękiem na sine ślady palców pozostawione na skórze.

— Odbiło ci, babo? — krzyknął zaskakująco piskliwym głosem. Mimo że ciosy Karola pokaleczyły całą twarz napastniczki, ta wciąż wyciągała do niego dłonie z połamanymi paznokciami. Z jej gardła ciągle wydobywał się ponury pomruk. Po chwili odpowiedziały mu dwa kolejne, a w drzwiach prowadzących do dalszych pomieszczeń pojawiły się dwie postacie. W jednej Karol rozpoznał właściciela hotelu, Antoniego. Nadal był w stroju, w którym zapamiętał go z wczorajszego wieczoru, ale całe ubranie było wygniecione. Miał podwinięty prawy rękaw, a na przedramieniu zawinięty przesiąknięty krwią bandaż. Jego twarz była zmasakrowana, a oczy opanowała niemal całkowita biel. Szymkowiak wciąż nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Drugą postacią okazał się chłopak, który wczoraj pomagał w barze. Jak mu tam było? Marek? Darek? Szedł powolnym krokiem, z bezwładnie zwisającymi rękoma wzdłuż wbitego w hotelowy uniform ciała. Głowę przekrzywił pod takim kątem, że nie było możliwości, by jego kark pozostał cały. Białe, zamglone oczy łypały spode łba, ale Karol wiedział, że chłopak go nie widzi. Powoli do jego przerażonego umysłu docierało to, co nie mogło być prawdą.

Obaj nie żyli i obaj szli w jego kierunku.

* * *

Karol wybiegł na plac przed hotelem. Słońce było tak silne, że musiał zmrużyć oczy. Szybko rozejrzał się po okolicy. Ulica Młodzieży Polskiej była wąską, króciutką uliczką przycupniętych, gustownych domków jednorodzinnych, pośród których piętrzył się dumnie Hotel Lival. Teraz idylliczny obrazek z małomiasteczkową atmosferą zastąpił wstrząsający widok porzuconych na ulicy aut, z których większość miała powybijane szyby. Od strony morza w poprzek jezdni stała karetka pogotowia z otwartymi tylnymi drzwiami. Nosze wyrzucono na zewnątrz, ale w zakrwawionym prześcieradle nie było żadnego ciała. Trupy znajdowały się za to obok. Z okna pojazdu sterczała ręka jednego z sanitariuszy. Był to jednak kikut bez dłoni, która została obgryziona do kości. Obok pojazdu leżał drugi sanitariusz, a raczej to, co z niego zostało. Widać, że próbował uciekać, chociaż jego nogi do kolan zostały po prostu zjedzone. Długi, krwisty ślad na asfalcie znaczył szlak, którym mężczyzna się czołgał, nim ostatecznie skonał. Jego głowa została rozgnieciona przez dostawcze renault, które zderzyło się ze stertą blach — kiedyś mogła być to skoda octavia, tak przynajmniej wskazywał znaczek na powyginanym bagażniku. Wyglądało to tak, jakby skoda hamowała, aby uniknąć zderzenia z karetką, ale popchnięta przez renault wbiła się w słup wysokiego napięcia.

Nieopodal, w stroju kąpielowym, leżała krótko ostrzyżona, ciemnowłosa dziewczyna z oderwanym uchem pełnym srebrnych kolczyków, spoczywającym teraz na jej policzku niczym jakiś groteskowy motyl. Trup był zwinięty w pozycji embrionalnej, a spomiędzy ściśniętych ud i wduszonych tam kurczowo dłoni wypłynęła struga wyschniętej już krwi, w której rozwleczone były wnętrzności dziewczyny. Szlak ten ciągnął się aż do pobliskiego śmietnika, przy którym z kolei pół leżał, pół klęczał facet w podartych, wyświechtanych spodniach, starym, znoszonym swetrze i dwóch zupełnie różnych butach.

Strój sugerował, że to bezdomny. Spod długich, siwych włosów pozlepianych ciemną mazią nad wyraz dobrze prześwitywały głębokie rany, pęknięcia i wgniecenia w czaszce. Najbardziej przerażające były jednak dłonie bezdomnego, umazane po łokcie w zakrzepłej krwi i mięsie, które pochodziło z ciała krótkowłosej dziewczyny.

Wtem Szymkowiak usłyszał donośne stuknięcie. W renault za kółkiem siedział mężczyzna wciąż przypięty pasami. Kierownica rozbitego pojazdu wgniotła mu się w klatkę piersiową tak mocno, że Karol mógł zobaczyć, jak potrzaskany mostek zawiesił się na pokrwawionej kierownicy. Mężczyzna nie mógł przeżyć tego wypadku, ale mimo to uderzał otwartą dłonią w szybę, pustymi oczyma wpatrując się w restauratora. Jego usta się otworzyły i bluzgnął strumieniem ciemnej krwi, która ściekła mu po brodzie, prosto na wnętrzności wylewające się na tapicerkę. Karol ruszył, by udzielić pomocy człowiekowi uwięzionemu w strzaskanym aucie, ale po chwili się zatrzymał. Powoli zaczęło do niego docierać, że ten facet powinien być martwy.

Odwrócił się nerwowo, usłyszawszy zawodzenia dobiegające od strony hotelu. Darek i Antoni kierowali się w jego stronę powolnym, ale miarowym, upiornym krokiem. Straszliwe dźwięki, niczym skowyt rannego wilka, wydobywały się z gardła właściciela hotelu. Za chwilę zawtórował mu uwięziony w renault kierowca, a zaraz po tym do uszu Szymkowiaka dotarły kolejne ryki, pomrukiwania i wycia.

Jeszcze raz rozejrzał się wokół. Drogę w lewo blokowało mu rozbite renault, prawa strona zaś zawalona była opuszczonymi pojazdami, pośród których leżały kolejne zmasakrowane zwłoki, porozrzucane walizki, bagaże i wybebeszone torby. Pomiędzy rozrzuconymi ubraniami, ręcznikami i kosmetykami leżały ogryzione niemal do kości trupy.

Szymkowiak nie wahał się dłużej. Ruszył wzdłuż ulicy Młodzieży Polskiej w kierunku ulicy Cichej. Nie miał konkretnego planu. Liczył jedynie, że gdzieś dalej, bliżej centrum, znajdzie jakichś ludzi, którzy mu wytłumaczą, co to wszystko ma znaczyć.

Udało mu się jedynie przebiec kilka metrów, gdy zawroty głowy i silny kac zmusiły go do zwolnienia tempa. Gdyby nie strach ściskający jego gardło, pewnie śmiałby się w głos, scena bowiem była niemal komiczna. Skacowany, niewyspany mężczyzna szedł posuwistym krokiem ulicą pełną porozbijanych i zdemolowanych samochodów, a za nim podobnie człapały dwa żyjące trupy.

Żywe trupy. Czyli zombie.

Zombie? Nie. To po prostu sen, z którego jeszcze się nie wybudził.

„Spokojnie” — pomyślał. „Zaraz otworzysz oczy i zorientujesz się, że jesteś w swoim pokoju hotelowym. W sąsiednim łóżku będzie spać Handke, klimatyzator będzie cichutko pomrukiwał, a z zewnątrz usłyszysz gwar ulicy i krzyki rozweselonych dzieciaków.

Zombie… Za moimi plecami…”.

Gdy te myśli przebiły się do jego skołowanego umysłu, zatrzymał się zszokowany. Obejrzał się i jeszcze raz spojrzał na człapiących za nim mężczyzn. Barman miał długie do ramion, kręcone włosy, rękaw jego białej koszuli był poszarpany i pokrwawiony. Oczy jakby niewidzące. Antoni miał oderwany nos, jego dolna warga zwisała luźno, odsłaniając pożółkłe zęby. Cały fartuch miał zbryzgany krwią. Karol pokręcił głową z niedowierzaniem. Z jakiegoś powodu wiedział, że to wszystko dzieje się naprawdę.

To były żywe trupy.

Prawdziwe zombie.

W jednej chwili kac i ból głowy ustąpiły. Szymkowiak rzucił się biegiem przed siebie.

* * *

Biegł wzdłuż czerwonych, ceglanych murów. Nie było to tempo olimpijskie, w zasadzie bliżej mu było do średniego truchtu, ale pędził tak szybko, jak w tej chwili potrafił. Dobiegł do skrzyżowania Młodzieży Polskiej i Cichej, gdzie piętrzył się ośrodek Jantar. Skręcił w ulicę Wczasy i minął jakiś kościół. Karol zawsze zachwycał się pomysłami projektantów, którzy ujednolicali barwę całej dzielnicy, wyglądającej dzięki temu jak z dziecięcych elementarzy. Tym razem jednak okolica dalece odbiegała od bajkowych krain.

Na jezdni i chodnikach stały porzucone pojazdy, ale jemu, czy to z przerażenia, czy po prostu z powodu przeciążenia umysłu, nie przyszło do głowy, żeby sprawdzić, czy w którymś z nich nie zostały kluczyki. Nawet nie uznał za stosowne zajrzeć do znajdującej się po drugiej stronie ulicy wypożyczalni samochodów, z której korzystał jeszcze dwa dni temu. Teraz bał się na samą myśl, że miałby wejść tam choćby na chwilę i spotkać czające się pomiędzy pojazdami potwory.

Dodatkowo za ceglanymi murami snuły się kolejne zombie, które gdy tylko go ujrzały, zawracały ze szlaków swych bezmyślnych wędrówek po posesjach i ruszały w jego stronę. Większość z nich docierała jedynie do ogrodzenia i wyciągała w jego kierunku ręce spomiędzy żelaznych prętów płotu, ale niektóre wydostały się na zewnątrz. Panika sięgnęła zenitu, gdy mijał przedszkole Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Misjonarek, pomalowane obowiązkowo na czerwono-białe barwy. Za płotem snuły się martwe zakonnice. Ich habity były porwane i pokrwawione, a twarze przerażająco martwe i… agresywne.

Te zombie poruszały się nieco szybciej niż pozostałe. O ile inne snuły się powoli, tempo tych można było przyrównać do spokojnego chodu normalnego człowieka. Nie była to oszałamiająca prędkość, ale Karol wolał nie myśleć, co się stanie, kiedy dostaną go w swoje ręce. Przed oczyma stawało mu rozczłonkowane ciało Janka, szczególnie te ślady ugryzień… Żywych trupów przybywało i podświadomie czuł, że jeśli nie przyspieszy, to otoczą go większą grupą i nie będzie już miał żadnych szans.

Dlatego znów biegł.

Przebiegł koło małego sklepu spożywczego i przedostał się na pętlę tramwajową przy alei Hallera. W oddali zobaczył już zielone bloki, przed nim rozpościerał się park. Zombie opanowały ten teren. Pojedynczo albo w niewielkich grupkach wlokły się wzdłuż ulicy, człapały pomiędzy niskimi drzewkami parku. Część z nich pożywiała się zwłokami — Szymkowiak nie chciał się temu przyglądać. Dostrzegł jednak trzech pracowników w strojach Zieleni Miejskiej. Rozgrzebywali dłońmi ciało starszego mężczyzny z długą, siwą brodą. Upiorne zombiaki wyszarpywały wnętrzności z zewłoku i napychały nimi usta. Truchło drgało, jakby wciąż żywe, a Karol wolał nie myśleć, że może rzeczywiście zombie zjadają jeszcze żywego człowieka.

Najbardziej przeraził go jednak widok tramwaju stojącego na szynach. Pojazd był pełen trupów, które nie były w stanie albo po prostu jeszcze nie zdołały przebić się przez szyby. Zombie, stłoczone niczym sardynki w puszce, przyciskały się do okien i drzwi, martwe oczy patrzyły bezmyślnie na zewnątrz, sine usta mlaskały krwiożerczo. Ciała w różnym stopniu okaleczenia, a jednak nieumarłe, upiornie wystawione na pokaz w maszynie, która już pewnie nigdy nie pojedzie.

„Co tu musiało się wydarzyć?” — pomyślał wstrząśnięty Szymkowiak. Wciąż nie mógł dopuścić do siebie myśli, że ma do czynienia z zombie, z prawdziwymi żywymi trupami, jak z tandetnych filmów i gier komputerowych. Horror, który rozgrywał się przed jego oczyma, świadczył jednak dobitnie o tym, że to rzeczywistość. W dodatku wyobraźnia podpowiadała mu kolejne obrazy. Ten tramwaj… Doszło tu pewnie do okropnej jatki. Najpierw wśród stłoczonych pasażerów musiał pojawić się zombie, który zaatakował innych. Ale pośród na wpół pożartych ciał było tam kilku ożywieńców. Czyżby można było się zarazić tym… czymś?

Karolowi nasunęła się kolejna myśl. Jeśli to było zaraźliwe, jak błyskawicznie musiała rozprzestrzeniać się choroba, wirus czy cokolwiek to było, skoro dopadła pasażerów tramwaju, nim zdążyli wysiąść? Ile czasu mogło to trwać? Kilka minut? Kilkadziesiąt sekund? Boże, co tam musiało się dziać…

Nagle Karol dojrzał w tramwaju coś, co chciałby raz na zawsze wyrzucić z pamięci. Pospiesznie odwrócił wzrok, ale obraz wciąż powracał w wyobraźni. Mały chłopiec stał najbliżej drzwi od strony kierowcy, niemal przygnieciony przez napierających na niego innych martwych pasażerów.

Karol wrzasnął wściekle, gdy przed oczyma stanął mu Filipek. Martwił się o Zuzannę, ale kiedy ujrzał tego chłopca, strach, że ten sam los mógłby spotkać jego synka, dodał mu sił. Ruszył biegiem w stronę parku. Nie było sensu przebijać się przez całą aleję Hallera, gdzie na każdym kroku mógł natknąć się na grupy ożywionych mieszkańców całego Brzeźna, nie widział też żadnego powodu, by kierować się w stronę morza. Pozostał mu bieg na przełaj, do alei Jana Pawła II w Gdańsku Zaspie. Mimo że osiedle, które się tam znajdowało, również mogło być zapełnione przez zombie, to jednak mieścił się tam szpital, ogromny szpital, była więc duża szansa, że znajdzie jakąś pomoc. Przerażony i zdruzgotany zapomniał, że nie ma pewności, czy szpital w ogóle działa.

Wbiegł do parku. Tuż obok siedziała jakaś blondynka w różowym topie i zielonych szortach. Nawet nie zwróciła na niego uwagi zajęta zjadaniem swojego pudla uwiązanego na smyczy.

Szymkowiak zawsze uwielbiał ten park. Był dość rozległy, dawał poczucie przestrzeni mieszkańcom tutejszych blokowisk, ale jednocześnie wszystkie drzewa były posadzone w taki sposób, że bez problemu widziało się na przestrzał teren dookoła. Ostatnią rzeczą, jakiej chciał Karol, było natknięcie się teraz na grupkę głodnych zombie wyłaniających się zza drzew.

Targały nim różne emocje, od przerażenia po gniew. Gniew kierował głównie przeciwko sobie. Wyrzucał sobie wczorajszą popijawę, kompletną bezmyślność objawiającą się nieprzygotowaniem do wyprawy, wreszcie nawet fakt, że do ucieczki włożył sandały, które już zdążyły obetrzeć mu stopy na dużych palcach i przy śródstopiu. Truchtał jeszcze, ale czuł, że zaczyna coraz bardziej zwalniać, a obtarcia dają się coraz bardziej we znaki. Golenie paliły go żywym ogniem, a on czuł, że jeśli za chwilę się nie zatrzyma i nie odpocznie, to po prostu przewróci się i już więcej nie wstanie.

Nieopodal zobaczył dwójkę staruszków. Mężczyzna był ubrany w elegancki, jasny garnitur, kobieta w białą, długą suknię, która dodawałaby jej szyku, gdyby nie potargane włosy. Ona, lekko pochylona, z rozmazaną na twarzy krwią, wgryzała się w ramię mężczyzny. Ten, zupełnie nieświadomy tego, co się dzieje, usiłował stawiać kroczek za kroczkiem i bezmyślnie posuwać się naprzód. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć, choć jeszcze dzień wcześniej musiała wyglądać na poczciwą i wzbudzać sympatię. Zupełnie niedawno pobrali się, by teraz skonsumować swoje małżeństwo. „Dosłownie i w przenośni” — pomyślał Karol. Po chwili dostrzegł kolejne żywe trupy. Wszystkie zmierzały ku niemu. Niektóre powoli, mozolnie, inne w szybszym, agresywniejszym tempie.

Nie miał już siły biec, dlatego szedł krokiem ciągle trzymającym go z dala od tych szybszych zombie. Próbował uregulować oddech i choć trochę odzyskać energię. Nie mógł pozostać w miejscu, bo wtedy nie miałby już najmniejszych szans.

Przeszedł jakieś sto pięćdziesiąt metrów, kiedy poczuł, że może biec dalej. Adrenalina dodała mu wigoru, a strach już wcześniej pozbawił go skutków kaca. Wiedział, że teraz toczy walkę o życie, które jest uzależnione od jego sprawności fizycznej. Cieszył się, że kilka lat temu Zuzanna namówiła go do uprawiania joggingu. Nie poddał się modzie, nigdy sobie nie zainstalował aplikacji endomondo, żeby mierzyć wyniki — wystarczyło, że liczbami zajmował się w pracy. I choć nigdy nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby wystartować choćby w półmaratonie, z powodzeniem potrafił przebiec taki dystans. Biegał, bo lubił, i wyznaczał sobie stosowne trasy. Na początek biegał przez pół godziny, aż doszedł do dwóch godzin z niewielkim okładem — był zadowolony ze swoich wyników, tym bardziej że gratulowali mu ich nawet biegacze zajmujący się tym sportem bardziej zawodowo. Zuzanna jak zwykle zniechęciła się do biegów po jakichś dwóch czy trzech miesiącach, co i tak w jej przypadku było wyjątkowo długim czasem trwania przy swoim pomyśle. Karol tymczasem biegał, kiedy tylko miał czas, nie dla sportu, nie dla uznania, ale dla siebie. Na podobnej zasadzie ćwiczył na siłowni, jeździł na skuterach wodnych, grał w tenisa. Lubił i potrafił. Nigdy w życiu nie przypuszczał, że dobra kondycja kiedyś uratuje mu życie. Był jedynie wściekły, że doprowadził się do takiego stanu wczoraj, że dziś jego forma była znacznie gorsza niż zwykle. No i obuwie — również kompletnie nie nadawało się do jakiejkolwiek długodystansowej ucieczki.

Spomiędzy drzewek zaczął prześwitywać deptak na gdańskie molo, po lewej stronie piętrzyły się ośrodki przy Czarnym Dworze. Karol znalazł kolejny powód do poczucia winy. Oba ośrodki w Gdańsku Zaspie były bardziej ekskluzywne i wytworniejsze niż Hotel Lival znajdujący się niedaleko w Brzeźnie. I to był czynnik decydujący, gdy z Jankiem wybierali nocleg. Chcieli mieć elegancki, gustowny i stylowy hotel tuż nad samym morzem, tak żeby mieć widok z okna na plażę. Nie chcieli też przebywać ze zbyt dużym tłumem innych turystów.

Wybiegł na ścieżkę tuż obok Rancza Bonanza, wielkiego baru przy deptaku. Za ogrodzeniem mającym przypominać płotki okalające westernowe miasteczka snuły się poszarpane, nadgryzione zombie w kowbojskich kapeluszach. Na brukowanej czerwoną kostką drodze również człapały żywe trupy. Karol wyminął dwóch hiphopowców w czarnych, długich koszulach stylizowanych na futbolowe, na których jeden miał symbol nożyczek, a drugi niezrozumiały dla Szymkowiaka skrót WSHR. Reszty napisu mężczyzna nie odczytał i pobiegł do przodu, pozostawiając wyciągające tęsknie ręce zombie za sobą. Pomruki i skowyty żywych trupów zaczęły się nasilać.

Z naprzeciwka nadchodził ku niemu policjant drogówki, spod kasku którego wystawała tylko krwawa masa i białe zęby. Od prawej nadciągała zaś grupka plażowiczów w porozrywanych strojach. Starszy mężczyzna o siwych włosach na całym ciele szedł całkowicie nagi, obok niego człapała młoda dziewczyna z rozdartym stanikiem od kostiumu bikini. Jej piersi były pogryzione, w miejscu jednego z sutków pozostała krwista dziura.

Karol ignorował ożywieńców, nie rozglądał się również więcej, niż musiał, dla bezpieczeństwa. Mijał właśnie olbrzymi parking przy jednym z ośrodków przy Czarnym Dworze, ale nie podjął ryzyka sprawdzenia żadnego z samochodów. Kręciło się tutaj wystarczająco dużo zombie, by ryzykować życie podczas próby spięcia kabelków potrzebnego do uruchomienia pojazdu. W szczęśliwe odnalezienie kluczyków Szymkowiak nie wierzył.

Las i park się kończyły, przed oczyma Karola rozciągał się po prawej industrialny widok szarego blokowiska, pełnego dziesięciopiętrowych domów rozmieszczonych wzdłuż ciągnącej się w dal alei Jana Pawła II. Gdzieś na niej majaczyła znajoma sylwetka stacji Lotos. Tutaj Karol liczył na znalezienie czegoś do jedzenia, a przede wszystkim czegokolwiek do picia. Wiedział zresztą, że w pobliżu nie brakuje sklepów i sklepików, jest też Pizza Hut i KFC. Musiał jedynie ominąć gromady zombie, które tutaj się pojawiały w znacznie liczniejszych skupiskach. W niektórych miejscach, szczególnie po lewej stronie, przy Szpitalu Specjalistycznym Świętego Wojciecha, były grupki składające się z co najmniej kilkudziesięciu potworów.

Nagle Karol zatrzymał się gwałtownie. Na trawniku, na obrzeżach lasu w Jelitkowie leżał rowerek. Mały, żółciutki rowerek, jakich wiele. Był to specjalny model, pozbawiony pedałów, ułatwiający dziecku naukę jazdy, a przede wszystkim łapanie równowagi.

Tu nie chodziło o to, że rowerek był umorusany czerwienią. Ani nawet o fakt, że nieopodal leżał mały zielony adidasek splamiony krwią. Jednak zestawienie tych elementów plus nadwrażliwość po alkoholu spowodowały, że coś w Karolu pękło. Z trudem zapanował nad łzami. Musiał mocno zagryźć zęby, by nie poddać się dojmującej bezsilności i smutkowi. Wiedział, że nie może się teraz rozkleić, tym bardziej że ze wszystkich stron zbliżały się zombie, a ich zacieśniający się, nieforemny krąg mógł już liczyć spokojnie ponad sto osobników włóczących się po molo, plaży i lesie.

Ruszył przed siebie. Przebiegł przez przejście dla pieszych oddzielające osiedle od wyjścia na plażę i skierował się w stronę stacji benzynowej. Stopy i golenie bolały go niemiłosiernie, obtarte miejsca ostro dawały się we znaki, nie mógł jednak zatrzymać się w tym miejscu. Widział już charakterystyczne zabudowania firmowane logiem „Lotos”. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów i…

„I co wtedy, Karol?” — pomyślał.

Przespał koniec świata. Ludzkość umarła i zmartwychwstała, kiedy on spał nieprzytomny od alkoholu. Janka, jego najlepszego przyjaciela, coś zżarło, kiedy on leżał w pokoju obok. Ta myśl powstrzymała go od płaczu. Dlaczego zombie, które zabiły Janka, nie zaatakowały jego? Czy miał po prostu szczęście, a ciało Handkego zablokowało wejście i żaden zombie nieumarły nie wlazł do pokoju, czy chodziło o coś zupełnie innego? Hekatomba, która tutaj się wydarzyła, nie mogła się odbyć bezgłośnie. Widział porzucone, porozbijane auta, także te służb komunalnych, a więc i radiowozy, i karetki. A jednocześnie, nie licząc pomrukiwań, skowytów i bezmyślnych ryków, było cicho. Gdzieś w oddali słyszał jakieś syreny, echo niosło czyjeś krzyki, chyba nawet wystrzały, ale nie potrafił ocenić, z jak daleka dochodzą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki