39,99 zł
Mistrzowski thriller psychologiczny autorki cyklu powieściowego „Byliśmy łgarzami” wciąga, szokuje, zmusza do namysłu. Choć żadna z jego bohaterek nie lubi być do niczego zmuszana…
Chce być superbohaterką. Ale ma też serce. A może nie ma?
Imogen to dziedziczka fortuny, czarujący wolny duch, ale i oszustka.
Jule to wojowniczka, silna i utalentowana, społeczny kameleon bez grosza przy duszy.
Obie były sierotami. Obie są uciekinierkami. Połączyła je intensywna przyjaźń. Było wiele złamanych serc. Ktoś zniknął. Ktoś popełnił morderstwo, może niejedno.
Były wyspy. Nowy Jork, Londyn, San Francisco, Meksyk. Narzędzia zbrodni, kamuflaże i krew. Sporo krwi.
To jest historia dziewczyny, która odmawia ludziom tego, czego od niej chcą. Dziewczyny, która odmawia bycia osobą, którą kiedyś była.
O autorce
E. Lockhart to amerykańska pisarka, autorka bestsellerów Byliśmy łgarzami, Rodzina łgarzy i Rozpadliśmy się. Absolwentka studiów doktoranckich z XIX-wiecznej literatury angielskiej na Uniwersytecie Columbia. Była wykładowczynią kreatywnego pisania i literatury, także dziecięcej. Finalistka konkursu National Book Award i zdobywczyni nagród Cybils Award i Goodreads Choice Award za najlepszą powieść z gatunku YA.
Trwają prace nad drugim sezonem serialu ze świata jej powieści Byliśmy łgarzami oraz nad ekranizacją Złodziejki życia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 262
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginału: Genuine Fraud
Copyright © 2017 by E. Lockhart All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790). This edition published by arrangement with Random House Children’s Books, a division of Penguin Random House LLC. Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Brodzik Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2026
Wydanie I w tej edycji
Redaktor prowadząca: Małgorzata Wróblewska
Redakcja: Paulina Zaborek
Korekta: Jolanta Kucharska, Magdalena Jakuszew
Projekt okładki: Grzegorz Araszewski/garasz.pl
Fotografia na okładce: ©️ Jonathan Knowles/Gettyimages.com
ISBN 978-83-68472-37-0
Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o. Prezes: Joanna Bażyńska 00-544 Warszawa, ul. Wilcza 25 lok. 6 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Dla wszystkich, których nauczono,że „dobry” znaczy cichy i grzeczny,oto moje serce z całym jego brzydkim chaosemi wspaniałą furią.
To był cholernie dobry hotel.
W minibarku w pokoju Jule znalazła chipsy i cztery różne batony czekoladowe. Wanna sama robiła bąbelki. W łazience nigdy nie brakowało grubych ręczników i mydła w płynie o zapachu gardenii. Każdego dnia o czwartej starszy pan grał Gershwina na zabytkowym fortepianie w lobby. Można było się zapisać na okłady z ciepłej glinki, pod warunkiem że nie miało się nic przeciwko dotykowi obcych ludzi. Skóra Jule cały dzień pachniała chlorem.
Playa Grande Resort w Baja to białe zasłony, białe płytki, białe dywany i wielkie bukiety białych kwiatów. Osoby z obsługi w białych bawełnianych uniformach wyglądały jak sanitariusze. Osiemnastoletnia Jule mieszkała tu sama już prawie cztery tygodnie.
Tego ranka wybrała się na siłownię pobiegać. Włożyła buty szyte na zamówienie, w kolorze morskiej zieleni, z granatowymi sznurówkami. Zrezygnowała z muzyki. Robiła interwały już niemal godzinę, kiedy jakaś kobieta weszła na bieżnię obok.
Nieznajoma raczej nie przekroczyła jeszcze trzydziestki. Czarne włosy zebrała w kucyk na czubku głowy i spryskała obficie lakierem. Miała silne ramiona i solidny tułów, jasnobrązową skórę i przyprószone różem policzki. Jej buty były starte na piętach i pochlapane błotem, już zaschniętym.
Nikt więcej na siłowni nie ćwiczył.
Jule zwolniła do marszu, planując wyjście za minutę. Ceniła swoją prywatność, a poza tym i tak właściwie kończyła.
– Trenujesz? – zapytała nieznajoma. Pokazała na statystyki biegu Jule. – Do maratonu czy coś? – Mówiła z meksykańskim akcentem. Pewnie była z Nowego Jorku i dorastała w hiszpańskojęzycznej dzielnicy.
– Biegałam w szkole średniej. To wszystko. – Jule z kolei posługiwała się brytyjskim akcentem określanym jako „angielski z BBC”.
Kobieta zmierzyła ją wzrokiem.
– Podoba mi się twój akcent – stwierdziła. – Skąd jesteś?
– Z Londynu. Dokładnie z St. John’s Wood.
– Ja z Nowego Jorku.
Jule zeszła z bieżni, żeby rozciągnąć mięśnie czworogłowe.
– Jestem tutaj sama – przyznała się po chwili nieznajoma. – Zameldowałam się zeszłej nocy. Zarezerwowałam pokój na ostatnią chwilę. Długo już tu siedzisz?
– W takim miejscu nigdy nie jest się wystarczająco długo – odparła Jule.
– A co byś poleciła? No wiesz, spośród tutejszych atrakcji?
Jule rzadko rozmawiała z innymi gośćmi hotelowymi, ale uznała, że nic się nie stanie, jeśli teraz odpowie.
– Snurkowanie. Widziałam zajebiście wielką murenę.
– Żartujesz. Murenę?
– Przewodnik zwabił ją przynętą z rybich wnętrzności, które trzymał w plastikowej butelce po mleku. Murena wypłynęła spomiędzy głazów. Mierzyła chyba ze dwa i pół metra. Była jasnozielona.
Nieznajoma zadrżała.
– Nie cierpię muren.
– No to daruj sobie, skoro tak łatwo cię przestraszyć.
Kobieta się roześmiała.
– A jak jedzenie? Jeszcze nic nie zamawiałam.
– Weź ciasto czekoladowe.
– Na śniadanie?
– No jasne. Jak poprosisz, przyniosą ci ze wszystkimi dodatkami.
– Dobrze wiedzieć. Podróżujesz sama?
– Słuchaj, muszę spadać – rzuciła Jule, czując, że rozmowa stała się zbyt osobista. – Narka. – Ruszyła w stronę drzwi.
– Mam obłożnie chorego ojca – mówiła dalej nieznajoma, teraz już do pleców Jule. – Jego stan się wreszcie ustabilizował, a ja tak strasznie chciałam się wyrwać z domu, że nie zwracałam uwagi na koszty. Wydaję tutaj mnóstwo kasy, a nie powinnam.
– Na co cierpi twój ojciec?
– Stwardnienie rozsiane – odparła. – I demencję. Kiedyś był głową naszej rodziny. Wielki macho. Nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Teraz to staruszek z powykręcanym ciałem, przykuty do łóżka. Przez większość czasu nawet nie wie, co się z nim dzieje. Czasami pyta, czy jestem kelnerką.
– Ja pierdzielę.
– Boję się, że go stracę, ale nienawidzę przy nim być. Kiedy umrze, a ja zostanę sierotą, wiem, że będę żałować tej wycieczki, rozumiesz? – Nieznajoma zatrzymała się i postawiła stopy po bokach bieżni. Wytarła oczy wierzchem dłoni. – Przepraszam. Rozgadałam się.
– Spoko.
– Idź, śmiało. Weź prysznic czy co tam. Może jeszcze na siebie wpadniemy.
Nieznajoma podciągnęła rękawy bluzki i odwróciła się w stronę cyfrowego wyświetlacza bieżni. Na prawym przedramieniu miała poszarpaną bliznę, jakby ranę zadano nożem. Nie był to ślad po skalpelu użytym podczas operacji. Za tą blizną kryła się jakaś historia.
– Słuchaj, lubisz quizy? – zapytała Jule, ignorując głos rozsądku.
Uśmiech. Białe, choć krzywe zęby.
– Właściwie to jestem mistrzynią quizów.
– W salonie na dole organizują je co drugi wieczór – powiedziała Jule. – Głupie to, ale może chcesz iść?
– Czemu głupie?
– Pozytywnie głupie. Jest śmiesznie i głośno.
– Okej. Przyjdę.
– Super. Damy czadu. Jeszcze będziesz się cieszyć, że przyjechałaś tu na wakacje. Ja jestem dobra z superbohaterów, filmów szpiegowskich, youtuberów, fitnessu, finansów, makijażu i pisarzy epoki wiktoriańskiej. A ty?
– Epoki wiktoriańskiej? Dickens na przykład?
– Coś w tym stylu. – Jule poczuła, że się czerwieni. Nagle przyszło jej do głowy, że to dziwny zestaw zainteresowań.
– Uwielbiam Dickensa.
– Serio?
– Serio. – Kobieta znowu się uśmiechnęła. – Jestem dobra z Dickensa, gotowania, bieżących wydarzeń, polityki... Co jeszcze? O, wiem, z kotów.
– Doskonale. Quiz zaczyna się o ósmej w salonie przy głównym holu. Mają tam bar z kanapami.
– Ósma wieczorem. Jesteśmy umówione. – Nieznajoma podeszła do Jule i wyciągnęła rękę. – Możesz mi przypomnieć swoje imię? Ja jestem Noa.
Jule uścisnęła jej dłoń.
– Nie przedstawiłam się – odparła. – Ale mów do mnie Imogen.
Jule West Williams wyglądała znośnie. Rzadko nazywano ją brzydką, jednak też raczej nie piękną. Była niska, mierzyła zaledwie metr pięćdziesiąt pięć, i zawsze chodziła z zadartą brodą. Włosy miała krótko obcięte w stylu gamine i farbowane na blond w salonie, ale teraz wyszły jej już ciemne odrosty. Zielone oczy, jasna cera, jasne piegi. W większości ubrań nie dało się zauważyć jej wysportowanej sylwetki. Mięśnie Jule, zwłaszcza nóg, wyraźnie rysowały się pod skórą – jak u bohaterki komiksu. Jej brzuch pod warstewką tłuszczu był twardy jak skała. Jule lubiła jeść mięso i czekoladę, uwielbiała sól i tłuszcz.
Wyznawała zasadę, że im więcej wypocisz na treningu, tym mniej wycierpisz w walce.
Złamanego serca najlepiej uniknąć, udając, że w ogóle nie ma się serca.
To, jak mówisz, jest często ważniejsze niż to, co masz do powiedzenia.
Wierzyła też w filmy akcji, trening siłowy, potęgę makijażu, ćwiczenie pamięci, równouprawnienie oraz to, że z filmików na YouTubie można się nauczyć miliona rzeczy, których na próżno szukać w college’u.
Zaufanej osobie powiedziałaby, że przez rok uczyła się na Stanfordzie dzięki stypendium z lekkoatletyki. „Przyjęli mnie – tłumaczyła ludziom, których lubiła. – Stanford jest w pierwszej lidze. Dali mi pieniądze na opłacenie nauki, książek, wszystkiego”.
Co się stało?
Jule może wzruszyłaby ramionami. „Chciałam studiować literaturę epoki wiktoriańskiej i socjologię, niestety główny trener okazał się zboczeńcem – odparłaby. – Molestował wszystkie dziewczyny. Kiedy chciał spróbować ze mną, kopnęłam go, gdzie boli najbardziej, i poszłam się poskarżyć. Profesorom, studentom, komuś z gazetki samorządu. Narobiłam szumu, ale wiecie, co się dzieje ze sportowcami, którzy donoszą na swoich trenerów”.
Zaczęłaby wykręcać palce i spuściłaby wzrok.
„Pozostałe dziewczyny z drużyny wszystkiemu zaprzeczyły – wyjaśniłaby dalej. – Powiedziały, że kłamałam, że ten zboczeniec nikogo nie dotykał. Nie chciały, żeby o wszystkim dowiedzieli się rodzice, bały się utraty stypendium. I tak to się skończyło. Trener zachował pracę. Ja odeszłam z drużyny. Kasa się skończyła. I tak, mimo samych piątek, wyleciałam z uczelni”.
Po wyjściu z siłowni Jule przepłynęła kilka długości basenu i resztę poranka spędziła tak, jak to często robiła – siedząc w salonie biznesowym, oglądając filmiki z nauką hiszpańskiego. Nie przebrała się ze stroju kąpielowego, tylko włożyła buty sportowe w kolorze morskiej zieleni. Usta pomalowała różową szminką, powieki pociągnęła srebrnym eyelinerem. Strój kąpielowy był jednoczęściowy, w kolorze mosiądzu, z kółkiem na piersi i głębokim dekoltem. Bardzo w stylu Marvela.
W salonie była klimatyzacja. Nikt nigdy tu nie przychodził. Jule wyciągnęła nogi na stoliku, założyła słuchawki i popijała dietetyczną colę.
Po dwóch godzinach nauki hiszpańskiego zjadła Snickersa na lunch i przerzuciła się na teledyski. Potańczyła chwilę nakręcona kofeiną, śpiewając do szeregu obrotowych krzeseł w pustym pomieszczeniu. Tego dnia życie było zajebiste. Polubiła tamtą smutną dziewczynę uciekającą od chorego ojca, dziewczynę z tajemniczą blizną i zaskakującym gustem książkowym.
Dadzą czadu na quizie.
Jule wypiła jeszcze jedną colę. Sprawdziła stan makijażu i wyprowadziła kilka ciosów do swojego odbicia w oknie. Potem zaśmiała się w głos, bo wyglądała jednocześnie głupio i fantastycznie. Przez cały ten czas słyszała w uszach swój puls.
Barman z baru przy basenie, Donovan, to miejscowy. Kawał chłopa, ale o dobrym sercu. Przygładzone włosy. Ciągle puszczał oko do klientek. Mówił po angielsku z akcentem typowym dla Baja i wiedział, jaki jest ulubiony napój Jule: dietetyczna cola z syropem waniliowym.
W niektóre popołudnia Donovan wypytywał Jule o jej dzieciństwo w Londynie. Ona ćwiczyła hiszpański. Rozmawiając, oglądali filmy w telewizorze nad barem.
Dzisiaj, o trzeciej po południu, Jule przysiadła na stołku w kącie, wciąż ubrana w strój kąpielowy. Donovan miał na sobie biały blezer z logo Playa Grande oraz T-shirt. Na karku zaczynały mu odrastać włosy.
– Co to za film? – zapytała, spoglądając na ekran.
– Hulk.
– Który Hulk?
– Nie mam pojęcia.
– Przecież sam włożyłeś DVD. Jak możesz nie wiedzieć?
– Nie wiedziałem nawet, że są dwa różne Hulki.
– Są trzy. Czekaj, cofam to. Wiele Hulków, jeśli doliczyć seriale, kreskówki i tak dalej.
– Nie wiem, który to Hulk, panno Williams.
Film leciał jakiś czas. Donovan umył szklanki i wytarł blat. Nalał szkockiej z gazowaną wodą mineralną dla kobiety, która zabrała ją na drugi koniec basenu.
– To prawie najlepszy Hulk – oznajmiła Jule, kiedy odzyskała jego uwagę. – Jak się mówi na szkocką po hiszpańsku?
– Escocés.
– Escocés. Jaka jest najlepsza?
– Przecież ty nie pijesz.
– Ale gdybym piła.
– Macallan – odparł Donovan, wzruszając ramionami. – Dać ci na spróbowanie?
Nalał do pięciu szklanek pięć różnych rodzajów drogiej szkockiej. Wyjaśnił jej różnicę między szkocką a whiskey i dlaczego zamawia się jedną, a nie drugą. Jule posmakowała każdej, lecz nie wypiła zbyt dużo.
– Ta pachnie jak spocona pacha – powiedziała.
– Wariatka.
– A ta jak płyn do zapalniczek.
Pochylił się nad szklanką i powąchał.
– Może.
– A to psie szczyny. – Pokazała na trzecią. – Ale od takiego solidnie wkurzonego psa.
Donovan się roześmiał.
– A jak pachną pozostałe? – zapytał.
– Jak zaschnięta krew – odparła Jule. – I ten proszek, którego używa się do czyszczenia łazienek.
– Która najbardziej ci smakowała?
– Zaschnięta krew – stwierdziła, wkładając palec do szklanki i próbując szkockiej jeszcze raz. – Jak się nazywa?
– To właśnie Macallan. – Donovan zabrał szklanki. – Ach, zapomniałem ci powiedzieć: jakaś kobieta wypytywała wcześniej o ciebie. A może nie o ciebie. Mogła się pomylić.
– Jaka kobieta?
– Jakaś Meksykanka. Mówiła po hiszpańsku. Pytała o Amerykankę z krótkimi blond włosami, która podróżuje sama – wyjaśnił Donovan. – Wspomniała o piegach. – Dotknął swojej twarzy. – Na nosie.
– Co jej powiedziałeś?
– Że to duży ośrodek. Dużo Amerykanów. Nie wiem, kto zatrzymał się tu sam, a kto w towarzystwie.
– Nie jestem Amerykanką – oznajmiła Jule.
– Wiem. Dlatego usłyszała, że nikogo takiego nie widziałem.
– Naprawdę to powiedziałeś?
– Tak.
– I mimo to pomyślałeś o mnie.
Przyglądał się jej przez chwilę.
– Tak, pomyślałem o tobie – odparł wreszcie. – Nie jestem głupi, panno Williams.
Noa wiedziała, że Jule jest Amerykanką.
Czyli Noa to policjantka. Albo coś. Nie mogło być inaczej.
Cała jej gadka to podstęp. Chory ojciec, Dickens, zbliżające się osierocenie. Noa wiedziała dokładnie, co powiedzieć. Zarzuciła przynętę – „mój ojciec jest obłożnie chory” – i wygłodniała Jule od razu ją chwyciła.
Rumieńce rozpaliły jej twarz. Czuła się samotna i słaba, do tego zwyczajnie durna, że dała się złapać na teksty Noa. Wszystko było oszustwem, żeby Jule widziała w niej powiernicę, nie przeciwniczkę.
Jule poszła do swojego pokoju, starając się wyglądać na wyluzowaną. Kiedy znalazła się w środku, od razu ruszyła do sejfu po wszystkie kosztowności. Włożyła dżinsy, buty i T-shirt, a potem wcisnęła jak najwięcej ubrań do swojej najmniejszej walizki. Reszty nie zabrała. Na łóżku zostawiła stówę dla Glorii, pokojówki, z którą zdarzało jej się pogadać. Następnie przeszła z walizką przez korytarz i wcisnęła ją za maszynę do lodu.
Po powrocie do baru przy basenie powiedziała Donovanowi, gdzie schowała bagaż. Wyjęła na blat dwadzieścia dolarów.
Poprosiła o przysługę.
Położyła kolejną dwudziestkę i podała instrukcje.
Jule rozejrzała się po parkingu dla obsługi i znalazła niebieskiego sedana, którego Donovan specjalnie zostawił otwartego. Wsiadła i położyła się na podłodze z tyłu, między porozrzucanymi torebkami i pustymi kubkami po kawie.
Do końca zmiany chłopaka została godzina. Przy odrobinie szczęścia Noa się nie zorientuje, że coś jest nie tak, dopóki Jule nie będzie poważnie spóźniona na wieczorny quiz, może koło ósmej trzydzieści. Najpierw sprawdzi najbliższe loty i firmy taksówkarskie, zanim pomyśli o obsłudze hotelu.
W samochodzie było gorąco i duszno. Julie nasłuchiwała kroków.
Złapał ją skurcz w ramieniu. Chciało jej się pić.
Donovan jej pomoże, prawda?
Na pewno. Już przecież ją krył. Powiedział Noa, że nie zna nikogo, kto odpowiadałby opisowi. Ostrzegł Jule i obiecał zabrać jej walizkę, a później ją podwieźć. Zapłaciła mu za to.
Poza tym Jule i Donovan się zakumplowali.
Jule wyprostowała nogi, najpierw jedną, potem drugą, następnie znowu zwinęła się w kłębek w ciasnej przestrzeni za siedzeniami.
Pomyślała o tym, co ma na sobie, po czym zdjęła kolczyki i pierścionek z jadeitem, by schować je do kieszeni dżinsów. Wysiłkiem woli uspokoiła oddech.
Wreszcie usłyszała odgłos kółek prowadzonej walizki i trzask zamykanego bagażnika. Donovan wślizgnął się za kierownicę, uruchomił silnik i wyjechał z parkingu. Jule cały czas leżała na podłodze. Na ulicy świeciło tylko kilka lamp. W radiu leciał meksykański pop.
– Dokąd chcesz jechać? – zapytał w końcu Donovan.
– Gdzieś do miasta.
– W takim razie jadę do domu. – Nagle jego głos stał się jakby drapieżny.
A niech to. Czy popełniła błąd, wsiadając do jego wozu? Czy Donovan należy do tych kolesi, którzy uważają, że jeśli dziewczyna prosi o przysługę, musi mu się oddać?
– Wysadź mnie kawałek od swojego domu – powiedziała mu ostro. – Dalej poradzę sobie sama.
– Ale może nie takim tonem. Ryzykuję dla ciebie.
Wyobraź sobie: przytulny dom na obrzeżach miasteczka w Alabamie. Pewnej nocy ośmioletnia Jule budzi się w ciemności. Czy usłyszała jakiś hałas?
Nie jest pewna. W domu panuje cisza.
Idzie na dół w cienkiej różowej koszuli nocnej.
Na parterze przechodzi ją zimny dreszcz. W salonie ktoś narobił strasznego bałaganu, wszędzie leżą książki i papiery. W biurze jest jeszcze gorzej. Szafki z dokumentami zostały poprzewracane. Komputery zniknęły.
– Mamo? Tato? – Mała Jule biegnie z powrotem na górę, żeby zajrzeć do sypialni rodziców.
Ich łóżka są puste.
Teraz naprawdę się boi. Otwiera drzwi do łazienki, tam również jest pusto. Biegnie na zewnątrz.
Na podwórku rosną wysokie drzewa. Mała Jule dopiero w połowie podjazdu zdaje sobie sprawę, co widzi w kręgu światła ulicznej latarni.
Mama i tata leżą w trawie, twarzami do dołu. Ich ciała są dziwnie powyginane, a pod nimi zbiera się ciemna krew. Mama dostała prosto w głowę. Zginęła od razu. Tata też bez wątpienia nie żyje, ale Jule widzi jedynie rany na jego rękach. Musiał się wykrwawić. Wtulił się w mamę, jakby w ostatnich chwilach życia myślał wyłącznie o niej.
Jule biegnie z powrotem do domu, żeby zadzwonić po policję. Linia okazuje się wyłączona.
Wraca na podwórko, chce się pomodlić, pożegnać z rodzicami, ale ich ciała zniknęły. Zabójca je zabrał.
Nie pozwala sobie na łzy. Resztę nocy siedzi w kręgu światła tej samej latarni, a jej koszula nasiąka gęstniejącą krwią.
Przez kolejne dwa tygodnie mała Jule pozostaje sama w splądrowanym domu. Jest silna. Gotuje dla siebie i przegląda pozostawione dokumenty w poszukiwaniu wskazówek. W trakcie lektury składa z kawałków życiorysy pełne heroizmu, siły i sekretnych tożsamości.
Pewnego popołudnia siedzi na strychu, oglądając stare fotografie, kiedy w pokoju nagle pojawia się ubrana na czarno kobieta.
Nieznajoma robi krok do przodu, ale mała Jule ma świetny refleks. Rzuca nożykiem do otwierania listów, szybko i mocno, jednak kobieta łapie go lewą ręką. Jule wspina się na stertę pudeł, chwyta belkę sufitową i się na niej podciąga. Przebiega wzdłuż aż do okna w dachu, przez które przedostaje się na zewnątrz. Serce wali jej jak szalone.
Nieznajoma rusza w pogoń. Jule zeskakuje na konary rosnącego obok drzewa i odłamuje ostrą gałąź, żeby użyć jej jako broni. Trzyma ją w ustach, schodząc na dół. Pędzi w krzaki, ale kobiecie udaje się postrzelić ją w kostkę.
Ból ją obezwładnia. Mała Jule nie wątpi, że zabójczyni rodziców przyszła dokończyć zadanie – lecz kobieta w czerni pomaga jej wstać i bierze się za opatrzenie rany. Wyjmuje kulę i przemywa ranę środkiem odkażającym.
Owijając kostkę dziewczynki bandażem, wyjaśnia, że prowadzi rekrutację. Obserwowała ją przez ostatnie dwa tygodnie. Jule nie tylko jest dzieckiem wyjątkowo utalentowanych ludzi, ale też wyróżnia się inteligencją i silnym instynktem przetrwania. Nieznajoma chce szkolić Jule i pomóc jej w zemście. A ponieważ jest swego rodzaju zaginioną ciocią, zna sekrety, które rodzice ukrywali przed ukochaną córeczką.
Tak wygląda początek niezwykłej edukacji. Jule trafia do specjalnej akademii mieszczącej się w odrestaurowanej willi na zwyczajnej nowojorskiej ulicy. Uczy się tam technik obserwacji, ćwiczy przewroty w tył i zdobywa umiejętność uwalniania się z kajdanek oraz kaftanów bezpieczeństwa. Nosi skórzane spodnie i wypycha kieszenie gadżetami. Uczęszcza też na lekcje języków obcych, sztuki kamuflażu, różnych akcentów, fałszerstwa oraz poznaje luki prawne. Szkolenie trwa dziesięć lat. Po jego zakończeniu Jule staje się kobietą, której niedocenienie może się okazać fatalnym błędem.
Oto geneza Jule West Williams. Kiedy zamieszkała w Playa Grande, wolała ją niż cokolwiek innego, co mogłaby powiedzieć na swój temat.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
