Zegar. Początek końca. Tom I - Steve Shadehead - ebook

Zegar. Początek końca. Tom I ebook

Steve Shadehead

0,0

Opis

„Zegar” to mroczna opowieść z pogranicza kryminału noir i literatury psychologicznej. Wszystko zaczyna się od śledztwa, które z pozoru wydaje się proste, lecz szybko ujawnia swoją niejednoznaczność. Każdy kolejny trop, zamiast porządkować fakty, odsłania kolejne warstwy kłamstw, przemilczeń i moralnych upadków bohaterów.

 

Czas staje się tu przeciwnikiem i sędzią zarazem: lepki, gnijący, odmierzający kolejne etapy psychicznego rozpadu. Miasto nie jest tylko tłem wydarzeń, lecz żywym organizmem, który wciąga bohaterów w swój mechanizm i mieli ich powoli, bez litości. Granica między winą a przypadkiem zaciera się z każdą kolejną godziną, a odpowiedzi przynoszą więcej niepokoju niż ulgi.

 

Czy Howard Laamesth'on i Dean Harlow będą w stanie wyjść z tego labiryntu kłamstw?

 

To thriller psychologiczny dla czytelników, którzy cenią mroczny eksperymentalny klimat, kryminał z charakterem i historie, które zostają w głowie na długo po ostatniej stronie.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 476

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Steve Shadehead

ZEGAR

Tom pierwszy

Początek końca

Copyright © Steve Shadehead 2026

Redakcja: Autor

Korekta: Autor

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Autor

Opracowanie graficzne okładki: Autor

Ilustracje zawarte w książce: Proces powstawania warstwy wizualnej łączył nowoczesne techniki generatywne z tradycyjnym warsztatem graficznym. Wygenerowane zarysy i szkice stanowiły jedynie funda­ment, na którym autor poprzez drobiazgową obróbkę i autorski re­tusz zbudował finalne obrazy oddające klimat tej opowieści.

 

 

Wydanie: I

Miejsce i data wydania: Gdynia, 2026

ISBN 978-83-979457-1-5

 

Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Wstęp

 

Czasami pytania są ważniejsze niż odpowiedzi. Czasami to, co wy­daje się prawdą, okazuje się jedynie iluzją. Precyzyjnie ułożoną ukła­danką, której brakuje jednego kluczowego elementu.

Ta historia zaczyna się od jednej karty tarota, której nie powinno być. Od zegara, który wskazuje godzinę, ale nie czas. Od śmierci, któ­ra okazuje się bardziej początkiem niż końcem. To są pierwsze znaki. Subtelne szczeliny w podświadomości, a nawet zwiastuny czegoś, co wciąż po­zostaje nienazwane.

To nie jest opowieść o bohaterach. Jeśli szukasz prostych odpowie­dzi, nie znajdziesz ich tutaj. Nie ma jasnych podziałów na dobro i zło. Na tych, których trzeba ocalić i tych, którym pozostało tylko potępie­nie. Są to wybory. Decyzje podejmowane w mroku, wśród cieni, które tylko wydłużają się z każdym krokiem w stronę prawdy. Ślady prowa­dzą donikąd. Albo w miejsca, w które lepiej nie zaglądać. Jednak cie­kawość jest jak trucizna. Raz zasiana w umyśle zaczyna rozrastać się bez kontroli. Niech to będzie ostrzeżenie. Albo zaproszenie. Wybór należy do Ciebie.

 

Czas. Wszyscy myślą, że jest linią. Początkiem i końcem, ścieżką, którą można podążać, ale to kłamstwo. Czas nie biegnie. Czas trwa. Nieubłagany, nieruchomy, a jednak wciąż wymykający się z rąk. Może­my go mierzyć, próbować oswoić, zamknąć w mechanizmach zega­rów i kalendarzy, ale on nie poddaje się żadnym regułom. Zatrzymany w jednej chwili bywa wiecznością. Rozciągnięty w nieskończoność po­trafi zniknąć w mgnieniu oka.

 

Zegar. Pozornie posłuszny, odmierza godziny, porządkuje chaos, daje iluzję kontroli, ale to tylko złudzenie. Wskazówki krążą w kółko, uwięzione w wiecznej pętli, która nie zna końca. Możemy patrzeć na nie, śledzić każdą sekundę, a mimo to nigdy nie dowiemy się, kiedy wybije ta ostatnia. Bo zegar mierzy czas, ale nie zna przyszłości.

 

Śmierć. Nie patrzy na zegary. Nie liczy dni ani minut. Nie przycho­dzi za wcześnie ani za późno, ale tylko wtedy, gdy uzna, że to właści­wy moment. Nie ostrzega, nie czeka, nie tłumaczy. Jest cicha, niewi­dzialna, obecna w cieniu każdej sekundy. Możemy odwracać wzrok, oszukiwać się, że jeszcze nie pora, że wskazówki wciąż mają kilka okrążeń do pokonania, ale ona nie potrzebuje wskazówek.

Prolog

– Pierwsza. Mag. Cztery elementy, rzekoma władza, ale on nie ma kontroli. On tylko rozpaczliwie próbuje połatać to, co już pękło.

Palec sunie niżej, zostawiając na papierze niewidzialną smugę lęku.

– Druga. Kochankowie. Spleceni w uścisku, który przypomina dusze­nie. Cienie zamiast twarzy. Wybór, który od początku był tylko kłam­stwem.

– Trzecia. Rydwan. Dwa konie szarpiące się w przeciwnych kierun­kach. Nie ma zwycięstwa, detektywie. Jest tylko rozrywanie na strzępy w absolutnej pustce.

– Czwarta. Sprawiedliwość. Waga bez ciężaru. Równowaga trupa, który nie ma już nic do stracenia.

Przełykam ślinę, ale moje gardło to rura pełna pyłu. Morgana nie przestaje.

– Piąta. Pustelnik. Latarnia, która zamiast świecić, wsysa resztki światła. Ciemność, która nie daje wytchnienia.

Oddycham płytko. Każde jej słowo to kolejny kamień do worka, który mam uwiązany u szyi. Czuję, jak mój kręgosłup trzeszczy pod tym ciężarem.

– Szósta. KołoFortuny. Obraca się w próżni. Karma utknęła na środku, w martwym punkcie, a los… los po prostu zamarzł.

Czuję, jak zaciskam dłoń w pięść, kiedy przechodzi do kolejnej.

– Siódma to Śmierć. Szkielet tańczy w kółko, ale koniec nie nadcho­dzi. Wieczna agonia.

– Ósma. Wisielec. Odwrócony, patrzący w dno piekła… Czas się zatrzymał, a on czeka na coś, co nigdy go nie wybawi.

– Dziewiąta. Cesarzowa. Ziemia jałowa, stłumiona, ale życie zgniło pod warstwą lodu. Płodność karmiąca się trupami.

– Dziesiąta. Gwiazda. Woda, która nie spływa, kisi się w korytach. Zatrzymana płonna nadzieja.

– Jedenasta. Wieża. Zniszczona, ale chaos niczego nie zmienia. Wieczny upadek, który nigdy nie kończy się uderzeniem o bruk.

– Dwunasta to Głupiec – syczy, a jej głos brzmi jak piach sypany na marmur. – Krok w przepaść. Nieświadomość bydlęcia prowadzonego na rzeź.

Jej palec zatrzymuje się na samym środku tarczy. Tam, gdzie farba pękła, tworząc czarną wyrwę.

– To… nie ma ruchu – szepcze, a w jej oczach widzę odbicie koń­ca świata. – Wszystko jest zawieszone. A my nie wiemy, co się stanie, gdy pęknięcie pójdzie dalej… Coś już się zaczęło. Albo właśnie dobie­ga końca.

Skwierczenie świecy w rogu brzmi jak kroki kogoś, kto idzie po nas, pustym korytarzem. Cienie na ścianach pełzną powoli, leniwie, jakby miały całą wieczność na to, by nas osaczyć. Duchota oblepia skórę jak mokra folia. To powietrze nie służy do oddychania. Służy do duszenia. Kadzidlany smród, słodkawy i mdlący, wżera się w nozdrza jak zapach rozkładającego się mięsa.

Czego ja, kurwa, oczekiwałem? Że wyjdę stąd z adresem morder­cy? Symbole, których nikt nie rozumie, i wariatka mówiąca zagadkami, sama przerażona tym, co widzi. To nie jest śledztwo. To oglądanie własnej egzekucji w zwolnionym tempie.

Złodziej snów

 

Poniedziałek

Zerwanie ze snu to nie proces, to brutalny uraz. Jakby ktoś wrzucił cię nago do przerębla. Nagły, lodowaty szok, który wyciska powietrze z płuc i zostawia cię zdrętwiałego, z walącym sercem. To nie jest po­wolny powrót do rzeczywistości. To gwałtowne szarpnięcie za koł­nierz prosto w objęcia egzystencjalnego bagna.

Zegar puszcza sprężynę, a czas rozlewa się po pokoju jak brudna woda, wnikając w szczeliny zardzewiałych trybów mojego życia, osia­dając na przekładniach i łożyskach. Nic tu nie działa, ale też nic się nie zatrzymuje. Płynie dalej, dziko, obco i kompletnie obojętnie.

Nie ma łagodnego przejścia, jest tylko surowa chwila, w której świat wdziera się ze swoimi ostrymi krawędziami, rozcinając prze­strzeń między snem a jawą.

Myśli są jak porwane kartki, rozedrgane, tańczące na wietrze. Serce bije szybko, nie nadążając za tym, co nadchodzi. Wyrwane z sennej hi­bernacji, nieprzygotowane na tę konfrontację. Ciężar snu przygniata kończyny, nie pozwala im się poruszyć. Ciało waży tonę, przykute do łóżka stagnacją, która dusi skuteczniej niż brak tlenu.

Otwieram oczy. Pierwsza sekunda to zaćmienie. Mętne kształty, cienie tańczące na suficie jak wyblakłe widma w świetle księżyca. Nie mam pojęcia, gdzie jestem i szczerze mówiąc, mało mnie to obcho­dzi.

Po chwili widzę rozmyte plamy światła z zewnątrz. Pulsują w rytm mojego oddechu. Wzrok, przyzwyczajony do ciemności, nie potrafi uchwycić wyraźniejszych zarysów, nie znajdując ostrości, która po­zwoliłaby zrozumieć, co dzieje się wokół. Migotliwe smugi przesuwają się leniwie po ścianach, obnażając nędzę mojego otoczenia, odbite od czegoś, czego nie widzę. Lampa, neon, jakie to ma znaczenie?

Pozwalam sobie na bezruch, licząc, że noc nie skończyła się jesz­cze, że mogę zawrócić do snu, ale wiem, że to niemożliwe.

Sięgam po telefon. Zegar pokazuje 2:07. Dopiero teraz dociera do mnie, że ekran jest zbyt jasny, ośle­pia i razi, okrutnie wyrywając mnie z półsnu. Tnie ciemność jak odłamek szkła, wbijając się w zmęczony umysł. Ból rozrywa oczy. Mrugam, ale to nic nie po­maga. Obrazy pod powiekami wypaliły się jak martwe negatywy. Białe wstęgi, nierucho­me. Zamykam oczy, ale one wciąż tam są. Dyszę, walcząc o każdy wdech w tym pokoju przesiąkniętym dymem i starymi błęda­mi.

Przecieram twarz, próbując zrzucić to zmęczenie, ale ono jest jak kamień u szyi… Nie chce odejść, nie pozwala. Moje ciało już się pod­dało. To nie wybór, to jest fakt. Nie walczę, bo i tak bym przegrał. Za dużo palę, za dużo piję, nie tylko kawy. Za mało powodów, by w ogó­le wstać z łóżka.

Każda noc to ten sam nędzny scenariusz. Sen płytki jak kałuża po letnim deszczu, praca, która wysysa duszę, i stres krążący wokół mnie jak smród z popielniczki. Pomoc? Może i gdzieś jest, ale nie mam siły, tym bardziej ochoty po nią sięgać. Niech się wszystko sypie, niech świat płonie, byleby tylko dali mi spokój.

Przekręcam się na bok, czując pod policzkiem chłodną, lepką od potu poduszkę. Przykleja się do mnie jak wyrzut sumienia, który wdy­cham z każdym oddechem. Zmienię ją? Jasne. Kiedyś. Czyli nigdy.

Ulewa wali w parapet z uporem sadysty uczącego się grać na piani­nie. To nie jest kojący szum, to irytujący rytm, który przypomina, że odpoczynek to luksus, na który mnie nie stać. Zegar na ścianie nie od­mierza czasu, on go wyżera. Każde tyknięcie to kęs wyrwany z moje­go życia. Zostaje coraz mniej, a ja nawet nie próbuję uciekać. Gdzieś w dole przejeżdża samochód, jego opony świszczą, dźwięk rozpływa się, mieszając z ciszą w wąskich uliczkach.

Wciągam wilgotne, cierpkie powietrze. Mieszkanie cuchnie prze­szłością, która wżarła się w meble tak głęboko, że nie wywietrzy jej żaden przeciąg. Na stole stoi butelka whisky, przyklejona do blatu warstwą wyschniętego alkoholu. Stała się częścią tego miejsca. Obok niej pusta szklanka. Czeka na napełnienie, które nie zaspokoi naszych pragnień. To jest stały element krajobrazu mojej wędrówki.

Trudno powiedzieć, która to noc. Może ta sama co wczoraj. Może żadna. Wlecze się jak zwierzę z roze­rwanym gardłem, którego nikt nie miał odwagi dobić. Ta noc to mój prywatny Styks, a ja jestem swoim wła­snym, pijanym przewoźnikiem. Popycham tę dziurawą łódź z jed­nego brzegu na drugi, modląc się w duchu, żeby w końcu zaczęła na­bierać wody i poszła na dno.

Nagle telefon wibruje jak dzwon w oddali, który nie przestaje wzy­wać, rozbijając resztki samotności w drobny mak. Podnoszę go, mru­żąc oczy przed blaskiem. Tym razem jestem gotowy.­

Na ekranie wyświetla się Dean T. Harlow. Samo to nazwisko wy­wołuje u mnie odruch wymiotny zmieszany z rezygnacją. Uśmiecham się cynicznie. Mimo to odbieram.

– Wiesz, która godzina? – warczę.

– Czekaj… 2:40. Idealna pora, żeby za­cząć kolejny beznadziejny dzień – rzuca Dean.

Siadam, spuszczając nogi na podłogę. Zimno tnie stopy aż do ko­ści, skurcz wędruje w górę kręgosłupa, prosto do karku. Ściągam pal­ce, próbując uzyskać choćby chwilową ulgę, ale to nic nie daje. Mam wrażenie, że to coś więcej. Podłoga chce mnie odrzucić, powiedzieć, że nie jestem tu mile widziany.

Sięgam po papierosa, palce drżą na paczce. Potrzebuję chwili, żeby zebrać te resztki myśli, które jeszcze nie zdechły. Nie wiem, co czuję ani co dokładnie się dzieje, ale mam nadzieję, że dym pomoże mi na chwilę zapomnieć. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Zapalniczka leży na stole. Chwytam. Pstryk. Nic. Pstryk. Nadal nic. Patrzę na nią z obrzydzeniem. Zawodzi w jedynym momencie, gdy jej potrzebuję. Kolejny ruch kciuka jest pozbawiony nadziei. Iskry sy­pią się na stół, przypominając dogasające gwiazdy w jakimś zapomnianym przez Boga sektorze galaktyki…

W końcu jest. Płomień. Chwiejny, nędzny, żółtawy… jedyne świa­tło w tym grobowcu, który nazywam domem. Odbija się w moich oczach, wyciągając z mroku worki pod powiekami i zmarszczki, któ­rych jeszcze wczoraj tam nie było.

Zaciągam się, bardziej niż potrzebuję. Chciałbym, żeby ten jeden oddech mógł odwrócić wszystko, co mnie męczy. Ciepły dym wypeł­nia mnie szczelnie, wypierając resztki tlenu, który od rana smakuje po­rażką. Zatrzymuję go w sobie na moment, doświadczając tego, jak le­niwie rozchodzi się po moim ciele.

– Masz szczęście, że nie spałem. A właści­wie to pecha. – Moje sło­wa brzmią bardziej znużone niż zwykle. Wypowiadam je bez większe­go zaangażowania, bo i tak wiem, co zaraz usłyszę.

W tle brzęk szkła i ten bełkotliwy gwar ludzkich odpadów, świętu­jących kolejną noc, której udało im się nie zdechnąć.

– Słuchaj… – przebija się przez ten szum. Głos pełen desperacji, od której robi mi się niedobrze. – Wiem, że to nie jest twój pro­blem, ale… możesz mnie odebrać?

Wypuszczam powoli dym przez nos; przypomi­na duszę opuszcza­jącą moje ciało. Zawsze to samo. Niegdyś nawet mnie to bawiło. Te­raz? Już tylko męczy.

Kiedyś myślałem, że jestem wolny. Że ten cały syf, te noce bez końca i dni bez znaczenia to mój wybór. Gówno prawda. Teraz czuję się jak Ikar, który nie tyl­ko spalił skrzydła, ale przeżył upadek i teraz musi gnić w tym bagnie z połamanymi nogami, patrząc na słońce, które ma go głęboko w dupie.

– Co, za dużo wczoraj? – pytam, choć od­powiedź nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. W oddali słychać wycie syreny. Dźwięk, któ­ry nigdy nie zwiastuje niczego dobrego.

– Oszczędź mi kazań. Po prostu przyjedź. To nie tylko podwózka, mamy robotę.

Robota. Magiczne słowo, które zawsze oznacza, że ktoś inny będzie krwawił, a ja będę musiał to sprzą­tać. Wzrok wraca do butelki. Stoi tam jak oskarżyciel, który zna wszystkie moje słabe punkty. To moja syre­na. Jej blask obiecuje ukojenie, a zapach wabi mnie do por­tu, który jest cmentarzem okrętów. Mam świa­domość tego, że jej pieśń jest kłamstwem, mimo to i tak kieruję swoje żagle w jej stronę.

Wiem, co mnie czeka, choć nie mam najmniejszej ochoty na to, co się za chwilę wydarzy. Głowa pulsuje rytmem pogrzebowego bębna.

Świat nie czeka na moje gorzkie żale, on nawet nie zauważy, kiedy w końcu zniknę i to jest w tym wszystkim najbardziej cyniczne. Ta świadomość, że nawet moja autodestrukcja jest dla tego miasta kom­pletnie nieistotna.

– Przyjedziesz?

Wdech, wydech.

– Oczywiście. Harlow, wzór profesjonali­zmu – mówię, i czuję, jak jad sam spływa mi po brodzie.

– O, proszę! Detektyw Laamesth’on w swoim typowym, moraliza­torskim tonie.

Czekam, aż echo jego rechotu zdechnie w słuchawce. Zastanawiam się, ile litrów nienawiści do samego siebie musiał przechylić, zanim odważył się wybrać mój numer.

– Gdzie jesteś?

– W naszej ulubionej spelunie.

Point Ice. Świątynia beznadziei. To miejsce nigdy nie zasypia, bo boi się koszmarów. Nie zadaje pytań, nie ocenia. Wchodzisz tam jako człowiek, wychodzisz jako cień. Albo wcale nie wychodzisz.

Idę w stronę okna. Moje stopy mijają niedopałki. Małe, białe zwło­ki moich wczorajszych decyzji. Podłoga skrzypi pod ciężarem moich błędów. Wycieraczka powoli wrasta w dechy, gnije w milczeniu, zbęd­na jak cała reszta tego śmietnika. Firanka zwisa w nieładzie, drży przy każdym moim oddechu. Jest stara, pożółkła i sztywna, przypomi­na pergamin wykonany z ludzkiej skóry. Powietrze w pokoju jest nasyco­ne, naładowane dreszczem, który zwiastuje tylko kolejny upa­dek. Za­słona napina się jak struna w instrumencie tortur. Zaraz puści.

Osad na szybie to warstwa przeszłości, której żadna ilość deszczu już nie zmyje. Nie ma szans na oczyszczenie tego miejsca, bo i właści­wie po co? To jest pamiątka po tych, którzy już odeszli, zostawiając swoje ślady w najbardziej nieoczywistych miejscach. W lewym dolnym rogu widać pajęczynę pęknięć. Zaczyna się od drobnej rysy jak blizna na umęczonym ciele. Mimo że nikt tego nie zauważy, ona tam jest. Czasem tylko na nie spojrzę, tak jak teraz, z chwilową ciekawością, za­nim znowu skupię się na tym, co ważniejsze.

W odbiciu widzę wrak. Cienie pod oczami… są tak głębokie, że mogłyby służyć za groby. Zarost jest za długi, zaniedbany, nieistotny. To tylko kolejna warstwa maskująca to, co zostało ze środka.

Smugi deszczu na zewnątrz rozmywają miasto w dziwną bez­kształtną masę. Budynki wystają z mgły jak połamane żebra gigan­tycznego trupa. Latarnie rzucają blask w próżnię. Świecą zjawom, bo żywych już tu nie ma. Miasto żuje nas wszystkich powoli, cierpliwie, aż w końcu wypluwa prosto w błoto, gdy tylko stracimy smak.

Za szkłem, gdzie wiatr tańczy wśród cieni, coś się porusza. Ruch jest nienaturalnie wolny, jakby czas tam, na zewnątrz, już dawno sta­nął w miejscu. Ktoś tam stoi. Wbijam wzrok w gęstą czerń, nie widzę nic, a jednak czuję to spojrzenie. Przebija się przez szybę jak igła, ociera się o moją skórę, zostawiając lodowaty ślad. Nie potrafię tego zigno­rować, choć bardzo bym chciał.

Odrywam wzrok. W końcu co mnie to obchodzi?

Kolejne widmo w mieście duchów.

Wracam do rozmowy.

– Kto by pomyślał – rzucam w próżnię, bo sarkazm to jedyne, co jeszcze trzyma mnie w pionie.

– Dyżurny zadzwonił. Patrol dostał zgło­szenie. Zgadnij, kto wy­grał gówniany los na loterii?

– Cudowny poniedziałek…

Dean prycha. To cichy, rzężący dźwięk, w którym nie ma ani grama prawdziwego rozbawienia. Tylko wspólna akceptacja tego bagna.

– Jak zwykle. Howard, pośpiesz się.

Połączenie zostaje przerwane. Żadnych pożegnań, żadnych życzeń powodzenia. W tym świecie nikt nie marnuje śliny na uprzejmości, skoro i tak za chwilę możemy spotkać się w kostnicy.

Zaciągam się ostatni raz, czując, jak toksyczna chmura pali mi krtań, po czym duszę niedopałek w przepełnionej popielniczce. Moje palce drżą. Nie wiem, czy to z braku snu, czy to organizm błaga o ko­lejną dawkę trucizny, mimo że język mam już drętwy od nikotyny.

 

Wciągam koszulę. Guziki mijają się z dziurkami, tworząc na piersi asymetryczną krzywdę, której nawet nie mam siły naprawić. Bawełna jest sztywna od potu i starego dymu. Nosi na sobie mapę wczoraj­szych upokorzeń, a może i tych sprzed tygodnia. Żelazko? Nie pamię­tam, jak wygląda. Marynarkę narzucam tak, jakby była całunem. Stary, zużyty tweed, który kiedyś mógł uchodzić za elegancki. Teraz to tylko nasiąknięta odorem alkoholu szmata, kolejna rzecz na długiej liście spraw do załatwienia, które mam głęboko gdzieś.

Pistolet leży na stole, przywalony stosem makulatury. Czarny metal lśni złośliwie. Powinien być w kaburze, ale nic w moim życiu nie jest tam, gdzie być powinno. Buty są uwalone błotem, matowe i smutne. Pastowanie ich w pogodę taką jak ta to tylko strata czasu.

Zaciskam palce na kluczach. Wychodzę.

Zamek klika z nieprzyjemnym, suchym trzaskiem. Winda nie dzia­ła. Oczywiście, że nie. Działała tylko raz. Rok temu. Pamiętam ten dzień. Wszedłem, naci­snąłem przycisk i zabrała mnie na dół. Teraz to tylko puste metalowe pudło.

Drzwi klatki schodowej walą o futrynę, a echo nie­sie się po pię­trach jak wystrzał. Zatrzymuję się. W po­wietrzu wisi nieprzyjem­ny wyziew stęchlizny i szczyn. To miejsce to zwłoki budynku, a ja je­stem robakiem, który wije się w jego trzewiach. Stopnie uginają się pod moimi butami, nasiąknięte wilgocią. Mają konsy­stencję mokrej gąbki. Nie myślę o tym. Po prostu sta­wiam kroki. Noga za nogą. Bez­dusznie. Jak zawsze.

Wychodzę na zewnątrz. Chłód uderza mnie w twarz, mrożąc pot na karku. Biegnę przez ulice, brodząc w kałużach, które wyglądają jak plamy rozlanej ropy. Asfalt lśni w świetle latarni srebrzystym, chorym blaskiem. Włosy kleją się do czoła, a zimny pot łączy się z chłodem. Skóra paruje jak przy gorączce.

Na parkingu panuje grobowa cisza. Woda cieknie przez dziurawy dach, miarowo uderzając o betonowy pył. Moje kroki są ciche, gubią się w mroku, zanim zdążą wywołać jakiekolwiek echo. Mijam kilka za­parkowanych samochodów. W większości są to starsze modele, nie­które z widocznymi oznakami upływającego czasu.

Mój Ford stoi tam, gdzie zawsze. Wyblakły od słoń­ca, z tłustymi plamami oleju na karoserii. Widać, że przez lata przeszedł niejedną naprawę, ale mimo to odpala za pierwszym razem. Obok niego, na wprost, stoi rudy van. Jego logo to już tylko nieczytelne wspo­mnienie, zatarte przez czas, który nie ma litości. Rdza wykwita na masce jak gangrena, żre go od środka, zgrzytając przy każdym podmuchu wia­tru. Korozja ma swoje tempo, powolne, metodyczne, nieuniknione.

Ten van to ja. Unieruchomiony, wrośnięty w ziemię, z silnikiem, który dawno zapomniał, jak brzmi życie. Jest okazem erozji, cierpliwie cze­kającym, aż czas dokończy to, co zaczął. Ona nie krzyczy, ona kon­sumuje, milimetr po milimetrze, aż nie zostanie z człowie­ka nic poza sypiącym się wspomnieniem tego, kim był kiedyś. Histo­ria, któ­rej nie da się już zmienić, rysuje się na jego powierzchni. Czeka już tylko na to, by stać się częścią tego miejsca.

Otwieram drzwi. Wnętrze wita mnie chłodem grobowca. Skórzane siedzenie jest lodowate, nieprzyjazne, jakby brzydziło się mojego do­tyku. W środku unosi się odór przepalonego oleju i starego dymu, który wsiąkł w tapicerkę tak głęboko, że stał się jej elementem. Moja własna mobilna kadzielnica. Świątynia na kółkach dla kogoś, kto już dawno przestał wierzyć w jakiekolwiek bóstwa.

Przekręcam kluczyk. Silnik rzęzi niskim, chrapliwym dźwiękiem, przenosząc drżenie z kierownicy prosto na moje dłonie. Radio budzi się do życia samo. Z głośników wylewa się stary rock. Wokalista ma głos przepity, zdarty do żywego mięsa, wymęczony tysiącami mil bez­sensownych podróży. Brzmi jak krzyk wydzierający się z gardła pełne­go żwiru, podszyty tą jedną, ledwo uchwytną nutą melancholii, która sprawia, że masz ochotę zjechać w przepaść.

Przez chwilę trwam w bezruchu. W kabinie robi się duszno, para osiada na szybach, odcinając mnie od świata. Deszcz bębni o dach parkingu, jakby chciał się przebić do środka i mnie utopić. Przesuwam dłonią po gębie. Myślę o kawie. Albo o czymś, co naprawdę uciszyło­by to dudnienie w czaszce.

Zamiast tego chwytam kierownicę tak mocno, że jej szorstka tek­stura wrzyna mi się w palce. Wrzucam bieg. Silnik mruczy gniewnie, gotowy do kolejnej rundy w tym bagnie. Dociskam gaz. Koła mielą mokry beton, opony piszczą w desperackiej walce o przyczepność. Ford szarpie, odnajduje opór asfaltu i wyrywa do przodu. Dźwięk ob­racających się kół miesza się z wyciem silnika, a w powietrzu zostaje tylko smród spalonej gumy i spalin.

Ulice są puste, wybebeszone z życia. Wszystko, co jeszcze oddycha, zaryglowało się w domach, ale Los Angeles nie śpi…

Czuwa, patrząc w ciemność swoimi ślepymi, neonowymi oczami. Pusta przestrzeń drwi z nas wszystkich, a asfalt, który ledwo mieści własny ciężar, zdaje się istnieć tylko po to, by czekać na kolejną duszę. Światła rozlewają się na jezdni jak krew z rozbitego nosa. Czerwienie, żółcie, zielenie. Te kolory malują się na kałużach, tworząc zniekształ­cone, chore odbicia. To halucynacja wyjęta z koszmaru, ze wszystkie­go, co zwykle bywa normalne.

Przy krawężniku stoi kobieta w długim czarnym płaszczu. Wygląda jak żałobnica, która zgubiła trumnę i teraz nie wie, kogo właściwie ma opłakiwać. Szarpie kołnierz, walcząc z wiatrem, który próbuje obe­drzeć ją z ostatniej warstwy godności. Może czeka na kogoś, kto nie zdążył przed nocą, albo na kogoś, kto po prostu miał dość i nigdy nie zamierzał wrócić.

Mijam przystanek. Wzrok skupiam na bezdomnym, który skulił się pod jaskrawą reklamą wakacji na Male­diwach. Wygląda jak wyrzucony na brzeg śmieć, któ­rego ocean litości nigdy nie zechce przygarnąć. Jego oblicze, schowane w zniekształconym od brudu płaszczu, jest już tylko wspomnieniem człowieka. Na plakacie błękitne niebo i pia­sek tak czysty, że aż wul­garny. To nie jest reklama, to wyrok. Krople deszczu spływają po gładkim plastiku, zamazując ten tani raj, zmienia­jąc go w gnijącą, turkusową ranę. Cholerna, bezczelna iluzja dla tych, którzy mają jeszcze dość naiwności, by wierzyć w jutro.

Czerwone światło. Zatrzymuję się, a silnik warczy cicho pod ma­ską, jak pies przed atakiem. Wycieraczki tną szybę: lewo, prawo, lewo, pra­wo. Hipnotyczny rytm, który odlicza czas stojący w miejscu. Wodna zasłona zmie­nia świat w akwarelową plamę szarości, poprzecinaną nerwowymi blaskami neonów. Przez skrzyżowanie przemyka brudna taksówka, zostawiając po sobie smród spalin i mgły. Widać już tylko za­rys maski, ściśnię­tej między nocną zmianą a snem. Twarzy, równie zmęczonej, jak ta, którą widziałem dziś rano w odbi­ciu.

Zielone światło. Wbijam bieg z satysfakcją. Moje auto rusza dalej, rozrywając tę mazistą plamę miasta, zostawiając skrzyżowanie za sobą.

Muzyka nagle cichnie, a w radiu pojawia się znajomy komunikat:

 

„Uwaga. W związku z trwającym stanem wyjątkowym publi­kujemy ra­port ratusza: w Los Angeles trwa trzecia doba zjawi­ska całkowitego zaniku światła dziennego. Anomalna ciemność utrzymuje się mimo wcześniejszych pro­gnoz, które zakładały ustąpienie fenomenu po czterdziestu ośmiu godzinach…”.

 

Po trzech dniach te komunikaty to tylko szum. Godziny i minuty zlewają się w jedno, a ich gadanie stało się jedynie stałym elementem krajobrazu. Tak samo nudnym, jak ta cała pieprzona ciemność.

 

„Mieszkańcy są proszeni o zachowanie szczególnej ostrożności i unikanie przemieszczania się bez wyraźnej potrzeby. Transport publiczny oraz kluczowe usługi działają wyłącznie w trybie awa­ryjnym…”.

 

Beznamiętne, puste zdania. Martwe słowa wyrzucone na ulicę.

 

„Ciemność najprawdopodobniej utrzyma się jeszcze przez ko­lejne cztery doby. Prognozy ekspertów wskazują na wysokie prawdopodobieństwo wystąpienia kolej­nych, nieprzewidywalnych zjawisk atmosferycznych. Prosimy o zachowanie spoko­ju. Na drogach odnotowuje się stały wzrost liczby wypadków. Służby ostrzegają przed całkowitą utratą orientacji w terenie. Przypomi­namy: usługi medyczne i ra­tunkowe funkcjonują w trybie priory­tetowym, jednak należy liczyć się ze znaczny­mi opóźnieniami. Pozostańcie w domach”.

 

Znowu to samo. Głupie pierdolenie o fenomenach, jakby użycie mądrego słowa miało cokolwiek wyjaśnić. Nie potrafią doprecyzować zwykłej prognozy pogody, a każą nam wierzyć w te ich cztery doby.

Wzruszam ramionami. Ciemność, wypadki, ostrzeżenia.

Wszystko to samo każdego dnia.

Każdego cholernego, czarnego dnia.

 

Skręcam w boczną uliczkę, hamując przy krawężni­ku. Silnik gaśnie. Napis nad wejściem nieprzerwanie walczy: czerwień, czerń, czerwień. Światło przerywa mrok w nierównych, spazmatycznych pulsach jak ostrzeżenie. Wyraźne, ale niewyraźne zarazem.

Zaraz ten blask zgaśnie na dobre, zostawiając po sobie tylko nie­skończoną, tłustą czerń. Ten neon to fałszywa latarnia na gnojowisku nadziei. Nie wskazuje drogi do domu. On tylko oznacza punkt, w któ­rym możesz utonąć w nieco bardziej luksusowej scenerii. Mru­ga do mnie porozumiewawczo jak pijana dziwka: wejdź, tu mrok smakuje tak samo, tylko rachunek będzie wyższy.

Przekraczam próg. Drzwi ustępują pod moim naciskiem, skrzypiąc głośno. Pierwszy oddech wchodzi do gardła, trudny do przełknięcia. Mętny, lepki, zostaje na długo. Duchota i gorycz, najpierw subtelne, po chwili wbijają się głębiej, wypełniają płuca jak czarna smoła, która nie zostawia miejsca na powietrze.

Panele pod nogami są porysowane i uwalone brudem, jakby regu­larnie przeciągano po nich zwłoki klientów, którzy zapomnieli zapła­cić. Wszystko tu jest zużyte, wyplute przez czas, zniszczone latami ab­solutnej, bezlitosnej obojętności. Tanie lampy wiszące nad głowami rzucają blade światło, które ledwo rozjaśnia wnętrze, sprawiając, że wszystko zdaje się rozmyte. Stoliki matowe, pozbawione połysku.

Pod cienką warstwą kurzu można dostrzec ledwo czytelne, wypło­wiałe napisy na ścianach. Nikt nawet nie zwraca uwagi na to, że ktoś wchodzi. Nie ma tu tłumu. Są tylko resztki.

W kącie siedzi dwóch robotników, których życie zmieliło i wypluło gdzieś po drodze. Ciemne dłonie, zniszczone przez pracę, przesuwają karty, kładąc je na stół jednym, płynnym ruchem jak skazańcy odlicza­jący dni do kolejnej apelacji.

Ktoś śpi przy stoliku obok. Głowa wbita w brudny blat, ciało sztywne jak pośmiertne stężenie. Oddech cichy, ledwo słyszalny, pełny zmęczenia, w którym nie ma nadziei. Skórzana kurtka zwinęła się kłębkiem pod głową. Nikt nie patrzy, nikt się nie przejmuje. Jeśli jutro rano wyniosą go nogami do przodu, jedyną reakcją będzie narzekanie, że blokuje przejście.

Barman to wysoki, spocony kawał mięsa z twarzą pociętą licznymi zmarszczkami. Wyciera szklankę z furią godną Syzyfa w brudnym fartuchu. Ta szklanka nigdy nie będzie czysta, tak jak to miasto nigdy nie zmyje z siebie grzechu, ale on musi ją trzeć. Robi to, by nie zwa­riować od świadomości, że jego głaz co­dziennie stacza się prosto do zlewu pełnego pomyj.

Jest i on. Dean. Siedzi przy barze nieruchomo, wrośnięty w blat jak rak w zdrową tkankę. Jego cień pełznie po ścianie, tłusty i czarny, nie­możliwy do zgubienia. Spojrzenie utkwiło w jednym punkcie, ale nie ma w nim nic, co mogłoby świadczyć o zaangażowaniu. Podnosi gło­wę, gdy podchodzę.

– Kurwa, czekanie na ciebie to jak powol­ne odliczanie do śmierci.

– Ciebie też miło widzieć. Ciesz się, że w ogóle jestem.

Siadam obok, palce stukają o blat; cicho, bez pośpiechu.

– Podwójna, z lodem – rzucam do barma­na.

Mężczyzna kiwa głową, wystarczająco, by wszystko było jasne, po­tem odkłada swój głaz gdzieś pod ladę. Kostki lodu strzelają w szklan­ce jak drobne fajerwerki. Wypijam zawartość naraz. Bez namysłu, bez zastano­wienia. Znika szybciej, niż zdążę mrugnąć.

– No dobra. To gdzie odbiór nagrody?

– Hotel CrumenaticRebuss. Technicy już są na miejscu. Mercer dojedzie do nas.

Diana Mercer. Patolog. Królowa kostnicy, zawsze tam, gdzie krew jest jedynym dowodem istnienia. Tam, gdzie nadzieja wykrwawiła się dawno temu, a jedyne, co zostaje, to lodowate milczenie stalowego stołu. Nie mam złudzeń, to miejsce to kolejna stacja drogi krzyżowej, na której nikt nie zmartwychwstanie.

– To ten na przedmieściach?

– Tak. Ten, który od dawna powinien być zrównany z ziemią.

– Ofiara?

– Nie wiem. Albo nie pytałem.

Nic nowego. Ten sam, stary, śmierdzący cyrk.

– Gotowy? – pytam.

– Daj mi chwilę – prosi, a w jego głosie pobrzmiewa cień czegoś, co kiedyś było zmęczeniem, a teraz jest już tylko rezygna­cją.

– Miałeś ich wystarczająco dużo.

– Masz jeszcze sumienie, człowieku? – pyta, a ten żart brzmi jak suchy kaszel gruźlika.

– Miałem – odpowiadam cicho.

Dean uśmiecha się, ale to nie jest uśmiech. To tylko zewnętrzna re­akcja, coś wyćwiczonego. Krzywy grymas, który nie mówi nic. Wolno dopija resztki, jakby ten ostatni łyk miał dla niego jakieś znaczenie. Wkładam papierosa do ust, zaciągając się na sucho; to tylko odruch.

Drzwi za nami zamykają się z cichym, tłumionym dźwiękiem.

Przedstawienie czas zacząć.

Cień, głośniejszy od krzyku

 

Opona ślizga się po krawężniku, wydając przerywany dźwięk. Sil­nik drga, dławi się, aż w końcu milknie. Przed nami architektoniczny trup, wokół którego krążą radiowozy. Stoją tam nieruchomo jak sępy, które czekają, aż padlina wystarczająco zmięknie, by dało się ją roz­szarpać. Czerwone i niebieskie światła rzygają na mokry bruk, tańcząc w kałużach w rytm jakiejś chorej, zniekształconej melodii.

Zimny wiatr wbija się w skórę, zmuszając ciało do poddańczego skurczu. Deszcz nie tylko pada… on przeszywa to miasto, rozbijając się o mury z furią, jakby chciał zetrzeć Los Angeles z powierzchni zie­mi. Beton pęka pod jego pięściami. Woda na ulicach nie ma już gdzie uciekać. Rynny rzężą, zapchane brudem, a ścieki wylewają się na chodniki, niosąc ze sobą cały syf, który miasto próbowało ukryć w ka­nałach. Każdy krok to walka z błotnistą mazią, która wchodzi w buty, wchłania się w pory skóry, aż staje się częścią mnie. Czuję, jak ten brud powoli zastępuje moją krew.

Unoszę wzrok. To nie budynek, to monument porażki. Wciśnięty w wąską uliczkę, zdaje się podtrzymywany przez sąsiednie ruiny tylko po to, by proces gnicia był bardziej widowiskowy. Tynk odpada płata­mi, odsłaniając gołe, ceglane mięso murów. Rdzawe rynny zwisają ni­czym połamane, przegniłe kości, niezdolne już utrzymać ciężaru tego całego nieszczęścia. Okna? To tylko czarne, puste oczodoły. Wygląda­ją jakby mrok, który w nich mieszka, wypalił wszystko, co kiedykol­wiek miało tam jakąś wartość.

Czas nie tylko odcisnął tu piętno. On tu dokonał egzekucji. Miej­sca takie jak to nie mają już nic więcej do zaoferowania poza gorzką lekcją o tym, że nic nie trwa wiecznie.

Dean przełyka ślinę, a dźwięk ten wydaje mi się nienaturalnie gło­śny. Chowa dłonie głęboko w kieszeniach, jakby szukał tam resztek odwagi albo chociaż papierosa, który nie zamókł. Szuka czegokol­wiek, co nie byłoby tą beznadzieją, która nas otacza. Daremny trud. W tym mieście nie ma już bezpiecznych schronień.

– Pora zobaczyć, kto tym razem był na końcu kolejki – burczy.

W tej zgniłej ciemności nocne światła ledwie zarysowują kontury ulicy, jakby miasto wstydziło się pokazać swoją prawdziwą twarz. Przy wejściu gnije młody policjant. Mokra kurtka oblepiła go jak druga, nieszczęśliwa skóra, nasiąknięta nocą i cudzym pechem. Prostuje się na nasz widok, odruchowo, choć obaj wiemy, że hierarchia w tym miejscu nie istnieje… Jest tylko ten, który jeszcze stoi, i ten, który już leży. Chłopak ucieka myślami gdzieś daleko, pewnie do świata, w któ­rym krew nie miesza się z deszczówką, ale nasze spojrzenie brutalnie ściąga go z powrotem.

– Dach – rzuca krótko, zanim zdążę splunąć pytaniem.

Zatrzymuję się przed drzwiami, przez chwilę tylko patrzę na nie. To chyba odruch, który nie ma sensu. Albo ma? Nie wiem. Poczułem coś… Zgrzyt w głowie, który zawsze pojawia się, gdy jesteś na roz­drożu. To jak niewielka przerwa w oddechu, moment zawahania się, kiedy nie wiesz, czy to, co odczuwasz, to strach, czy tylko rutyna, któ­ra w końcu daje o sobie znać. Instynkt krzyczy: zawróć!Wyje jak syrena alarmowa w pustej fabryce. Słyszę to wyraźnie, niemal jak szum poja­wiający się zawsze w takich chwilach, kiedy trzeba podjąć decyzję, ale wiem, że nie zawrócę. Nie zastanawiam się dlaczego. Może nie potra­fię już uciekać od tych rzeczy. Może nawet nie chcę. Instynkt nie pije kawy o trzeciej w nocy, nie pali papierosów i nie wchodzi do tego za­pomnianego miejsca… przynajmniej nie w tym momencie. Mój in­stynkt dawno zdechł, a ja tylko niosę jego zwłoki na plecach.

Hotel Crumenatic Rebuss. Nawet jego nazwa brzmi jak żart, ale nie taki, który śmieszy. Raczej ten, który przyprawia o ból głowy. Sta­ry, zapomniany kawałek miasta, który kiedyś musiał mieć znaczenie, ale teraz symbolizuje tylko upadek.

Przekraczam próg i dostaję w twarz stęchlizną. Jest mokra, ciężka, wgryza się w gardło jak kwas, który chce wypalić mi płuca od środka. Ściany chłoną wilgoć od dekad, a powietrze smakuje jak porażka do­prawiona kurzem, ale pod tym wszystkim czai się ten drugi zapach. Mdlący, słodkawy, jak wiązanki pogrzebowe rzucone do rowu. Ten swąd jest tu gospodarzem, wmurował się w fundamenty, stał się DNA tego miejsca. Chłonę go, mimo że nie chcę.

Ściany są pomarszczone, przypominają skórę starca. Każde rysa to blizna. Szary nalot czasu zalega na wszyst­kim: me­blach, oknach, moich dłoniach. To grube warstwy brudu, ale nie na tyle, by nie wyczuć pod nimi każdej zmarszczki tej architektury zła.

W tym śliskim od nieczystości powietrzu doświadczam, jak płuca robią się ociężałe, a oddech staje się płytszy.

Pod butami deski jęczą i zgrzytają niczym wyschnięte piszczele po­zbawione szpiku. Kiedy stawiam krok, jedna z nich wydaje z siebie przeciągły skowyt, jakby protestowała przeciwko samemu faktowi ist­nienia. Latarka w moich drżących rękach rzuca wąskie, chorowite światło, które ledwo radzi sobie z mrokiem.

Cienie pełzną po framu­gach, wspinają się na sufit jak chude, dra­pieżne palce, które nie tyle zapraszają, ile chcą wciągnąć mnie w głąb tej padliny. Nie wskazują mi drogi. One przypominają, że każdy krok w głąb tego hotelu to krok w głąb wszystkiego, o czym wolałbym za­pomnieć przy zimnej whisky w Point Ice. Mój własny cień odrywa się od ścian i rusza mi na spo­tkanie. To jedyny stary znajomy, jakiego tu mam, bo on, w przeciwień­stwie do mnie, stąd pochodzi.

Chłodny dreszcz przenika mnie na wylot. To nie kwestia tempera­tury. To coś osiada tam, gdzie nic już nie grzeje, tam, gdzie dawno wy­gasło światło. Wchodzi pod skórę, owija się wokół kręgosłupa i zaci­ska. Aż do kości.

Lada recepcyjna to tylko spróchniałe, porysowane ścierwo uginają­ce się pod ciężarem zastygłego powietrza. Na blacie spoczywa stary dzwonek. Za­kurzony relikt czasów, gdy ktoś tu jeszcze na kogoś cze­kał. Doty­kam go, ale on milczy. Jest niepotrzebny jak sumienie w tym mieście.

Obok, na ścianie, dogorywa stary zegar wahadłowy. Wskazówki, sklejone brudem i obojętnością, zastygły w jednej, wiecznej chwili. Czas podciął sobie tu żyły i wykrwawił się na amen. Dziurawy dywan, niegdyś pewnie czerwony jak świeża krew, teraz jest tylko szarą, wytar­tą szmatą, która straciła nawet prawo do posiadania koloru.

– Cholera – wydusza z siebie Dean.

Zerkam w jego stronę.

– Co znowu?

– Nic. Tylko się zastanawiam, czy kiedykolwiek było tu życie.

– Kiedyś. Zanim Bóg o nim zapomniał.

Dean wzdycha, patrząc na tę ruinę, jakby szukał w niej sensu.

– A teraz?

– Teraz to tylko zapomniane śmieci. Przynajmniej nie musimy się martwić o świadków.

– No, to akurat cholerna prawda… – Uśmiecha się, ale w jego oczach nie ma radości. Jest tylko suchy, cyniczny blask człowieka, któ­ry widział już zbyt wiele końców świata.

Schody. Każdy stopień niesie echo, które odbija się od ścian jak wyrok. Mimo ciemności i ciszy czuć ten dziwny opór… coś, co pró­buje mnie zatrzymać, a jednocześnie pcha mnie prosto w paszczę tego miejsca. Nie wiem, co to jest. Szczerze mówiąc, boję się, że za chwilę się dowiem.

Pierwsze piętro. Widać zarysy starych drzwi, które prowadzą do pomieszczeń, pamiętających czasy, gdy ktoś tu jeszcze mieszkał, żył. Teraz to tylko puste wnętrzności. Patrząc na to wszystko, mam wraże­nie, że ktoś po prostu zgasił światło i odszedł, zostawiając resztę na pożarcie.

Drugie piętro. Nagle trzask, jakby coś pękło głęboko w trzewiach tej ruiny, dźwięk suchy i ostateczny jak łamana kość. Rozglądam się, ale widzę tylko zgliszcza i cienie, które bawią się w chowanego z moją latarką. Z sufitu, przez dziurę ziejącą jak rana postrzałowa, spada gala­retowata kropla. Mikstura oleju, wody i brudu. Obserwuję, jak rozpry­skuje się na posadzce, tworząc mały, czarny wszechświat. Każdy mój krok zostawia ślad w tym syfie. Pył unosi się, zagęszcza w powietrzu, a ja wciągam to cholerstwo do płuc, wiedząc, że ta martwota powoli osadza się we mnie na stałe.

Na ostatnim półpiętrze koczuje kolejny mundurowy. Jego sylwetka rozmywa się w mroku, jakby on sam stawał się częścią tego hotelu. Mundur nie chroni przed tym, co tu mieszka, przed tym beznadziej­nym wyczekiwaniem na chwilę słabości. Patrzę na jego twarz, na każ­dą zmarszczkę wyrytą przez apatię. Jego oczy to dwa wypalone ekra­ny, nie ma w nich nadziei, nie ma pytań. On wie, że w tym mieście od­powiedzi i tak nikogo nie ratują.

– Wejście na dach? – pytam.

– Tam. – Wskazuje ręką kierunek. – Stara szklarnia.

Szklarnia na dachu tego grobowca. Świetny dowcip.

Kiwam głową bez słowa.

 

Docieramy do drzwi. Kieruję wzrok na metalową klamkę. Moja dłoń, mimo że niepewna, wyciąga się, ale nie od razu jej dotykam. Za­trzymuję się. To nie odruch. To coś innego, coś, czego nie potrafię wytłumaczyć.

– Będziesz się modlił do tych drzwi?

– Spieprzaj.

– Serio, wyglądasz, jakbyś zaraz miał uklęknąć i zacząć cmokać tę klamkę w oczekiwaniu na cud.

– Lepiej klęczeć, niż stać jak dureń i się gapić.

– Czyli teraz jestem durniem?

– Ty to powiedziałeś, nie ja.

– Pieprz się, Howard.

Gdy ją chwytam, chłód przenika moje palce. Dociskam. Napieram. Zawiasy odpowiadają oporem na moją siłę. Zgrzyt. Metalowe drzwi drgnęły o milimetr, a dźwięk zaczyna rezonować w powietrzu niczym paznokcie szorujące po tablicy.

– Śniadanie ci nie weszło, czy jak? – Dean parska, patrząc na moją walkę z materią.

– Zrób to sam, skoro jesteś taki cwany.

– Ledwo się trzymam, ale przynajmniej nie robię z siebie idioty.

– Ty byś ich nawet nie ruszył, gdybyś miał w ręku laskę dynamitu.

Wdech, wydech. Przyciągam nogi i z całej siły dociskam barkiem. Zawiasy trzeszczą. Drzwi w końcu ustępują z lekkim, przeciągłym ję­kiem, który przypomina skowyt starego zwierzęcia, które zdało sobie sprawę, że każdy kolejny ruch tylko pogłębia ból. Wilgotny podmuch w końcu przynosi świeże powietrze, rozpraszając smród wewnątrz.

Krople bębnią w dach, pryskają na boki, nie dając chwili wytchnie­nia. Odgłos przypomina miliony drobnych uderzeń w te same miej­sca, jak nieustający szept, który przenika przez skórę. Specjalistyczne światło lamp, zimne i surowe, ślizga się po powierzchni, odbijając się w wodnych zagłębieniach.

Technicy w tych swoich białych kombinezonach wyglądają jak sta­do sterylnych hien żerujących na trupie nocy. Ich zakapturzone syl­wetki zlewają się z szarością mgły, a kroki, choć ciche, niosą się w tej pustce nienaturalnie głucho. Nie zważają na wodę spływającą im po twarzach i maskach. Cienie wokół nich tańczą nieśpiesznie. Każdy ich ruch zostawia plamę, która natychmiast znika pod kolejną kroplą.

Deszcz, ten bezlitosny skurwiel, zmywa ostatnie dowody z radosną obojętnością. W kałużach tonie prawda, a deszcz zaciera przeszłość szybciej, niż oni są w stanie ją zabezpieczyć.

Na krawędzi dachu stoi szklarnia. To już nie miejsce. To skarlała narośl, pasożyt wrośnięty w ciało budynku. Wygląda jak pomnik po­stawiony ku czci rozkładu. Szkło to teraz matowa powierzchnia, pełna pęknięć. W niektórych miejscach cała szyba wyleciała, pozbawiając ją resztek sensu. Ta konstrukcja nie odbija światła, ona je pożera, dła­wiąc każdy promień w swoich czarnych trzewiach. Korozja przeżarła metalowy szkielet do szpiku, zrastając się z budynkiem w jeden wielki, ropiejący strup. Spróbuj go zerwać, a cały ten pierdolnik rozpadnie ci się w rękach, odsłaniając tylko więcej ciemności.

Drzwi? Jeśli kiedyś w ogóle istniały, to teraz są tylko fantomowym bólem tego wejścia, powidokiem po świecie, który miał jeszcze jakieś zasady. Wchodzę w tę ruinę, a każdy mój krok to wyrok wydany na rozbite szkło. Chrzęst pod butami brzmi jak mielenie zębów, a powie­trze uderza w płuca fetorem starej ziemi i zaawansowanego gnicia. To zapach zapomnianych krypt, w których czas zdechł i nikt nie pofaty­gował się, by go pochować. Roślinność, dzika i chora, wpełzła na sto­ły, dusząc je w uścisku, który nie ma w sobie nic z życia. Te uschnięte pnącza wyglądają jak szponiaste dłonie potępieńców, zastygłe w ostat­nim, desperackim geście.

W samym sercu tego rozkładu, na ołtarzu z przegniłej ziemi, leży ona… kobieta. Twarz zastygła w wyrazistym spokoju, jakby pozwoliła so­bie na chwilowy odpoczynek. Grymas na jej ustach nie jest tym, który moż­na zobaczyć na twarzy osoby zadowolonej, ale taki, który pozo­staje po czymś, czego nie da się cofnąć, nie da się napra­wić.

Uśmiech jest wykrzywiony, nienaturalny, nieproszony. Wypełniony udręką, która z trudem próbuje udawać beztroskę. Przypomina porce­lanową maskę arlekina. Gładką, nieruchomą, z tym przymuszonym uśmiechem, który można kupić w sklepie z koszmarami albo, co gor­sza, w gabinecie osobliwości.

Skóra na policzkach jest gładka, pozbawiona każdego śladu życia. Spoczywa na niej blask, ale to nie połysk zdrowia. To efekt cudzych rąk, które zadbały o każdy szczegół. Włosy, czarne jak atrament, nie są już miękkie, ale sztywne, splątane z resztkami liści. Przylegają do skóry, nieruchome, jakby były połączone z nią na stałe. Każde pasmo wydaje się pozbawione lekkości, zbyt nieznaczące, by ktoś chciał się nimi zająć.

Sukienka? To po prostu czarna dziura w kształcie ubrania. Materiał nie tyle ją okrywa, ile pożera, zlewając się z mrokiem tak skutecznie, że ofiara wydaje się jedynie cieniem rzuconym przez samą śmierć na ten betonowy dół.

Jednak to nie sukienka przyciąga uwagę.

Nie włosy.

Nawet nie ta chora sceneria. To pozycja.

Sztywna, nienaturalna. Ułożona starannie, niemal teatralnie, jak po­stać w martwym przedstawieniu. Ręce rozłożone w taki sposób, który wyklucza przypadek. Palce ma lekko rozstawione, jakby jeszcze chwilę temu czegoś dotykały.

Głowa odchylona. Usta lekko uchylone. Brak w nich przestrzeni na dźwięk. Nie zdążyła krzyknąć, a może wcale tego nie chciała. Oczy są zamknięte, ale nie wyglądają na przekonane, że to już koniec. Ciało, choć martwe, zdaje się czekać. Na coś, czego nie będzie. Na moment, który już minął. Albo nigdy nie istniał. Zamrożone w swojej ostatniej chwili. Uwięzione w pamięci śmierci. Widziałem już sporo. Za dużo, by jeszcze wierzyć w jakikolwiek porządek tego świata. Ciała porzuco­ne, zostawione w pośpiechu, za­pomniane. Niektóre z nich rozczłon­kowane, inne brutalnie zbez­czeszczone, pozbawione wszystkiego, co mogłoby je kiedyś określać. Żadne z nich nie zachowało resztek god­ności. Śmierć jest brudna, chaotyczna. To coś, co nie daje się okieł­znać. Jest jak burza, której nie sposób przewidzieć ani kontrolować.

Tylko że tu… w tej scenie coś nie pozwala mi spokojnie oddychać. To nie jest zbrodnia, to manifest. Coś, co nie ma w sobie przypadko­wości ani zawirowania. Jest jak pokaz siły jak wyraz czyjejś władzy. Brakuje tu chaosu. Brakuje tego pośpiechu, który towarzyszy zwykłe­mu morderstwu. Jest tylko chłodna kalkulacja, gdzie każda czynność ma swoje miejsce i cel. I tomilczenie, które wręcz wrzeszczy. Pochła­nia dźwięk, każdą emocję, tłumiąc wszystko wokół. Jakikolwiek szcze­gół, każda linia ciała, kąt, w którym leży, mówi o zdominowaniu.

To przestało być ciałem. Stało się elementem większego planu. Eksponatem, uwięzionym w szklanej witrynie. Jest dziełem sztuki, któ­re bezlitośnie obnaża prawdę, zmuszając nas do zrozumienia czegoś, czego jeszcze nie potrafimy nazwać.

Co to jest? Tego jeszcze nie wiem. To wiadomość, zaszyfrowana na martwej tkance, której nie wolno zignorować. Kobieta stała się nośni­kiem, a śmierć zaledwie jednym z puzzli w układance, którą ktoś celo­wo rzucił nam pod nogi.

Nagle klik. Błysk flesza przecina ciemność, chwilowo wypełniając pomieszczenie blaskiem, a przez tę krótką chwilę wszystko staje się wyraźniejsze, bardziej rzeczywiste. Świat zostaje zalany białą pustką, tylko po to, by po chwili wrócić do swojego naturalnego stanu: szaro­ści, brudu i tej dusznej atmosfery.

Kryminalistyk wkracza w swoje rytmy, porusza się szybkim, pew­nym krokiem. Ręce działają na autopilocie, nie ma zaskoczenia, nie ma niepokoju. To jest praca, którą wykonuje codziennie. Każdy detal musi zostać uchwycony, każdy moment musi zostać zatrzymany na zdjęciu. Klik. I kolejny błysk. Na moment wszystko nabiera ostrości. Ciemna otchłań odsłania rąbek swojej tajemnicy, zaprasza, by poznać coś, czego nie powinno się nigdy zobaczyć. Zanim zdążę się oswoić, znów nadchodzi półmrok, wszystko znika w cieniu, a pytania pozo­stają bez odpowiedzi.

– Elegancko to wygląda – rzuca Parker. Ten facet ma empatię za­rdzewiałej puszki po konserwach. Elegancja to ostatnie, co przycho­dzi mi na myśl.

– Mamy coś? – pytam.

Parker przesuwa językiem po zębach, wzdycha.

– Na razie? Nic konkretnego.

Czeka na kolejne pytanie, więc je zadaję.

– Tożsamość ustalona?

– Jeszcze nie. Nie miała przy sobie dokumentów ani telefonu.

– A miała cokolwiek?

– Kartę…

– Kredytową? – pytanie wychodzi automatycznie.

Kręci głową.

– Chyba do tarota. Trzymała ją w ręku.

Patrzy na mnie, czekając, aż coś powiem. Tylko że nic nie przycho­dzi mi do głowy.

– Co dokładnie?

– Coś z zegarem. Nie znam się na tym.

Coś mi zaczyna zgrzytać, jak mechanizm, który odmówił dalszej współpracy. Tarot to wróżby, mistyka, fatum. A to miejsce jest zupeł­nie inne. Tu nie ma miejsca na metafizykę ani sny.

– Kto ją znalazł?

Parker odkłada aparat, mierzy mnie spojrzeniem.

– Oficjalnie? Nikt.

Marszczę czoło.

– Nikt?

– Ktoś zadzwonił na numer alarmowy, podał adres i powiedział, że zostawił ciało. Potem się rozłączył.

– Zostawił? – powtarzam wolno. – Jak paczkę?

– Tak podano w zgłoszeniu.

– Kto miałby tu przychodzić? Bezdomni? Złomiarze?

– W taką pogodę? Wątpię – odpowiada.

– Numer da się wyśledzić w systemie?

– Wszystko jest w rejestrze.

Zaciskam szczękę. Ten, kto dzwonił, nie natknął się na ciało. On je tu przyniósł, a potem wyreżyserował cały ten chory spektakl.

– Jakieś ślady? Odciski? Cokolwiek?

– Nic, co by nam pomogło. Żadnych oczywistych tropów. Ktoś po sobie posprzątał. Jeżeli chodzi o kartę, to będzie do waszej dyspozycji po południu, a nawet i szybciej.

Wracam wzrokiem do ofiary. To nie jest zwykła martwa twarz. To magnes, który wciąga mnie w głąb jej udręki. Przełykam ślinę, ale to nie pomaga. Gęstniejąca w gardle gula dusi mnie tak samo, jak ten wy­muszony, porcelanowy uśmiech, który zdaje się drwić ze mnie.

Do szklarni wchodzi Mercer. Jej obecność jest jak fałszywy akord uderzony w samym środku Eroiki Beethovena, jakby heroiczny marsz nagle zamienił się w piskliwy, drwiący dźwięk.

Wbrew wszelkim oczekiwaniom Mercer nie ma na sobie klasyczne­go, profesjonalnego stroju, który pasowałby do kogoś, kto zawodowo grzebie w cudzych nieszczęściach. Dziś wystąpiła w jasnej, zdecydo­wanie zbyt jasnej, sukience w kwiaty. Te pstrokate, wrzaskliwe kolory tną mrok szklarni jak zardzewiałe ostrze. To wzór, który pasuje do nadmorskiego kurortu, do słońca, którego nie widzieliśmy od kilku dni, a nie do tego cmentarza roślin i wilgotnego smrodu degeneracji. Mercer wygląda jak kolorowy defekt na czarno-białym zdjęciu z kost­nicy. Ten widok nie przynosi nadziei, on tylko bardziej uwypukla total­ny bezsens wszystkiego, w czym tkwimy po uszy.

Patrząc na nią, nigdy bym nie zgadł, że ta kobieta jest specjalistką od katalogowania zwłok. Ma w tym doświadczenie, owszem, ale jej strój krzyczy, że na chwilę zapomniała, w jakim bagnie przyszło nam żyć. Do tego te włosy. Miedziana, rozczochrana szopa upięta byle jak, jakby przed chwilą wypadła z łóżka. Coś w tym wszystkim sprawia, że jej wygląd wydaje się maską, którą założyła, by ukryć swój prawdziwy stan. Gdy wchodzi, nie patrzy na ciało z typową obojętnością. Jej oczy są przesadnie szeroko otwarte. Stara się nie przeoczyć żadnego szcze­gółu. Mimo że zachowuje spokój, coś w jej postawie zdradza zmęcze­nie. Jej ramiona są lekko opuszczone, kroki powolne. W końcu łaska­wie zauważa naszą obecność, a jej wzrok mówi wyraźnie: wy też tutaj? Jaka szkoda, że jeszcze nie leżycie obok niej.

– Przepraszam was, jestem dziś wyjątkowo rozkojarzona. Najpierw skończyła mi się kawa, a potem przez pięć minut szukałam kluczy, które miałam w kieszeni.

Pauza, krótka i wymowna, podsuwa myśl, że jej słowa nie mają związku z tym, gdzie jesteśmy i co właśnie robimy. Głos ma technicz­ny, rutynowy, ale jej twarz mówi, że nie jest tu w pełni obecna.

Wzdycham, niby przypadkiem, ale Dean i tak obraca głowę. Nie rozumiem jednego: jak ktoś taki może zajmować się zwłokami? Czy ona ma jakieś poczucie wagi sytuacji? Czy to tylko moja frustracja? Osta­tecznie to nie ma żadnego znaczenia, ale… coś w tym wszystkim mnie drażni. To chyba jej sposób bycia. Wszystko, co tu się dzieje, nie robi na niej żadnego wrażenia. Martwe ciała traktuje jak coś obcego, niewartego uwagi.

Dean, który nigdy nie potrafi usiedzieć spokojnie, wskazuje na nią palcem, a w jego głosie słychać już tę ironię, którą z siebie wydusza.

– I to ona ma ustalić, co się tu wydarzyło?

– No tak, bo pan Howard Laamesth’on i pan Dean Harlow zawsze zaczynają dzień od bycia chodzącymi ideałami – odgryza się Mercer, nawet na nas nie patrząc.

– Dla niej to już bez znaczenia – mówi Dean.

– Dlaczego?

– Bo to jej ostatnia noc.

– Mówisz to tak, jakbyś już ją sprzedał. Może w takim razie powin­nam wprowadzić do swojej oferty zwłoki na wynos?

– Niezły biznes – rzuca z ironią.

Słucham tego festiwalu żenady i czuję, jak pulsuje mi skroń.

– A może skupcie się na tej, której naprawdę nie przeszkadza nasza obecność? – podsumowuję ostro, patrząc na nich oboje.

Mercer patrzy na nas z obojętnością godną kogoś, kto od lat jada śniadanie w towarzystwie otwartych klatek piersiowych. Mruczy coś pod nosem, cicho, niewyraźnie. Z początku myślę, że to przekleństwa rzucone pod naszym adresem, ale w jej słowach nie ma nienawiści. To szept beznamiętny i suchy jak szelest starego pergaminu. Zanim zdążę zapytać, mówi dalej:

– Dobrze, spójrzmy na naszą ofiarę – rzuca, jakby zapraszała nas do obejrzenia pękniętej rury w piwnicy.

Zaczyna naciągać lateksowe rękawiczki. Guma skrzypi złośliwie, rozrywając martwotę szklarni. Każdy jej ruch jest tak powolny, wypra­ny z jakiegokol­wiek napięcia. Mercer nie czuje ciężaru tej chwili, bo dla niej śmierć to tylko kolejna biurokratyczna przeszkoda w drodze do domu. Kuca obok ciała, a ja widzę w jej oczach czystą, krystaliczną apatię. Jednym, niemal brutalnym w swojej niedbałości ruchem odgar­nia mokre włosy z twarzy dziewczyny. Jej palce suną po zimnej skórze szyi i nadgarst­ków z nudną pewnością siebie. Nie szuka życia… szuka jedynie po­twierdzenia, że rozkład postępuje zgodnie z harmonogra­mem. Krzy­wi się na chwilę, ale to tylko lekki grymas, przypomina bar­dziej od­ruch niż reakcję na coś naprawdę nieprzyjemnego.

– Co ją zabiło? – wyduszam z siebie.

Wzdycha. Unosi brwi i patrzy na mnie, jakby tłumaczyła dziecku, że świat jest niesprawiedliwy. Celebruje to milczenie, karmiąc się moją narastającą irytacją.

– Nie wiem – odpowiada w końcu.

Może powinna spytać kart tarota, skoro już jesteśmy w klimacie.

– A można konkretniej? – warczę.

– Eh… Jeśli coś tu jest, nie zobaczymy tego gołym okiem.

Cudownie. Krążymy wokół tego samego.

– Czyli zabieracie ją na sekcję? – pytam, choć to pytanie retorycz­ne, puste jak obietnice ratusza.

– Nie ma innej opcji. Trzeba to sprawdzić dokładniej. Na razie nie mam pojęcia, co wam powiedzieć. Zgadywać też nie chcę.

Nie mam pojęcia… Smakuję te słowa w myślach. To nie jest tylko przyznanie się do niewiedzy. Bardziej odsunięcie problemu na później. Obserwuję Mercer, próbując wyczytać z niej cokolwiek. Tylko że nic tam nie ma. Tylko rutyna, ale może tak właśnie powinno być? Może przychodzi ten moment, kiedy albo się oddzielasz, albo zaczynasz śnić o tych twarzach po nocach. Jak ja…

– Cierpliwość nie jest twoją mocną stroną, co? – rzuca Dean, prze­ciągając się jak znudzony kot.

Mercer nie reaguje. Wciąga powietrze nosem, marszczy brwi. Coś w jej wyrazie twarzy się zmienia.

– Czujecie to? – jej głos jest cichy, ale pełen napięcia.

Patrzę na nią, nie do końca wiedząc, o co jej chodzi.

– Co?

Bierze kolejny wdech, smakując powietrze, próbując wyłowić z nie­go coś konkretnego.

– Słodki zapach… ale w ten zły sposób. Jak przejrzałe owoce. Ze­psuty miód. Coś, co kiedyś pachniało dobrze, ale teraz… gnije.

To zapach kłamstwa. Tak właśnie pachnie inscenizacja, kiedy usiłu­je udawać tragedię.

Dean przewraca oczami, po czym teatralnie wciąga powietrze.

– Nic nie czuję – po chwili dodaje. – Może tego nie widzisz, ale wszystko tutaj jest zgniłe. Co nie Parker?

Technik kiwa głową i wraca do robienia zdjęć.

Mercer przygryza wargę. Nie wygląda na przekonaną. Palce, scho­wane w lateksowych rękawiczkach, zaciskają się kurczowo, jakby stara­ła się powstrzymać od sięgnięcia po coś, czego nie powinna dotykać.

– Może mi się wydawało – mruczy w końcu, ale w jej tonie nie ma cienia pewności.

Sięgam do kieszeni, wyciągam papierosa. Stukam nim w zapalnicz­kę. Pstryk. Płomień rzuca krótką, ciepłą smugę światła. Zaciągam się mocno. Dym gryzie w płuca. Nie kaszlę. Dawno przestałem.

– Co myślisz? – pytam Deana.

Rozgląda się leniwie po szklarni. Brudne szyby, splątane rośliny, cienie wciskające się w kąty jak obecność, która na coś czeka. I ona. Leży bez ruchu jak lalka starannie ustawiona przez kogoś, komu spra­wiło to chorą satysfakcję.

– Zbyt przemyślane – odzywa się w końcu. – Ktoś chciał, żebyśmy znaleźli ją dokładnie w takim stanie.

– Tylko po co?

Dean ponownie spogląda w stronę ofiary, na jej rękę odchyloną jak w teatralnym geście.

– To wszystko jest… popieprzone – mówi cicho, z lekką niepew­nością. – Wygląda na starannie zaplanowaną ekspozycję, a nie miejsce zbrodni.

Czuję, jak papieros parzy mnie w palcach. Strzepuję popiół, wy­puszczam dym. Unosi się, rozmywa w półmroku.

– Myślisz, że to przedstawienie? – dopytuję.

Dean nie odrywa wzroku od ciała.

– Nikt tak nie umiera.

Ma rację. Śmierć to zazwyczaj bełkot, krew i gówno, a nie symetria i estetyka. Ta poza, ta kompozycja… to jest chore. Czuję, jak kark mi sztywnieje. Ten instynktowny sygnał, że właśnie wdepnęliśmy w coś, co nas przerośnie.

– Bez dwóch zdań – przyznaję, gasząc peta butem. – Ale na razie mamy więcej pytań niż odpowiedzi.

– Zbieramy się?

Nie protestuję. Nic tu nie gra. A jednak… ktoś to zaplanował.

Odwracamy się i ruszamy, a z każdym następnym krokiem szkło coraz głośniej zgrzyta pod butami.

Ponownie znajdujemy się w tym przeklętym hotelu. Gdzieś w po­łowie drogi coś słyszę. Zatrzymuję się na ułamek sekundy, nasłuchu­jąc dalszego planu. Wiatr? Szczur? A może coś innego? Dean nie re­aguje. Może nie słyszał. Może nie chce słyszeć.

Idziemy dalej, mijając kolejne korytarze. Światło latarki nie nadąża. Rozlewa się po ścianach, po czym niknie w ciemności. Drzwi pokoi są zamknięte. Na ich powierzchni widać niezliczone ślady dłoni. Smugi kurzu, zarysowane dotykiem. Kiedyś ktoś je otwierał, ale teraz już nikt nie chce o nich pamiętać.

Idę pierwszy. Jeszcze chwila. Kilka sekund. Wreszcie odetchnę po­wietrzem, które nie śmierdzi stęchlizną i rozkładem. W holu zwal­niam, wtedy kątem oka dostrzegam coś… Zegar. Ten, który wisiał tu, kiedy wchodziliśmy. Stary, przy recepcji. Dalej wisi, ale… wskazówki tym razem są ustawione na 2:07. To coś znajomego, choć nie potrafię tego nazwać. To jak echo czegoś, co wydarzyło się dawno temu, ale wciąż nie pozwala o sobie zapomnieć.

– Howard? – głos Deana wyrywa mnie z zamyślenia.

Mrugam.

– Co?

– Co jest? – Dean staje obok, nawet nie patrząc na zegar. – Stoisz tu i gapisz się w ścianę, jakbyś dostał udaru.

Nie komentuje. Wzruszam ramionami.

Wychodzimy. Drzwi zamykają się za nami cichym trzaskiem. Na moment zamykam oczy. Wciągam powietrze. Mimo oczekiwań to nie zmywa obrazu, który wciąż mam przed oczyma. W głowie kręci się ta scena: ciało w szklarni, ręce ustawione jak rekwizyt, gotowe do odegrania swojej roli. Wszystko zaplanowane, scenografia przygotowana. Teraz tylko czekać na sygnał. Powinienem już zacząć klaskać?

Wypuszczam dymiący oddech.

– Potrzebuję kawy – stwierdzam.

– Myślałem, że karmisz się cynizmem i złymi decyzjami – rzuca to z ironicznym uśmiechem, ale w jego głosie słychać zmęczenie.

– Tak. Do północy. Teraz potrzebuję kofeiny.

Strząsam krople z płaszcza. Dean idzie za mną.

– Myślisz, że coś znajdziemy o tej porze? – pyta.

– Może. W najgorszym razie zostaje stacja benzynowa.

– Świetnie. Paliwo rakietowe w plastikowym kubku.

Kofeina to jeden z moich olejów napędowych. Nie piję kawy dla jej gorzkiego smaku. Piję ją, żeby nakarmić silnik, który ledwo dycha pod żebrami, tylko po to, by przepchnąć ten złom przez kolejną noc, oszu­kać czas. Bo u mnie jutro zawsze nadchodzi zbyt wcześnie, zawsze smakując tak samo, jak dzisiaj.

Odwracam się do niego.

– Wolisz zostać i pić deszczówkę z dachu? – warczę na niego.

– Masz rację, te pomyje brzmią jak luksus.

Miasto patrzy we mnie tymi swoimi czarnymi ślepiami niczym cy­klop. Nie ma w nim współczucia, jest tylko jedna szklana źrenica, któ­ra czeka, aż mrugnę pierwszy.

– Od trzech dni dzień omija to miasto szerokim łukiem – mówię.

– Mrok wszystko spowalnia. Ludzie zamykają sklepy wcześniej, inni siedzą w swoich czterech ścianach.Tylko stacje benzynowe udają, że nic się nie zmieniło.

– Boją się tak samo, ale ktoś musi sprzedawać to cholerne paliwo.

 

Siadamy w samochodzie. Silnik budzi się do życia. Wypełnia mrok monotonnym pomru­kiem, który staje się tłem dla ciszy między nami.

Odjeżdżamy, zostawiając za sobą zniszczoną sylwetkę hotelu oraz puste okna, które teraz przypominają setki martwych oczu. Stary par­king, zarośnięty chwastami, które walczą o ostatni centymetr kruszą­cego się betonu, powoli niknie w skondensowanej mgle.

Gdy po raz ostatni spoglądam w lusterko, martwy szkielet Crume­naticRebussmigocze w czer­wieni świateł stopu. Półmrok wylewają­cy się z wnętrza budynku nie zostaje jednak w tyle…Zdaje się peł­znąć za nami po szosie, jakby to miejsce nie byłojuż tylko bu­dowlą, lecz głod­nym orga­nizmem, który właśnie wypuścił nas zeswoich łap tylko po to, by rozpocząćpolo­wanienaczarownice.

Przez ułamek sekundy widzę w jednym z okien na piętrze, tam, gdzie nie powinno być już nikogo, bladą, nienaturalnie długą dłoń.

Unosi się powoli, z namaszczeniem, jakby znała wagę gestu lepiej niż my jego konsekwencje. Palce są zbyt cienkie, zbyt spokojne, nie należą do ciała, które wciąż podlega prawom ciepła i krwi.

W tym krótkim ruchu jest coś obrzędowego, jak znak dany tym, którzy zosta­li już wy­brani. Powietrze twardnieje, a milczenie zapada tak głęboko, że aż bolą uszy.

To nie jest ostrzeżenie.

To błogosławieństwo naszej dro­gi do piekła.

Drogi bez powrotu.

Cień wśród Arkanów

 

Miasto w zawieszeniu, między snem a śmiercią. Neony pulsują jak powolne uderzenia serca, rozmyte przez wodne zawirowania. Koloro­we światła odbijają się w kałużach, migoczą, drżą w rytmie mi­jających samochodów. Kilka sylwetek przemyka pod parasolami. Ostatnie noc­ne autobusy toczą się ospale, połykane przez głębię czer­ni. Okna od­bijają twarze ludzi, którzy nie śpią, nie odpoczywają, tylko przemiesz­czają się bez celu.

Mijamy zamknięte bary, z oknami przybrudzonymi kurzem, gdzie plastikowe krzesła wciąż stoją nieruchomo po ostatnich bywalcach. Przygaszone witryny sklepów z niedbale przyklejonymi kartkami z na­pisem zamknięte. Jedne tylko na noc, inne na zawsze. Punkty usługo­we, których nikt już nie potrzebuje. Wypłowiałe godziny otwarcia za­pisane na taśmach, których klej dawno stracił siłę. Niektóre z tych miejsc są martwe od dawna, ale wciąż mają nadzieję, że ktoś do nich jeszcze wróci.

Dean w milczeniu bębni palcami o kolano. Równomiernie, mecha­nicznie. W głośnikach radio szepcze coś o nadchodzącym arktycznym froncie, ale przecież zimno już tu jest.

– Nic tu nie ma.

– Może coś znajdziemy dalej? – rzucam.

– Ostatnia stacja wyglądała, jakby ją zamknęli razem z końcem świata. – Dean przeciera twarz dłonią. – Banner jest za rogiem.

Patrzę na niego z powątpiewaniem.

– Serio? Banner? Tam jeszcze coś działa?

– Chyba że masz lepszy pomysł?

Nie mam.

Zjeżdżam na pobocze, gaszę silnik. Przez chwilę siedzę bez ruchu, ręka nadal na kluczyku, palce spięte.

Wdech, wydech.

Dean pierwszy otwiera drzwi. Chłód przenika do środka, wciskając się w zakamarki ubrań, zderzając się z resztkami ciepła, które nagro­madziło się w aucie. Mruczy coś pod nosem. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy to przekleństwo, czy tylko westchnienie zmęczenia.

Wychodzę za nim na ten zaduch. Pogoda na zewnątrz tylko udaje, że odpuszcza. Teraz po prostu zmienia taktykę, zamieniając powietrze w mokrą szmatę, którą ktoś wciska mi do gardła. Ulica wydaje się pu­sta, ale to też złudzenie. Gdzieś w oddali echo kroków, szum silnika. Podmuch wiatru uderza nagle, szarpie ulotkami przyklejonymi do ta­blicy ogłoszeń. Fruną jak wyrwane strony z dawno zamkniętej historii. Wirują przez krótki moment, zanim opadną na ziemię, rozmoczone, bezwartościowe.

Podnoszę głowę. Great Ten Banner. Nazwa tak samo pretensjo­nalna, jak cała ta dzielnica, która od trzech dni udaje, że brak słońca to tylko przejściowa awaria, a nie wyrok. Światło szyldu drży w ciem­ności, błękitny poblask rozlewa się po chodniku, koślawiąc cienie. Nie muszę widzieć reszty. Wiem, gdzie jesteśmy.

Drzwi otwierają się z lekkim oporem, zawiasy wydają się zbyt zmę­czone, by działać bez protestu. Mały dzwoneczek brzęczy krótko jak system alarmowy w kostnicy. Ciepło otula nas od razu. Lepka fala, która przykleja się do skóry. Pachnie jedzeniem, ale nie tym świeżym. To zapach tłuszczu wchłoniętego w ściany, przypalonej kawy, której zapach kojarzy się bardziej z warsztatem samochodowym niż z kuch­nią. Coś jeszcze. Nuta trudna do uchwycenia, niemal niepokojąca. Pleśń? Nie jestem pewny, czy chcę znać prawdę. Z głośników wycieka coś, co udaje muzykę. To nie jest jazz. To dźwięk rozpadającej się na­dziei puszczony w pętli.

Za ladą stoi kelnerka. Wygląda, jakby ktoś ją tu postawił dziesięć lat temu i zapomniał wyłączyć. Opiera się o blat tak sztywno, jakby jej kręgosłup już dawno zamienił się w zardzewiały pręt. Twarz ma kolor i fakturę tynku w publicznym szalecie. Lakier na paznokciach jest od dawna od­pryśnięty, a fartuch dawno już przestał być śnieżnobiały. Gapi się gdzieś w przestrzeń, ignorując nas z taką pasją, że niemal czuć jej po­gardę do wszystkiego, co jeszcze ma tętno. Patrzę na ze­gar. 5:11. Se­kundnik drga, bije głową w mur, próbuje przeskoczyć na 5:12 i prze­grywa tę walkę co każdą sekundę, jakby czas, podobnie jak krew w jej żyłach, całkowicie zakrzepł.