123 osoby interesują się tą książką

Opis

Lara – królowa na wygnaniu i zdrajczyni – patrzyła, jak jej ojciec podbija Ithicanę, i nie mogła zapobiec katastrofie. Kiedy dowiaduje się, że jej mąż Aren został wzięty do niewoli, wie, że ojciec zachował go przy życiu wyłącznie z jednego powodu – jako przynętę dla zdradzieckiej córki.

A ona całkowicie świadomie zamierza połknąć tę przynętę.

Ryzykując życie na Burzliwych Morzach, powraca do Ithicany, by uwolnić nie tylko króla, ale też całe Królestwo Mostu spod władzy swego ojca, i to przy pomocy jego własnej broni – sióstr, których życie uratowała.

Kiedy jednak Lara i jej towarzyszki opracowują plan uwolnienia Arena z siedziby ojca, odkrywają, że choć do środka nietrudno się dostać, to ucieczka z pałacu wydaje się niemożliwa. Dodatkowo w rozgrywce uczestniczy znacznie większa liczba graczy, niż Lara sądzi, w wojnie zaś o korony, królestwa i mosty wrogowie i sojusznicy nieustannie zmieniają strony. Lecz jej największym przeciwnikiem może się okazać właśnie ten mężczyzna, którego próbuje uwolnić – zdradzony mąż.

Kiedy wszystko, co Lara kocha, jest zagrożone, ona sama musi podjąć decyzję, dla kogo – i dla czego – walczy: dla swojego królestwa, dla męża czy dla samej siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 372

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Danielle L. Jensen

ZDRADZIECKA KRÓLOWA

Przełożyła Anna Studniarek

Kraków 2020

Tytuł oryginału: The Traitor Queen

Copyright © 2019 by Danielle L. Jensen

Cover art

Copyright © 2019 by Audible Originals, LLC

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Anna Studniarek, 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2020

Opracowanie graficzne okładki na podstawie oryginału d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Opracowanie wersji elektronicznej:

Redakcja językowa, korekta i składd2d.pl

WydanieI

ISBN EPUB: 978-83-66173-55-2

ISBN MOBI: 978-83-66173-56-9

Wydawca: WYDAWNICTWO Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

[email protected]

Rozdział 1Aren

Przez trzynaście dni miał zasłonięte oczy.

I kajdany, a czasami również knebel, ale mimo nieustannego pieczenia otarć na nadgarstkach i paskudnego posmaku materiału wciskanego do ust to właśnie niekończący się cień opaski na oczach doprowadzał Arena, byłego króla Ithicany, do szaleństwa.

Bo choć ból był jego starym przyjacielem, a niewygoda wręcz stylem życia, ograniczenie do obrazów, które mógł przywołać jego własny mózg, okazało się najgorszym rodzajem udręki, ponieważ mimo najgorętszych pragnień umysł pokazywał mu tylko wizjetejkobiety.

Lary.

Jego żony.

Zdradzieckiej królowej Ithicany.

Umysł Arena powinny zajmować poważniejsze rozważania, przede wszystkim wymyślenie, jak uciec Maridrinom. Jednak zupełnie nie mógł się skupić na kwestiach praktycznych, gdy przypominał sobie każdy moment spędzonyz nią, próbując nieskutecznie oddzielić prawdę od kłamstwa, rzeczywistość od udawania – choć nie umiał powiedzieć, w jakim celu. Jakie znaczenie miała świadomość, że cokolwiek z tego było prawdziwe, skoro utracili most, jego ludzie już zginęli lub umierali, jego królestwo było na skraju upadku, a wszystko dlatego, że zaufał wrogowi, że gopokochał?

„Kocham cię”.

W myślach widział jej twarz, splątane miodowe włosy, niebieskie oczy błyszczące od łez, które zmywały błoto na jej policzkach.

„Prawda czy kłamstwo?”

Aren nie miał pewności, która odpowiedź byłaby balsamem na ranę, a która znów by ją otworzyła. Mądry człowiek dałby sobie spokój, ale Bóg jeden wiedział, że brakowało mu tej cechy, więc wciąż kręcił się w kółko. Jej twarz, jej głos, wspomnienia jej dotyku pochłaniały, gdy Maridrini wlekli go, szarpiącego się i walczącego, z dala od jego upadłego królestwa. Dopiero kiedy opuścił morze i znalazł się pod rozpalonym niebem Maridriny, jego życzenie się spełniło – zdjęto mu opaskę z oczu.

Życzenia były marzeniami głupców.

Rozdział 2Lara

Lara nie wiedziała, że na Eranahl są lochy.

Bo ciemnej celi umieszczonej w jaskiniach pod miastem na wyspie nie dało się nazwać inaczej. Kamień był śliski od pleśni, a powietrze nieruchome, jednak stalowych krat nie znaczył nawet ślad rdzy. W końcu to Ithicana, a w Ithicanie starannie dbano nawet o rzeczy, których używano rzadko.

Lara leżała na plecach na wąskiej pryczy, cienki koc niezbyt chronił ją przed wilgotnym zimnem, a żołądek kurczył się z głodu, bo dostawała takie same racje jak wszyscy na ­wyspie.

Nie takiego rozwoju sytuacji się spodziewała.

Zamiast przekonać Ahnnę do swojego planu uratowania Arena z łap ojca, za sprawą pokazu umiejętności walki w sali rady uzyskała tylko jedno – została zakuta w kajdany, powleczona przez miasto i wrzucona do tej celi. Ci, którzy przynosili jej jedzenie i wodę, nie chcieli z nią rozmawiać i ignorowali jej błagania, by pozwolono jej spotkać się z Ahnną.

A każdy mijający dzień był kolejnym, w którym Aren pozostawał więźniem w Maridrinie i poddawano go bóg jeden wie jakim torturom.

Jeśli w ogóle żył.

Ta myśl sprawiała, że Lara chciała zwinąć się w kłębek. Chciała krzyczeć z frustracji. Chciała wyrwać się z tego miejsca i spróbować samodzielnie uwolnić Arena.

Ale wiedziała, że to byłoby szaleństwo.

Potrzebowała Ithicany.

Gdyby tylko udało jej się sprawić, by zrozumieli, że też jej potrzebują.

Rozdział 3Aren

– Dzień dobry, Wasza Wysokość – powiedział ktoś, kiedy z oczu Arena zdjęto opaskę.

Aren zamrugał gwałtownie, a po jego policzkach popłynęły łzy, gdy słoneczny blask przeszył jego oczy, oślepiając go tak samo jak wcześniej przepocony materiał. W końcu biel rozproszyła się i ujrzał zadbany różany ogród. Stół. I mężczyznę o srebrnych włosach, opalonej skórze i oczach o barwie Burzliwych Mórz.

Król Maridriny.

Ojciec Lary.

Jego wróg.

Aren rzucił się na drugą stronę stołu, nie przejmując się, że jest nieuzbrojony ani że wciąż ma skrępowane nadgarstki. Wiedział jedynie, że musi zrobić krzywdę temu mężczyźnie, który zniszczył wszystko, co było dla niego ważne.

Jego palce znajdowały się zaledwie o kilka cali od celu, kiedy poczuł gwałtowne szarpnięcie w stronę krzesła. To łańcuch przypięty do pasa trzymał go w miejscu jak psa przy budzie.

– No, no. Nie bądźmy barbarzyńcami.

– Pierdol. Się.

Górna warga króla Maridriny wygięła się z niesmakiem, jakby Aren raczej zaszczekał, niż się odezwał.

– Jesteś taki, jakie było twoje królestwo. Dziki.

„Było”.

Szyderczy grymas zmienił się w uśmiech.

– Tak, Wasza Wysokość. „Było”. Obawiam się bowiem, że Ithicana już nie istnieje, a tytuł jest teraz grzecznością, bez której będziesz musiał się obejść. – Starszy mężczyzna odchylił się do tyłu na krześle. – Jak mamy cię nazywać? „Pan Kertell”? A może, ponieważ jesteśmy w pewnym sensie rodziną i mogę sobie pozwolić na poufałość, „Aren”.

– Gówno mnie obchodzi, jak będziesz się do mnie zwracał,Silasie. Co się zaś tyczy drugiej kwestii, most nie jest Ithicaną.Ja nie jestem Ithicaną. Mój…

– …lud jest Ithicaną. – W oczach Silasa błyszczało rozbawienie. – Śliczne słowa, chłopcze. I może jest w nich prawda. Ithicana istnieje… tak długo, jak istnieje Eranahl.

Aren poczuł ściskanie w żołądku, nazwa jego miasta w ustach wroga brzmiała jednocześnie obco i nieprzyjemnie.

– Cóż to za wielka tajemnica. – Król Silas Veliant pokręcił głową. – A jednak nie jest już tajemnicą.

– Jeśli zamierzasz mnie wykorzystać, żeby wynegocjować poddanie się Eranahl, marnujesz czas.

– Nie marnuję czasu. Ani nie negocjuję. – Silas podrapał się po brodzie. – Prawie wszyscy twoi ludzie zebrali się na jednej wyspie, odcięci od zapasów i bez nadziei na ocalenie. Jak długo wytrzymają? Jak długo, zanim Eranahl zmieni się z twierdzy w grobowiec? Nie, Arenie, nie potrzebuję ciebie, by doprowadzić zniszczenie Ithicany do końca.

Do tego nie mogło dojść. Ktokolwiek dowodził Eranahl, pod osłoną sztormów zacznie przemycać cywilów na zewnątrz. Na północ i na południe. Rzuconych na wiatr.

Ale żywych.

A dopóki żyli…

– Jeśli jestem tak bezużyteczny, dlaczego mnie tu trzymasz?

Silas złożył dłonie przed twarzą i milczał. Serce Arena waliło mu w piersi, z każdym uderzeniem coraz gwałtowniej.

– Gdzie Lara?

Nieoczekiwane pytanie, zwłaszcza że Aren spodziewał się jejtutaj. Z powrotem w Maridrinie. To, że jej tu nie było… Że jej ojciec nie wiedział, gdzie się znajdowała…

„Kocham cię”.

Aren gwałtownie pokręcił głową, kropla potu spłynęła po jego policzku. Lara wbiła mu nóż w plecy, od początku go okłamywała.Nic, co powiedziała, nie miało teraz znaczenia.

– Czy ona żyje?

Poczuł mrowienie niepokoju na skórze, głos Lary odbijał się echem w jego pamięci. „Myślałam, że zniszczyłam wszystkie kopie. To… to pomyłka”. Łzy w jej oczach błyszczały jak klejnoty.

– Twoje domysły są równie dobre, jak moje.

– Pozwoliłeś jej odejść? Czy uciekła?

„Proszę, nie rób tego. Mogę walczyć. Mogę ci pomóc. Mogę…”

– Pozwolenie zdrajczyni na odejście wolno to nierozsądna decyzja.

Jednak taką właśnie podjął. Dlaczego? Dlaczego jej nie zabił, kiedy miał możliwość?

Starszy mężczyzna przechylił głowę. Później sięgnął do kieszeni błyszczącego bielą płaszcza i wyciągnął stamtąd pognieciony, poplamiony arkusz papieru, z którego krawędzi już dawno zniknęły złocenia.

– Znaleziono to przy tobie, kiedy zostałeś przeszukany. Cóż za interesujący dokument. – Silas położył go płasko na stole, pismo Arena ledwie przebijało spod zacieków i plam krwi. – Po jednej stronie ona zdradza mnie. Po drugiej – przewrócił kartkę – zdradza ciebie. Zagadka. Muszę powiedzieć, że nie jesteśmy pewni, co o tym sądzić, szczególnie w połączeniu z waszymi odwiedzinami w naszym pięknym mieście. Powiedz mi: jak myślisz, wobec kogo Lara jest lojalna?

Koszula Arena lepiła mu się do pleców, jego nozdrza wypełniał smród potu.

– Jeśli wziąć pod uwagę obecne okoliczności, powiedziałbym, że odpowiedź jest oczywista.

– Być może na pierwszy rzut oka. – Król Maridriny przesunął palcami po obciążającym kawałku papieru. – Jeśli wolno mi spytać: kto zabił Marylyn?

– Ja. – Kłamstwo opuściło usta Arena, zanim zdążył się zastanowić, dlaczego w ogóle uznał je za konieczne.

– Nie. Nie, wątpię, żebyś ty to zrobił.

– Możesz sobie myśleć, co chcesz. To bez znaczenia.

Złożywszy papier, ojciec Lary wyciągnął rękę, by wsunąć go za koszulę Arena.

– Pozwól, że opowiem ci historyjkę. O dziewczynie wychowanej na pustyni z ukochanymi siostrami. Dziewczynie, która kiedy dowiedziała się, że jej własny ojciec zamierza zabić ją i dziesięć z jej sióstr, dokonała wyboru i zamiast ocalić siebie,zaryzykowała własne życie, żeby ocalić pozostałe. Zamiast uciec i zdobyć przyszłość, postanowiła skazać samą siebie na mroczny los. A wszystko po to, by ocalić te cenne istnienia.

– Słyszałem tę historyjkę.

Fragmenty. Od Lary. I siostry, którą zamordowała.

– Może i słyszałeś. Ale czy zrozumiałeś? Bo z każdej dobrej opowieści można się czegoś nauczyć.

– Ależ proszę bardzo, oświeć mnie. – Aren uniósł skrępowane nadgarstki. – I tak nie mam nic innego do roboty.

– Cóż, skoro dziewczyna była tak piekielnie zdeterminowana, żeby ocalić życie sióstr, dlaczego sama zabiła jedną z nich?

– Marylyn groziła pozostałym.

– Pozostałych tam nie było. Miała czas. Jednak zamiast go wykorzystać, skręciła siostrze kark. Co każe mi sądzić, Arenie, że w bezpośrednim niebezpieczeństwie znajdowało się coś, co było dla niej bardzo cenne.

Głowę Arena wypełniły obrazy. Wyraz twarzy Lary, kiedy jej spojrzenie padło na niego na podłodze, i nóż siostry przy jego gardle. Sposób, w jaki rozglądała się po pokoju w poszukiwaniu nie drogi ucieczki, ale wyjścia z patowej sytuacji. Istniał tylko jeden wybór – życie jego albo Marylyn.

Silas Veliant pochylił się nad stołem, jakby wcale nie obchodziło go to, że znajduje się w zasięgu rąk Arena.

– Złożyłem córce obietnicę,WaszaWysokość. Obiecałem, że jeśli kiedykolwiek mnie zdradzi, zabiję ją w najpaskudniejszy możliwy sposób. A ja zawsze dotrzymuję słowa.

Błękit maridrińskiego sukinsyna. Taki był kolor oczu tego mężczyzny. I Lary. Ale jej oczy były pełne głębi i życia, a patrzenie w oczy jej ojca przypominało wymianę spojrzeń z wężem. Zimne. Beznamiętne. Okrutne.

– Nie zdradziła cię. Masz to, czego chciałeś.

Starszy mężczyzna uśmiechnął się powoli, ukazując zęby noszące ślady nadużywania tytoniu.

– Nawet teraz, po tym wszystkim, ile musiała zapłacić Ithicana, oszukujesz dla jej dobra. Kochasz ją.

To było kłamstwo. Przez Larę Ithicana utraciła most. Jej mieszkańcy życie. Aren tron. Nienawidził jej.

– Ona nic mnie nie obchodzi.

– Zobaczymy. Z całą pewnością Lara wie, że tu jesteś. I z jeszcze większą pewnością przyjdzie po ciebie. A kiedy to zrobi, powalę ją.

– Podam ci miecz.

– Zobaczymy, czy będziesz śpiewał tę samą śpiewkę, kiedy twoja żona padnie na kolana, by błagać o ocalenie ci życia. Albo kiedy zacznie krzyczeć, by ocalić swoje. – Z tymi słowami król Maridriny wstał, pozostawiając Arena samego, przykutego w ogrodzie.

A choć przez wiele dni Aren pragnął jedynie odzyskać wzrok, by wymazać obraz jej twarzy, teraz zamknął oczy, żeby znów ją zobaczyć. „Uciekaj, Laro. I nie oglądaj się za siebie”.

Rozdział 4Lara

Odgłos kroków wybudził Larę ze snu. Poderwała się gwałtownie, mrugając w ciemnościach.

Ile dni spędziła na dole? Bez słońca jedynym sposobem, aby to ocenić, było codzienne pojawianie się jedynego posiłku. „Sześć? Siedem?” Potrząsnęła głową, by pozbyć się mgły, po czym skupiła wzrok na świetle, które towarzyszyło krokom.

Przed drzwiami do jej celi stanęła księżniczka Ithicany, dowódczyni Południowej Strażnicy i siostra bliźniaczka Arena. Ahnna obrzuciła ją uważnym spojrzeniem.

– Wyglądasz jak kawał gówna.

– Nie spodziewałam się towarzystwa.

Nie tylko Lara wyglądała kiepsko. Ahnna jak zawsze miała na sobie tunikę, spodnie i buty, typowy strój większości mieszkańców Ithicany, a ciemne włosy ściągnęła w kucyk. Ale pod jej oczami było widać cienie, a wargi zaciskała w wąską linię. Od jej czoła do kości policzkowej biegła wyraźna czerwona szrama, ślad rany, którą odniosła w walce z maridrińskimi najeźdźcami. Kiedy Lara się jej przyglądała, Ahnna dotknęła blizny, jakby upewniała się, że wciąż tam jest.

Choć Lara bała się tego pytania, zadała je:

– Czy są jakieś wieści o Arenie?

Ahnna pokręciła głową.

– Od prawie tygodnia wokół nas szaleje sztorm, więc jesteś­my odcięci.

– To dlaczego tu przyszłaś?

Ahnna chwyciła pręty celi obiema rękami i oparła się o nie.

– Całe miasto żąda, bym cię straciła. Wiesz, co w Ithicanie robimy ze zdrajcami? – Nie czekała na odpowiedź. – Zawieszamy ich do pasa w morzu, a później wzburzamy wody. Jeśli ktoś ma szczęście, przypływa rekin i szybko załatwia sprawę, ale rzadko się tak dzieje.

Lara wpatrywała się w księżniczkę, nie mrugając oczami.

– Zamierzasz przychylić się do ich próśb?

Ahnna milczała przez dłuższą chwilę, po czym stwierdziła:

– Zamierzam dać ci szansę, żebyś mnie przekonała, bym tego nie robiła. Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli zaczniesz od prawdy.

Prawda.

Aren był jedyną osobą, której ufała na tyle, by ją wyjawić, a nawet wtedy sporo zataiła. Teraz nie zamierzała tego robić.

Ahnna słuchała w milczeniu, gdy Lara opowiadała jej, jak została zabrana wraz z siostrami do kompleksu na Czerwonej Pustyni. O drodze przez mękę, jaką było ich szkolenie z Serinem, Sroką. Jak zostały wychowane w wierze, że Ithicana jest niegodziwa, i nigdy nawet nie podejrzewały, że prawdziwie zły był ich ojciec. O kolacji, podczas której ocaliła życie sióstr, poświęcając siebie, i o wszystkim, co nastąpiło później – nie pominęła żadnych szczegółów.

Zanim skończyła, Ahnna usiadła na ziemi i oparła łokcie na kolanach.

– Aren powiedział Jorowi, że uciekłaś. Ale kiedy tylko o tym usłyszałam, wiedziałam, że cię puścił. Przeklęty sentymentalny głupiec.

– Powiedział, że mnie zabije, jeśli wrócę.

– A jednak tu jesteś. – Ahnna w zamyśleniu dotknęła rany na twarzy, po czym znów skupiła wzrok na Larze. – Mówiłaś, że masz plan. Że znalazłaś sposób na uwolnienie Arena.

Lara poczuła, że przepełnia ją triumf, ale postarała się zapanować nad mimiką.

– Aby uwolnić Arena, owszem. Ale również oswobodzić Ithi­canę spod władzy mojego ojca.

Księżniczka zmrużyła oczy.

– Jak? Maridrini opanowali wszystkie nasze garnizony, w tym Północną Strażnicę i Południową Strażnicę. Chronią ich nasze umocnienia, a my nie mamy dość ludzi, żeby się przez nie przebić. Uwierz mi, próbowaliśmy. Właśnie tak Aren dał się złapać.

– I dlatego potrzebujecie sojuszników.

Ahnna prychnęła i odwróciła wzrok.

– Brzmisz jak Aren. A właśnie takie myślenie sprawiło, że znaleźliśmy się w tej sytuacji.

– Wysłuchaj mnie. – Lara wstała i zaczęła chodzić po celi. – Po ucieczce z Ithicany udałam się do Harendell. Nie cieszy ich, że Maridrina opanowała most, bo sojusz mojego ojca z amaridzką królową oznacza, że Amarid może liczyć na lepsze traktowanie na Północnej Strażnicy i na moście. Harendell błyskawicznie traci pieniądze, a sama dobrzewiesz, co o tym myślą.

Ahnna pokiwała głową.

– Harendellczycy nie chcą, żeby Maridrina panowała nad mostem, sami też go nie pragną. Wierzę, że jeśli przybędziemy do ich króla, uda nam się go przekonać, by pomógł Ithicanie w tej walce.

– Nie zgodzi się zaryzykować marynarki tylko dlatego, że ładnie go poprosimy, Laro. Harendell może tracić zyski z hand­lu, ale jeżeli wyruszy na wojnę, może stracić jeszcze więcej.

– Zrobi to, jeśli zażądasz wypełnienia obietnicy. – Lara chwyciła pręty celi i spojrzała Ahnnie w oczy. – Traktat piętnastu latzostał złamany przez Maridrinę, ale w Harendell wciąż obowiązuje. A raczej zacznie obowiązywać, jeśli…

– Jeśli poślubię ich następcę tronu.

Lara ścisnęła pręty i pokiwała głową.

– Tak.

Księżniczka odwróciła się płynnym ruchem i przeszła przez korytarz, po czym oparła czoło o kraty celi naprzeciwko. W końcu powiedziała:

– Wiesz, nigdy nie opuściłam Ithicany. Ani razu.

Większość Ithican tego nie robiła, jedynie nieliczni wyszkoleni jako szpiedzy, ale ze względu na pochodzenie Ahnny ta informacja zaskoczyła Larę.

– W chwili, kiedy nasza matka na to pozwoliła, Aren jakby zerwał się ze smyczy. Był wszędzie, na północy i na południu. W niektórych latach wydawało się, że spędzał więcej czasu, udając kogoś innego w obcym królestwie, niż będąc moim bratem w domu w Ithicanie. – Ahnna zamilkła na chwilę. – Nigdy tego nie rozumiałam. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego chciałby przebywać gdziekolwiek indziej niżtutaj.

– Dlatego że wiedział, że nadejdzie dzień, kiedy nie będzie mu wolno wyjechać. Podobnie jak ty wiedziałaś, że nadejdzie dzień, kiedy nie będzie ci wolno powrócić.

Ramiona Ahnny zadrżały, kobieta odetchnęła z trudem, po czym odwróciła się do Lary. Sięgnąwszy do kieszeni, wydobyła klucz, który włożyła do zamka celi.

– Jaka jest reszta planu?

Rozdział 5Aren

Już wkrótce zorientował się, że trzymali go w samym sercu pałacu w Vencii, miejscu przeznaczonym dla króla Maridriny, jego żon i niezliczonego potomstwa. Dlaczego właśnie tutaj, a nie w celi w jednym z niezliczonych maridrińskich więzień, było już mniej jasne.

„Pewnie dlatego, że Silasowi łatwiej się chełpić”, pomyślał Aren.

Choć w Maridrinie spędził wiele czasu, nigdy nie znalazł się wewnątrz pałacu. Zabezpieczenia, które go otaczały, sprawiały, że takie przedsięwzięcie się nie opłacało. Zwłaszcza gdy chodziło o kogoś tak ważnego jak Aren. Jedynym ithicańskim szpiegiem, któremu udało się dostać do środka, była jego własna babka. Dała się zwerbować do haremu poprzedniego króla i spędziła w nim ponad rok, po czym sfingowała własną śmierć, żeby uciec. Ale to wydarzyło się przed pięćdziesięcioma laty.

Teraz jednak Aren przeklinał brak znajomości pałacu, bo znacznie utrudniało mu to podjęcie próby ucieczki.

Wewnętrzny mur miał trzydzieści stóp wysokości, na każdym z czterech rogów znajdowały się wieże strażnicze, a jego szczyt patrolowali żołnierze. Do środka prowadziła tylko jedna brama, zawsze zamknięta i strzeżona – z obu stron. Za wewnętrznym murem stały dwa obłe budynki, między którymi wznosiła się wieża z dachem z brązu, widoczna z odległości wielu mil. Między nimi leżały ogrody, służące całymi dniami pielęgnowały trawniki, żywopłoty i kwiaty, inne zamiatały kamienne dróżki i oczyszczały fontanny ze śmieci naniesionych przez sztormy. Ich wysiłki miały zapewnić wygodę Silasowi i jego żonom.

Harem liczył pięćdziesiąt żon, które wykorzystywały każdą chwilową poprawę pogody, by wychodzić na zewnątrz. Wszystkie nosiły najdelikatniejsze jedwabie, a na ich palcach i w ich uszach błyszczały klejnoty. Niektóre były starsze, ale większość mogłaby uchodzić za córki Silasa, co wzbudzało zażenowanie Arena. Polecono mu, by z nimi nie rozmawiał, choć i tak nie miałby okazji, bo kobiety zwykle trzymały się z daleka od kamiennego stołu.

I jeszcze dzieci.

Naliczył ich szesnaścioro, wszystkie miały mniej niż dziesięć lat, a niektóre odziedziczyły kolor oczu ojca. Za każdym razem, kiedy jedno z nich skupiało na nim spojrzenie lazurowych oczu, tak podobnych do oczu Lary, Aren czuł się, jakby ktoś uderzał go w brzuch.

„Gdzie ona była?

Dokąd się udała?

Czy wciąż żyła?”

I najgorsze pytanie ze wszystkich: czy zamierzała połknąć przynętę Silasa i przyjść po niego? „Oczywiście, że nie – mówił sobie. – Gówno ją obchodzisz. To wszystko były kłamstwa”.

Ale jeśli to były kłamstwa, dlaczego Silas na nią polował?

Dlaczego, jeśli dała mu wszystko, czego pragnęło jego serce, chciał jej śmierci?

Te myśli doprowadzały Arena do szaleństwa, a przykuty do ławy w ogrodzie nie miał niczego, co mogłoby odwrócić jego uwagę, niczego, co pomogłoby mu zapanować nad niepokojem rosnącym z każdym dniem.

W powietrzu rozległ się głośny kobiecy krzyk, wyrywając Arena z zamyślenia. Kolejne kobiety krzyczały, a Aren patrzył, jak wszystkie żony uciekają z ogrodu, służące zaś poganiają dzieci.

Krzyki przybliżyły się, a wtedy strażnicy przy bramie podeszli, by ją otworzyć, ukazując starego mężczyznę w szacie z kapturem, który powoli szedł między budynkami w stronę Arena.

Sroka.

– Jakże miło znów widzieć Waszą Łaskawość. – Serin pochylił głowę. Później się skrzywił. – Wybacz mi, na starość pamięć mi szwankuje. Już nie jesteś królem, więc mogę zwracać się do ciebie poufale, prawda, Arenie?

Aren nie odpowiedział. Zachowanie mistrza szpiegów stało w całkowitej sprzeczności z wrzaskami dochodzącymi tuż zza bramy. Pot spływał Serinowi wielkimi kroplami po kręgosłupie, a w uszach mu szumiało.

– Tak się składa, że masz gościa. – Serin zrobił gest w stronę strażników.

W bramie na dziedziniec pojawiło się dwóch żołnierzy wlokących między sobą szarpiącą się postać. Aren próbował wstać, ale łańcuchy pociągnęły go z powrotem na ławę.

Kobieta miała na sobie suknię w maridrińskim stylu, jej twarz zakrywał worek. Ubranie plamiła krew, a za każdym razem, kiedy próbowała się wyrwać z uścisku żołnierzy, krople padały na jasne kamienie ścieżki.

„Czy to Lara?” Nie umiał tego ocenić. Miała odpowiedni wzrost. Odpowiednią budowę.

– To była jedynie kwestia czasu, czyż nie? – zamruczał Serin, wydobywając nóż z fałd szaty. – Muszę powiedzieć, że dała się złapać łatwiej, niż się spodziewałem. Emocje źle wpływają na działanie, nawet u kogoś tak dobrze wyszkolonego.

Aren nie mógł oddychać. Nie mógł myśleć.

– Lara i jej siostry są przyzwyczajone do bólu, Arenie. Bardziej, niż umiałbyś sobie wyobrazić. – Serin zbliżył ostrze do ognia na przenośnym palenisku, które przyniósł jeden z żołnierzy, i patrzył, jak metal się rozgrzewa. – Wykorzystywałem go, żeby zahartować ich umysły. To fascynujące, że choć to ja je parzyłem, ja je ciąłem, ja grzebałem je żywcem, wystarczyło wyszeptać im do ucha właściwe słowa, by o swoje łzy obwiniałyciebie. Dzieci tak łatwo ukształtować. Zdejmijcie jeden z jej butów, proszę.

Żołnierze szarpnęli jedną z nóg Lary i zdjęli jej but, a Serin bez wahania przycisnął rozgrzane ostrze do podeszwy jej stopy.

Krzyknęła i był to najgorszy dźwięk, jaki Aren słyszał w życiu.

Rzucił się w jej stronę, kamienna ława przesunęła się po ziemi, kajdany wbiły się mu w nadgarstki, a po dłoniach popłynęła krew.

– Puśćcie ją! Lara!

Serin się uśmiechnął.

– A ja słyszałem, że nasza zbłąkana księżniczka wcale cię nie obchodzi. Że gdyby jej ojciec postanowił obciąć jej głowę, podałbyś mu miecz.

– Zabiję cię za to!

– Jestem pewien, że chciałbyś. – Sroka uniósł nóż nad paleniskiem. – Jak myślisz, jak wiele ona zniesie? Jeśli dobrze sobie przypominam, Lara byłacałkiem wytrzymała. Zadziwiająco.

– Proszę. – Aren ciągnął ławę cal po calu w jej stronę, ale strażnicy jedynie cofnęli się o krok.

– Co powiedziałeś? – Serin przycisnął ostrze do drugiej stopy Lary, jej przenikliwe wrzaski odbijały się echem po dziedzińcu. – Obawiam się, że wiek pogorszył mi słuch.

– Proszę! Proszę, nie rób jej krzywdy.

– Ach. – Sroka opuścił nóż. – Cóż, w takim razie może dojdziemy do porozumienia. Powiedz nam, jak przełamać obronę Eranahl, a wszystko się skończy.

„Nie”.

Serin pstryknął palcami, a wtedy pojawił się strażnik niosący skórzane zawiniątko z narzędziami, które mistrz szpiegów powoli rozwinął.

– Przez lata uczyniłem z tego swego rodzaju sztukę.

– Nie da się przebić do wnętrza Eranahl. – Aren z trudem wychrypiał te słowa. – Machiny zniszczą wszystkie okręty, które się zbliżą.

– A gdyby ktoś miał do dyspozycji sporą flotę?

– Spróbujcie. Zobaczcie, jak wam pójdzie.

Serin wyjął jedno z narzędzi.

– To twoje miasto. Z pewnością znasz jego słabości.

– Nie ma żadnych.

– Jaka szkoda. – Odwrócił się do Lary z błyszczącym narzędziem w ręku, a ona po chwili krzyknęła bez słów.

– Przestań! Puść ją! Proszę! – Z jego gardła wylewał się zniekształcony bełkot, ciało drżało mu z wysiłku ciągnięcia ławy. Musiał jej pomóc. Musiał ją ocalić.

– Jak możemy się dostać do Eranahl? – Serin odwrócił się, żeby na niego spojrzeć. – Nie? Zobaczymy, jak wytrzyma utratę palców.

– Wyrwijcie przeklętą bramę! – wykrzyczał zdesperowany Aren.

To była prawda, ale nie mogła im się na nic przydać. Jednak gdyby ocaliła Larę…

– Jak mamy to zrobić? – Serin wyjął inne narzędzie, a Aren padł na kolana.

– Proszę.

– Strategia, Arenie. Daj nam strategię, a to wszystko się skończy.

W tej właśnie chwili Lara się szarpnęła. Wyrwawszy się z uchwy­tu strażników, rzuciła się w stronę Arena i zatoczyła na niego. A zanim strażnicy zdążyli do nich dotrzeć, wyciągnęła związane nadgarstki i zerwała worek z głowy.

Emra, młoda dowódczyni garnizonu Kestark, patrzyła na niego oczyma pełnymi udręki i desperacji. Z jej ust sączyła się krew, co wyjaśniało, dlaczego nic nie mówiła, a jej oczy były podbite i opuchnięte.

– Idioci – syknął Serin do strażników. – Zabierzcie ją.

Mężczyźni podeszli bliżej, przyglądając się ostrożnie, ale Aren przyciągnął młodą kobietę bliżej siebie, choć wiedział, że nie powstrzyma ich na długo. A kiedy ją dopadną, Serin będzie ją torturował, aż Emra umrze lub Aren da mu to, czego chciał.

Emra wydała z siebie dźwięk, słowo było ledwie zrozumiałe. Ale wyraźnie słyszał błaganie.

Odetchnął głęboko.

– Powstrzymajcie go! – krzyknął ostro Serin, ale Aren był szybszy.

Odgłos łamanego kręgosłupa Emry zatrzymał obu żołnierzy.

Aren powoli opuścił młodą kobietę na ziemię i nie próbował walczyć, kiedy mężczyźni odciągali ją poza zasięg jego rąk.

– Wywieście ją – polecił Serin.

Aren zacisnął zęby i zmusił się, żeby patrzeć, jak mężczyźni ciągną ją w stronę muru. Jeden z żołnierzy na górze zrzucił linę, którą obwiązali jej szyję, po czym pociągnęli całą trójką, aż zawisła poza zasięgiem rąk na jednym z gzymsów, a krew płynąca z jej stopy chlapała zielony trawnik.

– Tak ma być, Serinie? – Aren zmusił się, by mówić spokojnie. – Będziesz wynajdywał w Ithicanie młode kobiety, które mogą udawać Larę?

Sroka podrapał się po brodzie.

– Wynajdywał… Widzisz, Arenie, „wynajdywał” nie jest właściwym słowem. To by sugerowało, że odszukaliśmy tego ptaszka, a w rzeczywistości to on przyleciał do nas.

Arenowi zmroziło krew w żyłach.

– Twoi poddani nie chcą z ciebie zrezygnować – ciągnął. – Była to dopiero pierwsza próba ocalenia cię, ale wątpię, by okazała się ostatnia. – Machnął ręką na czekających żołnierzy. – Przyprowadźcie pozostałą dwójkę więźniów.

Nim jednak mężczyźni zdążyli się poruszyć, rozległ się donośny głos.

– Dobry Boże, Serinie! Nie masz żadnej mrocznej dziury, w której mógłbyś załatwiać tego rodzaju sprawy? Co będzie następne? Egzekucja przy obiedzie?

Aren odwrócił głowę i zobaczył szczupłego mężczyznę w eleganckim maridrińskim stroju, z rękami założonymi na piersi i wargami wygiętymi w grymasie niesmaku. Mężczyzna ruszył w ich stronę, starannie omijając plamy krwi na drodze. Za nim dwaj maridrińscy żołnierze eskortowali Valcottankę ze skrępowanymi nadgarstkami. Wysoka i szczupła, miała krótko obcięte, ciemne kręcone włosy, gęste rzęsy otaczały jej szeroko otwarte brązowe oczy. Była piękna, ale jej brązową skórę szpeciły blaknące sińce, a wargę strup w miejscu, w którym pękła.

– Wasza Wysokość. – Serin ukłonił się od niechcenia. – Wasza Wysokość miał być w Nerastis.

– Owszem, ale w nasze ręce wpadł niezły łup. Uznałem, że rozsądnie będzie dopilnować, by dotarł na miejsce w jednym kawałku. Uszkodzone rzeczy trudniej wykorzystać do wywarcia nacisku.

Serin spojrzał z ukosa na jeńca i uniósł brew.

– Generał Zarrah Anaphora, siostrzenica cesarzowej. Wasza Wysokość przeszedł samego siebie. Znajdzie się w łaskach u ojca.

– Wątpię.

– Zakładam, że skoro Wasza Wysokość już ją tam dostarczył, natychmiast powróci do Nerastis.

Nie pytanie, ale stwierdzenie. Którykolwiek z synów Silasa to był, Sroka wyraźnie nie chciał go widzieć w Vencii.

Książę założył za ucho kosmyk ciemnoblond włosów i z zainteresowaniem wpatrzył się niebieskimi oczyma w Arena.

– Czy to król Ithicany? Muszę powiedzieć, że jest mniej przerażający, niż się spodziewałem. Właściwie jestem rozczarowany, że w rzeczywistości nie ma rogów.

– Były król. Ithicana już nie istnieje.

Książę spojrzał na chwilę w stronę Emry wiszącej na murze, po czym z powrotem skierował wzrok na Arena.

– Mój błąd. Nie przeszkadzajcie sobie.

Mijając więźnia, ruszył w stronę wieży, a żołnierze eskortujący generał Anaphorę podążyli za nim.

Ale kiedy go obchodzili, wyrwała się z ich uchwytu i padła na kolana przed Arenem.

– Tak mi przykro, Wasza Łaskawość. – Spojrzała w oczy Arenowi, a on dostrzegł, że błyszczą od łez. – Z powodu wszystkiego, co utraciliście. I z powodu roli, jaką odegrałam w doprowadzeniu do tego. Modlę się, by pewnego dnia mieć możliwość odpokutowania.

Nim Aren zdążył odpowiedzieć, jeden z żołnierzy poderwał ją szarpnięciem i warknął:

– Jedynym, o co powinnaś się modlić, jest to, by Jego Wysokość nie postanowił nabić twojej głowy na bramę Vencii, valcottańska dziewko!

Zarrah splunęła mężczyźnie w twarz, a ten uniósł rękę, by ją uderzyć, lecz wtedy rozległ się głos księcia:

– Zapomniałeś już, jaki los spotkał ostatniego mężczyznę, który uderzył mój łup?

Żołnierz pobladł i opuścił rękę.

– Ruszaj się.

Grupa poszła dalej, ale zanim zniknęła z oczu, książę obejrzał się przez ramię.

– Nie zapomnij po sobie posprzątać, Sroko.

– Sprowadźcie pozostałą dwójkę więźniów. Czas zobaczyć, co jeszcze ma do zaproponowania Jego Łaskawość.

Rozdział 6Lara

– To, jak dotarłaś do Harendell i z powrotem, nie topiąc się w morzu własnych wymiocin, pozostanie dla mnie przeklętą tajemnicą.

Lara podniosła twarz z piasku i przetarła usta dłonią, wściek­ła, że po trzech dniach spędzonych na wzburzonym morzu toziemia zamierzała się teraz kołysać pod jej stopami, jakby chciała ją ukarać.

– Wolałabym nie powtarzać tego doświadczenia. – Podniosła się powoli i otrzepała spódnicę.

Tylko ona i Jor stali na plaży, inni Ithicanie – nieliczni pozostali przy życiu ze straży honorowej Arena – siedzieli w łodzi, a ich twarze wyglądały równie ponuro, co niebo za ich plecami.

– Nie możemy marnować na to czasu – powiedział Jor, i była to najbardziej uprzejma wersja śpiewki, którą słyszała bez ustanku od chwili, gdy opuścili Eranahl.

– Może nie. – Lara pochyliła się, by podnieść torbę, przerzuciła ją przez ramię i spojrzała z ukosa na strome wzgórza, na które musiała się wspiąć. Lepiej to zrobić, zanim słońce całkiem wzejdzie. – Ale biorąc pod uwagę okoliczności, chyba nie mamy wyboru.

– Moglibyśmy uderzyć teraz. Ten sukinsyn, twój ojciec, przetrzymuje Arena od tygodni, Laro. Bóg jeden wie, co mu zrobił.

– Mój ojciec by go nie skrzywdził. Nie, póki uważa, że wciąż istnieje szansa, by Ahnna poddała Eranahl w zamian za powrót Arena.

Lara była przy tym, kiedy ithicańska księżniczka dostała list od jej ojca. Sama go przeczytała, gdy Ahnna stała zgięta wpół ze smutku, a teraz słowa tańczyły w jej myślach.

Do Jej Wysokości Księżniczki Ahnny Kertell z Ithicany

Nadszedł czas, by zakończyć tę wojnę. W geście dobrej woli brat Waszej Wysokości Aren Kertell zostanie jej oddany w chwili poddania wyspy Eranahl marynarce, która ją otacza. Jeśli poddani Waszej Wysokości zachowają spokój, zostaną zabrani do Maridriny i po upływie odpowiedniego czasu otrzymają ziemie w głębi kraju, gdzie będą mogli się osiedlić. Liczymy, że Wasza Wysokość potraktuje przyszłość swoich poddanych z większą troską i dalekowzrocznością niż brat Waszej Wysokości.

Z wyrazami szacunku

Silas Veliant, król Maridriny i pan Mostu

– On kłamie – powiedziała do Ahnny. – Jeśli otworzysz wrota, wyrżnie wszystkich.

– Jestem tego świadoma. – Księżniczka podniosła głowę. – Ale jeżeli odmówię, może uznać, że mój brat już mu się nie przyda.

– Wie, że przyjdę po Arena. Nie zrezygnuje z szansy, by mnie zabić.

Ahnna spojrzała jej w oczy.

– Wie, że przyjdziesz, by uratować Arena. Ale wie też, że przybędziesz po zemstę.

Jor zakaszlał, sprawiając, że Lara wróciła do rzeczywistości.

– Twój ojciec zdaje sobie sprawę, że Ahnna nie przyjmie tej propozycji.

– Może. Ale martwego nie da się wykorzystać, a trzymanie Arena w niewoli nic go nie kosztuje. Pozostawi go przy życiu przynajmniej do czasu, aż zwycięży w wojnie.

– To znaczy aż do upadku Eranahl.

Lara chrząknęła twierdząco. Ścigali się z czasem. Miasto było całkowicie wypełnione, a mimo racjonowania żywności zapasy wyczerpywały się z zatrważającą prędkością. Gdy tylko cichły sztormy, rybacy wypływali gromadnie, ale nie mieli odwagi zbytnio oddalać się od wyspy. Nie, kiedy jej ojciec płacił Amaridom, by ryzykowali gniew morza, żeby pilnować wyspy-twierdzy. Eranahl miało dość, by wytrwać do początku następnej pory sztormów, ale ani dnia dłużej. Jeśli do tego dojdzie, Ithicana zostanie utracona na dobre.

Jor spiorunował Larę wzrokiem.

– A choć stawka jest tak wysoka, chcesz, żebyśmy siedzieli i czekali, kiedy ty próbujesz zorganizować rodzinne przyjęcie?

– Tak byłoby najlepiej. – Lara wpatrzyła się ze zmarszczonym czołem w niebo, na którym pojawił się pierwszy blask świtu. – Ale spodziewam się, że nadal będziecie marnować najlepszych ludzi, próbując przeniknąć do pałacu mojego ojca. Co jeszcze bardziej utrudni misję ratunkową, kiedy nadejdzie czas. Musimy współpracować, jeśli mamy mieć szansę na uwolnienie Arena. Jeżeli to ci nie wystarczy, pamiętaj, że Ahnna zgodziła się na ten plan. A o ile nic się nie zmieniło, toona dowodzi.

Jor sapnął z niezadowoleniem, a Lara spojrzała na niego z ukosa. To było trudne dla starego żołnierza. Był w grupie walczącej z Maridrinami, kiedy Aren został pojmany, i wiedziała, że obwiniał siebie, choć wcale nie zawinił. Larze udało się wydobyć szczegóły od Lii, strażniczki Arena, i dowiedziała się, że Aren w końcu zapłacił za swoją skłonność do podejmowania ryzyka. Za bardzo się zapędził, a kiedy Maridrini uświadomili sobie, kogo dopadli, wycofali się, nie dając Jorowi i pozostałym szansy, by go odbili.

– To nie twoja wina.

– Masz rację. Wina jesttwoja. I nie ma żadnych „nas”. Jesteśmy „my” i jesteś „ty”, więc nie próbuj powoływać się na mężczyzn i kobiety, którzy walczyli i ginęli, próbując naprawić twoje…pomyłki.

Mimo że niemal wszyscy Ithicanie, których napotkała na swojej drodze, rzucali jej w twarz podobne słowa, Lara się wzdrygnęła. Zasługiwała na ich gniew, nieufność, nienawiść, bo to była jej wina, że Ithicana upadła. Sprawę tylko pogarszała świadomość, że był to jej błąd, który jej tchórzostwo jeszcze skomplikowało.

– Wiem, Jorze. Dlatego robię wszystko, co w mojej mocy, by naprawić szkody, jakie uczyniono.

– Nie da się przywrócić życia martwym.

– Lepiej miej nadzieję, że jest inaczej – przypomniała sobie siostry leżące na stole, z nieruchomymi piersiami i oczami – albo naprawdę będziemy w głębokiej dupie.

Jor splunął na ziemię.

– Możesz odzyskać broń. – Sięgnął do worka u stóp, po czym zaklął, kiedy tkanina zawisła luźno, gdy ją uniósł.

Lara z uśmiechem podciągnęła skraj spódnicy, ukazując jedno z ostrzy, które ukradła już przed kilkoma godzinami.

– Myśleliśmy, że Maridrina przysłała nam owcę. – Pokręcił głową. – Ale przez cały czas przy naszym stole siedział wilk i nas oszukiwał.

– Aren wiedział.

I kochał ją mimo wszystko.

– Ano. I zobacz, do czego go to doprowadziło.

Lara ujrzała przed sobą twarz Arena, udręczoną z powodu jej zdrady, ale odepchnęła od siebie to wspomnienie. Nie mogła zmienić przeszłości, ale niech będzie przeklęta, jeśli nie spróbuje nadać kształtu przyszłości.

– Wrócę za kilka tygodni. Jeśli tego nie zrobię, będzie to znaczyło, że jestem martwa. – Znów przeniosła wzrok na Maridrinę.

Jeśli Marylyn mówiła prawdę, jej siostry tam były, całe i zdrowe.

A oto nadszedł czas, by Lara upomniała się o swoje.

Rozdział 7Aren

– Powiedz nam, jak zdobyć Eranahl.

Gdy Serin wyszeptał te słowa, oddech mężczyzny na uchu Arena wyrwał go z odrętwienia wywołanego wyczerpaniem i posłał fale obrzydzenia wzdłuż kręgosłupa. Od wielu dni Aren był zamknięty w malutkiej pustej komnacie. Mistrz szpiegów zadawał mu pytania, na które on przez cały czas odmawiał odpowiedzi.

– Nie mam nic do powiedzenia – warknął przez kawałek drewna, który umieścili mu między zębami, żeby przypadkiem nie wpadł na pomysł odgryzienia sobie języka. – Jest nie do zdobycia.

– A co z klifami? – Ton głosu Serina nigdy się nie zmieniał, niezależnie od słów Arena. Niezależnie od tego, jak bardzo Aren próbował go podpuścić. – Czy jeden żołnierz mógłby niepostrzeżenie wejść do krateru wulkanu?

– Może spróbujesz? – Aren chciał przechylić głowę na tyle, by zobaczyć mistrza szpiegów, ale ruch sprawił, że całe jego ciało zakręciło się na łańcuchu, na którym wisiał, a nadmiar krwi zbierający się w głowie sprawił, że wszystko się rozmyło. – Choć pewnie już to zrobiłeś. Czy moja siostra wykorzystała katapulty, żeby zrzucić trupy na wasze statki? Ahnnabardzo dobrze celuje.

Jeśli w ogóle tam przebywała. Jeśli w ogóle wciąż żyła.

– Opisz mi wnętrze krateru. – Serin chodził, kiedy Aren się kręcił. – Jak wygląda? Z jakich materiałów wybudowano domy?

– Użyj wyobraźni – syknął Aren. Miał jednak problem z zachowaniem przytomności, jego świadomość rozmywała się i zanikała.

Serin wciąż zadawał pytania.

– Brama… Czy została zaprojektowana w taki sam sposób jak brona na Południowej Strażnicy?

– Pocałuj mnie w dupę.

– Jak wielu żołnierzy jej strzeże?

Aren zazgrzytał zębami. Marzył o tym, by stracić przytomność, choć wiedział, że obudzą go, wylewając mu wiadro wody na głowę. A wtedy usłyszy kolejne pytania. Niekończące się pytania. Tyle Aren wiedział. Po wielu dniach torturwiedział.

„Ile okrętów trzymacie wewnątrz jaskini?”

„Ilu cywilów mieszka na wyspie?”

„Ile jest tam dzieci?”

Marzył jedynie o tym, by usnąć. Oddałby cokolwiek, by usnąć. Ale Serin pozwalał mu na zaledwie kilka minut snu, po czym budził go w najgorsze możliwe sposoby. Sposoby, które sprawiały, że z przerażenia serce chciało mu się wyrwać z piersi.

– Jakie zapasy ma miasto? Gdzie je trzymacie? Jakie jest jego źródło wody?

– Deszcz, to chyba oczywiste! – Słowa wyrwały się z ust Arena, całe jego ciało się trzęsło. Gorąco, a później zimno. Po co ten mężczyzna zadawał takie głupie pytania?

Nagle Aren został opuszczony na wilgotną podłogę komnaty. Dwaj strażnicy złapali go pod pachami i zaciągnęli na posłanie. Bezceremonialnie go upuścili, jeden z nich usunął kawałek drewna spomiędzy jego zębów i podał mu kubek wody. Aren wypił łapczywie, a strażnik bez słowa nalał mu drugi.

Więzień osunął się na siennik i zwinął wokół zakutych w kajdany nadgarstków.

„Nie ma nic złego w odpowiadaniu mu na bezużyteczne pytania”, powiedział sobie, ledwie zauważając, że strażnik rzuca na niego koc. Ale niepokój podążył za nim do snu.

Śnił o Środkowej Strażnicy.

O gorących źródłach na dziedzińcu.

O Larze.

O tym, że uczył ją unosić się na plecach na wodzie, jego dłonie podtrzymywały jej nagie ciało, a jej włosy falowały z prądem. Wygięła plecy, pełne piersi uniosły się nad wodą, a sutki zesztywniały, gdy uderzyły w nie chłodne krople deszczu. Podążył wzrokiem wzdłuż płaszczyzny jej brzucha i zatrzymał się na miejscu, gdzie piana z wodospadu to odsłaniała, to ukrywała szczyt jej ud, budząc w nim pożądanie, które w jej obecności tak naprawdę nigdy nie gasło.

– Rozluźnij się – szepnął, niepewny, czy udziela tej rady jej, czy sobie. – Niech woda cię poniesie.

– Jeśli mnie puścisz – odparła – nie będę zadowolona.

– Woda sięga tylko do pasa.

Otworzyła oczy, by na niego spojrzeć, na jej rzęsach skraplała się para.

– Nie o to chodzi.

Uśmiechnął się, pochylił nad nią i pocałował ją w usta. Posmakował jej w pełni, nim oznajmił:

– Nigdy cię nie puszczę.

Jednak zamiast odpowiedzieć, Lara krzyknęła.

Aren gwałtownie otworzył oczy i próbował usiąść, ale był przykuty do posłania. W komnacie panowała całkowita ciemność, a Lara krzyczała – głosem pełnym bólu i przerażenia.

– Laro! – wrzasnął, walcząc z pętami. – Laro!

Krzyki ucichły, a zamiast nich usłyszał cichy odgłos oddalających się pospiesznie kroków. Drzwi otworzyły się i zamknęły, zapaliła się lampa, która oślepiła Arena, a później ukazała zakapturzoną głowę Serina.

– Dzień dobry, Arenie.

To nie Lara krzyczała. To była kolejna z gierek Sroki. Zbierając resztki opanowania, Aren stwierdził:

– Miałem w życiu lepsze dni.

Mężczyzna się uśmiechnął.

– Kolejna dwójka twoich ludzi została złapana dziś w nocy w kanałach pod pałacem. Najwyraźniej nie wiedzieli o naszych niedawno zainstalowanych zabezpieczeniach. Dołączysz do mnie, kiedy powitam ich wewłaściwy maridriński sposób?

Rozdział 8Lara

Lara osłoniła oczy przed oślepiającym blaskiem górskiego jeziora, uważnie przyglądając się miasteczku wybudowanemu wśród drzew na jego zachodnim brzegu. Przez ostatni tydzień odwiedziła kilkanaście podobnych, ostrożnie pytając o piękną ciemnowłosą kobietę o oczach jak morze.

Sarhina. Jej ulubiona siostra. Jej najbliższa siostra. Siostra, w której kieszeni Lara zostawiła kartkę z wyjaśnieniem sytuacji tuż przed tym, jak otruła ją i pozostałe.

Jakże była pewna w tamtej chwili, że zrozumieją jej podstęp. Że obudzą się z otępienia bliskiego śmierci, znajdą wiadomość i uświadomią sobie, że kupiła im szansę na życie i wolność. Że może jej za to nie podziękują, ale przynajmniej zrozumieją, że to był jedyny sposób, by wszystkie przeżyły.

Wściekłość Marylyn wstrząsnęła tym przekonaniem.

Ona miała najwięcej powodów do gniewu. Była wybraną siostrą – tą, która miała zostać królową Ithicany, a Lara okradła ją z tego zaszczytu. „A raczej z nagród, które zgodnie z obietnicą ich ojca miały temu towarzyszyć”, wspomniała szalony blask w oczach Marylyn, kiedy ta wyjawiała swoje prawdziwe motywacje.

Ale może pozostałe siostry również miały powód, by znienawidzić Larę za to, co zrobiła. Całe życie poświęciły konkurowaniu o jedną pozycję – pozycję, na którą Marylyn zasłużyła, a którą Lara podstępem ukradła. Okłamała je wszystkie. Otruła je wszystkie. Porzuciła, by wydostały się z Czerwonej Pustyni bez wielbłądów i zapasów. Równie dobrze mogły na nią spojrzeć i za karę poderżnąć jej gardło.

Jedynie w przypadku Sarhiny była pewna, że siostra jej wybaczy.

Sarhina była najbystrzejszą z sióstr Lary, brutalną wojowniczką, mistrzynią strategii i urodzoną przywódczynią. Jednak raz za razem zdobywała oceny w połowie stawki, choć zgodnie z wszystkimi przewidywaniami powinna być na samym szczycie. Lara doszła do wniosku, że Sarhina celowo osiągała przeciętne wyniki, i nawet jeśli któryś z mistrzów domyślał się taktyki jej siostry, żadnemu nie udało się tego udowodnić. Sarhina nie była na tyle głupia, by przyznać się, że podkopuje własne szanse na zostanie królową, ale jej obawy wiele zdradzały, jak uświadomiła sobie Lara.

„Mówią, że Ithicanę otaczają mgły tak gęste, że nie widać nic na dziesięć kroków w każdą ze stron – szepnęła jej Sarhina w jedną z ciemnych nocy w ich wspólnej sypialni. – Że dżungle są tak gęste, że trzeba się przez nie przebijać nożem, a nieostrożni utykają wśród gałęzi jak w pajęczynie. Że na wyspach już nie widać nieba”.

„Brzmi cudownie. Przydałoby mi się trochę odpoczynku od słońca”.

„Brzmi jak grób”, odparła siostra.

W tamtym czasie jej obawy nie miały większego znaczenia, ale kiedy Serin przyspieszył szkolenie sióstr i zmuszał je, by torturowały się nawzajem, Lara zrozumiała strach Sarhiny. Patrzyła, jak jej siostra przeżywa załamanie w jamie, kiedy pozostałe zrzucały na nią piasek, łopata po łopacie, grzebiąc ją żywcem. Patrzyła, jak Sarhina błagała i proponowała wszystkie informacje, byle tylko się wydostać.

Serin machnął rękami z obrzydzeniem i krzyknął do Sarhiny, że Ithicanie naprawdę zakopią ją żywcem, jeśli się przyzna, a później kazał znów wrzucić ją do jamy, by powtórzyć ćwiczenie. Raz za razem, aż Sarhina zapanowała nad strachem. Ukryła go. Nauczyła się kompensować.

Ale nigdy go nie pokonała.

Dlatego Lara stała teraz w najwyższym punkcie Maridriny – górach Kresteck. Łańcuch biegł wzdłuż wschodniego wybrzeża, urwisty i dziki, pełen błyszczących jezior, rwących potoków i świeżego zapachu sosen. Zamieszkiwało go niewielu ludzi, głównie myśliwi żyjący w izolacji w prymitywnych chatach, a nieliczne wioski ukryte w dolinach i na brzegach rzek rzadko były domem dla więcej niż stu osób. W tym niegościnnym miejscu często dochodziło do osunięć ziemi i powodzi, a zimą lawin, sytuację pogarszali zbójcy napadający podróżnych na nielicznych szlakach biegnących z północy na południe.

Zdaniem Lary było tam koszmarnie, zimno i nieprzyjaźnie. Ale szczyty dotykały nieba, można z nich było sięgnąć wzrokiem na całe mile i Lara wiedziała, że tu właśnie udała się Sarhina.

Jednak wyśledzenie jej było zupełnie inną kwestią. W dniach poprzedzających brzemienną w skutki kolację w oazie nie miała okazji się zastanowić, jak w przyszłości mogłaby znów spotkać się z siostrami – nie, jeśli nie chciała zdradzić swojego planu. I dlatego liczyła, że to Sarhina odnajdzieją. Pozostałe dziewczęta wiedziały, że ojciec pragnął ich śmierci. Najpewniej wiedziały, że Marylyn je zdradziła. Tak czy inaczej, byłyby gotowe na pogoń. I byłyby też przygotowane na każdego, kto mógłby ich szukać. Podobnie jak Lara, wszystkie siostry Veliant były łowczyniami – musiała jedynie zatrzasnąć jedną z ich pułapek.

A ponieważ w ostatnim miasteczku usłyszała sugestię, że w tym miejscu może przebywać kobieta, której opis zgadzał się z opisem Sarhiny, była pewna, że w końcu właśnie to zrobiła.

Zsiadła z górskiego kuca i zaprowadziła go na tyle daleko od ścieżki, żeby nie było go z niej widać, po czym ruszyła w stronę osady. Z kominów unosił się dym, dostrzegła też dwóch mężczyzn rozciągających skóry na ramach, żeby je wysuszyć. Futro miało być przetransportowane przez most i w końcu zostać przerobione na kołnierze i rękawiczki harendellskiej lub amaridzkiej arystokracji. Inny mężczyzna, dobrze zbudowany i nagi od pasa w górę, rąbał drewno z imponującej sterty. Przy ognisku kucała stara kobieta i podlewała mięso piekące się na rożnie, a za jej plecami gromadka dzieci biegała między budynkami, ich śmiech unosił się wśród drzew i docierał do uszu Lary.

Okrążyła osadę, zwracając uwagę na każdą osobę i noszoną przez nią broń, jak również drogi ucieczki, gdyby sytuacja rozwinęła się niekorzystnie. Górale byli zwykle pokojowo nastawieni, ale z konieczności ostrożnie podchodzili do obcych i umieli walczyć. Nikt jej jeszcze nie zaczepił, lecz mogło się to zmienić w każdej chwili. Ostatnim, czego potrzebowała, były wieści o kobiecie wyglądającej jak ona, docierające do Serina w Vencii, zwłaszcza gdyby towarzyszyła im informacja, że szukała kobiet pasujących do opisu jednej z księżniczek Veliant.

Rozejrzawszy się po okolicy, Lara zrobiła krok w stronę miasteczka. Na końcu języka miała historyjkę o poszukiwaniach zaginionej siostry, kiedy drzwi jednego z domów otworzyły się nagle i na zewnątrz wyszła Sarhina z koszykiem zawieszonym na ręce.

Lara znieruchomiała z uniesioną nogą, patrząc, jak siostra idzie w stronę mężczyzny rąbiącego drewno. Przerwał pracę, otarł pot z czoła, pochylił się i szepnął jej coś do ucha. Sarhina roześmiała się i odchyliła do tyłu, a jej płaszcz rozsunął się, ukazując dwa małżeńskie noże nad dużym brzuchem.

Lara nie mogła oddychać.

Sarhina posłała uśmiechniętemu mężczyźnie zalotne spojrzenie i ruszyła dalej ścieżką w stronę lasu, z kołyszącym się koszykiem i płaszczem falującym za jej plecami.

Lara się nie poruszyła. Powoli odkryła, że wszystko się zmieniło. Z niewyjaśnionych powodów wyobrażała sobie, że gdy odnajdzie siostry, będą tymi, kim były kiedyś – wojowniczymi księżniczkami współzawodniczącymi o prawo do obrony ojczyzny. Jakby istniały w zawieszeniu. A przecież minęło ponad półtora roku, od kiedy zostawiła je w oazie, i Sarhina – przynajmniej ona – żyła dalej.

Wyszła za mąż.

Spodziewała się dziecka.

Miała swoje życie.

Dokładnie tak, jak Lara liczyła. Jak mogła teraz w tym przeszkodzić? Jak mogła ryzykować wszystko, co Sarhina stworzyła dla siebie, życie ludzi, których wyraźnie kochała, w imię naprawienia własnych błędów? Aby uratować jednego mężczyznę?

Przymknęła oczy. Łzy spadały jej na szal owinięty wokół szyi. Wiedziała, że musi odejść. Zostawić siostrę w spokoju, który jej kupiła. Spróbować odnaleźć jedną z pozostałych… Crestę. Może Bronwyn.

Albo żadną.

Może to było coś, co musiała zrobić sama.

Nagle do jej szyi przycisnęło się ostrze i znajomy głos powiedział:

– Jeśli myślałaś, że nas zaskoczysz, Marylyn, to jesteś nawet bardziej szalona, niż sądziłyśmy.

Rozdział 9Lara

– Marylyn nie żyje.

Kobieta trzymająca nóż sapnęła, ale ostrze pozostało przyciśnięte do szyi Lary, nawet kiedy napastniczka drugą ręką zerwała jej kaptur, by odsłonić twarz.

– Lara? Myślałyśmy, że nie żyjesz.

– Karaluszka trudno zabić. – Odwróciła głowę i kątem oka zobaczyła wyższą, ciemnowłosą siostrę. – Mogłabyś odsunąć ten nóż, Bron?

– Najpierw wyjaśnij, co tu robisz.

– Zabierz ten przeklęty nóż, Bronwyn – zabrzmiał ostry głos Sarhiny. – Gdyby Lara pragnęła twojej śmierci, to ostrze by jej nie powstrzymało.

– Co nie znaczy, że zamierzałam ułatwić jej sprawę.

– Spokojnie, Bron – powiedziała Lara. – Nie zamierzam sprawiać kłopotów.

– Sprawianie kłopotów to jedyne, co robisz.

I wcale nie było to błędne stwierdzenie. Lara westchnęła, poderwała gwałtownie rękę, złapała za dłoń, którą Bronwyn trzymała nóż, i szarpnęła ją w dół, w stronę piersi siostry, jednocześnie prześlizgując się pod jej ramieniem. Jednak zamiast wykorzystać impet, by wepchnąć ostrze między żebra kobiety, puściła ją i się cofnęła. Z drugiej strony polany szła w ich stronę Sarhina, a tuż za nią rozbawiona Cresta.

– Powinnaś mnie posłuchać, Bron. – Sarhina oparła dłoń na biodrze, koszyk wciąż wisiał na jej przedramieniu. – Oszczędziłabyś sobie wstydu.

– Przyjęłam do wiadomości. – Bronwyn zmarszczyła czoło i rozmasowała nadgarstek.

– Czy to prawdziwe? – Lara wskazała na brzuch siostry, od którego nie mogła oderwać wzroku.

– Lepiej, żeby tak było. – Cresta uśmiechnęła się krzywo. – Nie ma innego wyjaśnienia dla jej wiatrów.

Sarhina przewróciła oczami.

– Musisz wytrzymać jeszcze trzy miesiące.

– Ojcem jest ten mężczyzna w osadzie, który rąbie drewno? – spytała Lara.

– Ojcem i moim mężem. – Sarhina założyła za ucho kosmyk jedwabistych czarnych włosów. – Ale mamy ważniejsze kwestie do omówienia niż moje życie uczuciowe.

Żadna się nie odezwała, cztery siostry patrzyły na siebie w milczeniu, jedynie wiatr szumiał w sosnach. Lara uświadomiła sobie, że stała się obca. Już nie była jedną z nich, nie tak naprawdę. Czy z powodu tego, co zrobiła? A może ­ostatnie ­półtora roku zmieniło je w równie wielkim stopniu, co ją?

Nie zaskoczyło jej, że milczenie przerwała Sarhina.

– Powiedziałaś, że Marylyn nie żyje. Czy to ojciec ją zabił?

Lara poczuła kwaśny posmak w ustach. Przełknęła ślinę.

– Nie. Ja ją zabiłam.

Napięcie między całą czwórką wzrosło, Cresta i Bronwyn poruszyły się niezręcznie, uniosły dłonie do broni i znów je odsunęły. Jedynie Sarhina stała niewzruszona.

– Dlaczego?

– Ojciec wysłał ją, żeby mnie zamordowała, tej nocy, gdy zdobył Ithicanę. Zagroziła mojemu męż… królowi Ithicany. I każdej z was. – Szum krwi w uszach zagłuszał jej wszystko, wręcz wyrywała z gardła każde kolejne słowo. – To, jak się zachowywała… co mówiła… Trzeba było to zrobić.

Sarhina zmrużyła oczy, między jej brwiami pojawiła się zmarszczka.

– Dlaczego ojciec pragnął twojej śmierci? Z pewnością twój… sukces był ważniejszy niż to oszustwo, którego dopuściłaś się w oazie.

– Pewnie pragnął jej śmierci z powodu jej sukcesu. – Cresta musnęła palcami rękojeść miecza. – Już jej nie potrzebował,a wszystkie wiemy, jak bardzo nie lubi pozostawiać niedokończonych spraw. – Uniosła dłoń i przeciągnęła palcem wzdłuż gardła.

– Dlatego, że go zdradziłam.

Trzy pary niebieskich oczu wpatrzyły się w nią, wszystkie pełne niedowierzania.

– W jaki sposób go zdradziłaś? – spytała Sarhina. – Zrobiłaś dokładnie to, do czego zostałaś… do czego zostałyśmy… wyszkolone. Przeniknęłaś do Ithicany i wymyśliłaś strategię, jak ją pokonać. Strategię, która okazała się skuteczna, bo Ithicana upadła, jej król trafił do niewoli, a nasz ojciec w pełni panuje nad mostem.

Serce Lary biło nierówno w piersi, a pospieszne, urywane oddechy nie dawały jej dość powietrza. W głosie Sarhiny nie pobrzmiewała duma z powodu dokonań Lary – raczej potępienie.

One wiedziały.