Niechciany następca - Danielle L. Jensen - ebook
BESTSELLER

Niechciany następca ebook

Danielle L Jensen

4,6

45 osób interesuje się tą książką

Opis

WIECZNA WOJNA
ZAKAZANA MIŁOŚĆ

Zarrah, wojowniczka wychowywana na następczynię cesarzowej Valcotty, kieruje się w życiu dwiema prawdami: że król Maridriny zamordował jej matkę i że ona w akcie zemsty pośle do grobu jego i wszystkich Veliantów.
Wieczna Wojna między Maridriną a Valcottą trwa od wielu pokoleń, tysiące rodaków Zarrah podczas niej zginęło lub zostało sierotami. Kiedy więc Zarrah zostaje dowódcą garnizonu w granicznym mieście Nerastis, jest gotowa zrobić wszystko, co konieczne, by zniszczyć wrogie siły Maridriny. Jak również zabić księcia Velianta, który nimi dowodzi.
Przypadkowe spotkanie z anonimowym – i przystojnym – Maridrinem skłania ją jednak do zastanowienia się, czy przemoc, jakiej się dopuszczała, była aktem sprawiedliwości czy zbrodnią. Podczas kolejnych nocnych spotkań z bezimiennym mężczyzną odkrywa, że wiele ich łączy, także gorąca namiętność.
Kiedy jednak jego tożsamość zostaje ujawniona, Zarrah musi zdecydować, czy naprawdę pragnie pokoju, czy woli maszerować w rytm bitewnych bębnów...

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 713

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (134 oceny)
93
28
10
2
1
Sortuj według:
bazymela

Dobrze spędzony czas

Byłoby super, gdyby nie liczne, wielostronicowe opisy scen "miłosnych". Naprawdę licznych i wielostronicowych. Niezwykle rozwlekle i nudno opisujących, co kto komu ssał, lizał, wtykał i dotykał. Zwykle w obliczu rozpoczynającego się ataku, sztormu itp. Albo przynajmniej przez kraty, na wysokości. Nie wiem, co autorka chciała osiągnąć, ale mnie śmieszyło i irytowało.
20
anetag51

Nie oderwiesz się od lektury

👌
10
pap3r_girl

Całkiem niezła

Strasznie rozwleczona, miejscami męcząca... na pewno nie będę chciała do niej wracać tak często jak do poprzednich dwóch tomów. Niemniej, baaardzo podobało mi się budowanie relacji między Kerisem (którego fanką jestem!) oraz Zarrah.
10
ZuzannaNaczynska

Nie oderwiesz się od lektury

Super. Wciągnęła mnie od samego początku. Czekam na kolejne części 😊
00
Alex_1212

Nie oderwiesz się od lektury

Książki Danielle L. Jensen nigdy nie zawodzą
00

Popularność




Danielle L Jensen

NIECHCIANY NASTĘPCA

Przełożyła Anna Studniarek

WYDAWNICTWO Galeria Książki · Kraków 2022

Tytuł oryginału: The Inadequate Heir

Copyright © 2021 Danielle L. Jensen. All rights reserved.

Cover art Illustration: Annabelle Moe

Map designed by Damien Mammoliti

Copyright © for the Polish translation by Anna Studniarek, 2022

Copyright ©for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2022

Opracowanie graficzne okładki na podstawie oryginału d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś

Redakcja językowa, korekta i skład d2d.pl

Opracowanie wersji elektronicznej:

Wydanie I

ISBN EPUB: 978-83-67071-36-9

ISBN MOBI: 978-83-67071-37-6

Wydawca: WYDAWNICTWO Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

[email protected]

Rozdział 1Keris

Keris Veliant, najnowszy następca tronu Maridriny, zszedł za ojcem po trapie na nabrzeże Południowej Strażnicy. W czasie krótkiego rejsu nie odezwali się do siebie ani słowem: ojciec pozostał na pokładzie, a Keris zamknął się w kajucie kapitana. Ale nawet gdyby przez całą drogę stali obok siebie, efekt byłby ten sam – milczenie dwóch mężczyzn, z których każdy był doskonale świadomy, że ten drugi życzy mu śmierci.

Podszedł do nich zamaskowany Ithicanin, zgarbiony ze starości, i złożył przed królem głęboki ukłon.

– Witajcie ponownie na Południowej Strażnicy, Wasza Królewska Wysokość. – Później skinął głową Kerisowi. – Witajcie, Wasza Wysokość. Jak rozumiem, to wasza pierwsza przeprawa naszym mostem?

Książę otworzył usta, by odpowiedzieć, ale jego ojciec odezwał się pierwszy.

– Są tutaj?

– Jego Łaskawość przesyła przeprosiny. Jego obecność jest niezbędna gdzie indziej.

Nieobecność króla Ithicany nieco rozczarowała Kerisa. Aren Kertell był tematem wielu dyskusji, choć krążące na jego temat pogłoski stały w sprzeczności z jego ostatnimi działaniami. Działaniami, które sprawiły, że mieszkańcy Maridriny skandowali jego imię na ulicach i twierdzili, że jako król powinien stanowić wzorzec dla innych władców.

A Silas Veliant nienawidził go za to.

Jednak król Maridriny nie okazał po sobie gniewu, jedynie spytał spokojnym głosem:

– A co z moją córką?

Lara, młodsza siostra Kerisa, była jego jedyną rodzoną siostrą pośród całego tłumu przyrodniego rodzeństwa w haremie ojca. Nie rozmawiał z nią od ponad szesnastu lat – od czasu, kiedy ją zabrano, by dorastała w tajemnicy. Keris zakładał, że Lara nie żyje, aż do dnia, kiedy przejechała przez Vencię w drodze na ślub z królem Ithicany, co było częścią Traktatu Piętnastu Lat. Narzeczona przynosząca pokój – tak mówili.

Keris nie wierzyłw to ani przez chwilę.

– Królowa postanowiła pozostać u boku Jego Królewskiej Wysokości. Przesyła pozdrowienia – wyjaśnił Ithicanin.

– Nie wątpię.

Głos króla brzmiał chłodno, ale książę Keris już dawno dla własnego dobra nauczył się odczytywać drobne sygnały i znaki, które zdradzały prawdziwe odczucia jego ojca. I dlatego usłyszał nutę rozbawienia w jego głosie, co sprawiło, że poczuł mrowienie skóry. To, co bawiło ojca, zwykle wywoływało diametralnie odmienne reakcje innych ludzi.

Ithicanin lekko zmrużył oczy. Keris nie chciał, by cokolwiek zagroziło jego ucieczce do Harendell, więc zabrał głos.

– Przykro mi, że nie spotkam się z siostrą, ale cieszy mnie jej lojalność wobec waszego króla. Przekaż im obojgu moje najlepsze życzenia.

Ojciec prychnął cicho i protekcjonalnie poklepał Kerisa po policzku.

– Mój syn jest uczuciowy. Ma to po matce.

„Chodzi ci o tę matkę, którą zamordowałeś, ty zimnokrwisty gadzie?”, chciał powiedzieć Keris, ale to nie był dobry dzień, by wystawiać cierpliwość ojca na próbę. Nie, skoro prawie udało mu się uciec.

– Wszyscy mamy jakieś wady, Wasza Łaskawość.

Ojciec patrzył na niego lazurowymi oczami, takimi samymi jak oczy Kerisa, i nawet nie mrugnął.

– Niektórzy więcej niż inni – rzucił, po czym klasnął w dłonie. – Przybyłem tu jedynie po to, by spotkać się z twoją siostrą i jej mężem. Jeśli nie są obecni, nie chcę przedłużać swojego pobytu. Miejmy to z głowy.

Uczuciowośćnie była jedną z wad króla Silasa Velianta.

Na nabrzeżu zaczął się gorączkowy ruch, z pokładu zeszły dwa tuziny młodych Maridrinów w obcisłych płaszczach z jaskrawych tkanin. Ostry wiatr szarpał ich zaczesane do tyłu włosy ku ich wyraźnej konsternacji. Otaczała ich woń wina, co wyjaśniało podniesione głosy, kiedy krzyczeli na marynarzy, by ci uważali na ich dobytek, bo inaczej posmakują bicza.

– Kim oni są? – spytał Keris przez zaciśnięte zęby.

Ojciec skrzyżował ręce na piersiach, a jego wargi wygięły się w uśmieszku.

– Twój orszak.

– Wybieram się na uniwersytet, nie na dwór, Wasza Łaskawość. To niepotrzebne wydatki.

– Jesteś następcą tronu Maridriny, co oznacza, że musisz przybyć do Harendell ze stosownym orszakiem. – Pod nosem dodał: – I tak przynosisz nam wstyd, nie trzeba go jeszcze zwiększać.

„Nie kłóć się. Zaciśnij zęby”, polecił sobie w duchu Keris. Czuł jednak, że z trudem panuje nad złością – zazwyczaj przychodziło mu to znacznie łatwiej.

– To będzie kosztować majątek. Lepiej by było, gdybyśmy popłynęli statkiem. Pora sztormów się skończyła, możemy tak zrobić.

Na statku nie miałoby znaczenia, gdyby ci mężczyźni zachowywali się jak idioci, jednak Ithicanie mieli ścisłe zasady zachowania na moście i brakowało im cierpliwości do tych, którzy je łamali – co ta gromada błaznów z pewnością zrobi przed upływem dnia.

Może na to właśnie liczył jego ojciec.

– Nie bądź głupcem, Kerisie. Na morzu roi się od statków Valcotty, a ja wolałbym uniknąć śmierci mojego następcy.

– Sądziłem, że już się do tego przyzwyczaiłeś, w końcu ośmiu moich poprzedników spoczywa w grobie.

Te słowa wymknęły się z jego ust i natychmiast przygotował się na cios – przyzwyczaił się, że reakcją na jego komentarze było bicie. Ojciec jednak chwycił go za ramiona i przyciągnął tak blisko, że jego wargi znalazły się tuż przy uchu Kerisa. Dla kogoś, kto patrzył z zewnątrz, byłaby to jedynie prywatna wymiana słów między ojcem a synem, ale książę czuł już, że ramiona drętwieją mu z bólu, bo ojciec przyciskał kciuki do jego nerwów.

– Twój starszy brat był dwa razy lepszym mężczyzną od ciebie – syknął. – W mgnieniu oka oddałbym twoje życie za Raska, gdyby to było możliwe.

I nie tylko za Raska. Choć bracia Kerisa byli warci mniej niż odpadki ludzkości, ojciec darzył każdego z nich wielkim szacunkiem. Jedynie Kerisa nienawidził, jedynie z niego bez litości szydził.

– Podobnie jak ty chciałbym, żeby Rask żył.

Nie dlatego, że lubił brata, lecz dlatego, że kiedy Rask zajmował się wszystkimi obowiązkami następcy tronu – żołnierką, polityką i prowadzeniem wojen – Keris mógł ich unikać. Ale Rask dał się zabić w potyczce z Valcottanami, a największą obawą Kerisa od śmierci brata było to, że nie będzie mógł dłużej unikać żołnierki, polityki i prowadzenia wojen. I dlatego fakt, że ojciec nie wycofał swojej zgody na jego wyjazd do Harendell, wydawał się wręcz bożą łaską.

A że Keris był niewierzący, wspomniany fakt wzbudzał w nim ogromne podejrzenia.

– Jesteś żałosny i słaby, i nie jesteś godzien wypowiadać imienia twojego brata. – Ojciec mocniej zacisnął ręce. – Ale wciąż jesteś moim synem. Co oznacza, że muszę znaleźć sposób, by wykorzystać twoje zalety, nawet jeśli są ograniczone.

I oto haczyk.

Oczywiście, że ojciec czegoś od niego chciał. Nie pozwoliłby mu odejść, nie zmusiwszy go do zapłaty.

– O co chodzi, ojcze? Pewnie o szpiegowanie Harendell­czyków?

Król roześmiał się krótko – a dźwięk ten sprawił, że Keris dostał gęsiej skórki – po czym wypuścił syna z uścisku.

– Nie, Kerisie, szpiegów mam wielu. Możesz jednak być pewien, że znajdę sposób, by cię wykorzystać. – I nie mówiąc już nic więcej, wszedł po trapie i zniknął na statku.

Nie szpiegowanie, alecoś.A cokolwiek to było, Keris wiedział, że mu się nie spodoba.

Stary Ithicanin stał w odległości kilku kroków i cierpliwie czekał.

– Jeśli zechcecie pójść za mną, Wasza Wysokość, ruszymy w drogę. Mamy zasady dotyczące tego, co można przewozić przez most. To oznacza, że wszyscy podlegają przeszukaniu, podobnie ich bagaże. A tym razem przeszukanie – przeniósł wzrok na stertę skrzyń i na orszak Kerisa – może zająć dłużej, niż się spodziewaliśmy.

* * *

Zajęło wiele godzin. Ithicanie zabrali ich do kamiennego magazynu, gdziewszystko zostało starannie przeszukane i dopiero wtedy załadowane na wąskie wozy. Choć Keris widział, jak statek jego ojca odpływa, nie mógł pozbyć się wrażenia, że wkrótce wydarzy sięcoś, co sprawi, że zamiast trafić do Harendell, powróci do Maridriny i znów trafi w środek wojny, w której nie chciał brać udziału. I której sprzeciwiał się całym sobą.

– Gotowi są?

Uwagę Kerisa przyciągnął kobiecy głos. Podniósł wzrok znad czytanej książki i ujrzał wchodzącą do magazynu Ithicankę, której towarzyszyła większa grupa zbrojnych. Kobieta była wysoka i szczupła, miała ciemnobrązowe włosy podgolone na bokach i związane na karku w długi kucyk. Nosiła typową ithicańską szarozieloną tunikę i spodnie, wysokie do kolan buty z grubej skóry i dużo broni u pasa. Ramiona miała nagie (poza naramiennikami), a jej opaloną skórę przecinało kilka bladych blizn, świadczących o tym, że walka nie była jej obca. Podobnie jak większość jej rodaków nosiła skórzaną maskę, przez co trudno było ocenić jej wiek, ale Keris wątpił, by miała więcej niż dwadzieścia lat.

Stary Ithicanin pokiwał głową.

– Ich bagaże są w porządku. Trochę za dużo trunku, ale zapewniają mnie, że to na drogę, nie na sprzedaż. – Zacisnął zęby, a po chwili dodał: – Ich…zachowanie potwierdza ich słowa.

– Cudownie. Niczego nie lubię tak bardzo jak eskortowania pijanych maridrińskich dupków.

Keris się roześmiał.

Kobieta gwałtownie przekręciła głowę i jej spojrzenie padło na Kerisa, który stał z dala od towarzyszy, opierając się o ścianę.

Stary Ithicanin odchrząknął.

– To następca tronu, Keris Veliant. Starszy brat królowej.

Kobieta lekko pochyliła głowę.

– Proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość. Żałuję, że usłyszeliście moją uwagę.

Alenie żałowała, że ją wypowiedziała. Keris już ją lubił.

– Ponieważ jestem całkowicie trzeźwy, zakładam, że eskortowaniemnie sprawi ci przyjemność.

W jej orzechowych oczach mignęło rozbawienie.

– Trzeźwy… ale jesteście Maridrinem.

– I tak się składa, że dupkiem. – Posłał jej złośliwy uśmieszek. – Mam nadzieję, że wasz król dobrze wam płaci.

– Niewystarczająco. – Wskazała na jego orszak. – Jeśli ­zechcecie dołączyć do towarzyszy, Wasza Wysokość, zostaniecie sprawdzeni, czy nie macie broni, a później ruszymy w ­drogę.

Keris nie odezwał się ani słowem, kiedy jeden z towarzyszących kobiecie zbrojnych przeszukał go od stóp do głów, nawet zdjął mu buty i przyjrzał się ich podeszwom. Sprawność żołnierza świadczyła o tym, że robił to już setki razy i dobrze znał się na swojej pracy. Orszak Kerisa z kolei śmiał się i prychał przez cały czas, a uwagi towarzyszy sprawiały, że książę zgrzytał zębami. Był gotów krzyknąć na nich i kazać im się zamknąć, kiedy nagle jeden z nich odezwał się do klęczącej przed nim i przeszukującej go Ithicanki:

– Wygląda na to, że masz spore doświadczenie w pracy w takiej pozycji, dziewczyno.

Wszyscy zebrani Ithicanie znieruchomieli, a ich złość była oczywista nawet dla głupców z orszaku Kerisa – z ich twarzy szybko zniknęła wszelka wesołość.

„Niech to”.

Ithicanka zacisnęła zęby i bez słowa dokończyła przeszukanie. Później podniosła się gwałtownie, uderzając barkiem w krocze idioty z taką siłą, że krzyknął. Mężczyzna przewrócił się na bok i zaczął przeklinać i jęczeć, zaciskając ręce na obolałym miejscu.

Kobieta odwróciła się do starego Ithicanina i warknęła:

– W porcie stoi jakiś maridriński statek, Rin?

– Dwa.

– Dobrze. Wybierz jeden i powiedz im, że zabierają Jego Wysokość i jego ludzi z powrotem do Vencii. Nie pozwalamy im przejść przez most.

Keris poczuł ściskanie w żołądku i przepełniła go panika. Wiedział, że do tego dojdzie. Że jego ojciec znajdzie jakiś sposób, by cofnąć dane słowo.

– Raino – w głosie starszego mężczyzny brzmiała dezaprobata – książę Keris jest bratem królowej Lary.

Kobieta obrzuciła go uważnym spojrzeniem.

– W takim razie jego weźmiemy. Ale nie pozostałych.

To było kuszące. Och, jakże kusiło Kerisa skorzystanie z propozycji kobiety i samotne przejście przez most. Wiedział jednak, że ojciec kazałby mu słono zapłacić za taką decyzję. Zawsze to robił.

– Przepraszam za okazany przez niego brak szacunku. – Keris podszedł do kobiety, Rainy, i zatrzymał się w uprzejmej odległości. – Jest głupcem, ale nie zasługuje na śmierć.

– Nie uderzyłam goażtak mocno – rzuciła oschłym tonem. – Przeżyje.

– Jeśli go odeślesz, to nie. – Wzruszył ramionami. – Mój ojciec źle znosi upokorzenie. Nieszczęsny opój będzie martwy w ciągu godziny od przybicia do brzegu, chyba że znajdzie w sobie dość odwagi, by w czasie rejsu wyskoczyć za burtę.

– Może powinien był pomyśleć nad konsekwencjami, zanim się odezwał.

– Wątpię, by miał tak wielką zdolność przewidywania. – Keris spojrzał na milczących mężczyzn, w ich oczach widział, że wiedzieli, iż to nie czcza groźba. Nie tylko wobec idioty leżącego na ziemi, ale ich wszystkich. – Nie będą się już zachowywać niestosownie, masz moje słowo.

Raina odetchnęła głęboko i zakołysała się na piętach.

– Lepiej, żebym tego nie pożałowała.

– Wszyscy będziemy się bardzo starać.

Mimo maski zakrywającej jej twarz zauważył, że przewróciła oczami. Ale jednocześnie wskazała na wozy.

– Wsiadajcie.

Jego orszak pospieszył w stronę wozów, zadbanych pojazdów z miękkimi siedzeniami, ciągniętych przez muły. Wozy wyglądały na wygodne, ale były stanowczo za ciasne jak na gust Kerisa.

– Czy miałabyś coś przeciwko, gdybym szedł pieszo?

Raina wzruszyła ramionami.

– Jak sobie życzycie.

Karawana, skrzypiąc, ruszyła naprzód, a pozostała dziewiątka ciężko uzbrojonych ithicańskich żołnierzy stanęła po obu stronach wozów, kiedy te wytoczyły się z magazynu. Na zewnątrz padał słaby deszcz, Raina szła przodem, a Keris niemal deptał jej po piętach. Podniósł wzrok na potężny otwór mostu. Kiedy krople uderzały w szary kamień, unosiła się z niego mgiełka. Gdy dotarli bliżej, ciężka stalowa brona uniosła się do góry. Łoskot łańcuchów konkurował z odległym dudnieniem gromów.

Raina uniosła twarz do nieba, deszcz uderzał o jej maskę.

– Cieszcie się, że nie postanowiliście popłynąć statkiem, Wasza Wysokość.

Keris przeniósł wzrok na ciemny otwór. Dolne pręty brony bardzo przypominały zęby.

– Dlaczego?

– Bo nadchodzi sztorm.

Ithicanka wzięła świecącą latarnię od jednego z czekających na nich strażników i zaprowadziła Kerisa w głąb mostu.

Rozdział 2Zarrah

Porucznik Zarrah Anaphora, siostrzenica cesarzowej Val­cotty, uniosła oczy do nieba i patrzyła na chmury kłębiące się na pół­nocy, a pokład pod jej stopami podnosił się i opadał z coraz większą gwałtownością.

– Pora ciszy zmierza ku końcowi, prawda, kuzynie? Czas, byśmy wracali do domu?

– Wkrótce. Ale jeszcze nie.

Głos jej kuzyna Bermina był równie głęboki co odległe grzmoty. Zarrah spojrzała w stronę mężczyzny stojącego przy relingu. Książę Bermin Anaphora był sporo wyższy od niej i miał wszystko, czego należało oczekiwać od wojownika. Niezrównaną siłę i umiejętność walki.

Niestety, był również dosyć głupi.

I właśnie dlatego Zarrah miała przejąć dowodzenie nad armiami Valcotty, kiedy tylko ich flota powróci do Nerastis.

Otrzymany od cesarzowej list z rozkazami schowała do wewnętrznej kieszeni munduru. Wymagało od niej dużego opanowania, by nie wyciągnąć wiadomości napisanej na grubym papierze. Władza, którą list jej dawał, sprawiała, że krew gotowała się w niej z niecierpliwości. Pragnęła sięgnąć po nóż u pasa – szansa na zemstę, na którą czekała od prawie dziesięciolecia, była tak blisko, że Zarrah niemal czuła jej smak. Zwłaszcza że Vencia znajdowała się jedynie o pół dnia rejsu stąd.

Ktoś krzyknął z oka nad ich głowami i po chwili u boku jej kuzyna znalazł się kapitan statku.

– Generale, na horyzoncie widać flotę.

– Ile?

– Co najmniej piętnaście okrętów, panie.

– Hm. – Bermin wyciągnął lunetę zza pasa, Zarrah postąpiła podobnie.

Od kiedy Ithicanie sprzymierzyli się z Maridriną i przerwali valcottańską blokadę Południowej Strażnicy, flota jej kuzyna patrolowała wybrzeża Ithicany i z radością zatapiała każdy maridriński statek, który znalazł się w jej zasięgu, a jednocześnie ochraniała valcottańskie statki kupieckie, które ryzykowały żeglowanie po wzburzonym morzu, by ominąć ithicański most. Mieli kilka wspaniałych potyczek z marynarką Maridriny, ale ten krwiożerczy dupek, król Silas Veliant, z wielką chęcią wykorzystywał swoje siły, by chronić własne statki kupieckie płynące przez cieśninę do Południowej Strażnicy.

Jak jednak wskazywały flagi na okrętach pędzących w stronę Zarrah, to się wkrótce miało zmienić.

Czuła, że jej serce bije szybciej, a broń błaga o dobycie, o zanurzenie w maridrińskiej krwi. Niewyraźnie słyszała, jak kuzyn wydaje rozkaz, by przygotować się do bitwy, a chwilę później rozległo się głośne dzwonienie, kiedy tuzin okrętów tworzących flotę Bermina powtórzył rozkazy.

Na pokład wylegli żołnierze, mężczyźni i kobiety, uzbrojeni po zęby i gotowi do walki, sama Zarrah sięgnęła zaś po kij i uniosła go w powietrze.

– Może szczęście się dziś do nas uśmiechnie i na pokładzie będzie książątko Velianta – wykrzyknęła. – A kiedy skoń­czymy, popłyniemy z powrotem do Nerastis z tym szkodnikiem powieszonym na własnych jelitach na naszym grotmaszcie!

Żołnierze ryknęli i sami unieśli broń do nieba, wpatrując się w zbliżającą się flotę.

Zarrah ze śmiechem uniosła lunetę. Ale serce jej zadrżało i oczekiwanie zmieniło się w niepokój, kiedy ci, których obserwowała, wykrzyknęli ostrzeżenia.

Nie piętnaście okrętów, jak policzono pierwotnie, lecz o wiele więcej. Dwadzieścia. Trzydzieści.

A choć tamci musieli już dostrzec flotę Valcotty, nie przygotowywali się do ataku.

– Kuzynie…

Bermin nie odpowiedział, więc odwróciła się i chwyciła go za rękę. Na tle jego masywnego przedramienia jej dłoń wyglądała, jakby należała do dziecka.

– Popatrz! Mijają nas.

Żołnierze wokół niej przerwali przygotowania i podeszli do relingu, wpatrując się w ponad pięćdziesiąt okrętów, które szerokim łukiem ominęły Valcottan i skierowały się na północ.

– Dokąd oni płyną? – zapytał ktoś.

Zarrah wiedziała. Cesarzowa mówiła, że to nieuniknione, nie wiadomo było jedynie, kiedy i jak. Wiedza jednak nie zmniejszyła szoku.

– Atakują Ithicanę.

Bermin mruknął potwierdzająco, po czym oparł łokcie na relingu, a na jego okrągłej twarzy pojawił się uśmieszek.

– Musimy ich zaatakować. – Serce Zarrah waliło jej w piersiach. – Przeszkodzić im!

Kuzyn ją zignorował.

– Wycofać się.

Dzwony ucichły, nikt na pokładzie nie odzywał się ani ­słowem.

Zarrah odwróciła się do Bermina.

– Wbijają nóż w plecy Ithicany! Musimy ich zaatakować i wysłać ostrzeżenie na Południową Strażnicę.

– Nie. – Słowo mężczyzny przetoczyło się po pokładzie jak grom.

– Musimy! – wydyszała Zarrah, gdy przepełniła ją panika. Silas Veliant nie zdecydowałby się na atak takimi siłami, gdyby nie był pewien zwycięstwa. A gdyby Ithicana upadła, most i całe jego bogactwo znalazłyby się w rękach Maridriny. W rękach jejwroga.

– Jeśli zlegniesz z wężami, musisz się spodziewać, że cię ukąszą – odparł kuzyn. – Cesarzowa to widziała i ostrzegła króla Ithicany, ale on z większą chęcią słuchał węża w swoim łożu.

Żołnierze wokół nich zaczęli się śmiać. Zarrah tego nie ­zrobiła.

– Nasz okręt jest szybszy. Możemy wcześniej dotrzeć na Południową Strażnicę i ostrzec ich. Jeśli Ithicanie dowiedzą się, że Maridrini nadchodzą, przynajmniej będą mieli szansę ich powstrzymać.

– I zaryzykować, że zaatakują nas swoimi machinami? Nie sądzę. Poza tym cesarzowa powiedziała otwarcie, że gdyby do tego doszło, mamy się nie wtrącać. – Bermin machnął ręką na kapitana. – Skierujcie się w stronę Nerastis. Możliwe, że Król Szczur się odsłonił, a jeśli tak, my musimy wykorzystać okazję.

Choć brzmiało to kusząco, Zarrahwiedziała, co się stanie, jeśli na to pozwoli. Widziała już wcześniej skutki maridrińskich ataków: spalone domy, zarżniętych mieszkańców, osierocone dzieci, i przepełniła ją mdląca bezradność, którą czuła za każdym razem, kiedy spóźniła się, by taki atak powstrzymać. Tę samą bezradność, którą czuła przed dziesięciu laty, kiedy Silas Veliant zamordował jej matkę, a ją samą zostawił na śmierć.

– Musimy działać! – Jej wnętrzności ściskała lodowata panika. – Jeśli zdobędą Ithicanę, dojdzie do masakry. Nie tylko żołnierzy, lecz także rodzin, dzieci! Musimy interweniować.

Żołnierze, którzy ją słyszeli, poruszyli się niezgrabnie i przenieśli wzrok na flotę – wszyscy doskonale znali skutki maridrińskich ataków. Ale kuzyn Zarrah jedynie wzruszył ramionami.

– To nie nasza sprawa. Ithicana splunęła na naszą przyjaźń, a teraz zapłaci cenę.

Tyle tylko, że zwykli mieszkańcy Ithicany nie zasłużyli, by ją zapłacić.

List w jej kieszeni, który oddawał jej dowodzenie, palił ją jak ogień, ale ciotka powiedziała wyraźnie: „Nie mów nic do chwili, aż powrócicie do Nerastis”.

Umysł Zarrah walczył z tym rozkazem i z pragnieniem, by zrobić coś, cokolwiek, aby powstrzymać to, co miało się stać z Ithicaną.

– Kuzynie, proszę. Król Aren może i splunął na naszą przyjaźń, ale ostateczną cenę zapłacą jego poddani, niewinni ludzie, którzy nie mieli nic wspólnego z tą decyzją. Powinniśmy to zrobić dla nich.

Bermin jedynie pokręcił głową.

– Niech to będzie motywacja dla Ithicany, by wybrać lepszego króla. – Po czym ryknął: – Stawiać żagle!

„Zignoruj rozkazy i przejmij dowodzenie! – krzyczało jej sumienie. – Powstrzymaj to!”

Zarrah jednak tylko w milczeniu obserwowała mijającą ich maridrińską flotę, kierującą się na północ, by zniszczyć Ithicanę.

Rozdział 3Keris

Wewnątrz mostu powietrze było wilgotne i gęste, nozdrza Kerisa wypełniła woń pleśni i nawozu oraz zapach czegoś, czego nie umiał do końca nazwać. Jak zapach ziemi po deszczu, ale nie do końca. Wyjątkowy.

– To materiał, z którego zbudowano most. – Raina odpowiedziała na jego niezadane pytanie. – Ma charakterystyczną woń. Ludzie z zewnątrz zawsze marszczą nosy, kiedy wchodzą do środka.

„Ludzie z zewnątrz”. Jakby istniała Ithicana i wszyscy inni.

– Jest dość… intensywny. – Nie umiał wymyślić bardziej uprzejmego określenia.

– Macie szczęście, Wasza Wysokość. Kiedy Harendellczycy pędzą bydło, gównem śmierdzi przez kilka tygodni, bo tyle czasu zajmuje posprzątanie po nich.

– Z pewnością wojowniczka taka jak ty nie jest wysyłana do takiej pracy?

Ze względu na aurę tajemniczości otaczającą Królestwo Mostu i jego mieszkańców Keris nie mógł mieć najmniejszej pewności w żadnej kwestii, która ich dotyczyła, ale wiedział, że komplementy skłaniają do mówienia.

Usta Rainy, czyli jedyna widoczna część jej twarzy, wygięły się w uśmiechu.

– Robiłam to przez rok, kiedy miałam szesnaście lat. Uważa się to za swego rodzaju rytuał przejścia.

Uniósł brew.

– Czego to dowodzi? Poza umiejętnością posługiwania się szuflą.

– Jeśli odpowiedź nie jest oczywista, to pewnie nie zrozumiecie.

– Sprawdź mnie.

Przygryzła dolną wargę, a Keris skupił wzrok na jej ustach, zafascynowany kontrastem tej chwilowej niepewności z wojowniczością, jaką emanowała Ithicanka.

– Udowadnia, że jest się gotowym zrobić wszystko, co konieczne, by potwierdzić swoją lojalność i zasłużyć na zaufanie i szacunek króla i dowódców.

– Gdyby tak wiele można było zyskać dzięki sprzątaniu zwierzęcych odchodów, to stajennych darzono by szacunkiem. A jednak wcale tak nie jest – odparł, sprawdzając, czy delikatne podrażnienie dumy Rainy skłoni ją, by coś wyjawiła.

Ale kobieta nie dawała się łatwo podpuścić. Posłała spojrzenie karawanie, która podążała za nimi.

– Ithicanę wybudowano na tajemnicach i trzeba zasłużyć, by je poznać.

Na tajemnicach, które świat rozpaczliwie pragnął poznać, a najbardziej ojciec Kerisa. Król Silas Veliant miał obsesję na punkcie ithicańskiego mostu. Jego tajemnic. I zysków.

Posiadania go na własność.

A choć Maridrina i Ithicana oficjalnie były sojusznikami, Keris wątpił, by przeszkodziło to jego ojcu, gdyby pojawiła się okazja do wyrwania upragnionego mostu z rąk Ithicany. Lojalność i wiarygodnośćnie były cechami, które przypisałby ojcu, nie bardziej niż uczuciowość. Choć jeśli pogłoski, które słyszał, były prawdziwe, jego siostra Lara była inna.

Albo taką udawała.

– Czy moja siostra zasłużyła na poznanie tych tajemnic? – W chwili, w której te słowa opuściły jego usta, Keris zagryzł policzki. „Trzymaj się od tego z dala!”, nakrzyczał bezgłośnie sam na siebie. „Im mniej wiesz, tym lepiej”.

– Zależy, kogo spytacie.

Jaka szkoda, że zdrowy rozsądek nigdy nie potrafił wygrać z jego ciekawością.

– Pytam ciebie. Wybacz mi moje pytania, po prostu nie znam zbyt dobrze swojej młodszej siostry. Wychowywano nas osobno.

– Tak słyszałam. – Raina przełożyła latarnię do drugiej ręki. – Dlaczego?

– By chronić ją przed Valcottanami – odparł Keris, choć wiedział, że to kłamstwo. Żadne miejsce nie było tak dobrze chronione jak harem jego ojca w Vencii. Larę zabrano z innego powodu. W innym celu.

I pozostawało jedynie kwestią czasu, kiedy ten cel zostanie ujawniony.

– Jest bardzo piękna. – Ithicanka spojrzała na niego z ukosa. – Wygląda jak wy, Wasza Wysokość, jeśli nie macie nic przeciwko temu porównaniu. Macie takie same oczy.

Błękit Veliantów. Najprawdopodobniej fakt, że Keris odziedziczył kolor oczu ojca, byłjedynym powodem, dlaczego nie nazwano go bękartem i nie odrzucono. Nie był do końca pewien, czy to błogosławieństwo, czy przekleństwo.

– To mi nie mówi, jaka jest.

– Bardzo uszczęśliwiła Jego Łaskawość.

Keris uśmiechnął się złośliwie.

– Powiedziałaś to jedynie dlatego, że jestem Maridrinem, a zatemmuszę sądzić, że wartość kobiety sprowadza się do tego, czy uszczęśliwia mężczyzn.

Kąciki ust Rainy wygięły się do góry.

– Mylę się?

– Ależ tak. Jestem o wiele bardziej samolubny, niż ci się wydaje… mnie obchodzi jedynie, czy uszczęśliwiająmnie.

Zaśmiała się, a dźwięk ten przypominał Kerisowi dzwonki wiatrowe w słoneczny dzień, jego echa wypełniły mroczną przestrzeń mostu i sprawiły, że mężczyzna się uśmiechnął.

I wtedy w jego myślach zabrzmiał głos ojca: „Możesz być pewien, że znajdę sposób, by cię wykorzystać” i jego uśmiech znikł.

– Dobrze się czujecie, Wasza Wysokość?

– Owszem – stwierdził Keris, po czym zaprzeczył własnym słowom, przyspieszając kroku.

* * *

Keris opierał się o wewnętrzną ścianę mostu i wpatrywał w migoczący płomień wewnątrz latarni. Czuł się wyczerpany po całym dniu marszu, ale w przeciwieństwie do chrapiącego orszaku nie mógł zasnąć na posłaniu, które zapewnili mu Ithicanie.

Zawsze miał problemy z zaśnięciem, szczególnie kiedy nie był sam i nie chroniły go grube mury i zamknięte na klucz drzwi. Zbyt wiele razy wbito mu nóż w plecy – całkiem dosłownie. Na tym polegało bycie maridrińskim księciem, wielka liczba braci oznaczała ciągłą walkę o pozycję, co często wiązało się z eliminowaniem konkurencji. Keris przeżył tak długo, bo bracia nie uważali go za zagrożenie, woleli mordować naj­lepszych wojowników i najambitniejszych polityków spośród siebie. Wszystko szło bardzo dobrze do chwili, gdy zginął ostatni ze starszych braci Kerisa, a on sam został następcą tronu, choć wcale tego nie pragnął. A następca tronu zawsze był naj­ważniejszym celem.

Jego uwagę zwróciło ciche szuranie butów. Kiedy podniósł wzrok, w kręgu światła latarni pojawiła się Raina, która wcześniej stała na warcie dalej, w głębi mostu. Zatrzymała się obok śpiącego Ithicanina i obudziła go potrząsaniem. Mężczyzna podniósł się bez chwili wahania, przypasał broń i ruszył zająć jej miejsce. Podobnie postąpili inni ithicańscy wartownicy – był to dobrze naoliwiony mechanizm, dzięki któremu wewnątrz mostu nie działo się nic, o czym nie wiedziałyby władze ­Ithicany.

Spojrzenie Rainy padło na Kerisa.

– Powinniście odpocząć, Wasza Wysokość. Czeka nas jeszcze wiele dni marszu, a jeśli nie uda się wam dotrzymać nam kroku, będę musiała was poprosić o zajęcie miejsca obok przyjaciół.

Keris zmarszczył nos i popatrzył z ukosa na śpiących mężczyzn.

– Oni nie są moimi przyjaciółmi.

Nie miał przyjaciół.

Raina odpasała miecz i usiadła na ziemi ze skrzyżowanymi nogami, z bronią spoczywającą na kolanach.

– Kim w takim razie są?

– Tym, co mój ojciec uważa zaodpowiednietowarzystwo.

– Jeśli umiejętność wypicia ogromnych ilości wina wystarczy, by zostać uznanym zaodpowiedniego, to rzeczywiście doskonały wybór.

Jego towarzysze przez cały dzień pili i grali, a ich śmiech brzmiał rechotliwie i irytująco, ale przestrzegali ithicańskich zasad.

– Nie mogę mieć do nich pretensji. To koszmarna podróż. Marsz w wilgoci i ciemności, zimne jedzenie, spanie na ziemi. Nie wspominając już o cenie w złocie.

Raina uśmiechnęła się, jej zęby zabłysły bielą w blasku latarni.

– Płaćcie nam albo płaćcie burzom, Wasza Wysokość. Każdy podróżny ma wybór.

– Czy sztormy są aż tak paskudne?

Wzdłuż północnych wybrzeży Maridriny były gwałtowne i nieprzewidywalne, ale mieli tam dziesiątki przystani z murami i falochronami, które osłaniały statki przed najgorszą furią żywiołu.

Wojowniczka potwierdziła cichym mruknięciem.

– Powiadają, że dno Burzliwych Mórz błyszczy od złota, które wysypało się z setek tysięcy zatopionych statków, że skarbów tych strzegą niezliczone dusze wciągnięte pod wodę, a ich chciwe palce zawsze wyciągają się po więcej.

– W takim razie będę się cieszył, że mam kamień pod stopami. – Uderzył pięścią w dno mostu. – Nawet jeśli bolą mnie od niego plecy.

Ithicanin, który pełnił straż najbliżej nich, zakaszlał. Keris zauważył, że ramiona Rainy drgnęły, a głowę odwróciła w stronę mężczyzny. Nie była zaskoczona, lecz poczuła się winna. Ithicanie nie powinni bratać się z tymi, których eskortują.

– Późno już. – Raina przeniosła się na posłanie, które zwolnił jej zmiennik, i naciągnęła koc na ramiona. – Powinniście od­począć.

Keris bez słowa sięgnął po leżącą obok niego książkę i nachylił ją w stronę światła. Był blisko, jakże boleśnie blisko ucieczki. Kiedy postawi stopę na terytorium Harendell, znajdzie się poza zasięgiem ojca.

I dopiero wtedy będzie spał spokojnie.

* * *

Keris nie spał dobrze tej nocy, ale zamiast jazdy wozem ponownie wybrał marsz. Z każdym krokiem, który oddalał go od ojca, czuł, że mu lżej na sercu, z każdą mijającą godziną miał większą pewność, że to nie był wyrafinowany podstęp, by pokazać mu, gdzie jego miejsce. Że to nie był kolejny sposób, by go upokorzyć.

Walcząc z nudą, przyglądał się uważnie wnętrzu mostu i tym, którzy nim podróżowali. Dziwna kamienna konstrukcja była gładka i jednolita, jedynymi znakami były liczby wykute w podłodze, które najprawdopodobniej oznaczały odległość. Keris liczył kroki między nimi, a to, że zawsze wychodziło tyle samo, sugerowało, iż wykute liczby określały drogę przebytą wewnątrz mostu, który wił się między wysepkami i filarami, nie zaś odległość w linii prostej na północ, co uniemożliwiało oszacowanie, gdzie dokładnie w Ithicanie się znajdowali.

Mimo pory ciszy ruch był większy, niż Keris się spodziewał, rżenie osłów i tupot kroków rywalizowały z wyciem wiatru, które wypełniało niekończący się tunel. Mijały ich dziesiątki wozów, niektóre w długich karawanach, a choć większość załadowano towarami przewożonymi przez Ithican z Północnej Strażnicy na Południową Strażnicę, niektórzy podróżni pochodzili z innych krain, przede wszystkim z Harendell. Tak czy inaczej, wozy zawsze otaczała eskorta ciężko uzbrojonych Ithican, którzy spoglądali czujnie zza masek, a każdy gwałtowniejszy ruch sprawiał, że ich dłonie sięgały po broń. Tylko raz ktoś ich wyprzedził: dwanaścioro Ithican, którzy z zainteresowaniem przyjrzeli się orszakowi Kerisa, po czym potruchtali naprzód, a żadne z nich nie odezwało się ani słowem.

Prawdopodobnie ze względu na czujne spojrzenia towarzysza Raina unikała Kerisa przez większość dnia, ale późno w nocy, kiedy wróciła z warty i zwinęła się na posłaniu, usłyszał jej szept:

– Czy to prawda, że udajesz się do Harendell, żeby studiować na uniwersytecie?

Keris był świadom, że Ithicanin stojący w odległości kilkunastu kroków mógł podsłuchać ich rozmowę.

– Tak. Od lat o tym marzyłem, ale ojciec dopiero niedawno się zgodził. Obaj jesteśmy szczęśliwsi, kiedy nie widujemy się zbyt często, a skoro znajdę się w Harendell, w ogóle nie będzie musiał mnie oglądać.

– Dlaczego?

– Dlaczego pragnę studiować czy dlaczego nie dogaduję się z ojcem? – Nie czekając na reakcję Rainy, mówił dalej: – Odpowiedź na oba pytania jest taka sama: wolę księgi od mieczy.

– Nie jesteś w tym osamotniony. – W głosie kobiety brzmiała tęsknota.

– W tym, że mam koszmarnego ojca czy że lubię duże biblioteki?

– W obu tych rzeczach. – Podłożyła sobie rękę pod głowę, a jej oczy błysnęły za maską. – Mój ojciec do niedawna był dowódcą Straży, więc nigdy nie miałam innej możliwości, jak tylko sięgnąć po miecz.

– Nie jestem pewien, czy ja mam inne możliwości, przynajmniej na dłuższą metę. W pewnej chwili będę musiał powrócić i podjąć walkę przeciwko Valcotcie.

Ta niekończąca się, bezsensowna wojna.

Raina przesunęła palcem po ziemi, a wtedy zauważył, że była bliżej niego niż poprzedniej nocy. Na tyle blisko, że mógłby jej dotknąć. Ale tego nie zrobił. I nie zamierzał.

Jej dłoń przestała się poruszać i przez chwilę myślał, że Ithicanka usnęła. Później jednak powiedziała:

– Kiedy zostaniesz królem, będziesz mógł zakończyć wojnę. Jeśli chcesz.

Keris zaśmiał się cicho, wiedząc, że w jego głosie zabrzmi gorycz.

– Wojna jest łatwa. Wyzwaniem jest pokój. Ithicanka powinna rozumieć to lepiej niż ktokolwiek inny.

– Teraz trwa pokój.

Książę poczuł mrowienie skóry, a kiedy się odwrócił, zobaczył, że jeden z mężczyzn z orszaku obserwuje go z posłania. Kiedy dostrzegł spojrzenie Kerisa, jego powieki opadły.

– Pokój jest jak taniec – powiedział książę cicho. – Może się udać tylko wtedy, jeśli oboje tańczący słyszą tę samą muzykę.

A Maridrina znała jedynie wojenne bębny.

* * *

Trzy dni. Od trzech dni maszerowali tym niekończącym się tunelem i zaczynał odczuwać klaustrofobię.

Jak również wyczerpanie.

„Śpij, idioto”, polecił sobie bezgłośnie, przekręcając się na posłaniu. Ale to nie niewygoda uniemożliwiała mu zaśnięcie – to jego umysł nie potrafił się wyciszyć. Keris nie umiał powstrzymać niekończących się obaw i niepokojów, które krążyły mu po głowie. A za każdym razem, kiedy ciało zmuszało go do odpłynięcia w sen, budził się gwałtownie z sercem walącym w piersiach.

W końcu poddał się i przetoczył do pozycji siedzącej, koc owinął mu się wokół kostek. Jedynym źródłem światła były dwie przygaszone latarnie. Jego towarzysze spali wzdłuż ściany mostu, niektórzy chrapali, a wszyscy śmierdzieli winem, ziemię zaś wokół nich zaśmiecały puste butelki. Wozy ustawiono pod ścianą, by pozostawić miejsce dla podróżujących na południe – co było konieczne, bo jego orszak błagał, by tego wieczora zatrzymali się wcześniej, tłumacząc to wyczerpaniem. Keris sądził, że Ithicanie zgodzili się jedynie po to, by nie słuchać jęków eskortowanych.

Spojrzał w drugą stronę, na nieruchomego Ithicanina śpiącego przy ścianie. Szybko doszedł do wniosku, że to nie Raina, co znaczyło, że stała na warcie dalej, w głębi tunelu.

Keris wstał i ruszył w tamtą stronę.

– Zostańcie w obozie, Wasza Wysokość – polecił Ithicanin stojący w pobliżu.

Keris odwrócił się tak, że szedł tyłem, i wyciągnął ręce przed siebie.

– A jak myślisz, dokąd właściwie zamierzam pójść?

Mężczyzna nie odpowiedział, a książę ominął zakręt i znalazł się w ciemności. Podskoczył lekko, kiedy dłoń Rainy zacisnęła się na jego ramieniu.

– Dokąd idziecie?

– Znaleźć ciebie.

Prychnęła z rozbawieniem.

– Dlaczego?

– Ponieważ jesteś jedyną osobą w tym przeklętym tunelu, której obecność uważam za znośną.

– Znośną, Wasza Wysokość? Cóż za komplement! Aż mnie palą policzki.

– Trudno to stwierdzić ze względu na maskę, którą nosisz. Jeśli rumieniec jest nagrodą za moje życzliwe słowa, zostałem okradziony.

– Może powinieneś złożyć skargę. W Ithicaniebardzo poważnie traktujemy kradzież.

Keris oparł się o ścianę obok Rainy i odetchnął słabą wonią mydła, która ją otaczała, mimo iż wewnątrz mostu nie mieli szansy się wykąpać, a wieziona przez nich woda służyła do picia. To było dziwne: otaczał ich ocean i przebywali w królestwie, w którym padało niemal bez ustanku, a jednak wewnątrz mostu woda była cenna.

– Dlaczego ją nosisz?

Miał własne zdanie na temat powodów, dla których Ithicanie nosili maski, kiedy kontaktowali się z ludźmi z zewnątrz, ale ciekawiło go, co ona miała do powiedzenia.

– Muszę przestrzegać prawa tak samo jak wszyscy inni.

Keris czekał w milczeniu. I czekał. A kiedy odchrząknęła, uśmiechnął się.

– Pewnie dlatego, że w czasie bitwy robimy bardziej onieśmielające wrażenie. Maski podtrzymują naszą reputację, że nie jesteśmy do końca ludźmi.

Musnęła go palcami, przelotnie, jakby przypadkowo, choć wiedział, że tak nie jest.

– Wydajesz mi się bardzo ludzka.

Raina mruknęła coś niezobowiązująco, po czym powiedziała pospiesznie:

– Myślę, że to kolejny sposób, żeby nas od siebie oddzielić… kolejny mur między Ithicaną a tym, co nazewnątrz.

Był skłonny się z tym zgodzić.

– Zdjęłabyś ją, gdybyś mogła?

– To zakazane. Podobnie jak odejście. Jak bycie czymkolwiek poza bronią, której celem jest obrona mostu. Jak ta rozmowa.

W jej głosie brzmiała gorycz, ale Keris nie potrafił dać jej spokoju.

– Nie o to pytałem.

Milczenie.

– Tak – szepnęła w końcu. – Gdybym mogła decydować, zrobiłabym to wszystko.

Keris odepchnął się od ściany, odwrócił do niej i uniósł dłoń, by objąć jej policzek. A kiedy się nie cofnęła, wsunął kciuk pod jej skórzaną maskę i powoli przesunął go do góry.

Westchnęła.

– Nie mogę.

– Nie możesz? Czy nie chcesz?

Nie odpowiedziała, ale złapała go za drugą rękę, splatając ich palce. Przyciągnęła go bliżej, tak że aż przylgnęła do niego piersiami. Ich spojrzenia zetknęły się w słabym blasku.

– Na Północnej Strażnicy czeka na mnie statek. – Keris nachylił się bardziej, luźny kosmyk włosów kobiety musnął jego policzek, gdy szepnął jej do ucha: – Mogłabyś pójść ze mną.

Taka propozycja była szaleństwem, proszeniem się o gniew zarówno ojca, jak i króla Ithicany. Ale Keris wiedział, jak to jest być więźniem okoliczności. Co to znaczy pragnąć ucieczki.

– Dopadliby mnie i stracili jako zdrajczynię.

Jedynie z powodu odejścia.

– Ithicana jest królestwem czy więzieniem?

– Obiema tymi rzeczami.

Jeden z mężczyzn z orszaku zachrapał głośno. Dźwięk ten odbił się echem w tunelu, ale Keris go zignorował, skupiając się na cieniach na twarzy Rainy. Na tym, jak ściskała jego rękę. Na rodzącym się w nim pożądaniu.

I wtedy Raina uniosła dłoń i razem zdjęli maskę, odsłaniając jej twarz. W półmroku nie widział jej dobrze, ale przesunął palcami po zaokrąglonych kościach policzkowych i łuku jednej brwi, a później pochylił się, by pocałować Rainę w usta.

Odetchnęła chrapliwie, po czym objęła go za szyję i przycisnęła do niego swe biodra, a jej język wsunął się do jego ust. Keris złapał równowagę, opierając się o wilgotną ścianę tunelu, uniósł Rainę i jęknął, kiedy otoczyła go w pasie długimi nogami.

Przesunął wargi z jej ust na szyję, a jej oddech ogrzewał jego czoło.

– Zabierz mnie ze sobą – szepnęła. – Chcę odejść z tobą.

– Tak zrobię.

W ten sposób rozwścieczyłby dwóch królów, ale żaden nic by nie zrobił, żeby nie wzbudzić złości tego drugiego, więc jakie to miało znaczenie?

Poczuł, jak Raina zanurza palce w jego włosach. Mocno przyciskała do niego uda, kiedy szarpnął za sznurówki jej tuniki i pociągnął materiał w dół, odsłaniając jej jędrne piersi. Przez chwilę całował je w skupieniu, po czym zacisnął wargi na nabrzmiałym sutku. Poczuł zadowolenie, kiedy jęknęła i gdy jej dłonie zsunęły się po jego ciele, by szarpnąć za pas.

I wtedy dobiegł ich odgłos kopyt. Raina oderwała się od niego i wylądowała na nogach, jednocześnie sięgnęła po broń u pasa. W pewnej odległości pojawiła się plama światła, a po chwili ukazał się osioł ciągnący wóz eskortowany przez czworo Ithican w maskach.

Raina uniosła palce do ust i zagwizdała, po czym poprawiła ubranie.

– Twoja maska – mruknął, a ona skoczyła i szybko podniosła skórę z ziemi.

Ale było już za późno.

Zobaczyli.

Ithicanka prowadząca osła odezwała się, kiedy znalazła się bliżej.

– Aster pobije cię do krwi, jeśli dowie się, że zabawiałaś się z Maridrinem, Raino. Szczególnie jeśli usłyszy, że robiłaś to na służbie. Zabieraj tyłek z powrotem do kąta, a może nie wspomnę Asterowi o tym, co właśnie zobaczyłam.

Nie czekając na odpowiedź, kobieta szarpnęła za lejce i powoli zniknęła za rogiem, a żaden z pozostałych Ithican nie odezwał się ani słowem.

– Kim jest Aster? – spytał Keris.

– To mój ojciec.

– Kolejny powód, żebyś weszła na statek.

Raina nie odpowiedziała, jedynie szarpnęła go za rękę i poprowadziła za wozem. Ludzie z orszaku Kerisa siedzieli na posłaniach. Na jego oczach kilku mężczyzn wstało i zaczęło wciągać buty, a robili przy tym wrażenie znacznie trzeźwiejszych niż powinni, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę rozrzucone wokół nich butelki po winie. I żaden z nich nie patrzył na zbliżający się wóz.

Keris poczuł mrowienie skóry.

– Co jest na tym wozie?

– Towary z Harendell. Najpewniej stal.

„Broń”.

Nagle jakby dostał obuchem, Keris zrozumiał wszystko i popchnął Rainę w stronę, z której przyszli.

– Uciekaj!

W chwili, w której wypowiedział to słowo, jego rodacy skoczyli na wóz i szarpnięciem zerwali okrywający go materiał, odsłaniając błyszczącą stal. Błyskawicznie chwycili za broń i odwrócili się do ithicańskich strażników, którzy właśnie dobywali broni.

Zamiast uciekać, Raina dobyła miecza i pobiegła w stronę bitwy. Większość Ithican już leżała martwa, a jego rodacy zwrócili się przeciwko niej.

– Raino! – Keris ruszył biegiem w jej kierunku.

Zwarła się z jednym z mężczyzn, kopnęła go w kolano i wypatroszyła, ale gdy odwróciła się w stronę innego, za jej plecami mignął cień. Kiedy mężczyzna wyłonił się zza wozu, Keris rozpoznał w nim tego, który ubliżył jej na Południowej Strażnicy. Na jego twarzy malowała się radość.

– Uważaj! – krzyknął Keris i chwycił za leżący miecz.

Ale było za późno.

Mężczyzna wyszczerzył zęby, zrobił wypad i wbił miecz w plecy Rainy tak mocno, aż sztych wyszedł po drugiej stronie. Raina sapnęła, kiedy szarpnął ostrze z powrotem, a Keris skoczył naprzód i złapał ją, gdy upadała.

– Co wy robicie? To nasi sojusznicy!

Ale nie byli nimi, Keris o tym wiedział. A raczej wiedział, że jego ojciec nie był sojusznikiem Ithicany.

Opuścił Rainę na ziemię i przycisnął dłonie do rany ziejącej w jej piersi. Krew wypływała między jego palcami, usta kobiety otwierały się i zamykały bezgłośnie, kiedy walczyła o oddech. Kiedy walczyła o życie.

Za jego plecami żołnierze jego ojca obmacywali podłogę mostu. Po chwili kamienna klapa otworzyła się bezdźwięcznie, a powietrze wypełniła świeża morska woń.

– Dokładnie tam, gdzie mówiła, że będzie – mruknął jeden z nich. – Jeśli zejdziemy na dół i wyjdziemy na zewnątrz, znajdziemy się tuż przed Środkową Strażnicą.

„Ona. Lara”.

Później mężczyzna, który dźgnął Rainę, stanął przed Kerisem.

– Obawiam się, że wasza podróż do Harendell została skrócona, Wasza Wysokość. Będziecie grzecznym księciem i zaczekacie tutaj, aż podbijemy Ithicanę, czy musimy uciec się do sznurów?

Keris rzucił się na niego, ale mężczyzna był gotów i w mgnieniu oka trzej przycisnęli go do ziemi, a inny owinął sznurem jego kostki i nadgarstki. Zabrali więcej broni z wozu i opuścili się przez klapę.

Później słyszał jedynie dudnienie własnego serca i chrapliwy oddech Rainy. Spojrzał jej w oczy.

– Nie wiedziałem.

Po jej policzku spłynęła łza.

– To ostatnie, czego pragnę. – Oczy go piekły. – Mam dość wojny. Dość niekończącej się walki. Dlatego jechałem do Harendell. Nie ze względu na księgi, ale dlatego, że nie mogę już znieść zabijania. Pragnąłem innego życia.

Zmarnowane słowa.

Zmarnowane uczucia.

Bo patrzące na niego oczy były puste i nieruchome.

Rozdział 4Zarrah

Zarrah przesunęła klingą po gardle Maridrina i pozwoliła mu upaść na ziemię. Słyszała jego ostatnie bulgoczące oddechy, kiedy szła do miejsca, w którym jej żołnierze układali ciała.

– Ile osób?

Yrina, jej najbliższa przyjaciółka i zastępczyni, która klęczała obok ciała rolnika, wstała, mówiąc:

– Dziesięcioro, tak sądzimy. Musimy zaczekać, aż ogień zgaśnie, zanim sprawdzimy popioły.

„Tak wielu”. Zarrah czuła ściskanie w żołądku, kiedy jej spojrzenie przesuwało się po zabitych. Wszyscy byli rolnikami. Valcottanami. Ludźmi, których przysięgała chronić.

– Dzieci? – Trudno jej było zadać to pytanie, ale zmusiła się, a czekając na odpowiedź, zdusiła mdłości.

Yrina pokręciła głową.

– Ci, którzy walczyli, powstrzymali napastników, podczas gdy dzieci i chorzy ukryli się w lesie. Niewielka łaska.

Zaiste, niewielka. Wiele z tych dzieci zostało sierotami, ofiarami przemocy, jak kiedyś Zarrah. Podobnie jak ona widziały, jak Maridrini mordują ich rodziców i niszczą ich domy. A to zmieni je na zawsze, zmieni ich przyszłość. Zastanawiała się, jak wiele z nich sięgnie po broń, by nigdy więcej nikt ich tak nie skrzywdził. Jak wiele dołączy do walki przeciwko odwiecznemu wrogowi ich kraju. Jak wiele z nich poświęci życie, by zwyciężyć w Wiecznej Wojnie.

– Mogło być gorzej – zauważyła Yrina. – Mogły zginąć całe rodziny, ale do tego nie doszło. Dotarliśmy tu na tyle szybko, by im pomóc, a zawdzięczają to tobie.

„Nie dość szybko, by pomóc wszystkim”, pomyślała Zarrah, wpatrując się w rolnika z brzuchem rozpłatanym maridrińską klingą.

Przejęła dowodzenie garnizonem w Nerastis w chwili, gdy przybili do portu, i nie przejęła się zbytnio, kiedy jej kuzyn Bermin wrzeszczał i wściekał się, że pozbawiono go funkcji generała. Pierwszym, co zrobiła, było potrojenie liczby zwiadowców patrolujących granicę oraz podwojenie stałych patroli stacjonujących w głębi kraju. Już przyniosło to korzyść, bo jej żołnierze powstrzymali kilka grup napastników, zanim ci zdążyli poczynić większe szkody. Ale maridrińskie szczury przez całe pokolenia ćwiczyły ten rodzaj działań wojennych i dostosowywały swoją taktykę do okoliczności, jak pokazał ten dzień.

– Rogi to błąd! – Za jej plecami rozległ się dudniący głos. – Zabilibyśmy dwa razy więcej z nich, gdybyśmy się podkradli.

Zarrah odwróciła się od trupów i zobaczyła zbliżającego się do niej Bermina. Jej kuzyn i jego masywny rumak byli zalani krwią.

– Wygląda na to, że złapałeś więcej niż kilka uciekających szczurów.

– Niektóre z nich. – Splunął na ziemię i zsunął się z siodła. – Ich konie są szybkie i wielu z nich ucieknie na drugą stronę granicy. Szansa, której by nie mieli, gdybyś nie ostrzegła ich o naszym nadejściu.

Była to jedna z wielu strategii, co do których się nie zgadzali. Bermin wolał się podkradać, żeby zabić jak najwięcej Maridrinów, ona wolała przepędzić ich dźwiękiem rogów i w ten sposób ocalić jak najwięcej Valcottan. Jednak większą różnicą między nią a Berminem było to, że opracowując strategie, ­Zarrah nigdy nie ograniczała się do jednej taktyki.

W chwili, w której ta myśl pojawiła się w jej głowie, odezwała się Yrina:

– Dym.

Cała grupa odwróciła się, by spojrzeć na szkarłatne chmury na horyzoncie. Zarrah uśmiechnęła się z zadowoleniem i zwróciła do Bermina:

– To, żety ich nie zabiłeś, nie znaczy, że udało im się uciec. Czekali na nich łucznicy.

Kuzyn prychnął i skrzyżował masywne ręce na piersi.

– Zbyt wiele naszych sił poświęcasz na obronę, Zarrah. Minęło wiele tygodni, od kiedy przekroczyliśmy granicę. Robimy wrażenie słabych. Valcotta robi wrażenie słabej.

W ciągu ostatnich tygodni dzięki strategii Zarrah Maridrini stracili więcej żołnierzy niż przez ostatni rok dowództwa Bermina, wątpiła więc, by „słabość” była słowem, które wyrzucały z siebie szczury, kiedy lizały rany.

– Obetnijcie sukinsynom głowy, ciała spalcie – poleciła. Gdy jeden z żołnierzy podał jej wodze, odwróciła się do Yriny. Miała właśnie wydać rozkaz, by żołnierze zostali i wykopali groby dla zabitych rolników, ale jej uwagę zwrócił jakiś ruch. Osłaniając oczy przed jasnym słońcem, wpatrzyła się w zarośla. Ktoś się w nich ukrywał. – Wydawało mi się, że odnaleźliście wszystkie dzieci? – spytała.

– Owszem – odparła Yrina.

Zarrah już szła w stronę zarośli. Uniosła dłonie, aby pokazać, że nie ma złych zamiarów. Dziecko z pewnością czuło przerażenie, a choć Zarrah była jego rodaczką, pozostawała żołnierzem.

– Już dobrze – powiedziała cicho. – Możesz wyjść. Już jest bezpiecznie.

– Zarrah! – zawołała Yrina. – Cofnij się.

Zignorowała przyjaciółkę, bo znała strach, który czuło to dziecko. Znała przerażenie. I pamiętała, jak modliła się, by ktoś ją od nich wybawił.

– Pomogę ci.

Ktoś wypadł z krzaków. Nie dziecko, mężczyzna.

Maridriński żołnierz.

– Giń, valcottańska suko! – wrzasnął i ciął mieczem.

Odruchy przejęły władzę nad jej ciałem.

Zarrah uchyliła się przed ciosem, przetoczyła po ziemi i błys­kawicznie podniosła. Dobyła broni i uniosła rękę, by powstrzymać Yrinę i pozostałych przed atakiem.

– Powinieneś uciec, kiedy miałeś szansę.

– Lepiej umrzeć z twoją krwią na rękach – syknął mężczyzna, a w jego oczach płonęła nienawiść.

Ale jego nienawiść była niczym w porównaniu z jej nie­nawiścią.

Wytrąciła mu miecz z dłoni, po czym znów się zamachnęła i podcięła go.

Maridrin upadł na plecy, ale Zarrah kopnęła go w żebra i przewróciła na brzuch.

– Podnieś broń.

Sięgnął po miecz i podniósł się niepewnie. Zaatakował.

Kij w rękach Zarrah poruszył się błyskawicznie, za­blokował jego cios, a później ominął osłonę mężczyzny i uderzył go w rękę, łamiąc kość. Maridrin wrzasnął i upuścił broń.

– Spróbujesz raz jeszcze czy chcesz uciekać?

– Żeby twoi łucznicy mogli mi strzelić w plecy? Słyszałem cię, Valcottanko. Nie ma ucieczki.

– Może będziesz miał szczęście. – Naparła, a Maridrin cofnął się niepewnie. – Szczury umieją się kryć w ciasnych, ciemnych przestrzeniach.

– Powinniście dać nam się wycofać – warknął. – Takie są zasady. Takie zawsze były zasady!

Jej złość zmieniła się w rozpaloną wściekłość i zrobiło jej się ciemno przed oczami, bo ten morderca nie zasługiwał na szansę, by uciec. Nie zasługiwał na miłosierdzie, co najwyżej na takie, jakie okazał jej rodakom, czyliżadne.

– Zasady się zmieniły – rzuciła i z całej siły zamachnęła się kijem.

Trafiła w jego czaszkę. Głośny trzask i żołnierz wroga padł na ziemię, ale ona uderzyła go ponownie, bo jeszcze nie skończyła. Nigdy nie skończy mścić się na Maridrinach, którzy sprawiali, że dzieci z jej ludu zostawały sierotami.

Aż zemści się na maridrińskim królu, który uczynił sierotą ją samą.

* * *

Kilka godzin później Zarrah wjechała kłusem na dziedziniec stajni garnizonu. Wokół niej na minaretach łopotały purpurowe sztandary. Przed laty, kiedy Nerastis było dobrze prosperującym miastem, pałac był zimową rezydencją cesarzy i cesarzowych Valcotty, ale teraz zamieszkiwali go jedynie żołnierze.

Nikt nie naprawił popękanych ścian i wybitych okien, które pozostały po wcześniejszych atakach Maridrinów, plamy sadzy szpeciły jasne mury, a jedna z wież obróciła się w ruinę. Wnętrze nie wyglądało lepiej: na ścianach pozostały jedynie blade cienie w miejscach, gdzie niegdyś wisiały bezcenne dzieła sztuki, meble zaś były tanie lub stare. Komnaty, w których przed stu laty urządzano przyjęcia i spektakle dla valcottańskiej arystokracji, zajmowały rzędy piętrowych łóżek i dobytek żołnierzy, a ogromny żyrandol, niegdyś wypełniający jadalnię tęczowym blaskiem, najprawdopodobniej trafił na dno rzeki Anriot, co było sprawką od dawna martwego maridrińskiego książątka.

Jedynym pocieszeniem mógł być fakt, że maridriński pałac po drugiej stronie rzeki również popadł w ruinę. Żadna ze stron nie panowała nad miastem, więc obie uważały remonty za stratę funduszy.

– Zabierzcie głowy nad rzekę i poślijcie je na drugą stronę. Celujcie w pałac.

– Zignorujcie ten rozkaz – powiedział znajomy głos, a kiedy Zarrah podniosła głowę, zobaczyła stojącą w wejściu do pałacu cesarzową Valcotty, Petrę Anaphorę.

Zarrah puściła wodze, przycisnęła dłoń do serca i z szacunkiem skłoniła głowę.

– Wasza Cesarska Wysokość, proszę o wybaczenie, nie zostałam poinformowana o waszym przybyciu.

– Ponieważ chciałam, by to była niespodzianka, generale.

Cesarzowa zeszła po schodach, jej zdobione klejnotami sandały stukały cicho o kamień, a jedwabne szaty falowały na wietrze. Petra Anaphora zachowała urodę, z której niegdyś słynęła, choć teraz miała zmarszczki wokół oczu, a jej gęste włosy były bardziej srebrne niż czarne. Wojskowe zaangażowanie w ćwiczenia sprawiło, że jej ciało było szczupłe i umięśnione, a brzuch widoczny pod krótką bluzką równie płaski co u Zarrah.

Podeszła bliżej, objęła głowę Zarrah dłońmi i ucałowała ją w oba policzki.

– Ukochana siostrzenico, zbyt dawno się nie widziałyśmy.

Zarrah poczuła ciepło rozlewające się po całym ciele, obecność ciotki zawsze dodawała jej otuchy.

– Czemu zawdzięczamy ten zaszczyt?

– Obawiam się, że konieczności. – Ciotka wzięła Zarrah pod rękę i pociągnęła ją w stronę wejścia. – Zmieniamy strategię. – Przeniosła wzrok na żołnierzy trzymających worek z głowami. Obok nich stał Bermin. Przyciskał dłoń do piersi, ale minę miał nieodgadnioną. – Spalcie je.

Zarrah zamrugała.

– Ale my…

– Tak nie robimy? – Ciotka skinęła głową. – Zaufaj mi. Nikt bardziej niż ja nie pragnie rzucić tych szczurów na drugą stronę Anriot, aby ostrzec ich towarzyszy, jaki los czeka tych, którzy atakują Valcottę, ale tego wymagają okoliczności.

– Co się zmieniło?

– Okazja, której wyczekiwałam, w końcu się pojawiła. Ale udajmy się w wygodniejsze miejsce, by omówić, co należy zrobić, by ją wykorzystać.

Poszły do cesarskich komnat i usadowiły się na miękkich poduszkach, a służba, z którą podróżowała ciotka, przyniosła im wino i smakołyki znacznie lepsze niż to, na co zwykle można było liczyć w tych murach.

Ciotka, która nigdy nie marnowała czasu na pogaduszki, zaczęła mówić.

– Silas wziął sobie na głowę więcej, niż jest w stanie utrzymać. Jak się spodziewałam, Ithicanie walczą z jego wojskami i będą to nadal robić. Wojnę mają we krwi, bardziej nawet niż my. Nie uznają porażki.

Wydarzenia na Południowej Strażnicy nadal wzbudzały w ­Zarrah mdłości, bo bardziej niż ktokolwiek była świadoma, do jakich okrucieństw są zdolni Maridrini. Już docierały do nich raporty o trupach Ithican zwisających z mostu, a ona zawsze zmuszała się, by przeczytać je w całości, by poznać wszystkie szczegóły. Bo choć nie ona do tego doprowadziła, nie zrobiła również nic, by to powstrzymać. Milczała teraz i słuchała, gdy ciotka wyjaśniała swoje decyzje. Jeśli zdobycie mostu przez Maridrinę czyniło ją wrażliwszą na cios Valcotty, warto było do tego dopuścić.

Z pewnością warto było.

– Silas traci żołnierzy całymi dziesiątkami – mówiła dalej ciotka. – Wkrótce będzie potrzebował więcej ludzi w Ithicanie albo zaryzykuje utratę zdobytego tak wielkim kosztem łupu. A jest tylko jedno miejsce, z którego może ściągnąć dodatkowych żołnierzy.

– Garnizon w Nerastis.

Ciotka się uśmiechnęła.

– Zgadza się. A my będziemy go do tego zachęcać, nie dając mu żadnego powodu, by ich tu zatrzymał.

Zarrah zrozumiała implikacje.

– Zaczekamy, aż zmniejszy liczbę żołnierzy tutaj, i wtedy zaatakujemy tych, którzy pozostali, dzięki czemu odzyskamy panowanie nad Nerastis.

– Tak czy inaczej. – Cesarzowa upiła łyk wina, a jej oczy błyszczały. – Nie może liczyć na to, że uda mu się utrzymać oba łupy, co oznacza, że będzie musiał wybierać. A zdobycie i utrzymanie mostu było jego obsesją przez większość życia.

– Strata Ithicany to nasz zysk.

Taka była cena wojny. Zarrah rozumiała to lepiej niż inni. Wiedziała, że poświęcenia są niezbędne, by odnieść zwycięstwo, i że powinna nie móc się doczekać, aż Valcotta wykorzysta tę okazję, by zadać cios Maridrinie. Jednak za każdym razem, kiedy zamykała oczy, pod powiekami widziała trupy dzieci wiszące z mostu.

Przez dłuższą chwilę panowała cisza, aż wreszcie ciotka się odezwała.

– Nie zgadzasz się z naszą bezczynnością w wojnie o Ithicanę.

Stwierdzenie, nie pytanie, więc Zarrah nawet nie próbowała zaprzeczać.

– Może nie byliśmy sojusznikami, ale Ithicana nie jest naszym wrogiem. A Maridrina tak. Pozwolenie na to, by szczury zatriumfowały nad tymi, którzy byli naszymi przyjaciółmi, jest dla mnie trudne do przełknięcia, nawet jeśli przynosi nam korzyść.

– Dla mnie też, ale Aren Kertell nie pozostawił nam większego wyboru. – Gestem kazała służącej dolać im wina i zjadła czekoladkę, rozważając kolejne słowa. – Kochanie, znam twoje pragnienie, by ocalić wszystkich, ale to nie zawsze jest możliwe. Czasami trzeba dokonać wyboru, a kiedy ma się władzę, poświęcenia są sto razy trudniejsze. Gdybyśmy się wtrącili i ostrzegli Południową Strażnicę, Maridrina obwiniałaby nas o nieudaną inwazję i zwróciła swoją potęgę na południe, przeciwko nam. I to nie ithicańska krew wsiąkałaby w ziemię, ale valcottańska.

W słowach ciotki była logika, co jednak w żaden sposób nie zmniejszyło goryczy, jaką czuła Zarrah.

– To nie znaczy, że musimy im to ułatwiać. Gdybyśmy zaatakowali, wojska Ithicany miałyby szanse się przegrupować.

– A ich zysk byłby naszą stratą. – Głos ciotki brzmiał beznamiętnie. – To pierwsza okazja od dziesięcioleci, by odzyskać to, co się nam należy, i to bez ogromnych strat, a ty chciałabyś ją odrzucić?

– Ja… – Zarrah przełknęła ślinę, a w jej sercu walczyły lojalność wobec ciotki i poczucie tego, co właściwe. – Silas nie wygląda, jakby zamierzał zmniejszyć liczebność garnizonu w Nerastis. Najnowszy książę przybył tu z trzema setkami ludzi, a ich ataki były agresywne. Czy nie ryzykujemy, że uznają naszą pasywność za słabość, którą powinni wykorzystać?

Kolejne machnięcie ręką.

– Silas musi dobrze zaprezentować swojego następcę. Kiedy ten umrze, co, jeśli pogłoski są prawdziwe, jest nieuniknione, Silas zabierze tych ludzi z powrotem. A wtedy zaatakujemy.

– Ale jak wielu zwykłych ludzi zginie w tym czasie? – Mimo wszelkich wysiłków Zarrah nie umiała ukryć frustracji w głosie. – Jak wielu Valcottan zginie, bo Maridrini wierzą, że nie weźmiemy odwetu za te mordy?

– Dzięki twojej doskonałej strategii obronnej niezbyt wielu, miejmy nadzieję. Jednak nie podoba mi się twój ton, generale. Pamiętaj, z kim rozmawiasz.

Zarrah spuściła wzrok i wpatrzyła się w dużą jedwabną poduszkę, na której siedziała ciotka.

– Proszę o wybaczenie, cesarzowo. Przepełniają mnie emocje na myśl, że w Nerastis przebywa Veliant.

I to nie zwyczajny Veliant, ale Keris, następca tronu. Kolejny syn Silasa, który dowodził w Nerastis. Krwiożercze potomstwo króla prowadziło równie zajadłe ataki co ich potworny ojciec. Yrina donosiła, że szpiedzy w końcu zobaczyli dziedzica Króla Szczura. Jest śliczny jak dziewczyna i oczywiście ma błękitne oczy Veliantów.

– Nie tylko ty pragniesz śmierci wszystkich Veliantów. Jego obecność burzy krew w żyłach wszystkich Valcottan w Nerastis. Ale musimy podsycać naszą wściekłość. Musimy ją zahartować i uczynić z niej broń, którą wykorzystamy przeciwko Maridrinom, gdy nadejdzie pora ataku. A twoja wściekłość, moja droga – cesarzowa wyciągnęła rękę i objęła policzek Zarrah – będzie najostrzejszą klingą ze wszystkich. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że toty obetniesz głowę książątka.

– To byłby zaszczyt.

– Już jesteś bardzo dobrym generałem. A w swoim czasie zostaniesz jeszcze lepszą cesarzową.

„Cesarzowa”. Choć już od lat krążyły pogłoski, że cesarzowa Petra uważa siostrzenicę za lepszą spadkobierczynię od rodzonego syna, po raz pierwszy powiedziała to otwarcie w obecności Zarrah.

– To dla mnie zaszczyt, ciociu. Naprawdę.

– Kochanie, jesteś dla mnie jak córka. – Cesarzowa pochyliła się do przodu i pocałowała Zarrah w czoło. – Podobna do mnie umysłem i duchem, jakbyś zrodziła się z mojego ciała. Kiedy mnie zabraknie, to ty poniesiesz dalej moją wizję Valcotty. – W jej ciemnobrązowych oczach pojawił się błysk rozbawienia. – Choć jeśli Bóg będzie łaskawy, da mi jeszcze wiele lat, bym mogła pokierować tobą i pozwolić ci w pełni wykorzystać twój potencjał.

Zarrah zmusiła do uśmiechu, choć na myśl, że mogłaby stracić kobietę, która ją wychowywała po śmierci matki, poczuła ścisk w żołądku i znajomą panikę w piersi.

– Ja również się o to modlę, ciociu. Pragnęłabym dla ciebie nieśmiertelności, gdyby było to możliwe.

Cesarzowa roześmiała się, po czym objęła siostrzenicę i przytuliła mocno. Zarrah zacisnęła powieki i słuchała bicia serca starszej kobiety, jak to robiła w dzieciństwie, a jej niepokój ustąpił.

– Znam twój ból lepiej niż ktokolwiek, kochana – szepnęła ciotka. – Twój żal jest moim żalem. Obiecuję ci, że razem zemścimy się na Silasie Veliancie.

Obietnica, która pomogła Zarrah przetrwać mroczne dni po tym, jak jej matka została zamordowana. Zarrah miała czternaście lat, gdy udała się z matką, młodszą siostrą cesarzowej, odwiedzić posiadłość przyjaciół, niecałą godzinę jazdy na południe od Nerastis. Tuż przed świtem zaatakowali Maridrini, wymordowali strażników i robotników. A później ruszyli na willę.

Zarrah pamiętała, jakby to zdarzyło się wczoraj, jak jej matka błagała, by ocalono jej córkę. Że zrobi wszystko, jeśli tylko pozwolążyć Zarrah. W snach Zarrah wciąż słyszała śmiech króla Silasa Velianta, kiedy się zgodził. Śmiał się, kiedy odrąbał jej matce piękną głowę, a jego ludzie zawiesili jej ciało na krzyżu pośrodku ogrodów. Śmiał się, kiedy Zarrah krzyczała.

Ale dotrzymał słowa.

Przywiązali ją pod krzyżem, z głową matki na kolanach. Przezdwadni płakała, krzyczała i szarpała się w więzach, gdy krew i gorsze rzeczy kapały na nią, w miarę jak ciało jej matki rozkładało się w gorących promieniach słońca.

I wtedy przybyła cesarzowa.

Wpadła galopem do willi na czele swojego oddziału i odcięła Zarrah. To ona obmyła jej ciało i przytulała ją noc po nocy, gdy nadchodziły koszmary. To ona – po tym, jak była świadkiem tygodni płaczu – włożyła kij w ręce Zarrah i powiedziała:

– Łzy nie przywrócą życia twojej matce. Cały swój smutek, wściekłość i pasję włóż w to, by stać się bronią, i walcz, by żadnego innego valcottańskiego dziecka nie spotkał taki los. Obiecuję ci, że Silas Veliant będziekrwawił za to, co zrobił.

Zarrah nigdy nie odłożyła kija, a pragnienie, by bronić tych, którzy nie mogli obronić się sami, dodawało jej sił każdego dnia. Szkoliła się i walczyła u boku najlepszych żołnierzy w cesarstwie, została wojowniczką, z którą niewielu odważyło się zmierzyć. Była bezlitosna i niebezpieczna, z jej rąk zginęły setki maridrińs­kich najeźdźców. A jednak często wciąż budziła się, czując krew kapiącą na jej twarz i słysząc, jak Silas Veliant, którego lazurowe oczy były zimne jak u gada, śmieje się, kiedy ona krzyczy.

Rozległo się pukanie do drzwi i po chwili wszedł strażnik ciotki, Welran.

– Cesarzowo. – Złożył niski ukłon. – Wasz orszak jest gotów do wyjazdu.

– Czas, który spędzamy razem, zawsze mija zbyt szybko, moja droga. – Władczyni wstała, a złote bransolety na jej nadgarstkach zabrzęczały, kiedy wygładziła luźne spodnie z lamy. – Ale jeśli na zbyt długi czas opuszczę Pyrinat, szlachetnie urodzeni przestaną kłócić się między sobą i zaczną spiskować przeciwko mnie, dopóki nie przypomnę im, kto tu rządzi. I dlatego w drodze powrotnej muszę odwiedzić kilka willi… Lepiej niech pamiętają, że wiem, gdzie mieszkają ich rodziny.

Zarrah wstała.

– Poddani cię kochają, ciociu. Nie odważyliby się zwrócić przeciwko tobie.

– Szlachetnie urodzeniniesą poddanymi. – Ciotka postukała palcem w nos. – A w polityce miłość niewiele znaczy.

Razem przeszły korytarzami pałacu na dziedziniec, gdzie czekała duża straż honorowa. Oraz jej kuzyn Bermin.

– Matko. – Przycisnął dłoń do serca. – Przybyłem, by cię pożegnać i życzyć bezpiecznej podróży.

– Nasze rozstanie będzie krótkie, jeśli usłyszę, że nie słuchasz rozkazów swojej kuzynki, Berminie – rzuciła ostro cesarzowa. – Została przeze mnie wybrana i nieposłuszeństwo wobec niej jest nieposłuszeństwem wobec mnie. Czy mówię jasno?

Zarrah skrzywiła się w duchu, ale Bermin jedynie pochylił głowę.

– Będzie, jak sobie życzysz, matko.

– Dobrze. – Cesarzowa zatrzymała się przy koniu. – Wiele składa się na zwycięstwo, moja droga, ale najważniejsze może się okazać wyczucie czasu. Zatrzymasz nasze oddziały po tej stronie Anriot, niezależnie od prowokacji. – Po czym pochyliła głowę tak, że Zarrah poczuła jej oddech na uchu. – A kiedy książątko zginie, jego ludzie zaś wrócą na północ, by walczyć z Ithicaną, uderzymy.

Zarrah przycisnęła dłoń do piersi.

– Tak jest, cesarzowo. Bezpiecznej drogi.

Ciotka płynnym ruchem wskoczyła na siodło i bez słowa opuściła miasto.

Mijając jeźdźca galopującego do garnizonu.

Zwiadowcę.

– Napastnicy – wysapał mężczyzna, ześlizgując się z grzbietu spienionego wierzchowca. – Zaatakowali wioskę.

Maridrininigdy nie atakowali dwa razy w ciągu jednego dnia. Zarrah poczuła ściskanie w żołądku.

– Jak ominęli naszych zwiadowców?

– Myślimy, że ruszyli na południe skrajem pustyni, a później skręcili w głąb kraju i powrócili tą samą drogą. Uciekli, zanim nasze patrole dotarły na miejsce. Czterdzieścioro troje zabitych, sami rolnicy i ich rodziny.

„Czterdzieścioro troje”.

– Dzieci?

Zwiadowca ponuro pokiwał głową, a Zarrah musiała mocno zacisnąć zęby, żeby powstrzymać wymioty.

– Tchórzliwe robactwo – warknął Bermin. – Musimy natychmiast odpowiedzieć podobnie. Zaatakować ich garnizon i sprawić, by zapłacili krwią.

– Nie. – Zarrah przełknęła ślinę o posmaku żółci. – Rozkazy cesarzowej były jasne. Nie przekroczymy Anriot niezależnie od powodu. – Spojrzała na Yrinę. – Zwiększcie liczbę patroli.

– Tak, gen…

– Jeśli niczego nie zrobimy, będziemy wydawać się słabi – wszedł jej w słowa Bermin. – To przynosi hańbę zabitym.

Zarrah przepełniały frustracja i poczucie winy, ale tylko przycisnęła dłonie do ud. Już opanowana spojrzała na kuzyna.

– A jednak taki właśnie rozkaz wydała mi cesarzowa.

– Czterdzieścioro troje zabitych, Zarrah! Wiele z nich to dzieci. Maridrini to szczury, które zasługują jedynie na wybicie!

Zajadłość i pasja w jego głosie sprawiały, że żołnierze z radością podążali za nim do walki, ale Bermin nie sięgał wzrokiem dalej niż na koniec własnego miecza.

– Pomścimy ich, kiedy nadejdzie właściwa pora, czyli nie teraz, kuzynie.

Bermin spojrzał na nią zimno, górując nad nią masywną sylwetką, i odezwał się protekcjonalnym tonem:

– Grzeczna mała Zarrah. Idealna mała Zarrah. Zawsze słucha rozkazów cioci, nawet jeśli oznacza to poświęcenie honoru.

Zarrah odetchnęła głęboko. Od kiedy Bermin utracił dowodzenie, jeszcze bardziej starał się sprowokować ją do popełnienia błędu. Ale w przeciwieństwie do niego ona potrafiła zapanować nad sobą.

– Zwiększyć liczebność patroli na wschodzie. Może nie uda się nam pomścić zabitych, ale możemy przynajmniej ochronić żyjących. Jeśli złapiecie maridrińskich żołnierzy, nie okazujcie im miłosierdzia. A teraz wybaczcie mi… Późno już, a ja mam jeszcze coś do zrobienia.

Usłyszała, jak Yrina wydaje rozkazy, a później odgłos kroków, gdy przyjaciółka pobiegła za nią. Szły razem korytarzami, ale dopiero kiedy znalazły się w komnatach Zarrah, za zamkniętymi drzwiami, Yrina powiedziała:

– Prędzej uwierzę, że jesteś spokrewniona z kawałem skały niż z tym idiotą. Czy Jej Cesarska Wysokość upuściła go na głowę, kiedy był dzieckiem? Może więcej niż raz?

Zarrah rozmasowała skronie.

– Jego odwaga jest niezrównana, a żołnierze są gotowi pójść za nim w ogień. To duża rzecz.

Yrina uniosła jedną rękę.

– Odwaga. – Później uniosła drugą. – Głupota. Mogą iść za nim, dokąd tylko chcą… Ja nie poszłabym nawet na drugą stronę komnaty.

Zarrah bez słowa podeszła do ogromnego okna, by popatrzeć na zapadający zmrok. Valcottański pałac wznosił się na szczycie wzgórza na południowym skraju Nerastis, dzięki czemu miała niczym nieprzesłonięty widok na ogromne miasto. W nocy było piękne – morze kolorowych świateł i migoczących płomieni, z rzeką płynącą przez środek jak wąż. Ciemności ukrywały jednak, że większość budynków leżała w gruzach, na ulicach śmierdziało odpadkami, a na bagnistych brzegach Anriot leżały niezliczone gnijące trupy, które nie zostały jeszcze pożarte przez rzeczne zwierzęta.

– W jaki sposób cesarzowa uzasadniła swoje rozkazy? – spytała Yrina. – To do niej nie pasuje: nie pragnąć zemsty.

Zarrah wyjaśniła zamierzenia ciotki, ale jej przyjaciółka jeszcze bardziej spochmurniała.

– To dobra strategia, ale będzie nas dużo kosztować. Jeśli Maridrini nie będą się obawiać odwetu, napaści będzie jeszcze więcej, a my nie powstrzymamy wszystkich. Czekając, aż Silas wycofa swoich ludzi, by wzmocnić armię w Ithicanie, możemy stracić setki zwykłych mieszkańców.

– Cesarzowa jest mądra. – Zarrah nie była pewna, czy kieruje te słowa do Yriny, czy do samej siebie. – I umie walczyć przeciwko Maridrinie… robi to przez całe życie.

– Ale zgadzasz się z jej planem?

– Oczywiście, że się z nim zgadzam. – Słowa spłynęły z jej warg bez wahania, bo ciotkanigdy nie sprowadziła jej na manowce. A jednak… Zarrah nie umiała odepchnąć od siebie goryczy na myśl, że cały kraj został poświęcony, by ciotka mogła spełnić swoje ambicje i zadać poważny cios Maridrinie. Choć strategicznie było to błyskotliwe posunięcie, ­Zarrah miała wrażenie, że…brakuje mu honoru. – Po prostu musimy lepiej chronić nasze granice, zanim plan zostanie zrealizowany.

Yrina otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, jednak się zawahała. W końcu stwierdziła:

– To problem na jutro. Może dziś wyjdziemy na miasto? Znam kilka lokali, w których podają znośne trunki i zatrudniają mężczyzn dość ładnych, by przez jedną noc zapomnieć o troskach. Mogłabym zorganizować eskortę…

Zarrah nie miała najmniejszej ochoty na wypad do hałaśliwej gospody, w której ludzie tłoczyli się ze wszystkich stron. W tej chwili miała problem z oddychaniem i czuła mdłości. Potrzebowała powietrza.

– Kiedy indziej. Jestem zmęczona.

– Ciągle jest „kiedy indziej”, Zar. Znamy się pół życia, a jednak na jednej ręce mogłabym policzyć chwile, gdy odłożyłaś na bok obowiązki, żeby zabawić się przez jedną noc. Valcotta nie przegra Wiecznej Wojny tylko dlatego, że pozwolisz sobie na kilka godzin rozluźnienia.

Zarrah zastanawiała się nad tym przez chwilę. Ale przypomniała sobie te nieliczne okazje, kiedy choćby na krótko zeszła ze ścieżki, którą sama sobie wyznaczyła – miała wtedy wrażenie, że zdradza swoją sprawę.

– Napij się za mnie. Muszę wymyślić strategię uszczelnienia naszych granic.

Yrina wzruszyła ramionami, po czym przycisnęła dłoń do serca.

– W takim razie cię zostawię. Może jutro przyniesie rozkaz walki. Aż do tej pory będę pić. Dobrej nocy, generale.

– Dobrej nocy – szepnęła Zarrah.

Kiedy usłyszała trzask zamykających się drzwi, wyszła na balkon. Bryza wiejąca od strony morza niosła zapach soli. Zarrah oparła łokcie na balustradzie i spojrzała ponad miastem na podświetlone kopuły maridrińskiego pałacu, w którym z pewnością mieszkali maridrińscy szlachetnie urodzeni. Jak również następca tronu, który wydał rozkaz do dzisiejszego ataku. Plugastwo, jak cały jego ród.

Kap.

Na czoło Zarrah spadła ciepła kropla. Kobieta sapnęła, zatoczyła się do tyłu i przesunęła dłonią po skórze przekonana, że zobaczy krew.

To była tylko woda.

Zarrah przełknęła z trudem ślinę i zmusiła się, by spojrzeć w górę, choć miała irracjonalną pewność, że zobaczy wiszącego nad sobą trupa matki. Ale to były jedynie kropelki wody, które zebrały się na gzymsie, gdy padał deszcz. Mimo to poczuła panikę, przez którą wróciła do przeszłości – do chwili, gdy była związana i bezradna. I niech Bóg ma nad nią litość, nienawidziła tego. Nienawidziła Króla Szczura.

Nienawidziła całej przeklętej rodziny.

„A kiedy książątko zginie… uderzymy”. Głos ciotki odbijał się echem w jej głowie, a za nim podążyła myśl.

„Mogę go zabić”.

Jeśli tylko uda jej się upozorować wypadek albo skrytobójczy atak jednego z żądnych władzy młodszych braci Kerisa, nikt się nie dowie. Po śmierci następcy tronu żołnierze, których wysłano razem z nim, najpewniej zostaną natychmiast odesłani na północ, co oznaczałoby mniej napaści. A później będzie musiała już tylko czekać, aż ciotka uzna, że Zarrah może zaatakować.

Śmierć jednego Velianta, by ocalić życie setek niewinnych Valcottan.

Zarrah wróciła do komnaty i przejrzała stertę papierów na biurku. Znalazła opis, którego szukała: „Niewielkie zdolności militarne. Dziwkarz słynący z upodobania do wina i ekstrawaganckiego odzienia. Średniego wzrostu i szczupłej budowy. Jasne włosy do ramion. Niebieskie oczy Veliantów”.

Przypomniały jej się oczy tego koloru i śmiech Silasa Velianta. Zadrżała, ale zaraz skrzywiła się na tę reakcję.

Już nie była dzieckiem, które można zastraszyć, a już na pewno nie przestraszy się książątka.

Zdjęła ciemnofioletową kurtę mundurową, którą zdobiły herb Valcotty i insygnia wojskowe, i rzuciła ją na bok. Dotyk wiatru wywołał gęsią skórkę na jej nagich ramionach. Zarrah zamocowała kij na plecach i usiadła na balustradzie.

Cesarzowa kazała jej zatrzymać wojska Valcotty po tej stronie Anriot. Ale jej samej nie wydała takiego rozkazu.

Zarrah odetchnęła głęboko i skoczyła w ciemność.

Rozdział 5Keris