Wydawca: Wydawnictwo Galeria Książki Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 541 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ukryta łowczyni - Danielle L Jensen

W mieście pod górą tyran sprawuje władzę absolutną. Jedyny troll, który byłby zdolny mu się przeciwstawić, został oskarżony o zdradę i uwięziony. Cécile uciekła z mrocznego Trollus, ale już wkrótce zdała sobie sprawę, że wcale nie znajduje się poza zasięgiem władzy króla i jego manipulacji Cécile mieszka z matką w Trianon i każdego wieczora występuje na deskach sceny operowej. Za dnia zaś niestrudzenie szuka Anushki, czarownicy, która przez pięć stuleci umykała trollom.  A niezależnie od tego, czy zwycięży, czy poniesie porażkę, jej bliscy zapłacą wysoką cenę.

 

Aby odnaleźć Anushkę, dziewczyna musi zagłębić się w magię, która jest mroczna i zabójcza. Czarownica jest jednak przebiegła, a Cécile może się okazać nie tylko łowczynią, ale i zwierzyną.

Opinie o ebooku Ukryta łowczyni - Danielle L Jensen

Fragment ebooka Ukryta łowczyni - Danielle L Jensen

Danielle L Jensen

Ukryta łowczyni

Przełożyła Anna Studniarek

Kraków 2016

Tytuł oryginału: Hidden Huntress

Copyright © Danielle L Jensen 2015

Cover by Steve Stone at Artist Partners

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Anna Studniarek, 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2016

Opracowanie graficzne okładki na podstawie oryginału d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Redakcja językowa Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład agnieszka frysztak / d2d.pl

Korekta anna woś i Kamila Zimnicka-Warchoł / d2d.pl

Wydanie I

ISBN: 978-83-65534-10-1

Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

biuro@galeriaksiazki.pl

Wyłączny dystrybutor:

Platon Sp. z o.o.

ul. Sławęcińska 16, Macierzysz

05-850 Ożarów Mazowiecki

tel./faks 22 631 08 15

Opracowanie wersji elektronicznej:

Mamie, która czyta koszmarne pierwsze wersje, wygładzone wersje po ostatniej redakcji i liczne wersje pośrednie. Dziękuję za wszystko, co robisz

Rozdział 1Cécile

Mój głos ucichł, choć jego wspomnienie zdawało się wciąż brzmieć w teatrze, kiedy osunęłam się z wdziękiem. Ufałam, że Julian mnie złapie, nawet jeśli nie miał na to większej ochoty. Pod policzkiem czułam scenę, gładką i chłodną – przyjemna odmiana po cieple emanującym z setek ciał ściśniętych w jednym miejscu. Udając, że umarłam, próbowałam oddychać płytko, ignorując smród zbyt mocnych perfum i zbyt rzadkich kąpieli. Głos Juliana zastąpił mój, jego lament odbijał się echem od ścian teatru, ja jednak nie słuchałam go zbyt uważnie, skupiając się na aż za bardzo prawdziwym smutku innego. Tego, który znajdował się zbyt daleko.

Widownia zaczęła klaskać.

– Brawo! – zawołał ktoś, a ja prawie się uśmiechnęłam, kiedy spadający kwiat otarł się o mój policzek.

Kurtyna uderzyła w podłogę. Niechętnie otworzyłam oczy, czerwony aksamit zasłon zmusił mnie, bym powróciła do rzeczy­wistości, na co wcale nie miałam ochoty.

– Wydawałaś się dziś rozproszona. – Julian podniósł mnie bezceremonialnie. – I tak uczuciowa, jak mój lewy but. Ona nie będzie zadowolona.

– Wiem – mruknęłam, wygładzając kostium. – Późno się wczoraj położyłam.

– Wstrząsające. – Julian przewrócił oczami. – Zaskarbianie sobie łask wszystkich bogatych mieszkańców i mieszkanek miasta to ciężka praca.

Ponownie wziął mnie za rękę, skinął zespołowi i oboje uśmiechnęliśmy się sztucznie, kiedy kurtyna znów się podniosła.

– Cécile! Cécile! – krzyczała widownia.

Pomachałam i posłałam buziaka morzu twarzy, po czym skłoniłam się nisko. Cofnęliśmy się, by reszta zespołu również mogła się ukłonić, i po raz kolejny wystąpiliśmy do przodu. Julian opadł na jedno kolano i przy akompaniamencie entuzjastycznych okrzyków tłumu ucałował moją urękawiczoną dłoń. Kurtyna opadła po raz ostatni.

W chwili kiedy tkanina dotknęła sceny, Julian gwałtownie wyrwał rękę i podniósł się.

– Zabawne, że nawet kiedy kiepsko ci idzie, wciąż wykrzykują twoje imię. – Na jego przystojnej twarzy malował się gniew. – Traktują mnie, jakbym był jednym z twoich rekwizytów.

– Wiesz, że to nieprawda. Masz tłumy wielbicieli. Wszyscy mężczyźni są zazdrośni, a wszystkie kobiety marzą, by znaleźć się w twoich ramionach.

– Oszczędź mi frazesów.

Wzruszyłam ramionami i odwróciłam się do niego plecami, żeby zejść ze sceny. Minęły dokładnie dwa miesiące od dnia, gdy przybyłam do Trianon, i niemal trzy od dramatycznej ucieczki z Trollus, a choć przybyłam do miasta z planem, który wydawał mi się dobry, nadal nie wiedziałam, jak odnaleźć Anushkę. Zazdrość Juliana mało mnie obchodziła.

Za sceną jak zwykle panował chaos, choć było to tylko złudzenie – teraz, po zakończeniu przedstawienia, wino lało się swobodniej. Na wpół rozebrane chórzystki mizdrzyły się do Juliana, ich jednocześnie wypowiadane słowa były ledwie zrozumiałe, kiedy wychwalały jego występ. Cieszyło mnie to – nie był wystarczająco doceniany. Mnie ignorowały, co mi odpowiadało, bo marzyłam jedynie o tym, żeby pójść do domu. Kierując się do garderoby, przeciskałam się między artystami, aż usłyszałam swoje imię.

– Cécile!

Obróciłam się powoli i patrzyłam, jak wszyscy rozstępują się przed moją matką, kroczącą przez salę. Ucałowała mnie mocno w oba policzki, a później przycisnęła do siebie, jej silne palce boleśnie wbijały się w długą bladą bliznę pozostałą po tym, jak babcia musiała znów otworzyć moje ciało, żeby wyleczyć ranę.

– To było koszmarne – syknęła mi do ucha, jej oddech był gorący. – Ciesz się, że dziś na widowni nie było nikogo obdarzonego dobrym gustem.

– Oczywiście, że nie – odpowiedziałam szeptem. – Bo gdyby był, to ty byłabyś na scenie.

– Za co byłabyś wdzięczna, gdybyś nie była taka głupia. – Odsunęła się ode mnie. – Czyż ona nie była dziś wspaniała! – ogłosiła wszystkim zgromadzonym. – Naturalny talent. Świat nie znał wcześniej takiego głosu.

Wszyscy obecni przytaknęli, a kilkoro nawet zaklaskało. Matka spojrzała na nich z promiennym uśmiechem. Ona sama mogła mnie krytykować aż do utraty tchu, ale nie pozwoliłaby, by ktokolwiek inny powiedział słowo przeciwko mnie.

– Rzeczywiście, dobra robota, Cécile!

Moją uwagę przyciągnął głos mężczyzny. Kiedy wyjrzałam zza matki, zobaczyłam idącego przez salę markiza. Był człowiekiem bez wyrazu, równie interesującym i godnym uwagi, co szara farba, gdyby nie fakt, że zazwyczaj u jego boku stała moja matka.

Ukłoniłam się.

– Dziękuję, milordzie.

Wezwał mnie gestem, ale nie odrywał wzroku od chórzystek.

– Cudowny występ, moja droga. Gdyby Genevieve nie siedziała obok mnie, mógłbym przysiąc, że to ona jest na scenie.

Twarz mojej matki stężała, a ja poczułam, że blednę.

– Jesteście zbyt uprzejmi.

Wszyscy patrzyli po sobie tak długo, aż cisza stała się niezręczna.

– Lepiej chodźmy – powiedziała w końcu matka z fałszywie brzmiącą wesołością. – I tak jesteśmy już spóźnieni. Moja droga Cécile, nie wracam dziś do domu, nie czekaj więc na mnie.

Pokiwałam głową i patrzyłam, jak markiz wyprowadza moją matkę tylnymi drzwiami. Zastanawiałam się, czy wiedział, że była żoną mojego ojca, a jeśli tak, czy go to obchodziło. Od wielu lat był patronem mojej matki, ale ja nie wiedziałam o jego istnieniu do czasu, kiedy przybyłam do Trianon. Nie umiałam też ocenić, czy reszta mojej rodziny nie miała o tym pojęcia, czy może ukrywała to przede mną. Z westchnieniem ruszyłam do garderoby i stanowczym ruchem zamknęłam za sobą drzwi.

Usiadłam na stołku przed lustrem, powoli zsunęłam rękawicz­ki stanowiące część kostiumu i sięgnęłam po parę krótkich, koronkowych, które zwykle nosiłam, by ukrywać ślad złączenia. Srebrny tatuaż zabłysł w blasku świecy, a ja opuściłam ramiona.

Ile tortur może ktoś wytrzymać, zanim się złamie? Z tyłu gło­wy nieustannie czułam ból – ból zaprawiony szalonym przerażeniem i gniewem, który nigdy się nie zmniejszał, nigdy nie udawał na spoczynek. Ciągłe przypomnienie, że w Trollus cierpiał Tristan, bym ja mogła być bezpieczna w Trianon. Ciągłe przypomnienie, że nie zdołałam mu pomóc.

– Cécile?

Odwróciłam się i instynktownie zakryłam tatuaż drugą dłonią, kiedy jednak zobaczyłam, że to Sabine, opuściłam ręce. Na widok mojej twarzy zmarszczyła czoło, weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi.

Wbrew sprzeciwowi rodziców, moja najstarsza i najdroższa przyjaciółka razem ze mną udała się do Trianon. Zawsze była utalentowaną szwaczką, a do tego okazało się, że ma dryg do układania włosów i makijażu, więc przekonałam zespół, by zatrudniono ją jako moją garderobianą.

Kiedy wracałam do zdrowia, rodzina powiedziała innym mieszkańcom Kotliny, że wpadłam w panikę na myśl o wyjeździe do Trianon i uciekłam do Courville na południowym krańcu Wyspy. Ale przed Sabine nie mogłam ukrywać prawdy. Po tym, co przeszła po moim zniknięciu, nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdybym kazała jej myśleć, że musiała tyle wycierpieć z powodu mojej tremy.

– Nie byłaś aż taka zła. – Sabine zanurzyła ściereczkę w tłustym kremie i zaczęła zmywać mój makijaż, po czym znów zapięła mi na szyi złoty wisiorek. – Właściwie w ogóle nie byłaś zła, jedynie nie tak dobra, jak byś mogła. Kto mógłby cię winić w takich okolicznościach?

Przytaknęłam. Obie wiedziałyśmy, że to nie słowa matki mnie niepokoją.

– A z Genevieve jest prawdziwa stara czarownica, że mówi ci takie rzeczy.

Najwyraźniej ktoś usłyszał szeptaną krytykę mojej matki.

– Ona chce dla mnie dobrze.

Nie wiedziałam, dlaczego pragnęłam stanąć w jej obronie. To chyba nawyk z dzieciństwa, którego nie umiałam się wyzbyć.

– Można by pomyśleć, że skoro jesteś jej córką i w ogóle… – Sabine zawahała się, jej brązowe oczy odnalazły moje spojrzenie w lustrze. – Wszyscy wiedzą, że jest o ciebie zazdrosna. Jej gwiazda zachodzi, a twoja wschodzi. – Uśmiechnęła się. – Na scenie to wygląda lepiej, kiedy ty grasz rolę kochanki Juliana. Genevieve mogłaby być jego matką, a widzowie, cóż, nie są ślepi, prawda?

– Jest lepsza ode mnie.

Jej uśmiech znikł.

– Tylko dlatego, że przejmujesz się tym, co dzieje się z nim.

Nigdy nie wypowiadała imienia Tristana.

– Gdybyś śpiewała tak jak wcześniej… – Sabine westchnęła z frustracją. – Tak bardzo się starałaś, Cécile, i wiem, że to kochasz. Złości mnie, że odrzucasz swoje marzenia z powodu jakiegoś stwora.

Byłam wściekła, kiedy za pierwszym razem zaczęła taką kłótnię – wysunęłam pazury w obronie Tristana i swoich wybo­rów. Ale od tego czasu zaczęłam patrzeć na ostatnie wydarzenia z perspektywy Sabine. Do niej przemawiało tylko to, co najgorsze, przez co moja decyzja, by odrzucić wszystko i spróbować oswobodzić tych, którzy mnie uwięzili, była dla niej niezrozumiała.

– Nie tylko jemu próbuję pomóc.

W mojej głowie pojawiły się imiona. Tak wiele twarzy, a wszyscy na mnie liczyli. Tristan, Marc, Victoria, Vincent…

– Może i nie. Ale to on cię odmienił.

W tonie jej głosu i wyrazie twarzy było coś, co kazało mi się odwrócić od lustra w jej stronę.

– Być może polujesz na tę kobietę ze względu na nich, ale to przez niego przestałaś żyć swoim życiem. – Sabine pochyliła się i wzięła mnie za ręce. – To z powodu miłości do niego przestałaś kochać śpiew, a ja chciałabym…

Przerwała, spuściła wzrok na moje dłonie.

Wiedziałam, że mnie nie atakuje, że pragnęła jedynie mojego dobra, ale miałam już dość bronienia swoich wyborów.

– Nie przestanę go kochać, żeby moje występy były lepsze – warknęłam, wyrywając dłonie z jej uścisku. Od razu pożałowałam swojego tonu. – Przepraszam. Po prostu chciałabym, żebyś zaakceptowała, że jestem zdecydowana podążać tą ścieżką.

– Wiem. – Podniosła się. – Żałuję tylko, że nie mogę zrobić więcej, by pomóc ci odnaleźć szczęście.

Odnaleźć szczęście… Nie – odnaleźć czarownicę. Sabine była integralną częścią mojego planu odszukania Anushki – była mistrzynią wyłapywania plotek i informacji – ale wyraźnie to zadanie jej się nie podobało.

– Dość robisz, słuchając. – Złapałam ją za rękę i pocałowałam. – I troszcząc się o mój wygląd.

Długo patrzyłyśmy na siebie, boleśnie świadome, że ten rozdźwięk między nami był czymś nowym i dziwnym. Obie tęskniłyśmy za dniami, kiedy nic nas nie dzieliło.

– Chodź dziś z nami – powiedziała błagalnie. – Ten jeden raz, czy nie mogłabyś zapomnieć o trollach i pójść z nami, poślednimi ludźmi? Idziemy sobie powróżyć na Pigalle. Jedna z tancerek słyszała od jednego z naszych dobroczyńców, że jest tam kobieta, która umie wyczytać przyszłość z dłoni.

– Nie zamierzam oddawać ciężko zarobionych monet szarlatanowi – powiedziałam z udawaną swobodą. – Ale gdyby przypadkiem miała rude włosy i niebieskie oczy, i wydawała się zbyt mądra jak na swój wiek, daj mi znać.

Gdyby tylko to było takie proste…

Pozostałam w swojej garderobie dość długo, by wszyscy obecni zdążyli wyjść do foyer albo opuścić teatr. Nie byłam w nastroju, by zabawiać dobroczyńców, a poza tym porzuciłam już nadzieję, że znajdę Anushkę u boku jakiegoś bogatego arystokraty na spektaklu operowym. Albo na przyjęciach. Albo w salonach. Dzięki takiemu zachowaniu zyskałam jedynie tłumy wielbicieli i reputację tej, która zwodzi mężczyzn. Potrzebowałam nowej strategii, i to szybko.

Naciągnęłam na głowę kaptur płaszcza i pospiesznie wyszłam tylnym wyjściem z teatru, a później zbiegłam po schodach.

– Trochę ci to zajęło.

Uśmiechnęłam się do Chrisa, kiedy wyłonił się z cienia. Miał na sobie robocze ubranie, buty pokryte warstwą błota i nawozu.

– Zakaz włóczęgostwa. – Pokazałam na często ignorowany znak.

– Ja się nie włóczę, ja czekam.

– Wszyscy włóczędzy tak mówią. – Zeskoczyłam ze schodów i dołączyłam do niego. – Masz coś?

Podczas gdy Sabine skupiała się na badaniu historii wskazanych przeze mnie kobiet, Chris podążał śladami pogłosek o magii z uporem godnym łowców czarownic regenta.

Przytaknął. Gdy skrył nas cień, podał mi rzeźbioną figurkę z naszyjnikiem z ziół owiniętym wokół szyi.

– Niech zgadnę. Talizman płodności.

– Włóż go pod poduszkę, a na pewno urodzisz wielu silnych synów – powiedział głosem pełnym raczej chłodnego rozbawienia niż podekscytowania, które wypełniało go, kiedy przybyliśmy do Trianon.

Trzymałam go przez chwilę, po czym potrząsnęłam głową.

– Coś jeszcze?

Podał mi bransoletkę ze splecionych gałązek.

– Nazywa się ją zgubą czarownic. Jest z jarzębiny. Jeśli będziesz ją nosić, czarownica nie rzuci na ciebie zaklęć.

Przyjrzałam się dziwnemu przedmiotowi ze zmarszczonym czołem, po czym wepchnęłam go do kieszeni. Co za bzdury.

– Ile cię to kosztowało?

Podał mi sumę, a ja się skrzywiłam, sięgając do kieszeni po monety. Wydawałam połowę honorarium na eliksiry i przedmioty, które jak na razie okazały się jedynie kolekcją dziwacznych bibelotów. Nieliczne prawdziwe czarownice, które odkryliśmy, nie miały pojęcia o tajemniczej rudowłosej czarownicy ani o klątwach, a żadna z nich nie zgodziła się zostać moją nauczycielką sztuki.

– A ty odkryłaś coś nowego?

Potrząsnęłam głową.

– Nikogo, kto wyglądałby jak ona. Nikogo, kto miałby nieznaną lub niepewną przeszłość. Nikogo, kto w niewyjaśniony sposób od pięciu stuleci obracałby się w wyższych sferach.

Chris westchnął.

– Odprowadzę cię do domu.

Szliśmy na przemian w blasku i w cieniu, mijając plamy światła otaczające gazowe latarnie. Ale kiedy dotarliśmy do ulicy, która miała mnie doprowadzić do pustej rezydencji mojej matki, zatrzymałam się. Potrzebowałam odmiany.

– Zobaczmy, czy Fred jest w Papudze.

Chris wydawał się zaskoczony, ale nie zaprotestował, kiedy ruszyliśmy dalej w stronę ulubionego lokalu mojego brata. Ominąwszy szerokim łukiem bójkę przed wejściem, wkroczyliśmy do tawerny. Niemal wszyscy klienci byli żołnierzami – artyści tacy jak ja zazwyczaj nie odwiedzali tego rodzaju przybytków – wszyscy wiedzieli jednak, że jestem młodszą siostrą Frédérica de Troyes, nikt więc mnie nie zaczepiał.

– Cécile! Christophe! – wykrzyknął Fred, kiedy nas zobaczył.

Puścił barmankę, którą właśnie obejmował, zamówił u niej piwo i podał nam kufle. Dokończył historię, którą jej opowiadał, i znów spojrzał na mnie.

– Lepiej pozwolę ci wrócić do pracy, zanim szef mnie wyrzuci – rzucił do dziewczyny, poczekał, aż wróci ona do podawania trunków, i powiedział do mnie: – Koszmarnie wyglądasz, Cécile. Powinnaś być w domu, w łóżku.

Skrzywiłam się, wiedząc, że dom oznaczał Kotlinę, nie rezydencję naszej matki. Był gorszy niż Sabine, ponieważ nie tylko sprzeciwiał się mojemu polowaniu na Anushkę, ale też mojej obecności w Trianon.

– Nie zaczynaj.

Z brzękiem odstawił kufel na bar i spiorunował grupę mężczyzn, którzy potrącili mnie, kiedy przechodzili obok. Napięcie, jakie od niego emanowało, powiedziało mi, że szuka powodu do kłótni. Jakiegokolwiek. Był teraz wściekły przez cały czas. Na matkę, na mnie, na świat.

– I tak nie wysłuchasz ani słowa z tego, co powiem – mruknął. – Równie dobrze możesz dalej robić to, co robisz.

Chris złapał mnie za łokieć i pociągnął w stronę stolika na tyłach.

– Fred tylko chce cię chronić, Cécile – powiedział. – Obwinia się o to, co się wydarzyło. Że nie był wtedy przy tobie.

– Wiem.

Jego pierwszą reakcją na moją opowieść była przysięga zniszczenia Trollus i wszystkich jego mieszkańców, a naszą kłótnię, kiedy powiedziałam mu, że moim zamiarem jest coś zupełnie przeciwnego, słychać było pewnie trzy gospodarstwa dalej. Nie tylko nie zgadzał się z moją decyzją, ale też jej nie rozumiał. To go złościło. Ostatnio niewiele było trzeba, by wywołać jego wściekłość – a ja wiedziałam, że nie ma to nic wspólnego z trollami. Coś się wydarzyło na długo przed moim zniknięciem. Coś zaszło, kiedy przybył do Trianon. Coś, co wiązało się z naszą matką. Nienawidził jej, a ja czasami sądziłam, że decyzję, by zamieszkać i pracować z nią w Trianon, traktował jako zdradę z mojej strony. Usiadłam przy lepkim stole i wypiłam piwo, z nadzieją że zatopię myśli o bracie i wszystkim innym.

– Spokojnie – powiedział Chris, wolniej sącząc swój trunek. – Coś się musiało zdarzyć i nie chodzi jedynie o niezmiennie paskudny nastrój Freda.

– Nie. – Przywołałam jedną z dziewczyn, żeby przyniosła mi kolejny kufel. – Nic się nie wydarzyło i na tym polega problem. – Pociągnęłam kilka długich łyków. – Minął kolejny dzień, w czasie którego nie zrobiłam żadnych postępów, by ją odnaleźć. Minął kolejny dzień, w czasie którego Tristan znosi Bóg jeden wie jakie tortury, zaś ja śpiewam na scenie dla tłumów wielbicieli. Nienawidzę tego.

– To jedyny sposób, byś mogła pozostać w Trianon. A poza tym sądziłem, że lubisz występować?

Zacisnęłam powieki i pokiwałam głową.

– Ale nie powinnam.

– Cécile. – Chris sięgnął nad stołem i próbował przytrzymać mój kufel, ale wyrwałam go z jego uścisku i dopiłam zawartość. Skrzywił się. – Wiesz, że on nie chciałby, żebyś z jego powodu była przez cały czas nieszczęśliwa.

– Skąd wiesz?

Sięgnęłam do kieszeni po pieniądze, by zapłacić za kolejny kufel.

– Próbowaliśmy wszystkiego – powiedział, zmieniając taktykę. – Przez dwa miesiące obracałaś się w kręgach, w których spodziewałaś się ją odnaleźć, i nie natrafiłaś na jej ślad. Masz długie listy kobiet, których historie miałaś sprawdzić z pomocą Sabine, ale wszystko, co usłyszałyście, to tylko plotki. Nie zliczę już, z iloma czarownicami, prawdziwymi czy nie, rozmawialiśmy. Żadna z nich nie chciała nam pomóc.

– Większość z nich nie jest w stanie tego zrobić.

Kiedy wracałam do zdrowia, zmusiłam babcię, by nauczyła mnie wszystkiego, co wiedziała o magii. Wyjaśniła mi, jak równoważyć żywioły, dlaczego pewne rośliny miały określone działanie i jak rzucać zaklęcia w momencie przejścia – o wschodzie i o zachodzie słońca, podczas pełni i przesileń – by zaczerpnąć jak najwięcej mocy z ziemi. Niewiele wiedziała, a większość z tego wiązała się z leczeniem ran i chorób. Zdobyłam jednak dość wiedzy, by rozpoznać magię, kiedy ją widziałam.

– Chodzi mi o to – powiedział Chris – że może zrobiłaś dosyć. Może nadszedł czas, byś zaczęła znowu żyć.

Z hukiem odstawiłam pusty kufel na stół, nie próbowałam kryć złości. Spodziewałam się tego po Sabine, ale nie po Chrisie. Jej moja historia mogła się wydawać na poły baśniowa, ale on przecież odwiedzał Trollus. Wiedział, o co toczy się gra.

– Naprawdę sugerujesz, że powinnam się poddać?

– Nie wiem. – Odwrócił wzrok. – On nawet nie chce, żebyś zdjęła klątwę. Może byłoby lepiej dla wszystkich, gdybyś zrezygnowała z polowania.

– To znaczy lepiej dla ludzi – warknęłam. – Jak możesz być taki samolubny?

Chris poczerwieniał. Zacisnął dłonie na krawędzi stołu i pochylił się w moją stronę.

– Jeśli chcesz zobaczyć kogoś samolubnego, to przejrzyj się w lustrze. To nie ja jestem gotowy sprzedać cały świat w niewolę w imię swej miłości!

Przecisnął się przez tłum i zniknął mi z oczu.

Wpatrywałam się bezmyślnie w pusty kufel, ignorując wilgoć rozlanego wina i piwa, która wsiąkała w moje rękawy. Czy Chris miał rację? Czy byłam samolubna? Przed dwoma miesiącami wyruszyłam do Trianon, by odnaleźć i zabić Anushkę. W ten sposób zdjęłabym klątwę rzuconą na Trollus. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że postępuję właściwie, i ta pewność pozostała niezachwiana.

Ale czy na pewno?

Chciałam uwolnić Tristana, to wiedziałam. I przyjaciół. Marca, bliźnięta, Pierre’a i księżną Sylvie. Zoé i Élise. Właściwie wszystkich mieszańców. Chciałam, by zostali uwolnieni spod klątwy. Ale inni? Pomyślałam o Angoulêmie, królu Thibaulcie, a szczególnie demonicznym młodszym bracie Tristana, i na czoło wystąpił mi zimny pot. Ich z radością uwięziłabym na wieczność.

Na tym właśnie polegał problem. Uwalniając jednego, uwolniłabym wszystkich, i byłabym odpowiedzialna za wszelkie tego konsekwencje. Podobnie byłabym odpowiedzialna za to, że nie uczyniłam niczego.

Poczułam bolesny ucisk w piersi i odsunęłam od siebie kufel. Tęskniłam za Tristanem. Nie przez wzgląd na uczucia, ale też brakowało mi go jako sojusznika. Tęskniłam za obserwowaniem jego mądrego i nieustępliwego działania, za jego umysłem, który tak bardzo podziwiałam. Oddałabym wszystko za jego umiejętność dostrzegania sedna problemu.

Rozejrzałam się dookoła, sala jakby zakołysała się, a żołądek podjechał mi do gardła. Odetchnęłam głęboko, by uspokoić zmysły, i natychmiast tego pożałowałam. Moje nozdrza wypełnił smród starego piwa i potu, zakrztusiłam się.

– Na przeklęte skały i niebo.

Podniosłam się i przecisnęłam przez tłum rozbawionych gości, skupiona na drzwiach i świeżym powietrzu.

Wiedziałam, że mi się nie uda.

Przedzierałam się, ignorując narzekania tych, którzy znaleźli się na mojej drodze. Dotarłszy do drzwi, otworzyłam je i wytoczyłam się na chłód. Po czym padłam na kolana i zwymiotowałam trzy kufle piwa do rynsztoka.

– Muszę wyznać – odezwał się ktoś za moimi plecami – że nie spodziewałem się napotkać cię w takiej pozie.

Otarłszy usta rękawem, obejrzałam się przez ramię. Kilka kroków za mną stał mężczyzna w płaszczu. Kaptur skrywał jego twarz.

– Czego chcesz?

– Jedynie przekazać wiadomość. – Uśmiechnął się. – Jej wysokości księżniczce Cécile de Montigny.

Rozdział 2Cécile

Podniosłam się niepewnie, moje koronkowe rękawiczki zaczepiły się o nierówności cegieł, kiedy oparłam się o ścianę.

– Kim jesteś?

– Posłańcem.

– Wysłanym przez kogo? – spytałam, choć już wiedziałam.

– Przez jego wysokość króla Thibaulta. – Mężczyzna pochylił głowę. – Przesyła swoje najserdeczniejsze i najgorętsze pozdrowienia nieobecnej synowej. Twój pospieszny wyjazd bardzo odmienił Trollus.

– Przybyłeś tu, by mnie zabić? – Czy nadszedł moment ostatecznego rozliczenia?

– Zabić cię? – Posłaniec się roześmiał. – Z całą pewnością nie. Gdybym przybył cię zabić, już byłabyś martwa. Nie mam w zwyczaju odkładać nieuniknionego na później.

– W takim razie dlaczego? – Jego słowa wcale mnie nie pocieszyły. – I jak to możliwe, że w ogóle możesz o nich mówić?

– Jego wysokość chciałby… – zaczął, lecz wtedy przez frontowe drzwi tawerny wypadł Chris.

– Cécile – zawołał, rozglądając się gorączkowo dookoła. Skupił wzrok na mnie i posłańcu. – Hej! – krzyknął. – Zostaw ją w spokoju!

Zaczął biec w naszą stronę, podniosłam rękę, by go powstrzymać.

– To posłaniec króla.

Chris szerzej otworzył oczy.

– A czego on chce?

Posłaniec spojrzał na Chrisa, jakby się go spodziewał, a fakt, że zaakceptował obecność mojego przyjaciela, dodatkowo mnie zaniepokoiła, bo to oznaczało, że wiedział, kim jest Chris.

– Jego wysokość chciałby się spotkać z Cécile.

– Nie! – wybuchnął Chris.

Niemal przy tym zagłuszył moje pytanie, które brzmiało:

– Kiedy?

– Dziś wieczorem – odparł mężczyzna z uśmiechem.

– Nie ma mowy – stwierdził Chris. – W życiu nie pozwolę ci wrócić do Trollus.

– Tylko do krańca Rzecznej Drogi – wyjaśnił posłaniec. – Bramy Trollus pozostają zamknięte dla ludzi.

Wiedzieliśmy o tym. Choć ojciec Chrisa, Jérôme, wciąż był związany przysięgami i niezdolny mówić o Trollus, miał dość praktyki w obchodzeniu swoich przysiąg, by wyjaśnić, że handel był teraz prowadzony u ujścia rzeki i tylko przez agentów króla. Zmiana ta skutecznie odcięła nas od jedynego źródła wiadomości o tym, co działo się w mieście pod górą.

Chris potrząsnął głową.

– To wciąż za blisko.

– Nie ty podejmujesz tu decyzje. – Miałam mętlik w głowie. Czego chciał król? Czy Tristan też tam będzie? Czy go zobaczę? Nawet cień szansy wystarczył, bym zdecydowała. – Pójdę.

– Nie możesz – syknął Chris. – Tristan ostrzegał cię, byś nigdy nie wracała. Zabiją cię!

Powoli pokręciłam głową.

– Nie. Gdyby król pragnął mojej śmierci, już byłabym martwa. On chce czegoś innego.

I mogłam się założyć, że wiem, o co chodzi.

Posłaniec odprowadził nas poza miasto, do zagajnika, w którym czekały uwiązane konie. Mimo późnej godziny strażnicy bez pytania otworzyli dla nas bramy, bez wątpienia pomogło w tym złoto z kopalni Trollus.

Jechaliśmy spokojnie, drogę oświetlał nam blask księżyca, który wyłonił się zza chmur. To była dobra noc na rzucanie zaklęć, lśniący na niebie okrągły srebrny dysk zwielokrotniał moc, do której mogła sięgnąć czarownica. Choć przeciwko trollom nic by mi to nie pomogło.

Nim wyjechaliśmy spomiędzy drzew i zobaczyliśmy most wznoszący się nad skalnym rumowiskiem, zapadły ciemności. Eskortujący nas posłaniec nie podążył za nami, kiedy zsiedliśmy z koni i powoli ruszyliśmy nad wodę.

– Jak myślisz, czego oni chcą? – spytał Chris pod nosem, trzymając mnie za ramię, kiedy zsuwałam się po kamieniach.

Przypływ się cofał, ale woda wciąż była na tyle wysoka, że między skałami a łagodnie kołyszącymi się falami pozostał jedynie piaszczysty przesmyk. Czułam mocny smród ścieków – miasto wypuszczało swoje odpady jedynie wtedy, gdy przypływ był dość wysoki, by zmyć dowody.

– Przypuszczam, że chcą się wydostać.

Woda wylewała się spod skalnego nawisu, rzeka wymyła sobie koryto w piasku do miejsca, w którym łączyła się z oceanem. Pod tym nawisem znajdowało się wejście do Trollus, a nieco dalej unosiła się jedna samotna kula światła. Przypomnienie, że w tym miejscu istniała brama między światami, oddzielająca od siebie rzeczywistość i fantazję. Marzenie albo, zależnie od tego, kto na nas czekał, koszmar. Wbiłam pochodnię w piasek, gestem kazałam Chrisowi zrobić to samo, i ostrożnie podeszliśmy bliżej.

Pośrodku drogi siedziało ze skrzyżowanymi nogami trollowe dziecko. Na nasz widok podniosło głowę, a ja ujrzałam młodszą wersję Tristana. Pomijając wygięcie jego warg… one przypominały mi jego przyrodnią siostrę Lessę. Twarz anioła, ale umysł potwora.

– Dobry wieczór, wasza wysokość – powiedziałam, zatrzymując się w bezpiecznej odległości od bariery, i ukłoniłam się głęboko. – Ukłoń się – syknęłam pod nosem.

Książę Roland de Montigny przechylił głowę i spojrzał na nas, jakbyśmy byli owadami.

– Dobry wieczór, Cécile.

Dlaczego Roland tu był? Gdzie się podział król?

– Niezbyt dobrze cię widzę w tych ciemnościach – powiedział. – Podejdź bliżej.

Oblizałam spierzchnięte wargi. Bariera go powstrzymywała, ale nie chciałam się zbliżać do potwora, który już raz był bliski odebrania mi życia. Roland wstał.

– Podejdź bliżej. Chcę ci się przyjrzeć.

– Zostań tutaj – mruknęłam do Chrisa i wbrew rozsądkowi ruszyłam w stronę bariery.

Moje serce biło coraz szybciej, a pot spływał mi po plecach. Roland był dzieckiem, ale ogromnie się go bałam. Bardziej nawet niż króla czy Angoulême’a, ponieważ oni przynajmniej byli przy zdrowych zmysłach. Stojący przede mną stwór, niezależnie od tego, jak mocno udawał spokojnego i cywilizowanego, był szalony, nieprzewidywalny, zdradziecki i bardzo, ale to bardzo niebezpieczny.

– Bliżej – zanucił. – Bliżej.

Szurałam butami po ziemi, zbliżając się ostrożnie, cal po calu, gdyż nie byłam pewna, gdzie znajduje się bariera. Nagle poczułam, że powietrze gęstnieje, i cofnęłam się o krok. Serce podeszło mi do gardła. On zaś, jak wąż, którego ofiara znalazła się poza zasięgiem, rozluźnił się, przestał przygotowywać się do ataku. Chciał, żebym znalazła się w zasięgu jego rąk, by dokończyć to, co zaczął tamtego brzemiennego w skutki dnia w Mętach.

Uniosłam rękę.

– Stąd widzisz mnie dość dobrze.

Roland zignorował moją rękę i słowa, jedynie odsłonił proste białe zęby.

– Boisz się?

Byłam przerażona.

– Gdzie twój brat? – spytałam. – Gdzie jest Tristan?

Roland uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– W więzieniu wykopali dla niego specjalną jamę. – Zachichotał, a dźwięk ten był wysoki, dziecinny i przerażający. – Nie opuszcza jej często.

Uniósł dłoń do ust, ale był zbyt rozbawiony własnym żartem i jego chichot zmienił się w głośny śmiech, który odbijał się echem od ścian tunelu. Cofnęłam się o krok i niemal zderzyłam się z Chrisem, który w czasie naszej rozmowy podszedł bliżej. Jego twarz była blada. Choć opowiedziałam mu o Rolandzie, nic nie mogło go przygotować na taki widok.

Znów odwróciłam się do Rolanda.

– Uważasz to za zabawne, że twój starszy brat i dziedzic tronu jest w więzieniu?

Śmiech chłopaka ucichł.

– Tristan już nie jest dziedzicem. Ja nim jestem.

Potrząsnęłam głową, nie po to nawet, by zaprzeczyć jego słowom, ale z czystego przerażenia, że stojący przede mną diabeł mógłby pewnego dnia zostać władcą królestwa. Tak czy inaczej, moje zaprzeczenie go rozsierdziło.

– Będę królem! – wrzasnął i rzucił się na mnie.

Odskoczyłam, ale zaczepiłam obcasem o rąbek sukni i upadłam na ziemię. Chris chwycił mnie za ramiona i odciągnął daleko do tyłu, wciąż jednak widziałam Rolanda rzucającego się raz za razem na barierę. Skóra na jego pięściach pękała i zaraz się goiła, a krople jego krwi padały na magię, która zamykała go w klatce, czyniąc barierę widoczną. Skały trzęsły się i drżały, gdy jego moc uderzała w klątwę, tłumiącą jego krzyki. Nic jednak nie mogło ochronić nas przed widokiem wściekłości malującej się na jego twarzy, bez reszty owładniętej szaleństwem.

– Niech niebiosa mają nad nami litość – szepnął Chris.

Patrzyliśmy przed siebie, trzymając się za ręce.

Walenie ucichło. Roland uspokoił się, odwrócił i ukłonił nisko przed trollowym światłem zbliżającym się drogą.

– Ojcze.

W moim polu widzenia pojawił się król.

– Bardzo hałasujesz, chłopcze.

Roland się skrzywił.

– Ona powiedziała, że to Tristan jest dziedzicem, nie ja.

– Naprawdę? – Król popatrzył przez zakrwawioną barierę i napotkał moje spojrzenie. – Ludzie są kłamcami, Rolandzie, przecież wiesz. A teraz wracaj do miasta. Książę na ciebie czeka.

Odpowiedź, która nie była odpowiedzią. Dla Tristana wciąż pozostała nadzieja.

Roland posłał mi jeszcze jedno triumfalne spojrzenie i zniknął w ciemnościach.

– Czego chcesz? – Podniosłam się. – Dlaczego kazałeś mnie tu sprowadzić?

– Sądzę, że wiesz dlaczego.

Król wyjął z kieszeni chusteczkę i zaczął wycierać krew z bariery. Przyglądał się nam z zainteresowaniem, ale nic nie mówił. Odpowiadałam spojrzeniem, aż nie mogłam już dłużej wytrzymać.

– Gdzie jest Tristan? Chciałabym go zobaczyć.

Dotarł do mnie jego śmiech.

– Byłby z ciebie kiepski polityk, Cécile. Zbyt otwarcie mówisz o swoich pragnieniach.

– Sądziłam, że wszyscy ludzie są kłamcami?

Wzruszył ramionami.

– To prawda, ale ty jesteś uczciwa w duchu, czego nie mogę powiedzieć o sobie. Ani o żadnym innym trollu. – Jego kula rozjaśniała się, aż tunel wypełnił blask tak jasny jak światło dnia. – Każdy pragnie tego, czego nie może mieć. A kiedy nie można kłamać wprost, umiejętność oszukiwania staje się o wiele bardziej znaczącym talentem. Czymś, co należy cenić. Jednak całe to filozofowanie lepiej pozostawmy na inny dzień. Mam coś, czego pragniesz, zaś ty, moja droga, jesteś zdolna, jak mniemam, dostarczyć mi to, czego pragnę ja. Proponuję wymianę.

Szybko potrząsnęłam głową.

– Nie jestem aż tak głupia, by uwierzyć, że to takie proste, Thibaulcie. Nie jestem też na tyle samolubna, by myśleć o uwolnieniu cię w zamian za jedno życie. To było kłamstwem. Myślałam o tym przez cały czas.

Król przechylił głowę i powoli pokiwał głową.

– Powiedz mi, Cécile, co takiego właściwie przeraża cię na myśl o moim uwolnieniu?

– Wszystko. – Mój głos był wysoki i dziwny. – Jesteś okrutnym, bezlitosnym tyranem. Widziałam, jak rządzisz, znam twoje prawa. Gdybym cię uwolniła, wyrżnąłbyś nas wszystkich.

– Nie bądź głupia – przerwał mi król. – Nie mam w planach unicestwienia ludzkości. Potrzebuję waszego gatunku. Naprawdę spodziewasz się, że książę d’Angoulême zaprzęgnie pług i zacznie orać pola? Albo że twój drogi przyjaciel Marc, hrabia de Courville, będzie dzień w dzień kładł bruk? – Machnął ręką, jakby wszystkie moje obawy były głupie. – Nie próbuj mi wmawiać, że regent Trianon nie ma praw albo że jego arystokracja nie traktuje pospólstwa z większym lekceważeniem, niż my traktujemy nasze.

Wyciągnął palec w moją stronę.

– Nazywasz mnie tyranem, ale mogę powiedzieć, że w Trollus nie ma nawet jednego mieszkańca, który chodziłby głodny albo nie miałby dachu nad głową. Każdy, co do jednego, jest wykształcony i zatrudniony. Czy wasz regent mógłby powiedzieć to samo?

Zagryzłam wargi.

– A co z wolnością? Regent nie dopuszcza niewoli na Wyspie.

Król się skrzywił.

– Może pójdziesz i zapytasz tych umierających z głodu w dzielnicy Pigalle o to, ile warta jest ich wolność. Albo tych zamarzających na śmierć w rowach przy drogach. – Oparł dłoń na barierze. – To by była wymiana jednej arystokracji na inną. Ludzie tacy jak twój ojciec wciąż hodowaliby świnie i sprzedawali je na targu. Twoja matka nadal stałaby na scenie i śpiewała dla tych, których byłoby stać na bilet. Dla większości zmieniłoby się bardzo niewiele. – Westchnął głęboko. – Ile byłabyś gotowa poświęcić w imię swoich irracjonalnych obaw?

– Nie słuchaj go – powiedział z tyłu Chris. – On myśli tylko o własnym interesie.

– A ty nie, Christophie Girardzie? – Król odezwał się do Chrisa, ale przez cały czas wpatrywał się we mnie. Oceniał moje reakcje. – Nie mów mi – kontynuował – że nie zastanawiałeś się, jaką korzyść przyniosłoby tobie rozdzielenie Cécile i mojego syna.

– Uwolnienie Tristana jest najmniejszą z moich trosk – odparował Chris, ale ich słowa utkwiły mi w głowie.

Czy moje obawy były bezpodstawne? Zamknęłam oczy i przypomniałam sobie obrazy, które pokazał mi Tristan, przedstawiające życie ludzkości pod rządami trolli. Malowidła ukazujące ludzi błagających o wybawienie po Upadku i potworności, które nastąpiły później. Czy pod władzą króla Thibaulta byłoby tak samo? Lepiej? Albo gorzej? Zacisnęłam zęby.

Ale następne słowa króla zmieniły wszystko.

– Nie zamierzam iść na wojnę, żeby odzyskać swoje królestwo. Władza nad Wyspą zostanie mi przekazana drogą po­kojową.

Otworzyłam usta z zaskoczenia.

– Jak możesz tak mówić?

Lekko pokręcił głową.

– To moja sprawa… Nie chciałbym, żeby ktoś przeszkodził mi w realizacji planów. To – dodał – mogłoby sprawić, iż musiałbym użyć przemocy przeciwko twojemu gatunkowi, czego pragnę uniknąć. Widziałem już dość rozlewu krwi i zaczął mnie on męczyć.

Wiele rzeczy spodziewałam się od niego usłyszeć, ale bez wątpienia nie to – propozycja pokojowego rozwiązania z ust kogoś, kto nie mógł kłamać. Jednak nie potrafiłam mu wierzyć. Mimo wszystko byłabym głupia, gdybym nie próbowała poznać jego zamiarów.

– Szukam Anushki – powiedziałam nagle.

Król przytaknął.

– Powiedz mi, Cécile, jak bardzo twoje poszukiwania różnią się od tych prowadzonych przez tysiące mężczyzn i kobiet, którzy próbowali ją odnaleźć przez ostatnie pięć stuleci? Myślisz, że nie podążaliśmy za każdą pogłoską, nie wpatrywaliśmy się w każdą twarz, nie przeniknęliśmy do najbardziej elitarnych kręgów? Myślisz, że nie sprawdziliśmy wszystkich aktów urodzenia i nie dotarliśmy do każdego, kto mógł opowiedzieć o dziecięcych latach wszystkich podejrzanych kobiet?

Otworzyłam usta, zaraz jednak znów je zamknęłam.

– Jesteś wyjątkowa, dziewczyno, i takie też powinny być twoje poszukiwania.

Miał na myśli magię. Trolle najpewniej nigdy wcześniej nie posłały za nią czarownicy, a nawet jeśli coś takiego się zdarzyło, z pewnością nie była tak oddana jak ja.

– Nie wiem jak. – Nawet nie próbowałam ukrywać goryczy w głosie. – Nikt nie chce mnie uczyć.

Zostawiłam wszystkie grymuary w Trollus, a ta garść zaklęć, którą zdołałam sobie przypomnieć, dotąd nie pomogła mi w poszukiwaniach. Wiedziałam o wiele więcej niż wcześniej, co jednak nie miało wielkiego znaczenia.

Król sięgnął do kieszeni płaszcza, a ja zadrżałam, kiedy rozpoznałam okładkę książki, którą wyjął – grymuar Anushki. Wyciągnął księgę przez barierę, a ja sięgnęłam po nią, nim jednak zdążyłam ją chwycić, cofnął rękę.

– Najpierw chcę, żebyś dała mi słowo.

Na mojej twarzy pojawił się słaby uśmiech.

– Boisz się, że wykorzystam jej magię przeciwko wam?

Pomachał zakrwawioną chusteczką.

– Brakuje ci jednego z niezbędnych składników. Nie, zanim oddam ci to paskudztwo, chcę, żebyś mi obiecała, że wykorzystasz je w polowaniu na Anushkę. Że nic cię nie powstrzyma przed odnalezieniem jej i sprowadzeniem do mnie.

– Cécile, nie! – krzyknął Chris. – Jeśli cokolwiek mu obiecasz, będzie to wiążąca przysięga.

– Niczego nie obiecam, dopóki nie zobaczę Tristana – powiedziałam.

– Zobaczysz go, kiedy zrobisz postępy.

– Przestanę jej szukać od tej chwili, chyba że pozwolisz mi go zobaczyć.

Wyzywająco uniosłam brodę. To mogła być moja jedyna szansa i nie zamierzałam się poddać bez walki.

– Miałem nadzieję, że będziesz rozsądna. – Król westchnął. – Ale dobrze. Przyprowadźcie go! – krzyknął w głąb tunelu.

Po chwili usłyszałam kroki na kamieniach, ale również odgłos czegoś ciężkiego, co po nich ciągnięto.

Chris chwycił mnie za ramię.

– Bądź silna. To nie będzie łatwe.

To wiedziałam. Przez całe miesiące czułam udrękę Tristana, gdy na rozkaz ojca poddawano go karze. Patrzyłam, jak srebrna koronka na kostkach moich palców śniedzieje, gdy odbierali mu siłę w sposób, który zbyt łatwo mogłam sobie wyobrazić. Ale nic nie przygotowało mnie na jego widok, bosego i bez koszuli, ciągniętego przez strażników, którzy rzucili go do stóp ojca.

Załkałam, kiedy zobaczyłam jego wychudzoną sylwetkę, brudną i pokrytą zaschłą krwią. Trzy pary kajdan otaczały jego ramiona – kajdan, które utrzymywały w miejscu żelazne kolce przebijające jego ciało i kości. Wokół metalu sączyła się świeża krew, spadająca szkarłatnymi kroplami i wsiąkająca w piasek. Król sięgnął i zdjął kaptur z jego głowy. Tristan pozostał nieruchomy, oparty o barierę. Znad morza podniósł się wiatr, który szarpnął jego brudnymi włosami.

Tristan bardzo powoli uniósł twarz i skupił na mnie wzrok.

– Cécile… – wychrypiał. – Mówiłem ci, żebyś nie wracała.

Rozdział 3Cécile

Chris mocno trzymał mnie za ramię i tylko to powstrzymało mnie przed rzuceniem się przez barierę.

– Bądź przeklęty! – krzyknęłam do króla. – Kto robi coś takiego własnemu synowi? Jak ty wytrzymujesz sam ze sobą?

Jak ja mogłam znieść świadomość, że to z mojej winy Tristan znalazł się w takim położeniu i że nie zrobiłam nic, by mu pomóc?

– Ma szczęście, że pozwalam mu żyć – odparł spokojnie król. – Tristan jest winien zdrady stanu. Spiskował przeciwko własnemu ojcu i królowi. Podżegał do buntu, którego skutkiem było wielu zabitych. Zaczął pojedynek, który prawie kosztował mnie życie.

– Nie dałeś mu wyboru. – W moim głosie brzmiała gorycz.

Król powoli pokręcił głową.

– On zawsze miał wybór. Wybrał ciebie. Teraz musi ponieść konsekwencje.

Tristan powoli podniósł się na kolana, a ja z ulgą zauważyłam błysk w jego oczach. Nie złamali go. A w każdym razie jeszcze nie.

– Cécile, nie słuchaj go. – Jego głos był schrypnięty od długiego milczenia. Albo od krzyku. – Musisz iść.

– Nie zostawię cię tak.

Tristan skrzywił się.

– Christophe, zabierz ją stąd. Daleko. Obiecałeś, że zapewnisz jej bezpieczeństwo, a tu nie jest bezpieczna.

– On ma rację.

Chris chwycił mnie za ramiona i odciągnął od bariery. Szarpałam się z nim, wbijałam obcasy w kamień i piasek, ale mój przyjaciel był silniejszy.

– Puść mnie! – krzyknęłam.

Na twarzy Tristana malowało się skupienie, będące odzwierciedleniem zdecydowania, które wyczuwałam dzięki naszej więzi.

– Dałeś mi swoje słowo, Christophe. Spodziewam się, że go dotrzymasz.

– Przeklęty troll – mruknął Chris.

Ignorując moje pięści, przerzucił mnie przez ramię i ruszył plażą.

– Postaw mnie – zażądałam. Raz porzuciłam Tristana i nie zamierzałam tego powtórzyć. Zaciskając zęby, wezwałam moc ziemi, wciągając ją w głąb siebie. – Przestań.

Płomień pochodni rozjaśnił się i wygiął w kierunku przeciwnym do wiejącego wiatru, a rzeka popłynęła w drugą stronę, kiedy fale podniosły się i otoczyły buty Chrisa. Księżyc w pełni dawał mi dość mocy, by dorównać Tristanowi, co zamierzałam wykorzystać.

Chris znieruchomiał.

– Nie będziesz się wtrącać – powiedziałam.

– Christophe! – krzyknął Tristan. – Zabierz stąd Cécile.

Chris jęknął i złapał się za głowę, wypuszczając mnie. Wylądowałam z chlupotem w wodzie.

– Zniszczycie mu umysł – oświadczył król, a kiedy się podniosłam, zorientowałam się, że przygląda się z wielkim zainteresowaniem.

Chris padł na kolana w wodzie i zacisnął dłonie na kamieniach.

– Proszę – jęknął. – To boli.

Uwolniłam go, nie chcąc zadawać bólu przyjacielowi, by komukolwiek coś udowodnić.

– Tristanie, cokolwiek mu robisz, przestań. Nie masz prawa podejmować za mnie decyzji.

Spiorunował mnie wzrokiem i krótko skinął głową.

– W takim razie zostań.

Znów skupiłam się na królu.

– Czego chcesz?

– Mówiłem ci. Chcę twojego słowa, że zrobisz wszystko, co w twojej mocy, by odnaleźć Anushkę i dostarczyć ją mnie. A ja w zamian pozwolę, byś znów połączyła się z Tristanem.

– Cécile, nie. – Tristan oparł zakrwawioną dłoń o barierę. – Wiesz, co się stanie, kiedy zdejmiesz klątwę. Oswobodzisz nie tylko nas, inni też będą mogli chodzić wolno po tym świecie.

– Ona wie to, co jej powiedziałeś. – Król spojrzał z góry na syna, jakby nie był do końca pewien, ile wyjawił mi Tristan. – Czemu miałaby być lojalna wobec regenta Trianon? Co on dla niej zrobił? Czy utrzymanie go u władzy – znów odwrócił się w moją stronę – jest takie ważne?

Czułam, że przepełnia mnie zdecydowanie.

– On twierdzi, że może pokojowo odzyskać władzę nad Wyspą. – Spojrzałam na króla. – Twierdzi, że ma plan.

Poczułam wstrząs, jaki przeszedł Tristana po moich słowach. Przekręcił głowę, by spojrzeć na ojca, który przytaknął.

– To prawda. Jeśli mój plan się powiedzie, władza w Trianon zostanie przekazana bez żadnych aktów przemocy wobec mieszkańców Wyspy.

Po dłuższej chwili Tristan opuścił głowę.

– To sztuczka. Nie ufaj mu.

– Ale Tristanie…! – Rozpaczliwie pragnęłam, by słowa króla niosły prawdę, i równie rozpaczliwie pragnęłam, by istniało łatwe wyjście z tej beznadziejnej sytuacji.

– Proszę – błagał Tristan. – Niczego mu nie obiecuj. Jeśli to zrobisz, będzie panem twojej woli. Odejdź stąd i nigdy nie wracaj.

Zadrżałam i szybko rozważyłam możliwości. Tristan nie mógł przewidzieć przyszłości, nie mógł być pewien, że historia się powtórzy. Czyż nie istniał cień szansy, że król mówił prawdę?

– Błagam cię, Cécile. – Głos Tristana drżał. – Jeśli mnie kochasz, nie dasz mu tego, czego pragnie.

Poczułam, że do oczu napływają mi łzy.

– Jeśli odmówię – zwróciłam się do króla. – Co wtedy?

Jego twarz stężała.

– Jesteś pewna, że chcesz wiedzieć?

– Tak. – Moje gardło ściskało przerażenie, z trudem wykrztusiłam to słowo.

– Jak sobie życzysz.

Niewidzialna ręka magii uderzyła Tristanem o barierę, a na jego twarzy pojawił się grymas bólu. Widziałam, że walczy, jego mięśnie napinają się, gdy próbował się uwolnić. Spod kolców wbijających się w jego ramiona popłynęła świeża krew.

– Nie! – krzyknęłam. – Nie, nie, nie. Przestań, proszę, nie rób mu krzywdy!

Rzuciłam się na oddzielającą ich ode mnie ścianę i uderzyłam o magię twardą jak skała. Król stworzył własną barierę, by mnie powstrzymać. Jęknęłam, kiedy jeden ze strażników wyjął bicz nabijany żelaznymi kolcami.

– Spytam cię raz jeszcze, Cécile, czy warto?

Król skinął na strażnika, a wtedy bicz uderzył w ramiona Tristana, rozrywając jego skórę. Tristan wykrzywił się, ale spojrzał mi w oczy.

– Nie rób tego. Nieważne, co on uczyni, na nic się nie zgadzaj.

Bicz znów uderzył. Polała się krew, a Tristan zacisnął zęby. On go nie zabije, podpowiadała mi logika, ale nie dawała pocieszenia w obliczu cierpienia Tristana.

Król skinął, a bicz uderzył ponownie. I raz jeszcze. Tristan z początku znosił to w milczeniu, ale ja czułam jego reakcję na każdy palący cios. I poczułam chwilę, kiedy się złamał, tuż przed tym, jak z jego warg wyrwał się pierwszy krzyk. Bicz wciąż opadał.

Tego było za wiele.

– Przestań! Obiecuję, że ją odnajdę.

Moje słowa były niewyraźne i pospieszne, ale król je usłyszał. Bicz zatrzymał się gwałtownie, a Tristan osunął się na ziemię. Po jego plecach spływały strugi krwi, zadane żelazem rany nie chciały się goić.

– Niezależnie od wszystkiego? – spytał król. – I sprowadzisz ją tutaj? Chętnie bym usłyszał, jak kracze czarownica, kiedy wyrywa się jej wnętrzności, ale zaakceptuję dowolną formę jej śmierci.

Tępo pokiwałam głową.

– Przysięgam, że zrobię wszystko, by ją odnaleźć i sprowadzić tutaj.

– Grzeczna dziewczynka.

Rzucił grymuar Anushki przez barierę. Księga uderzyła głośno o mokre skały. Nawet na nią nie spojrzałam. Padłam na kolana.

– Tristanie?

Uchylił powieki i spojrzał na mnie.

– Przepraszam – szepnęłam. – Nie mogłam tego znieść.

Odwrócił twarz ode mnie. Nie był wdzięczny, lecz zły, że go zawiodłam.

– Zabierzcie go do pałacu i oczyśćcie. – Król przyglądał się beznamiętnie strażnikom, którzy podnieśli Tristana i ruszyli Rzeczną Drogą. Po chwili odwrócił się do mnie. – Lepiej ruszaj do roboty, mała czarownico. Masz obietnicę do spełnienia.

Rozdział 4Tristan

Trudno zachować godność, kiedy jest się pokrytym wielotygodniową warstwą brudu i ciągniętym w łańcuchach przez miasto, którym miało się władać. Sądzę jednak, że udało mi się to całkiem nieźle między celą a Rzeczną Drogą. Podróż powrotna to zupełnie inna kwestia. W moich wrzaskach nie było żadnej godności, a choć ślady pozostawione przez łzy cierpienia mogły wzbudzić u niektórych litość, z pewnością nie zaskarbiły mi szacunku. Nie zasłużyłem na niego.

Byłem upadłym księciem. Podwójnym zdrajcą, gdyż jednym posunięciem zdradziłem jednocześnie swojego ojca i swoją sprawę, stając się tym samym wyrzutkiem na resztę swojego życia. A wszystko dla ludzkiej dziewczyny, którą kochałem ponad wszystko i, jak się wydawało, po nic.

Aż zdrętwiała mi szczęka, kiedy zacisnąłem zęby, by zagłuszyć ból, ale jeszcze bardziej na wspomnienie wyrazu jej twarzy. Przerażenie i litość w jej lśniących niebieskich oczach, wszystko jednak bladło w porównaniu z wagą obietnicy, którą złożyła z mojego powodu. Ciężar wyboru, który to ja powinienem dźwigać, ale ponieważ byłem za słaby, by wytrzymać maltretowanie przez ojca, spadł na jej barki. Nie byłem mężczyzną nawet na tyle, by spojrzeć w jej oczy i stawić czoła własnej porażce – odwróciłem głowę, czując, że zawiodłem nie tylko ją, zawiodłem we wszystkim, co kiedykolwiek próbowałem osiągnąć.

Strażnicy upuścili mnie, a ja zazgrzytałem zębami, żeby nie krzyknąć. Skupiłem wzrok na znajomym dywanie pod kolanami.

– Odejdźcie – powiedział głos, który rozpoznałbym w każdych okolicznościach.

Strażnicy zaczęli coś mamrotać, ale ich buty wycofały się poza zasięg mojego wzroku, a po chwili usłyszałem trzask drzwi. Z ogromnym wysiłkiem podniosłem głowę tak wysoko, by zobaczyć trolla, który stał przede mną.

– Witaj, kuzynie – powiedziałem chrapliwie.

– Wyglądasz koszmarnie. – Na zniekształconej twarzy Marca malował się ponury grymas. – Możesz wstać?

– Tu mi dobrze. – Dywan podrapał mi policzek, kiedy opuściłem głowę. – Dlaczego tu jestem? – spytałem po chwili.

– Nie mam pojęcia… liczyłem, że może tobie uda się rzucić trochę światła na przyczynę, dla której twój ojciec rozkazał cię przenieść.

Marc ruszył ku mnie, a ja podniosłem jedno oko na brzęk metalowych kluczy. Nawet nie drgnąłem, kiedy rozpinał cztery z sześciu kajdan przebijających moje ramiona.

– Przygotuj się. – Szarpnięciem otworzył jedną z obręczy.

Usłyszałem wilgotne mlaśnięcie i zemdlałem.

Kiedy po jakimś czasie wróciła mi świadomość, kajdany leżały na podłodze, pokryte zaschniętą krwią i pordzewiałe. Jedna para wciąż zaciskała się na moich ramionach, rany mnie piekły – przeklęte żelazo wciąż wywoływało swędzenie i drażniło, ale ulga związana z usunięciem pozostałych była ogromna. Kiedy je nosiłem, miałem wrażenie, że obręcze obejmują moją pierś, pozwalając mi zaczerpnąć odrobinę powietrza, ale nigdy dosyć, by zaspokoić moje potrzeby. Chciwie zaczerpnąłem magii i wykorzystałem ją, by podnieść się na kolana.

– Lepiej? Rozkazał, żebym tę parę zostawił na miejscu.

– O wiele – przytaknąłem.

– Kazałem przygotować dla ciebie kąpiel. – Wskazał na balię pełną parującej wody. – Nie spodziewałem się takich obrażeń.

– Tym lepiej. – Podniosłem się powoli. – Obawiam się, że nie jestem w nastroju do rozmowy. Kiedy będziesz wychodził, przyślij moich służących.

– Obawiam się, że nie masz służących.

Odwróciłem się w jego stronę.

– Co takiego?

– Nikt nie chce ci służyć.

– Nikt? – Poczucie straty było zadziwiająco bolesne. – Czyli mam tylko ciebie. – Potwierdził.

– I bliźnięta, rzecz jasna. Ale jego wysokość za karę wysłał ich do kopalni. Jak przypuszczam, sądził, że niskie sklepienia wywołają u nich nieznośny ból kręgosłupa. Być może i tak jest, ale chyba nie wziął pod uwagę tego, że może im się tam spodobać atmosfera rywalizacji. Radzą sobie nieźle.

Zacisnąłem dłonie na brzegu wanny.

– Znajdzie inny sposób, by ich skrzywdzić. Powinniście wszyscy mnie porzucić… Dochowując mi przyjaźni, tylko coraz głębiej pakujecie się w kłopoty. – Walczyłem ze zniszczonym ubraniem, przeklinając bezwładne palce. – Możesz odejść.

– Tristanie, wiedzieliśmy, co robimy, kiedy pomagaliśmy ci uwolnić Cécile.

– Nie wypowiadaj jej imienia – warknąłem, wpatrując się w wodę. Mógłbym przysiąc, że widziałem w niej odbicie jej oczu. – Odejdź.

– Nie zostawię cię w tym stanie. Jesteś ranny, pozwól przynajmniej, że ci pomogę.

Jesteś bezradny. Wypełniła mnie wściekłość, odwróciłem się do niego.

– Nie potrzebuję twojej pomocy! – krzyknąłem.

Komnata zatrzęsła się, kiedy uderzyłem magią. Marc uniósł tarczę, ale cios i tak go odepchnął. Gdyby, nie to, że dysponowałem zaledwie ułamkiem swojej mocy, pewnie zabiłbym go tym ciosem.

– Odejdź, proszę.

Spoglądał na mnie z ukosa.

– Z własnej woli nie odejdę. Jeśli tak bardzo chcesz, żebym zniknął, musisz wydać mi odpowiedni rozkaz. Znasz moje imię.

Oparłem się o balię, ucisk sprawił, że rozbolały mnie nadgarstki.

– Nigdy więcej – mruknąłem.

– W takim razie będziesz musiał znosić moją obecność.

Nie odpowiedziałem, skupiłem się na zdejmowaniu brudnego ubrania. Odetchnąwszy głęboko, wszedłem do wanny i zanurzyłem się w gorącej wodzie. Miałem wrażenie, jakby rozgrzane pogrzebacze wbijały się w moje rany, ale cieszył mnie ten ból. I na chwilę przestałem czuć ją w swoim umyśle. Ignorując obecność krewniaka, szorowałem zaschniętą krew, aż woda nabrała rdzawego odcienia, a wtedy oparłem ramiona na krawędziach i odetchnąłem głęboko.

– Opowiesz mi, co się wydarzyło?

Ignorując pytanie, patrzyłem, jak świeża krew sączy się z ran w ramionach i spływa do wanny.

– Tristanie! – warknął Marc, a ja spojrzałem na niego zaskoczony. Nie miał w zwyczaju podnosić głosu.

– Tak?

– Ojciec przez całe miesiące trzymał cię w więzieniu, a dziś nagle, bez żadnego widocznego powodu pozwolił ci wrócić do domu. Po tajemniczym spotkaniu u wylotu Rzecznej Drogi. Z kim się spotkaliście? Co skłoniło go, by ci to zrobił?

Otworzyłem usta, by odpowiedzieć, jednak słowa utknęły mi w gardle.

– To była Cécile, prawda?

Przytaknąłem bez słowa.

– Czy ona czuje się dobrze?

W jego głosie słychać było szczerą troskę.

– Tak. Jak na razie. – W gardle miałem posmak żółci. Przełknąłem. – Wykorzystał mnie, by zmusić ją do dania słowa, że odnajdzie dla niego Anushkę.

– Złożyła obietnicę? Czy były jakieś luki?

– Tak, ale ona nie ma doświadczenia w wykręcaniu się z umów, a ja nie mam możliwości się z nią skontaktować. – Zacisnąłem mocno powieki, próbując odpędzić od siebie wspomnienie wyrazu jej twarzy, gdy błagała, bym został oszczędzony. – Co oznacza, że albo jej się uda, albo porażka doprowadzi ją do szaleństwa.

– A jeśli jej się uda? Masz jakiś plan?

– Żadnego.

Wstałem, owinąłem się w pasie ręcznikiem i wyjąłem z szafy parę spodni. Z trudem je włożyłem. Z koszuli zrezygnowałem, myśl o tkaninie ocierającej się o otwarte rany na moich plecach była nie do zniesienia. Marc przez cały czas milczał, ale sposób, w jaki ukrywał twarz w cieniu, wyraźnie świadczył o jego niepokoju.

– Nie będzie żadnych planów, żadnych spisków. Zbyt długo się przeceniałem i popatrz tylko, jakie są tego rezultaty. Pozostało mi jedynie czekać na nadejście końca.

– Nie wierzę, że mówisz to poważnie. Kuzyn, którego znam, nigdy by się nie poddał.

– Trzy miesiące w jamie zmienia punkt widzenia. – Usiadłem ostrożnie na szezlongu. – Miałem dużo czasu do namysłu i rozważania swoich porażek. Zaakceptowania, że nigdy nie byłem niczym więcej, jak tylko marionetką w rękach ojca.

– Poddajesz się, ponieważ odkrył jeden z naszych planów? – W głosie Marca brzmiało niedowierzanie. – Z powodu jednej przegranej bitwy chcesz widzieć siebie jako marionetkę?

– Nie chodzi o to, że przegraliśmy bitwę. – Zamknąłem oczy. – Ale o to, jak ją przegraliśmy. – Przełknąłem ślinę. – Gdybym został zdradzony albo przechytrzony… mógłbym to zaakceptować. Ale…

Marc milczał, kiedy próbowałem znaleźć słowa, by wyrazić swoją udrękę.

– Wiedział, że ją kocham – powiedziałem w końcu. – I wykorzystał moją miłość jako broń przeciwko mnie. Jako broń przeciwko mojej sprawie. Wziął jedyne, co miałem dobrego, i splugawił to. – Opuściłem ramiona. – Kocham ją i zrobiłbym wszystko, by ją ocalić, i z tego właśnie powodu czuję odrazę do samego siebie, bo wszystko, co mogę uczynić dla swojej miłości, wydaje się złe. A teraz on zamierza zrobić to samo jej. Zmusić ją do wyboru między moim życiem a życiem niezliczonych innych.

Zacisnąłem zęby.

– Ona już dokonała wyboru. – W jego głosie brzmiała nuta goryczy. – Porzucisz ją, by walczyła sama?

– Nie mogę nic zrobić, by jej pomóc. – Wpatrzyłem się w podłogę, ale widziałem jedynie jej twarz. – Była skazana na zagładę od chwili, gdy postawiła stopę w Trollus, może od dnia narodzin. Sądziłem, że uda mi się ją ochronić, ale się myliłem. – Moje palce zadrżały i na podłogę spadło kilka kropel krwi. – Ona zadecyduje o losie nas wszystkich… Ten ciężar spoczywa na jej barkach. Ja nic nie poradzę.

– Ale z ciebie fatalista – warknął Marc. – Jeśli zdobędziesz się na wysiłek i się podniesiesz, coś ci pokażę.

Podniosłem się niechętnie i wyszedłem za nim na balkon.

W mieście w większości panowała ciemność, bo był środek nocy, jednak wśród mroku paliły się światła. Zmarszczyłem czoło.

– Co oni robią?

– Budują twoją konstrukcję… Zaczęli wkrótce po twoim uwięzieniu.

Zamrugałem.

– Dlaczego? Na czyj rozkaz?

– Twojego ojca. – Marc oparł się o balustradę. – Wkrótce po twoim uwięzieniu ogłosił mieszańcom, że ufunduje budowę według twojego projektu, jeśli oni zapewnią siłę roboczą.

– Dlaczego miałby to zrobić? – mruknąłem, opierając łokcie na balustradzie.

Marc wzruszył ramionami.

– To znacznie zwiększyło jego popularność. Niemal skandują jego imię na ulicach.

– Nigdy wcześniej nie potrzebował ani nie chciał wsparcia zwykłych mieszańców. – Przenosiłem wzrok z jednego placu budowy na drugi. Coś było nie tak. – Z pewnością jego działania kosztowały go utratę popularności wśród arystokracji.

– W rzeczy samej. – Marc przestąpił z nogi na nogę, co świadczyło o jego niepokoju. – Niemal nie opuszcza pałacu. Kiedy to robi, zawsze towarzyszy mu oddział strażników. Twoja matka też jest przez cały czas strzeżona. Wyraźnie boi się ataku skrytobójców.

– On się nie boi niczego – prychnąłem kpiąco. – Chroni go też fakt, że przejął kontrolę nad drzewem… Nikt by się nie odważył.

– On nie przejął kontroli nad drzewem. Przekazał to zadanie gildii budowniczych. Dają z siebie wszystko, by utrzymać jego stabilność.

Odetchnąłem głęboko.

– Na przeklęte skały! Co on sobie myśli?

Od czasu stworzenia trwałej konstrukcji drzewa strzegł go władca. Częściowo dlatego, że do jego utrzymania niezbędna była ogromna moc, ale też dlatego, że w ten sposób król zapewniał sobie ochronę. Magia nie znikała w chwili, kiedy troll umierał, ale szybko się rozpraszała, co znaczyło, że śmierć króla była niebezpieczną sytuacją dla Trollus. Szczególnie, kiedy ta śmierć była niespodziewana. Rezygnacja z kontroli nad drzewem rzeczywiście wystawiała ojca na ciosy.

– Jak stwierdził, powierzanie życia wszystkich w Trollus jednemu trollowi okazało się zbyt ryzykowne.

Skuliłem się w duchu, przypominając sobie, że kiedy mnie uwięził, zagroziłem zrzuceniem drzewa na głowy nas wszystkich, gdyby coś przytrafiło się Cécile.

– I w tym punkcie się nie myli – powiedziałem cicho. – Ale to ryzyko zawsze istniało… Dlaczego miałby wprowadzić zmiany właśnie teraz?

– Jego działania z pewnością są przemyślane.

– Jak zawsze. – Zacząłem rozważać możliwe motywacje. Nie mogłem się jednak skupić, bo coś było nie tak w konstrukcji, której budowę właśnie oglądaliśmy. – Nie kierują się moimi planami – powiedziałem nagle.

– Wydawało mi się, że wyglądają inaczej. – Głos Marca brzmiał spokojnie. – Ale nie jestem inżynierem.

Ale ja nim byłem – a choć dopiero kładziono fundamenty, widziałem, że konstrukcja, która miała powstać, nie utrzymałaby ciężaru Samotnej Góry.

– Sądziłem, że mieszańcy mieli twoje plany? Dlaczego mieliby od nich odejść?

Potrząsnąłem głową.

– Obiecałem im plany, kiedy poznam ich imiona… ale nie miałem czasu zebrać wszystkich, co pozwoliło mi nie spełnić swojej obietnicy.

– Nic dziwnego, że przeklinają twoje imię. Powinieneś je przekazać na znak swojej dobrej woli.

– Nie ufałem im.

Pamiętałem tę chwilę tak wyraźnie, jak gdyby wszystko wydarzyło się wczoraj.

Zebrałem tyle imion, ile tylko zdążyłem, zanim przerażenie Cécile ściągnęło mnie do pałacu. W chwili kiedy dotarłem do bram, spotkałem Anaïs, która powiedziała mi, że mój ojciec został sam na sam z Cécile. Dałem jej plany i poprosiłem, żeby je ukryła, a później udałem się do środka i zacząłem walkę z ojcem. Anaïs miała zaledwie kilka chwil na schowanie planów, zanim wpadła przez szybę. Co oznaczało, że znajdowały się gdzieś w pobliżu.

Wróciwszy do komnaty, podszedłem do szklanych drzwi, które wybiła Anaïs, by się dostać do środka. Poniżej znajdował się mój prywatny dziedziniec i mur, przez który musiała przejść, by znaleźć się wewnątrz. Otworzywszy drzwi, pospieszyłem w dół schodów, ledwie zauważając Marca, który podążał za mną.

Fortepian Cécile wciąż stał na samym środku, jednak pokrywała go warstwa kurzu. Obszedłem go powoli i zatrzymałem się przy siedzisku. Leżał na nim stos nut, równie zakurzony co sam fortepian. Otarłszy dłonie o spodnie, by oczyścić je z krwi płynącej z ran, zacząłem przeglądać kartki. Szybko odnalazłem to, czego szukałem.

Uniosłem papiery.

– Ukryte na widoku.

– Co w takim razie budują mieszańcy? – spytał Marc z ponurą miną.

– Byłeś przy tym, jak ojciec kazał im zacząć budowę?

Marc przytaknął, a jego spojrzenie stało się odległe, gdy sobie przypominał.

– Jego przemówienie było długie, ale zakończył je, unosząc w powietrze zwój pergaminu i krzycząc: „Oto plany kamiennego drzewa”.

Powoli pokręciłem głową, podziwiając jego geniusz.

– Dał im schemat drzewa w obecnej postaci. Budują coś, co musi zawieść, a on o tym wie. Powierzając gildii budowniczych zadanie podtrzymywania magicznej wersji, zyskał pewność, że nikt z nich nie będzie miał czasu przeprowadzić obliczeń koniecznych do odkrycia, że choć obecna magiczna konstrukcja działa, to jej kamienny odpowiednik runie.

Marc zamrugał.

– Nie myślisz chyba, że dwa lata zajęło mi stworzenie planów wyglądających dokładnie tak samo jak coś, co oglądałem każdego dnia? – Pokręciłem głową. – Zapewniam cię, te plany… – potrząsnąłem pergaminem – są zdecydowanie odmienne i nie bez powodu. Pytanie brzmi, dlaczego ojciec mnie wypuścił, wiedząc, że przejrzę oszustwo.

Marc nieznacznie pokręcił głową.

Odwróciłem się i uderzyłem klawisz fortepianu, a dźwięk odbił się echem wokół nas.

– On chce, żebym coś zrobił. – Uderzyłem w kolejny klawisz. – Co jego zdaniem miałbym uczynić?

– Wydawało mi się, że nie zamierzasz robić nic, jedynie czekać na śmierć.

Posłałem mu paskudne spojrzenie.

– Nie powiedziałem, że cokolwiek zamierzam zrobić.

– Oczywiście, że nie. – Marc zachował obojętną minę. – To tylko spekulacje.

– W rzeczy samej. Coś dla zabicia czasu oczekiwania.

– Na śmierć.

– Albo i nie. – Podrapałem skórę wokół jednej z ran na ramieniu. W końcu się zasklepiła, ale gojenie koszmarnie swędziało. – Czego on może ode mnie oczekiwać? – mruknąłem pod nosem.

– Może miał nadzieję, że doprowadzisz go do miejsca, w którym ukryłeś swoje plany. Może właśnie daliśmy mu to, czego pragnął.

Obaj się rozejrzeliśmy, ale byliśmy sami, a magia Marca sprawiała, że nasza rozmowa była całkowicie prywatna.

– Może… – zgodziłem się, ale nie byłem o tym przekonany. Nie było żadnych dowodów, że w ogóle ich szukał. – Jeśli liczył na pozyskanie planów, to miał sporo szczęścia, bo nie wiedziałem, gdzie się znajdowały.

Marc zmarszczył czoło.

– W takim razie kto je tu ukrył?

– Anaïs. Schowała je tuż przed tym, jak ruszyła mi na pomoc w walce z ojcem. – Przełknąłem ślinę, przypominając sobie widok przyjaciółki nabitej na włócznię na sluagi. – Oddała dla mnie wszystko. – Zamknąłem oczy. – Umarła dla mnie.

Podniosłem powieki, słysząc, jak Marc gwałtownie wciąga powietrze. Stał przede mną, a na jego twarzy malował się niepokój.

– Tristanie. Anaïs nie umarła.

– To niemożliwe.

W chwili kiedy wypowiedziałem te słowa, poczułem jednak nagły przypływ nadziei. Anaïs żyła?

– Nie tylko nie umarła – mówił dalej Marc – twierdzi też, że twój ojciec ocalił jej życie.

Rozdział 5Cécile

Poderwałam się gwałtownie, serce waliło mi w piersiach, a na skórze perlił się pot. Cienie kłębiły się i górowały nade mną w ciemnościach komnaty, a mój wzrok przeskakiwał między nimi, szukając źródła mojego strachu. W życiu tylko raz czułam coś podobnego, kiedy przewróciłam się i straciłam światło w labiryncie. To było gorsze. W tych krętych tunelach doskonale wiedziałam, czego się bałam, teraz jednak niebezpieczeństwo było podstępne i nieznane. Moje zmysły próbowały dopasować przerażenie do zagrożenia, wzrok krążył wokół komnaty, a kręgosłup sztywniał z każdym podmuchem wiatru i skrzypnięciem desek podłogi.

Cienkie zasłony otaczające łóżko wydęły się do środka i musnęły moją twarz. Zadrżałam i odepchnęłam je jedną ręką, a drugą podciągnęłam koc, by ochronić się przed chłodem płynącym z otwartego okna.

Koszmar senny.

Oddychając głęboko, wydostałam się z łóżka, ciągnąc za sobą koc. Zatrzasnęłam okno i zamknęłam je na zasuwę. Drżącymi palcami podkręciłam knot lampki, ale choć światło odpędziło cienie, panika płonąca w moich żyłach jeszcze się pogłębiła. Ponieważ to nie był koszmar. Wszystko, co się wydarzyło, było prawdziwe, a z każdym mrugnięciem widziałam bicz przecinający powietrze, krew uderzającą w barierę klątwy, wyraz oczu Tristana, kiedy odwracał się ode mnie. Zaś w mojej głowie bezustannie dudnił jego krzyk.

– Tristan.

Jego imię zabrzmiało jak westchnienie. Padłam na kolana. Moje palce wygięły się jak szpony, paznokcie szarpały pościel, a w moim gardle rodził się krzyk. Zakryłam dłońmi uszy i przycisnęłam twarz do kolan, próbując zagłuszyć ten dźwięk, co jednak mi się nie udało, gdyż pochodził z wnętrza mojej głowy. Głos rozsądku wykrzykiwał ostrzeżenie za ostrzeżeniem, a ja zacisnęłam zęby i wstrzymałam oddech, aż poczułam palenie w piersiach. Co się stało, to się nie odstanie, a panika w niczym nie polepszy sytuacji żadnego z nas.