Mroczne Wybrzeża - Danielle L Jensen - ebook
Opis

Piraci, szantaż i bogowie wtrącający się w sprawy ludzi – to wszystko można znaleźć w trzymającym w napięciu pierwszym tomie nowej serii fantasy autorstwa Danielle L. Jensen.

W świecie podzielonym przez zdradzieckie oceany i bogów wtrącających się w sprawy ludzi jedynie Maarinowie umieją przemierzać Bezkresne Morza. Kierują się tylko jednym przykazaniem: „Wschód nie może spotkać się z Zachodem”.

NIEUGIĘTA PIRATKA

Teriana jest drugim oficerem na Quincense, statku oddanym bogini mórz, i spadkobierczynią jednej z Triumwiratu Maarinów. Jej lud zrodził się z morza i zna jego tajemnice, ale kiedy najlepsza przyjaciółka Teriany zostaje zmuszona do niechcianego małżeństwa, dziewczyna łamie przykazanie swojego ludu, by jej przyjaciółka mogła uciec – a wybór ten ma śmiertelnie niebezpieczne konsekwencje.

ŻOŁNIERZ Z TAJEMNICĄ

Marek jest dowódcą niesławnego Trzydziestego Siódmego legionu, który pomógł Imperium Celendoru podbić cały Wschód. Legion jest jego jedyną rodziną, a nawet jego towarzysze nie znają tajemnicy, którą ukrywa od dzieciństwa. Marek zrobi wszystko, by nie wyszła ona na jaw bez względu na koszty, ktokolwiek musiałby je ponieść – on czy reszta świata.

NIEBEZPIECZNA MISJA

Kiedy jeden z senatorów Imperium dowiaduje się o istnieniu Mrocznych Wybrzeży, bierze do niewoli załogę Quincensei grozi wyjawieniem tajemnicy Marka, o ile nie ruszą na podbój nowych terytoriów, zmuszając dowódcę legionistów i Terianę do zawarcia niespodziewanego – i niechętnego – sojuszu. Łączą wysiłki dla dobra swoich rodzin, ale oboje muszą zdecydować, jak daleko są skłonni się posunąć i jak wiele są gotowi poświęcić.

 

Ta bogato tkana opowieść, sugestywna i niemożliwa do odłożenia – zachwyciła mnie od pierwszych linijek! Mroczne Wybrzeża mają w sobie wszystko, czego szukam w fantasy: wyjątkowe miejsce akcji, skomplikowanych i ciekawych bohaterów, a także odważnie tworzony świat. Uwielbiam każde słowo tej książki.

Sarah J. Maas, autorka Dworu cierni i róż

 

Powieść Danielle L. Jensen zachwyca od samego początku wybitną kreacją świata i wielowymiarowymi postaciami, a elementy mityczne są znakomicie wkomponowane w tę historię. Kolejne rozdziały pisane z punktu widzenia Teriany i Marka pozwalają czytelnikom lepiej zrozumieć każde z nich… To trzymające w napięciu wprowadzenie do nowej serii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 418

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Danielle L. Jensen

Mroczne Wybrzeża

Przełożyła Anna Studniarek

WYDAWNICTWO Galeria Książki • Kraków 2019

Tytuł oryginału: Dark Shores

Copyright © 2019 by Danielle L. Jensen

All rights reserved

Jacket art by Billelis

Jacket design by Peter Lutjen

Copyright © for the Polish translation by Anna Studniarek, 2019

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2019

Opracowanie graficzne okładki na podstawie oryginału d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Redakcja językowa, korekta i skład / d2d.pl

Opracowanie wersji elektronicznej 

WydanieI

ISBN EPUB 978-83-66173-20-0

ISBN MOBI 978-83-66173-21-7

Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

[email protected]

Tato, ta jest dla Ciebie

Rozdział 1Teriana

Quincense wzniósł się na grzbiecie fali, jakby marzył o zerwaniu się do lotu. Jego niebieskie żagle wypełniał południowy wiatr popychający ich wzdłuż wybrzeża z niecierpliwością dorównującą tej, którą czuła Teriana. Minęło wiele miesięcy, od kiedy ostatnio odwiedzili Celendrial – a ona sama widziała się z Lidią. Aż mrowiły ją stopy z ekscytacji na myśl o ponownym spotkaniu z przyjaciółką, najbliższą, a jednocześnie najbardziej niezwykłą.

Statek nie spełnił swojego marzenia o wzniesieniu się w powietrze, uderzył o powierzchnię turkusowego morza, a Terianę zalała słona piana. Dziewczyna musiała na ślepo dokończyć zaciąganie węzła, zanim przetarła twarz wilgotnym rękawem. Podniosła się i instynktownie przeniosła ciężar ciała, by zachować równowagę, gdy Quincense wzniósł się na kolejnej fali. Przez cały czas wpatrywała się w horyzont, aż statek opłynął skalisty półwysep i w polu widzenia pojawił się Celendrial, klejnot w koronie Imperium Celendoru.

– Witaj, piękny Celendrialu! – krzyknęła w stronę błyszczącej bielą zabudowy rozciągającej się za olbrzymim portem, między wzgórzem pełnym willi a potężną rzeźbą legionisty trzymającego znak z połyskującym złotym smokiem.

Tuzin ogromnych kamiennych kei wyciągał się jak palce, a z niezliczonych statków z każdej prowincji Imperium rozładowywano towary na sprzedaż. Środkiem płynęła rzeka Sawio, wylewająca swoją ohydną zawartość do portu, przez co lazurowe wody stawały się zielonkawobrązowe i mętne.

Teriana uśmiechnęła się szeroko, pozdrowiła miasto jednym palcem i przecisnęła się z powrotem między przemoczoną załogą do matki, która stała za sterem. Mimo całego niecierpliwego wyczekiwania, gdyby nie udało jej się wynegocjować u kapitan trochę wolnego, czekałoby ją jedynie wielogodzinne targowanie się z handlarzami w porcie.

Kapitan Tesya stała z jedną ręką opartą o reling, w drugiej trzymała fajkę, która zdążyła już zgasnąć. Hebanowa skóra kobiety błyszczała na słońcu. Włosy upięła ciasno pod niebieską jedwabną chustą, ale kilka czarnych loków wyślizgnęło się i otaczało starszą, bardziej zaciętą wersję twarzy Teriany. Obie miały pełne wargi, łukowate brwi i okrągłe policzki. Skórę na szyi matki przebijały trzy małe niebieskie szafiry, co oznaczało, że jest triumwirem Konsorcjum Handlowego Maarinów. U jej boku stała Yedda, ciotka Teriany, i ze skupieniem przyglądała się wybrzeżu przez lunetkę. Teriana dosłyszała jej ostatnie słowa.

–  …westchnienie ulgi Chersome oznacza, że inny naród wstrzymuje oddech.

– W tej połowie świata Reath nie pozostał żaden naród, który mógłby wstrzymywać oddech – mruknęła matka Teriany. – Mimo wszystko ich obecność tutaj nie przyniesie nic dobrego. Nie w sytuacji, kiedy zbliżają się wybory. Może nadszedł czas, żebyśmy się stąd zabrali. Czas, by zabrały się stądwszystkie statki Maarinów.

– O czym rozmawiacie?

Teriana wpatrzyła się w wybrzeże za gniewną rzeźbą i samym miastem. Widziała szeregi białych namiotów wznoszące się na piaszczystych plażach, co oznaczało, że jeden z legionów Imperium rozbił obóz. W całym Celendorze i większości jego prowincji rodziny miały obowiązek wysyłać drugich synów na szkolenie w Campus Lescendor. Żołnierze legionów, od dzieciństwa wychowywani do walki, byli śmiertelnie niebezpieczni i pod żadnym pozorem nie należało im wchodzić w drogę. Jednak biorąc pod uwagę ich ciągłą obecność na Wschodzie, nie rozumiała, dlaczego wzbudzają zainteresowanie.

To słowa matki – nie żołnierze – sprawiły, że Teriana poczuła ściskanie w piersi. „Zabranie się” nie oznaczało jedynie udania się na Zachód – oznaczało pozostanie tam. A to znaczyłoby, że już nigdy nie zobaczy Lidii.

– Nie przypominam sobie, żebym zapraszała cię do udziału w rozmowie. – Matka Teriany odwróciła się plecami do wiatru, by znów zapalić fajkę.

Dziewczyna założyła ręce na piersi.

– To, dokąd płyniemy, jest moją sprawą.

Formalnie rzecz biorąc, była to prawda. W dniu siedemnastych urodzin została awansowana na drugiego oficera, a sam statek był jej dziedzictwem. Jeśli jej matka zamierzała popłynąć Quincense z powrotem, to…

– A ja myślę, że sprowadziły cię tutaj własne sprawy, a nie sprawy statku. – Ciotka Yedda wyrwała Terianę z zamyślenia. – Mylę się?

Prawdziwość jej uwagi walczyła z pragnieniem Teriany, by dowiedzieć się więcej o rozmowie dwóch starszych kobiet, ale ostatecznie wygrało to pierwsze.

– Czy mogę zejść na ląd, kiedy przybijemy do portu?

– Jesteś pasażerką? – Tesya zapaliła fajkę i posłała kłąb dymu w twarz córki, co było sporym osiągnięciem przy tak silnym wietrze.

– Nie bierzemy pasażerów – odpowiedziała Teriana, ponieważ żaden ze statków Maarinów ich nie brał, ale natychmiast pożałowała, że dała się złapać w tę pułapkę, bo jej matka unios­ła brwi.

– A to dlatego, że pasażerowie są bezużyteczni. Podobnie jak ty w tej chwili. A teraz do roboty.

Kłótnia nie miałaby sensu. Matce nie podobała się przyjaźń Teriany z Lidią, którą nazywała dzieckiem bezbożnego celendorskiego szczura lądowego. Sprzeciw w tej chwili sprawiłby jedynie, że Tesya znalazłaby powody, by zatrzymać córkę w porcie tak długo, że wyprawa na Wzgórze przestałaby mieć sens.

– Tak jest, pani kapitan – powiedziała więc Teriana i ruszyła na poszukiwanie czegoś do roboty.

– Nie miałaś szczęścia?

Głos Przynęty przyciągnął uwagę Teriany, kiedy wlokła się z pokładu rufowego. Przyjaciel siedział na stercie lin i ostrzył jeden z noży, z którymi nurkował, zwolniony z pracy ze względu na to, że był naznaczony przez bogów. Na pewno pomagało, że miał też szeroki uśmiech, którym mógł oczarować każdego obdarzonego oczami.

Teriana kopnęła liny i spojrzała ponuro na zbliżające się miasto.

– One chcą wrócić na zachód.

Ciemne dłonie Przynęty znieruchomiały, ale po chwili powiedział:

– Dobrze.

Teriana wymierzyła kolejnego kopniaka w jego golenie, jednak nie włożyła w to serca. Za każdym razem, kiedy trafiali do portu kontrolowanego przez Celendor, czyli każdego portu we wschodniej połowie świata, Przynęta musiał pozostawać na pokładzie. Naprawdę nie chcieli, by ktokolwiek zauważył znak bogów na jego ciele albo ciałach innych nurków Maarinów. Celendorczycy byli bezbożni i pragnęli wymazać z powierzchni świata to, co nazywali pogaństwem, a to z kolei znaczyło, że nie zrozumieliby jego odmienności. A jej nie podobała się perspektywa, że przez resztę życia miałaby odwiedzać przyjaciela na wystawie ciekawych okazów.

Twarz Przynęty złagodniała i wepchnął nóż z powrotem do pochwy na łydce.

– Jeśli cię nie puści, wieczorem przemycimy cię na brzeg razem z Magniusem.

Głowę Teriany wypełniło echo potwierdzenia ze strony strażnika Quincense. Stuknęła obcasem buta o pokład, wiedząc, że usłyszy ją ze swojego miejsca pod statkiem.

– Zwinąć żagle! – Głos matki zagłuszył hałas i załoga rzuciła się w wir kontrolowanego chaosu.

Potężne kamienne keje zbliżały się coraz bardziej, a jedna z łodzi magistra handlu już płynęła w ich stronę, podczas gdy nad głowami wioślarzy łopotała szkarłatno-złota bandera.

– Teriano!

Teriana odwróciła się i zobaczyła, jak jej matka klaszcze w dłonie, a jej złote bransolety błyszczą w słońcu. Posłała Tesyi zrezygnowane skinienie głowy. „Do roboty”.

Słońce wisiało nisko na niebie, kiedy w końcu zacumowali, rozładowali towary, zapłacili podatki i przekonali surowego magistra, że nawet jeśli cokolwiek przemycają, nie zamierzają wyładowywać tego w jego cennym porcie.

– Przeklęte bezbożne celendorskie świnie i ich zasady! – Tesya z każdym przekleństwem uderzała pięścią w reling, a później splunęła na idealnie czyste nabrzeże.

Magister odwrócił się i lekko skłonił głowę.

– Interesy z Maarinami zawsze są przyjemnością – powiedział w znośnym mudamorskim, który Celendorczycy nazywali językiem handlu, na co Tesya uśmiechnęła się niechętnie.

– Ten nie jest taki zły – mruknęła i odwróciła się do Teriany. – I co? Zamierzasz tu tak stać i przestępować z nogi na nogę jak dziecko, które zaraz zsika się w majtki, czy idziesz?

– Już mnie nie ma.

Teriana postawiła stopę na trapie, ale wtedy matka szarpnięciem pociągnęła ją z powrotem na pokład i wcisnęła jej w dłoń zakurzoną butelkę.

– Nie przychodzi się do senatora z pustymi rękami, dziewczyno. – Odetchnęła cicho. – Przekaż moje wyrazy szacunku senatorowi Waleriuszowi. I Lidii też. Wróć przed świtem. Szykują się kłopoty, a ja nie zamierzam być ich częścią.

Teriana zbiegła po trapie, żeby matka nie zdążyła przypadkiem zmienić zdania.

Rozdział 2Teriana

Celendorczycy wierzyli, że Celendrial jest sercem świata. Choć popełniali błąd w tym założeniu, mieli wszelkie prawo uważać miasto za serce Imperium, a ponieważ Imperium panowało nad wszystkimi lądami we wschodniej części Reath – również za serce swojejpołowy świata. Rozrośnięty Celendrial był domem dla ponad miliona ludzi pochodzących z odległego północnego Sibernu, żyznych równin Atlii, wysokich gór Sibalinów i wszystkich krain pomiędzy, w tym samego Celendoru.

Stan ulic poprawiał się błyskawicznie, w miarę jak Teriana wspinała się na Wzgórze, z dala od portu i wiecznie smrodliwej rzeki Sawio. Ciasne insule i wąskie uliczki najgorszych dzielnic miasta ustępowały szerokim bulwarom, których środkiem biegły rozbudowane kamienne akwedukty. Wzdłuż ulic stały potężne budynki użyteczności publicznej, składające się z samych kolumn i łuków, a na każdym rogu wznosił się pomnik jakiegoś słynnego legionisty lub polityka – te ostatnie zwykle były dekorowane wulgarnymi i często zabawnymi napisami. Jeszcze dalej Terianę otoczyły domostwa bogatszych obywateli, cofnięte od ulicy i nierzadko ogrodzone. Zdobiły je kolumny, a droga do wejścia prowadziła przez ogród.

Jednak dopiero kiedy ulice się skończyły, zastąpione wąskimi, krętymi ścieżkami i zadbanymi kamiennymi schodkami, Teriana znalazła się twarzą w twarz z prawdziwym bogactwem i potęgą Imperium. Na Wzgórzu wznosiły się okazałe rezydencje senatorów, ledwie widoczne w cieniu starożytnych drzew i starannie utrzymanych ogrodów, wypełnionych wonią kwiatów i drzewek cytrusowych. Wszystko otaczały wysokie mury z bramami z misternie kutego żelaza. Teriana zdążyła się zasapać i spocić, zanim dotarła na szczyt, gdzie najwspanialsze z willi wznosiły się nie nad miastem, lecz nad oceanem. Tam pozwoliła, by bryza osuszyła jej skórę, a potem podeszła do bramy. Nie było dzwonka, a ona odczekała zaledwie pół uderzenia serca, po czym wspięła się na ogrodzenie i przeszła na drugą stronę. Zawartość butelki, którą dostała od matki, zachlupotała, kiedy dziewczyna z łoskotem wylądowała na ziemi. Wzdłuż ścieżki wyłożonej kwadratowymi płytami z marmuru wznosiły się kolumny połączone kunsztownie rzeźbionymi łukami, a jej środek wypełniała długa, wąska sadzawka z liliami wodnymi i złotymi rybkami. Na drugim końcu z rzeźby nagiej kobiety wyciągającej przed siebie szczupłą dłoń, do sadzawki spływała woda. Teriana zatrzymała się na chwilę, żeby opłukać ręce, po czym weszła po marmurowych schodach i stanęła przed ciężkimi drzwiami zdobionymi płytkami przedstawiającymi podboje Celendoru. Nawet nie zapukała – od razu je otworzyła i weszła do środka.

Atrium nie miało dachu, a na niebie było widać pierwsze gwiazdy. Na środku znajdowała się ogromna brązowa cysterna, w której zbierała się woda z rzadkich deszczów. Wokół stały niewielkie ławki, a za nimi nisze z popiersiami poważnych mężów. Po lewej i po prawej kręcone schody prowadziły na pierwsze piętro, ale Teriana wyszła przez drzwi na tyłach atrium. Powietrze było lekko wilgotne, przepojone aromatem kwiatów pochodzącym z mokrego lnianego płótna rozciągniętego na oknach zwróconych w stronę oceanu. W ciągu dnia korytarze domu wypełniały się cichymi odgłosami służby wywiązującej się ze swoich obowiązków, ale słońce już zaszło i jedynym dźwiękiem był drażniący męski śmiech dochodzący z tyłu willi.

Ruszyła korytarzem w tamtym kierunku, aż znalazła się w jasno oświetlonym pomieszczeniu przesyconym wonią jedzenia, trunków i aromatycznych olejków, które w najmniejszym stopniu nie tłumiły smrodu potu.

– Oczywiście, że ufunduję całą imprezę – powiedział jeden z mężczyzn, wyciągnięty na kanapie i odwrócony plecami do Teriany. – To uczciwe, jeśli wziąć pod uwagę, że to ja wyjdę lepiej na naszej transakcji.

– To niezwykła uprzejmość z waszej strony. – Młody mężczyzna spoczywający po drugiej stronie miał togę rozchyloną tak bardzo, że poważne miny jego towarzyszy zasługiwały na najwyższą pochwałę. – Ale tak naprawdę to wy wyświadczacie namogromną przysługę. Już zawsze będziemywaszymi dłużnikami za tę łaskę.

Teriana właśnie zastanawiała się, jak młodzieniec mógł jeszcze oddychać z głową wciśniętą tak głęboko w zadek starszego mężczyzny, kiedy ten służalczy błazen ją zauważył.

– Co to ma być? Co to ma być? – Był tak pijany, że podnosząc się, prawie się przewrócił. Wskazał palcem na Terianę. – Co to ma być?

– I wam również dobry wieczór – powiedziała powoli, po czym skinęła ojcu Lidii, który także się podniósł. – Dobry wieczór, senatorze.

Mężczyzna, wcześniej zwrócony do niej plecami, odwrócił się teraz twarzą do niej, a na jego lekko opalonym obliczu malowały się jednocześnie rozbawienie i… chłód.

– Piękna noc, czyż nie? – zagadnęła go.

– Owszem.

Uśmiechnął się, a Teriana stłumiła pragnienie, by cofnąć się o krok, ponieważ w tym uśmiechu wyczuła coś niewłaściwego. Coś niebezpiecznego.

– Jak się tu dostałaś? – spytał ostro młody patrycjusz, znów przyciągając jej uwagę.

– Przez frontowe drzwi.

– Jak to możliwe?

– Otworzyłam je.

– Otworzyłaś je?

Mężczyzna aż się gotował – z oburzenia i od nadmiaru trunku, a Teriana odchyliła się do tyłu i próbowała zapanować nad uśmiechem. W Imperium obowiązywała sztywna hierarchia: na samym szczycie znajdowali się patrycjusze, wyłącznie Celendorczycy, a poniżej plebejusze, czyli zwyczajni obywatele Celendoru. Następni byli peregrini, pochodzący z podbitych narodów – obecnie prowincji, które stanowiły większość Imperium. Plebejusze i peregrininie wchodzili bez zaproszenia do domów patrycjuszy, ale ponieważ Maarinowie nie zaliczali się do żadnej z tych grup – jako jedyna nacja na Wschodzie, któranie znalazła się pod panowaniem Imperium – Teriana nie czuła się w obowiązku przestrzegać tego protokołu. Była równa tym mężczyznom, nawet jeśli oni tego nie wiedzieli.

– Obawiam się, że niewiele mam do dodania do swojej relacji z otwarcia drzwi. Choć mogłabym zademonstrować, jeśli pomoże wam to w zrozumieniu tak wspaniałej opowieści.

Złocista skóra młodzieńca zaczynała nabierać charakterystycznego purpurowego odcienia, ale mężczyzna o chłodnym spojrzeniu tylko się roześmiał i uniósł w jej stronę kielich w ­toaście.

– Spokojnie – odezwał się w końcu senator Waleriusz i pospiesznie stanął między nią a młodzieńcem, który obciągał togę, jakby przygotowywał się do wielkiej obrony niestrzeżonych drzwi willi. – Znam tę młodą kobietę. – Wpatrzył się w butelkę w dłoni Teriany. – Nie musiałaś przynosić jej osobiście, moja droga. Wysłałbym kogoś po nią, gdybym wiedział, że statek twojej matki zawinął do portu.

Posłał jej ostrzegawcze spojrzenie, które rozjaśniło Terianie w głowie. Wzruszyła ramionami.

– Najlepsi klienci wymagają najlepszego traktowania, senatorze. A teraz, gdybyście byli łaskawi uiścić…

– Oczywiście, oczywiście. – Położył dłoń na jej ramieniu i wyprowadził ją z komnaty. – Jaką cenę ustaliliśmy?

Podała nieprzyzwoicie wysoką kwotę, ale dopiero kiedy znaleźli się w głębi korytarza, senator Waleriusz opuścił rękę i potrząsnął głową.

– Doceniam twój tupet, Teriano, ale czasami aż prosisz się o kłopoty. Może następnym razem przyślesz wiadomość ostrzegającą nas o swoim przybyciu?

– Nie chciałam marnować czasu i papieru. – Podała mu butelkę.

– Dlaczego nie dziwi mnie, że tak właśnie myślisz. – Westchnął, a jego zaciśnięta na butelce dłoń zadrżała. – Jest w bibliotece. Postarajcie się zachowywać cicho do czasu wyjścia moich gości.

– Pewnie.

Teriana posłała mu jeszcze jedno spojrzenie i zauważyła, że złocista skóra przybranego ojca Lidii miała bardziej ziemisty odcień niż ostatnim razem, kiedy go widziała. Później pobiegła korytarzem i po schodach do biblioteki.

Z dużego pomieszczenia emanował łagodny blask lamp. Teriana zatrzymała się w drzwiach i z aprobatą patrzyła na regały sięgające od podłogi do sufitu, wypełnione rzadkimi i cennymi tomami we wszystkich językach Wschodu. Choć za nic nie oddałaby swojego życia na Quincense, na statku miała nieco ograniczoną przestrzeń.

Lidia siedziała przy biurku po drugiej stronie biblioteki, pochylona nad swoją pracą. Pomijając już to, że została adoptowana, przyjaciółka Teriany była anomalią na Wzgórzu. O głowę (a czasami i ramiona) wyższa od większości Celendorczyków, w przeciwieństwie do nich miała ciemne włosy, a jej blada cera wyraźnienie pasowała do rozpalonego Celendoru. Najbardziej przypominała mieszkańców północnej Mudamory na Zachodzie, szczególnie z powodu skośnych zielonych oczu, błyszczących jak kwarc. Wyglądała jak kopia arcydamy Dareeny Falorn, co było całkiem zabawne, bo Dareena była wojowniczką naznaczoną przez bogów, a Lidia nigdy nie miała w ręku niczego ostrzejszego od pióra. Mimo uderzającego podobieństwa było jednak niemożliwe, by Lidia urodziła się na Zachodzie. Jedynie statki Maarinów przepływały Bezkresne Morza, a jej rodacynie brali pasażerów. Nigdy.

Teriana i Lidia poznały się przed pięcioma laty, kiedy Maarinowie negocjowali nowy traktat handlowy z Senatem. Jako triumwir jej matka była jednym z kapitanów prowadzących negocjacje i została zaproszona do domu senatora Waleriusza na kolację. Tesya zaciągnęła ze sobą Terianę, żeby ta „czegoś się nauczyła”. Lidia także była obecna, wyglądała jak kruk w stadku żółtych kaczątek, niemal równie nie na miejscu jak Teriana. Co wiele znaczyło, ponieważ Teriana miała skórę czarną jak noc, niezliczone długie do pasa warkoczyki ozdobione złotem i klejnotami, a ramiona umięśnione od pracy na Quincense. Mimo wszystko Teriana zakładała, że Lidia była kolejną Celendorką, która nie odzywała się niepytana. Śliczna jak starannie ułożony bukiet i równie mało interesująca.

Jakże się myliła.

Jeden z towarzyszy Waleriusza – senator wyróżniający się tylko tym, że zachowywał się jeszcze bardziej protekcjonalnie niż typowi patrycjusze – upierał się, że będzie mówił w języku handlu, co byłoby godne uznania, gdyby nie powiedział otwarcie, że robi to, „by nie słuchać, jak Maarinowie masakrują celendorski”. Teriana z wielkim trudem powstrzymywała śmiech, kiedy kaleczył ten język, a Tesya musiała wręcz wbić obcas w stopę córki, gdy mężczyzna popełnił wyjątkowo rażący błąd ­dotyczący rozmiarów swoich posiadłości. I wtedy Lidia wstała.

– Senatorze, z całym szacunkiem, właśnie powiedzieliście pani kapitan, że znajdujecie się w posiadaniu bardzo dużego – zakaszlała cicho – członka. – Później uśmiechnęła się do niego niewinnie. – Poprawiam was jedynie dlatego, że wielokrotnie powtarzano mi, iż w tego rodzaju negocjacjach najważniejsza jest precyzja.

Właśnie wtedy, mimo że nie miały ze sobąnic wspólnego, Teriana zrozumiała, że dziewczyna jest jej siostrą duchową, a ich przyjaźń została nakazana przez samych bogów. I tak było aż do tej pory.

Teriana stanęła za Lidią i pochyliła się nad ramieniem przyjaciółki. Bawiło ją, że dziewczyna tak bardzo zatopiła się w tłumaczeniu, iż nie dostrzegła jej obecności.

– Źle napisałaś „kurczak” – powiedziała głośno Teriana. – A twoja znajomość gramatyki bardeeńskiego jest bezna­dziejna.

– To nie… – Lidia usiadła prosto i przekręciła się na krześle. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, a okulary zsunęły się z nosa. – Teriana!

Padły razem na ziemię, obejmowały się i wykrzykiwały, zupełnie ignorując prośbę senatora Waleriusza.

– Nie spodziewałam się ciebie. – Lidia oparła szczupłą rękę na podłodze i poprawiła jedwabną suknię.

– Nie ty jedna. – Teriana ściągnęła buty i odrzuciła je na bok, po czym usiadła ze skrzyżowanymi nogami. – Twój ojciec ma dziś nieciekawe towarzystwo.

– Ach tak?

Teriana opisała dwóch mężczyzn, a Lidia się skrzywiła.

– Młodszy to bratanek mojego ojca Wibiusz.

„Bratanek ojca – nie jej brat cioteczny”. Kolejne przypomnienie, że choć Lidia została adoptowana przez senatora, kiedy była niemowlęciem, nie czuła się prawdziwym Waleriuszem i nigdy nie mogła nim zostać. Teriana zdjęła jeden z pierścieni Lidii, by przyjrzeć się bliżej klejnotowi, i znów zastanawiała się, czy kolejny raz spytać przyjaciółkę o wspomnienia z czasów, zanim została przygarnięta przez senatora. Tyle że znała odpowiedź: matkę Lidii znaleziono zasztyletowaną przed rezydencją Waleriusza, a w zimnych ramionach trzymała zapłakane dziecko. Tak małe, że jedynie gaworzyło. Tak małe, że nie pamiętało, skąd pochodzi.

– A ten drugi mężczyzna?

Lidia odebrała pierścień, kilka razy obróciła go na palcu i w końcu powiedziała:

– Lucjusz Kasjusz.

Teriana uniosła brwi. Wszyscy wiedzieli, że Lucjusz Kasjusz urodził się w bocznej gałęzi rodu patrycjuszy, ale seria wypadków i chorób pozwoliła mu odziedziczyć bogactwo rodziny i miejsce w Senacie, kiedy jego kuzyn, czy kimkolwiek był, umarł. Teraz uważano go za potężnego senatora, lecz jego poglądy polityczne stały w sprzeczności z podejściem przybranego ojca Lidii, co sprawiało, że jego obecność w rezydencji była dziwna. I to w niezbyt pozytywny sposób. Był człowiekiem, co do którego wszyscy zgadzali się, że ma złą reputację, choć nikt nie umiałby wyjaśnić dlaczego. Ciągnęło się to za nim jak paskudny smród z nieznanego źródła.

– Wybory – odparła Lidia w ramach wyjaśnienia, po czym pomogła Terianie wstać z podłogi. – Chodźmy do ogrodu. Tu jest zimno.

Nie było, ale Teriana się nie sprzeciwiała i ruszyła za przyjaciółką z powrotem na dół.

Tam znalazły się twarzą w twarz z panem domu. I jego bratankiem.

Młody mężczyzna popatrzył na Terianę, kołysząc się lekko, po czym posłał Lidii lekceważące spojrzenie, które sprawiło, że dziewczyna aż się skuliła.

Jej reakcja skłoniła Terianę do sięgnięcia po nóż. Jedynym, co powstrzymało ją przed zrobieniem kilku dziur w łajdaku i jego bezzasadnym poczuciu wyższości, była dłoń Lidii zaciskająca się na jej nadgarstku.

– Nie dość, że przynosisz nam wstyd, to jeszcze bratasz się z żeglarką – powiedział Wibiusz do Lidii, po czym zwrócił się do senatora: – Pobłażasz jej.

Twarz senatora, zwykle przyjazna, stężała.

– I wciąż będę jej pobłażał, póki to w mojej mocy. – Skinął krótko Lidii, która zaciągnęła Terianę za róg i wyprowadziła do ogrodu.

– Co za napuszony fiutek – warknęła Teriana. – Lepiej niech na siebie uważa, bo mam ochotę odciąć mu…

Lidia uniosła dłoń, uciszając atak przyjaciółki.

– Choć to urocza wizja, naprawdę musisz pohamować język w jego obecności.

Teriana patrzyła na nią zaskoczona.

– Nigdy nie byłaś bardzo delikatna.

– No tak. – Lidia przetarła dłonią zmęczoną twarz. – On jest dziedzicem mojego ojca.

Teriana przypomniała sobie drżącą rękę i ziemistą skórę senatora Waleriusza i nagle wszystko zrozumiała. „Wciąż będę jej pobłażał, póki to w mojej mocy”. Był chory. Może nawet umierał. A prawa Celendoru w najlepszym wypadku nie sprzyjały kobietom. W najgorszym były paskudne. Najbardziej bezwzględne, jakie napotkała na całej Reath.

– Będziesz jego własnością, kiedy odziedziczy spadek.

Przyjaciółka zrobiła grymas, który oznaczał, że próbuje powstrzymać płacz.

Teriana poczuła ściskanie w gardle, z trudem wypowiedziała słowa:

– Da się to jakoś obejść?

– Gdybym wyszła za mąż.

Co wcale nie było rozwiązaniem – znaczyło jedynie, że stałaby się własnością innego mężczyzny. Pewnie jednak dałoby się znaleźć kogoś lepszego od Wibiusza.

– Niewątpliwie wielu mężczyzn potykałoby się o własne nogi, byleby tylko związać się z twoją rodziną.

– Możliwe, gdyby nie było powszechnie wiadome, że mój ojciec choruje. To byłby krótkotrwały związek.

– A ktoś, kto nie jest patrycjuszem?

Patrycjuszowskich rodów było zaledwie kilkaset, za to bogatych plebejuszów marzących o powiązaniu z wpływowym rodem – całe rzesze.

– Zachęta finansowa mogłaby…

– Dość, Teriano. Ta rozmowa sprawia, że czuję się jak klacz rozpłodowa. Porozmawiajmy o czymś innym. – Lidia zrobiła krótki gest i znikąd wyłoniła się służąca z tacą z winem i ze świeżymi owocami. – Opowiedz mi o swoich podróżach. Gdzie byliście? Co widzieliście? Jak się miewa twoja rodzina? Jak Przynęta?

Łatwiej jej było zmienić temat. Zasypywać Lidię opowieściami o wzburzonym morzu, wybrykach załogi w różnych portach i dowcipach, które w wolnej chwili robiła z Przynętą. Radosne opowieści. Zabawne opowieści. Cokolwiek, byle nie myśleć o beznadziejnej sytuacji jej najlepszej przyjaciółki. I bezradności, bo nic nie mogła na to poradzić.

W komnatach Lidii napiły się jeszcze wina, a Teriana przymierzyła połowę jedwabnych sukni przyjaciółki. Wszystkie były dobre sześć cali za długie i nie pasowały na umięśnioną Terianę. Obie dziewczyny śmiały się histerycznie, kiedy Teriana próbowała zmniejszyć różnicę wzrostu za pomocą pary butów na obcasach. Przeszły na balkon i usiadły na kanapie. Lidia zaplotła zdobione klejnotami warkoczyki Teriany w koronę na jej głowie, a w rozmowie przechodziły z języka na język, bo Lidia lubiła ćwiczyć. W końcu zwinęły się zwrócone do siebie na ogromnym łóżku. W otoczeniu zbyt wielu poduszek i odpowiedniej ciemności Teriana w końcu spytała:

– Boisz się?

Jedynymi odgłosami były bzyczenie owadów za oknem i cichy szum fal oceanu poniżej. Wreszcie Lidia szepnęła:

– Tak. Sądzę, że dzień po śmierci mojego ojca Wibiusz sprzeda mnie temu, kto da najwięcej. A jeśli nikt nie zapłaci, każe mnie zabić.

Serce Teriany wybijało szybki rytm w piersi, strach o przyjaciółkę sprawił, że wino w jej żołądku skwaśniało. Senator Waleriusz mógł przeżyć jeszcze rok, ale jeśli nie uda mu się znaleźć męża dla córki, jej los był przypieczętowany. Musiało istnieć inne wyjście. Miejsce, do którego Lidia mogłaby uciec poza zasięg Imperium. Miejsce, do którego mógł ją zabrać jedynie statek Maarinów.

„Wschód nie może się spotkać z Zachodem”.

Jedynym, co powstrzymywało rozprzestrzenianie się Imperium, były Bezkresne Morza i nieświadomość Senatu, że po drugiej stronie warto cokolwiek podbijać. Madoria była najbardziej łaskawym z Sześciorga, ale utrzymywanie obu półkul w niewiedzy o sobie nawzajem stanowiło jedno z najważniejszych przykazań. Gdyby Teriana je złamała, jej dusza mogłaby trafić do podziemi.

A jednak…

Wyobrażała sobie przyjaciółkę, której wszystkie cechy wyraźnie świadczyły, że urodziła się na Zachodzie i pochodziła z ludu wiernego bogom tak samo jak Maarinowie. Że Lidia należała do Sześciorga na równi z Terianą.

Co znaczyło…

Nim zdążyła to przemyśleć i stracić odwagę, spytała:

– A gdybyś odeszła? A gdybyś uciekła?

Zduszony śmiech.

– Dokąd? Nie ma miejsca, nad którym Senat nie panuje. Żadnego, w którym nie odnalazłyby mnie jego legiony.

– Jest.

Cisza.

– Gdzie?

Serce Teriany biło szybko, pod piersiami zbierał się pot. Ponieważ to było zakazane. „Zakazane, zakazane, zakazane”.

– Po drugiej stronie Bezkresnych Mórz.

– Co masz na myśli? Tam jest tylko woda.

– Jest cały inny świat.

Teriana usłyszała westchnienie Lidii. Dla Imperium wszystko, co znajdowało się za Bezkresnymi Morzami, było jedynie przypuszczeniami i mitem, morze zdawało się zbyt potężne i zdradzieckie, by ich okręty mogły potwierdzić teorię, że może tam być coś więcej. Choć próbowały.

Lidia szepnęła:

– Masz na myśli Mroczne Wybrzeża? Istnieją?

Teriana nie potrafiła się zmusić, by wypowiedzieć potwierdzenie, więc jedynie pokiwała głową. A później, modląc się, by nie miała powodu tego pożałować, oznajmiła:

–  Jeśli uznasz, że chcesz odejść, albo jeśli kiedyś będziesz rozpaczliwie potrzebowała się ze mną skontaktować, tak to się robi.

Rozdział 3Marek

Marek wyciągnął przed siebie nogę i spojrzał z ukosa na karty w dłoni. Zdążył już zapomnieć, że w Celendrialu jest tak gorąco. Trzydziesty Siódmy Legion powrócił przed niewiele ponad tygodniem po siedmiu latach w obcych krajach, a Marek już był gotów znów wyruszyć. Miny przyjaciół świadczyły, że nie był w tym odosobniony. Ledwie wzeszło słońce, a Serwiusz i Feliks zdążyli się rozebrać do pasa i pocili się obficie.

Feliks rzucił karty na stół.

– Pasuję.

– Ja też. – Serwiusz odchylił się do tyłu i spojrzał na słońce. – Nigdy się nie spodziewałem, że zatęsknię za śniegiem, ale niech będę przeklęty, tak właśnie jest.

– Idź popływać. – Marek zgarnął monety ze stołu i wrzucił je do dość pękatej sakiewki.

– Nie ma mowy. – Serwiusz zrobił krzywą minę. – W wodach otaczających Celendrial jest pełno potworów.

– Po prostu zabierz ze sobą kogoś, kto pływa wolniej od ciebie. – Marek znów przekręcił się na zydlu. Bezczynność doprowadzała go do szaleństwa.

– Nie ma mowy. Wolę się pocić.

– Szkoda. – Feliks pomachał ręką przed nosem. – Śmierdzisz. Jestem zaskoczony, że smród twojego potu i pierdzenia nie wypalił mi włosów w nosie.

– Lepiej byś wyglądał, gdyby tak się stało, złocistoskóry dupku – odparł Serwiusz.

Marek już ich nie słuchał. Jego umysł skupiał się na innych kwestiach: dlaczego Senat wezwał ich z powrotem? Owszem, Chersome zostało podbite, jednak ich powrót wydawał się przedwczesny. Na wyspie było więcej przemocy i niepokojów niż we wszystkich pozostałych prowincjach razem wziętych. Nie istniało lepsze miejsce dla Trzydziestego Siódmego. A biorąc pod uwagę to, że nie dało się bardziej oddalić od Celendrialu, nie istniało lepsze miejsce dla niego.

Jego zamyślenie przerwał cichy głosik dochodzący zza pleców.

– Szukam Trzydziestego Siódmego Legionu.

Marek odwrócił się i zobaczył stojącego kilka kroków za nim młodziutkiego służącego. Chłopiec trzymał zapieczętowany zwój pergaminu i nerwowo przestępował z nogi na nogę.

– Trzydziestego Siódmego? – spytał Serwiusz. – A dlaczego spodziewasz się go tu znaleźć?

Chłopiec popatrywał na nich nerwowo, nie dosłyszał sarkazmu w głosie Serwiusza. Ta liczba była wszędzie. Wykuta w złocie na smoczym znaku legionu wbitym w ziemię w odleg­łości paru metrów. Haftowana na niezliczonych chorągwiach łopoczących na wietrze. Wytatuowana wielkimi czarnymi cyframi na piersiach wszystkich czterech tysięcy stu osiemnastu młodych mężczyzn odpoczywających w obozie. Chłopiec otworzył usta, ale zaraz znów je zamknął. Pergamin drżał w jego dłoniach.

Serwiusz się roześmiał, a ten dźwięk sprawił, że dzieciak aż się skulił.

– Zamknij się, Serwiuszu – powiedział Marek.

Posłaniec nie był głupi, tylko przerażony. I nie bez powodu. Zaokrąglone niebieskie tatuaże na jego czole świadczyły o tym, że pochodził z Chersome. Trzydziesty Siódmy spustoszył jego ojczyznę i zmusił jego rodaków do przymusowej służby. Ktokolwiek wybrał go, by dostarczył tę wiadomość, był albo skrajnym ignorantem, albo miał złośliwe poczucie humoru. Marek wstał.

– Jesteśmy Trzydziestym Siódmym.

Chłopiec cofnął się o krok.

– Do kogo jest ta wiadomość?

Pergamin zmiął się w uścisku służącego.

– Do legata Marka. Numer legionowy jeden pięć jeden dziewięć.

– Znalazłeś go. – Marek wyciągnął rękę po wiadomość, ale chłopiec przycisnął ją do piersi.

– Powiedziano mi, że mam poprosić o dowód. – Broda dzieciaka drżała.

Serwiusz błyskawicznie podniósł się na równe nogi i wyciągnął ręce do chłopca.

– Ty pozbawiony szacunku mały…

Marek machnął ręką, trafił przyjaciela w twarz i odepchnął go do tyłu.

– Siadaj.

Serwiusz usiadł.

Marek złapał za dekolt tuniki i ją zdjął. Odwrócił się, by pokazać numer wytatuowany na plecach, po czym spytał:

– Czy to wystarczający dowód?

Jedyną odpowiedzią było stłumione łkanie. Marek westchnął i znów włożył tunikę. Podszedł powoli do klęczącego chłopca i wydobył mokry od potu pergamin z jego uścisku.

– Idź i powiedz swojemu panu, że wykonałeś polecenie.

Dzieciak podniósł się niezgrabnie i pobiegł przez obóz.

– Arogancki gówniarz – wymamrotał Serwiusz przez szmatkę, którą przyciskał do twarzy. – Marku, chyba złamałeś mi nos.

Marek go zignorował. Oddalił się o kilka kroków od przyjaciół, rozwinął pergamin i przeczytał parę starannie spisanych linijek tekstu.

– Wpuszczą nas do miasta? – spytał Feliks.

– Nie. – Marek jeszcze raz przeczytał wiadomość i schował pergamin. – Nie pozwolą legionowi na swobodne wejście do Celendrialu.

– To niesprawiedliwe – burknął Serwiusz przez szmatkę. – Czterdziesty Pierwszy wpuścili.

– Czterdziesty Pierwszy to co innego – skwitował Feliks. – To tak, jakby wypuścili na ulicę legion małych kotków.

– Umiem mruczeć.

Marek uchylił się przed rozbryzgiem krwi i śliny, kiedy Serwiusz zademonstrował tę umiejętność, i ruszył w stronę swojego namiotu. W środku zdjął przepocone ubranie i gestem kazał służącemu przynieść czystą tunikę. Założył ją przez głowę i znów przeklął celendrialski upał, bo wełna przylepiła mu się do pleców. Amarin, sibalski służący Marka, właśnie zapinał sprzączki jego pancerza, gdy przyjaciele postanowili wejść za nim do środka.

– Spotkanie towarzyskie? – Feliks uniósł brew.

– Zostałem wezwany – mruknął Marek do swojego zastępcy.

– Przez Senat?

– Nie. – Podniósł gladius i przypasał go, a służący zapiął na jego ramionach czerwony płaszcz ze smokiem wyhaftowanym błyszczącą złotą nicią. – Ale przez senatora.

Na twarzy Feliksa po chwili pojawił się uśmiech.

– W takim razie odpowiedzi? Misja.

– Może.

– Coś cię zaswędziało?

– Mnie zawsze coś swędzi. – Serwiusz ze śmiechem podrapał się po tyłku.

Obaj go zignorowali.

Marka rzeczywiście coś zaswędziało, jak to nazywał Serwiusz. To uczucie, które wypełniało go przed bitwą albo zanim dostał zadanie. Tyle że coś wydawało się niewłaściwe. Dlaczego zostali wezwani z powrotem? Dlaczego biorąc pod uwagę ich reputację, Senat kazał im marnieć pod bezcenną stolicą? Dlaczego został wezwany nie po to, by stanąć przed obliczem Senatu, ale by spotkać się z jednym mężczyzną? I jak to świadczyło o tym mężczyźnie, że wysłał z wiadomością Chersomczyka? To było więcej niż swędzenie – bardziej przypominało próbę spania we włosiennicy.

– Powiesz nam kto?

– Człowiek, którego imię jest dziś rano na ustach wszystkich. – Marek podniósł swój czerwono-złoty hełm z pióropuszem i wcisnął go na głowę. – Lucjusz Kasjusz.

Rozdział 4Teriana

Świt już dawno minął, zanim Teriana wróciła do portu.

Pot przemoczył tył jej bluzki, kiedy przeciskała się między celendorskimi marynarzami pracującymi na nabrzeżu, a później wbiegła po trapie. Rozglądała się po pokładzie za matką, której – Sześciorgu niech będą dzięki – nigdzie nie zauważyła.

– Nie mogłaś się wydobyć z puchowego łoża?

Ciotka Yedda siedziała i popijała parujący płyn z kubka. Jej jasnobrązowa skóra, którą zawdzięczała mudamorskiemu ojcu, ostro kontrastowała z żółtą bluzką. Poza śladami siwizny w warkoczach nie było po niej widać upływu czasu. Błękit pogodnych oczu Yeddy falował łagodnie, odzwierciedlając jej nastrój w odcieniach morza – podobnie jak się to działo u wszystkich, którzy mieli w żyłach choć kroplę krwi Maarinów. Celendorscy uczeni w tych swoich eleganckich kole­giach wierzyli, że oczy Maarinów przypominają skórę kameleona, ale jej lud wiedział, że to znak, iż Madoria uważa ich za swoich.

– Przepraszam. Rozmawiałyśmy do późna.

– Jak się czuje Lidia?

Na twarzy Teriany pojawił się grymas. Gdyby miała powiedzieć prawdę, wolałaby, by nikt nie podsłuchał tej rozmowy, a większość załogi kręciła się po pokładzie. Spojrzenia mieli zaspane, ale ich dłonie poruszały się zręcznie, wykonując wszystkie czynności niezbędne do wyjścia w morze. Terianę bolała głowa od wina wypitego poprzedniej nocy i  nie umiała do końca stwierdzić, czy to trunek skłonił ją do opowiedzenia Lidii o Zachodzie, czy też sprawiła to prawdziwa rozpaczliwa potrzeba przyjaciółki. Kiedy bowiem zaczęła już mówić, zupełnie jakby otworzyły się wrota i kolejne tajemnice opuszczały jej usta, by wpaść w uszy Lidii, aż nad ranem obie zasnęły.

I trudno jej było nie czuć przerażenia na myśl o tym, co zrobiła. „Wschód nie może się spotkać z Zachodem” było mantrą, którą powtarzano jej od dzieciństwa,i nigdy niesłyszała, by ktoś z jej ludu złamał przykazanie Madorii dotyczące zachowania obu półkul Reath w niewiedzy o sobie nawzajem. Teriana nie była nawet pewna, jakie byłyby konsekwencje, gdyby ktokolwiek dowiedział się, co zrobiła…

Dochodzące od strony miasta donośne okrzyki i dudnienie w bębny wyrwały ją z zamyślenia. Wszyscy odwrócili się, by rzucić okiem na targowisko w poszukiwaniu źródła zamieszania. Wkrótce w ich polu widzenia pojawiła się grupa mężczyzn machająca rękami i wykrzykująca coś niezrozumiałego. Naraz dostrzegli drugą grupę, zachowującą się w bardzo podobny sposób, obie zatrzymały się zwrócone do siebie, w odległości kilkunastu kroków. Dołączali do nich kolejni ludzie i robił się coraz większy hałas.

I tak działo się w całym Celendrialu.

W mieście zaczęły się protesty, plebejusze wychodzili na balkony i ulice, dołączając swoje głosy. A istniała tylko jedna rzecz, która potrafiła tak bardzo poruszyć Celendorczyków – polityka.

Dwójka członków załogi Quincense, która spędziła noc poza statkiem, szła pospiesznie w jego stronę.

– Co się dzieje? – spytała ciotka Yedda.

– Lucjusz Kasjusz ogłosił, że będzie się ubiegać o urząd konsula – odparł jeden z nich.

Pot na plecach Teriany zrobił się zimny i poczuła, że znalazła się zbyt blisko paskudnej sytuacji.

– Kasjusz był wczoraj wieczorem w domu Lidii. – Nie zwracała się do nikogo szczególnego. – Spotkał się z jej ojcem.

Yedda zmarszczyła czoło, a jej liczne warkoczyki zakołysały się, kiedy znów spojrzała w stronę miasta. Ale to Tesya, która podeszła do nich bezszelestnie, odezwała się jako pierwsza:

– Musimy wypłynąć. Czy wszyscy są na pokładzie?

Yedda potrząsnęła głową.

– To może potrwać jeszcze kilka godzin.

– A niech to. – Tesya uderzyła pięścią w reling. – Nie zdążymy na odpływ. – Mięśnie jej szczęki napięły się, naciągając ciemną skórę. W końcu powiedziała: – Nikt nie opuszcza statku. Dziś z pewnością będą zamieszki, a ja nie chcę, by ktoś z mojej załogi wpakował się w tarapaty. – Odwróciła się i ruszyła w stronę swojej kajuty.

Teriana poszła za nią.

Tesya obmyła się w misce, a Teriana czekała, aż matka skończy i zawiąże szal powstrzymujący grube czarne włosy przed wpadaniem do oczu. Nie ukryło to jej zapuchniętych powiek, a na widok sterty ksiąg rachunkowych na biurku Teriana stwierdziła, że matka pracowała przez całą noc.

– Dobrze się wczoraj bawiłaś?

Pytanie sprawiło, że Teriana aż podskoczyła.

– Tak. Miło było się z nią spotkać. Ale…

– Ale? – Matka odwróciła się od lustra.

– Martwię się o nią.

Z nadzieją, że ciemniejszy odcień oczu matki wynikał z troski o Lidię, Teriana wyjaśniła sytuację.

– A czego się spodziewałaś? – spytała matka, gdy Teriana skończyła opowieść. – Celendorczycy to tępaki, a Waleriusz, choć jest lepszy od większości, to jedynie przez porównanie. Myśl o wydaniu Lidii za plebejusza nawet nie przyszła mu do głowy… Patrycjusze pilnują swojego pochodzenia tak samo pilnie, jak Gamdeshowie rodowodu swoich psów myśliwskich, chociaż to ostatnie przynajmniej ma jakiś cel. I dlatego senatora Waleriusza będzie kosztowało fortunę, by ktokolwiek przestał zwracać uwagę na białą jak płatki lilii skórę dziewczyny. Ona nie ma w żyłach kropli celendorskiej krwi.

Ani kropli wschodniej krwi zdaniem Teriany, ale nie wypowiedziała tych słów na głos. Zamiast tego, choć znała odpowiedź, spytała:

– Czy możemy zabrać ją ze sobą?

– Nie.

– Ale…

– Powiedziałam, że nie. Sądzisz, że jej ojciec nie podejrzewałby, że to my ją zabraliśmy? A jak myślisz, jakie miałoby to konsekwencje dla tego statku i jego załogi? Dla wszystkich ­Maarinów, gdyby wyszło na jaw, że wykradliśmy córkę senatora? Mielibyśmy na karku marynarkę i legionistów czekających na nas w każdym porcie.

– Popłynęlibyśmy na zachód – sprzeciwiła się Teriana. – Tam byłaby bezpieczna.

Matka coś mruknęła.

– To zaszkodziłoby relacjom Imperium i Maarinów. A wielu z nich czerpie dochody z portów po tej stronie Reath. Zniszczyłabyś życie niezliczonych ludzi dla jednej dziewczyny?

– Jesteś…

– Odpowiedź brzmi „nie”, Teriano. Żal mi Lidii, ale nic nie możemy dla niej zrobić.

I w ten sposób rozmowa się skończyła.

Teriana otworzyła drzwi tak gwałtownie, że uderzyły o ścianę, wypadła z powrotem na pokład i pospieszyła do relingu, by popatrzeć na statki zakotwiczone dalej wzdłuż nabrzeża, bo dzięki temu nikt nie widział jej łez.

Słońce już wzeszło. Było gorąco, miała kaca i dała swojej najlepszej przyjaciółce fałszywą nadzieję. Ocierając łzy z policzków, dostrzegła poruszenie pod powierzchnią morza i przez jedno uderzenie serca zastanawiała się, dlaczego Magnius odważył się zmierzyć z brudną wodą w porcie, kiedy jego głos odbił się echem w jej głowie: „Lidia potrzebuje pomocy”.

Minęła chwila, nim zarejestrowała jego słowa, a później kolejna, nim dotarło do niej, że Lidia zaryzykowała przeprowadzenie rytuału przywołującego Magniusa, a następnie jeszcze jedna, nim w jej głowie pojawiło się pytanie,co mogło ją do tego skłonić.

– Lepiej, żeby to nie był eksperyment, Lidio – mruknęła Teriana pod nosem i odwróciła się.

Cała załoga się na nią gapiła. Teriana poczuła ściskanie w żołądku, kiedy uświadomiła sobie, że Magnius odezwał się nie tylkow jej umyśle. Przemówił dowszystkich.

Drzwi kajuty kapitana otworzyły się z taką siłą, że szkło aż popękało, i na zewnątrz wypadła matka Teriany.

– Ty idiotko! – wrzasnęła. – Coś ty narobiła?! Co ty sobie myślałaś?!

Teriana otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła – zużyła argumenty, które matki i tak nie obchodziły. Tesya ruszyła w jej stronę, rozpinając pas, a jej gniewna tyrada była jedynie szumem w uszach Teriany. Ciotka Yedda próbowała stanąć Tesyi na drodze, ale kobieta odepchnęła ją na bok.

– Odwróć się – poleciła.

To nie złość w głosie matki sprawiła, że Teriana wypełniła polecenie, ale strach w jej oczach. Ignorując śmiechy i gwizdy z sąsiednich statków, Teriana oparła czoło o reling i przygotowała się na uderzenie pasa, kiedy w całe zamieszanie wbił się głos Magniusa: „Pozwól jej pójść do dziewczyny”.

Szyderstwa na pobliskich statkach trwały dalej, ale na Quin­cense wszyscy zamilkli w oczekiwaniu na reakcję swojej kapitan.

– Idź. Idź. – Głos matki drżał, a Teriana unikała spojrzenia jej w oczy, kiedy się prostowała.

– Nie przedostanie się sama przez miasto.

Spokojny ton Yeddy nie uspokoił gorączkowego bicia serca Teriany.

– Tam jest niebezpiecznie.

Tesya przeniosła wzrok na Celendrial.

– Przynęto, weź jedną z łodzi i zabierz ją do Wzgórza.

– Obserwują nas – zauważyła Yedda. – Magister pomyśli, że przewozimy przemycane towary.

– W takim razie odwróćcie jego uwagę! – krzyknęła Tesya. Stanęła tyłem do załogi i rozmasowała skronie, ale Teriana zobaczyła ślad łez w jej oczach. – Zajmij się tym, Magniusie.

Strażnik Quincense nie odpowiedział, a w każdym razie Teriana tego nie usłyszała. Ale Przynęta zaczął opuszczać jedną z długich łodzi, z twarzą nietypowo pozbawioną uczuć. Zamiast mu pomóc, powiedziała:

– Mamo, ja…

– Idź, Teriano.

Niepewność zatrzymała ją w miejscu. W życiu niezliczone razy doprowadziła matkę do szału i musiała znosić różnorakie kary. Ale nie w taki sposób. Nigdy w taki sposób.

– Porozmawiam z nią – mruknęła ciotka Yedda. – Ty zajmij się Lidią.

Odejście nie wydawało się właściwe, ale pozostanie było jeszcze gorszym rozwiązaniem. Jej wnętrzności podgryzała niepewność, jak przerośnięte okrętowe szczury. Co się stało z Lidią? Czy ktoś zrobił jej krzywdę? Ale jeszcze gorsze było pytanie, co Teriana mogłaby zrobić, by jej pomóc.

„Zabierz książkę”. Głos Magniusa wypełnił jej myśli razem z wizją tomu, który doskonale znała – który w takiej lub innej formie doskonale znał każdy pochodzący z Zachodu.

„Oszalałeś? – odpowiedziała w myślach. – Jeśli dam jejtę książkę, czy może wyjść z tego coś dobrego?”

„Istnieje tyle ścieżek, ilu wędrowców”.

Typowa tajemnicza odpowiedź, ale Teriana wiedziała z doświadczenia, że innej nie dostanie.

– W porządku – bąknęła i pospieszyła do kajuty po wspomniany tom. – Równie dobrze mogę wpaść z deszczu pod rynnę.

Przynęta już opuścił łódkę, a Teriana ześlizgnęła się po drabince, żeby do niego dołączyć.

– Wiosłujesz? – spytała.

Pokiwał głową, ale jego spojrzenie było nieobecne, patrzył, ale nie widział – wiedziała, że jest pogrążony w rozmowie z Magniusem.

– Musimy tylko zaczekać…

Cokolwiek powiedział dalej, zagłuszyły to okrzyki przerażenia, gdy w całym porcie zapanował chaos.

Rozdział 5Marek

Via Metelli była sucha jak stara kość i nim Marek w końcu przeszedł przez potężne wrota Celendrialu, jego skórę pokrywała cienka warstwa pyłu. Od strony portu dobiegały dźwięki bębnów i okrzyki protestujących, więc postarał się nawet nie zbliżać do Forum, gdzie na każdym rogu oratorzy wykrzykiwali obietnice kandydatów na konsula. Choć i tak zagłuszali ich krzykacze.

Marek, krocząc ulicami, po drodze dostrzegał zmiany w mieście. Wydawało się mniejsze niż przed siedmioma laty, ale może tylko dlatego, że sam urósł. A może dlatego, że kiedy zobaczył więcej świata, przestał postrzegać Celendrial jako jego środek.

Oddychając płytko, przeszedł nad rzeką Sawio, a jego nozdrza wypełnił smród ścieków – wszystkie nieczystości miliona mieszkańców trafiały do mętnej wody. Kolejna rzecz, o której zdążył zapomnieć – jak bardzo śmierdziało odchodami i moczem. Wiedział, że we wszystkich innych miastach jest tak samo, ale Celendrial zawsze wydawał mu się gorszy, bo z daleka robił wrażenie czystego. Błyszczące białe budowle wznoszące się z błękitnego morza skrywały jądro pokryte fizycznym i moralnym brudem. Nienawidził tego miasta, a powrót tu sprawił, że z jego twarzy nie znikał grymas, na którego widok ludzie uskakiwali mu z drogi, kiedy przecinał jedno z licznych targowisk.

Wszystko, co można było znaleźć w całym Imperium, trafiało na sprzedaż do Celendrialu, od przypraw, przez narkotyki i tkaniny, po rzeczy, których nawet nie umiał nazwać. To targowisko specjalizowało się w klejnotach i metalach, kolejne kramy były wypełnione towarami błyszczącymi w blasku słońca. Minął dwóch maarińskich marynarzy przyglądających się srebrom. Mieli skórę przypominającą wypolerowany heban, jaskrawe jedwabne koszule wciśnięte w skórzane spodnie i negocjowali melodyjnymi głosami. Marek nie wątpił, że wyjdą na swoje na tej transakcji.

Ominął grupkę Siberneńczyków, którzy mimo upału nosili szaty lamowane futrem farbowanym na jaskrawe kolory. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mieli włosy sięgające brody, a kiedy się poruszali, kosmyki tańczyły wokół ich policzków. Mówili po celendorsku, ale w ich głosach było słychać szeleszczący akcent ich ojczyzny. Większość trzymała jedwabne parasole, by ochronić skórę tak jasną, że wydawała się wręcz przezroczysta.

Wzrok Marka przyciągnęły trzy Bardeenki – ich ciemne palce przesuwały się po strunach wydłużonych instrumentów, tworząc falującą muzykę, a smukłe sylwetki kołysały się w rytm śpiewu. Najmłodsza miała jaśniejszą karnację od towarzyszek, złocistobrązowa skóra sugerowała, że jedno z jej rodziców pochodziło z Celendoru, co zdarzało się dość często. Zdarzało się dość często w całym Imperium, które zostało skolonizowane przez emerytowanych legionistów.

Marek opuścił targowisko i zaczął się wspinać. Jego sandały głośno stukały o bruk, kiedy kroczył bocznymi ścieżkami, na wpół zapamiętanymi z dzieciństwa, na szczyt Wzgórza wznoszącego się nad oceanem. Wszyscy możni i potężni Celendoru mieszkali w willach na tych zboczach, a każda działka była starannie odgrodzona od pozostałych, jakby ci mężczyźni nie spędzali połowy życia na wspólnym planowaniu przyszłości Imperium. Choć nie znosił miasta, jego nienawiść do tych odzianych w togi mężczyzn przyćmiewała wszystko inne.

Najpotężniejsze rody miały domy z widokiem na morze, ale willa Kasjusza była zwrócona w stronę miasta. Marek odnalazł ją bez trudu dzięki opisowi, który otrzymał. Przystanął przed bramą do willi tak potężnej, że przytłaczała te po bokach, i przyjrzał się jej uważnie. Zazwyczaj domy senatorów były starożytnymi budowlami o wieloletniej ­historii, otoczonymi bujną roślinnością ogrodów pielęgnowanych przez stulecia. Ta willa tak nie wyglądała. Cokolwiek znajdowało się tu wcześniej, zostało zrównane z ziemią, a na jego miejscu ­wzniesiono monolityczne okropieństwo. Otaczały je kamienie i rzeźby, w zasięgu wzroku nie rosło ani jedno źdźbło trawy.

Za zamkniętą bramą pojawił się służący o ściągniętej twarzy. Był wysoki i niemal wychudzony, jakby mógł zniknąć, gdyby ustawił się bokiem. Mężczyzna czekał, aż gość coś powie, ale Marek milczał. Jego strój był wystarczającą wizytówką.

– Senator spodziewał się was już jakiś czas temu,legacie. – Wpatrywał się w Marka.

Marek odpowiedział podobnym spojrzeniem.

– Nie jestprzyzwyczajony do czekania.

Twarz mężczyzny ściągnęła się jeszcze bardziej – większość ludzi rezerwowała taką minę dla stanowczo zbyt kwaśnej lemoniady.

Znów zapanowała cisza, gdy mężczyzna czekał na przeprosiny. Marek wyciągnął szyję i zmrużonymi oczyma spojrzał na słońce, by ocenić godzinę. Zgrzał się i nie odmówiłby szklanki wody, ale był przyzwyczajony do niewygody. Mężczyzna o ściągniętej twarzy najwyraźniej nie. Westchnął jak ktoś, kto doznał ogromnej niesprawiedliwości, otworzył bramę i gestem wezwał Marka, by podążył za nim. Zaprowadził go do komnaty pełnej kanap przykrytych poduszkami.

– Legacie Marku ze słynnego Trzydziestego Siódmego Legionu, to dla mnie zaszczyt.

Lucjusz Kasjusz wstał, kiedy Marek wszedł, a później gestem kazał odejść służącemu. Poza nimi nie było nikogo. Senator był mężczyzną średniego wzrostu i w średnim wieku, a jego złocista skóra błyszczała, jakby właśnie skończył masaż. Jasno­brązowe włosy nosił krótko obcięte i zaczesane do przodu, a niebieskie oczy wydawały się zbyt małe na wąskiej twarzy.

– Niepokonany Trzydziesty Siódmy! – Kasjusz uniósł pięść. – Nie cofamy się! Nie cofamy się! – powtórzył okrzyk legionu. – Czy to prawda, że nigdy się nie wycofaliście? Zadziwiające – mówił dalej, nie czekając na odpowiedź.

Złapał dłoń Marka i mocno ją uścisnął. Marek cofnął rękę najszybciej, jak się dało. Żałował, że nie mógł wytrzeć wilgoci. Senatora otaczała dusząca kwiatowa woń, a jego małe oczka wypełniała przebiegłość sprzeczna z jego zachowaniem.

– Kto by pomyślał, że legion dwunastolatków, których wysłaliśmy, żeby zdobyli szlify w Sibalinach, zajdzie tak daleko?! – Kasjusz potrząsnął głową i szeroko otworzył oczy w udawanym podziwie.

Wszystkie legiony ruszały do działania, kiedy najmłodszy z żołnierzy ukończył dwanaście lat, i wtedy opuszczały Campus Lescendor, by wyruszyć na pierwszą kampanię. Biorąc pod uwagę, że każda rodzina żyjąca pod władzą Imperium miała obowiązek oddać drugiego syna do służby w armii, wszyscy o tym wiedzieli.

–  Od Sibalinów przez Pherę po Bardeen, aż w końcu trafiliście na Chersome. – Senator pokręcił głową. – Żaden naród nigdy nie został podbity tak doszczętnie i tak gwałtownie jak Chersomczycy. Po tamtym zalewie na rynku ceny służby wciąż się nie podniosły. – Przerwał i obrzucił Marka uważnym spojrzeniem. – Twoja reputacja wyprzedza cię, legacie. Muszę przyznać, że poczułem lekki dreszcz, kiedy wszedłeś, bo wiem o wszystkich potwornościach, jakich kazałeś się dopuszczać swoim ludziom. Och! – Kasjusz zadrżał, aż zakołysały mu się policzki. – I znowu. Jakby ktoś przeszedł po moim grobie, jeśli wybaczysz to pogańskie powiedzenie.

Marek zacisnął zęby, ale nic nie powiedział. Niektóre z opowieści z Chersome były jedynie opowieściami, niczym więcej. Jednak spora część była prawdziwa, a on nie lubił, gdy ktoś mu o tym przypominał. I tak już miał koszmary.

Gdy Kasjusz gestem zaprosił go do środka, Marek wszedł niechętnie. W tej sytuacji było coś niewłaściwego. Dlaczego nie stanął przed całym Senatem?

– Spodziewałem się, że przybędziesz nieco wcześniej. – Kasjusz ostrożnie usiadł na krytej jedwabiem kanapie.

– Przyszedłem pieszo.

– On mówi! – Senator uniósł brew z rozbawieniem. – Konno byłoby szybciej.

Prawda była taka, że konie wywoływały u Marka kichanie. W połączeniu z zapylonym powietrzem Celendrialu wystarczyłoby to, by wywołać jeden z jego ataków, a Marek wolałby raczej przejść tysiąc mil po rozżarzonych węglach, niż pozwolić, by człowiek w rodzaju Kasjusza zobaczył go w takim stanie. Wzruszył jednym ramieniem.

– To prawda.

Kasjusz lekko zmarszczył czoło.

– A ja sądziłem, że legioniści potrafią dobrze wykonywać rozkazy. – Jego głos brzmiał twardo, zniknęły pozory uprzejmości.

– Owszem. – Kącik ust Marka uniósł się nieco. – A ja potrafię dobrze je wydawać.

– Nie jesteś tym, kogo się spodziewałem. Może i dobrze.

– Dlaczego?

– Bo potrzebuję wizjonera, nie wykonawcy. – Kasjusz pochylił się do przodu i napełnił dwa kielichy z karafki, która stała na stole. Jeden podał Markowi. – Pewnie słyszałeś, że ubiegam się o urząd konsula w następnych wyborach.

– Tak.

– Pragnę, legacie, byś wsparł mnie w osiągnięciu sukcesu.

Marek nie spodziewał się takich słów. Mógł głosować w wyborach – wszyscy legioniści otrzymywali obywatelstwo – ich pozycja społeczna i pierwotne pochodzenie znikały, gdy opuszczali rodziny, by rozpocząć szkolenie. Ale czym był jeden głos?

– O jakie wsparcie chodzi?

– Wszyscy twoi ludzie ukończyli dziewiętnaście lat albo skończą je w najbliższych miesiącach. Mogą już głosować. Chciałbym, żebyś upewnił się, że zagłosują na mnie.

„Co zupełnie podważa podstawowy cel głosowania”, pomyś­lał Marek. Konsul kierował Senatem – panował nad całym Imperium, a wybierali go obywatele Celendoru. Zmuszanie pojedynczych osób, by głosowały tak lub inaczej, się zdarzało, ale było nielegalne. Zmuszenie całego legionu? Za to czekałby go stryczek.

– Nie.

Kasjusz skrzywił się, ale tylko na chwilę.

– Nie działaj tak pochopnie, legacie. Niektórzy ubiegający się o urząd konsula nie troszczą się o interesy legionów. Nie dostrzegają konieczności waszego istnienia i chcieliby obniżyć wasz żołd, rozwiązać wasze oddziały i wysłać was na prowincję, byście płodzili dzieci, które niczego nie osiągną. Zmieniliby ostrza Imperium w rolników i rzemieślników, zmuszając was do trudzenia się i mozolenia jak zwykli ludzie.

Ponad połowa legionistów Marka urodziła się w prowincjach Imperium, a wielu – niezależnie od tego, gdzie się urodzili – z radością skorzystałaby z szansy nazwyczajne życie, ale Marek niekoniecznie chciał, by senator o tym wiedział.

– Nawet gdyby każdy z nich na was zagłosował, to by nie wystarczyło. Potrzebujecie optymatów.

Kasjusz nie był popularny wśród umiarkowanych polityków, którzy sprawowali władzę przez ostatnie dziesięciolecie – jak na ich gust, za bardzo pragnął władzy. Nazywali go podżegaczem. Jego szanse na zdobycie urzędu konsula nie były wielkie.

Jeśli jednak słowa Marka rozzłościły Kasjusza, nie pokazał tego po sobie.

– Znasz senatora Waleriusza.

– Oczywiście.

Waleriusz sprawował urząd konsula, gdy Marek był dziec­kiem. Należał do optymatów, był uczonym i znanym zwolennikiem pokoju. Mieszkał też na samym szczycie Wzgórza.

– Ma przybraną córkę wątpliwego pochodzenia, którą darzy wielką sympatią, i chciałby, by trafiła w dobre miejsce. Zgodziłem się ją poślubić… nie za darmo.

Marek odstawił kielich.

– W takim razie nas nie potrzebujecie. – Odwrócił się do drzwi. – Życzę miłego dnia, senatorze. Oczekujemy na rozkazy Senatu dotyczące naszej następnej misji.

– Wykonasz moje polecenie!

Marek odwrócił się w jego stronę.

– Nie wydam im rozkazu, by głosowali na was… i tak nie mają wielkiej swobody. Tego im nie odbiorę.

– To zadziwiające moralizowanie jak na kogoś takiego jak ty.

– Nie zakładajcie, że mnie znacie.

– Znam cię dość dobrze. I jeśli nie okażesz solidarności, upewnię się, że ty i twoi ludzie zostaniecie wysłani do najgorszej dziury w Imperium i pozostaniecie tam przez następne dwadzieścia lat, aż zgnijecie.

– Grozicie niewłaściwemu człowiekowi.

Marek odruchowo opuścił dłoń na rękojeść gladiusa, a spojrzenie senatora podążyło za nią. Mężczyzna zrobił krok do tyłu i spojrzał na ściany. Oczywiście, że byli obserwowani. Ludzie tacy jak Kasjusz nie ryzykowali. Marek obrócił się na pięcie i sięgnął do drzwi, ale kolejne słowa senatora sprawiły, że się zatrzymał.

– Sądzę, że grożę właściwemu człowiekowi, Domicjuszu.

Nikt nie zwracał się do niego nazwiskiem rodowym od czasu, kiedy miał osiem lat. I mieszkał na szczycie właśnie tego wzgórza. Nazwiska wymazywano, kiedy chłopców wysyłano do Campus Lescendor. Imperium było ich ojcem i matką. A inni legioniści braćmi.

– Dobrze znam twoją rodzinę. – Kasjusz podszedł do niego od tyłu. – Oczywiście wiesz o tym.

– Trzydziesty Siódmy jest moją rodziną – odparł Marek, ale z trudem wykrztusił te słowa. – Innej nie mam.

– Naprawdę, legacie? Gdybyś pochodził z jakiejś podłej plebejskiej rodziny, mógłbym w to uwierzyć.

Marek czuł obecność mężczyzny za plecami, czuł słodkawy odór kwiatów i olejku.

– Możecie wierzyć, w co tylko zechcecie. Taka jest prawda.

Kasjusz zachichotał.

– Jak sobie życzysz. Choć może uznasz za interesującą wiadomość, że twój starszy brat przestał mieć ataki, kiedy trafiłeś do legionów. O ile wiem, od tamtej pory nie miał ani jednego. Czyż to nie fascynujące?

Marek poczuł, że w żyłach ma lód. Przymus, by wydobyć miecz i uciszyć tego mężczyznę, był wręcz przytłaczający. Niemal nieznośna potrzeba, by zatrzymać słowa wypływające z ust Kasjusza, które zagrażały wszystkiemu, co było dla niego ważne.

– Często widuję twojego brata i to dla mnie fascynujące, że ty, młodszy, wydajesz się o wiele dojrzalszy. Może to przez twoją reputację. Może przez powagę funkcji i towarzyszące jej insygnia. A może – mówił dalej – wcale nie.

– Legion jest moją rodziną. – Marek zacisnął zęby, otworzył drzwi i zmusił nogi, by poprowadziły go korytarzem.

– Przekonaj swoich ludzi, żeby zagłosowali na mnie, legacie, a ja dopilnuję, byś został wynagrodzony! – Głos Kasjusza odbijał się echem w pustej przestrzeni. – Jeśli zawiedziesz, twoja…rodzina zapłaci najwyższą cenę.

Słowa wydawały się puste i odległe, zagłuszone przez wrzask w głowie Marka: „On wie!”.

„On wie!”

Rozdział 6Teriana

W powietrzu rozległ się ostrzegawczy dźwięk dzwonów, od którego Terianę zabolały uszy. Wszędzie wokół nich statki zaczęły się gwałtownie kołysać, jeden po drugim, jakby poruszyło je coś ukrytego w mętnych wodach portu. Zresztą tak właśnie było.

„Ruszajcie”.

Przynęta wiosłował ze wszystkich sił. Teriana siedziała z głową na dłoniach i łokciami wspartymi na kolanach, spoglądając w wodę zbierającą się wokół jej butów. Gdyby spojrzała gdziekolwiek indziej, wywołałaby pytania, na które nie chciała odpowiadać.

Ale i to jej nie pomogło.

– Na Sześcioro! – odezwał się Przynęta, kiedy opłynęli skalisty cypel i znaleźli się poza zasięgiem magistra handlu. – Co ty sobie myślałaś, Teriano?

– Ona jest w niebezpieczeństwie.

– Nie obchodzi mnie, czy wylądowała na otwartym morzu pośrodku stada rekinów – warknął. – Wschód nie może się spotkać z Zachodem. To, co jej powiedziałaś, jest zakazane nie bez powodu. Gdyby Celendorczycy dowiedzieli się o Zachodzie… wiesz, co by zrobili. Mają podbój we krwi!

– Najpierw musieliby znaleźć drogę przez Bezkresne Morza. A to wydaje się mało prawdopodobne.

Teriana odwróciła się i opuściła rondo kapelusza, żeby osłonić oczy. Wysoko na szczycie Wzgórza znajdowały się wille senatorów, ale wzdłuż całego stromego zbocza biegły zakosami ścieżki prowadzące do niewielkich zatoczek u jego podnóża. Były jeszcze odległe, ale już widziała samotną dziewczynę siedzącą na plaży w jednej z zatoczek, ze wzrokiem wbitym w piasek.

– Lidio! Lidio! – zawołała.

Kiedy stało się jasne, że przyjaciółka nie była śmiertelnie ranna, strach Teriany ustąpił złości. Złości, która zniknęła w chwili, gdy dziewczyna podniosła głowę, ukazując minę bardziej posępną, niż Teriana kiedykolwiek widziała na jej twarzy. Zwróciła się do Przynęty:

– Muszę porozmawiać z nią w cztery oczy.

Wyskoczyła z łodzi, kiedy tylko dotarli na płycizny, z zawiniętą księgą wysoko nad głową, aż dotarła na suchy brzeg, a później pobiegła wzdłuż plaży do miejsca, gdzie siedziała jej przyjaciółka.

– Wydaje mi się, że wymagasz ratunku jedynie przed słońcem. Wyglądasz jak gotowany homar. – Teriana zdjęła podniszczony kapelusz i wcisnęła go na głowę Lidii. – Proszę.

Jedyną odpowiedzią Lidii było lekkie drżenie brody. W końcu powiedziała:

– Mogłaś wspomnieć, że Magnius jest morskim potworem.

– Wcale nie jest. – Teriana uśmiechnęła się szeroko, zdecydowana rozładować napiętą atmosferę wesołością. – Jedynie tak wygląda. A kogo się spodziewałaś? Jakiegoś przystojnego trytona, który podpłynie do plaży i da ci buziaka?

Kąciki ust Lidii wygięły się lekko w górę.

– Myślałam, że mnie pożre.

– A dlaczego miałby to zrobić? – Teriana delikatnie trąciła przyjaciółkę w ramię. – Masz na sobie mniej ciała niż na wpół zjedzone skrzydełko chudego kurczaka. Poza tym… – Zawahała się, ponieważ to był niebezpieczny temat.

Moc bogów zależała od wiary. W poprzedniej epoce panowali również na Wschodzie, ale władcy wówczas młodego Imperium sprzeciwiali się wizji mocy potężniejszej niż ich własna uprzywilejowana pozycja. Potępiali tych, którzy pokładali wiarę w Sześciorgu, powoli wykorzeniając praktyki religijne za pomocą kar i wymazywania wiedzy, aż bogowie utracili panowanie. A w miarę jak władza Imperium rozprzestrzeniała się na północ i południe, wiara w Sześcioro znikała, aż bogowie nie mogli już dotknąć tych ziem. Nie mogli ich nawet zobaczyć.

Gdyby Terianę przyłapano na wyznawaniu wiary, mogłaby zostać aresztowana za pogaństwo, co oznaczało niebezpieczeństwo prześladowań dla wszystkich jej rodaków. Ale Lidia była inna. Można było jej zaufać.

– Magnius jest półbogiem. Potomkiem Madorii, Bogini Mórz. Głód nie ma dla niego znaczenia.

–  Nie ma czegoś takiego jak bogowie – mruknęła Lidia. – Wszystko da się wyjaśnić dzięki logice i rozumowaniu.

„A może nie jest aż tak inna”. Teriana zrobiła krzywą minę.

– Ależ z ciebie grzeczna papużka. Choć jeśli wolno mi tak powiedzieć, byłabyś o wiele bardziej przekonująca, gdybyś przed chwilą nie przyznała się, że rozmawiałaś z przerośniętym wężem morskim.

– To prawda. – Lidia wpatrywała się w fale.

– Co się stało? – Teriana potrząsnęła ją za ramię. – Powiedz mi, co sprawiło, że sama nie przyszłaś do portu.

Przyjaciółka wbiła proste białe zęby w dolną wargę.

– Ojciec zabronił mi tam iść.