Zdążyć przed czarnym kotem - K. E. Adamus - ebook
Opis

Studenta pierwszego roku prześladuje pech, we wręcz groteskowej postaci. Rzeczy, które mu się przytrafiają, przeczą rachunkowi prawdopodobieństwa. Czy to możliwe, aby ktoś miał aż takiego pecha? Ukoronowaniem tych fatalnych wydarzeń jest śmierć jego sponsorki. Zamiast szukać sprawcy, Mateusz postanawia udawać przed światem, że kobieta wciąż żyje. Co z tego wyniknie? 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 194

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© K. E. Adamus, 2019

© K. E. Adamus, projekt okładki, 2019

ISBN 9781912831111

Wydawnictwo 161 Days

Spis treści:

Prolog

Roboty nie dadzą ci pieniędzy!

Matura nie da ci pracy!

Pani Pelagia

Niechciane zwłoki

Szansa

Deprecha

Plany

Pomysł

Soda kaustyczna

Rozstanie z Pelagią

Przygotowania

Alicja w krainie czarów

Budzenie się z letargu

Pudła Pelagii

List Pelagii

Odkrycie

Nalot

Główkowanie

Spotkanie

Więzienie

Dziennikarka

Ucieczka

Prolog

Siedzę w więzieniu i powiem wam szczerze, wcale mnie nie cieszą darmowe posiłki i dach nad głową. Oczywiście, jestem niewinny i to nie w tym znaczeniu, co połowa więźniów. Większość z nich zarzeka się na prochy bliskich, że nie dokonali zarzucanych im przestępstw. Pozostali więźniowie są dumni ze swoich postępków. Ja natomiast naprawdę jestem niewinny. Sąd orzekł inaczej. Jak wygląda prawda? Sami osądźcie!

Roboty nie dadzą ci pieniędzy!

Podobno, aby osiągnąć sukces, należy się znaleźć we właściwym miejscu o właściwym czasie, posiadając właściwy produkt do sprzedaży. Ja zawsze znajdowałem się w najgorszych z możliwych okoliczności i z pochyloną głową smętnie czekałem na swój miecz Damoklesa, a zamiast produktów dźwigałem status osobnika doświadczonego przez fatum.

W pogodne dni zawsze trafiałem stopą w zatęchłe kałuże, o podejrzanym kolorycie i zapachu. W dni deszczowe parasole wywijały się na drugą stronę i szydziły ze mnie połamanymi drutami. Kiedy czekały na mnie ważne zadania, budzik nie dzwonił i przesypiałem istotne wydarzenia życiowe. A jeśli zdarzyło się coś miłego, budziło to uzasadniony niepokój, że to tylko przygrywka do jakiejś fatalnej sytuacji, w której stracę resztki godności.

Nie chcąc igrać z losem, zaszyłem się w domu i tworzyłem z metalowych śrubek i płytek małe roboty. Całe liceum zajęło mi rozgryzienie jak stworzyć samonapędzający się mechanizm, dzięki któremu roboty od czasu do czasu się poruszały. Chciałem sprzedać kilka klonów mojego ulubionego prototypu kolegom.

- To kukiełki, nie roboty - sprowadzali mnie do pionu znajomi. - Roboty wykonują jakąś czynność, a twoje potrafią tylko ruszyć od czasu do czasu kończyną.

Rozgoryczony, do czego przyczyniły się także fatalne oceny z matematyki i fizyki, zrezygnowałem z kariery inżyniera.

- Na śrubkach nie zarobisz! - powtarzali mi rodzice, za każdym razem, gdy zapomniałem się stawić na obiad, dłubiąc przy kolejnym projekcie.

To doświadczenie nauczyło mnie jednego – nigdy nie zarobię na swojej pasji.

Miałem - wtedy jeszcze nie było ogólnie dostępnego Internetu - dużo czasu na przemyślenia. Pierwszym z moich marzeń było usamodzielnienie się. Chciałem mieć własne pieniądze. Jednak droga do tego rzadko kiedy wiedzie przez ogólnie szanowany schemat: magisterka, praca. Ja jeszcze tego nie wiedziałem. Chciałem mieć jakieś szczególne umiejętności, które pomogłyby mi znaleźć pracę zawsze i wszędzie - bez względu na czas i miejsce.

Otumaniony powszechnie propagowanym schematem, nie poszedłem jednak do technikum, tylko liceum. Tu poznałem więcej szczegółów budowy pantofelka. Wciąż nie miałem żadnych umiejętności, które pozwoliłyby mi się usamodzielnić. Nie mierzyłem wysoko; chciałem mieć tylko własne pieniądze i powielać ogólnie propagowany styl życia – raz w roku urlop i praca na własny dom i rodzinę.

Po maturze wciąż miałem czas na weryfikację tej matrycy.

Postanowiłem jednak, igrając z fatum, iść na studia.

W wieku osiemnastu lat nie czułem pociągu do żadnej z dziedzin nauki, wykładanych na uniwersytetach i szkołach wyższych. Stwierdziłem, że warto zadbać w takim razie o analizę swojej osoby.

Już miałem zostać psychologiem, założyć własny gabinet i zarabiać dużo pieniędzy, ale zaspałem na pociąg, który miał mnie zawieźć na egzamin na studia psychologiczne. Zrobiłem szybki przegląd kierunków, na które można jeszcze składać papiery. Wylądowałem w pobliskim mieście na kulturoznawstwie. O dziwo, bez przeszkód zaliczyłem pierwszy semestr, a wykładana teoria zainteresowała mnie. Oczyma wyobraźni już widziałem siebie jako profesora kulturoznawstwa, jeżdżącego na zagraniczne seminaria i publikującego co roku kilka książek naukowych. Z gatunku tych wspaniałych książek, które zmieniają bieg historii.

Tak było do czasu, gdy pewnego majowego dnia zapragnąłem kupić czekoladki truflowe. W sklepie przy akademiku królowały pasztety, parówki i wyroby czekoladopodobne, więc postanowiłem udać się do supermarketu na obrzeżach miasta. Zapomniałem oczywiście biletu miesięcznego i w tramwaju zostałem spisany przez kontrolerów. Jednak nie zepsuło to mojego humoru. Zasadniczo, skoro już wydarzyło się coś nieprzyjemnego, dalsza część dnia powinna być sielanką. Nie była.

W supermarkecie obrzygał mnie jakiś małolat, objadający się, ukradzionym zapewne, batonikiem karmelowym. Na szczęście wydzieliny nie dosięgły czekoladek, więc udałem się do najodleglejszej kasy, by przemknąć niepostrzeżenie przez supermarket, zapłacić i oczyścić ubranie w toalecie.

Przy upatrzonej kasie stały dwie osoby. Nieśmiało stanąłem za nimi, czując, że cuchnę sokami trawiennymi małolata. Po przeczytaniu tysięcy książek sensacyjnych zawsze myślałem, że jestem idealnym kandydatem na agenta i mam świetny zmysł obserwacji i postrzegania. W rzeczywistości dopiero po dwóch minutach zorientowałem się, że stoi przede mną w kolejce jeden z wykładowców; doktor Płoński.

Chciałem grzecznie go przywitać, ale pierwsza odezwała się towarzysząca mu kobieta:

- Swojej żonie też kupujesz smalec na kolację?

- Nie, jej kupuję mortadelę... - odpowiedział doktor Płoński.

Zastanawiałem się, czym powinienem się speszyć najbardziej: tym, że spotykam wykładowcę będąc w obrzyganym ubraniu — nikt nie napisał na nim, że to rzygi małolata, wykładowca mógł pomyśleć, że to moje własne, tym, że spotykam wykładowcę z kochanką, czy też tym, że nakryłem go na braku klasy. Kochanka zdecydowanie zasługiwała na szynkę.

Doktor Płoński także nie grzeszył spostrzegawczością, gdyż dopiero teraz mnie dostrzegł.

- Pani zapłaci za zakupy... - rzucił do kochanki i śmiesznym truchtem wybiegł z supermarketu.

- Chyba go rzucę-westchnęła kochanka do kasjerki. - To miała być romantyczna kolacja we dwoje, a on kupuje smalec wyborowy, kaszankę i piwo marki „supermarket”...

- Należy się pięćdziesiąt złotych i dziewięćdziesiąt dziewięć groszy...

- odpowiedziała kasjerka.

- Tak dużo?

- Jak kochanieńką nie stać, to nici z romantycznej kolacji - kasjerka najwyraźniej nie tolerowała zdrady.

Kochanka doktora wygrzebała portmonetkę z torebki i podała kasjerce banknot stuzłotowy, w geście ręki do pocałowania. Rozbawiony, czekałem na ruch kasjerki. Nie zawiodła mnie. Wyjęła jakiś mazak i sprawdziła, czy banknot nie jest podrobiony. Bez słowa wydała resztę, ignorując wyciągniętą rękę kobiety i wysypując pieniądze na tackę.

Nie czekając, aż kochanka doktora pozbiera pieniądze, przeskanowała moje czekoladki.

- Lepiej by było wydać te pieniądze na pralnię - powiedziała, nie odwzajemniając mojego uśmiechu.

Postanowiłem nie mówić nikomu o romansie doktora Płońskiego. Zachowując tajemnicę, czułem się jak stuprocentowy dżentelmen. Poza tym nigdy nie zajmowałem się plotkami, uważając to za uwłaczające mojej godności. Niestety, doktor Płoński o tym nie wiedział. Zapewne przypuszczał, że o jego kochance nadawano nawet w studenckim radiu. Swój pierwszy wykład po niefortunnym spotkaniu poświęcił tematowi zdrady. Przez półtorej godziny opisywał społeczne i kulturowe inklinacje zdrady w różnych krajach i wśród różnorodnych grup etnicznych. Przytaczał zabawne anegdoty, przysłowia oraz liczne cytaty. Studenci śmiali się i komentowali między sobą szeptem treść wykładu.

„Wierność to silne swędzenie z zakazem podrapania się” - dr Płoński zakończył swój wykład, cytując Juliana Tuwima. Szybko zebrał swoje rzeczy i nie czekając na pytania studentów opuścił aulę. W czasie wykładu miałem wrażenie, że wykładowca bacznie mnie obserwuje. Nie czułem się z tym komfortowo. Z obawą czekałem na końcowy egzamin ustny. Jak się okazało, lęk był uzasadniony.

W dniu egzaminu pech wiernie towarzyszył mojej mizernej osobie. Współlokator na kacu, po świętowaniu pomyślnego zaliczenia przedmiotu, wylał na mój przygotowany garnitur garnek fasolki po bretońsku. Ocalały jedynie spodnie. Marynarka nadawała się do trzykrotnego prania chemicznego. Pozostałe ubrania właśnie schły, po wczorajszym zdobyciu dostępu do pralki w akademiku. Skruszony współlokator wyciągnął z szafy swój niebieski sweter w różowe romby w rozmiarze XXL. Nolens volens założyłem potworka i pognałem na egzamin.

Byłem trzeci w kolejce do sprawdzenia wiedzy. Doktor Płoński zignorował moje powitanie, kazał usiąść i wystrzelił z pierwszym pytaniem:

- Proszę mi opowiedzieć, na podstawie wiedzy z zajęć, o kulturowych uwarunkowaniach plotki.

- A więc plotki spajają grupy społeczne - zacząłem lawirować w gąszczu informacji wyniesionych z wykładu i przeczytanych publikacji naukowych. - Mogą stanowić o pomyślnej komunikacji międzyludzkiej. Czasami nawet potrafią zamienić się w anegdoty i na przykład miejskie legendy...

- Źle - przerwał mi wykładowca. - Cały czas mówi pan o skutkach i roli plotek, a ja pytałem o kulturowe uwarunkowania ich powstania. Przejdźmy do następnego pytania. Proszę opowiedzieć o zdradzie w plemionach afrykańskich, widziałem pana...

- Ja tylko kupowałem czekoladki... - przerwałem.

- Nic nie wiem o czekoladkach - odpowiedział doktor. - Widziałem pana, był pan na tym wykładzie, więc pytanie powinno być banalnie proste...

- Z informacji o plemionach afrykańskich zapamiętałem tylko tę o steatopygii u Hotentotów, dlatego milczałem przerażony, nawet nie próbując improwizować.

- Ostatnie pytanie - doktor Płoński przerwał uciążliwe milczenie. - Proszę mi podać definicję socjalizacji na przykładzie Tatarów polskich.

- Zanim odpowiem na pytanie opowiem anegdotkę o powstaniu potrawy o nazwie tatar - zacząłem opisywać perypetie surowego kotleta pod siodłem tatarskim, gdy doktor przerwał mi.

- Bredzi pan. Mam nadzieję, że na egzamin poprawkowy przyjdzie pan lepiej przygotowany.

Wyszedłem z sali załamany. Z wysoką średnią z poprzednich egzaminów, liczyłem na stypendium naukowe, ale najwyraźniej pech poszedł tylko na kilkumiesięczny urlop i teraz działał ze zdwojoną energią.

- Ty zdrajco! - złorzeczyłem pod adresem doktora. Miałem ochotę opowiedzieć wszystkim o jego romansie, ale po oblaniu egzaminu stałem się mało wiarygodny. Żałowałem swojej dżentelmeńskiej dyskrecji.

- Kolejna piątka w indeksie? - zagadnęła Alicja.

Nie miałem ochoty z nią rozmawiać. Spodobała mi się na pierwszych zajęciach, gdy obserwowałem jej atletycznie zbudowane ciało, ale urok trwał tylko do momentu, gdy odwróciła się i zobaczyłem jej twarz. Była brzydka. Bure, małe oczy, dziobaty nos i szeroka twarz zniechęcały skutecznie. Niestety, ta animozja nie działała w drugą stronę. Alicja najwyraźniej zakochała się we mnie. Przynosiła mi drugie śniadanie, pożyczała notatki z wykładów i zawsze starała się siedzieć na sąsiednim miejscu na zajęciach.

Była inteligentna i miała szeroką wiedzę. Rozmowy z nią poprawiały humor każdemu rozmówcy. Przeszkadzało mi to uczucie. Gdybyż tylko chciała zrozumieć, że możemy być jedynie kumplami... Jej zaloty przeszkadzały mi w zaprzyjaźnieniu się z Moniką. Mimo kruczoczarnych włosów Monika zachowywała się jak tępa blondynka z dowcipów, ale jej uroda tak oczarowała wszystkich studentów, że pobłażano jej umysłowym niedostatkom.

- No więc jak ci poszło? - Alicja powtórzyła pytanie.

- Oblałem - chciałem nadać swojej wypowiedzi nonszalancki ton, ale mój głos mnie zawiódł i z gardła wydobył mi się tylko cieniutki pisk.

- To pewnie przez ten masoński sweter - usłyszałem najsłodszy głos na roku. To Monika wtrąciła się do naszej rozmowy.

Momentalnie wrócił mi animusz. „Jaka ona dowcipna, może tylko udaje głupiutką”. - pomyślałem. - „Może to te kilka sekund szansy, by zwrócić jej uwagę...”

- No tak, jak przejdę kolejny etap w loży to na pewno pozaliczam wszystkie przedmioty, nawet nie chodząc na wykłady - z uśmiechem kontynuowałem jej tok wypowiedzi.

- Do tego czasu wypełnisz sobą ten za duży sweter, a on zniszczy się od codziennego chodzenia w nim -uśmiechnęła się słodko Monika.

Stojący w pobliżu studenci zaczęli się śmiać. Nie przyszła mi do głowy żadna riposta, dlatego też zacząłem się śmiać, momentalnie czując za to pogardę do siebie.

- Do tego chyba nie dojdzie - wypaliłem. - Przytyję tak, że sweter stanie się za ciasny i będę chodzić w innym.

Alicja złapała mnie za luźno zwisający rękaw i odciągnęła na bok.

- Mógłbyś mieć trochę więcej godności - zaczęła mnie strofować. - Nie daj sobą pomiatać jakimś półmózgom, nawet w pięknej oprawie...

- Na pewno żartowała - zacząłem się bronić. - Poza tym trzeba mieć dystans do samego siebie.

- Wybaczyłbyś jej, nawet gdyby wylała na ciebie wiadro z zawartością szamba.

- Skąd wiesz?

- Masakra. Właśnie widziałam próbkę tej czynności - westchnęła tylko Alicja i zaciągnęła mnie na kawę do pobliskiej kawiarenki.

W przypadku oblania pierwszego egzaminu była jeszcze możliwość zdawania dwóch egzaminów poprawkowych. Przez całe wakacje siedziałem nad notatkami, czytałem lektury akademickie, aby na egzaminie poprawkowym nie dać satysfakcji doktorowi Płońskiemu. Przerywałem naukę tylko po to, by podłubać przy którymś z zaniedbanych na czas studiów robotów. W przeddzień pierwszego terminu egzaminu zjawiłem się w akademiku. Wolałem zapłacić za nocleg i mieć pewność, że będę na czas. Czytałem notatki do trzeciej nad ranem. W końcu, zmęczony, nastawiłem budzik i poszedłem spać. Mój współlokator z pokoju nadal się uczył na poprawkowy egzamin z chemii organicznej. Następnego dnia obudziłem się z dziwnym poczuciem klęski. Coś było nie tak. Za oknem trwał piękny, wrześniowy dzień i wyglądało na to, że jest już południe, a nie ranek. Zerwałem się przerażony. Obok mojego budzika leżały wyjęte z niego baterie i kartka od współlokatora.

„Przepraszam, ale budzik za głośno tyka i nie mogę się skupić na nauce” z trudnością odczytałem bazgroły przyszłego chemika. Mój budzik w telefonie komórkowym także nie zadzwonił.

Pośpiesznie ubrałem się i pobiegłem na uczelnię. Doktora Płońskiego już nie było. Odczekałem dwie godziny w kolejce do sekretariatu i kiedy wreszcie przyszła moja kolej, jąkając się, wyjaśniłem sytuację. Sekretarka kazała napisać podanie o następny termin egzaminu. Napisanie podania zajęło mi kilka minut, ale kolejny raz musiałem czekać w kolejce.

- Pan wie, że pierwszy termin egzaminu już przepadł? - odezwała się sekretarka, po przeczytaniu podania.

- To przez tego studenta chemii - zacząłem się bronić.

- Proszę się przygotować na to, że jako humanista, będzie pan całe życie przegrywać z umysłami ścisłymi - powiedziała sekretarka i głośnym „dziękuję, to wszystko” dała mi znać, że audiencja w sekretariacie już się skończyła.

Po tygodniu przyszło pismo z nowym terminem egzaminu. Jednak pech nie odpuszczał. Zmarł mój ojciec chrzestny i w dniu egzaminu udałem się na pogrzeb. Poprosiłem rodzinę chrzestnego o kopię zgonu, aby przedstawić dokument na uczelni i wyjaśnić, dlaczego nie przyszedłem kolejny raz na egzamin. Jednak żona chrzestnego na moją prośbę mruknęla tylko pod nosem coś o pożądliwości spadku i na tym się skończyło. Wkrótce przyszło pismo o skreśleniu z listy studentów.

Rodzice nic nie wiedzieli o tych problemach i chciałem, aby tak pozostało. Nie byli bogaci i wiem, że moje studia odbiły się poważnie na budżecie domowym.

Postanowiłem napisać list do rektora uczelni. Opisałem spotkanie z doktorem Płońskim i jego kochanką, tylko nie zapamiętałem co kupowali i w liście napisałem o salcesonie. Odpowiedź przyszłą szybko. Rektor w obcesowych słowach poinformował mnie, że zna osobiście doktora Płońskiego, który jest uczulony na salceson, a poza tym jest przykładnym mężem i ojcem. Napisał, że skieruje sprawę do sądu o rzekome pomówienie. Na koniec dodał, że dostałem wilczy bilet, czyli dożywotni zakaz studiowania na jego uczelni.

W ten oto sposób moja próba usamodzielnienia się, przy wykorzystaniu ogólnie szanowanych chwytów, czyli nauki, nauki a później pracy na etacie, skończyła się porażką.

Nie zamierzałem się jednak poddawać.

Matura nie da ci pracy!

Swoją klęskę zataiłem przed rodziną. Pod koniec września spakowałem rzeczy i udałem, że jadę na studia. Wcześniej uzgodniłem z Alicją, że zamieszkam razem z nią w akademiku. Zajmowała jednoosobowy pokój, przywilej rzadko dostępny studentom drugiego roku. Alicja dostała jednak dodatkowe punkty za pracę w Radzie Mieszkańców akademika oraz za pochodzenie z domu dziecka.

- Rodzice mnie porzucili, bo byłam brzydka - użalała się czasami nad sobą po wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu. Zazwyczaj nie wiedziałem co odpowiedzieć na takie wynurzenia. Gdybym powiedział, że nie jest brzydka, skłamałbym. Gdybym powiedział, że to z innego powodu, jej brzydota zostałaby potwierdzona. Dlatego zazwyczaj mruczałem pod nosem, że będzie dobrze i klepałem ją po plecach.

Alicja uprosiła jednego z kolegów z Rady Mieszkańców, aby wydał mi kartę mieszkańca akademika. Przy wejściu do budynku krążył bowiem wieczorami ochroniarz i wyżywał się na studentach za swoje niespełnione ambicje zdania matury. Goście mieszkańców zostawiali dokumenty tożsamości na recepcji i jeśli nie mieli karty, podpisanej przez radę mieszkańców, musieli płacić kilkadziesiąt złotych za swój pobyt, gdy opuszczali akademik po północy. Dlatego prawdziwa karta stałego mieszkańca była mi niezbędna.

Kilka dni po wprowadzeniu się do pokoju Alicji udałem się do Urzędu Pracy, aby zarejestrować się jako bezrobotny.

- Nie podlega pan pod nasz urząd - poinformowała mnie pracownica pośredniaka. - Proszę udać się do urzędu powiatowego tam, gdzie ma pan stałe miejsce zamieszkania.

Próbowałem ubłagać kobietę, ale moje wynurzenia i opisy klęsk życiowych nie zrobiły na niej wrażenia.

- Jak masz pan pecha, to i tak w robocie byś pan się nie sprawdził - powiedziała i wrzasnęła: - Następny!

Z dziwnym uczuciem ssania w żołądku opuściłem budynek, uprzednio sprawdziwszy tablicę ogłoszeń. Poszukiwano spawacza, elektryka i piekarza. Nikt nie szukał bezrobotnych absolwentów liceum.

Przez chwilę przypomniałem sobie swoje marzenie, żeby mieć umiejętności, dzięki którym zawsze i wszędzie znajdę pracę. Dlaczego nie zostałem super elektrykiem?

Piękny, październikowy dzień nie sprzyjał dołowaniu się.

Przejrzyste powietrze, złote i purpurowe liście drzew w parkach i na ulicach, ukośne promienie słońca. Z pewnością nie była to wymarzona pogoda dla samobójców. Na wszelki wypadek zaparzyłem jednak ziele dziurawca, które ma działanie lekko antydepresyjne. Nie mogłem sobie pozwolić na rozpaczanie i użalanie się nad sobą.

Po wypiciu naparu poczułem napływ energii, aczkolwiek czułem się jakbym był pod wpływem jakiejś substancji odurzającej. Zbiegłem na dół do kafejki internetowej (Alicja miała swój laptop zabezpieczony hasłem) i pełen natchnienia zacząłem pisać zwięzły życiorys.

Pominąłem rok studiów, aby uniknąć pytań o swoją porażkę, w zamian przedłużając o rok roznoszenie ulotek i materiałów reklamowych. Dodałem zdjęcie z gór, na którym ładnie prezentowała się moja atletyczna sylwetka, a twarz bruneta z zielonymi oczyma wyglądała przystojnie ze względu na małą ilość pikseli i nie widać było tych kilku pryszczy, które zawsze królowały na moim obliczu.

Następnie zarejestrowałem się na portalu dla szukających pracy i wysłałem swoje CV w pięćdziesiąt różnych miejsc. Aplikowałem na stanowiska kelnerów, przedstawicieli handlowych, pracowników call centre, ochroniarzy, a nawet pomocników kucharza. Zawsze robiłem dobrą jajecznicę.

Zadowolony wróciłem do pokoju Alicji. Moja przyjaciółka właśnie wróciła z zajęć. Na mój widok zrobiła speszoną minę.

- Mów od razu, co się stało - zagadnąłem.

- Straszne plotki krążą o tobie. Wszyscy mówią, że nie zdałeś, mimo łatwych pytań i że jesteś za głupi, żeby studiować.

- Za rok będę zdawać na ekonomię albo prawo... albo psychologię...Teraz muszę znaleźć pracę, bo nie dostanę w tym roku kredytu studenckiego.

- Jesteś inteligentny, na pewno coś znajdziesz.

- Inteligentnych szukają na stanowiska z wymaganym wykształceniem wyższym. Nie mam aktualnie wysokich wymagań, wystarczy byle co.

Jak się okazało, znalezienie „byle czego” nie było takie łatwe, zwłaszcza że pech nie odpuszczał. Codziennie wysyłałem po pięćdziesiąt różnych aplikacji, ale telefon milczał. Dopiero po dwóch tygodniach zadzwoniono do mnie z propozycją pracy przy segregacji elementów produktów w pobliskiej fabryce.

Włożyłem garnitur, niebieską koszulę – bo podobno niebieski kolor ma jakieś działanie i nosi go większość przedsiębiorców i polityków – na wierzch zarzuciłem moją jedyną kurtkę z goreteksu i udałem się na spotkanie. Sportowa kurtka nie pasowała do eleganckiego ubioru, zdjąłem ją więc dwie przecznice przed budynkiem fabryki i wsadziłem do torby. Kilka kroków później poczułem pacnięcie w ramię. To przelatujący gołąb obdarował mnie swoimi odchodami. Przekląłem wszystkich bogów i miałem zamiar im złorzeczyć na kilka pokoleń wstecz i do przodu, ale lekko pogubiłem się i zapętliłem, z powodu braku wiedzy na temat bóstw wszelakich. Czas naglił. Nie miałem chusteczek higienicznych. Zostały w plecaku, który zazwyczaj nosiłem ze sobą.

Tak więc na rozmowę kwalifikacyjną stawiłem się obesrany i śmierdzący.

- To na szczęście - próbowała żartować otyła pani z działu kadr, ale jej skrzywiona mina sugerowała, że moja kandydatura nie będzie brana pod uwagę. - Niestety, już zapełniliśmy wszystkie wakaty - powiedziała po chwili.

- To dlaczego nikt nie odwołał spotkania? - oburzyłem się.

- Nie podoba mi się pańska postawa - odpowiedziała. - Na buntowników czekają prace w reklamie, ale pan na to nie ma odpowiedniego wykształcenia i zdolności. Proszę popracować nad sobą.

- A ja pani proponuję ćwiczyć własną postawę poprzez ćwiczenia gimnastyczne. Przydałoby się zrzucić kilkadziesiąt kilogramów, kręgosłup odpocznie - odparowałem.

Rzadko kiedy byłem niegrzeczny, ale poczułem, że to koniec pozwalania na pomiatanie moją osobą. Nie wiedziałem jeszcze, że to dopiero początek przewrotnych zdarzeń, a moja godność i honor zostaną nieodwracalnie utracone.

- Do niewidzenia - powiedziała. - Przynajmniej nie muszę nosić ptasiej kupy na sobie.

Czułem, że z emocji straciłem głos, dlatego nie mogłem wypowiedzieć żadnej riposty i babsko z triumfem oglądało mój odwrót.

Kilka minut później zadzwonił telefon. Okazało się, że to w sprawie pracy w call center.

Niestety, mój głos wciąż nie wrócił do normalnego spektrum.

- Tak, chętnie będę pracować po godzinach - piszczałem do słuchawki.

- Niestety, pański głos nie wzbudza zaufania. Czy to wciąż mutacja? Ile ma pan lat?

- Chwilowy nieżyt gardła - próbowałem się bronić.

- Tak wczesną jesienią już ma pan problem z gardłem? To nie wróży dobrze - powiedziała moja rozmówczyni i się rozłączyła.

- Żeby to wszystko szlag trafił - zakląłem.

- Jakiś problem? - usłyszałem za sobą.

Odwróciłem się i zobaczyłem zakonnika. Nie znałem się na habitach, więc trudno mi było stwierdzić, z kim mam do czynienia. A więc oto wysłannik boga stoi przede mną, mogłem się nad nim pastwić bez żadnych konsekwencji, na pewno nadstawi drugi policzek.

- Szukam pracy i twój bóg mi w tym przeszkadza. Jest złem wcielonym! - zacząłem przemowę piszczącym głosikiem.

- Niezbadane są ścieżki Pana - odpowiedział zakonnik.

- Nie jestem zbytnio wierzący, ale jeśli bóg istnieje, a ty jesteś jego wysłannikiem, to źle się dzieje na świecie - wtrąciłem i uznawszy rozmowę za zakończoną, ruszyłem przed siebie.

- U nas też jest dużo niewierzących - stwierdził zakonnik.

- To jakaś ukryta kamera? - zapytałem zdezorientowany.

- To moja wizytówka - wręczył mi kawałek czerpanego papieru. - Jak będziesz gotowy, to zadzwoń.

- Po co mi wizytówka pedała!

Szybki cios w szczękę lekko mnie zdezorientował.

- Kurde! - powiedziałem w szoku i było to jedyne, co mi przyszło do głowy.

Zakonnik odszedł sprężystym krokiem, nie oglądając się za siebie. Podniosłem z chodnika wizytówkę i wcisnąłem ją do torby.

- Pokaż ją, pokaż - zaczęła mnie dręczyć Alicja dwie godziny później.

„Porady duchowe brata Edgara” - przeczytała na głos, gdy już wręczyłem jej kartkę.

- A może wstąpię na rok do klasztoru? - zacząłem błaznować, chcąc za żartami ukryć urazę i ujmę na honorze. Nawet bić się nie umiem.

- Jedzenie i nocleg za darmo. I nauka boksu zapewne.

- Zamkną cię i nie wypuszczą.

- Zapuszczę brodę, nauczę się na pamięć gadek motywacyjnych i zostanę mnisim guru.

Moje żarty nie śmieszyły nawet mnie samego. Nie mogłem ciągle mieszkać u Alicji, ktoś mógłby donieść o moim pobycie i miałaby problemy.

Następnego dnia obudził mnie rano dzwonek telefonu. Dzwoniła miła pani z ofertą pracy w ochronie. Przytaknąłem, że znam techniki interwencyjne i umówiła mnie nazajutrz na spotkanie z szefem. Zadowolony odłożyłem komórkę. I nagle posypały się telefony. Dzwoniono w sprawie różnych ofert, od przedstawiciela handlowego po administratora i wszyscy chcieli się umówić na ten sam termin, co pani z ochrony.

- Niestety jutro nie mogę, odwożę koleżankę na lotnisko – kłamałem.