Zazdrość albo płoń, Oslo, płoń - Johanna Frid - ebook

Zazdrość albo płoń, Oslo, płoń ebook

Johanna Frid

3,0

Opis

Zazdrość, Skandynawia, kobiecość i Instagram to główne tematy tej opowieści, która podbiła Szwecję! Ta książka zdobyła Nagrodę Kulturalną przyznawaną przez prestiżowy szwedzki dziennik „Dagens Nyheter”!

 

Johanna jest dziewczyną Emila. Pewnego dnia dowiaduje się przypadkowo, że Emil zamierza spotkać się ze swoją  poprzednią sympatią. To zdarzenie wywołuje w Johannie lawinę domysłów, obaw i złości. Tłem tej niezwykłej historii są wzajemne relacje mieszkańców trzech skandynawskich krajów: Szwecji, Danii i Norwegii.

 

Najważniejsza (i najlepsza) powieść jesieni o zakazanych emocjach i człowieczeństwie.

„Psykologi”, Dania

 

Dzięki jej niezłomnemu poszukiwaniu prawdy i wyjątkowemu językowi Johanna Frid wnosi nową energię do współczesnej literatury szwedzkiej.

„Göteborgsposten”, Szwecja

 

Do połączenia takiego humoru z mroczną opowieścią potrzebny jest niezwykły talent literacki. Mam nadzieję, że nie będzie przesadą stwierdzenie, że to początek wspaniałej kariery.

„Expressen”, Szwecja 

 

Obok O wpół do jedenastej wieczór, latem autorstwa Marguerite Duras jest to najbardziej wciągający tekst, jaki czytałem o zazdrości. Zazdrość albo płoń, Oslo, płoń to powieść napisana błyskotliwym poetyckim językiem, który podbija serce czytelnika.

„Hufvudstadsbladet”, Finlandia

 

Johanna Frid urodziła się w Sztokholmie w 1988 roku. Ukończyła licencjat z filozofii na Uniwersytecie Södertörns, natomiast tytuł magistra uzyskała na Uniwersytecie Południowej Daniu w Odense, kierunek: komunikacja kulturowa.

W 2017 roku zadebiutowała jako poetka i została nominowana do nagrody Szwedzkiego Radia.

W 2018 roku ukazała się jej debiutancka powieść Zazdrość albo płoń, Oslo, płoń, która stała się w Szwecji bestsellerem i zdobyła prestiżową Nagrodę Kulturalną dziennika „Dagens Nyheter” dla najważniejszego wydarzenia kulturalnego roku!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 167

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Powiedziałem tak wiele, lecz to nie pomogło.

1.

Brzmienie mojego języka w twoich ustach

Wszystko zaczęło się od zdjęcia.

To był deszczowy lipcowy wieczór. Pakowaliśmy się z Emilem. Następnego dnia mieliśmy wsiąść w pociąg do Odense i pojechać w odwiedziny do rodziców Emila. Byłam zestresowana, czułam niepokój, któremu towarzyszył ćmiący ból w ciele. Kilka tygodni wcześniej dowiedziałam się, że mam na jajniku niegroźną torbiel, i to całkowicie zaprzątało moje myśli. To i następny dzień. Wprawdzie znałam już rodziców Emila, lecz widziałam ich zaledwie kilka razy, a poza tym prawie nie mówiłam po duńsku. Coraz lepiej rozumiałam ten język, ale kiedy odpowiadałam Duńczykom po szwedzku, na ich twarzach malowała się pustka. Nie wiedziałam, czego mam się po tym wyjeździe spodziewać, jak się zachowywać, co spakować. Emil siedział przed swoim komputerem, a za oknem huczała ulica Amager Boulevard. Docierały do nas odgłosy syren policyjnych. Słyszeliśmy uporczywy deszcz i wiatr sprawiający, że w Kopenhadze zawsze świszczy. Chaotycznie składałam ubrania, aż w końcu poczułam się tym zmęczona, długo wpatrywałam się w niebieski kardigan, zatopiona w myślach na temat torbieli i rodziców Emila. A jeśli oni tak naprawdę mnie nienawidzą?

Emil wyrwał mnie z zamyślenia, wołając do komputera, bo ktoś napisał w „Politiken" oburzający artykuł na temat nowej fali poezji duńskiej. Zaczęłam go czytać i właśnie miałam coś powiedzieć, gdy zauważyłam na ekranie zdjęcie – Facebook powiadomił Emila, że dostał wiadomość. Był to czarno-biały portret, zdjęcie profilowe. Dziewczyna promieniała, dało się to zauważyć nawet na tak małej fotce. Miała jakieś dwadzieścia lat i uśmiechała się wprost do obiektywu. Zdjęcie było wykadrowane – twarz, kości policzkowe, piegi i zniewalający uśmiech wypełniały cały kadr. Mogłaby mieć na imię Synnøve albo Wenche lub Ragnhild, ale nosiła całkiem zwyczajne imię: Nora. Norweskie i zwyczajne.

Uszło ze mnie całe powietrze. Zapomniałam, co chciałam powiedzieć o krytyczce literackiej Lilian Munk Røsing, i boleśnie uświadomiłam sobie swoje ciało, ręce. Nora to była dziewczyna Emila. Nie wiedziałam, że wciąż utrzymują ze sobą kontakt. Poczułam, jak moje policzki płoną. Odebrało mi mowę, a potem ogarnął mnie wstyd. Bąknęłam coś pod nosem, udając, że wcale nie zobaczyłam czegoś ładnego i prywatnego. Czułam, jak obcy krajobraz wewnątrz mnie nabiera kształtu.

Znaliśmy się prawie od roku, a parą byliśmy od kilku miesięcy. Zaczynaliśmy się coraz lepiej rozumieć, choć bariera językowa wciąż istniała. Musiałam nie tylko poznać innego człowieka i inny skandynawski język, lecz także to, jak ten człowiek mówi w tym swoim skandynawskim języku. Duński powoli stawał się dla mnie zrozumiały w ustach Emila, poza tym on teraz częściej mówił po szwedzku. Kiedy się poznaliśmy – pewnego wrześniowego dnia na skąpanej w słońcu ławce – nie rozumiałam ani słowa. Siedziałam i paliłam papierosa jakieś pół minuty, zanim sobie uświadomiłam, że Emil chce skorzystać z mojej lighter. Studiowaliśmy razem i poczułam się wtedy jak kompletna idiotka, nie będąc w stanie wyłapać ani słowa z tego, co mówił. Kiedy na zajęciach pierwszego dnia Emil i ten drugi Duńczyk zabierali głos, po prostu się wyłączałam. To było gorsze niż radio ustawione między dwiema częstotliwościami, bardziej jakby ktoś próbował wypłukać ryż w durszlaku o zbyt dużych dziurkach albo wróżyć z fusów. Emil mieszkał w Szwecji od roku i miał szczątkową wiedzę na temat mojego języka – rozumiał ogólny sens zdań, ale czasem gubił się w szczegółach (kiedyś podczas seminarium podkreślił w omawianym przez nas tekście słowo „szyszka" i szepnął: „Co to znaczy?"). Reszta naszej grupy też miała problem, żeby się z nimi dogadać, lecz on i jego rodacy zdawali się tym jakoś szczególnie nie przejmować. Może wystarczyło im, że rozumieli siebie nawzajem. Może przepaść między nami po prostu była zbyt wielka, by ją pokonać. Tak czy owak, gdy szliśmy w przerwie na papierosa, Emilowi łatwiej było zrozumieć mnie niż mnie jego, co czyniło naszą rozmowę dość osobliwą. To wtedy pierwszy raz zobaczyłam ten wyraz twarzy, który – jak się potem okazało – jest typowy dla ludzi porozumiewających się ze sobą w dwóch różnych językach skandynawskich: tężejące przerażenie i niechęć pokazania po sobie, że tak naprawdę się nie rozumie. Większość osób pozwala, by bariera językowa i konsternacja wzięły górę, a rozmowa w końcu rozchodzi się po kościach. Tamtego dnia poczułam ogromną satysfakcję, gdy w końcu podałam Emilowi moją zapalniczkę. Jakby nie patrzeć, po angielsku to też lighter. Rozpoczęcie nauki duńskiego było moją bardzo świadomą decyzją. Kiedyś myślałam, że mieszkańcy sąsiednich krajów częściowo się rozumieją, ale okazało się, że jestem w błędzie; potrzebny był Google Translate, pot i długie rozmowy z moim przyjacielem Petterem, mieszkającym od dawna w Kopenhadze. Tamtej jesieni uświadomiłam sobie, że w nauczeniu się obcego języka dla drugiego człowieka mogłoby być coś romantycznego. Zarówno romantycznego w wyidealizowanym sensie, bo obudziła się we mnie próżna chęć dogłębnego zrozumienia czyjegoś świata, jak i romantycznego tak, jak romantyczne jest podarowanie komuś kwiatów albo opróżnienie zmywarki. Coś bardzo konkretnego i równocześnie symbolicznego. Nawet jeśli Dania i Szwecja sąsiadują ze sobą, to w ich językach występuje wiele różnic w wymowie, a słowa i składnia też znacznie się od siebie różnią. Inaczej mówiąc, jest to ambitne zadanie. Ale to nie miłość sprawiła, że chciałam się w te różnice zagłębić. Po prostu nagle postanowiłam, że chcę to zrobić. W grudniu stwierdziłam, że już na tyle dobrze opanowałam ten język, że mogę się z Emilem spotkać sam na sam. Przyjechał do Sztokholmu tylko na kilka dni, na kurs, i umówiliśmy się na piwo. Zaproponował w mejlu, żebyśmy w trakcie rozmowy posługiwali się karteczkami, jeśli konwersacja okaże się zbyt trudna. Podczas Bożego Narodzenia zaczęliśmy do siebie pisać coraz dłuższe mejle, a potem znowu się spotkaliśmy, tym razem w Kopenhadze, pewnego wietrznego dnia na początku stycznia. Nasz związek rozwijał się równolegle z tym, jak coraz lepiej rozumiałam duński. W marcu mogłam już wysłuchać audycji Skønlitteratur på P1 w duńskim radiu, a Emil spytał, czy zostanę jego kæreste, czyli dziewczyną.

Teraz był lipiec, a pod koniec sierpnia Emil miał się przeprowadzić do Sztokholmu. Trzy miesiące to krótki staż związku, lecz wystarczająco długi, by stworzyć coś bezpiecznego i pięknego. Jedna moja kumpela stwierdziła, że Emil ma serduszka w oczach, gdy na mnie patrzy. Sama tego nie dostrzegałam, ale czasami wyczuwałam w jego wzroku, że to prawda. Miałam do niego duże zaufanie, tak duże, że aż mnie to zaskakiwało. Ale zdjęcie Nory sprawiło, że zwątpiłam. Przeprosiłam go na chwilę i zamknęłam się w toalecie. Siedziałam tam dłuższy czas na opuszczonej desce sedesowej i wpatrywałam się w kafelki. Twarz mi płonęła, serce waliło. Byłam załamana. Jak dobrze znałam Emila? Wiedziałam, że jest lojalny w stosunku do swoich przyjaciół, dobry dla swoich sióstr, że ze wzruszającą sumiennością pisze swoje wiersze. Był pomocny, dobrze wychowany – ale miał też inne oblicze, trochę zaskakujące… Kiedy kilka miesięcy wcześniej usuwałam operacyjnie ząb mądrości, napisałam mu, że mam ochotę krzyczeć. Odpowiedział: „Krzycz". Z jakiegoś powodu mnie to zaskoczyło. Może nawet zachwyciło.

Ale co ja tak właściwie o nim wiedziałam? W moich oczach był wspaniały, oślepiał mnie swoim blaskiem. Nie patrzyłam na niego obiektywnie.

2.

Moje miejsce

Następnego dnia zgodnie z planem wsiedliśmy do pociągu. Pogoda się zmieniła; Dania zmagała się z falą upałów, a temperatura grubo przekraczała trzydzieści stopni. Gorąc wbijał w ziemię, a duńskie koleje rozdawały butelki z wodą, tworząc w centrum tej zapowiedzi końca świata odrobinę hygge. Emil czytał książkę E.T.A. Hoffmanna, która wyglądała na strasznie nudną. Ja niemrawo kartkowałam Ulissesa, rozważając, że pewnego dnia można by nim podeprzeć stół lub uszczelnić okno. Sunęliśmy przez zielony krajobraz.

– Często się kontaktujecie? – spytałam nagle. Emil podniósł wzrok znad książki. Przez chwilę wyglądał, jakby myślał, że chodzi mi o Króla Myszy z książki Hoffmanna. Nie, niezbyt często, od czasu do czasu… – Ty i Nora – dodałam, pochylając się, nagle musiałam poprawić torbę leżącą przy moich nogach.

– Nie – odparł.

Jakaś starsza para obok nas próbowała bez większego entuzjazmu rozwiązywać sudoku albo krzyżówkę. Wagon ociekał potem. Pojawiał się na górnych wargach i pod pachami.

– Przecież ona mieszka w Oslo – powiedział Emil, jakby to było jakieś wyjaśnienie. Oslo brzmiało prawie jak arsle[1]. Oschlo. Przetłumaczyłam: „przecież mieszka w Arsle".

Nie napomknęłam ani słowem o równych, białych zębach, o lokach ani o fantastycznych oczach, lecz nie mogłam się powstrzymać i wyznałam, że przez przypadek zobaczyłam, że do niego napisała.

– Nie zrobiłam tego specjalnie.

Emil zmarszczył czoło.

– Piszemy do siebie od czasu do czasu – powiedział po duńsku. – Czasami dzwonimy.

Jego głos był pozbawiony emocji. Moje niegodziwe pytania go nie uraziły. Czekałam, aż powie coś więcej, ale nie zrobił tego. Poczułam się banalna i bardzo, bardzo żałosna. Emil głośno przewrócił kartkę Hoffmanna.

Ale zdjęcie Nory nie było banalne. Zostało we mnie, wżarło się, paliło i trzepotało na wietrze niczym flaga. Gapiłam się przez okno na parę starszych ludzi. Książka wysunęła mi się z ręki. Zęby, loki, usta. Próbowałam zebrać to, co o niej wiedziałam, odtworzyć fragmenty rozmów, szczegóły zarejestrowane w przelocie. Pracowała w przedszkolu. Swoją pensję wydawała na ciuchy.

Twarz Emila była przyklejona do książki.

Wiedziałam, że chodzili ze sobą trochę ponad rok, że była od nas kilka lat młodsza i że poznali się w højskole, czyli na Uniwersytecie Ludowym w Kopenhadze. Kiedy Emil dostał się na studia w Szwecji, z miejsca rezerwowego, kilka tygodni po rozpoczęciu roku akademickiego, gdy akurat wili sobie wspólne gniazdko w Kopenhadze, plany się zmieniły i Nora wróciła do domu, do swojego taty mieszkającego w Oslo. Emil też miał się tam przenieść, ale zanim do tego doszło, Nora z nim zerwała, częściowo motywując to tym, że „chce podróżować". Emil opowiedział mi tę historię pewnego zimowego dnia podczas spaceru wokół Årstaviken. Trochę mnie rozbawiła. Teraz nie było mi zbytnio do śmiechu.

Znajdowaliśmy się w połowie drogi do Odense. Para rozwiązująca sudoku wysiadła w Slagelse. My przejechaliśmy przez most, po którym kiedyś maszerował król Karol X Gustaw, chociaż nie, w tamtych czasach nie było tutaj przecież żadnego mostu. Emil opowiadał mi kiedyś, że jeszcze w późnych latach dziewięćdziesiątych z Sjælland można się było dostać do Fyn jedynie promem. Przejechaliśmy przez Storebæltsbroen, most nad Wielkim Bełtem. Nagle uderzyła mnie pewna myśl: co bym zrobiła, gdyby zawieszono kursy? Emil każdego lata jeździł na tydzień do rodzinnego domu, co zazwyczaj zbiegało się z corocznym pobytem jego rodziców w SPA w Jylland. Brał wtedy ze sobą swoją kæreste. Dwa razy był tam z Norą – za pierwszym razem byli parą, a drugi raz pojechali tam kilka miesięcy po zerwaniu. Czyli ten drugi raz to były takie wakacje z bonusem, po których Emilowi została pamiątka w postaci świądu, nagłego parcia na mocz i zdiagnozowanej chlamydii. (Po zerwaniu Nora rzuciła się w Oslo w wir nocnego życia.)

Teraz nadeszła moja kolej, by zobaczyć Odense w letniej odsłonie i dołożyć jeszcze jedną flagę na skandynawskim maszcie Emila. Ciekawiło mnie, czy uzupełni go również o fińską, ale ugryzłam się w język i o to nie zapytałam. Upał sprawiał, że kleiłam się do siedzenia, nie dało się wytrzeć tej wilgoci, ponieważ wszystko było wilgotne od potu i wody. Pociąg się toczył. Nic nie wiedziałam o Danii. Co się tam robi w sytuacji zagrożenia? Dzwoni się pod 911? A jeśli ktoś mnie okradnie, zostanę bez portfela i komórki? Jak wrócę wtedy do domu? Czy jeśli zginę w wypadku, to moje organy zostaną przekazane do transplantacji? A może Duńczycy je po prostu spalą? – zastanawiałam się. Emil odłożył książkę.

– Niedługo przyjedzie do Kopenhagi – poinformował mnie po duńsku.

– Spotkacie się – bardziej stwierdziłam niż zapytałam. Ścisnęło mnie w gardle, tak jak w dzieciństwie, gdy wymiotowałam w każdy niedzielny wieczór przed pierwszą poniedziałkową lekcją, czyli WF-em.

– Tak – odparł, wzruszając ramionami. Nie nonszalancko, tylko lekko. Zamierzali się spotkać i pogadać o przeszłości i o tym, co teraz robią. Planował mi o tym powiedzieć, może zapomniał? Powiedział, że jakoś mu to umknęło.

– Ale teraz już wiesz – dodał.

Owszem, teraz już wiedziałam.

Znalazłam się w tym, a nie innym miejscu.

Co tam robiłam? W tym pociągu, z tą osobą, która nagle nie przypominała człowieka, którego znałam. To było obce ciało. Mężczyźni są tacy wielcy. Duże dłonie, duże stopy, słonie w składzie porcelany. Mógł jechać z Norą. Mogła teraz siedzieć na moim miejscu, dziewczyna o gładkiej norweskiej cerze. Okaz zdrowia z nieskazitelnymi wnętrznościami. Silna i cudownie ćwierkająca śpiewnym dialektem z Oslo (Arsle?). Dałaby sobie radę. Przecież robiła to już dwa lata z rzędu. Nora, czas na twój hattrick! Jak miałam rywalizować ze zwyciężczynią? Dwukrotną mistrzynią? Moja twarz nie mogła konkurować z jej twarzą. Wygrałaby walkowerem. Skoro miała przyjechać do Kopenhagi, to dlaczego miałaby nie pojechać też do Odense? Mogłaby pojawić się w wagonie i grzecznie powiedzieć po norwesku: „Przepraszam, chyba siedzisz na moim miejscu". Podejrzewałam, że natychmiast bym się poderwała. Znowu pomyślałam o tym zdjęciu przedstawiającym jej twarz, przypomniałam je sobie, próbując zrozumieć, który jego fragment sprawił, że zrobiło mi się ciężko na sercu. Zdjęcie musi dać się rozłożyć na czynniki pierwsze, kawałek po kawałku, na poszczególne piksele. Musi dać się je rozbroić, musi zawierać jakiś decydujący szczegół, który można usunąć i sprawić, że wszystko rozwieje wiatr. Czary-mary i wszystko znika. Ale nic z tego. Nie znalazłam felernego ogniwa i właśnie dotarliśmy na miejsce.

[1]Arsle (szw.) – tyłek.

3.

Bardziej rozległe lasy i więcej warte korony

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Najlepsza szwedzka powieść dla młodzieży ostatnich lat!

Nagroda dla najlepszej książki dla dzieci.

Nagroda Szwedzkiego Radia dla najlepszej książki dla dzieci.

Nominacja dla najlepszej książki dla dzieci i młodzieży.

Sasha ma dwanaście lat. Marzy o tym, by zostać królową śmiechu. By zostać Comedy Queen. Jej mama często mawiała, że niektórzy ludzie mają funny bones, czyli zabawne kości. Dzięki temu rozśmieszanie innych przychodzi im z łatwością. Tyle że mama Sashy już nie żyje.

Comedy Queen to cudowna opowieść o miłości, odwadze, tęsknocie i śmiechu. Wzruszająca, zabawna i doskonała. Jenni Jägerfeld jest w Szwecji uważana za współczesną Astrid Lindgren i nie ma w tym porównaniu ani odrobiny przesady. Przekonajcie się sami!

W lasku miejskim na peryferiach Pragi zostaje zamordowana młoda kobieta. Czy jej podobieństwo do córki mieszkającej w pobliżu dziennikarki jest przypadkowe? Śledztwo rozpoczyna inspektor Bergman.

Powieść Michaeli Klevisovej to doskonałe studium psychologiczne i obraz społeczeństwa, w którym pod powłoką pozornej normalności skrywają się tajemnice i pragnienia.

Inspektor Bergman – dwukrotnie rozwiedziony miłośnik kotów, wielbiący porządek i rzeczowość. Empatyczny, stanowczy i systematyczny. W pracy pomagają mu podwładni: Sylwia Rolnik i Adam Danesz.

Kroki mordercy to pierwsza część cyklu z inspektorem Bergmanem.

W praskim Lasku Diablickim zostaje postrzelona młoda kobieta. Nieprzytomna trafia do szpitala, a policja nie potrafi znaleźć sprawcy. Podejrzany jest narzeczony, przyjaciółka, a nawet rodzina, w której ofiara pilnowała dzieci. Osiem nie jest jednak typową powieścią kryminalną. Powaga miesza się tu z groteską, banał z oryginalnością, fundamentalne pytania z błahymi odpowiedziami, a całość jest doprawiona intrygującą i nietypową narracją. Nie może zatem dziwić, że mamy do czynienia z jednym z największych czeskich bestsellerów ostatnich lat.

Porywająca opowieść o sile nałogu. Przestroga dla młodzieży i rodziców.

Wzorowa rodzina: matka nauczycielka, ojciec przedsiębiorca, dwoje dzieci. Jednak pozorna idylla zmienia się w koszmar, gdy córka Alicja po raz pierwszy sięga po narkotyki i wsiada na szaleńczą karuzelę kręcącą się coraz szybciej. Czy stało się tak za sprawą jednej złej decyzji, czy wieloletnich błędów uznawanych powszechnie za błahe? Jak rodzice mogą ustrzec dzieci przed narkotykami? Jak one same mogą się przed nimi bronić?

Mam na imię Alicja. Jestem narkomanką to pierwsza część trylogii pod tytułem Dziewczyny na smyczy poświęconej problemom nastolatek.

Jeremiasz jest inny. Żyje w świecie, w którym dni tygodnia mają swoje kolory, a najlepszą zabawką jest zamek błyskawiczny. Jeremiasz wychodzi z domu tylko z olbrzymią pokrywką. Jeremiaszem opiekuje się siostra Pamela. Dlaczego to właśnie ona rozumie go najlepiej?

Chłopiec, jego siostra oraz ich mama przeprowadzają się do kolejnego miasta. Muszą rozpocząć życie na nowo. Czy tym razem im się to uda?

Ta pełna ciepła i humoru historia łamie serca i uczy zrozumienia.

NAGRODY:

Złota Wstęga 2017 – najlepsza książka dla młodzieży

Nagroda Bibliotekarzy 2017

Nagroda Nauczycieli 2017

Nominacja do nagrody Magnesia Litera 2017

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: Nora eller Brinn Oslo brinn

Copyright © Johanna Frid 2018 by Agreement with Grand Agency

Copyright © for Polish edition by Stara Szkoła Sp. z o.o., 2020

All rights reserved

The cost of this translation was defrayed by a subsidy from the Swedish Arts Council, gratefully acknowledged.

Koszt tłumaczenia niniejszej powieści został pokryty przez Szwedzką Radę Kultury i Sztuki, za co serdecznie dziękujemy.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, udostępnianie i rozpowszechnianie całości lub fragmentów bez pisemnej zgody wydawnictwa zabronione.

Tłumaczenie: Patrycja Włóczyk

Redakcja: Mirosław Śmigielski, Dagmara Ślęk‑Paw

Korekta: Ewa Żak

Projekt okładki: Radosław Bączkowski, Quite Studio

Wydawca:

Stara Szkoła Sp. z o.o.

Rudno 16, 56-100 Wołów

[email protected]

www.stara-szkola.com

ISBN 978-83-66013-39-1

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek