Zatoka samotnych serc - Marion Lennox - ebook
Opis

Kiedy szef złamał Nikki serce, postanowiła uciec z Sydney. Zamieszkuje w Banksia Bay, urokliwym miasteczku nad oceanem, pełna nadziei, że tu rozpocznie nowe życie. Wynajmuje pół domu od Gabe’a, miejscowego rybaka. Skryty Gabe wcale nie szuka jej towarzystwa, jednak im bardziej unika Nikki, tym bardziej ją fascynuje. A potem wydarzy się coś, co ich do siebie niespodziewanie zbliży…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 142

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marion Lennox

Zatoka samotnych serc

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nikki usłyszała pod drzwiami wycie wilka.

No, może nie pod samymi drzwiami, przyznała, gdy trochę się opanowała i wróciła na sofę. Ale dobiegało skądś w pobliżu. Najbardziej przerażający odgłos, jaki mogłaby sobie wyobrazić. A wcale nie był wytworem jej wyobraźni! Poczuła, że włosy zjeżyły się jej ze strachu.

Ostrożnie odstawiła na stolik porcelanową filiżankę z herbatą, absurdalnie zadowolona, że jej nie rozlała.

Starała się rozumować logicznie. W Banksia Bay, na północnym wybrzeżu Nowej Południowej Walii, nie ma wilków. Może to dingo?

Właściciel domu nie wspomniał jednak o psach dingo.

Ale on w ogóle niewiele mówił. Gabe Carver był najbardziej małomównym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek znała. Mrukliwie cedził słowa. „Podpisz tutaj. Czynsz płatny w każdy pierwszy wtorek miesiąca. W razie problemów zwróć się do Joego w porcie. To mój pracownik, miejscowa złota rączka. Witamy w Banksia Bay”.

Nawet to powitanie zabrzmiało szorstko.

Czy gospodarz jest u siebie? Wyjrzała na zewnątrz i z ulgą zobaczyła światła w jego oknach. Mieszkał za ścianą w tym samym olbrzymim starym domu na przylądku na skraju miasteczka. Wydzielone trzy pokoje z osobną kuchnią tworzyły jej wynajęty apartament. Frontowa weranda była wspólna.

Mrukliwy czy nie, pocieszyło ją, że jest w domu. Ten krzepki żeglarz sprawiał wrażenie twardego, silnego, nawet trochę groźnego. Jeżeli zjawi się wilk…

Bzdura, nic się nie zjawi. Jej drzwi są zamknięte na klucz. Poza tym to nie może być wilk. To tylko…

W nocnej ciszy ponownie rozległo się przeciągłe, rozpaczliwe wycie. To tylko pies wyje do księżyca. A jednak ten dźwięk nie brzmiał jak…

Znowu zerknęła przez okno, a potem zaciągnęła zasłony. Powinna po prostu położyć się spać. To jedyne rozsądne wyjście.

Rozbrzmiało kolejne wycie, pełne bólu i samotności.

– Jestem teraz wiejską dziewczyną, a one nie boją się wilków – powiedziała na głos.

Nieprawda, poprawiła się w duchu. Jest dziewczyną z miasta, która zaledwie od trzech tygodni mieszka w Banksia Bay i nic nie wie o wiejskim życiu. Uciekła tutaj po tym, jak podły szef złamał jej serce.

Za ścianą jest gospodarz domu. Psy czy wilki, on sobie z nimi poradzi albo wezwie Joego.

Wycie rozbrzmiewało w nocy, odbijając się echem we wnętrzu wielkiego domu.

Jakiś pies w tarapatach. To nie moja sprawa, pomyślał Gabe.

Żałosne wycie rozległo się ponownie, napełniając go smutkiem. Gdyby była tu Jem, wybiegłaby na dwór sprawdzić, co się dzieje.

Brakowało mu jej tak bardzo, jakby utracił część siebie.

Siedział jak zawsze w fotelu przy kominku, lecz miejsce u jego nóg było puste.

Znalazł Jem szesnaście lat temu – wychudzoną i wynędzniałą młodą sukę collie. Pożerała na plaży gnijącą rybę. Wziął ją na ręce niemal pewny, że wygłodniała suka warknie albo kłapnie zębami. Ale ona polizała go po twarzy – i to przypieczętowało ich dozgonną przyjaźń.

Umarła we śnie przed trzema miesiącami. Nadal zdarzało mu się sięgać ręką w dół, by pogładzić jej ciepłą, szorstką sierść. Ale Jem już przy nim nie było.

Wycie wdarło się w jego myśli. Zaklął.

Owszem, nie zamierzał się angażować – zawsze tego unikał – ale nie mógł dłużej ignorować rozpaczliwego wycia. Dochodziło z plaży. Jeżeli utknął tam jakiś pies… Zaraz zacznie się przypływ.

Westchnął i odłożył książkę. Wciągnął znoszony sztormiak, który dla niego, zawodowego rybaka, był niczym druga skóra. Włożył buty i ruszył do drzwi.

Po tym, jak odeszła od niego żona, postanowił mieszkać sam. Uczuciowe związki zawsze kończą się katastrofą. Wystarczało mu towarzystwo Jem. Ale ona umarła i teraz samotne życie zaczynało mu doskwierać.

Nikkita wiedziała, że powinna włożyć jedwabną pidżamę i wśliznąć się do łóżka. Ale wycie nie ustawało i nie dawało jej spokoju. Może nie była wiejską dziewczyną, jednak orientowała się, że nie jest groźne, tylko pełne rozdzierającej rozpaczy.

Gospodarz domu powinien się tym zająć. Ale czy się zajmie?

W dniu przyjazdu tutaj zaniepokoiło ją bulgotanie w rurach olbrzymiej starej łazienki. Instalacja wodno-kanalizacyjna wyglądała jak ze średniowiecznego zamku. Bulgotanie sprawiło, że Nikki obawiała się korzystać z wielkiej wanny.

Gabe rąbał wtedy drewno na dworze. Obawiała się do niego zwrócić, onieśmielona jego opryskliwością i aurą męskości, jaką roztaczał. Nagi do pasa, wyglądał doprawdy imponująco.

W końcu zebrała się na odwagę i podeszła.

– Proszę pana, czy mógłby pan naprawić rury w łazience? – wymamrotała.

– Idź do Joego – burknął i natychmiast odszedł.

Po tym incydencie przez wiele dni czuła się zakłopotana. Starała się ignorować bulgotanie i używać tylko prysznica, aż wreszcie odszukała Joego.

Ten stary były rybak mieszkał na zniszczonym szkunerze, który chyba od lat nie wychodził w morze. Obiecał, że naprawi rury i jeszcze tego samego popołudnia poniekąd to zrobił, po prostu waląc w nie kluczem francuskim. Kiedy wówczas rano na nabrzeżu Nikki wyłuszczała mu problem, minął ich wielki kuter rybacki, świeżo odmalowany, lśniący bielą i czystością. Nad nadbudówką rozwieszono mnóstwo lamp – dla przywabienia kalmarów, jak wyjaśnił Joe.

Za sterem stał właściciel domu Nikki – wysoki, barczysty, ogorzały, onieśmielający… i ekscytująco męski.

– Temu facetowi wszystko się udaje – skomentował Joe, gdy oboje przyglądali się kutrowi Carvera wchodzącemu do portu. – Wielu miejscowych rybaków łowiących kalmary, tuńczyki czy langusty splajtowało wskutek kiepskich połowów lub spadku sprzedaży. Gabe ich wykupił i świetnie sobie radzi. Należy do niego sześć tutejszych łodzi.

Carver za kołem sterowym prezentował się imponująco w wyblakłym, niegdyś żółtym sztormiaku, nieprzemakalnych spodniach na szelkach, gumowcach i spłowiałej kraciastej koszuli, której podwinięte rękawy odsłaniały muskularne przedramiona. Po kilku dniach spędzonych na morzu twarz pokrywał mu zarost, a nieco przydługie włosy były sztywne od soli. Z posępną miną wpatrywał się przed siebie zmrużonymi oczami. Pozdrowił gestem Joego, lecz bez uśmiechu. Nie wyglądało, by kiedykolwiek się uśmiechał.

Wykupił innych rybaków, kiedy zbankrutowali? – pomyślała Nikki. – Wzbogacił się na cudzym nieszczęściu?

– Chyba nie jest tu zbytnio lubiany? – zauważyła.

Ale Joe popatrzył na nią zdziwiony.

– Wręcz przeciwnie. Bez Gabe’a cały tutejszy przemysł rybacki by się zawalił. Wykupił łodzie od zbankrutowanych rybaków za godziwe ceny i dał im u siebie dobrze płatną pracę. Obecnie zatrudnia trzydzieścioro mężczyzn i kobiet i wszystkim im powodzi się lepiej, niż kiedy łowili na własny rachunek. Ilekroć ktoś jest w potrzebie, Gabe pierwszy przychodzi z pomocą, lecz nie oczekuje wdzięczności i nikogo nie dopuszcza blisko do siebie. Trzyma się na uboczu. Zawsze tak robił, z wyjątkiem nieudanego małżeństwa. Wszyscy w miasteczku go szanują… i słusznie. – Joe zamilkł i przyglądał się, jak Gabe sprawnie przybił do nabrzeża. – Ale teraz umarła jego suka collie – podjął wolno, w zadumie. – Zawsze widywaliśmy ich razem, odkąd był młodym chłopakiem. Nie wiem, jak on sobie z tym poradzi… – Urwał i potrząsnął głową. – Więc jeśli chodzi o te rury…

To było przed dwoma tygodniami.

Kolejne rozpaczliwe wycie wyrwało Nikki z tych rozmyślań. Jakiś pies wpadł w tarapaty.

Nie mogła nic na to poradzić. Powinien się tym zająć właściciel domu. A jeśli wyszedł i tylko zostawił zapalone światło?

Wycie rozległo się ponownie.

Psu grozi niebezpieczeństwo. Zamknęła oczy. To nie jej sprawa.

Wstała i włożyła modne dżinsy. Gdzie latarka?

A jeśli to dziki dingo?

Sięgnęła po ciężki metalowy pogrzebacz przy kominku.

Wycie rozbrzmiewało teraz niemal nieprzerwanie. Nie była w stanie dłużej go znieść. Z pogrzebaczem w jednej ręce i latarką w drugiej wyszła na dwór.

Plaża na skraju cypla była niemal do samej wody porośnięta gęstymi krzakami, jednak Gabe z łatwością odnajdywał w ciemności drogę. Mieszkał tu przez całe życie i znał niemal każdą gałązkę. Nie potrzebował latarki – wystarczało mu światło księżyca.

Dotarł do plaży, rozejrzał się i zobaczył wielkiego psa, okropnie wychudzonego. Zwierzak stał na płyciźnie i wył żałośnie.

Gabe powoli ruszył naprzód. Pies spostrzegł go i cofnął się głębiej w morze. Niewątpliwie był przerażony.

Mieszaniec wilczarza o czarnej skołtunionej sierści.

– Hej, stary, wszystko w porządku – odezwał się Gabe, wciąż oddalony od niego o kilka metrów. – Powiesz mi, co się stało?

Pies znieruchomiał. Był naprawdę wynędzniały i cały mokry. Czy wypadł z jakiejś łodzi?

Gabe przypomniał sobie nagle trzęsącą się Jem na plaży przed szesnastoma laty i serce ścisnęło mu się na jej wspomnienie.

Ten pies to nie jest druga Jem – pomyślał.

Jednak nie mógł go tu zostawić. Gdyby zdołał wsadzić psa do furgonetki, zawiózłby go do Henrietty, która prowadzi miejscowe schronisko dla zwierząt.

Nic więcej nie był w stanie zrobić. Psy mogą złamać ci serce prawie tak samo jak ludzie.

– Nie skrzywdzę cię – powiedział uspokajającym tonem.

Pies cofnął się jeszcze dalej. Z jakiegoś powodu był nieufny. Gabe pojął, że nie uda mu się go schwytać bez kawałka mięsa.

– Zaczekaj tutaj – rzekł do niego. – Wrócę za parę minut z kolacją. Lubisz rumsztyk? Nie ruszaj się stąd.

Nikki wyszła z domu i natychmiast zorientowała się, że pies jest na plaży. To stamtąd dobiegało wycie.

Czy powinna zapukać do drzwi gospodarza? Jeśli był u siebie, musiał usłyszeć wycie i widocznie świadomie je zignorował. W takim razie nie zdoła go ubłagać, żeby pomógł.

Zastanowiła się, co budzi w niej większy lęk – ten pies Baskerville’ów czy Gabe Carver? Ostatecznie zdecydowała się zapukać.

Odpowiedziała jej cisza. Nikki nie potrafiła rozstrzygnąć, czy doznała ulgi.

Kolejne rozpaczliwe wycie.

Co ma teraz zrobić? Zadzwonić na policję? I co im powie? Że na plaży wyje pies? To zabrzmi idiotycznie.

Musi sprawdzić, co się stało. Ostrożnie.

Wiedziała, że od domu prowadzi na plażę wąska ścieżka pośród zarośli, ale nie potrafiła jej odnaleźć. Mogłaby przedrzeć się przez krzaki. To najwyżej pięćdziesiąt metrów.

Może zwierzak wpadł w jakiś potrzask? Jeśli tak, będzie mogła zadzwonić po pomoc.

Idź tam – pomyślała. – Potrafisz to zrobić. Jesteś dorosłą dziewczyną. Wiejską dziewczyną… a właściwie nie wiejską.

Nagle rozpaczliwie zapragnęła znaleźć się z powrotem u siebie w Sydney. Powrócić do miłego życia, które porzuciła.

Pomyślisz o tym jutro – powiedziała sobie twardo. Teraz zajmij się tym psem.

Gabe szybko biegł ścieżką do domu po smaczny stek. Zamierzał zjeść go jutro na śniadanie, ale zadowoli się jajkami. Dzięki temu kawałkowi mięsa uda mu się podejść do psa.

Nie angażuj się.

Wcale się nie angażuję – pomyślał. – Wyciągnę zwierzaka z wody, nakarmię, oddam do schroniska Henrietty i na tym koniec.

W ciemnościach światło latarki Nikki nie przebijało gęstwy zarośli. Chyba zwariowała, decydując się na tę eskapadę.

Wycie ucichło. Dlaczego?

Cisza była jeszcze gorsza i Nikki poczuła się zagubiona. W mroku może się czaić demon Aborygenów, neandertalczyk albo jakiś zboczeniec!

Postanowiła natychmiast wrócić do domu. Zawróciła i puściła się biegiem. Omal nie wrzasnęła, gdy jakaś gałązka smagnęła ją w twarz.

Przedzierała się na oślep przez gęste krzaki. Nagle ustąpiły i wypadła na ścieżkę. Ktoś ją chwycił. Krzyknęła, wyrwała się, uniosła pogrzebacz i uderzyła.

ROZDZIAŁ DRUGI

Zabiła go! Osunął się bezwładnie jak ścięte drzewo na pokrytą liśćmi ścieżkę.

To był człowiek. Nie wierzyła w wilkołaki.

Starczyło jej odwagi, by nie uciec. Oświetliła napastnika latarką. Niemal natychmiast go rozpoznała i jęknęła cicho.

To okropne! Ogłuszyła ciosem pogrzebacza swojego gospodarza.

Zza drzew ponownie dobiegło wycie.

Uklękła i w świetle latarki przyjrzała się twarzy Gabe’a. Po policzku ściekała mu cienka strużka krwi, a nad okiem widniał paskudny siniec.

Mężczyzna wydawał się nieprzytomny. Serce jej zamarło.

Lecz po chwili poruszył się, jęknął i sięgnął dłonią do głowy.

Ocknął się. To dobrze.

Nikki wzięła głęboki wdech, by opanować przypływ histerii, i ukryła pogrzebacz za plecami.

– Dobrze się czujesz? – spytała idiotycznie.

Jęknął ponownie i przymknął powieki, jakby się nad tym zastanawiał.

– Nie – odpowiedział.

– Sprowadzę lekarza – rzekła drżącym głosem. – Wezwę karetkę.

Otworzył oczy, delikatnie dotknął głowy, skrzywił się i znowu je zamknął.

– Nie – mruknął.

– Potrzebujesz pomocy – powiedziała.

W każdym razie ona z pewnością potrzebowała pomocy. Powinien zjawić się tu ktoś, kto będzie wiedział, jak postąpić. Sięgnęła do kieszeni kurtki po komórkę.

Gabe uniósł powieki i złapał ją za przegub.

– Czym mnie uderzyłaś?

– Pogrzebaczem – wyjąkała.

– Naturalnie, pogrzebaczem – powtórzył tonem niemal uprzejmej konwersacji. – A co teraz? Masz w kieszeni pistolet i zamierzasz mnie zastrzelić?

Odetchnęła z ulgą. Skoro Gabe głupio dowcipkuje, to może nie jest śmiertelnie ranny.

– To wcale nie jest śmieszne – mruknęła. – Złapałeś mnie znienacka i okropnie przestraszyłeś.

– Ja cię przestraszyłem? – powtórzył z niedowierzaniem. – Biegłem ścieżką po swoim terenie, do mojego domu. A ty wypadłaś z krzaków i walnęłaś mnie pogrzebaczem.

Przyznała mu w duchu rację. Zapewne chwycił ją za ramiona, żeby oboje nie upadli.

Kiedy wynajmowała to mieszkanie, kobieta w agencji ją uprzedziła:

– Tylko niech pani będzie miła dla właściciela i respektuje jego prywatność. To samotnik.

Rąbnięcie pogrzebaczem w głowę chyba nie jest zbyt miłe i trudno je uznać za przejaw uszanowania prywatności – pomyślała ze smutkiem Nikki. – Teraz Gabe niewątpliwie wymówi jej mieszkanie. – W myślach już zaczęła się pakować.

– Potrzebuję steku – oświadczył nieoczekiwanie.

Zamrugała zdumiona.

– Steku? – Usiłowała przypomnieć sobie zasady pierwszej pomocy. – Kawałka mięsa, żeby powstrzymać krwawienie? Nie mam steku, ale zdobędę lód.

– Dla psa, kretynko – burknął szorstko. Uniósł głowę, lecz zaraz opuścił ją z powrotem na ściółkę pokrywającą ścieżkę. – Temu psu trzeba pomóc. Stek jest w mojej lodówce. Przynieś go.

– Nie mogę cię zostawić – rzekła żałośnie.

Otworzył jedno oko, popatrzył na nią i wzdrygnął się.

– Pies potrzebuje pomocy. Nie wiem, co mu jest. Stoi w wodzie przy brzegu i wyje. Szłaś do niego z pogrzebaczem, ja natomiast zamierzałem zwabić go stekiem. Uważam moje podejście za bardziej humanitarne. Potrwa jeszcze chwilę, zanim przestanę widzieć przed oczami gwiazdy, więc idź po mięso.

– Naprawdę widzisz gwiazdy?

– Tak – odpowiedział, po czym dodał uspokajająco: – Jest noc, więc to nic dziwnego. Owszem, czuję się oszołomiony, ale nic mi nie będzie. Nie umrę podczas twojej nieobecności, jednak muszę zaczekać, aż przestanie mi się kręcić w głowie. Idź po stek, a ja tu poleżę i będę liczył gwiazdy – te prawdziwe.

– Muszę wezwać dla ciebie pomoc.

– Nic mi nie jest – powtórzył z przesadną cierpliwością. – Po prostu zrób, co mówię, i daj mi czas na dojście do siebie.

– Straciłeś przytomność. Nie mogę…

– Zemdlałem tylko na moment i nikt nie musi trzymać mnie za rękę – burknął. – Nie trać czasu i idź.

Pobiegła, oświetlając promieniem latarki ścieżkę z plątaniną korzeni.

Nie miała odpowiednich butów. Jej pantofle od Gucciego nadawały się doskonale na niedzielny poranny spacer po Ogrodach Botanicznych w Sydney, ale tutaj były do niczego.

Znowu zapragnęła wrócić do swego uroczego mieszkania z widokiem na port w Sydney, do wygodnego życia, świetnej pracy, przyjaciół, wspaniałych imprez.

Mieszkała w fantastycznym apartamencie Jonathana, pracowała w gabinecie sąsiadującym z jego gabinetem i zarabiała bajecznie. Dzieliła z Jonem przyjaciół i bywała z nim na imprezach.

Była częścią jego życia. Wszystko wydawało się cudowne, lecz okazało się oparte na kłamstwie.

Co począć, gdy twój świat runął?

Uciec.

Tak więc uciekła tutaj.

Nie myśl o tym – powtarzała sobie jak mantrę, podążając ścieżką najszybciej jak mogła w tych idiotycznych pantoflach. – Dość użalania się nad sobą. Rozpoczęła nowe życie. Wędrowała w ciemnościach, walnęła w głowę swojego gospodarza, a teraz przyniesie stek dla psa Baskerville’ów.

To nowe życie potrwa tylko do jutra – pomyślała ze smutkiem. – Jutro Gabe zażąda, by opuściła jego dom.

Zapewne przeprowadzi się do innego miasta. To lepsze niż powrót do Sydney. Swoją ucieczkę stamtąd przedstawiła przyjaciołom jako romantyczną decyzję.

– Mam już dość tego wyścigu szczurów – oznajmiła im. – Mogę kontaktować się z moimi klientami przez internet, a miasto odwiedzać jedynie sporadycznie. Osiądę w uroczym małym domku z widokiem na morze. Będę tam pracowała i miała mnóstwo czasu na rozmyślania.

Jej przyjaciele – przyjaciele Jona – uważali, że zwariowała. Ale przecież nie znali prawdy o Jonathanie.

Był kanalią. Odeszła od kanalii. A teraz walnęła pogrzebaczem gospodarza.

O rany! Zatęskniła za jakimś miłym ustronnym żeńskim klasztorem, do którego żaden mężczyzna nie ma wstępu.

W każdym razie nie znajdzie go po drodze do domu Gabe’a Carvera.

Natomiast musi znaleźć stek.

Wbiegła do środka. Nigdy dotąd nie była w jego części domu. Stary wygodny salon ze wspaniałym kominkiem, przy którym stał pojedynczy fotel. Obok do połowy opróżniona szklanka piwa. I wszędzie porozkładane książki – mnóstwo książek. Typowy męski bałagan.

Wszystko to zobaczyła w przelocie, zmierzając do kuchni. A jednak, co zaskakujące, znowu ogarnęło ją podniecenie z powodu męskiej atmosfery tego miejsca.

Opanuj się, kretynko – powiedziała sobie ostro i… usłuchała.

W lodówce Gabe’a było więcej produktów niż u niej. Mięso, warzywa, owoce, sosy. Rzuciła okiem na wielki stary piec kuchenny. Ciekawe – a zatem ten facet sam sobie gotuje.

Znalazła solidny kawał steku. Wystarczyłby dla całej sfory psów. Błyskawicznie pokroiła go na plasterki, a potem wzięła z lodówki jeszcze paczkę mrożonego zielonego groszku.

Pierwsza pomoc i mięso. Ludzie i psy. Poradzi sobie. Nie miała wyboru. Klasztor musi zaczekać. Zresztą co to za życie bez mężczyzn!

Gabe leżał na plecach, wpatrywał się w niebo i czekał, aż przejaśni mu się w głowie. Nikki nieźle mu przyłożyła, ale gniew na nią rozwiał się w jednej chwili, gdy tylko Gabe zobaczył przerażenie na jej twarzy. Dziewczyna wyglądała gorzej, niż on się czuł.

Co go podkusiło, że wpuścił do siebie kobietę z miasta?

Zrobił to już po raz drugi. Za pierwszym razem wynajął mieszkanie Mavis – miejskiej starej pannie z dwoma psami, która natychmiast postanowiła mu matkować. Jednak po sześciu miesiącach jej matka dostała ataku serca i Mavis wróciła do Sydney, aby się nią zaopiekować. Gabe doznał takiej ulgi, że zrezygnował z czynszu za ostatni miesiąc.

A teraz ta nowa.

Dorothy z agencji wynajmu zapewniła go, że Nikkita Morrissy sprawia wrażenie rozsądnej i rzeczowej.

– Ma trzydzieści lat – oznajmiła. – Projektuje systemy klimatyzacyjne dla wielkich zakładów przemysłowych. W miesiącu zazwyczaj trzy tygodnie spędza w domu, a jeden na placu budowy – często za granicą. Szuka cichego, spokojnego lokum z ładnym widokiem.

Kobieta pracująca w branży inżynierii przemysłowej. To zapowiadało osobę bystrą, efektywną i dobrze sytuowaną.

Gabe miał duży dom. Mógłby przenieść się do miasta, ale mieszkał tutaj od urodzenia. A wcześniej żyła tu także jego matka.

Umarła, kiedy miał osiem lat. Pozostała mu po niej tylko ta posiadłość: stary dom; ogród, który uwielbiała; ogrodzenie, które prawie skończyła stawiać. Czasami, gdy Gabe wychodził na dwór, mógłby przysiąc, że ją widzi…

Nigdy cię nie opuszczę, mówiła.

Ludzie kłamią. Wcześnie się o tym dowiedział i teraz nie zależał od nikogo. A ten ukochany ogród matki z widokiem na zatokę to wszystko, co pozostało mu z jej obietnicy, w którą niegdyś tak rozpaczliwie pragnął uwierzyć.

Zdawał sobie sprawę, że powoduje nim absurdalny sentymentalizm. Ale ta posiadłość pamiętana z dzieciństwa stanowiła dobre miejsce do przeczekiwania między kolejnymi rejsami. A rozsądna lokatorka, której wynająłby mieszkanie, mogłaby zaopiekować się domem podczas jego rejsów rybackich.

Dlatego zgodził się przyjąć Nikkitę Morrissy.

Już pierwszego dnia zorientował się, że ona nie wygląda na inżyniera przemysłowego, lecz raczej na modelkę z ilustrowanych magazynów. Wysoka, szczupła, o jasnej cerze, wielkich oczach, lśniących czarnych włosach i efektownym makijażu.

I te jej stroje. Przyjechała w czarnej tunice z ukośną smugą fioletu przez biodra, czerwonych rajstopach i błyszczących czarnych kozaczkach sięgających niemal do ud, a w uszach miała wielkie srebrne kolczyki.

Dzisiaj była w obcisłych dżinsach i miękkim różowym sweterku.

W głowie go łupało. Starał się nie myśleć źle o kretynkach pracujących w branży klimatyzacyjnej, uganiających się po nocy z pogrzebaczami w rękach.

Przybiegła z powrotem zdyszana i potargana, ze sporą gałązką wplątaną we włosy.

– Dobrze się czujesz? – spytała bez tchu, jakby się spodziewała, że zastanie go martwego.

– Tak – burknął i wstał z trudem.

Odtrącił pomocną dłoń Nikki, lecz w tej samej chwili zakręciło mu się w głowie – na tyle mocno, że musiał uchwycić się jej ręki.

Ta kobieta była silniejsza, niż przypuszczał. Złapała go za ramię i podtrzymała.

– P-przepraszam – wyjąkał.

Przez moment bał się, że zwymiotuje, ale zdołał opanować mdłości.

– Pomogę ci dojść do domu – zaofiarowała się.

– Najpierw pies.

– Ty jesteś ważniejszy.

– On stoi w wodzie i rozpaczliwie wyje, a ja nawet nie skomlę – zaoponował.

Spróbował wyswobodzić dłoń, lecz Nikki jej nie puściła. Zrezygnował więc z dwóch powodów: nadal czuł się słaby, a poza tym jej dotyk był miły.

Pracował z kobietami. Stanowiły niemal połowę załóg jego kutrów. Przesiąkały zapachem ryb, którego po pewnym czasie nie dawało się już zmyć.

Nikki pachniała upajająco. Wdychał jej podniecający cytrusowy zapach. I nie odzywała się już przez prawie dwie minuty. A więc nie jest gadatliwa. To pierwsza zaleta, jaką w niej dostrzegł.

Być może posiada też inne…

Dłoń miała zaskakująco miękką. Przez ostatnie dziesięć lat spotykał się wyłącznie z miejscowymi kobietami. Ciężko zarabiały na życie łowieniem ryb i miały szorstkie ręce. Jedyną o delikatnych dłoniach była Lisbette, którą niegdyś poślubił…

– Idziemy do psa – zdecydował. – Potrafisz się z nimi obchodzić?

– No… nie – przyznała.

– Czuję się wciąż trochę niepewnie, więc zrobisz dokładnie to, co powiem. Po incydencie z pogrzebaczem przynajmniej tyle mam prawo od ciebie oczekiwać.

Gabe siedział na piasku i przyglądał się, jak Nikki zbliża się do tego mokrego psa – z wiatrem, jak jej polecił, aby zwierzę wyczuło zapach mięsa.

Pies był wychudzony, ale olbrzymi. Wyglądał niemal jak niewielki czarny koń. Gabe kazał jej przemawiać do niego łagodnie i uspokajająco.

– Hej, Koniku, wszystko dobrze – odezwała się więc. – Wyjdź z wody i zjedz kawałek steku. Gabe zadał sobie wiele trudu, żeby go dla ciebie zdobyć.

Podchodziła po płyciźnie wolno, krok po kroczku. Wcześniej zdjęła pantofle, ale dżinsy miała już przemoczone.

– Koniku, wszystko w porządku. Wyjdź i powiedz mi, jak naprawdę masz na imię.

Pies się cofał, wciąż zachowując dystans kilku metrów. Gdyby Gabe jej się nie przyglądał, być może cisnęłaby mięso na piasek i zrezygnowała. Ale oczekiwał, że ona sobie poradzi. Wiedziała, że sam zająłby się tym psem, gdyby nie mdłości i zawroty głowy.

– No, Koniku, chodź do mnie…

Fala większa niż inne uderzyła ją w pierś i Nikki mimo woli krzyknęła. Przestraszony pies się cofnął.

– Nic się nie stało! – krzyknęła, zapominając zniżyć głos.

Pies rzucił na nią przerażone spojrzenie i wycofał się jeszcze dalej w morze. Następna fala przewróciła go na bok. Wstał i pognał jak koń, którego przypominał, wzdłuż linii przyboju. Okrążył cypel półwyspu i zniknął jej z oczu.

– Nic się nie stało.

Nikki nie spodziewała się, że Gabe tak powie. Oczekiwała raczej, że ją zruga. Przecież walnęła go w głowę pogrzebaczem, a teraz wystraszyła psa. Potrafiłaby zapomnieć o tym kundlu. Ale wyglądał tak żałośnie. Konik…

Gabe siedział tam, gdzie plaża ustępowała miejsca trawie; dalej zaczynały się zarośla. Sprawiał wrażenie, że doszedł już do siebie.

– Zrobiłaś, co mogłaś – rzekł. Jak na dziewczynę z miasta. Nie dodał tego, ale zapewne pomyślał.

– Może pobiegł do domu.

– Czy wyglądał, jakby miał jakiś dom? – rzucił sceptycznie Gabe.

Wyjął z kieszeni komórkę, wybrał numer i włączył głośnik, żeby Nikki też mogła słyszeć rozmowę.

– Komisariat policji w Banksia Bay – odezwał się władczy męski głos.

– Raff?

– To ty Gabe? Co się stało? – spytał zaniepokojony policjant.

– Nic wielkiego. Chodzi o bezpańskiego psa.

– Jeszcze jeden – westchnął Raff.

– Jak to? – chciał wiedzieć Gabe.

– Kilka dni temu furgonetka schroniska dla zwierząt Henrietty miała wypadek. Psy z niej się rozbiegły i włóczą się po całym mieście. Opisz mi tego.

– Wielki, czarny i wychudzony. Chyba mieszaniec wilczarza. Próbowaliśmy przywabić go kawałkiem steku, ale uciekł w kierunku miasta.

– Wy? – spytał Raff.

– Tak. Pomagała mi moja lokatorka – wyjaśnił sucho Gabe.

– I we dwoje nie zdołaliście go złapać?

– Nie – odparł.

Zabrzmiało to tak, jakby uważał, że poradziłby sobie, gdyby sam się tym zajął – pomyślała żałośnie Nikki. – Ale przynajmniej tego nie powiedział.

– Rano przeszukam półwysep – oznajmił policjant.

– Jeśli ten pies wróci, mam zawieźć go do schroniska?

– Lepiej odstaw go prosto do weterynarza. Wieziono go tam do uśpienia. Znaleźliśmy tego wielkiego kundla na plaży, umierającego z głodu. Kilka tygodni temu ktoś wyrzucił go z łodzi. To miły pies, jeszcze szczeniak, ale strasznie wynędzniały, z dawnymi ranami. Zdaje się, że go kopano i w ogóle źle traktowano. Nikt nie weźmie takiego psa, więc Henrietta postanowiła go uśpić. Dzięki za wiadomość, stary. Dobranoc.

– Dobranoc – odpowiedział Gabe i schował komórkę.

Nikki otrzepała stopy z piasku i włożyła pantofle.

Wygłodzony pies. Kopany i zaniedbany. Wyrzucony z łodzi. Nie zdołała nawet dać mu mięsa, a teraz znowu się zgubił.

A w dodatku jej gospodarz, jak się zdaje, nadal nie doszedł całkiem do siebie po tym, jak rąbnęła go w głowę.

Poczuła się okropnie.

– Zostaw stek przed linią przypływu – powiedział łagodnie. – To nie twoja wina. Pies po prostu uciekł. Jeśli wyczuje zapach mięsa, może wróci, ale nie zbliży się, póki tu jesteśmy. Zrobiliśmy wszystko, co się dało. Rano Raff zapewne go znajdzie.

– Ty też będziesz go szukał?

– O świcie wypływam na połów – wyjaśnił. – Ale ty możesz przyłączyć się do poszukiwań, jeśli zechcesz. A teraz chciałbym już wrócić do domu, wziąć aspirynę i pójść spać.

Nikki podążyła za nim ścieżką. Szedł wolno. Raz się potknął, ale kiedy chciała go podtrzymać, potrząsnął głową i znowu się skrzywił.

– Mocno cię uderzyłam – mruknęła zawstydzona.

– Kobiety nie są już takie jak niegdyś. Gdzie się podziało dawne zacne policzkowanie? W filmach one wciąż tak robią.

– Następnym razem postaram się to zapamiętać.

– Nie będzie żadnego następnego razu – powiedział. Zastanowiła się ze smutkiem, czy miał na myśli wypowiedzenie umowy najmu, ale dodał, jakby czytał w jej myślach: – Nie bój się, nie zamierzam cię wyeksmitować za to, że mnie walnęłaś.

– Dziękuję – wymamrotała.

Kiedy dotarli do domu, nie poszła prosto do siebie. Zawahała się i przyjrzała Gabe’owi. W świetle lampy na werandzie wyglądał źle. Owszem, wciąż sprawiał wrażenie silnego i groźnego, ale pod opalenizną był blady, a pośrodku wielkiego siniaka na czole widniała strużka zaschniętej krwi.

Zachwiał się lekko. Odruchowo chciała go podtrzymać, lecz chwycił się słupka werandy.

Omal go nie zabiłam – pomyślała.

– Mógłbyś kazać mnie aresztować. Przepraszam.

– Ale tego nie zrobię, ponieważ nie zamierzałaś uderzyć psa. Miałaś dobre chęci.

– Musisz iść do lekarza.

– Muszę położyć się do łóżka.

– A jeśli to coś groźnego? Czytałam o urazach głowy. Ludzie kładą się spać i już więcej się nie budzą. Powinien cię obejrzeć lekarz, zbadać reakcję źrenic. Proszę, pozwól mi zawieźć cię do szpitala.

– Nie – odmówił kategorycznie. – Spędzam życie na kutrach. Nieraz uderzyłem się w głowę gorzej niż teraz. Nic mi nie będzie.

Stał tak blisko niej. Był potężny i pachniał morzem, ropą do silników dieslowskich, rybami i solą. Wspaniale męski zapach, jakiego dotąd nie znała.

W ciągu ostatnich kilku lat była związana z Jonem. Nosił zawsze eleganckie garnitury, roztaczał woń kosztownej wody po goleniu i emanował chłodną, wytworną korporacyjną aurą.

Ci dwaj mężczyźni należą do całkowicie odmiennych gatunków. Przy Gabie czuła się nieznacząca, głupia i bezradna. Jego towarzystwo ją krępowało, lecz mimo to martwiła się o niego.

– W twoim stanie ktoś powinien co dwie godziny sprawdzać, jak się czujesz – powiedziała. Wiedziała to, gdyż dawniej, jeszcze przed Jonem, chodziła ze studentem medycyny. – Pozwól mi zrobić przynajmniej tyle. Popilnować cię przez całą noc.

Gabe znieruchomiał. Stali zdecydowanie zbyt blisko siebie. Przyjrzała się jego twarzy pooranej zmarszczkami. Nie mógł mieć więcej niż trzydzieści parę lat, ale wyglądał, jakby życie surowo go doświadczyło.

– O czym ty mówisz? – spytał z niedowierzaniem.

– Powinnam co dwie godziny zaglądać do ciebie i sprawdzać, czy jesteś przytomny.

– Nie będę przytomny. Będę spał.

– Więc obudzę cię, obejrzę źrenice i zapytam, jak się nazywasz i jaki dziś dzień, a potem znowu uśniesz.

– Nie wiem, jaki dziś dzień.

– Wobec tego powiesz mi, jak bardzo nie cierpisz swojej lokatorki. – Wzięła głęboki wdech. – Jeżeli się nie zgodzisz, zadzwonię do tego twojego kumpla gliniarza i powiem mu, jak mocno cię uderzyłam. A wtedy on niewątpliwie przyjedzie po ciebie z wyciem policyjnej syreny!

Gabe milczał długą chwilę.

– Nonsens. O świcie wypłynę w morze – rzekł wreszcie.

– To właśnie wypłynięcie w morze byłoby nonsensem. Po takim urazie powinieneś zostać w domu.

– Daj mi spokój! – wybuchnął tak gwałtownie, że cofnęła się do balustrady. Spostrzegł jej przerażoną minę i zreflektował się. – Przepraszam.

Przeczesał palcami przydługie potargane włosy.

Powinien je ostrzyc – pomyślała mimo woli i zastanowiła się, jak by wyglądał w garniturze.

Jak tygrys uwięziony w klatce. On nie zniósłby ograniczenia swobody.

A właśnie to teraz robię – uświadomiła sobie. – Ograniczam jego wolność.