Lista marzeń - Marion Lennox - ebook
Opis

Wiele kobiet marzy o rodzinie i domku z ogródkiem, ale Misty śni jedynie o dalekich podróżach. Pracowicie układa listę miejsc, które chce odwiedzić. Jest samotna z wyboru, bo przecież każdy związek to komplikacje i ograniczenie wolności. Tak, dokładnie zaplanowała przyszłość, ale zapomniała, że gdy miłość puka do drzwi, nie zawsze czeka na zaproszenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 145

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marion Lennox

Lista marzeń

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Czy kiedykolwiek taki zabójczo przystojny mężczyzna przekroczył próg jej klasy? Nie, nigdy. A teraz, kiedy niebiosa postanowiły naprawić tę oczywistą niesprawiedliwość, akurat musi być piątek.

W każdy piątek przed lunchem Misty zabierała pierwszoklasistów na basen. Włosy jej jeszcze nie wyschły, przeszła zapachem chloru, a nos z pewnością się błyszczy.

I właśnie teraz w drzwiach klasy pojawił się grecki bóg.

Nie mogła oderwać od niego oczu.

Adonis. Uosobienie męskiego piękna.

Wyglądał na trzydzieści kilka lat. W sam raz, pomyślała. Cudownie dojrzały. Smukłe ciało, interesująca twarz. Był w spranych dżinsach i rozpiętej pod szyją koszuli z podwiniętymi rękawami.

Tylko… czy Adonis ma sześcioletniego syna?

Mężczyzna trzymał za rękę chłopczyka. Pasowali do siebie. Obaj w dżinsach i białych koszulach. Identycznie falujące czarne włosy. Oliwkowa karnacja, zielone oczy. Oczy, które z miejsca potrafią zawojować.

Adonis się uśmiechał. Pochylił się do chłopczyka.

– Popatrz, jak tu miło. Zobacz, dzieci malują. Chyba ci się podoba?

Syn Adonisa nie wydawał się przekonany. Miał wystraszoną buzię.

Misty natychmiast się opamiętała. Przede wszystkim jest nauczycielką.

– Mogę w czymś pomóc?

Dlaczego nie zajął się nimi Frank, dyrektor szkoły? Powinien uprzedzić o nowym uczniu. Mały miałby przygotowaną ławkę ze swoim imieniem, farby i blok do rysunków, dzieci powitałyby go serdecznie.

– Pani Lawrence? – zapytał Adonis. – W gabinecie dyrektora nikogo nie było, ktoś skierował mnie tutaj. Szukamy pierwszej klasy.

Misty potaknęła uśmiechem, zwracając się do chłopca.

– Tak, nazywam się Misty Lawrence i jestem wychowawczynią pierwszej klasy.

Chłopczyk kurczowo zacisnął palce na dłoni ojca.

– Przepraszam za bałagan, ale właśnie malujemy krowy – powiedziała do chłopca, nie przestając promiennie się uśmiechać. Stała obok ławki Natalie, najbardziej opiekuńczej dziewczynki w klasie. – Natalie, pokażesz naszym gościom, co namalowałaś?

Natalie rozpromieniła się, podekscytowana i zachwycona. Misty doskonale ją rozumiała. Uśmiech tego malca… Czuła dokładnie to samo.

Hm, skup się. Trzeba rozwiać lęk tego dzieciaka.

– Wczoraj oglądaliśmy Truskawkę, krowę taty Natalie – powiedziała do chłopca. – Jest bardzo gruba, bo będzie miała cielaczki. Zobacz, jak Natalie ją namalowała.

Chłopczyk odrobinę się rozluźnił. Popatrzył na rysunek Natalie.

– Naprawdę jest taka gruba? – zapytał szeptem.

– Nawet jeszcze bardziej – z przejęciem odrzekła Natalie. – Mój tata mówi, że będzie miała bliźnięta, dlatego musi być w pogotowiu przez całą noc, bo to zawsze… – Ugryzła się w język i ze skruchą uśmiechnęła się do Misty. – Czasem tata musi wezwać weterynarza i wtedy przeklina. – Uśmiechnęła się, zadowolona, że tak zręcznie wybrnęła.

– Mam jej zdjęcie. – Misty sięgnęła do kieszeni. Pytająco popatrzyła na Adonisa. Skinął głową, więc posunęła się dalej. – Chciałbyś usiąść koło Natalie i namalować krowę? – zapytała. – Jeśli twój tata się zgodzi.

– Oczywiście – rzekł Adonis.

– Możesz wziąć moje farby – żarliwie zaproponowała Natalie.

– Dziękuję – wyszeptał syn Adonisa. Uroczy malec. Bystry i taki grzeczny. Jeśli okaże się jej nowym uczniem…

– Przyszliśmy zapisać Baileya do szkoły – wyjaśnił Adonis. Uśmiechnęła się, lecz wciąż zadawała sobie pytanie, dlaczego to nie Frank się nimi zajął. I dlaczego przyszli akurat dzisiaj, gdy tak beznadziejnie wygląda?

– Powinienem się zapowiedzieć – powiedział Adonis, odpowiadając na jej niewypowiedziane pytanie – ale dopiero godzinę temu przyjechaliśmy do Banksia Bay. Bailey się denerwował, więc postanowiłem pokazać mu szkołę, żeby nie martwił się przez cały weekend.

– Bardzo dobry pomysł. Naprawdę nie ma się czego bać – zapewniła. – Cieszymy się z nowych przyjaciół, prawda, dzieci?

– Tak! – donośnym chórem odpowiedzieli uczniowie. Misty uśmiechnęła się. W tej zapadłej mieścinie każdy nowy przybysz był witany z otwartymi ramionami.

– Przyjechaliście na dłużej? Pan i pana… rodzina? – Może Adonis zapisał jeszcze jakieś dziecko do innej klasy?

– Jesteśmy tylko we dwóch, planujemy zostać tu na stałe – odrzekł Adonis, pochylając się nad ławką i maczając pędzel synka w brązowej farbie. Bailey spojrzał na zdjęcie Truskawki, potem na tatę. Włożył pędzelek do wody, a następnie zanurzył w czerwonej farbie.

Ojciec uśmiechnął się i wyprostował. Wyciągnął rękę do Misty.

– Jestem Nicholas Holt – przedstawił się, ujmując jej dłoń. Miał dużą, mocną rękę. Cudowny uścisk. A ten jego uśmiech…

Opamiętała się. Już nie grecki bóg. Nie Adonis, lecz Nicholas.

Wciąż nie mogła się pozbyć myśli o mokrym warkoczu opadającym jej na plecy. Najchętniej by udusiła Franka. Powinien uprzedzić o nowym uczniu. Dlaczego nie ma go w gabinecie?

Nawet nie upudrowała nosa. I czemu nie jest wyższa? Gdyby Frank ją uprzedził, może włożyłaby buty na obcasie.

A może nie.

– Proszę pani! – zawołał jeden z uczniów.

– Przepraszam, nie powinniśmy przeszkadzać w prowadzeniu lekcji – sumitował się Nicholas.

– Jeśli Bailey ma zostać moim uczniem, to wcale nie przeszkadzacie – zapewniła. Odwróciła się. – Tak, Laurie, co się stało?

– Proszę pani, tu jest pies – z przejęciem powiedział chłopiec. – Leci mu krew. Jest pod moją ławką, w rogu. Wszedł z tym panem. Jest dużo krwi.

Widziała wpatrzone w nią oczy dzieci. I Nicholasa Holta.

Pies, który krwawi…

Inne dziecko mogłoby to wymyślić, ale nie Laurie. Nie ponosiła go wyobraźnia.

Jeśli pies schował się pod ostatnią ławką, w dodatku w rogu, pod półkami, to nie może być duży. Tam nie ma wiele miejsca.

– W takim razie trzeba go obejrzeć – oznajmiła, siląc się na dziarski ton. – Laurie, przesiądź się na mój fotel, a ja sprawdzę, co się stało.

Nie musiała powtarzać – Laurie jak strzała pobiegł do jej biurka. Posiedzieć na obrotowym fotelu nauczycielki było marzeniem uczniów.

Podeszła do ostatniej ławki, przyklękła. W rogu było ciemno; przesunęła palcami po podłodze, natrafiła na coś ciepłego.

Krew.

Oczy przyzwyczaiły się do półmroku. Teraz dostrzegła skulonego zwierzaka. Biedny psiak niemal wbijał się w ścianę.

– Mogę pomóc?

Adonis. Dobry materiał na bohatera. Jasne, że może pomóc.

– Ten piesek jest ranny – powiedziała, zwracając się zarówno do dzieci, jak i do Ad… do Nicholasa. – I wystraszony. Musimy zachowywać się bardzo spokojnie. Daisy, podaj mi dwa ręczniki z szafki basenowej.

– Zna pani tego psa? – zapytał Nicholas. Stał tuż za nią, po chwili też przykląkł. Jest niebywale męski. Niepokojąco męski.

Zaglądał pod ławkę, jakby nie zdawał sobie sprawy, jak Misty reaguje na jego obecność.

No właśnie, jak?

On tylko chce pomóc. A przecież zawsze była zdana wyłącznie na siebie. Zosia Samosia. Może nie z wyboru, lecz z konieczności.

Chętny do pomocy przystojniak to dla niej prawdziwa rzadkość.

– Zna pani tego psa? – powtórzył pytanie. Misty wzięła się w garść. Poniekąd.

– Nie.

– Jest ranny?

– Na podłodze jest krew. Spróbuję go wziąć przez ręcznik…

– Podniosę ławkę, będzie lepiej widać. Gdyby dzieci się odsunęły, miałby wolną drogę, jeśli chciałby uciec.

– Muszę zobaczyć, co mu jest.

– Chyba lepiej, żeby dzieci nie blokowały drogi rannemu zwierzęciu.

– Oczywiście.

– Zostawiłem otwarte drzwi, pewnie wtedy wszedł. Zaraz je zamknę. Kiedy podniosę ławkę, nie będzie miał dokąd uciec.

To nie twoja broszka, przemówiła do siebie. Nie twój problem. NTP. Frank tak by to podsumował. Puściłby psa na dwór, a potem zamknąłby drzwi. I po sprawie.

Miała przeczucie, że Nicholas Holt nie jest taki jak Frank.

Pies siedział w kącie jak trusia. Nicholas podniósł ławkę, lecz pies nie próbował uciekać. Biedaczek drżał na całym ciele. Jeszcze bardziej wcisnął się w kąt, jakby chciał wtopić się w ścianę. Serce ścisnęło się jej z żalu.

– O Boże. Chodź, malutki, już dobrze, nikt nie zrobi ci krzywdy.

Psiak nawet nie myślał o ucieczce, był zbyt wyczerpany. Misty ostrożnie otuliła go ręcznikami i delikatnie przyciągnęła do siebie.

Wyglądał na cocker-spaniela, był może odrobinę mniejszy. Biało-czarny, z oklapłymi czarnymi uszkami, wielkimi czarnymi oczami. Zmęczony, zakrwawiony, przesiąknięty zapachem gumy. Może został potrącony przez samochód?

Na szyi miał niebieską plastikową obróżkę z numerem. Wiedziała, co to za obroża.

Kila lat temu kundelek babci wyśliznął się z obroży i pobiegł za jakimś kuszącym zapachem. Dwa dni później odnalazł się w schronisku. Z taką samą obrożą.

Czyli to pies ze schroniska. Bezpański.

Biedaczek trząsł się ze strachu. Stracił sporo sierści, jakby został przeciągnięty po szosie, a lewa tylna łapa wyglądała fatalnie. Krwawił i był chudy jak szkielet.

Potrzebuje szybkiej pomocy. Gdyby mogła, zaraz by go zawiozła do weterynarza.

Dzieci wpatrywały się w nią z napięciem. Pan Holt również. NTP? Ma aż za dużo problemów.

– On jest ranny – usłyszała drżący szept Baileya. Chłopczyk stanął obok ojca i wsunął rączkę w jego dłoń. W jego głosie brzmiało przerażenie. – Ktoś do niego strzelał?

Strzelał? Co to za pytanie?

– Chyba został potrącony przez samochód – powiedziała do klasy i do Baileya. Uczniowie byli do głębi przejęci losem psiaka. – Ma uszkodzoną łapkę. – Może na tym nie koniec? Trudno powiedzieć.

Popatrzyła na psa, on na nią. Wielkie oczy pełne bólu, bez nadziei. Drżące ciało zwierzaka przywarło do niej, jakby rozpaczliwie szukało ciepła.

Od dziecka miała psy. Kochała je. Poprzysięgła sobie, że już nigdy żadnego nie weźmie.

Ale ten… Ranny bezpański piesek wpatrujący się w nią z napięciem…

– Może zadzwonić po pomoc? – To pytanie nie pasowało do Adonisa. Zupełnie nie. Bardziej do Franka.

Kto mógłby jej pomóc?

Frank? Skoro nie ma go w gabinecie, to bezcelowe. Pozostali nauczyciele prowadzą lekcje.

Mogłaby zadzwonić do schroniska. Ich pies, ich problem. Niech go zabiorą.

To najrozsądniejsze wyjście.

Psiak znowu zadrżał w jej ramionach i wtulił się w nią jeszcze mocniej, jakby chciał się ogrzać. W jego oczach malowała się bezbrzeżna rozpacz.

NTP. NTP.

Niby od kiedy? Nie ma mowy, żeby ten psiak znów trafił do klatki w schronisku.

Pies przywarł do niej. Miał jedwabiste uszka. Czuła szybkie bicie jego serca… Był śmiertelnie przerażony. I całkowicie na jej łasce.

Jak może go zostawić? To niemożliwe.

A co z marzeniami?

– Panie Holt, potrzebuję pana pomocy – odezwała się tonem nauczycielki panującej nad sytuacją.

– Tak – powiedział ostrożnie. I miał rację.

– Nie mogę zostawić uczniów – zagaiła. – Psa trzeba zawieźć do weterynarza. Tak robimy, gdy pies zachoruje, prawda, dzieci? Pamiętacie doktora Craya? W zeszłym miesiącu byliśmy w jego gabinecie. Poproszę pana Holta, żeby odwiózł pieska do doktora Craya. Może pan to dla nas zrobić, panie Holt?

– Nie znam się na psach – odparł, wyraźnie zaskoczony.

– Nic nie szkodzi – odpowiedziała, otulając zwierzę ręcznikami. Podała mu psa i szybko cofnęła ręce; zmusiła go w ten sposób, żeby go przytrzymał.

– Doktor Cray o tej porze jest w gabinecie – wyjaśniła. Widząc minę Holta, uznała, że powinna dodać coś więcej.

– Większość naszych dzieci mieszka na farmach, styka się z chorymi zwierzętami. Wiedzą, że weterynarz pomoże, ale musi zobaczyć zwierzę. Nasi rodzice stale nam pomagają. Zawiezie go pan do lekarza? Proszę powiedzieć, że przyjadę po pracy i ureguluję rachunek,

Popatrzyła na chłopczyka i nagle coś ją tknęło. Coś jej się przypomniało…

Moment, gdy jej mama przyszła do szkoły. Misty była wtedy w wieku Baileya, może młodsza.

Mama nie została w klasie dłużej niż dwie minuty. „Chciałam tylko spojrzeć na moją dziecinkę”. Zamieniła kilka słów z nauczycielką i wyszła. „Niech pani dba o Misty, to dobra dziewczynka”. I zniknęła. Jak zwykle. Przysyłała tylko kartki z innego, obcego życia. Do którego Misty nie miała dostępu.

Skąd nagle takie myśli? To coś w spojrzeniu Baileya przywołało tamte wspomnienia. Intuicyjnie czuła, że jemu też brakuje stabilizacji.

Niestety, nie miała wyboru. Nie może opuścić klasy ani zostawić psa na pastwę losu.

– Bailey, prosimy, żeby twój tata zawiózł pieska do pana doktora, który opatrzy mu łapkę. Pojedziesz z tatą do weterynarza czy zostaniesz z nami i będziesz malować krowy? Tata wróci, jak tylko odwiezie pieska. Prawda, panie Holt? Co ty na to, Bailey?

Nabrała powietrza. Prosi o bardzo wiele. A jeśli przeczucie jej nie myli, jeśli ten malec w przeszłości już czuł się opuszczony…

Najwyraźniej Bailey miał więcej zaufania do ojca niż niegdyś ona do mamy. Zadumał się, popatrzył na owiniętego ręcznikami zwierzaka i z powagą skinął głową.

– Tata może go odwieźć do pana doktora.

– Wspaniale. Tatusiowie są super, prawda? Zostaniesz z nami czy pojedziesz z tatą?

– Zostań – żarliwie poprosiła Natalie. Świetna jest ta mała, pomyślała Misty. – Ja mam bardzo dużo farb.

– Zostanę – powiedział chłopczyk, nieśmiało uśmiechając się do Natalie.

– No to świetnie. – Misty wyprostowała się, radośnie popatrzyła na Nicholasa. Gdyby Frank widział, co wyprawia, dałby jej popalić. Ale czy miała wybór?

– Zrobi to pan dla nas? – zapytała, wiedząc, że prosi w imieniu wszystkich. Również uczniów, bo każde z dzieci chciało dla psa jak najlepiej.

– Bardzo prosimy.

Tytuł oryginału:

Misty and the Single Dad

Pierwsze wydanie:

Harlequin Romance, 2011

Opracowanie redakcyjne – Władysław Ordęga

Korekta – Sylwia Kozak-Śmiech

© for the Polish edition by Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2015

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Wyłącznym właścicielem nazwy i znaku firmowego wydawnictwa Harlequin jest Harlequin Enterprises Limited. Nazwa i znak firmowy nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgoda Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-238-9829-0

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com