Akcja ratunkowa - Marion Lennox - ebook
Opis

Josh lubił być potrzebny. Jako lekarz pogotowia lotniczego docierał w niebezpieczne miejsca, robiąc wszystko, by pomagać innym. Był bohaterem. Ale gdy Maddie chciała się z nim dzielić bólem po stracie dziecka, wtedy się rozwiedli. Josh odszedł, bo przerażało go mówienie o emocjach, czułość była mu obca. Pięć lat później bierze udział w akcji ratunkowej i ze zdumieniem dowiaduje się, że ma ratować byłą żonę...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 161

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Marion Lennox

Akcja ratunkowa

Tłumaczenie:

PROLOG

Bohaterowie wcale nie rodzą się odważni, pomyślała Maddie. Bohaterami stają się z konieczności. W tym konkretnym przypadku bohaterka narodziła się w chwili, gdy posypał się na nią grad kamieni w zamkniętej kopalni, do której w ogóle nie powinna była zaglądać.

To nie bohaterstwo, a głupota.

Właściciel kopalni zniknął jakiś czas wcześniej, opuszczając Wildfire Island z ogromnymi długami, nawet nie zapłaciwszy robotnikom. Wkrótce potem ją zamknięto, bo nie spełniała wymogów bezpieczeństwa.

Komu strzeliło do głowy, by spenetrować ten korytarz? Były konkretne przyczyny, dla których wcześniej go nie eksploatowano. Kruchość skał. Jednak w poszukiwaniu zarobku miejscowi przecięli siatkę ogrodzenia i po cichu wybierali złoto. Teoretycznie nikt o tym nie wiedział.

Ale teraz… Wezwanie przyszło godzinę temu. Nad jednym z wyspiarzy puścił drewniany stempel. Osuwające się głazy złamały mu nogę. Gdyby było to proste złamanie, kumple mogliby przywieźć Kalifę do szpitala i sprawa nie wyszłaby na jaw. Ale uznali, że należy wezwać Maddie.

Ciężarna Madeline Haddon była jedynym lekarzem na wyspie. Koledzy poszkodowanego poinformowali ją, że z nogi wystają kości, więc transportowanie Kalify bez zbadania mogłoby doprowadzić do odcięcia dopływu krwi. Musiała pojechać.

Na miejscu wypadku należało go ustabilizować. Konieczna była też specjalistyczna operacja. Maddie zadzwoniła do Keanu, drugiego lekarza, który akurat wracał z sąsiedniej wyspy. Gdy prosiła go o zorganizowanie ewakuacji Kalify do Cairns, spod ziemi wydobył się głuchy pomruk, a z wejścia buchnął kłąb pyłu.

Układając z pomocą dwóch mężczyzn Kalifę w jeepie, myślała, że pod ziemią nikogo już nie ma, ale nagle dostrzegła ludzi wybiegających na powierzchnię.

– Ilu was tam było? – zapytała.

– Dwunastu.

– Wszyscy wyszli?

– Jeszcze trzech…

– Dlaczego? Gdzie oni są?

– Malu dostał w nogę. Krwawi jak zarzynana świnia.

– Co mu się stało? Wyrobisko runęło?

– Jak ściana… się zwaliła na Kalifę, Malu… Próbowaliśmy ją podeprzeć, ale był przysypany. Macca i Reuben pomagali mu iść, ale musieli się zatrzymać, żeby zacisnąć mu opaskę. Korytarz jest wolny. Zaraz wyjdą. – Zawahał się. – Jak uda im się zatrzymać krwotok.

Kurczę. Ci na zewnątrz są bezpieczni. Jest z nimi Caroline, pielęgniarka, która z nią przyjechała. Niewykluczone, że jeden z mężczyzn ma złamane ramię, kilku innych siedzi na ziemi, zanosząc się kaszlem. Należałoby ich zbadać.

Szybka ocena sytuacji. Jedno złamanie, potłuczenia, siniaki, Kalifa czeka na transport do szpitala.

A tamten się wykrwawia…

Prosta decyzja. No tak, ale jesteś w ciąży. Jakie jest ryzyko? To niewielki wstrząs, korytarz nadal jest otwarty.

– Caroline, skontaktuj się z Keanu. Powiedz mu, żeby zacumował po tej stronie wyspy i przyszedł tu jak najszybciej. Nie pozwól, żeby Kalifa zmienił pozycję. W tej dopływ krwi do nogi jest dobry. Dostał silny środek przeciwbólowy. Daj mi swoją latarkę – zwróciła się do jednego z mężczyzn. – I kask.

– Pani doktor, pani nie może, pani jest w ciąży. To niebezpieczne…

– Wiem. Jak idioci weszliście do zamkniętego tunelu, więc czy mam wybór? Malu jest ojcem dwójki maluchów, a jego żona moją przyjaciółką. – Chwyciła torbę.

– Pójdę z panią – zaproponował jeden z mężczyzn.

– Nie ma mowy. Też masz dzieci – warknęła. – Mamy w kopalni czterech palantów. To wystarczy.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Doktor Joshua Campbell był tak znudzony pasjansem w komputerze, że zaczął oszukiwać, aby szybciej skończyć. Potem przejrzał kolorowe magazyny, kilka razy sprawdził sprzęt. Marudząc na bezczynność, doprowadzał do szału cały zespół pogotowia lotniczego w Cairns.

Od tygodnia w Queenslandzie nikt nawet nie nadepnął na jadowitego pająka. Kilka razy Joshua przeleciał się, odwożąc pacjentów do domu albo przewożąc kogoś ze szpitala w mieście do szpitala na prowincji. Rutyna. Żadnej akcji ratunkowej.

– Jak tak dalej pójdzie, to chyba zgłoszę się do armii. Do saperów – przemawiał do Beth, ratowniczki. – Widzisz szansę na jakąś akcję?

– Możesz potrenować w mojej kuchni. – Beth westchnęła. – Ferie, a do tego trzech nastolatków… Wybuch granatu to małe piwo. Jak jesteś taki żądny eksplozji, to powinieneś założyć rodzinę. Ożeń się.

– Już to ćwiczyłem.

– Wiem, z Maggie, ale to było dawno. – Dołączyli do pogotowia lotniczego lata wcześniej i nie mieli przed sobą tajemnic. – Byliście razem za krótko, żeby poznać prawdziwą dynamikę rodzinnego szczęścia. – Jej uśmiech zgasł. – Josh, przepraszam… Straciliście dziecko, ale… to było dawno. Ty i Karen, myślisz…?

– Nie! – Zareagował tak gwałtownie, że aż sam się zdziwił. Siedzieli w hangarze, więc jego okrzyk odbił się od ścian głośnym echem. – Nie – powtórzył nieco łagodniejszym tonem. – Idylla rodzinna nas nie interesuje.

– Ostatnio spotykacie się coraz rzadziej – zauważyła Beth. – Jak nic się tu nie dzieje, to proponuję przejrzeć portale randkowe. Może znaleźlibyśmy tę jedyną?

– Beth…

– Josh, masz trzydzieści sześć lat. Jesteś przystojny, nawet bardzo. Starsze panie miękną, jak się uśmiechniesz. Ale, Josh, uroda przemija. Ani się obejrzysz, jak będziesz chodził z balkonikiem i utyskiwał, że nie masz wnuków.

– Wybieram saperów! – Cisnął w nią plikiem papierów. – Żeby się od ciebie odczepić. Posegreguj je, a ja przez ten czas napiszę podanie o przyjęcie do wojsk inżynieryjnych.

Nagle ożył radiotelefon. Rzucili się do niego oboje, ale Beth okazała się szybsza.

W miarę jak słuchała rozmówcy, jej rysy tężały. Widząc to, Josh sięgnął po kamizelkę.

– Co się stało?

– Problemy. Zawalisko w kopalni na Wildfire Island. Pogruchotana noga. Konieczna ewakuacja do Cairns. Samolot startuje za dziesięć minut.

– Zawalisko w kopalni i tylko jeden poszkodowany?

– Spadł mu na nogę stempel, a reszta durni uznała, że nie warto uciekać. Teraz jednak… To poważne zawalisko i co gorsza, zasypany został jeden z miejscowych lekarzy.

Jeden z miejscowych lekarzy. Na Wildfire. Zdrętwiał.

– Josh, co ci jest?

– Wyspa Wildfire w archipelagu M’Langi?

– Tak.

– Maddie tam pracuje.

– Maddie? Twoja Maddie?

– Nie jesteśmy razem. – Głupio to zabrzmiało, ale nic lepszego nie przyszło mu do głowy.

– Wiem. Nie jesteście małżeństwem od kilku lat. To skąd wiesz, że ona tam pracuje?

– Hm… trzymam rękę na pulsie. Ona tam bywa, część czasu pracuje tam, część na lądzie. Jej mama przebywa w domu opieki w Cairns.

– Aha. – Kompletowali sprzęt. – Śledzisz ją.

– Nie śledzę!

– Ale trzymasz rękę na pulsie. – Wyjmowali leki z lodówki. – To podejrzane.

– Jesteśmy w kontakcie. W pewnym sensie – wyjaśnił. – Życzenia z okazji Bożego Narodzenia, urodzin… Staram się też wiedzieć, gdzie pracuje. Na wypadek… – Zawahał się. – Kurczę, nie wiem czego.

Beth się rozchmurzyła.

– Rozumiem. – Zamknęła torbę. – Nie zapominaj, że byłam zamężna dwa razy. Raz twój były, na zawsze twój były. Chyba że ludzie rozstają się w gniewie, to wtedy uraza zostaje. Ale, Josh, ośrodek na Wildfire ma liczną obsadę. To wcale nie musi być Maddie.

– Mhm…

Usłyszała łoskot. Do tej pory martwiła się o Malu, ale teraz zaczęła się bać o siebie. Gdzie on jest?

Powoli przemieszczała się w półmroku pośród osuwających się kamieni, osłaniając nos i usta. W pewnej chwili upadła, wypuszczając z ręki latarkę.

Komórka! Przypomniała sobie, jak kilka tygodni wcześniej na szpitalnym tarasie Hettie pokazywała jej i Caroline aplikacje, które można mieć w telefonie. Poza latarką większość uznała za nieprzydatną.

Komórka! Dzięki niej odnalazła na ziemi swoją dużą latarkę. Działała.

Natknęła się na nich w połowie korytarza. Z uda Malu sączyła się krew. Koledzy założyli mu opaskę uciskową, ale okazała się niewystarczająca.

– Trzeba mocniej ucisnąć. Połóżcie go.

I wtedy nastąpił kolejny wstrząs.

– Uciekajcie! – krzyknęła co sił w płucach.

Mężczyźni rzucili się do ucieczki. Modliła się, by zdążyli, bo jej drogę odwrotu zasypały głazy. W mdłym świetle latarki szukała poszkodowanego.

– Malu…?

– T…tu jestem.

Dzieliła ich sterta kamieni. Pokonała ją z trudem. To przecież ósmy miesiąc. Czuła się poobijana. Może nie był to najlepszy pomysł… Nie ma czasu nad tym się zastanawiać.

Malu miał szczęście, że nie został zasypany. Żył i był przytomny. Miał głęboką ranę na udzie, na linii majtek. Kumple założyli mu prowizoryczną opaskę uciskową, ale się zsunęła. Maddie z ulgą zauważyła, że krew wypływa z rany leniwie. Gdyby sikała, byłoby gorzej.

Zwinęła swoją kurteczkę w ciasny kłąb i tak mocno przycisnęła ją do rany, że Malu jęknął.

– Przepraszam. Malu, mam środki przeciwbólowe, ale najpierw muszę zatrzymać krwawienie. Wybacz, że nie uprzedziłam, że zadam ci ból.

Malu zamilkł. Znała tego barczystego silnego mężczyznę, mieszkańca najodleglejszej wyspy archipelagu M’Langi. Miał żonę oraz dwójkę dzieci.

Docisnęła mocniej. Miała w torbie morfinę, ale brakowało jej rąk. Drugą ręką ściągnęła mu z nogi rozdartą nogawkę spodni. Koledzy użyli paska od spodni jako opaski, ale był za sztywny. Nogawka będzie tysiąc razy lepsza.

– Najgorsze już za tobą – powiedziała, zawiązując supeł. – Krwawienie zatamowane, więc mam dwie ręce wolne. Teraz zrobię maski, żeby łatwiej się nam oddychało, a potem podam ci coś przeciwbólowego.

I przy okazji trochę go nawodni. W duchu dziękowała Bogu, że ma z sobą torbę lekarską, że nie zgubiła jej po drodze. Że może podać mu kroplówkę.

Malu prawie nie reagował. Tętno…

Kroplówka, i to natychmiast! Pięć minut później Malu dostał morfinę i oboje mieli na twarzach prowizoryczne maski. Żeby je zrobić, podarła bluzkę. Trzymając wysoko pojemnik z płynami, pomyślała, że nareszcie może odsapnąć.

– Maddie… – Ranny przemówił szeptem.

– Mhm…?

– Macca i Reuben… Oni mnie nieśli.

– Wiem.

– Reuben to mój wujek. Myślisz, że przeżyli?

– Nie wiem. – Nie warto kłamać, zwłaszcza że Malu lepiej od niej zdaje sobie sprawę z ryzyka. Wzięła go za rękę, bo nie mogła zrobić nic więcej.

Szukanie ich, przekopywanie się przez rumowisko… Niemożliwe, nawet gdyby mogła zostawić Malu.

Mężczyzna ścisnął jej dłoń.

– Proszę nawet nie myśleć, żeby iść do nich. – Wyczuła, że oprócz troski o nią przemawia przez niego lęk, że mógłby sam znaleźć się w tunelu. – To robota dla tych z zewnątrz. Zgaś latarkę.

– Słucham?

– Światło. Niepotrzebne. Trzeba oszczędzać.

– Racja. – Zgasiła latarkę i wyłączyła aplikację w komórce. Ale gdy ekran przygasał, dostrzegła nową wiadomość.

Tylko nie mów, że jesteś w tej kopalni. Lecę z pogotowiem lotniczym. Josh

Josh. Josh spieszy im na pomoc.

A jej komórka działa. Ta świadomość podniosła ją na duchu. Z lżejszym sercem przekazała tę wiadomość Malu, który odpowiedział słabym uściskiem dłoni. Pogotowie lotnicze to początek, za nimi nadciągną inni.

Mocno ściskała komórkę, jej jedyny łącznik ze światem. Pomoc, ciężki sprzęt, doświadczenie, technologia. Wszystko, żeby ich stąd wydostać.

Josh. Nieważne, że Josh jest w zespole ratowników. Ich związek rozpadł się lata temu. Czasami rozmawiają jak zwyczajni znajomi. Chyba nawet nie jak przyjaciele.

Mimo to ważne… że to Josh.

– Mamy zasięg? – W jego głosie brzmiała nuta niedowierzania. Na ekranie zobaczyła jedną kreskę.

– Ledwo, ledwo.

– Powiedz, żeby się pospieszyli – wymruczał. – I jeżeli tam będą kamery, to niech mi dadzą całe spodnie.

Mimo woli się uśmiechnęła. Twardy facet.

Ale ma tak słabe tętno…

– Powiem im – obiecała, pisząc esemesa.

Jesteśmy pod ziemią. Zasypana droga odwrotu. Nie prezentujemy się przyzwoicie. Przydałby się nam lepszy przyodziewek, bo tutaj nie ma pralni.

Gdy przeczytała to na głos, Malu lekko się uśmiechnął. Należało opisać jego stan, ale w tej chwili najważniejsze, że oboje oddychają. Muszą wytrzymać do przyjścia Josha…

Oraz całej reszty.

Pilot przygotowywał maszynę do lądowania.

– Wyłączyć telefony – rzucił.

Josh już miał wykonać polecenie, gdy na ekranie pojawiła się wiadomość. Zaklął.

– Josh, co się stało? – zaniepokoiła się Beth.

– Maddie tam jest. Zasypana.

– Więc wyłącz komórkę, żebyśmy mogli wylądować. – Odebrała mu telefon, ale gdy popatrzyła na ekran, jej rysy stężały. Ten zespół widział niejedną tragedię, ale gdy spotykało to kogoś z nich…

– Zaczekaj trzydzieści sekund – poprosiła pilota, już wystukując wiadomość.

– Co ty robisz? – Chciał jej odebrać telefon, ale nie przerywając pisania, odwróciła się do niego plecami, po czym wysłała esemesa.

Lądujemy. Josh nas prowadzi. Dotrze do ciebie, choćby miał przerzucać głazy gołymi rękami.

– Beth… – wykrztusił.

– To nieprawda?

Ogarnął go strach.

– Prawda.

Tytuł oryginału: Saving Maddie’s Baby

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2016

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2016 by Marion Lennox

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o. Warszawa 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Medical są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-2980-7

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.