Zasadzka. Tom 2. Głupia baba - Anna Kleiber - ebook + audiobook

Zasadzka. Tom 2. Głupia baba ebook i audiobook

Anna Kleiber

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Komedia kryminalna, która rozbroi Cię śmiechem! Masz ochotę na dawkę czarnego humoru, intrygujących bohaterów i mnóstwo niespodziewanych zwrotów akcji? „Zasadzka” to książka, która sprawi, że zapomnisz o całym świecie i zanurzysz się w wirze szalonych wydarzeń! Natalia, ze złamanym sercem po burzliwym romansie z nieodpowiedzialnym, ale zabójczo przystojnym Wiktorem, wraca do Starych Strzelb. Myślała, że zazna spokoju, ale na miejscu czeka na nią prawdziwa rewolucja! Okazuje się, że jej ciotka i spora część mieszkańców wsi mają obsesję na punkcie odkupienia ziemi od wyjątkowo uprzykrzonej sąsiadki. Problem w tym, że kobieta ani myśli się zgodzić, a jej spryt i złośliwość doprowadzają wszystkich do szału... Mieszkańcy wymyślają coraz to bardziej absurdalne plany, by przechytrzyć sąsiadkę, ale nic nie działa! Kiedy wydaje się, że sytuacja jest beznadziejna, Natalia wpada na genialny pomysł: sprowadzić do wsi… Wiktora! Ma on oczarować upartą sąsiadkę i sprowokować ją do sprzedaży ziemi. Przygotuj się na komedię pomyłek, błyskotliwe dialogi i kryminalną intrygę w tle. „Zasadzka” to dowód na to, że nawet w najbardziej szalonych planach miłość potrafi znaleźć swoją drogę.

To druga część serii komedii kryminalnych, polecamy pierwszą część „Głupia baba”. „Świetna komedia, oczywiście lektorka to mistrzostwo świata. Lekka prosta lektura na smutne dni. Polecam.”

ANNA KLEIBER – żona, mama, a wieczorową porą pisarka. Mieszka w Wielkopolsce i pracuje w bibliotece. Polecamy również cykl Komedia zagadek: "Twist", "Stalkerów dwóch" oraz "Wróbel w garści".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 307

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 51 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Aneta Todorczuk

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mbotka_56

Dobrze spędzony czas

Polecam
00



Anna Kleiber

Zasadzka

Głupia babaTom 2

LIND & CO

LIND & CO

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału:

Zasadzka

Tom 2 Głupia baba

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Lind&Co Polska sp. z o o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2026

Opracowanie redakcyjne: Studio Grafpa

Projekt okładki: Beata Kulesza-Damaziak, studio KARANDASZ

Copyright © dla tej edycji: 

Wydawnictwo Lind&Co Polska sp. z o o, Gdańsk, 2026

ISBN 978-83-67978-96-5

Opracowanie ebooka Katarzyna RekWaterbear Graphics

Wrocław

Zima w tym roku przyszła szybko. Konsekwentnie przez kolejne miesiące trzymała w swych szponach całą Polskę i to właśnie przez tę aurę, a dokładnie przez pokrywający chodnik lód, nie było mi dane pojechać do ciotki od razu po otrzymaniu od niej zaproszenia.

Ze spakowaną naprędce niewielką torbą wyszłam przed blok, gdzie czekała na mnie zamówiona wcześniej taksówka. Zanim otworzyłam jej drzwi, wywinęłam zgrabnego orła i padłam na chodnik, boleśnie tłukąc o niego całym ciałem.

– Nic pani nie jest?! – Taksówkarz natychmiast się przy mnie znalazł i nachylił, troskliwie zaglądając w oczy.

– Przystojny… – Jak zwykle bez zastanowienia powiedziałam to, co mi ślina na język przyniosła.

– Słucham?

– Chciałam powiedzieć, że nic mi nie jest. – Usiadłam i spróbowałam wstać, ale dojmujący ból nogi skutecznie mi to uniemożliwił. Syknęłam z bólu.

– Na pewno chce pani jechać na dworzec? Bo… – zaczął taksówkarz, ale ja, ponieważ na jego temat już zdążyłam pobujać sobie w obłokach, przerwałam mu niecierpliwym machnięciem ręki.

– Panie! Coś pan taki prędki?! Na kawę jeszcze nieraz zdążymy wyskoczyć, a póki co potrzebuję lekarza!

– Właśnie z ust mi to pani wyjęła. – Taksówkarz uśmiechnął się kwaśno. – Chciałem zaproponować zawiezienie na pogotowie. – Bez cienia litości odparł zabójczy przystojniak.

I Tomasz, bo tak miał na imię, zamiast na dworzec PKP, z którego miałam udać się w podróż do Starych Strzelb, zawiózł mnie na pogotowie, skąd, po założeniu mi gipsu na prawą nogę, wróciłam do wynajmowanego pokoju, gdzie spędziłam kolejne trzy tygodnie.

I przez cały ten czas nie wiedziałam, czego bardziej żałować. Czy tego, że moja wizyta u ciotki uległa przesunięciu, czy tego, że przystojny taksówkarz po zostawieniu mnie pod opieką medyków, uciekł w popłochu, nawet się za siebie nie oglądając, w związku z czym musiałam wybić sobie z głowy mrzonkę o choćby i jednorazowym wspólnym wypiciu kawy.

Na szczęście trzy tygodnie szybko minęły, a że po zdjęciu gipsu niczego już sobie nie uszkodziłam, do ciotki dotarłam cała i zdrowa. Aczkolwiek nieco rozczarowana faktem, że taksówkarzem, który zawiózł mnie na wrocławski dworzec nie był już przystojny Tomasz.

Stare Strzelby

Gdy dotarłam do domu ciotki, dawno zapadł wczesny zimowy zmierzch. Panował siarczysty mróz. Poczułam ulgę, gdy wreszcie znalazłam się u celu i zastukałam do drzwi. Po dłuższym czasie usłyszałam:

– Kto tam?

– To ja. Natalia. Przyjechałam.

W zamku zachrobotał klucz i w słabym świetle żarówki zobaczyłam ciotkę. Poza tym, że była odziana w stary kożuch, który kupiła kiedyś w lumpeksie, to nic się nie zmieniła.

– Wejdź. – Usunęła się z przejścia. – Chodźmy do kuchni, bo tam jest najcieplej.

Kuchnia, tak jak i ciotka, też się nie zmieniła. Bez słowa usiadłam na narożniku i obserwowałam, jak się krząta. Ona też się nie odzywała. Nie zapytała, czego się napiję, tylko od razu zaparzyła herbatę. Milczenie robiło się coraz cięższe.

– Mam grochówkę. Zjesz?

– Chętnie.

Postawiła przede mną talerz, w którym pływał wielki kawał kiełbasy. Na ten widok od razu świat zaczął jawić mi się w jaśniejszych barwach.

– Pyszna zupka – pochwaliłam.

– Wiem, przecież zawsze dobrze gotowałam i oczywiście nadal to robię. – Nie usiadła obok, tylko stała przy kuchence i patrzyła, jak pałaszuję.

– Ciocia w domu ma zupełnie ciepło, więc nie rozumiem, po co ten kożuch – rzuciłam między jedną a drugą łyżką, po czym zdjęłam gruby sweter.

– Jak będziesz w moim wieku mieszkać w takim starym domu, to zrozumiesz. – Szczelniej otuliła się okryciem.

– Heh! – parsknęłam. – Cioci wieku może i dożyję, ale domu to się nigdy nie dorobię. Nawet takiej rudery. Chciałam powiedzieć takiego starego. – Westchnęłam.

– Nadal siedzisz kątem u siostry i szwagra? – zapytała.

– Nie, wynajęłam pokój.

– A jak z pracą?

– Dostałam w urzędzie miasta.

– To nie zostałaś na uczelni? Nie badasz już tego swojego pomidora?

– Jakoś się nie złożyło.

Nie miałam ochoty wyjaśniać ciotce zawiłych meandrów mojej nędznej kariery naukowej. To, że nie dostałam miejsca na uczelni, nie było kwestią tego, że Janusz siedział w psychiatryku i nie mógł mi go załatwić. Już na początku pracy naukowej nabrałam wiatru w żagle i stałam się specjalistką w sprawach dotyczących pomidora. Zaczęto mnie doceniać i miejsce w katedrze dostałabym bez protekcji mojego kochanka. Potem, po obronie, tak pechowo się złożyło, że zlikwidowano mój wydział. Starsi stażem pracownicy zostali wchłonięci przez uczelnię, a nowych, wiadomo, nikt nie zatrudnił. I w ten sposób zostałam na lodzie. Najpierw szukałam takiego zajęcia, dzięki któremu mogłabym wziąć kredyt na mieszkanie, jednak niestety niczego takiego nie znalazłam. Ale pojawiła się szansa na pracę w urzędzie miasta, dzięki której mogłam wynająć pokój i wreszcie wyprowadzić się od siostry i szwagra. Nie pogardziłam więc tą ofertą i niezwłocznie się tam zatrudniłam.

– Chcesz jeszcze herbaty? – Ciotka szczęśliwie zmieniła temat.

– Tym razem poproszę kawę. – Rozsiadłam się wygodnie i poluzowałam pasek u spodni. Za oknem zaczął prószyć śnieg, a kaloryfer, który miałam za plecami, grzał przyjemnie.

– Nie jesteś ciekawa, dlaczego wreszcie ci odpisałam? – Zalała kubek wrzątkiem i usiadła na taborecie.

– Pewnie zadręczyłam ciocię tyloma listami i kartkami, że wreszcie ciocia postanowiła zaspokoić moją ciekawość.

– Phi! – Kobieta z lekceważeniem machnęła ręką. – Z listów, które nadesłałaś, przeczytałam tylko pierwszy, a kolejne oraz kartki od razu wyrzucałam, więc sama widzisz, że zaspokojenie twojej ciekawości miałam gdzieś. Jednak skoro tak ci na tym zależy, mogę ci wszystko wyjaśnić… – Łypnęła na mnie spod oka. – Ale przysługa za przysługę, ty też musisz mi coś obiecać.

– Obiecać? Co też ciocia wymyśliła?

– Stara już jestem, schorowana… – zaczęła znanym mi tonem, nie zwracając uwagi na zadane pytanie.

– Już to kiedyś słyszałam – burknęłam.

– Ale teraz nie kłamię! – Zdenerwowała się i zauważyłam, że przez to nie mogła złapać oddechu. – To przez te papierosy… Lekarze dają mi góra pół roku życia. Mam raka płuc.

W jednej chwili przestało mi być miło i przyjemnie. I nawet przestały mnie obchodzić wszystkie pytania, które chciałam jej zadać. W gruncie rzeczy zdążyłam ją polubić. Bywała może opryskliwa, ale czułam, że zawsze dobrze mi życzyła.

– Milczysz? Pewnie nie wiesz, co teraz powiedzieć? A nic nie mów. – Machnęła ręką.

– Cóż… A właściwie powiem to, co mi szkodzi? – Odchrząknęłam z zakłopotaniem. – Strasznie mi cioci szkoda, naprawdę! To dla mnie szok! Tym bardziej że ciocia tak dobrze wygląda! Po prostu nie mogę w to uwierzyć!

– Posłuchaj mnie uważnie. – Kobieta nie zawracała sobie głowy moimi okrzykami. – Chcę ci zapisać mój dom, ogród i kawał ugoru. Samej ziemi będzie około hektara. Oczywiście kurnik też dostaniesz.

Zamurowało mnie. Nagle miałam stać się posiadaczką domu i ziemi?! To chyba jakiś żart!

– Przepraszam, ale czy poza płucami wszystko inne ma ciocia zdrowe?

– Nie szydź ze mnie!

– A ta rodzina w Stanach? Czy nie lepiej by było im wszystko zapisać, a nie mi?

– Jaka rodzina? – zdziwiła się. – Ja w Stanach nie mam żadnej rodziny!

– Ach, nie ma ciocia… No a Rafał? On już bankowo jest ciocinym krewnym, więc dlaczego jemu ciocia wszystkiego nie przepisze?

Kobieta westchnęła i pokiwała z politowaniem głową.

– Rodziną? – zasępiła się.

– Czyżby z niego był taki ciociny krewny jak ci, których nie ma w Stanach?

– Ależ skąd! – żachnęła się. – Krewniak z niego, a jakże!

– Więc niech ciocia jemu zapisze. Z pewnością się ucieszy.

– Już ty moim majątkiem dyrygować nie będziesz! A na pewno nie namówisz mnie, abym zapisała go byle komu!

– Byle komu? – zdziwiłam się, że Rafała uważała za byle kogo.

– No może nie byle komu – poprawiła się – ale nieodpowiedniej osobie. Taki on nudny i akuratny, że aż mnie mdli, gdy o nim myślę. A i ta twoja siostra lepsza nie jest, bo taka paskudna uczciwość jej z oczu wyziera, że na pewno by nie dała na moją modłę go przerobić.

– Słucham?! – Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.

– Tak, tak. Dobrze wiem, co gadam. A poza tym Rafał już ma własny kąt, a ty nic.

– Ale ciociu, przecież to jest spory majątek, a ja jestem dla cioci zupełnie obca. Czy ciocia jest pewna swojej decyzji?

Kobieta gestem pokazała, abym zamilkła, sama również zamyśliła się, potarła dłonią skronie i powiedziała:

– Jak najbardziej. A wiesz, dlaczego chcę ci wszystko dać? Bo jesteś moim lustrem – powiedziała całkiem serio i mimo że dokładnie zrozumiałam każde ze słów, nie pojęłam, o co jej chodziło.

– Czym, za przeproszeniem?

– Lustrem!

Doprawdy można było o mnie powiedzieć i dobrze, i źle, ale żeby porównywać mnie do zwierciadła? Zdecydowanie choroba panosząca się w płucach ciotki dokonała już większych spustoszeń i zakłóciła pracę mózgu.

– Tak, tak, nie ma co na mnie tak głupio łypać. Wiem, co mówię! Chcę ci to dać, bo jesteś dokładnie taka, jaka ja byłam w młodości. Wiesz, ja też wierciłam się, rzucało mnie z kąta w kąt, nie mogłam znaleźć swego miejsca na ziemi, a i również, cóż… tak jak i ty, miałam ciągotki do niewłaściwych mężczyzn.

– I tylko z tego powodu chce mi ciocia zapisać cały majątek? – Musiałam jej przerwać, bo zupełnie mi się to nie kleiło. Miałam zostać nadzwyczaj hojnie obdarowaną tylko dlatego, że poczynałam sobie rzekomo tak samo nierozważnie, jak i ciotka?

Rozmówczyni nie przejęła się moim powątpiewaniem, tylko mówiła dalej:

– Gdy Rafał do mnie zadzwonił i powiedział, że jego szwagierka uwikłała się w trefną miłość i trzeba ją z tego wyrwać, od razu przypomniałam sobie minione lata i, nie powiem, uroniłam całkiem konkretną łezkę! Tak, moja droga, jeszcze cię na oczy nie zobaczyłam, a już mi się spodobałaś. Iść przez życie pod prąd, pod wiatr i wbrew wszelkim konwenansom! Czyż to nie cudowne? – Oczy jej błyszczały, a na policzki wystąpiły rumieńce.

– Poniekąd… może i tak – mruknęłam bez przekonania, bo po historii z Januszkiem niczego więcej w życiu nie pragnęłam jak tylko przewidywalności, stabilizacji oraz wpasowania się we wszelkie konwenanse właśnie.

– Ale cóż… – Ciotka na chwilę, jakby z wahaniem, zawiesiła głos – …po pewnym czasie odkryłam, że jednak istnieje między nami mała różnica.

– Jaka?

– Otóż ja parłam pod prąd, bo takie było moje przekonanie, a ty robisz to z…

– Z?

– Z głupoty – Uśmiechnęła się szeroko.

– Wie ciocia co?! Może ciocia przestanie złazić na pobocza, tylko przytrzyma się wreszcie głównej drogi, bo ja nadal tak naprawdę nie wiem, co ciocią powoduje!

Spojrzała na mnie z namysłem.

Rzeczywiście, coś mi myśli uciekają, ale to pewnie z nostalgii za młodością. No właśnie, aby dobrze wszystko wyjaśnić, muszę ci o tamtym czasie dokładniej opowiedzieć. – Znów się zamyśliła i zapatrzyła w jakiś punkt nad moją głową. – Gdy byłam gibka, powabna i myślałam, że na wieki jest mi to dane, popełniałam błąd za błędem, nie troszcząc się o jutro…

– Ja się troszczę! – Podniosłam w górę dwa palce, ale ciotka nie zwróciła na mnie uwagi.

– I gdy tak skakałam z kwiatka na kwiatek, nie dbając o opinię, zwróciła na mnie uwagę pewna stara kobieta, która mieszkała w tym właśnie domu.

– I co?

– Mówiąc krótko, zapisała mi go.

– Jak to? Ot tak sobie? I nic za to nie chciała?

– Ależ chciała, chciała. – Ciotka uśmiechnęła się chytrze. – Wiesz, kim była ta osoba?

Oczywiście, że nie wiedziałam! Ani tego, czego ta tajemnicza osoba mogła od niej chcieć, ani tego, kim była. Od początku tkwiło we mnie przekonanie, że po Niemcach w tym domu zamieszkała rodzina ciotki, ale jak się okazało – byłam w błędzie.

– Nie mam pojęcia!

– To była babka Leszka i Zbyszka.

– Babka rudzielców?! Ale dlaczego to właśnie ciotka dostała majątek, a nie ktoś z jej rodziny?

– Już ci mówię. Jej jedyny syn, Olek, mieszkał już w Bolesławcu i niby korzystnie się ożenił, bo z panną, która była właścicielką starej kamienicy. Ale co z tego? Ludzie, którzy wynajmowali u nich pokoje, byli biedni, czynsz płacili z rzadka albo i w ogóle. Poza tym budynek wymagał porządnego remontu. Dlatego też, aby Olek miał z czego pokryć wydatki, musiał mieć jakieś dochody, a kradzieże, aby móc związać koniec z końcem, wydawały się idealnym rozwiązaniem. Chociaż… – Zamyśliła się na chwilę i dodała: – …on to naprawdę lubił. Ten dreszczyk emocji, buzującą w organizmie adrenalinę, bo później, gdy już lepiej mu się wiodło, nadal kombinował na wszelkich możliwych frontach.

– Który to był rok?

– Co? – Ocknęła się z zadumy nad przeszłością.

– W którym roku to się zaczęło?

– Coś koło tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego.

– Co też mi ciocia za głupoty opowiada? Kto w latach sześćdziesiątych mógł być właścicielem kamienicy?

Zerknęła na mnie i pokiwała głową.

– To ty jeszcze się nie nauczyłaś, że po tym świecie chodzą tylko dwa rodzaje ludzi: równi i równiejsi?

– Tak, wiem, że na tym świecie sprawiedliwości nie ma, ale to przecież były bardzo pokręcone czasy! – upierałam się przy swoim. – Nie wiem, kim trzeba było być, aby mieć na własność kamienicę!

– Tego, z jakiej rodziny pochodziła żona Olka, nigdy się nie dowiesz i powiem ci w zaufaniu: ja ci tego nie wyjawię. A nie zrobię tego dla twojego dobra. Stare czasy niech idą precz! – dodała z mocą i zacisnęła usta na znak, że temat dotyczący własności kamienicy oraz rodzinnych koneksji żony Olka uznała za zakończony.

– Ach tak… – Westchnęłam.

– A żebyś wiedziała, że tak! – powiedziała i powróciła do kontynuowania opowieści: – W latach sześćdziesiątych urodzili się też Olkowi Lechu i Zbychu. Aby móc spokojnie pracować, tu, w Strzelbach, przy bagnach, musiał mieć zaufaną osobę. Jego matka, Franciszka jej było na imię, była już mocno schorowana, ojciec dawno poległ na wojnie, szukała więc, biedaczka, godnego zastępstwa. Akurat było o mnie głośno, bo wdałam się w romans z pewnym żonatym… Zresztą nieważne, ważne jest, że wyciągnęła do mnie pomocną dłoń, dzięki czemu uratowała mnie od śmierci w rowie z butelką wina w dłoni, ponadto dała dach nad głową, a po pewnym czasie poznała z miłym panem. Za to wszystko poprosiła mnie tylko o to, aby po jej śmierci Olek nadal mógł bezpiecznie korzystać z bagien. A gdy dorośli jego synowie, przejęli po nim cały proceder. Przy okazji pokochałam tych chłopaków jak własne dzieci, których nigdy nie było mi dane urodzić.

– Co na to wszystko mówiła ich matka, czyli żona Olka? Godziła się na to rodzinne złodziejstwo?

– Niczego nie mówiła, bo o niczym nie wiedziała, i nie daj Bóg, aby cokolwiek do jej uszu doszło, bo jej wujek…

– Co wujek, co wujek? – Łapczywie podchwyciłam kawałek informacji.

Ciotka rzuciła na mnie spłoszone spojrzenie, bo wyrwało jej się więcej, niż chciała powiedzieć, zignorowała postawione przeze mnie pytanie i wróciła do tematu:

– W każdym razie dość wcześnie umarła. Lechu i Zbychu byli po trzydziestce. Na wszystkich spłynął święty spokój i mogli działać tyle, ile im się żywnie podobało. Chłopaki zresztą też się w ojca wdały, bo całym sercem pokochały tę lewą robotę, a policji nigdy nie udało się niczego im udowodnić.

– No tak, wszystko ładnie, pięknie, ale dlaczego Olek albo choćby i któryś z jego synów nie weźmie tego domu?

Spojrzała na mnie z dezaprobatą.

– A po co im stara rudera, która dochodu nie przynosi, a tylko remontu wymaga? Zresztą dla nich bezpieczniej jest, no i oczywiście bardziej opłacalnie, gdy ktoś zaufany tu mieszka i pilnuje, aby w spokoju mogli prowadzić swe ciemne interesy.

– Aha… No, ale wróćmy do tamtych czasów. Co na to wszystko ciotki mąż, bo chyba wiedział, po co Olek, a potem jego synowie, jeżdżą na bagna?

– Mój Stefan? – Machnęła ręką. – A nic nie gadał, cicho siedział. Dom był mój i interesy moje, a on, nie bój się, krzywdy ze mną nie miał. Zresztą, a i gdyby coś tam gderał, to co? Jaka baba słucha tego, co chłop ma do powiedzenia? – Znów machnęła ręką, ale tym razem jakby z większym lekceważeniem.

– No, a ten Olek, ojciec rudych, czym się teraz zajmuje?

– Nie wiem. Zmarł dziesięć lat temu.

– Och… ale wobec tego ciocia już raczej rudymi zawracać sobie głowy nie musi.

– Ale! – przerwała mi ciotka. – Co też mi tu sugerujesz? Czy ty myślisz, że ja serca nie mam, aby ludzi źródła dochodów pozbawić?! A poza tym mówiłam ci już przecież, że pokochałam ich całym sercem, więc na pewno krzywdy zrobić im nie dam.

– Tak… – Zabębniłam palcami o stół. – Życie ciocia miała dość burzliwe, nie powiem, ale jak się ma ciocina przeszłość i to, że jestem cioci lustrem, do mojej przyszłości? Bo obie sprawy mają się chyba dość poważnie, skoro w kontekście spadku ciocia mi to wszystko opowiedziała?

– Otóż to – potwierdziła. – Dobrze kombinujesz, ale żeby ci do końca wszystko naświetlić, mam tu przygotowane pewne pismo, które zaraz ci pokażę. Przeczytaj je uważnie i jak się zgodzisz, to w swoim czasie podpiszesz je u notariusza. – Uśmiechnęła się chytrze.

– Niech ciocia to pokaże. – Uszy i policzki mi płonęły.

Kobieta sięgnęła do kredensu i zza rzędu kubków wyjęła foliową koszulkę formatu A4, a z niej drobno zapisaną kartkę. Podała mi ją. Szybko przebiegłam wzrokiem równe pismo. Wynikało z niego, że jeżeli przyjmę jako darowiznę majątek ciotki, to w zamian czeka mnie wypełnienie dwóch warunków: udostępnianie bez względu na dzień i godzinę przejazdu przez podwórze osobom wskazanym przez ciotkę oraz dbanie o inwentarz, przy czym warunek pierwszy był najistotniejszy.

– Ciocia ma na myśli rudzielców! – wykrzyknęłam. Już wszystko zrozumiałam. Ze względu na łączące nas podobieństwo uznała, że jestem idealną osobą do podtrzymania złodziejskiego procederu! – Przecież policja ich zapuszkowała, więc już nie mogą kraść. A poza tym nawet, gdyby wyszli na wolność, musieliby być głupi, aby dalej robić to, co robili, i to jeszcze w tym samym miejscu co poprzednio! – Broniłam się jak mogłam.

– Nie mają wysokich wyroków. A policja? – Machnęła ręką. – To też ludzie. Odpowiednio z nimi pogadałam.

Nie patrzyła mi w oczy. Łapówka? – snułam domysły.

– I co? Zgadzasz się?

Zamyśliłam się. Mieć własny dom – brzmiało pięknie. Ale ciotka skazywała mnie na współudział w kradzieżach. Bo jak inaczej nazwać ułatwianie złodziejom dojazdu do dziupli? Ale przecież na razie i tak tu nie zamieszkam, bo ciotka żyje. A jeśli kiedyś umrze… Zerknęłam na nią. Kto i co mógłby mi zrobić po jej śmierci? Rudzi? Mogłabym zagrodzić podwórze, puścić psa, a jakby stwarzali problem, pójść na policję. Ale taką, której ciotka nie zdążyła przekupić.

– Nie wiem, muszę mieć trochę czasu do namysłu.

– Ty lepiej za dużo nie myśl, bo jeszcze coś głupiego wymyślisz. Słuchaj, źle z nimi mieć nie będziesz – kusiła.

– Z kim? Z rudymi?

– Tak, Leszkiem i Zbyszkiem. Za każdy przejazd odpalą ci jakieś fanty.

– Fanty?

– No, dadzą ci coś z tego, co ukradli!

Przypomniały mi się nierozpakowane, luksusowe kosmetyki w ciotczynej łazience. A ta kuchnia? Niby dlaczego była taka zagracona? Wszystko jasne. Johnnie Walker, marlboro w pokoju ciotki czy nadmiar sprzętów to były prezenty od rudych!

– A jak od czasu do czasu puścisz po wsi plotkę, że na bagnach widziałaś ducha, dopiero będą ci wdzięczni! Nie pożałujesz. Zobaczysz.

– Plotkę o duchach?

– No tak. Możesz trzymać się mojej wersji o Niemcu i Helenie. Ale oczywiście, jeśli chcesz, sama możesz coś wymyślić.

Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

– No co się tak głupio gapisz? Na pewno wpadniesz na jakiś pomysł. Możesz się posiłkować choćby i którymś z horrorów, które przeczytałaś.

– Ciociu… – Udało mi się wreszcie przemówić. – Czy ja dobrze rozumiem, że bagienne duchy to tylko wymysł ciocinej wyobraźni?

– A co! – Z dumą wypięła pierś. – Dobra jestem, nie? Nieźle cię nastraszyłam. He, he, he, i nie tylko ciebie zresztą.

– I to tylko po to, żebym nie chodziła na bagna?

– Żeby nikt tam nie łaził, moja droga. Nikt!

– W takim razie… – Chciałam zapytać, kto odprawił wudu nad Leonem, ale ugryzłam się w język. Przecież ciotka nie wiedziała, że kogut był podstawiony.

– W takim razie co?

– Ach, nic, nic!

– Jak nic, to przejdźmy dalej. Jeśli przejmiesz po mnie majątek, to szczególną opieką otocz Bazyla.

– Bazyla?

– Mojego ulubionego koguta.

– To Leon zdechł?

– Wiesz przecież, że zginął tragicznie! – Spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Ach!

– Co mi teraz po twoim ach! Bazyl to ten, którego mi podstawiłaś. Zmieniłam mu imię, bo Leon był jedyny w swoim rodzaju i żaden inny kogut nie może tak samo się nazywać!

– Myślałam, że akurat tego ciocia nigdy się nie dowie. Przepraszam.

– Ale mimo wszystko pokochałam go jak swojego – ciągnęła. – Gdy Leon vel Bazyl mnie dziobnął, uciekł na bagna, a potem dostał rozwolnienia, pomyślałam, że coś nie gra. To nie mógł być mój ukochany kogutek! Najpierw podejrzewałam, że mimo moich zakazów zabiłaś go i ugotowałaś rosół. Ale po co miałabyś chcieć go zjeść, skoro nie potrafisz gotować? Przypomniałam sobie, że gdy byłam w szpitalu, Leszek mi powiedział, że o potrącenie podejrzewa twojego lowelasa, bo właśnie on miał srebrną hondę civic, a auto, które potrąciło Zbycha, było małe i jasne. Dodał też, że czasem po nocach widział, jak kręcił się po okolicy. Gdy wróciłam do domu i Leon nie był sobą, skojarzyłam, że przecież mogłaś opowiadać swojemu kochankowi, że nie możesz wyjechać ze Strzelb, bo musisz pilnować koguta. Więc abyś mogła wrócić do domu, to się biedaka pozbył. Moje domysły okazały się słuszne, bo rozmawiałam na ten temat z sierżantem Mroczkiem. Zaraz… – Zamyśliła się. – Kiedy to było? Tak, gdy już wyjechałaś…

– Gdy mnie ciocia wygoniła – sprostowałam z urazą.

– A wiesz, dlaczego to zrobiłam? Bo mnie wściekłaś jak nikt do tej pory! W najgorszych snach nie spodziewałam się, że przez ciebie rozpęta się taka afera, i z całego serca zamarzyłam, abyś sobie wreszcie pojechała. Och, jaka ja na ciebie byłam zła! – Ciotka zacisnęła pięści i pomachała nimi w powietrzu. – Nie chciałam mieć z tobą nic wspólnego! Ale mimo tego, że mnie tak rozwścieczyłaś, często o tobie myślałam, aż w końcu mnie puściło i stwierdziłam, że jestem gotowa na spotkanie z tobą… Ale wróćmy do tematu. Gdy zniknęłaś już ze Strzelb, wybrałam się na pogadankę do sierżanta Mroczka. Powiedział mi coś ciekawego. Otóż w czasie przesłuchań ten twój były wprawdzie nie przyznał się do powieszenia koguta, ale opowiedział to swojemu kompanowi z celi. A ten, wiadomo, za papieroska albo i dwa powtórzył to Mroczkowi… À propos, teraz jest na leczeniu, tak?

– Tak, tak… A co mu dokładnie powiedział?!

– Nie gorączkuj się tak! Otóż powiedział mu, że powiesił tego koguta, a nie przyznał się do tego, żeby nie zaniżać poziomu swoich zbrodni.

– Nie rozumiem.

– O rety, a co tu jest do rozumienia? Pomyśl sama: zabił twego byłego, zaciukał Waldka i na koniec miałby się przyznać, że kogutowi też nie popuścił? Przecież to spadek jakości zbrodni! Pomyśl, całe życie jesz szynkę i wszyscy o tym wiedzą, a tu nagle ktoś przyłapuje cię z kaszanką albo salcesonem! Nie wiem, czy to było dobre porównanie… – Podrapała się po głowie.

– Aha… – Dopiłam kawę.

– Poza tym Mroczek trochę się o ciebie martwił.

– Dlaczego?

– Powiedział, że koniecznie powinnam się z tobą skontaktować i powiedzieć, jak naprawdę było z tym kogutem. I że to mogłoby cię trochę uspokoić i ściągnąć na ziemię. Mówił, że według ciebie powieszenie Leona to był spolszczony rytuał wudu. A potem jeszcze zapytał, czy te bagienne strachy to prawda.

– I co mu ciocia na to powiedziała?

– Że strachy są prawdziwe. Przecież nie mogłam powiedzieć prawdy, bo jeszcze komuś ze wsi by wygadał. Poza tym taka opowiastka może się przydać w najmniej oczekiwanym momencie. A że ciągle nalegał, aby dać ci znać, jak naprawdę było z tym kogutem, to go zbyłam.

– Jak?

– E tam. – Machnęła ręką. – Nie chciałam się z tobą kontaktować, bo wciąż byłam na ciebie zła, więc musiałam go zbyć.

– Ale jak?!

– E tam. – Znów machnęła ręką.

– Co mu ciocia powiedziała? – Gdzieś pod skórą przyczaiło się tak zwane złe przeczucie. – Niech ciotka gada! – Poderwałam się od stołu i złapałam za kubek. Naturalnie, że nigdy bym nim w nią nie rzuciła, ale chciałam wyglądać przekonująco, i chyba osiągnęłam zamierzony efekt.

– Powiedziałam mu, że na jakiekolwiek wyjaśnienia jest już za późno, bo tak przeżyłaś to, co tu się wydarzyło, że wylądowałaś w psychiatryku. Jakoś tak mi to przyszło na myśl…

– Słucham?!

– Po prostu powiedziałam mu, że leczysz się na głowę. Nawet się temu zbytnio nie dziwił i jakoś tak skomentował… Zaraz, jak on to powiedział? Aha, że tylko kobieta, która sama ma chory mózg, mogła dać się wodzić za nos takiemu psycholowi, jak Janusz Kłóska. Ale nie przejmuj się tym, co powiedział Mroczek, bo najważniejsze, że się odczepił.

Byłam oburzona. Głupia baba, chora głowa. Tego było za wiele!

– To była taka ciocina zemsta za to, że ściągnęłam tu za sobą Januszka, co?

Wzruszyła ramionami.

– Chcesz jeszcze kawy? – zapytała z miną niewiniątka. – Jeśli tak, to czajnik jest tam. – Wskazała ręką na kuchenkę. Podeszłam do niego bez słowa i dolałam wody do fusów, robiąc popularną przed laty tak zwaną dolewkę.

– Nigdy cioci tego nie wybaczę.

– Wybaczysz, wybaczysz!

– To się jeszcze okaże! – Mieszałam w szklance trzęsącą się ręką.

– Chcesz jeszcze czegoś się dowiedzieć? – Ciotka jakby nigdy nic zmieniła temat.

Dąsałam się na nią jeszcze przez chwilę, ale w końcu nie wytrzymałam:

– Niech mi ciocia powie, skąd na polanie wzięły się pieniądze? Wiem tylko tyle, że to za nie potem mój ukochany… ówczesny ukochany – poprawiłam się – świetnie się bawił. – Na myśl o jego kochankach zacisnęłam pięści.

– Ach, to! Z szantaży.

– Jakich szantaży? Czyich?

– Waldkowych.

– Czy może ciocia jaśniej się wyrażać?

– Krzywy Maniek kłusował po lasach…

– Już wiem! – Weszłam jej w słowo. – Aby Waldek niczego nie powiedział policji, Maniek musiał mu za to płacić, a pieniądze miał kłaść do sowiej dziupli na polanie.

– Jak jesteś taka mądra, to mów dalej. – Ciotka była urażona, że jej przerwałam.

– Co mam mówić?

– Dlaczego twój kochaś zabił Waldka?

– To proste. Był o mnie szaleńczo zazdrosny, a poza tym widział mnie z Waldkiem w kilku niedwuznacznych sytuacjach – wyrwało mi się.

– Ciebie z Waldkiem? A jakie to były sytuacje? – zainteresowała się ciotka.

– Eeee… W zasadzie to nie pamiętam.

– Tere-fere – prychnęła ciotka. – Ale mniejsza o to, co robiłaś lub nie robiłaś ze świętej pamięci mendą. Więc jak według ciebie to wyglądało?

– Morderstwo? Waldek poleciał na polanę po pieniądze, przypadkiem znalazł się tam Janusz i wykorzystał okazję, aby go zabić i tym samym uwolnić mnie od niego. Jakie to szlachetne… – Westchnęłam.

– To by było zbyt proste.

– Zbyt proste? To jak było?

– Ta wioskowa menda szantażowała również moich chłopaków, Lecha i Zbyszka. Oni swój haracz także musieli kłaść do sowiej dziupli, z tym że płacili w każdy ostatni czwartek miesiąca, a Maniek w pierwszy wtorek. Jakoś tak. W każdym razie mendzie chodziło o to, by oni się przypadkiem przy tej dziupli nie spotkali. Tego wieczora zapłacić musieli akurat…

– Rudzielcy! – znów jej przerwałam.

– Właśnie tak. Tego dnia, gdy ty byłaś po laktatory, pamiętasz? Był dzień moich chłopaków. Włożyli pieniądze i nie zdążyli daleko odejść, gdy na polanę wpadł Waldek, a za nim Hieronim z nożem w garści. Schowali się w krzakach i czekali na rozwój wypadków. Waldek podleciał do dziupli i wyjął kasę, podczas gdy Hieronim coś do niego krzyczał. Nagle, ni stąd, ni zowąd, zza pleców Kowala wyłonił się twój pokraczny profesorek. Powalił na ziemię Hieronima, wyrwał mu nóż, doskoczył do Waldka i go zaciukał. Ponoć, jak na takiego zdechlaka, wykazał się niezłą krzepą. Lechu i Zbychu byli pod wrażeniem. A potem na drodze pojawiły się światła.

– To był Igor…

– Tak. Zatrzymał auto i poszedł w las szukać wuja i Waldka. Nie znalazł ich, ale w czasie, gdy go nie było, profesor podrzucił mu nóż.

– I rudzielcy to widzieli…

– Tak. I pomyśleć, że Igor był tak blisko polany! Gdyby ich wtedy znalazł, wszystko mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej!

– Albo Janusz zabiłby i jego – dodałam.

– Może masz rację? – W ciotce chyba krew zaczęła żywiej krążyć, bo rozpięła kożuch.

Niby opowiedziana przez nią historia stanowiła całość, ale według mnie jakąś taką niedorobioną.

– Ciociu, ale dlaczego Waldek poleciał po odbiór haraczu, mimo że miał na ogonie rozwścieczonego Kowala?! Przecież to był szczyt głupoty!

Kobieta spojrzała na mnie z uznaniem i powiedziała:

– Też o tym myślałam i nasunęły mi się dwie kwestie, a każda pośrednio związana jest z jego niespotykanie wybujałym zadufaństwem. Pierwsza możliwość jest taka, że świadomie leciał po kasę, bo chciał nią przekupić Kowala, aby ten stulił pysk. A druga taka, że liczył, iż zdąży je wyjąć, nim Kowal go dogoni. Cóż – westchnęła – tak to jest, gdy słucha się podszeptów gorzałki.

Pokiwałam ze zrozumieniem głową. Po pijanemu nikt nie jest mądry.

– Niech mi ciocia jeszcze powie, dlaczego rudzi, którzy przecież wszystko widzieli, od razu nie poszli z tym na policję?

– A po co?

– Jak to po co?! Mordercę za kratki wsadzić!

– Wtedy im to nie było do niczego potrzebne. Byli bardzo wdzięczni profesorowi, że usunął z ich życia podłego szantażystę. A poza tym nie chcieli iść na policję, aby nie tłumaczyć się, co robili w nocy w Strzelbach, podczas gdy mieszkali w Bolesławcu.

– I dlatego Krzywy Maniek miał na policji zeznawać to, co oni zobaczyli, tak?

– A ty skąd to wiesz?

– Słyszało się to i owo… Ale dlaczego w końcu postanowili, że jednak ktoś ma iść na policję i go wydać?

– Bo twój kochaś przegiął! Niby zniknął ze Strzelb, ale po pewnym czasie znów się pojawił. Moi raz po raz go widywali. Potem jakby się wściekł: zabił Leona i potrącił Zbycha! Trzeba go było usunąć, bo policja zaczynała coraz bardziej węszyć, a to nie było w interesie ani Krzywego, ani chłopaków.

– Ale na policji zeznanie Mańka poszło nie tak?

– Ech, te gliny. Najpierw uprzejmie go wysłuchali, a potem wzięli w krzyżowy ogień pytań, do tego zrobili mu w domu rewizję i po Mańku. Tym razem na zawiasach się niestety nie skończyło.

– To on już kiedyś miał wyrok? – zdziwiłam się.

– A bo to jeden?

– Wyszedł już z więzienia?

– Wyjdzie na wiosnę. Od razu mają się pobrać z Ireną i chcą stąd wyjechać. Gdyby cię Irena teraz u mnie zobaczyła, łeb by ci urwała. Tak się za tym Mańkiem nachodziła, nosiła mu nawet jedzenie, które wcześniej gotowała u księdza, a tu proszę! Jak przyszło niemal do ślubu, wszystko szlag trafił.

– A gdzie w tym moja wina? – Zaperzyłam się.

– Ależ ty ciężko kapujesz. Gdybyś nie przyciągnęła tu za sobą tego uczonego mordercy, Maniek nie musiałby zeznawać, nie wpadłby i dawno byliby po ślubie, a tak wszystko się przeciągnęło.

– Ale przecież ciocia sama mówiła, że wszyscy odetchnęli, gdy Janusz zabił Waldka!

– Już sama nie wiem, co myśleć. Jak ich szantażował, to wszystko jakoś leciało swoim torem. Menda dostawała kasę, chłopaki spokojnie pracowali, a gliny się nie wtrącały. Gdy do akcji wkroczył profesor, wywrócił cały porządek do góry nogami. Nie wiem już, co było lepsze. – Umilkła na chwilę i zapatrzyła się w okno. – W zasadzie to lepiej by było, aby jednak menda żyła. Ksiądz poniósł koszty na zeznania Mańka…

– Tak, wiem, tysiąc pięćset złotych. – Tym razem ciotka nie spytała, jakie było źródło moich informacji. – A w jaki sposób aresztowano rudzielców?

– Policja od czasu wydarzeń na polanie bacznie obserwowała Strzelby i okolice. Ponoć o procederze chłopaków od dawna wiedzieli, ale nie mieli podstaw, aby ich aresztować. Ale gdy wzięli się do roboty, to jeszcze tego samego dnia, kiedy zeznawał Maniek, złapali także ich. Na gorącym uczynku w dodatku. Fatalnie, fatalnie. – Pokręciła głową.

– I tego wieczora, kiedy Leon, to znaczy Bazyl, miał rozwolnienie, ciotka się o tym dowiedziała, tak?

– Tak. W Kopytkowie Maślanowa mi powiedziała.

– Aha, dobrze, że ciocia wspomniała o Maślanowej. Coś mi nie pasuje.

– Co takiego?

– Gdy policjanci zabierali z dworca Janusza, powiedzieli, że wysyłali na jego domowy adres wezwanie na przesłuchanie. Skąd mogli mieć jego adres?

Ciotka wzruszyła ramionami.

– A bo to problem zajrzeć do walizki?

– Ten, kto tam zajrzał, pewnie dał go też policji. Kto to był?

– Maślanowa. Kiedyś Maślany, Bąki i twój kochaś razem popili, potem on poszedł niby na spacer, a wszyscy i tak wiedzieli, że do ciebie. Maślanowa, która była najbardziej trzeźwa, zakradła się do jego pokoju, pogrzebała mu w bambetlach i tak dowiedziała się, gdzie mieszka. A że pamięć ma dobrą, to gdy po morderstwie gliny zaczęły ją pytać, czy w ostatnim czasie nie było kogoś obcego w Kopytkowie, od razu podała im jego adres. Wysłali mu polecony, ale nie odebrał…

– Bo wtedy był z tą Wiolką… – szepnęłam.

– Może i z Wiolką, ja tam nie wiem. W każdym razie na przesłuchanie się nie stawił, Maniek przeciw niemu zeznawał i resztę już znasz.

– Tak, teraz wszystko pasuje… – Pomieszałam łyżeczką w kubku. – Niech tylko ciocia powie mi jeszcze o Igorze…

– Co chcesz wiedzieć? Przecież spotkałaś się z nim na urodzinach u Hirka, nie pogadaliście sobie?

– Pogadaliśmy, ale pewnej rzeczy mogę dowiedzieć się tylko od cioci. – Łypnęła na mnie krzywo. Chyba domyślała się, jak miało brzmieć to pytanie. – Czy ciocia wiedziała, że Igor jest homoseksualistą? – Nie odpowiedziała od razu. Westchnęła, podrapała się po szyi, poprawiła kożuch, wstała i z powrotem usiadła. – Wiedziała ciocia czy nie?

– Tak. A co?! – rzuciła zaczepnie.

– I wiedziała to ciocia od rudych, tak?

– Tak. A co?

– I mimo tego, że Igor jest innej orientacji, ciocia chciała mnie z nim wyswatać?! Przecież ciocia oszukała moją siostrę i szwagra!

– Wypraszam sobie, ja nikogo nie oszukałam! Ten jego poprzedni chłopak, Rysiek, czy jak mu tam było, też lubił panów, a po jakimś czasie zupełnie zrezygnował z mężczyzn i ma rodzinę jak się patrzy!

– Skąd ciocia to wie?

– Od Igora. Nie mówił ci?

– Aż tyle to nie. No i co dalej?

– Więc pomyślałam sobie tak: skoro ten Rysiek, początkowo homoseksualista pełną gębą, w efekcie przebiegunował się w hetero, to dlaczego taki sam manewr nie mógłby udać się i naszemu Igorkowi? Postanowiłam więc spróbować go ożenić. Z tobą.

– Trzeba mu było podsunąć Beatę – burknęłam.

– Ona się nie nadawała, bo tylko za Waldkiem po tych lasach latała. Gdyby ten zorientował się, że Igor miałby go zastąpić, jeszcze na bójce albo i czym gorszym by się skończyło.

– Ale ze mną Igorowi jednak nie wyszło – rzuciłam z przekąsem.

– Pewnie źle się do roboty brałaś.

– Słucham?!

– Już i tak nieważne… Co się stało, to się nie odstanie. Tego, co może zrobić drugi człowiek, nikt nie jest w stanie przewidzieć, a ty… – ciotka uśmiechnęła się do mnie czule – …ty jesteś moja krew. – Pogłaskała mnie po głowie, poprawiła kożuch i zapytała: – Więc co? Zgadzasz się? Bierzesz moje gospodarstwo?

– Nie – odparłam krótko, a moja stanowcza odpowiedź sprawiła, że ciotka cofnęła się dwa kroki.

– Jesteś pewna?

– Jak tego, że dwa razy dwa jest cztery.

– Żebyś kiedyś nie żałowała!

– Bez obawy. – Dumnie uniosłam głowę.

– Może jednak jeszcze się zastanowisz? – W tonie ciotczynego głosu zabrzmiała prośba.

– Nie muszę. Już jestem zastanowiona… – odrzekłam szybko, po czym umilkłam i zmarszczyłam czoło, bo coś mi nie zagrało w odmienionym właśnie czasowniku. – To znaczy decyzję podjęłam w pełni świadomie – poprawiłam się, patrząc jej w oczy. Prawda była taka, że za cały cyrk, jaki ciotka wraz z połową wsi zgotowała mi w Starych Strzelbach, kogoś musiałam ukarać, a że padło akurat na nią, to trudno.

– W porządku – powiedziała, ale obie wiedziałyśmy, że wcale tak nie myślała.

– Ale, ale! – Przypomniałam coś sobie. – Co z cioci rakiem? Bo jeśli chodzi o opiekę podczas choroby, to ja ciocią bardzo chętnie się zaopiekuję!

– Zbytek łaski – odburknęła. – Z tym rakiem kłamałam, bo myślałam, że wpłynę nim na twoją decyzję, ale jak się właśnie przekonałam, ty nie masz serca! Ani rozumu – dodała ciszej, a jej ostatnie słowa były przyczyną tego, że się na nią obraziłam i spotkałyśmy się dopiero po roku.

Wrocław

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji