Zapach Mazur. Tom 1 - Małgorzata Manelska - ebook

Zapach Mazur. Tom 1 ebook

Małgorzata Manelska

4,5

Opis

Dwie kobiety. Dwie płaszczyzny czasowe. Trauma wojny i... miłość.

 

Julka dostaje pismo z ośrodka pomocy społecznej, z małej miejscowości na Mazurach, z prośbą o zaopiekowanie się nieznaną krewną. Pełna sprzecznych emocji, udaje się do Barwin, gdzie poznaje uroczą staruszkę, Gertrudę Skrocką. Między kobietami tworzy się niewidzialna więź. Podczas ich kolejnych spotkań, Truda opowiada o swoim życiu w Prusach Wschodnich. Na dziewięćdziesiątych urodzinach Trudy pojawiają się niespodziewani goście. Na jaw wychodzą skrzętnie skrywane tajemnice rodzinne.

Akcja książki toczy się na dwóch płaszczyznach: w czasach współczesnych, na Mazurach, i w czasach dzieciństwa oraz młodości Gertrudy – w okresie drugiej wojny światowej, na terenach Prus Wschodnich, obecnych Mazurach. Poruszana jest tu problematyka samotności, przyjaźni, poszukiwania swojego miejsca na ziemi, własnej tożsamości.

Otwierając stronice „Zapachu Mazur” czytelnik słyszy klangor żurawi i cykanie świerszczy. Zagłębiając się w treść książki, zewsząd otacza go zapach skoszonej trawy, rozgrzanych w lipcowym słońcu jagód i sosnowego lasu. Jeszcze długo po przeczytaniu czuje smak świeżej, smażonej ryby…

Jak wygląda wojna widziana oczami młodej Niemki?

Czy wojna może się śnić wiele lat po jej zakończeniu?

Czy czas naprawdę leczy rany?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 511

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (59 ocen)
38
14
5
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Annku90

Całkiem niezła

"Znów można było wystawić twarz do słońca i cieszyć się jego promieniami." Dziś piłam pierwszą w tym roku kawę na balkonie. A to dopiero początek :) żałuję, że nie mamy ogrodu. Ale nie zawsze można mieć to co się chce, prawda? Trochę mnie na książka znużyła na początku. Kompletnie nie mogłam wpaść w jej rytm, finalnie poszło. Ale bez większego szału... Julka dostaje pismo, że ktoś musi się zaopiekować starszą krewną. Wcześniej nie miała pojęcia o jej istnieniu, ponieważ były mąż nic o niej nie mówił. Mowa tu o Gertrudzie Skrockiej, dzięki której ta opowieść ożywa. Opowiada ona bowiem o czasach w Prusach Wschodnich. Los nie szczędził jej trosk, potem życie też nie rozpieszczało. Kobiety nawiązują nic przyjaźni, w między czasie, wiele się dzieje w życiu Julii i musi podjąć decyzje, które zadecydują o jej dalszym życiu. Oczywiście nie zniechęcam do poznania tej książki. Napiszę więcej. Druga część bardziej mi przypadła do gustu :) Jeśli czytaliście, dajcie znać, jakie są Wasze wr...
10
Ela19621

Dobrze spędzony czas

zapowiada się dobrze
00
Pondel

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
83Inka

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00
Gramona97

Dobrze spędzony czas

Dobrze spędzony czas. Trochę rozwleczona, za dużo dziwnych myśli bohaterki, która jest jakby narratorem historii tej trudniejszej. Miłość, jak to teraz modne, druga jest lepsza, choć przejścia staruszek temu przeczą.
00

Popularność




Copyright © by Małgorzata Manelska, 2018WYDAWNICTWO WASPOS, 2021All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja: Olga Anna Kłos

Zdjęcie na okładce: © by Svitlana Sokolova/Shutterstock

Projekt okładki: Adam Buzek

Ilustracje w środku książki: © by pngtree

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]

Wydanie I (poprawione) - elektroniczne

ISBN 978-83-67024-50-1

Wydawnictwo WasPosWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Epilog

Od Autorki

Bibliografia

Adriannie, żeby nigdy nie doświadczyła wojny…

Prolog

Pogoda od kilku godzin zaczęła się gwałtownie zmieniać. Dodatnia do tej pory temperatura nie spadła, ale zerwał się porywisty wiatr. Tańczył jak szalony w nagich konarach drzew, kołysząc nimi we wszystkie strony. Grudniowy deszcz nie jest niczym niezwykłym, ale ten wyjątkowo źle wróżył dla zbliżającego się Nowego Roku. Siąpił, tworząc na chodnikach błotniste kałuże, bezlitośnie niszczył fryzury podążającym na sylwestrowązabawę.

Telefon dzwonił od dobrych kilkunastu minut, ale nikt nie podnosił się, żeby go odebrać. Zerwana kartka z kalendarza walała się bezładnie po pustym stole, a skulona postać leżała bez ruchu pod beżowym kocem. Miała dość życia w samotności. Pomyślała, że musi coś zmienić. Nie wiedziała jak ma się do tego zabrać, ale wiedziona jakąś wewnętrzną siłą, podjęła decyzję tego wieczoru. Doszła do wniosku, że nie chce dłużej funkcjonować bez wsparcia i miłości drugiej osoby. Nie miała jednak pomysłu co zrobić, aby te plany wprowadzić w życie. Uznała, że zbyt długo borykała się z brakiem szczęścia, aby nadal miał trwać taki stanrzeczy.

Rozdział 1

Julka przypomniała sobie swoje sylwestrowe rozważania i w duchu zaśmiała się. Niemalże zawsze słyszała chichot Pana Boga, kiedy coś sobie zaplanowała, czy postanowiła. Jakoś nigdy nie złożyło się, żeby mogła zrealizować swoje marzenia. A tu niespodzianka! W zimowy poranek święta Trzech Króli od kilku godzin była w drodze. Jechała samochodem na północny wschód, gdzieś naMazury.

Właściwie miała wiele wątpliwości co do celu swojej podróży, nie wiedziała tak naprawdę po co tam jedzie i na jak długo. Wiedziała jedno. Zostawiła za sobą kawał życia, wspomnienia, niektóre dobre, częściej bolesne. Nie żałowała tego, co było. Myślała o tym, co będzie, co los przyniesie, co sama sobiestworzy.

Mówią, że każdy jest kowalem własnego losu. Czasem jednak ten los jest złośliwy, płata różne figle. Ale cóż zrobić, kiedy takie jest życie? Wyszła młodo za mąż, była zakochana, szybko urodziłasyna.

Początki były cudowne, dwa zakochane gołąbki i owoc miłości w postaci małego synka. Ale szara rzeczywistość szybko ich przerosła. Mieszkali w wynajętym pokoju, borykając się z brakiem pracy i pieniędzy. Do tego byli całkiem sami w małym miasteczku pod Lublinem. Artur, jej mąż, bardzo ciężko pracował w miejscowej cegielni, dopóki ktoś nie zaproponował mu wyjazdu do pracy w Holandii. Długo się nie zastanawiali, ponieważ ciągle brakowało pieniędzy na prąd, na czynsz, na buty dla małego Maćka, na mleko. Pojechał. Nie wiedzieli na jak długo. W latach dziewięćdziesiątych nie było jeszcze dla Polaków strefy Schengen i otwartego rynku pracy zagranicą. Dopiero za kilka lat Polska miała wejść do Unii Europejskiej. Artur za pożyczone pieniądze kupił bilet autobusowy ipojechał.

Razem z trzyletnim wówczas Maćkiem machali mu z okna, dopóki nie zniknął im z pola widzenia za rogiem domu, w którymmieszkali.

– Kiedy tata wróci? – zapytał Maciuś, a Julka przytuliła go mocno do siebie. Nie wiedziała. W głębi duszy miała złe przeczucia, ale nigdy o tym nie mówiła. Bała się sama przed sobą przyznać do jakichkolwiek obaw związanych z ich wspólnym życiem. Umówili się z Arturem, że będzie do niej pisał listy. Raz w miesiącu. I rzeczywiście, robił to regularnie. Zawsze do dziesiątego dnia każdego miesiąca dostawała od niego wiadomość. Pisał o swojej pracy „na czarno” w rolnictwie, o tym, jak każdego dnia wstawał o piątej rano, żeby nakarmić i napoić krowy, posprzątać oborę. Pisał o swojej samotności, tęsknocie, o tym jak trudno jest mieszkać poza krajem i znosić zły humor pracodawcy. Pisał o problemie, jakim była bariera językowa. Znosił to wszystko dzielnie, przysyłał pieniądze, twierdząc, że sam wiele nie potrzebuje. Mieszkał w gospodarstwie rolnym w jakimś baraku, miał zapewnione jedzenie i spanie, za które nie musiał płacić. W zamian pracował cały tydzień bez wolnej soboty i niedzieli. Pracował tak trzy lata, a w międzyczasie był w domu może kilka razy: na święta, na krótkim urlopie, na komunii syna. Tyle Julka go widziała przez lata, kiedy Maciek rósł i wchodził w okres wczesnoszkolny. Chłopiec go nie znał. Kiedy przyjeżdżał na krótkie pobyty, nie potrafił odnaleźć z synem wspólnego języka. Nie był to czas telefonów komórkowych, komputerów, komunikatorów internetowych. Były tylko listy. Listy, które się zachowały w szufladzie komody. Leżały niezmiennie w tym jednym miejscu, a Julka raz na jakiś czas wyciągała je, rozkładała pogniecione kartki na kołdrze i jeden po drugim, delektując się każdym słowem Artura, czytała. Czytając, pozwalała sobie na przekleństwa pod jego adresem, chociaż czasem z nostalgią roniła łezkęwspomnień.

Dzięki ciężkiej pracy Artura kupili w niedługim czasie małe mieszkanie. Drogie i bardzo brzydkie. Były to dwa małe pokoiki z ciemną kuchnią i ciasną łazienką. Ale na tamte czasy było ono dla rodziny Skrockich dużym luksusem. Maciek miał własny pokój, Julka w zasadzie też, bo przecież Artur w domu tylkobywał.

Rozdział 2

Leżała w ciepłej, pachnącej świeżością pościeli. Nie chciało jej się otwierać oczu. Myślała o tym, co wydarzyło się ostatnio. Najpierw dostała list – pismo urzędowe z ośrodka pomocy społecznej z małej miejscowości na Mazurach, później odbyła wielogodzinną podróż, spotkała się z obcą kobietą, rzekomo rodziną. Wiele lat była tylko z małym Maćkiem, czasem mieszkał z nimi Artur. Nie było przy nich rodziców, ciotek, wujków, sióstr, braci. Nikogo. Tak się w ich życiu poukładało, że byli zupełnie sami. Zawsze był to duży problem, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Do samotnych wieczorów i świąt spędzanych tylko zdzieckiem.

Aż do teraz, gdy nagle jak grom z jasnego nieba spadła na nią wiadomość, że gdzieś, wcale nie tak daleko, była jakaś rodzina. Babka Gertruda. Cóż to za imię, dziwiła sięJulka.

Było mroźne, styczniowe popołudnie, drugi dzień roku. Wracała do domu z pracy, na klatce schodowej spotkałalistonosza.

– Dzień dobry, pani Julianno. Wszystkiego dobrego w NowymRoku.

– Dzień dobry, dziękuję. – Uśmiechnęła się. – Mam nadzieję, że ten rok będzie lepszy niż poprzedni. Panu też życzę wszystkiegonajlepszego.

Listonosz machnął trzymaną w rękukopertą.

– Mam dla pani przesyłkę. Jeszcze chwila i byśmy się nie spotkali! I musiałaby pani iść na pocztę. Proszępodpisać.

Podsunął jej pod noskwitariusz.

– Tak, już podpisuję. – Nie patrząc na nadawcę, wpisała swoje imię i nazwisko w wyznaczonym miejscu. Otworzyła kluczem drzwi do mieszkania, jednocześnie patrząc na kopertę. Była tam pieczątka – Ośrodek Pomocy Społecznej w Dźwierzutach. Gdzie były Dźwierzuty? Nigdy nie słyszała nazwy takiej miejscowości. Zniecierpliwiona rozerwała kopertę, przebiegła wzrokiem po niedługiej treści pisma: Ośrodek Pomocy Społecznej zwraca się do Pani, jako członka rodziny Gertrudy Skrockiej zamieszkałej w Barwinach gmina Dźwierzuty, o kontakt z pracownikiem socjalnym w sprawie opieki nad w/w. I do tego numer telefonu do urzędu. Zdziwiona, aż przysiadła na krześle, na którym leżał kot Burek. Wyrwany ze snu zwierzak poderwał się z cichym miauknięciem i uciekł za kanapę. Kim była Gertruda Skrocka? Jakie Barwiny? Siadła prędko do komputera – otworzyła Internet, wpisała nazwę miejscowości. Wyskoczył opis w Wikipedii: wieś w województwie warmińsko–mazurskim, położona nad jeziorem, sześćdziesiąt kilometrów od Olsztyna. Sięgnęła pamięcią wstecz, ale nic jej nie przyszło do głowy. Nigdy nie była na Mazurach, co więcej, nie miała tam rodziny. Cóż – pomyślała sobie – noc z głowy. Pewnie będzie myślała o tejGertrudzie.

Rano poszła do pracy. Pracowała w urzędzie miejskim. Dzięki pieniądzom przysyłanym przez Artura ukończyła zaocznie studia na kierunku administracja, podjęła pracę, stała się niezależna. Jakby coś przeczuwała. W urzędzie od rana panował ruch, ale około dziesiątej wymknęła się z pokoju, w którym pracowała. Udała się do sali konferencyjnej, drżącą ręką wybrała numer telefonu widniejący na piśmie z Dźwierzut. Po chwili oczekiwania zgłosiła się pracownica. Julka przedstawiła się, powiedziała w jakiej dzwonisprawie.

– Jest pani jedyną osobą z rodziny, wskazaną przez panią Gertrudę, która może się nią zaopiekować. Pani Skrocka ma złamaną rękę, przez co trudno jej samej funkcjonować, a jest już starszą osobą – powiedziałakobieta.

– To pomyłka, ja nie mam żadnej rodziny, a zwłaszcza w Barwinach – odrzekła zdenerwowanaJulka.

Kobieta znowupowtórzyła:

– Jest pani żoną pana Artura Skrockiego, prawda?

– Jestem jego byłą żoną, rozwiedliśmy się kilka lat temu. Utrzymujemy jednak kontakt, bo nasz syn mieszka z nim wHolandii.

Urzędniczkapowtórzyła:

– No właśnie, pani Gertruda powiedziała o swoim jedynym wnuku Arturze, powiedziała gdzie mieszka, to znaczy nie znała adresu, tylko nazwę miejscowości. Nie wiedziałam jednak, że pani mąż mieszka w Holandii. Dlatego znalazłam tylko panią - powiedziała.

– Babcia Artura? – Julkę zamurowało. Artur nigdy o niej nie opowiadał. Zawsze mówił, że nikt z jego rodziny nie mieszka w Polsce, rodzice nie żyją, innych krewnych nie znał. Julce wystarczało to zupełnie, nigdy nie dopytywała o żadne szczegóły. A teraz pojawiła się jakaś babciaGertruda.

Powiedziała dokobiety:

– My w zasadzie nie jesteśmy już rodziną, były mąż ponownie ożenił się, obecnie nasz syn z nim mieszka. Więc chyba ja nie muszę opiekować się tąpanią…

– Ale ta pani nikogo nie ma. Jest zupełnie sama, a przy tym taka uparta. Nie chce mieszkać w domu opieki społecznej. Powiedziała, że umrze u siebie… – Ton głosu kobiety był łagodny, proszący.

– Nie mogę jechać tak daleko. Tutaj mam pracę, mieszkanie. Nie, nie dam rady! Poza tym nie chcę – powiedziała Julka i rozłączyła się, nie czekając na odpowiedźurzędniczki.

Zdenerwowana udała się do pomieszczenia, w którym pracownicy urzędu palili papierosy. Śmierdziało w nim tytoniem, aż szczypało w oczy. Julce jednak to nie przeszkadzało, chociaż na co dzień nie paliła. Na krześle siedział kolega z sąsiedniegopokoju.

– Poczęstuje mnie pan? – zapytała.

Zdziwiony, bo wiedział, że nie pali, dał jej papierosa, marnej jakości, z przemytu. Dym ją gryzł w oczy i gardło, lecz zdenerwowana, zaciągała się raz po raz. Myślała sobie: Dlaczego piszą do mnie? Co ja mam wspólnego z rodziną Artura? Nie, nigdzie nie pojadę. Po chwili namysłu zgasiła niedopałek i wyszła z pomieszczenia. Natychmiast, aby się nie rozmyślić, wybrała numer telefonu do Artura. Po dłuższej chwili odebrał. Powiedziała mu o liście, o rozmowie. Czuła jak narasta napięcie między nimi. Na koniec zapytała, dlaczego przez tyle lat nie wiedziała o babci. Milczał jakiś czas, a późniejpowiedział:

– Wiesz, Julka, babka Truda wychowywała mnie, bo rodzice nie żyli. Kiedy miałem osiemnaście lat, uparłem się, żeby razem z kolegami jechać do Lublina poszukać pracy. Babcia nie chciała mnie puścić, upierała się, żebym został, bo jestem za młody, nie poradzę sobie, poza tym ona była wdową, była samotna, nie mieliśmy żadnej rodziny. Tak bardzo się pokłóciliśmy, że uciekłem z domu trzaskając drzwiami. Pojechałem z kumplami do Lublina i nigdy nie wróciłem do niej. Kilka razy napisałem list, w którym wskazałem jej swoje miejsce pobytu, poinformowałem ją, że się ożeniłem, ale ona nigdy nie odpisała. Bywało, że chciałem jechać, odwiedzić, ale im więcej czasu upływało, tym miałem mniejszą odwagę. I tak do dziś, kiedy powiedziałaś mi o niej. Wiesz, Truda ma dziewięćdziesiąt lat – powiedziawszy to, westchnął głęboko. Jakby kamień spadł mu z serca, że wreszcie komuś zdradził tętajemnicę.

– Artur, to jest twój problem! Okłamywałeś mnie od początku i teraz za to płać! Stać cię na to, żeby wziąć kilka dni wolnego i odwiedzić staruszkę. Możesz wynająć opiekunkę. Mnie w to nie mieszaj! – Ostatnie zdanie Julka powiedziała podniesionymgłosem.

Po drugiej stronie nastała cisza. W końcu usłyszała jakby cicheskomlenie.

– Julka, proszę, zrób to dla mnie. Ostatni raz cię o coś proszę. Nie mogę się wyrwać z pracy, z domu, mam tyle spraw nagłowie.

Poczuła, że zaczynamięknąć.

A przecież zanim zadzwoniła do niego, obiecywała sobie, że będzie twarda i się nie ugnie. Całaona!

– No, ale co ja mam robić? Przecież ja też mam swoje życie, pracę, nie mogę tam jechać, zresztą ja nie jestem jej rodziną! – Julka zawiesiła głos. Czuła mętlik w głowie. Zaczynały targać nią sprzeczne uczucia, ale jednocześnie gdzieś z tyłu głowy pukał zdrowyrozsądek.

– No wiem, nie musisz tego robić, może wyślę ci pieniądze, a ty po prostu wynajmiesz jakąś opiekunkę – powiedział, a za chwilę dodał: – Jeśli oczywiście będzieszmogła.

Zakończyła rozmowę, niczego nie obiecując. Zastanawiała się tylko, dlaczego chciał, żeby jechała na drugi koniec kraju, aby zaopiekować się jego babcią. Przecież ją oszukał, nie wrócił do niej z tej Holandii, porzucił dla innej kobiety! A teraz czegoś od niej wymagał. Była zła na siebie. Tak bardzo chciała być asertywna i umieć odmawiać innym. A tu znowu klapa. Znów się ugięła pod czyjąś presją. Ta jejwrażliwość…

Otworzyła oczy, otrząsając się z myśli kłębiących się w głowie. Leżała na wiekowym tapczanie, pod białą, wykrochmaloną pierzyną. Spojrzała na pokój – stara szafa, okrągły stół nakryty wzorzystą serwetką, na ścianie portret ślubny pary sprzed wielu lat. W oknie białe firanki, na parapecie czerwone pelargonie w glinianych doniczkach. Wtem uchyliły się drzwi do pokoju i mocny głoszapytał:

– Julka… Śpisz?

Rozdział 3

Tak więc znalazła się na mazurskiej wsi u Gertrudy Skrockiej. Po telefonicznej rozmowie z Arturem oraz jej deklaracji, że nie zaopiekuje się kobietą, Julkę dopadły wątpliwości. Rozum podpowiadał, żeby nie zawracała sobie głowy starszą panią. Była opieka społeczna, miała wnuka, który mógł się nią zaopiekować. Tłumaczyła sobie, że Artur ma teraz pieniądze, gdyż prowadzi w Holandii rozległe interesy, poza tym jest przecież winien to swojej babci. Jedyny wnuk, jedyna rodzina. Im więcej jednak o tym myślała, tym większe wyrzuty sumienia zaczęły ją gnębić. Może jednak powinna jechać do tych Barwin? W końcu Gertruda Skrocka była prababcią Maćka. Z Arturem kiedyś łączyło ich tak wiele. Maciek, syn.

Artur był jego ojcem. Długo pracował sam, z dala od rodziny i kraju. Zanim nauczył się języka, czuł się samotny. Wykorzystał to jednak w inny sposób, czym bardzo Julkę skrzywdził. Ona też nikogo nie miała. Czuła się jeszcze gorzej, bo jedynym jej towarzystwem wówczas był mały Maciek. Nie miała koleżanki, przyjaciółki, nie zwierzała się nawet sąsiadce. Taka była lojalna. Kiedy Maciuś był mały, cała jej uwaga była skupiona wyłącznie na nim. Przedszkole, szkoła, zajęcia, zastępowanie mu ojca, zaspokajanie potrzeb. Wszystko to zemściło się na Julce, kiedy chłopczyk podrósł. Wraz z wiekiem, zaczęły również wzrastać jego wymagania – markowe ubrania, drogi sprzęt, kieszonkowe. W gimnazjum doszły problemy z nauką i zachowaniem. Wtedy zrozumiała, że mimo wszystko nie mogła synowi zastąpić taty. Ale nie szukała dla niego drugiego ojca. Myślała, a właściwie łudziła się, że wróci, że wkrótce ułożą sobie na nowo życie. Niestety. Jak grom z jasnego nieba spadła na nią wiadomość, że Artur zakochał się. Po prostu, zwyczajnie. Wymagał od niej zrozumienia, w końcu tyle lat był jej wierny, przysyłał pieniądze, listy. No ale stało się. Miała kilka dni na to, żeby się pozbierać po tej druzgocącej wiadomości, bo przy Maćku musiała ciągle być wgotowości.

Z Arturem jakoś doszli do porozumienia, że był jej winien pomoc przy dziecku. Przecież to lata rozłąki z synem spowodowały, że chłopiec zaczął sprawiać problemy. Pod koniec gimnazjum Maciej pojechał do ojca do Holandii. Początkowo buntował się, bo nie znał języka ani nowej żony ojca – Holenderki, nie widział nigdy swojego przyrodniego rodzeństwa. Po jakimś czasie pokonał wszystkie trudności, skończył szkołę, nauczył się języka, podjął pracę uojca.

Po rozmowie z Arturem myśli Julki zaczęły tak natrętnie krążyć wokół tematu Gertrudy, że nie mogła się od nich opędzić. Nie mogła pracować, spać ani jeść. W końcu poprosiła o kilka dni urlopu i pojechała naMazury.

Nie było łatwo znaleźć wieś Barwiny. Z Lublina do Nidzicy droga zajęła jej pięć godzin. Trasa dobra, wiadomo, krajówka. Ale od Nidzicy do Barwin to już było nie lada wyzwanie. Kluczyła bocznymi drogami, pokrytymi śniegiem i lodem. Trochę błądziła, gdyż nie posiadała nawigacji samochodowej. W końcu dotarła do zielonej tablicy z napisem Barwiny. Zatrzymała auto na poboczu drogi i wysiadła. Czuła jak serce jej mocno bije, a dłonie zaczynają drżeć. Bała się tego spotkania, pytań, tłumaczenia. Przecież mogła tu przyjechać wiele lat temu. Wtedy może wszystko wyglądałoby inaczej. Rozpalonym czołem dotknęła lodowatej karoserii samochodu, szybko jednak odskoczyła, bo zimno metalu aż parzyło. Spojrzała do góry. Na niewielkim wzniesieniu samotnie stał suchy pień drzewa, na którym smętnie tkwiło puste gniazdobocianie.

Westchnąwszy, wsiadła za kierownicę i uruchomiła silnik. Wjechała do wsi. Po prawej stronie minęła zamarznięte jezioro, otoczone lasem, teraz pokryte białym puchem. Jechała powoli, bo droga była bardzo śliska. Minęła pierwsze zabudowania, przystanek autobusowy, placzabaw.

Po chwili oczom Julki ukazał się sklep, więc zatrzymała auto, wysiadła, i ślizgając się na oblodzonej nawierzchni, weszła do środka. Kilku mężczyzn kupowało piwo. Sądząc po wyglądzie, byli to miejscowi. Wracali do domu po pracy. Zapytała o Gertrudę. Spojrzeli na nią ciekawie, wcale nie ukrywając swojegozainteresowania.

– Truda… – Zastanowił się jeden z nich, niski mężczyzna, z piłą spalinową w rękach. – Babka Truda mieszka pod lasem, dom po prawej stronie. Musi pani jechać w tamtym kierunku! – Pokazał ręką.

– A pani z rodziny? – zapytał jego kolega, obrzucając ją spojrzeniem. Czuć było od niegoalkohol.

– Nnnie, a właściwie… – Zaczęła się jąkać, bo nie wiedziała, co ma powiedzieć. Z opresji wyratowała jąsprzedawczyni:

– A co się interesujesz, Sierściuch?! Kupuj, co masz kupić i do domu! – Ostre słowa kobiety natychmiast podziałały. Mężczyźni posłusznie dokończyli robienie zakupów i szybko ulotnili się zesklepu.

Julka, uśmiechając się z wdzięcznością do kobiety, kupiła czekoladki i herbatę, i wyszła ze sklepu. Pojechała we wskazanymkierunku.

Droga była wyjątkowo trudna, nie wiadomo, czy pod śniegiem był asfalt, czy jakaś szutrówka. Po obu stronach mijała młody las iglasty. Przysypane białym puchem świerki i sosenki wyglądały pięknie. Śnieg na nich był czyściutki, skrzący się złotymi drobinkami. Jego biel aż drażniła wzrok. Po paru minutach jazdy dotarła we wskazane miejsce. Zatrzymała auto, wysiadła. Mały, samotny domek, pokryty czerwoną, starą dachówką. Miał białą elewację, dosyć zniszczoną. Julka zatrzymała się przed wejściem na posesję, wyciągając ciekawie szyję. Miała nadzieję, że po podwórzu nie biegał żaden pies. Na środku działki zobaczyła studnię, za domem trzy ogromne drzewa. Sądząc po korze – były to chyba dęby. W głębi widniały lipy, równie stare. Po prawej stronie domu stał budynek gospodarczy, też pokryty czerwonądachówką.

W oknie od drogi poruszyła się firanka, Julka zobaczyła w nim przez moment siwą głowę. I w tym momencie zrobiło jej się ciepło na sercu. Poczuła dziwną radość i jednocześnie nadzieję, że może jednak los przyniesie jakąśzmianę.

Ostrożnie weszła na podwórze. Zza domu wybiegł mały kundelek, merdając śmiesznie krótkim ogonkiem. Przywitał ją głośnym szczekaniem. Niepewnym krokiem, zasłaniając się torebką przed psiakiem, podeszła do drzwi, zapukała. Za jakąś chwilę usłyszała kroki. Drzwi się uchyliły, jej oczom ukazała się dosyć wysoka, szczupła postać kobiety, z włosami białymi jak mleko, z twarzą pomarszczoną upływem czasu. Po chwili spojrzały na nią piękne, niebieskie oczy. Starsza pani była ubrana w granatową dzianinową sukienkę, przepasaną kwiecistym fartuchem kuchennym. Na lewej ręce, zawieszonej na chustce, miała założony gips. Wbiły w siebie wzrok i obydwie jednocześnie uśmiechnęłysię.

– Słucham? – Pierwsza odezwała się starszapani.

– Ja… – Julka nie wiedziała, co ma powiedzieć. – Przyjechałam…

– Jesteś żoną Artura? – zapytała kobieta mocnym, silnym głosem. W dziwny sposób wypowiadała niektóre głoski. Jakoś taktwardo.

– Byłam jego żoną. Nazywam się JuliannaSkrocka.

Gertruda Skrocka otworzyła szeroko drzwi swojego domu ipowiedziała:

– Witam, zapraszam do środka, bo na dworze zimno. Ugotowałam rosół, zaraz sobie zjemy. – Julce po raz kolejny tego dnia zrobiło się ciepło nasercu.

Rozdział 4

Siedziały z Trudą w kuchni przy stole i piły herbatę z cytryną. Na dworze był mróz, piętnaście stopni. W nocy napadało tyle śniegu, że rano Julka chyba z godzinę machała łopatą, żeby odśnieżyć dróżkę od drzwi do furtki i do budynku gospodarczego, gdzie składowane było drewno na opał. Miała pewne obawy jak za kilka dni wyruszy w drogę powrotną. Nie była zbyt wytrawnym kierowcą w normalnych warunkach, nie mówiąc już o śliskiej nawierzchni zimowąporą.

Julka dyskretnie rozejrzała się dookoła. Siedziały w pomieszczeniu pełniącym rolę kuchni i salonu jednocześnie. Było to miejsce zaniedbane, wymagające remontu i zmian. W centralnym punkcie stała stara kuchnia kaflowa, służąca do gotowania i ogrzewania. Kafle na niej kiedyś były białe, teraz przybrały sinawo–kremowy kolor. Gdzieniegdzie wśród jednolitej bieli wstawione były malowane dekory, niektóre reliefowe. Aby zobaczyć, co przedstawiały malunki, trzeba było nieźle wytężyć wzrok, gdyż wzory były powycierane, w wielu miejscach niewidoczne. Niektóre przedstawiały kwiaty, inne ptaki, jeszcze inne ludzi przy pracy. Szczególnie jeden z kafli przykuł uwagę Julki. Przedstawiał żołnierza na koniu w otoczeniu drzew. Był piękny i kolorowy. Pod oknem stał duży okrągły stół, nakryty beżową szydełkową serwetą, mnóstwo razy praną i krochmaloną, będącą świadkiem wielu spotkań i rozmów. Naprzeciwko drzwi znajdował się tradycyjny, biały kredens, pomalowany olejną farbą. Julka, jak przez mgłę, pamiętała ze swojego dzieciństwa wiele takich mebli używanych w kuchniach. Gospodynie przechowywały w ich dolnych częściach wszystkie artykuły spożywcze, natomiast w górnych nadstawkach były talerze i szklanki. Także u Trudy za szybkami kredensu stały naczynia, a w dolnych półkach było pieczywo, herbata, kawa zbożowa, cukier.

Obok kuchni kaflowej znajdował się kran z bieżącą wodą i zlewozmywak oraz niewielka lodówka. W oknie zawieszone były białe haftowane zazdrostki, na noc zaciągane, na dzień odsłaniane. Parapet okienny zdobiły czerwone pelargonie w brązowych, glinianych doniczkach. Odkąd przyjechała, z wielkim zainteresowaniem rozglądała się po kuchni i co jakiś czas odkrywała coś nowego. Wielki, głośno tykający budzik, stojący na blacie kredensu, półkę z uchwytami na kubki, makatkę ręcznie haftowaną z napisem Smacznego, stary porcelanowy dzbanek na herbatę. Wszystko u Trudy zdawało się żyć i mieć duszę. Pomimo zaawansowanego wieku mebli, sprzętów, naczyń, czy dekoracji, wszędzie dawał się zauważyć wyjątkowy ład i porządek. Julka była zdziwiona, że staruszka potrafiła zadbać o estetykę i jednocześnie niemalże sterylność otoczenia. Zapytała, jak sobie radzi w domu i na podwórku, bo widać było, że miała zrobione zakupy, ktoś sprzątał, rąbał drewno na opał. Babka śmiała się cicho, odsłaniając sztucznezęby:

– Wiesz, mieszkam tu już tyle lat, że nawet jak nie chcę, to i tak przychodzą do mnie ludzie ze wsi, pomagają, wyręczają w wielu pracach. Ale – dodała – ja wiele rzeczy robię sama, tylko teraz z tą złamaną ręką mam problem, żeby się umyć i ubrać czy napalić wpiecu.

Truda spojrzała na Julkę uważnie, z lekkim błyskiem w oczach ipowiedziała:

– Chociaż… Może dobrze, że tak wyszło z tą ręką. Przyjechałaś do mnie, zapoznałyśmysię.

Julka zebrała się na odwagę, bo wprawdzie minęły już dwa dni odkąd przyjechała, ale dziwnym trafem obie pomijały ten najważniejszy dla nichtemat:

– A jak to się stało, że przez tyle lat ja nie wiedziałam o… pani… babci? – Poprawiła się. – A Artur też nic nieopowiadał…

Wzrok starej kobiety zatrzymał się na jakimś niewidocznym punkcie, oczy pociemniały, błysnęły w nich łzy. Po chwili jednak opanowała emocje, lekko sięuśmiechnęła.

– Stare czasy. Artur miał tylko mnie, a ja miałam jego. Zawsze myślałam, że będzie mieszkał w tym domu, że ożeni się tu, na miejscu. Był takim spokojnym chłopakiem, a ja byłam dla niego najważniejsza. Liczył się z moim zdaniem. – Westchnęła. – Ale kiedy skończył szkołę, okazało się, że nie ma dla niego pracy. Zaczął coraz częściej mówić, że wyjedzie gdzieś do miasta, gdzie mógłby znaleźć jakieś zajęcie. Jak o tym usłyszałam, to przestraszyłam się, że zostanę sama, a byłam już wtedy wiekowa. Miałam prawie siedemdziesiąt lat, a przecież lat mi nie ubywało. – Zachichotała. – Wtedy wydawało mi się, że byłam stara, a teraz to już nie wiem, jak nazwać mój wiek. – Znów zachichotała, odsłaniając sztucznezęby.

– I co? – zapytałaJulka.

– Raz wrócił do domu bardzo późno. Przyszedł od razu do mnie i powiedział, że załatwił sobie pracę czterysta kilometrów od domu, i że za kilka dni musi jechać. Ja w krzyk, powiedziałam, że się nie zgadzam, że nie może mnie zostawić samej. Wtedy tak się pokłóciliśmy, że Artur spakował swoje rzeczy i jeszcze tego samego dnia wyjechał. Minęło prawie dwadzieścia lat. Przysłał dwa listy. – Truda podniosła się z krzesła, podeszła do kredensu, odsunęła szufladę, z której wyciągnęła dwie pogniecione, pożółkłe koperty. Podała je Julce i gestem zachęciła do otworzenia. Kobieta popatrzyła na listy i naraz łzy stanęły jej w oczach. Pismo było Artura, bo do niej też pisał z Holandii. Wiadomości do Trudy były krótkie, lakoniczne, chłodne. Pierwsza: pracuje, jest zdrowy, pozdrawia. Druga: ożenił się, mieszka tu i tu. Tyle. Julka zaklęła w duchu. Jak on tak mógł, przecież taki nie był, kochał ją, troszczył się, dbał. A tu zostawił kobietę, która go wychowała, dała mu wszystko co miała, poświęciła czas, uwagę, miłość. Nie mieściło jej się to w głowie. To nie Artur, on tak by nie postąpił! Starsza pani wytarła łzy wierzchem pomarszczonej dłoni, na której widniała siateczka niebieskich żyłek i brązowychplam.

– Na początku myślałam, że nie wytrzymam tego i umrę z żalu. Ale jak to się mówi, czas leczy rany. Dobrzy ludzie pomogli pozbierać się, jakoś wróciłam do życia. Tylko te upływające lata, jest ich coraz mniej. – Dodałacicho.

– Wie pani…. babcia, Artur był dla nas dobry, kochał mnie i Maćka, ale nie wytrzymał presji czasu. Znalazł sobie inną kobietę w Holandii, rozwiedliśmy się, a teraz Maciek u niego mieszka. Był jednak uczciwy wobec mnie, bo powiedział o swoim romansie od razu, nie ukrywał go. Tak wyszło w naszymżyciu…

Herbata w szklankach już całkiem wystygła, więc Julka podniosła się, wylała ją do zlewu i z dzbanka stojącego na piecu nalała gorącej. Wykonywała tę czynność powoli, żeby staruszka nie zauważyła drżenia rąk. Upłynęło tyle lat, ale jej wciąż było ciężko o tymmówić.

Truda milczała, trudno jej było pogodzić się z tyloma nowymi wiadomościami. Nie potrafiła tak od razu przyswoić tego, co Julka jej powiedziała. Ona również czuła zamęt w głowie, nie wiedziała co ma powiedzieć. Nagle, nieoczekiwanie wyciągnęła dłonie do młodej kobiety, a ta zupełnie naturalnie otoczyła ją ramionami. Poczuły się związane ich wspólną troską isamotnością.

Rozdział 5

Po spędzeniu kilku dni w Barwinach, Julka musiała je opuścić. Miała jednak takie przeczucie, że nie na długo. Spędziła u Trudy kilka dni, ale czuła się, jakby znała ją od wielu lat. Coś wewnątrz niej mówiło, że spotka ją tu coś dobrego, że jeszcze tu wróci. Truda była taka miła i serdeczna, miała ogromne poczucie humoru, lubiła się śmiać. Dużo rozmawiały. Julka opowiadała jej o Maćku, o kłopotach z nim związanych, o pracy, a nawet Burku. Truda, podobnie jak Julka, nie potrafiła milczeć. Opowiadała o wnuku, jak był mały, jak chodził do szkoły, o jego kolegach, pierwszych dziewczynach. Po rozmowie z nią można było wywnioskować, że nie miała żalu do Artura o to, że ją opuścił i zerwał kontakt. Mówiła o nim z uśmiechem i czułością, jakby wciąż był małym chłopcem, a nie blisko czterdziestoletnim facetem, z lekką łysiną na czole, który dwadzieścia lat temu popełnił straszny grzech. Zostawił najbliższego sobie członka rodziny, w dodatku starszą osobę, babcię i matkę wjednym.

Po obiedzie Julka postanowiła, że w pobliskim sklepie zrobi Trudzie zakupy. Babka mówiła, że dotychczas sama chodziła po drobne sprawunki, ale kiedy ostatnio w drodze po chleb poślizgnęła się i upadła, łamiąc sobie rękę, przestała wybierać się dalej niż poza własne podwórko. A i tam wychodziła z obawą, że znów siępoślizgnie.

Julka przyznała Trudzie rację. Obiecała, że kupi jej wszystko co potrzeba, poza tym przyniesie drewna na opał. Artur, tak jak się umówili, przysłał pieniądze na zatrudnienie kogoś do pomocy. Babka bardzo broniła się przed tym, lamentowała, buntowała się, ale w końcu zgodziła się, aby codziennie na dwie godziny przychodziła do niej wnuczka sprzedawczyni zesklepu.

Z uwagi na wciąż padający śnieg, Julka zdecydowała, że pojedzie do sklepu samochodem. Nie było daleko, ale chciała kupić trochę więcej rzeczy. Odśnieżyła auto, wydrapując na zamarzniętej przedniej szybie kółko o średnicy trzydziestu centymetrów. Silnik odpalił, bez problemu wyjechała z podwórza. Na dworze było jeszcze widno, świeciło słońce. Był mróz, śnieg pięknie skrzył się na mijanych przez nią świerkach. Jechała wolno, gdyż było ślisko, jednocześnie zachwycając się panującą tu zimą. Kiedy minęła las, nagle słońce mocniej zaświeciło jej w oczy. Samochód znienacka skręcił w prawo, w wyniku czego wjechała w coś miękkiego, lekko uderzając klatką piersiową w kierownicę. Zaklęła siarczyście na własną nieuwagę i ostro świecące, styczniowe słońce. Szybko odpięła pas i wysiadła z auta. Wpadła prosto w potężną zaspę śniegu, ale szybko wygramoliła się z niej. Odetchnęła z ulgą, bo oprócz tego, że wyglądała jak bałwan, chyba nie było wielkiej szkody. Wjechała w rosnące blisko drogi zarośla. Obsypane ciężkim śniegiem, z daleka nie wyglądały jak krzaki. Zagapiła się, a i to wydrapane na przedniej szybie kółko też zrobiło swoje. Wsiadła z powrotem za kierownicę, aby wyjechać z zaspy, ale niestety, koła kręciły się w miejscu. Zrezygnowana, próbowała przymierzyć się do wypchnięcia samochodu, ale pojazd ani drgnął. Oparła się o zimną maskę auta, myśląc, co ma zrobić. Nagle, patrząc wciąż pod słońce, zobaczyła szybko biegnącą w jej stronę postać. Odetchnęła z ulgą. To chyba jakiś miejscowy podążał na ratunek. Nieco zawstydzona czekała na pomoc. Podszedł do niej mężczyzna w bliżej nieokreślonym wieku, w czapce naciągniętej głęboko na oczy, z zarostem starszym niż dwudniowy. Ubrany był jednak schludnie w ciemne dżinsowe spodnie i granatową kurtkę. Pociągnęła nosem, mając nadzieję, że nie jest pod wpływem alkoholu. Babka Truda mówiła, że tu, w Barwinach, wielu mężczyzn rozpoczyna dzień od piwa czy taniej nalewki. Mają taki obyczaj, bo nie mają roboty, bo się im wtedy lepiej pracuje, bo koledzy namawiają. Truda mówiła o tym, kiwając głową ze smutkiem. Ale ten chyba jednak nie byłpijany.

– Nic się pani nie stało? – zapytał mężczyzna zdenerwowany. – Widziałem z daleka, jak samochód ślizga się po drodze, to przybiegłem. Akurat wychodziłem ze sklepu… – Dodał.

– Nic mi się nie stało – powiedziała Julka nieco zawstydzona – …tylko, że nie mogę wyjechać z tego śniegu, próbowałam wycofać auto, ale nie dałosię.

Mężczyzna roześmiał się, ale nie szyderczo, nie złośliwie, tylko tak sympatycznie, zwyczajnie, jak przyjaciel. Popatrzył na Julkę, a ona zaczerwieniła się pod jego wzrokiem, mimo i tak już czerwonych od mrozu policzków. W popłochu pomyślała, że mogła założyć chociaż czapkę, a tak facet zobaczył jej nieumytewłosy.

– Spróbuję wyjechać z tego śniegu, może się uda, a jak nie to pomyślimy o czymś innym – powiedział.

Siadł za kierownicą i wrzucił wsteczny bieg. Koła się kręciły, ale samochód stał w miejscu. Po chwili jednak wysiadł i polecił Julce, żeby poczekała, a on za chwilę tu wróci ze swoim samochodem, to wyciągnie ją na lince. Nie miała innego wyjścia, więc czekała. Wsiadła do auta, bo mróz szczypał w nos i uszy. Po jakimś czasie podjechał czarny terenowy samochód. Julka otworzyła oczy szeroko ze zdziwienia. Pomyślała, że to chyba żaden miejscowy. Jednak zerkając na rejestrację auta stwierdziła, że pochodziło stąd. Widać nie wszyscy walczą tu z bezrobociem. Mężczyzna podpiął linkę do małego pojazdu Julki i raz dwa wyciągnął go z krzaków. Na szczęście jej jedyny środek lokomocji wcale na tej kraksie nie ucierpiał. Kiedy samochód stał już na drodze, Julka wyciągnęła do niego dłoń, mówiąc:

– Bardzo panu dziękuję! Nie wiem jakbym sobie samaporadziła.

Uśmiechnął się sympatycznie, podając jejrękę.

– Bardzo proszę i polecam się na przyszłość. Mam na imięKrzysztof.

Z nerwów, przejęcia i komizmu całej sytuacji upuściła kluczyki od samochodu w śnieg. Krzysztof znów musiałpomóc.

Rozdział 6

Julka po powrocie do domu zastała w nim pustkę, ciszę i chłód. Cały czas myślała o Trudzie i Barwinach. Spędziła u staruszki kilka dni, a odniosła wrażenie, jakby mieszkała z nią całe życie. Dziwne to było dla niej uczucie, bo nigdy nie czuła się tak związana z żadnym miejscem aniosobą.

Następnego dnia po pracy zajęła się zwykłymi domowymi obowiązkami – sprzątaniem mieszkania, praniem, prasowaniem. Co chwilę o pieszczoty upominał się Burek, którym pod nieobecność Julki zajmowała się sąsiadka. Jej myśli wciąż wracały do mężczyzny poznanego w Barwinach, który pomógł jej wydobyć auto ze śnieżnej zaspy. W duchu jeszcze raz podziękowała opatrzności, że nic się nie stało i nie uszkodziła samochodu. Pytała Trudę, kim jest ów mężczyzna z takim drogim samochodem, ale staruszka go nie kojarzyła. Powiedziała, że w Barwinach mieszka sporo ludzi, a poza tym od wielu lat napływają tu nowi mieszkańcy, warszawiacy. Kupują działki nad jeziorem, budują domy, w których spędzają lato. Truda powiedziała, że we wsi od kilku lat istnieje osiedle nowych budynków, zamieszkiwanych przez ludzi z różnych stronkraju.

Po skończonym sprzątaniu, Julka usiadła w fotelu z herbatą. Zadzwonił telefon. Spojrzała na wyświetlacz, to była jej przyjaciółkaBożena.

– Cześć, cosłychać?

– No właśnie, co słychać? Wróciłaś już do domu, nic się nie odzywasz, nie dzwonisz. Zasypało cię tam, na tych Mazurach? – Zaśmiała sięBożena.

Znały się wiele lat, Bożena dużo wiedziała o Julce, pomogła jej w trudnych chwilach. Przyjaźniły się, często się spotykały. Bożena, trochę młodsza od Julki, była mężatką z prawie dorosłymi dwomasynami.

Jej mąż pracował jako kierowca tira, więc Bożena miała dużoczasu.

Często spędzały go razem, na ploteczkach, na zakupach, czasem w kinie, rzadziej wrestauracji.

– Właśnie wróciłam do domu, trochę się ogarniam, ale jak masz czas, to wpadaj na herbatę! – powiedziała Julka mając nadzieję, że przyjaciółka ją odwiedzi. Potrzebowała komuś opowiedzieć o ostatnich dniach spędzonych naMazurach.

– No to zaraz będę! – Bożeny nie trzeba było długo namawiać. Nie minęło pół godziny i Julka usłyszała głośne pukanie do drzwi. Bez pytania „kto tam?” otworzyła, wiedząc, że to jej ekspansywna przyjaciółka. Stała w progu z butelką wina. Julka zaprosiła ją do środka i obserwowała, gdy zdejmowała płaszcz. Bożena była wysoką, szczupłą blondynką z krótkimi włosami, z dużym poczuciem humoru, odważna w kontaktach z innymi ludźmi. Ubrana w obcisłe dżinsy i czerwony sweterek, sprawiała wrażenie bardzo atrakcyjnej kobiety. Popatrzyła na Julkę ipowiedziała:

– Coś zmizerniałaś na tym wyjeździe. Opowiadaj, co tamustaliłaś!

Siadły w salonie na kanapie. Julka wyciągnęła kieliszki do wina, zrobiła herbatę i jednocześnie opowiadała jej o Trudzie, o małym domku pod lasem, o tym jak Artur od niej wyjechał, o jej samotności. Bożena słuchała w milczeniu, a na koniec wypowiedziała tylko jedno słowo, w bardzo dobitny sposób wyrażając się o Arturze. Julka przyznała jej rację, nie wiedząc co innego można było o nimpowiedzieć.

– Rozmawiałaś po powrocie z Barwin z Arturem? – zapytała na koniec, a Julka potrząsnęła przeczącogłową.

– Coś ty, on do mnie nie dzwoni, nie interesuje się, czy dotarłam do Trudy, jak ona się czuje, czy w ogóleżyje.

– Wiesz co, Julka, ja myślę, że on chyba nie ma odwagi zadzwonić…. Zresztą czego się mogłaś po nim spodziewać? Wiesz, że to gnojek… – mówiąc to, Bożena w zamyśleniu kręciła obrączką napalcu.

– Masz rację, być może bał się konfrontacji zTrudą…

– Na pewnie, jak uciekł od niej bez słowa i przez ileś tam lat wysłał dwa listy! – Bożena prychnęła zpogardą.

– Wiesz – powiedziała do niej Julka – nie wiem jak mam postąpić w tej sytuacji. Truda nie jest moją rodziną, ale nie mogę jej tak zostawić, tym bardziej teraz, kiedy ją poznałam. Kiedy wyjeżdżałam, chyba bała się zapytać, czy jeszcze kiedyś ją odwiedzę. Milczała, co było do niej takie niepodobne, a kiedy pakowałam swoje rzeczy, chodziła za mną krok w krok, jak dziecko. Nie mogłam tego znieść, więc jej powiedziałam, że wkrótce znówprzyjadę.

Bożena milczała, wzdychającgłośno.

– Julka, a może to dobrze, że tak się wszystko poukładało, ty przecież tutaj nie masz żadnej rodziny. Zawsze siedzisz sama, święta nie święta, urlopy. Masz, co prawda mnie, czasem Maćka, ale to za mało. Zastanówsię.

Julka myślała o tym zanim przyszła Bożena, rozważając wszystkie za iprzeciw.

Miała obawy, że Truda przywiąże się do niej, będzie chciała, żeby do niej cały czasprzyjeżdżać.

Z drugiej zaś strony dlaczego nie miałaby nawiązać kontaktów z prababcią własnegosyna?

– Truda jest taka otwarta, bardzo szybko znalazłyśmy wspólny język, wspólne tematy. Nie jest niedołężną staruszką, mimo że w czerwcu skończy dziewięćdziesiąt lat. Czyta gazety, książki, więc orientuje się w świecie. Można z nią bardzo swobodnie porozmawiać na różne tematy. Tylko nie mogę się z tym pogodzić, że jej jedyny wnuk tak z nią postąpił. Gdybym wiedziała o niej, kiedy braliśmy ślub, na pewno nie byłaby sama. Przecież wtedy tak bardzo potrzebowałam kogoś bliskiego. Maciek był mały, Artur wyjechał, nie było żadnejrodziny.

– Wiesz co Julka, nie myśl teraz o tym, tylko zacznij gonić stracony czas. Mówiłaś, że Truda będzie miała dziewięćdziesiąt lat, więc każda chwila się tu liczy. Nie wiesz, ile czasu jej zostało. Po prostu bądź znią!

Julka odetchnęła z ulgą. Pomyślała sobie, że Bożena jest bardzo mądra. Jakie to było dla niej oczywiste i proste. Trzeba być z Trudą tyle, ile się da. Wynagrodzić jej ten czas, kiedy była sama, gdy czekała na wnuka i na wiadomość od niego.

Nagle niepewność opuściła Julkę, wrócił dobry nastrój. Podekscytowana powiedziała do Bożeny, że postara się teraz częściej jeździć do Barwin. Nagle, może pod wpływem wina, może pod wpływem powracającej nadziei, opowiedziała jej historię swojej kraksy samochodowej. Śmiały się obie jak wariatki, a Bożenapowiedziała:

– A może ty tam mężaznajdziesz!

Rozdział 7

Nowy rok dopiero się zaczął, ale ostatnie wydarzenia tak zaprzątnęły umysł Julki, że nie zorientowała się, kiedy nadszedłluty.

Pracy w urzędzie było dużo, jak zawsze na początku roku. Ciągle były do zrobienia jakieś sprawozdania, tabelki, zestawienia. Głowę miała zaprzątniętą obowiązkami zawodowymi, ale codziennie dzwoniła na Mazury, do opiekunki Trudy. Z jej relacji wiedziała, że z ręką babci było coraz lepiej. Niedługo zdejmą jej gips, ponownie zrobią prześwietlenie. Czasem, jak Dorota była akurat u babki, Julka rozmawiała z nią. Truda nigdy się nie skarżyła. Nie, ręka nie boli, nie jest samotna, ludzie ze wsi przychodzą, tak, zakupy ma zrobione, nic jej nie potrzeba. Tylko raz nieśmiałozapytała:

– A może, jak się ociepli, toprzyjedziesz?

Pewnie, że przyjedzie, miała już pewne plany w tym kierunku, tylko na razie ich nie zdradzała. W dalszym ciągu była wściekła na Artura, że nie zainteresował się, jak sprawa została załatwiona.

Pewnego dnia nie wytrzymała i sama wybrała do niego numer. Odebrał, jak zwykle, dopiero po kilku sygnałach, zabiegany, zapracowany, zdyszany.

– Dzień dobry. – Przywitała się z nim chłodnymtonem.

– Cześć, Julka! Miałem do ciebie dzwonić, ale jak zawsze brakuje mi czasu. Wiesz, cały czas praca ipraca!

– Nie dzwonię do ciebie, żeby rozmawiać o twojej pracy! – Przerwała mu zniecierpliwiona. –Jakie masz plany odnośnieTrudy?

Po drugiej stronie zapadła cisza, by po chwili odpowiedzieć zupełnie innymtonem.

Niegrzecznym.

– No przecież przysłałem pieniądze na opiekunkę! O co ci jeszcze chodzi?! - Julka myślała, że się przesłyszała, więc poprosiła go opowtórzenie.

Kiedy ponowił swoją wypowiedź, aż wstrzymałaoddech.

– Wiesz co, wsadź sobie te pieniądze w… – Nie dokończyła, bo wszystko jej się w środkugotowało.

– No, ale czego ty się spodziewałaś? Że rzucę wszystko i przyjadę, bo babka złamała rękę? To może do jakiegoś domu opieki ją oddać? Wtedy problem byłby rozwiązany! – Kipiałzłością.

– Problemem to jesteś ty! Ona ma emeryturę i tak naprawdę nie potrzebuje twoich pieniędzy! – Zaczęła krzyczeć do słuchawki tak, że wystraszyła Burka. Uciekł do kuchni. – Ona potrzebuje twojej bliskości! Rodziny!

– Julka, zapominasz, że mam żonę i dzieci! Sprawuję też opiekę nad naszymsynem!

Czara goryczy przelała się, powiedział ażnadto.

Julka poczuła wzbierające w niejwzburzenie.

Gorąco wylało się na jej policzki, głos zaczął drżeć, ale nie mogłaodpuścić.

– Jak ci nie wstyd tak się zachowywać! Jesteś dorosłym człowiekiem i ojcem! Czy mam ci życzyć, żeby twoje dzieci w przyszłości też tak z tobą postąpiły? Człowieku, gdzie ty miałeś serce, że przez dwadzieścia lat nie dałeś znaku życia, odszedłeś od niej, jakbyś niczego nie musiał jej zawdzięczać! Co ty sobie wyobrażasz, przecież to jest staruszka, która cię potrzebuje! Ona tego nie mówi, ale nie musi nic mówić. To się czuje. Ona na ciebie czeka. Tyle lat czekała, karmiła się nadzieją. A ty miałeś ją w… – Nie dokończyła. Na jednym wydechu wykrzyczała Arturowi wszystkie swoje żale. Nabrała powietrza w płuca, chciała dalej na niego krzyczeć, ale przerwałjej.

– Teraz nie mogę jechać do Polski, mam w firmie gorący okres. Zresztą… – Dodał ciszej – …nie mogę zostawić żony z dzieciakami samej, wiesz, dziewczynki rosną, sprawiająproblemy.

– Nie chcę o tym słuchać! –Urwała Julka krótko. Ona też była sama z synem, który również sprawiał problemy, a nie było wtedy ojca przy nim. Pracował. Ciężko.

– Julka, przepraszam, obiecuję, że do niej pojadę, ale… Nie teraz. Boję się tego spotkania, tyle lat upłynęło odkąd się rozstaliśmy. Muszę się do tego przygotować… Mentalnie.

– Mentalnie! Jak ty się pięknie wyrażasz! Tylko sobie nie wyobrażaj, że ona będzie cały czas czekała! Ma prawie dziewięćdziesiąt lat, a dwadzieścia już na ciebieczeka!

Była tak bardzo wściekła. Złość wprost ją rozsadzała, nic jednak nie mogła zrobić. Łzy same zaczęły jej napływać do oczu. Nie mogła i nie chciała więcej z nim rozmawiać. Cisnęła telefon, aż bateria z niego wypadła. Skuliła się na kanapie i siedziała bez ruchu. Nie myślała o niczym. Żałość, niemoc i smutek wypełniały ją całą. Nie mogła pogodzić się z tą sytuacją. Całe jej życie było jedną wielka pustką, jednym wielkim czekaniem. W dzieciństwie straciła rodziców, ciotkę, kilka lat później męża. Wiedziała, co to samotność. Ileż można patrzeć w okno iwzdychać?!

Otarła łzy. Odetchnęła głęboko. Poszła do łazienki, spojrzała w lustro na swoją zaczerwienioną od płaczu twarz. Pomyślała, że ma dość tego użalania się. Trzeba działać. Obmyła policzki zimną wodą, osuszyła delikatnie ręcznikiem, wmasowała krem w skórę. Pomimo późnej pory, ubrała się i pojechała do jedynego w miasteczku sklepu, sprzedającego sprzęt kuchenny, telewizory, a także telefony komórkowe. Postanowiła kupić dla Trudy telefon, żeby mieć z nią kontakt, nie tylko przez Dorotę. Miała jedynie obawy, czy babcia nauczy się go obsługiwać. Postanowiła jednak spróbować. Po zakupach wróciła do domu, spakowała kilka bluzek, dwie pary spodni, piżamę. Następnego dnia był piątek. Zdecydowała, że prosto po pracy wyruszy na Mazury. Będzie niespodzianka dlaTrudy.

Rozdział 8

Droga do Barwin upłynęła spokojnie. Trasa była dobra, bo śnieg już stopniał, a temperatura wzrosła do kilku stopni naplusie.

Późnym wieczorem w piątek zajechała pod dom babki. Światło paliło się w kuchennym oknie, po podwórku biegał kundelek Misiek. Wysiadła z auta ucieszona, że zrobi jej niespodziankę. A tu… Niespodzianka dla niej – duży samochód zaparkowany na posesji, jakby znajomy kształt. Było ciemno, więc nie mogła zobaczyć marki auta i numeru rejestracyjnego. Przez chwilę przeszło jej przez myśl, że może Artur przyjechał z Holandii. Zabrała swoje rzeczy z bagażnika i po omacku weszła do domu. Zapukała do kuchennych drzwi i nie czekając na „proszę”, weszła do środka. Oślepiło ją światłożarówki.

– Julka! – Radość w głosie Trudy była dla niej bardzo miła. – Ale mniezaskoczyłaś!

– Dobry wieczór, czy mogę wejść? – zapytała nieśmiało, patrząc na gości siedzących przy stole. Jej wzrok padł na osobę, którą już wcześniej miała okazję zapoznać przy zaspie ze śniegu. Krzysztof od terenowego auta! Przy nim siedziała staruszka w wieku zbliżonym do babci Artura. W przeciwieństwie do Trudy, była niskiego wzrostu, dosyć korpulentna. Długi, ale dość cienki, siwy warkocz oplatał głowę kobiety. Spod rzadkiej grzywki wyzierały wesołe, błękitne oczy. Ubrana była w granatowy dres, na który miała narzuconą dzianinowąkamizelkę.

Babka podniosła się od stołu, wyraźnie ucieszona, wyciągając zdrową rękę na powitanie. Julka postawiła torbę na krzesło i wolnym krokiem podeszła do staruszki. Ucałowały się, obie trochęskrępowane.

– Chodź, kochana, siadaj, zrobię ci herbaty! Na pewno zmarzłaś, jechałaś takdaleko.

Babka zakrzątnęła się wokół kuchni, dorzuciła kawałek drewna do paleniska, nalała do białego kubka herbatę ze starego dzbanka, postawiła ją przed Julką. Ta zaś wychwyciła spojrzenie Krzysztofa. Uśmiechnął się doniej.

– My się już poznaliśmy – powiedział. – A jak auto, wszystko z nim wporządku?

Truda załapała w lot całąsytuację.

– Aaaa, to Krzysiu wtedy pomógł ci przy samochodzie? – zapytała, po czym oznajmiła przyjaciółce: – To jest właśnie żona mojego wnuka, Julka! – Następnie zwróciła się do Julki: – Julko, to jest moja przyjaciółka, Elza Kowalik, a to jej wnuk, Krzysztof.

Julka podała rękę staruszce, burcząc pod nosem, że jest byłą żoną wnukababci.

– Dobrze, że pani przyjechała do Trudy. Ona teraz z tą ręką słabo sobie radzi. Zresztą, stara już jest, samotna. Należy się jej trochę opieki od rodziny! – Kobieta zakończyła swój wywód z lekką przyganą. Julka znów poczuła się zakłopotana, nie wiedziała co mapowiedzieć.

– A co słychać u Artura? – zapytała pani Elza, patrząc na Julkęuważnie.

– Nie wiem – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Jesteśmy porozwodzie.

Wnuczek Elzy siedział przy stole, bawiąc się telefonem komórkowym. Pił herbatę, ale się nie odzywał. Zerkała na niego co chwilę. Wyglądał trochę inaczej niż wtedy, przy krzakach bzu. Miał ciemne włosy, krótko ostrzyżone i brązowe, bystre oczy w ciemnej oprawie. Tym razem był starannie ogolony, pachnący markową wodą toaletową, ubrany w sportową koszulę, czarnespodnie.

– Pan przywiózł babcię do… babci? – zapytała, zorientowawszy się, że trochę głupio tozabrzmiało.

– Tak, nasze babcie mają pewien rytuał. Spotykają się raz w tygodniu na herbacie i ploteczkach. A w związku z tym, że mieszkamy w drugim końcu wsi, muszę babcię przywieźć i później zabrać. Bo moja Elza… – Roześmiał się – …nie da rady przejść tak daleko, a zresztą ma mnie od pomocy. – Dodał. Elza popatrzyła z miłością nawnuka.

– Oj wnusiu, jesteś taki dla mnie dobry. Wie pani – powiedziała do Julki – zajmuje się mną lepiej niż najlepsza córka. Ma tyle pracy, ale zawsze znajdzie czas, żeby porozmawiać ze mną, zawieźć do lekarza czy do Trudy. Mam czworo dzieci, ale wszystkie są poza Barwinami. Razem ze mną mieszka Krzyś. Tu prowadzi gospodarstwo. Prowadzi hodowlę krów, wie pani, ma ich chyba zesto.

Rolnik, jak mój były – pomyślała sobieJulka.

– Cieszę się, że ma pani taką dobrą opiekę – powiedziała zawstydzona tym, że Truda nie może tego powiedzieć o swoimwnuku.

– Babciu… – Przerwał nagle Krzysztof – …chyba czas już na nas, siedzimy już tu trochę, a poza tym pani Julia pewnie chciałaby ze swoją babciąporozmawiać.

Obie z Trudą zaprotestowały, że absolutnie im nie przeszkadzają, ale goście i tak postanowili jeopuścić.

Pani Elza z trudem podniosła się z krzesła. Wnuk zajął się nią troskliwie. Pomógł jej założyć płaszcz, poprawił czapkę, po czym wziął pod rękę i po pożegnaniu wyszli. Julka udała się za nimi, żeby zamknąć bramę. Pomogli razem z Krzysztofem wdrapać się babci Elzie do auta. Staruszka stękając usadowiła się na przednim siedzeniu, wnuk przypiął ją pasem, zamknął drzwi. Krzysztof popatrzył na Julkę, więc mu jeszcze raz podziękowała za pomoc przysamochodzie.

– Dobrze, że pani przyjechała do Trudy. Tyle lat była sama, a jest coraz starsza. Radzi sobie całkiem nieźle, ale chyba należy się jej trochęopieki.

– Pewnie, że się należy! – powiedziała Julka może trochę zbyt głośno. – Ale wnuk Trudy, a mój były mąż, tego nie rozumie. Dlatego jestem tutaj, żeby miała choć namiastkęrodziny.

– Myślę, że się jeszcze spotkamy – powiedział Krzysztof, wyciągając do Julki rękę na pożegnanie. Stała jeszcze chwilę w ciemnościach i patrzyła za odjeżdżającym autem. Weszła do domu. Truda siedziała przy stole, czekając nanią.

– Babciu – powiedziała nieco zamyślona – a dlaczego wy macie takie obce imiona: Truda iElza?

Babka spojrzała na nią zezdziwieniem.

– Wiesz, to stare dzieje – powiedziała. – Nie ma do czegowracać.

– Jeśli mamy być rodziną, to może niech babcia opowie. Tyle lat żyłam w nieświadomości przez babci wnuka, że teraz chętnie posłucham o dziejach waszych bliskich – powiedziała lekko oburzona, a Truda jeszcze przez chwilę się ociągała, ale po chwili zaczęła mówić: – No dobrze, opowiem ci wszystko, bo to nie jest żadna tajemnica. Wiedzą o tym wszyscy mieszkańcy wsi. Zanim jednak zacznę opowiadać, to podłóż drewna do pieca, a ja zaparzę świeżejherbaty.

Julka nie pozwoliła babce zrobić herbaty. Posadziła ją wygodnie na krześle, sama szybko włożyła dwie duże szczapy drewna do pieca i wstawiła wodę na herbatę. Czekając, aż stary czajnik zabulgocze, siadła na krześle. Truda zaś patrząc niewidzącym wzrokiem gdzieś w głąb kuchni, zaczęłamówić:

Przyszłam na świat jako czwarte, przedostatnie dziecko w rodzinie Agnieszki i Otta Szmitów. Moi rodzice byli Niemcami. Mieszkaliśmy w Prusach Wschodnich, na kolonii, niedaleko wsi Dimmern pod Bischofsburg. Obecna nazwa to Dymer pod Biskupcem. Niedaleko stąd, może trzydzieści kilometrów. Rodzice byli prostymi ludźmi, ale oboje potrafili czytać i pisać po niemiecku. Ja chodziłam do szkoły przez trzy lata, moje rodzeństwo też, najdłużej – cztery lata – uczył się nasz najstarszy brat, Helmut. To w zupełności wystarczyło, żebyśmy nauczyli się czytać i pisać. Pamiętam zresztą do dziś i język niemiecki, i mowę mazurską. – Zaśmiała się. Po sąsiedzku mieliśmy dużo Mazurów, więc ich mowę też rozumieliśmy. Rodzice, choć nie mieli wykształcenia, bardzo dbali o nasze wychowanie. Co tydzień jeździliśmy do kościoła w Kobulten. Tato zaprzęgał konie do wozu, w zimie do sań i jechaliśmy na mszę. Rodzice nie słuchali naszych wymówek, że pada deszcz czy jest zawierucha. Trzeba było jechać i już. Podobnie było z obowiązkami. Mieliśmy duże gospodarstwo, na polu były kartofle, buraki, zboże, a w ogrodzie matka zawsze miała cebulę, pomidory, kapustę, marchew. Mieliśmy co robić, ale za to nie brakowało nam jedzenia. Moja siostra Anna, a później ja jak podrosłam, pomagałyśmy mamie w ogrodzie i w domu. Bracia – Helmut, Georg i najmłodszy Zygi – razem z ojcem zajmowali się krowami, końmi, owcami. Zawsze było co robić u nas w polu czy ogrodzie. Ojciec lubił jak wszędzie panował porządek, sprzęty i narzędzia były na swoich miejscach. Matka uczyła moją siostrę i mnie tkać na krosnach, prząść wełnę, szyć. Naturalnie, niektóre prace wykonywałyśmy tylko jesienią, czy zimą, bo od wczesnej wiosny pracowałyśmy w ogrodzie, pieliłyśmy, sadziłyśmy, pasłyśmy gęsi. W domu też zawsze było dużo różnych zajęć, najbardziej jednak nie lubiłam szorowania podłogi, a matka zawsze mnie do niej wyznaczała. Jesienią i zimą było najmniej roboty, wtedy całe wieczory siedzieliśmy w kuchni przy piecu. Również sąsiedzi mieli wtedy więcej czasu, więc zachodzili do nas na pogawędkę. Śpiewali, rozmawiali, a jakie historie opowiadali! O duchach, topnikach, marach, kłobukach! Matka nie pozwalała nam słuchać tych opowieści, bo później nie mogliśmy spać w nocy, ale nie miała nas gdzie wypędzić, bo w domu była tylko jedna izba, w której toczyło się całe nasze życie. Zimą, jak był śnieg, a było go wtedy dużo więcej niż teraz, ojciec wsadzał nas i dzieci sąsiadów do sań i woził po okolicy, aż nam nosy marzły. Na Nowy Rok po chałupach chodzili przebierańcy… – Babka zamyśliła się, po czym powiedziała: – To były dobre czasy. Trzymaliśmy się razem, rodzice nas kochali, wcale nie czuliśmy nadchodzącej zawieruchy dziejowej. Ale ojciec z matką chyba podejrzewali zbliżające się zło, bo często rozmawiali po cichu między sobą, nie dopuszczali do tych tajemnic żadnego z nas. – Babka spojrzała na zegar i aż złapała się zagłowę.

– Zobacz, Julko, która godzina! A ja tu ci opowiadam staredzieje!

Rzeczywiście, zegar wskazywał dwudziestą drugą. Czas minął niespostrzeżenie. Julka słuchała opowieści babki jak zaczarowana. Czasy jej dzieciństwa, niby nie takie odległe, ale jakżeinne.

– Babciu, dokończymy tę historię – powiedziała. – A teraz idziemy spać!

Pomogła babce położyć się do łóżka. Sama zaś siedziała jeszcze długo w kuchni przy wygasającym piecu, patrząc w skrzące się w ciemności za oknem gwiazdy. Myślała o Trudzie i jej szczęśliwym dzieciństwie w Prusach Wschodnich. Jakie to dziwne – myślała sobie – wydawać by się mogło, że Truda zawsze była sama, oprócz Artura nie miała nikogo, a tu się okazuje, że była ich całkiem spora gromadka. Ciekawe, czy jeszcze któreś żyje, gdziemieszkają.

Rozdział 9

Ranek wstał chłodny, ale słoneczny. Julka wyskoczyła szybko spod mięciutkiej pierzyny i żeby nie tracić ciepła, natychmiast ubrała się w dres. W kuchni krzątała się Truda. Zrobiła herbatę, na talerzyku ułożyła chleb, wystawiła masło i dżem. Z ręką w gipsie słabo sobie radziła w kuchni, ale nie poddawała się, chciała byćsamodzielna.

– Dzień dobry, babciu! – Julka przywitała się z nią cmoknięciem wpoliczek.

Babcia z uśmiechem zaprosiła ją na śniadanie. Siadły obydwie do stołu i wtedy Julce przypomniało się o prezencie, jaki przywiozła dla staruszki. Szybko wyciągnęła z torby małe pudełko i wręczyła je babce. Zaskoczona, oglądała kartonik, nie wiedząc co w nimjest.

– Babciu, to telefon komórkowy. Chcę, żebyśmy miały stały kontakt, nawet wtedy, gdywyjadę.

Babka spojrzała na nią przerażona. Zdecydowanym ruchem odłożyła na stół pudełko, jakby parzyło wręce.

– To nie dla mnie, dziecko. Będziesz musiała zwrócić to do sklepu – powiedziała.

– Dlaczego? Muszę być z babcią w stałym kontakcie, więc nawet nie ma o czym mówić! – Byłatwarda.

– Ja mam dziewięćdziesiąt lat! Nie nauczę się dzwonienia. Dorota ma telefon, to od niej mogę dzwonić. A ty zwróć to do sklepu, chyba oddadzą ci pieniądze? – Zaniepokoiłasię.

– Babciu, chcę się z babcią kontaktować nie tylko przez Dorotę. Jak zechcę zadzwonić wieczorem, to Doroty już tutaj nie ma. – Julka tłumaczyła cierpliwie jak dziecku, a ona znowu swoje. W końcu jakoś uspokoiła się, zamilkła, a Julka wykorzystała sytuację i rozpakowała telefon. Włożyła do niego kartę i spokojnie zaczęła babce objaśniać jak ma odebrać rozmowę. Truda, początkowo obrażona, nie słuchała. Po chwili zaś mina jej złagodniała i zaczęła zerkać na tłumaczącą Julkę. Okazało się, że bardzo szybko przyswoiła sobie odbieranie telefonu, z czego ucieszyła się niezmiernie, a Julka chyba jeszcze bardziej. Dużo trudniej było jej zrozumieć jak nawiązać połączenie. W końcu, po kilkunastu nieudanych próbach, poprawniezadzwoniła.

– No, to ma babcia telefon i może teraz do mnie dzwonić, kiedy tylko zajdzie potrzeba! – Julka zakończyła zabawę z telefonem i powiedziała Trudzie, że będzie robiła generalne porządki. Babka znowu wpadła w popłoch, ale młoda kobieta nie dała za wygraną. Posadziła ją wygodnie w fotelu w jej gościnnym pokoju, dała do ręki gazetę, a sama zabrała się za sprzątanie. Trwało to dobre trzy godziny, ale w końcu uporała się z robotą. Odkurzała, myła, wycierała. Nie była do końca zadowolona z efektów swojej pracy. Chciała uprać pościel, kapę z łóżka, firanki, ale okazało się, że staruszka nie ma pralki. Miała łazienkę, przerobioną ze starej spiżarni, która, pomimo skromnego wyposażenia, była dla seniorki ogromnym udogodnieniem. Zapytana jak funkcjonuje bez pralki, powiedziała, że do tej pory jakoś sobie radziła. Czasami pomaga jej córka Elzy, zabierając brudną bieliznę do prania w swoim automacie.

– Babciu, cieszę się, że masz tu tylu przyjaciół, że chcą pomagać, ale może pomyślimy o jakiejś pralce? – zapytała Julka nieśmiało, bo jeszcze nie zapomniała o porannej akcji z telefonem. Babka jednak kategorycznieodmówiła.

– Dziewięćdziesiąt lat żyłam bez pralki, to z powodzeniem mogę bez niej umrzeć! – Zakończyła rozmowęTruda.

Julka postanowiła, że na razie nie będzie podejmowała tego tematu. Niech babcia oswoi się ztelefonem.

W duchu znów zaklęła naArtura.

Po zrobieniu porządków, usiadły z Trudą przyherbacie.

Gawędziły sobie o tym i owym, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi, a po chwili do kuchni wszedł Krzysztof, wnukElzy.

Julka zerwała się z krzesła, zapraszając go do środka, pomyślała jednak przy tym, że ma na sobie domowy dres i rozczochranewłosy.

– Przejeżdżałem obok i zobaczyłem, że masz przebitą oponę – powiedział, siadając na krześle. – Musiałaś na coś najechać. – Dodał jeszcze. Cholera, znowu się spotkaliśmy przez mój samochód, pomyślała Julka. Chociaż z drugiej strony to dziwne, że jadąc drogą, zobaczył przebitą oponę w jejaucie.

– Jak chcesz, to mogę zmienić koło, a później zawiozę je do wulkanizacji. Naprawią je na poczekaniu – zaproponował. Julka kątem oka zauważyła, że Truda ichobserwuje.

– Może nie będę cię fatygować. Masz u siebie w gospodarstwie na pewno dużo pracy, a ja sobie jakoś poradzę – powiedziała Julka i jednocześnie pomyślała, że wcale sobie nie poradzi, bo jej samochód jest stary, śruby w kołach trudno się odkręcają, a poza tym na dworze było wilgotno i nieprzyjemnie na takiezajęcie.

– Daj kluczyki – powiedział Krzysztof, a ona bez słowa protestu wygrzebała je z torebki, jednocześnie oddychając zulgą.

Po chwili Krzysztof zniknął z mieszkania. W oczekiwaniu na niego krzątała się trochę po kuchni, zmyła naczynia, wytarła stół zokruchów.

Babcia położyła się na chwilę w pokoju, chybaprzysnęła.

Julka nałożyła kurtkę na siebie i wyszła na podwórko, żeby zobaczyć, jak Krzysztof sobie radzi. A on już kończył przykręcać ostatnie śruby, jeszcze wytarł ręce papierową chusteczką ipowiedział:

– Gotowe, zrobiłem. Zaraz pojadę do wulkanizacji do Dźwierzut i w godzinę naprawią twojekoło.

– Może ja sama pojadę – powiedziałanieśmiało.

– To żaden problem dla mnie. – Uśmiechnął się Krzysztof. – Ale… – zawahał się – …jeśli masz ochotę, to może ze mną pojedziesz… – Zawiesiłgłos.

Pomyślała sobie, że bardzo chętnie pojechałaby do sąsiedniej wsi, tylko co on sobie pomyśli? Że będzie jeździła z całkiem obcym facetem? No, raczej nie, panie hodowco krów, bo co na przykład na to pana żona?A powiedziała zupełniespokojnie:

– Chętnie się przejadę do Dźwierzut. Jeszcze tam niebyłam.

– To czekam w samochodzie – oznajmił, po czym zabrał koło i umieścił je w swoimbagażniku.

W ciągu dziesięciu minut przebrała się w nieco bardziej wyjściowe ubranie, przygładziła włosy, a po chwili podeszła do starej szafy i otworzyła jej drzwi z dużym lustrem. Spojrzała na swoje odbicie. Patrzyła na nią szczupła blondynka średniego wzrostu. Jej twarz była okrągła, o jasnej cerze i granatowych oczach. Włosy, krótko ostrzyżone, opadały na czoło drapieżnymi pazurkami. Policzki rumiane, z niewielkimi dołeczkami, czyniły postać młodszą niż była. Wyciągnęła z torebki kredkę i wprawnymi ruchami zrobiła kreski na dolnych powiekach. Przez chwilę patrzyła na siebie, a następnie zamknęła drzwi szafy i udała się do Trudy. Powiedziała jej, dokąd jedzie i wyszła z domu. Po chwili jechali drogą, której wcześniej niewidziała.

Po drodze mijali posesje w Barwinach. Niektóre bardzo ładne, zadbane, z odnowionymi budynkami, pokrytymi czerwoną dachówką. Inne domy zaniedbane, rozwalające się, podwórka zagracone, zaśmiecone różnymi niepotrzebnymi skarbami. Ot, zwykła polskawieś.

Skończyły się zabudowania wiejskie, zaczęły się pola i łąki. Teraz były jeszcze gdzieniegdzie pokryte śniegiem, uśpione i ciche, z bezlistnymi drzewami. Tak będzie aż do wiosny, dopóki nie nadlecą ptaki i nie zazieleni siętrawa.

– Jak ci się podobają Mazury? – Przerwał milczenie Krzysztof. – Byłaś tutajkiedyś?

– Jestem tu po raz pierwszy w życiu. Nigdy wcześniej nie byłam na Mazurach… – Zaśmiała się. – A o podobaniu się to jeszcze nie mogę powiedzieć, bo niczego nie widziałam. Ale jezioro jest bardzo ładne! – Dodałaszybko.

– To może któregoś dnia pokażę ci okolicę. – Zaproponował. – Może Szczytno, najbliższe miasteczko, a jak zniknie śnieg i teren trochę obeschnie, to rezerwat w pobliżujeziora.

– Jest tutaj jakiśrezerwat?

– Tak, nad jeziorem… To bardzo ładny kawałek przyrody, tereny są tam pagórkowate, krajobraz bardzo urozmaicony. Drzewostan w rezerwacie jest stary, osiemdziesięcioletni, z przewagą buków, grabów i dębów. Oczywiście, nie brakuje tu zagajników sosnowych iświerkowych.

– Pięknie mówisz o przyrodzie. – Uśmiechnęłasię.

– To miejsca mojego dzieciństwa, tu się urodziłem, wychowałem. Znam tu każde drzewo, krzak, zatem mogę ci wiele pokazać – odparł.

Zwlekała z odpowiedzią, ale w końcu wzięła górę jej wrodzonaodwaga:

– No nie wiem, przy twoich obowiązkach i nawale pracy… Ja w zasadzie przyjeżdżam tu, żeby pomóc Trudzie, a nie zwiedzaćokolicę.

Krzysztof zaśmiał się, odsłaniając rząd równych, białych zębów. Brzmienie jego głosu było niskie, miłe dlaucha.

– A powiedz mi, Julka, jak Truda do tej pory radziła sobie bez ciebie i Artura? – Zawiesił na chwilę głos. – No widzisz, radziła sobie, więc jak pojedziesz na wycieczkę na kilka godzin czy pójdziesz na spacer, to naprawdę nic się niestanie.

W duchu przyznała mu rację. Zawstydzona nic nie powiedziała. Po chwili wjechali do Dźwierzut. Rozglądała się ciekawie, widząc dużą wieś, z różnorodnością architektoniczną. Wiele budynków było nowych, wybudowanych kilka lub kilkanaście lat temu, jednakże przewagę stanowiły zabudowania przedwojenne, pokryte dachówką, czy wzniesione z czerwonejcegły.

Po drodze, w centrum wsi minęli park z dużym stawempośrodku.

Z jednej strony miejscowości, na wysokiej skarpie dominował budynek starego kościoła ewangelickiego, a z drugiej kompleks obiektów szkolnych, jedne z początku ubiegłego stulecia, pozostałe z jego końca. Przy wjeździe do wsi byłcmentarz.

– Dźwierzuty to duża wieś – powiedział Krzysztof. – Z urzędem gminy, ośrodkiem pomocy społecznej, przychodnią lekarską, pocztą, bankiem, sklepami. Okoliczna ludność w zasadzie nie potrzebuje jeździć do Szczytna, bo wszystkie sprawy może załatwić na miejscu. Oczywiście brakuje tu szczycieńskich supermarketów, ale w miejscowych sklepach jest całkiem dobre zaopatrzenie, zwłaszcza w okresie letnim, kiedy jest tu sporo turystów. Pomijając oczywiście bardzo wysokieceny.

Zaśmiali się oboje. Rzeczywiście, będąc w sklepie w Barwinach, Julka zauważyła, że ceny wcale nie są najniższe. Dojechali do malutkiego punktu wulkanizacji, mieszczącego się w