Zanim przyznamy się do miłości - Monika Hakowska - ebook
NOWOŚĆ

Zanim przyznamy się do miłości ebook

Monika Hakowska

0,0

41 osób interesuje się tą książką

Opis

Co może pójść nie tak, gdy na dwa tygodnie przed świętami musisz wyprawić przyjęcie dla siostry swojego byłego? W zasadzie… wszystko.

Przyjmując zlecenie od rodziny Mikołaja, Lena nie podejrzewa, że powrót dawnej miłości wywróci jej poukładane życie do góry nogami. Mikołaj zjawia się w pensjonacie z czarującym spojrzeniem, nagłym wyznaniem uczuć i… zaborczą narzeczoną u boku.

Kiedy w budynku dochodzi do groźnego wypadku, długo skrywane emocje w końcu biorą górę. Na szczęście w tym zamieszaniu przy Lenie jest Daniel – niezawodny przyjaciel, na którego wsparcie zawsze może liczyć.

Orzechowe oczy, szarlotka pachnąca cynamonem i gorące kakao... Otul się historią o drugiej szansie i miłości, która nie daje o sobie zapomnieć!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 258

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja

Sara Rzeczycka

Projekt okładki

Monika Hakowska, Maksym Leki

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Maksym Leki

Fotografia na okładce

© Gemini / gemini.google.com

Korekta

Martyna Góralewska

Marketing

Magda Caboń

[email protected]

Wydanie I, Siemianowice Śląskie 2026

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-100 Siemianowice Śląskie, ul. Olimpijska 12

tel. +48 600 472 609, +48 664 330 229

[email protected]

www.videograf.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Mikołów 2026

tekst © Monika Hakowska

ISBN 978-83-8293-424-3

Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku!

Nie wiem, w jakim momencie życia otwierasz tę książkę. Może masz przed sobą spokojny wieczór, może czytasz między jednym obowiązkiem a drugim, a może po prostu potrzebujesz na chwilę znaleźć się w innym miejscu.

Niezależnie od tego, co Cię tutaj przyprowadziło, rozgość się.

Mam nadzieję, że polubisz tę historię i jej bohaterów, a na ostatniej stronie pomyślisz, że warto było przeżyć ją razem z nimi.

Dobrze, że jesteś.

Monika Hakowska

Prolog

– Co my tu robimy? – zapytała Klaudia z nieskrywanym rozczarowaniem w głosie.

– Jak to co? – zaśmiał się Mikołaj, udając, że nie widzi zbliżającego się wybuchu. – Przyjechaliśmy na ślub Ali, mojej młodszej siostry. Pamiętasz? Tak ma na imię – kontynuował, lekko rozbawiony swoim nagłym dobrym humorem.

Już dawno nie był tak zadowolony jak teraz. W sumie to miał wrażenie, że przez ostatnie dwa lata, nie wliczając kilku dni u rodziców, prawie się nie uśmiechał. Przynajmniej – nie tak szczerze jak w tym momencie.

– Możesz nie robić ze mnie idiotki? – prychnęła Klaudia. – Dobrze wiem, w jakim celu przyjechaliśmy. Ja się pytam, co my robimy na tym zadupiu! – mówiąc to, wskazała palcem na rozpościerający się przed nią widok posesji, na której, według tablicy przed wjazdem, znajdował się pensjonat „Uroczy”.

– Przecież ci mówiłem… – westchnął. – U rodziców zatrzymuje się siostra mamy razem z dziećmi.

– A to oni nie mogli się tutaj zatrzymać?! – grzmiała dalej Klaudia, nie zważając na zmieszaną minę Mikołaja.

– Dobrze wiesz, że rzadko się widują. Nie mają okazji spędzić ze sobą czasu, więc uznałem…

– Ty?! Jezu, to ja myślałam, że to bezsensowny pomysł twojej matki, ale widzę, że niedaleko pada jabłko od jabłoni!

Część I

Rozdział I

10 grudnia

Lena

– Mój telefon mnie nie poznaje. Naprawdę muszę źle wyglądać… – mruknęłam pod nosem i leniwie rozciągnęłam się na łóżku.

Pomimo ogromnej niechęci wyciągnęłam rękę w stronę nocnego stolika i starałam się za wszelką cenę sięgnąć po telefon, który, jak na złość, zaczepił się kablem od ładowarki o uchwyt szafki nocnej. Wiedziałam doskonale, że jego zbyt mocne pociągnięcie mogłoby zakończyć się głośnym walnięciem o parkiet. Huk, z jakim mój telefon potrafił walnąć o podłogę, mógłby obudzić nie tylko umarłego, ale przede wszystkim mojego ukochanego ojca. Tak, kochanie ojca przychodziło mi zawsze z łatwością, więc starałam się nie sprawiać mu kłopotu.

Zawsze byłam jego oczkiem w głowie i nawet jak mocno nabroiłam, przytulał mnie do siebie i powtarzał, że jestem dla niego wszystkim. Taki już był.

Jednak śmierć mamy sprawiła, że tata zamknął się w sobie i nasze kontakty ograniczyły się do wymieniania zwykłych uprzejmości, a ja z czasem zdałam sobie sprawę z tego, że on widocznie musi przeżyć żałobę na swój sposób, nawet za cenę częściowego odseparowania mnie od siebie. Mimo to sumienie nie pozwoliło mi, aby zostawić go z tym wszystkim zupełnie samego. Kompletnie nie wyobrażałam sobie, że miałby teraz sam zajmować się pensjonatem, który tak naprawdę przez ostatnie lata był zarządzany wyłącznie przez mamę. Kochała go całym sercem, podobnie zresztą jak jego stali bywalcy.

Dlatego też powrót na stare śmieci stał się dla mnie oczywistością. W swojej pracy poprosiłam o bezpłatny urlop, zaznaczając jedynie, że zawsze chętnie podejmę się zleceń, które nie wymagały mojej obecności w biurze. Tym samym chyba pozwoliłam sobie na urlop, którego nie brałam już od dobrych ośmiu lat. Do tej pory wydawało mi się po prostu, że praca i życie w mieście to wszystko, czego potrzebuję. Aż do momentu, kiedy zdałam sobie sprawę, że jeśli w moim życiu zabraknie również taty, to w gruncie rzeczy zostanę na tym świecie sama.

***

Przyznaję się bez bicia – nie należę do rannych ptaszków. I choć od kilku miesięcy regularnie wstawałam przed piątą rano, nadal nie potrafiłam zrozumieć, jaka kara boska musiała mnie dosięgnąć, skoro nie mogłam nawet spokojnie poleżeć dłużej w łóżku, jak za dawnych dobrych czasów. Wielokrotnie przyłapywałam się nawet na tym, że wracałam myślami do lat spędzonych w Warszawie, gdzie nikomu nie musiałam się tłumaczyć z tego, gdzie wychodzę, o której wracam, a już tym bardziej, o której wstaję.

– A czy księżniczka to zamierza dzisiaj łaskawie wstać z łóżka? – usłyszałam zza drzwi donośny głos Daniela. – Lenka, wstawaj. Nie zapominaj, że dzisiaj przyjeżdżają twoi goście, a ja nie mam czterech rąk i dobrze wiesz, że sam naprawdę wszystkiego nie ogarnę.

– Już wstaję…

Boże, czy ja nie mogę nigdy spokojnie się wyspać…

Narzuciłam jeszcze na głowę poduszkę, wydając z siebie dźwięk podobny do wrzasku, który całkiem nieźle udało się stłumić w poszewce wypchanej gęsim pierzem.

– Dzięki Bogu za babcię Janinkę – szepnęłam sama do siebie i przeciągając leniwie stopami po pościeli, powoli zaczęłam opuszczać moje jedyne w ostatnim czasie miejsce relaksu i rozkoszy. Oczywiście tej płynącej bezpośrednio z wygrzewania tyłka w babcinej pościeli, bo o żadnej innej nie miałam nawet szansy pomarzyć, odkąd moje nogi przekroczyły próg „Uroczego”. Co prawda, chodziły mi w ostatnim czasie po głowie różne głupoty. Już nawet ściągnęłam sobie aplikację randkową z informacją: „Być może zainteresuje cię któryś z mężczyzn w pobliżu”, po czym, przeglądając propozycje w odległości pięciu kilometrów, natrafiałam wyłącznie na swoich zidiociałych kolegów z podstawówki. Dokładając do tego to, że każdego dnia przez okno mogłam obserwować kilku z nich, którzy nasz pensjonat mieli po drodze do najbliższego sklepu, utwierdzałam się tylko w przekonaniu, że chyba nie ma już dla mnie żadnej nadziei.

***

Od dobrych kilku miesięcy każdy dzień w pensjonacie zdawał się wyglądać tak samo. Bladym świtem zrywałam się z ledwością z łóżka, zachodziłam na chwilę do kuchni, zaglądając Danielowi przez ramię, podczas gdy ten szykował śniadanie dla gości, po czym wbiegałam z powrotem na piętro, aby ogarnąć pokoje, które zostały zwolnione na przyjazd nowych osób.

Zawsze w międzyczasie starałam się chwycić jakiegoś słodkiego rogala, którego pochłaniałam jeszcze w drodze na piętro. Tym razem jednak odpuściłam sobie wizytę w kuchni, szczególnie, że dzień zapowiadał się dość wyjątkowo. Już od ponad tygodnia szykowałam się razem z Danielem na przyjęcie większej ilości gości. Ba, ogromnej ilości gości, których nasz pensjonat nie widział od dobrych kilku lat. I prawdę mówiąc, w innych okolicznościach, pewnie skakałabym z tego powodu z radości, ale tym razem sytuacja miała być nieco bardziej skomplikowana. Już pomijam fakt, że wkrótce mieliśmy do przygotowania przedślubne przyjęcie na ponad sto osób, pomijam nawet to, że przyszła panna młoda to moja dawna najlepsza przyjaciółka ze szkolnej ławki, której nie widziałam chyba ze sto lat. No. Może odrobinę przesadzam, ale rzeczywiście coraz rzadziej widywałyśmy się od czasów studenckich, w końcu każda z nas pochłonięta była pogonią za własnym szczęściem i życiem. Najgorsze było to, że świadkiem na jej ślubie miał być Mikołaj, jej starszy brat. A jednocześnie mój dawny chłopak i nadal wróg numer jeden na liście wszystkich beznadziejnych męskich przypadków w moim życiu.

Powrót powrót w rodzinne strony miał natomiast jedną ogromną zaletę – „Uroczy” stanowił integralną część naszego domu, gdzie zarówno piętro gościnne, jak i parter, połączone były z domem wygodnymi w użytkowaniu korytarzami. Dzięki temu cała logistyka okazywała się znacznie łatwiejsza, w szczególności, gdy chciało się po prostu ciut dłużej pospać.

Kiedy tylko udało mi się uporać z pokojami, pomyślałam, że w sumie mogłabym pomóc Danielowi w kuchni. Miałam jeszcze zanieść kilka prześcieradeł do pralni, a z racji tego, że pchanie wózka nie widniało na mojej dzisiejszej liście „to do”, zebrałam je wszystkie, zwijając w „podróżny tobołek” i ruszyłam szybko przed siebie. Po drodze starałam się jeszcze raz poukładać w głowie po kolei zaplanowany wcześniej rozkład zbliżającej się imprezy. Nie zauważyłam przy tym zbliżającego się blond tapiru, który z impetem wpakował się na mnie, wywracając tym samym na ziemię wszystkie prześcieradła. I już miałam przeprosić za swoją nieuwagę…

– Jak ty łazisz! – wrzasnął na mnie blond tapir, otrzepując się przy tym gwałtownie.

– Słucham? – Nie dowierzałam do końca sytuacji, która się właśnie rozgrywała. Dwukrotnie jeszcze zatrzepotałam rzęsami, mając nadzieję, że to po prostu mi się przywidziało, ale po kolejnym otwarciu oczu blond tapir niemalże rzucał we mnie piorunami.

– Czego nie rozumiesz? – odpysknęła blondyna. – Niby Konstancin, a widać, że w takich słabych miejscach to już tylko przyjmują ludzi bez szkoły i bez głowy.

– Daj spokój, kotek, ta dziewczyna z pewnością nie zrobiła tego specjalnie… – usłyszałam zbliżający się znajomy głos, wydobywający się tuż zza pleców bezczelnej blondyny. – I z pewnością chciałaby cię przeprosić… Yyy… Lena?!

Moim oczom ukazał się nikt inny jak… Mikołaj. Z miejsca zbił mnie z tropu swoimi orzechowymi oczami, które niemal świdrowały człowieka na wylot. W pewnym sensie nawet przez ułamek sekundy byłam pod wrażeniem jego widoku, ale momentalnie przypomniałam sobie sytuację, w której się znajduję.

– Chyba śnię… – wyrwało mi się, zanim zdążyłam zacisnąć posiniałe ze złości usta. – Nikogo nie zamierzam przepraszać, a już na pewno żadnego z was! – rzuciłam na odchodne, podnosząc w pośpiechu rozwalone prześcieradła. – I mam nadzieję, że to przypadek, że akurat tutaj zajechaliście, pensjonat jest już zapełniony aż do ślubu Ali. Do widzenia.

– Lena, poczekaj! – Mikołaj nie dawał za wygraną, jakby nie rozumiał, że ja już skończyłam tę tanią dyskusję.

– Czy ty ją znasz? Taką podwórkową dziewuchę?! – piszczała jeszcze blond tapirzyca, wyraźnie podnosząc głos i moje ciśnienie zarazem. – Pytam się ciebie o coś!

– Lena! Czekaj!

– Czy powiedziałam coś, czego nie zrozumiałeś? – wycedziłam przez zęby, starając się zachować resztki spokoju. – A może to burza loków twojej partnerki wyraźnie zagłuszyła ci odbiór moich słów? Powtarzam po raz ostatni: brak miejsc. Do widzenia.

– Lena, przepraszam cię, chyba źle zaczęliśmy… – Mikołaj potarł czoło, wyraźnie skonfundowany. – Ja… To znaczy, ja i Klaudia mieliśmy tutaj nocować aż do ślubu Ali…

– Wykluczone! – rzuciłam w pośpiechu.

– Ale my za bardzo nie mamy innego wyjścia! Ciotka z dzieciakami zajmują pokoje u rodziców, a ja obiecałem wszystkim, że będę w pobliżu… – Mikołaj wyraźnie pobladł, w odróżnieniu od blond tapirzycy, która zmieniała kolory niczym kameleon i mało co nie eksplodowała.

– Jak ty się poniżasz… – parsknęła gorzko blondyna, odwracając się na pięcie i ruszyła w stronę wyjścia. – Jak już wycałujesz tej wiejskiej pannie stopy, znajdziesz mnie w samochodzie. Tylko się pośpiesz, bo nie zamierzam tutaj dłużej siedzieć!

– Przykro mi. A w zasadzie to nawet nie, i zapewniam cię, że jakoś sobie poradzisz. W końcu w improwizowaniu jesteś mistrzem.

– Ale Lena, proszę cię! Czy chociaż ze względu na dawną znajomość mogłabyś nam wybaczyć i pozwolić przenocować przynajmniej do przyjęcia? – Błagalny ton głosu Mikołaja przybierał na sile, a jego oczy z każdym słowem stawały się coraz ciemniejsze.

– Ze względu na dawną znajomość i jako wiejska panna mogę ci co najwyżej zrobić krzyż na drogę!

Nie czekając na reakcję Mikołaja, szarpnęłam tobołek z prześcieradłami i ruszyłam w stronę kuchni.

Rozdział II

Lena

– Proszę, proszę – rzucił kąśliwie Daniel w moim kierunku. Oparł się niedbale o futrynę, uchylił mi drzwi do kuchni, po czym wrócił do swojego karcącego tonu. – Jeszcze kilka takich razy i chyba będę musiał zacząć szukać dla siebie nowej pracy.

– Przyganiał kocioł garnkowi – rzuciłam krótko, nie mając ochoty na dalszą konwersację.

– Nie wiem, co ty masz do mnie, ale jeśli tak będziesz nam gości odprawiać z kwitkiem, to wątpię, czy tych kilku stałych bywalców utrzyma cały ten przybytek, nie wspominając o pracownikach.

– Ale to nie byli nasi goście! – żachnęłam się po raz kolejny.

– Niestety muszę cię wyprowadzić z błędu, moja droga. Pani Teresa osobiście zgłosiła twojemu tacie, że zamiast jej siostry, pokój zajmie jej syn z narzeczoną.

– Co takiego?!

Mój poziom złości wskoczył momentalnie na kolejny level. Jak ojciec mógł mi coś takiego zrobić? Przecież wiedział doskonale, że od lat nie rozmawiam z Mikołajem, a do tego jeszcze ta wredna paniusia!

– Ale numer. Nic ci nie powiedział? – Daniel parsknął śmiechem, wyraźnie rozbawiony obrotem spraw.

– No chyba nie robiłabym z siebie teraz takiej idiotki!

– Dobra, pani foch. Ja się w wasze ustalenia nie wtrącam, co nie zmienia faktu, że właśnie odprawiłaś nam świadka weselnego. Pytanie, czy to czasem nie wpłynie na nasze ustalenia w kwestii przyjęcia. Tak że może spróbuj to jakoś łagodnie odkręcić?

– Nie wiem, jak ty to sobie wyobrażasz… – westchnęłam.

Przecież ja kompletnie nie wiedziałam, co mam teraz z tym fantem zrobić!

***

– Ala, mam złe wieści… – zaczęłam, gdy moja przyjaciółka odebrała.

– Matko, nie mów tylko, że nie ogarniesz mi tego przyjęcia? – Przerażenie w głosie Ali było tak odczuwalne, że po mojej skórze przebiegły lekkie dreszcze.

– Nie! To znaczy, źle to chyba zabrzmiało, ja nic… – zaczęłam plątać się w zeznaniach. – Okej, od początku… Właśnie wyrzuciłam z pensjonatu Mikołaja i jego dziewczynę… Zrozumiem, jeśli…

– Co zrobiłaś?! – Ala niemalże wrzasnęła mi prosto do ucha, po czym gruchnęła śmiechem. – Weź mi wszystko opowiedz! Błagam, tylko ze szczegółami!

– Nie rozumiem… W sensie nie gniewasz się? – zapytałam nieśmiało, choć w głębi duszy czułam, że między nami nadal istniała nić porozumienia, która łączyła nas przez wszystkie lata szkolne.

– Chyba żartujesz! Oczywiście, że się nie gniewam! – odpowiedziała Ala, wyraźnie podkreślając ostatnie słowa. – Prawdę mówiąc, marzyłam o tym, aby ktoś w końcu przytarł nosa Klaudusi. A teraz opowiadaj…

***

Kiedy tylko okazało się, że zarówno Ali, jak i mnie, wybranka serca Mikołaja nie przypadła do gustu, kamień spadł mi z serca. Pozwoliłyśmy sobie na beztroskie wspominki wspólnie spędzonych lat, kiedy to razem studiowałyśmy dziennikarstwo na UKSW i każdego ranka przedzierałyśmy się przez las, aby dotrzeć na poranne zajęcia, co przy takiej pogodzie jak dzisiaj, było prawie porównywalne do cudu. Jednak zarówno Ala, jak i ja, uwielbiałyśmy zimową porę i skrzący się śnieg, który skrzypiał niemiłosiernie pod nogami, ale mimo wszystko sprawiał, że człowiekowi po prostu robiło się lekko na sercu.

Chyba najbardziej lubiłam te dni, kiedy wędrowaliśmy na uczelnię całą grupą i co rusz ktoś lądował w zaspie. Jakimś sposobem, my dwie zawsze byłyśmy chronione. Ale w sumie nie ma się czemu dziwić – Ala od samego początku studiów wpadła w oko Kamilowi, studentowi drugiego roku politologii, który w zasadzie każdego ranka eskortował nas w drodze na zajęcia wraz ze swoimi kumplami z roku. Szybko okazało się, że Ala również zaczęła darzyć Kamila jakimś uczuciem, bo już na drugim roku chodziła z pierścionkiem zaręczynowym na palcu, a Kamil dumnie wypinał pierś, kiedy tylko któraś z dziewczyn pytała się, co to za kawaler jej się trafił.

I co tu dużo gadać, miło się na ich dwoje patrzyło. Ona – wiecznie uśmiechnięta filigranowa brunetka z włosami przyciętymi na modnego boba, a on wysoki, dobrze zbudowany blondyn z tak jasnoniebieskimi oczami, że gdyby nie mrugał, to ocean jego spojrzenia mógłby człowieka pochłonąć bez reszty. Razem tworzyli taką parę, której wszyscy zazdrościli niesamowitej kompatybilności, albo jak to mawiała babcia Janinka, połączenia dusz.

Jednak rozmowa z Alą nie należała do tych najtrudniejszych. Przede mną była jeszcze pani Tereska i sam Mikołaj-idź-stąd-i-nie-wracaj. Szczególnie że ze wspomnianą Klaudusią nie zamierzałam wymieniać choćby jednego słowa.

Niewiele myśląc, zajrzałam do kuchni, wyjęłam z chłodni kawałek ulubionego sernika według przepisu mojej mamy, który pani Tereska zawsze uwielbiała, i zapakowałam do koszyka wraz z małą buteleczką domowego ajerkoniaku. I chociaż właśnie zaczynał prószyć śnieg, pomyślałam, że auto zostawię w garażu, gdyby jednak pani Tereska wpadła na pomysł rozpracowania ajerkoniaku jeszcze w trakcie wizyty.

Oczywiście gdy tylko minęłam bramę prowadzącą na parking pensjonatu, śnieg zaczął sypać jeszcze mocniej. Zaciągnęłam kaptur na głowę, po czym zaklęłam pod nosem, bo ostatnie, o czym marzyłam, to jeszcze się tu przeziębić na chwilę przed przyjęciem.

Droga do pani Tereski na szczęście nie była specjalnie długa, ale ten niecały kilometr zaczął mi się dawać we znaki, bo śnieg z każdym momentem tylko się nasilał i nawet nie chciałam sobie wyobrażać późniejszego powrotu do domu. Podchodząc do drzwi domu pani Teresy, zdałam sobie sprawę od jak wielu lat mnie tutaj nie było, a mimo wszystko miałam wrażenie, jakby czas stanął w miejscu. Weranda, jak każdej zimy, została opróżniona z wszelkich donic, które w okresie wiosenno-letnim stanowiły najpiękniejszą ozdobę domu. Pod kuchennym oknem, jak za dawnych czasów, stała huśtawka, pełna grubych pledów, ręcznie zdobionych przez mamę Ali, pod którymi zawsze chowałyśmy się w jesienne i zimowe wieczory z kubkiem gorącego kakao. A za oknem, jak zwykle stał… Mikołaj, który z niedowierzaniem wpatrywał się we mnie, jakby zobaczył ducha, albo po prostu mnie – której zapewne już się nie spodziewał dzisiaj oglądać.

Przerywając ten ckliwy obrazek, zapukałam donośnie w drzwi, a w międzyczasie ściągnęłam z rąk grube wełniane rękawice, które dostałam przed laty od swojej mamy. Schowałam je głęboko w kieszenie kurtki, mając nadzieję, że pani Teresa nie będzie na mnie aż tak zła i pozwoli mi wejść do środka.

– Dziecko kochane! – krzyknęła, ledwo uchylając potężne rzeźbione drzwi. – Nie trzeba było pukać, tylko od razu wchodzić! – wykrzyczała mi w ucho, przytulając mnie do siebie i roznosząc przy tym otulający i przenikliwy zapach pieczonych jabłek z cynamonem i nutką wanilii.

– Pani Tereso, ja przepraszam – wydukałam nieśmiało. – Przepraszam, że przez pomyłkę wypędziłam dzisiaj Mikołaja z pensjonatu…

– Dziecko, znam dobrze Mikołaja i nie od dzisiaj wiemy, że to nie mógł być przypadek. Skoro tak się stało, to tak musiało być, a my się jakoś tutaj pomieścimy – odpowiedziała pani Teresa, nie widząc żadnego problemu w tym, że dom był pełen ludzi i każdy prawie się o siebie obijał łokciami, chcąc przejść obok drugiej osoby.

– Nie ma takiej potrzeby! Pokój jest nadal wolny, przygotowany specjalnie dla was, tylko ja się po prostu nie spodziewałam, że zaszły jakieś zmiany, a nie będę ukrywać, że zostałam odrobinę zaskoczona i nie myślałam, że będzie u nas nocować właśnie Mikołaj… – wyrecytowałam naprędce, rozglądając się na boki, czy czasem blond tapir nie czai się gdzieś za moimi plecami. – Poza tym przyniosłam coś na przeprosiny… – Odkryłam spod ściereczki zawartość koszyka, na co pani Teresa aż klasnęła w dłonie.

– Widzisz, jak się zgrałyśmy! Właśnie zapiekłam pod kruszonką jabłka z cynamonem, więc jeśli tylko zechcesz nam potowarzyszyć, to ja bardzo chętnie wypiję odrobinę tego ajerkoniaku. I jeszcze ten sernik! To miód na moje serce!

Pani Teresa ponownie klasnęła w dłonie, po czym przeniosła się do kuchni, ciągnąc mnie za rękę razem z koszykiem.

– Siadaj kochana, większość osób znasz, a resztą… nie zawracaj sobie głowy! Oni wszyscy i tak zapatrzeni tylko w telefony! Takie to pokolenie… – Machnęła ręką i skierowała wzrok na Mikołaja. – A ty nie masz czasem nic do powiedzenia?

– Cześć – rzucił w moim kierunku, nie odrywając ode mnie wzroku. – Już dzisiaj raz przepraszałem, ale oczywiście, jeśli nadal czujesz urazę, przepraszam raz jeszcze.

– Dziękuję i też… przepraszam – wyrzuciłam z siebie szybko, chociaż ostatnie słowo ledwo przeszło mi przez gardło.

Mikołaj w dalszym ciągu wyraźnie mi się przyglądał, wywiercając we mnie dziury na wylot. „Nikt nie zna cię tak, jak ja ciebie” – zadźwięczało mi w głowie zdanie, które wypowiedział mi w przeddzień swojego wyjazdu do Niemiec. Odwróciłam szybko głowę w kierunku pani Teresy i w odpowiedzi na jej uśmiech zaczęłam dzielić sernik na porcje i pokrywać je jeszcze ciepłymi cynamonowymi jabłkami.

– A gdzie właściwie jest Klaudia? – zapytałam, rzucając pytanie w powietrze. – W sumie ją też chciałabym przeprosić, żeby nie było między nami nieporozumień.

– Nie ma takiej potrzeby – odparł pośpiesznie Mikołaj. – Zamknęła się w moim pokoju na górze, a poza tym, ona nie lubi takich rozmów dla złagodzenia atmosfery.

– Ona nie lubi niczego – szepnęła mi na ucho pani Teresa, puszczając mi oczko.

– Mamo, słyszałem.

– Oj tam, synek. Ja po prostu mówię, co myślę! – odpowiedziała pani Teresa, tym samym wyczerpując temat. – A teraz idź i zawołaj ciotkę Grażynę, a my z Lenką podamy coś pysznego do jedzenia i do rozgrzania!