Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 01.12.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Ruby Walker pisze bestsellerowe poradniki i wie o miłości wszystko. A przynajmniej tak jej się wydawało, dopóki w programie śniadaniowym na żywo nie dowiedziała się, że jej własny narzeczony szuka „prawdziwej miłości” w reality show.
Publicznie upokorzona ucieka do kalifornijskiego Carmel-by-the-Sea, licząc na święty spokój i morze margarity. Szybko jednak odkrywa, że w tym urokliwym miasteczku plotki rozchodzą się szybciej niż zapach świeżej kawy, a gburowaty nieznajomy pod maską sarkazmu skrywa zaskakującą wrażliwość.
Czy ekspertka od związków zaryzykuje i uwierzy w uczucie, którego nie da się opisać w żadnym poradniku?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 266
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Monika Hakowska, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Kuba Magierowski
Redakcja: Magdalena Kawka
Korekta: MAQ PROJECTS / Marta Akuszewska, Maria Czerniak
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz
ISBN: 978-83-8441-708-9
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Ruby Walker przeżywała właśnie najgorszy dzień w życiu.
A przecież zaczął się całkiem dobrze. Siedząc na kanapie w studiu telewizji śniadaniowej – w eleganckich dżinsach, białej koszuli, idealnie dobranych sneakersach i z designerskimi okularami przeciwsłonecznymi trzymanymi w dłoni od niechcenia – była jak ucieleśnienie nowojorskiego luzu.
Przynajmniej na zewnątrz, bo w środku przeżywała właśnie atak paniki połączony z gwałtowną reakcją alergiczną, co w gruncie rzeczy całkiem dobrze znała. Powodem nerwów nie był jednak występ w telewizji – w tym czuła się ekspertką. Była przecież „tą” Ruby Walker, autorką bestsellerowych poradników o miłości, która od lat uczyła innych, jak prowadzić szczęśliwe życie i mieć udane związki. I jeszcze nigdy nie przyłapano jej publicznie na łamaniu własnych zasad.
Aż do dzisiaj.
– Ruby, kochana. – Prowadząca, Holly White, kobieta o nienagannej fryzurze i perfekcyjnych zębach, pochyliła się niżej z wyuczonym zainteresowaniem. – Twoje poradniki sprzedają się jak świeże bajgle na Manhattanie…
– Tak mówią. – Ruby odpowiedziała lekkim uśmiechem. – Osobiście wolę muffiny, ale bajgle też ujdą.
Holly zaśmiała się uprzejmie.
– Dziś promujesz swoją najnowszą książkę Miłość bez dramatów. Ten tytuł to istny fenomen! Brzmi świetnie!
– Brzmi wręcz idealnie, Holly – poprawiła Ruby z przekąsem, uśmiechając się do kamery, ale w duchu już zaczynała podejrzewać, że los szykuje dla niej wyjątkowo wredny zwrot akcji. Tyle uprzejmości ze strony Holly nie spodziewałaby się nawet podczas własnego ślubu.
– Więc… jako specjalistkę od miłości muszę cię zapytać: co doradziłabyś kobiecie, która właśnie teraz, w tym momencie, ogląda na żywo swojego narzeczonego flirtującego z inną kobietą?
Ruby zamrugała. Chłodny, profesjonalny uśmiech przyklejony do twarzy zaczął powoli odpływać. Czuła, że Holly ma w zanadrzu jakąś bombę, ale nadal nie wiedziała, dokąd zmierza ta rozmowa. W studiu zrobiło się cicho. Kamerzyści wymienili między sobą szybkie spojrzenia. Ruby poczuła, jak dłoń, w której ściskała okulary, staje się nagle dziwnie wilgotna, a jej ciało oblewa się potem.
– To chyba jakiś bardzo nierealistyczny scenariusz – powiedziała lekko, starając się odzyskać kontrolę. – Pewnie poradziłabym jej, żeby czym prędzej zmieniła kanał.
– A gdyby tym narzeczonym był… twój Levi? – kontynuowała Holly, uśmiechając się z wdziękiem jak aktorka brazylijskiej telenoweli i obracając się w stronę ekranu za plecami Ruby. – Bo wygląda na to, że właśnie bierze udział w nowym reality show pod tytułem Prawdziwa miłość?. A tam…
Ruby powoli obróciła głowę i spojrzała na ogromny ekran, który – jak uznała – był teraz wielkości całego Manhattanu. Levi Black, jej narzeczony, aspirujący do bycia aktorem, który uważał, że pół miliona followersów na Instagramie uczyniło go hollywoodzkim celebrytą, właśnie z szerokim uśmiechem podawał wysportowanej blondynce w bikini drinka z parasolką, mrucząc uwodzicielskim głosem coś o dotychczasowych związkach, które, w porównaniu do tego, co do niej czuje, były jak letnia herbata: pozbawione smaku, temperatury i emocji.
Ruby poczuła, jak cała krew odpływa jej z twarzy.
To się nie dzieje naprawdę – pomyślała gorączkowo. To musi być jakiś żart. Żart, za który Levi Black zapłaci życiem.
Zamiast wybuchnąć płaczem albo skoczyć na ekran i wyrwać go ze ściany, Ruby zrobiła jedyną rzecz, którą potrafiła robić w obliczu publicznej katastrofy: uśmiechnęła się ironicznie, poprawiła nerwowo koszulę, jakby to miało ją ochronić przed totalnym upokorzeniem, i z doskonale wyćwiczonym spokojem oznajmiła:
– W takim razie doradziłabym tej kobiecie, żeby się absolutnie nie przejmowała. Jeżeli jej narzeczony właśnie z desperacji zgłosił się do programu zatytułowanego Prawdziwa miłość?, to najwyraźniej szuka miłości równie prawdziwej jak jego sztuczna opalenizna. – Wzięła głębszy oddech, ignorując fakt, że serce wali jej jak opętane. – I być może to idealny moment, żeby zamiast tej letniej herbaty spróbować czegoś mocniejszego. Na przykład tequili.
Studio na krótką chwilę zamarło w nerwowym skupieniu, ale po sekundzie rozbrzmiało wybuchem śmiechu ekipy, prowadzącej i realizatorów. Nawet poważny, ponury operator kamery, który przypominał jej sąsiada skarżącego się na głośną muzykę, pokiwał głową z szacunkiem.
– Mistrzowska riposta! – skomentowała Holly, klaszcząc z rozbawieniem. – Ruby Walker, drodzy państwo! Najbardziej błyskotliwa ekspertka od miłości, jaką znamy.
Ruby skłoniła głowę z wdziękiem, nadal mocno ściskając okulary przeciwsłoneczne, jakby były jedyną rzeczą, która trzyma ją jeszcze na powierzchni.
– Dziękuję. Za moment chyba zadzwonię do mojego wydawcy i zasugeruję zmianę tytułu książki na Miłość czy dramat. Ale hej, najwyraźniej jestem ekspertką w każdej sytuacji, prawda?
Publiczność wybuchnęła kolejną salwą śmiechu, a Ruby, trzymając wysoko głowę, choć w duchu rozpadała się na tysiąc drobnych kawałków, zachowała zimną krew, szeroki uśmiech i co ważniejsze – godność. Wiedziała przecież, że kamera bezlitośnie obserwuje każdy jej ruch.
Tak, właśnie tego ranka Ruby Walker straciła narzeczonego na wizji przed dwoma milionami widzów.
Ale przynajmniej jej fryzura trzymała się doskonale. Chyba pierwszy raz w życiu.
Ruby z trudem dotarła do toalety, próbując nie potknąć się o własne nogi, które nagle zaczęły działać według zupełnie innej instrukcji obsługi niż reszta ciała. Drzwi zamknęły się za nią bezgłośnie, a chłodne, industrialne kafelki w pomieszczeniu zdawały się patrzeć na nią z politowaniem.
– Cholera jasna – wymamrotała, rzucając okulary przeciwsłoneczne na blat umywalki. – Cholera, cholera, cholera!
Zacisnęła dłonie na krawędzi blatu i spojrzała w lustro. Jej własne odbicie było podejrzanie spokojne, biorąc pod uwagę sytuację. Przez chwilę rozważała, czy się rozpłakać, ale szybko uznała, że makijaż kosztował ją zbyt wiele, by teraz dramatycznie go rozmazywać.
Właśnie w tym momencie usłyszała dźwięk otwieranych drzwi i lekki stukot obcasów. Błyskawicznie wślizgnęła się do kabiny, modląc się, by nie zauważono jej obecności.
– Widziałaś jej minę? Boże, Holly dała dzisiaj taki popis, że pewnie dostanie premię miesiąca.
W chichotliwym głosie Ruby rozpoznała blond asystentkę, która wcześniej przynosiła jej kawę.
– Mówię ci, oglądalność musiała poszybować pod sufit. Ruby Walker i jej narzeczony-gwiazdor-flirciarz! No to jest viral jak się patrzy – dodała druga kobieta, a Ruby zacisnęła pięści tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. – Mamy tytuł miesiąca: Ekspertka od miłości porzucona na wizji!
Dziewczyny zaczęły się śmiać, jakby właśnie usłyszały najlepszy dowcip na świecie.
Ruby poczuła, jak wzbiera w niej gniew. To było już zbyt wiele, nawet dla niej, osoby słynącej z ironicznego dystansu. Miała ochotę otworzyć drzwi kabiny, wyjść i z klasą poinformować je, co o tym wszystkim myśli. Ale zamiast tego została w środku, przysłuchując się ich rozmowie i starając się opanować pulsującą chęć mordu.
– Najlepsze jest to, że ona przecież pisze te wszystkie poradniki o miłości – kontynuowała blondynka, ściszając konspiracyjnie głos. – Teraz będzie musiała chyba zmienić branżę.
– Może zacznie pisać książki kucharskie? – rzuciła ironicznie druga. – Chociaż, z takim gustem do facetów, lepiej niech nie bierze się nawet za naleśniki.
Ruby zagryzła wargę. Dziewczyny wyszły ze śmiechem, a ona pozostała w kabinie, próbując zebrać się do kupy. Chyba właśnie przeszła oficjalny casting na najbardziej żałosną kobietę Nowego Jorku. A przynajmniej tak się teraz czuła.
W końcu ostrożnie wyszła z ukrycia i podeszła do umywalki. Spojrzała na siebie jeszcze raz, poprawiając włosy, które już na dobre wymknęły się spod kontroli. Podniosła okulary, które ku jej zaskoczeniu nie rzuciły się w oczy tych dwóch żmij, wzięła głęboki oddech i szepnęła do swojego odbicia:
– No cóż, ekspertko od miłości, właśnie zostałaś publicznie singielką numer jeden Ameryki. Brawo, Ruby. Brawo.
Kilka godzin później siedziała na podłodze własnej kuchni, otoczona pudełkami po chińskim jedzeniu i ulotkami z lokalnych restauracji. Gdzieś pomiędzy kurczakiem kung-pao a pikantnym makaronem przestała się kontrolować, a emocje postanowiły skumulować się w jednym wielkim ataku rozpaczy.
Rozejrzała się po pustym mieszkaniu – nagle uderzyła ją myśl, że właściwie nie ma nikogo, komu mogłaby się teraz wyżalić. Ekspertka od miłości, bez ani jednej bliskiej przyjaciółki, do której mogłaby zadzwonić. Gdyby przynajmniej mogła chociaż wyżalić się rodzinie… Ale zarówno rodzice, jak i brat od lat nie wykazywali szczególnie wielkich chęci, aby utrzymywać z nią kontakt. W ich oczach – naukowców, skupionych na bardzo ważnych dla świata badaniach – Ruby była po prostu zbyt zwyczajna.
W panice chwyciła pierwszą lepszą ulotkę i wystukała numer, niemal nie patrząc, czy dzwoni do baru, kwiaciarni czy chińskiej knajpy na Brooklynie. Po trzecim sygnale ktoś odebrał.
– Restauracja Chiński Smok, w czym mogę pomóc?
Ruby zamilkła na sekundę, zbierając w sobie całą swoją godność.
– Chciałabym zamówić chrupiącego kurczaka. Poproszę jeszcze porcję sajgonek… i trochę więcej ostrego sosu niż zazwyczaj – powiedziała słabo, czując, że zaraz się rozpłacze. – Bardzo ostrego sosu.
– To wszystko? – spytał znudzony głos po drugiej stronie.
– Nie, jeszcze… Boże, wie pani, mój narzeczony rzucił mnie dziś na wizji, przed dwoma milionami ludzi, i…
W słuchawce zapadła cisza, a potem rozległo się głuche pikanie. Połączenie zostało przerwane.
Ruby spojrzała z niedowierzaniem na telefon, jakby urządzenie też właśnie postanowiło ją zdradzić. Ostatnia kropla godności spłynęła po jej policzku w postaci samotnej, dramatycznej łzy.
Ale gdy łza dotarła do brody, Ruby nagle zrozumiała, że doszła do ściany własnego upokorzenia. I wtedy poczuła dziwne, ale niezwykle silne pragnienie, żeby wziąć się w garść.
Sięgnęła po telefon raz jeszcze i tym razem wybrała numer jedynej osoby, która w takich sytuacjach zawsze miała jakąś absurdalną, ale dziwnie skuteczną radę.
Ciotka Betty odebrała już po pierwszym sygnale.
– Ruby, skarbie! Widziałam cię dziś w telewizji. Jesteś gwiazdą internetu! – mówiła radośnie, jakby Ruby właśnie wygrała Oscara.
– Betty, proszę cię. Moje życie się skończyło – wyjęczała, kładąc się plecami na zimnej podłodze.
– Och, przestań być taką drama queen. To dopiero początek – odparła Betty z typowym dla niej entuzjazmem. – Przyjeżdżaj do mnie, do Carmel-by-the-Sea. Kalifornia jest świetnym miejscem, żeby odbić się od dna, i to w pięknym, słonecznym stylu!
Ruby spojrzała na sufit. Kalifornia? W takim momencie? Z całą tą pogodą, oceanem i plażami pełnymi irytująco szczęśliwych ludzi?
– Betty, nie wiem…
– Ruby, posłuchaj mnie dobrze – rzekła ciotka stanowczo. – Jesteś przebojową kobietą. A przebojowe kobiety, które tracą facetów, nie płaczą. One jadą do Kalifornii i piją margaritę na plaży, patrząc, jak wstaje nowy, lepszy dzień.
Ruby uśmiechnęła się gorzko. Margarita zamiast łez?
W sumie… dlaczego nie?
Dwadzieścia minut później, już w nieco lepszym humorze – albo raczej w humorze, który chwilowo z rozpaczy przeszedł w stadium gorzkiej determinacji, Ruby siedziała przed laptopem z kieliszkiem wina w dłoni. Bo przecież wszystkie ważne życiowe decyzje podejmuje się, pijąc białe chardonnay. Albo czerwone, jeśli decyzja jest wyjątkowo poważna. Ta akurat była średniego kalibru, więc chardonnay w zupełności wystarczyło.
Na ekranie pojawiły się wyniki wyszukiwania lotów do San Francisco. Ruby westchnęła ciężko i kliknęła w „kup bilet”, krzywiąc się przy tym, jakby podpisywała akt kapitulacji. Miała lecieć do Kalifornii. Do ciotki Betty. Do Carmel-by-the-Sea. To brzmiało jak zły pomysł, ale z drugiej strony, pozostanie w Nowym Jorku było pomysłem zdecydowanie gorszym, szczególnie że telefon leżący obok laptopa nieustannie wibrował, wyświetlając powiadomienia o nowych wiadomościach. Ruby wiedziała, że jej życie właśnie zaczęło się rozkręcać na portalach plotkarskich. Wyobraziła sobie nagłówki, takie jak: Ekspertka od miłości bez faceta!, Ruby Walker upokorzona na wizji! czy najgorszy z możliwych: Czy Ruby Walker będzie teraz doradzać singlom, jak NIE znaleźć miłości?.
Wzięła głęboki oddech i szybko wpisała swoje nazwisko w wyszukiwarkę. Zalała ją fala artykułów opatrzonych zdjęciami zrobionymi w najbardziej niefortunnych momentach dzisiejszego programu. Na jej twarzy malował się wyraz, który równie dobrze mógłby świadczyć o tym, że właśnie dowiedziała się, że Ziemia naprawdę jest płaska i że, niestety, wszyscy wiedzieli to już od dawna.
Pokręciła głową, zakrywając oczy dłonią, jakby to mogło sprawić, że te wszystkie teksty magicznie znikną.
Na Instagram postanowiła nawet nie zaglądać. Wolała nie widzieć, ile wiadomości typu „trzymaj się” dostała od ludzi, z którymi w ciągu ostatnich trzech lat wymieniła najwyżej kilka emoji pod zdjęciami.
– Trzymam się – powiedziała do siebie głośno, upijając spory łyk wina. – Trzymam się na krawędzi, ale trzymam.
Wstała i ruszyła do sypialni. Kiedy otworzyła szafę, uderzyło ją, jak bardzo jej garderoba nie nadaje się na kalifornijskie klimaty. Przecież na Zachodnim Wybrzeżu wszyscy chodzą w zwiewnych sukienkach w kwiaty, sandałkach z rafii i w słomkowych kapeluszach. Ona tymczasem miała w szafie głównie dżinsy, koszule i kilka minimalistycznych czarnych sukienek, które nadawały się głównie na elegancki pogrzeb. Albo na kolację biznesową, co czasem wychodziło na to samo.
– Świetnie, Ruby, jesteś tak nowojorska, że powinnaś mieć logo Empire State Building wytatuowane na czole – mruknęła, przeglądając stertę ubrań.
Z rezygnacją sięgnęła po telefon i wybrała numer ciotki.
– Betty, zdecydowałam się, bilety kupione – rzuciła bez wstępu, opadając na brzeg łóżka. – Lecę jutro rano.
– Cudownie! Zobaczysz, jak tu jest teraz pięknie! – Ciotka brzmiała tak radośnie, że gdyby nie fakt, że to jej stały nastrój, Ruby pomyślałaby, że właśnie wygrała wycieczkę na Bali. – Przywiozłam z ostatniego pobytu na Hawajach zestaw małych parasolek do drinków. Idealne do naszych wieczornych rozmów przy oceanie!
Ruby przewróciła oczami, uśmiechając się słabo.
– Betty, powiedz mi, proszę, że nie planujesz jakiejś imprezy powitalnej – powiedziała z lekką paniką w głosie.
– Oczywiście, że nie! – Betty zrobiła krótką przerwę, jakby właśnie coś notowała. – Chociaż… właściwie, to brzmi całkiem genialnie!
Ruby jęknęła i osunęła się na materac.
– Betty, błagam cię. Przez najbliższy miesiąc chcę unikać ludzi, internetu i plotek na swój temat. W idealnym świecie zaszyłabym się teraz gdzieś pod ziemią.
– Ruby Walker, przestań natychmiast się nad sobą użalać! – Betty nagle zmieniła ton na bardziej stanowczy, choć nie potrafiła w żaden sposób ukryć wesołego usposobienia. – Kalifornia jest najlepszym miejscem na złamane serca. To naukowo udowodnione!
– Naukowo? – Ruby prychnęła lekko, choć Betty nie mogła tego zobaczyć.
– Tak. Przetestowałam to na sobie. Wielokrotnie – stwierdziła Betty z powagą. – I mówię ci: ocean, piasek, margarita i paru przystojniaków na plaży skutecznie leczą każdą życiową porażkę.
– A masz coś na publiczne upokorzenie na skalę kraju? – spytała Ruby ironicznie, pocierając czoło dłonią.
– Dwie margarity i parasolki do drinków. To podstawowa metoda leczenia – odparła Betty pewnie. – Spakuj tylko coś, w czym wyglądasz jak gwiazda Hollywood!
Ruby spojrzała bez entuzjazmu na szafę pełną bezpiecznych, nowojorskich stylizacji.
– Chyba nie ten adres, Betty – mruknęła. – Mogę ci zaoferować klasyczną czerń i z pięć białych koszul.
– Wspaniale! Czarne sukienki są absolutnie kalifornijskie, no może z małymi jasnymi dodatkami, o ile odpowiednio się w nich uśmiechasz. A ty, Ruby, masz świetny uśmiech, nawet jeśli właśnie rozpada ci się życie.
Ruby uśmiechnęła się mimo woli.
– Dzięki, Betty. Może to ostatnie zdanie nie poprawiło mi humoru, ale i tak nie mogę się już doczekać, aż się spotkamy.
– Ja też nie mogę się doczekać! A teraz idź się pakować. Obiecuję, że twoje problemy będą wydawać się o wiele mniejsze, o ile będziemy się im przyglądać z perspektywy leżenia na plaży!
Kiedy Betty się rozłączyła, Ruby jeszcze chwilę siedziała bez ruchu, patrząc tępo przed siebie.
– Kalifornia – powiedziała do siebie z ciężkim westchnieniem. – Obyś wiedziała, co robisz, Betty, bo ja kompletnie tego nie czuję.
A potem wstała, wrzuciła do walizki kilka czarnych sukienek i wszystkie swoje białe koszule, wiedząc, że być może nie przypomina typowej dziewczyny z plaży, ale przynajmniej będzie wyglądać całkiem schludnie, nawet w obliczu katastrofy, wiedząc przynajmniej w teorii, jak z niej wybrnąć. Przez chwilę jeszcze stała przy łóżku i patrzyła na zamkniętą walizkę, jakby się spodziewała, że coś z niej wypadnie albo że sama nagle uzna cały ten pomysł za przesadę. Cztery sukienki, dwie koszule, dżinsy, kosmetyczka i sweter, który zabierała ze sobą prawie na każdy wyjazd, bo zawsze istniała szansa, że wieczorem zrobi się chłodniej, niż zapowiadała prognoza pogody. Zaskakujące, jak zwyczajnie wyglądała ta scena. Spodziewała się większego… poczucia porażki i histerii. W filmach ludzie w takich momentach pakowali się w pośpiechu, wrzucali rzeczy do torby bez ładu i składu, a potem wychodzili z mieszkania ze łzami w oczach i rozmazanym makijażem, na koniec trzaskając drzwiami.
Ona po prostu zamknęła zamek.
Telefon leżący na łóżku zawibrował, potem drugi i trzeci raz. Na ekranie pojawiały się kolejne powiadomienia. Oznaczenia w mediach społecznościowych, wiadomości od osób, których numerów nie miała zapisanych w telefonie, kilka maili z redakcji i jedno zdawkowe „trzymaj się” od znajomej z czasów studiów, z którą w ciągu tych lat wymieniła może trzy wiadomości i jedno serduszko pod zdjęciem psa.
Ruby przez chwilę przesuwała ekran palcem, obserwując, jak lista powiadomień wydłuża się z każdym kolejnym odświeżeniem. W końcu jej wzrok zatrzymał się na nagłówku artykułu jednego z dużych portali.
Ekspertka do spraw miłości porzucona na wizji. Ruby Walker przeżywa swój własny miłosny dramat.
Westchnęła i kliknęła w link. Miała wrażenie, że ten dzień już zdążył pokazać jej wszystko, co miał do zaoferowania, jednak na widok nagłówka przez jej plecy przebiegł dreszcz w obawie.
Jeszcze dziś rano Ruby Walker promowała na antenie swój najnowszy poradnik Miłość bez dramatów, opowiadający o dojrzałości emocjonalnej, szczerości i budowaniu stabilnych relacji.
Kilka minut później sama stała się bohaterką jednego z najbardziej niezręcznych momentów telewizji śniadaniowej ostatnich miesięcy.
Na oczach milionów widzów jej narzeczony i jednocześnie celebryta, Levi Black, który bierze udział w nowym reality show pt. Prawdziwa miłość?, najwyraźniej postanowił szukać emocji gdzie indziej.
Walker zachowała klasę i odpowiedziała z właściwą sobie błyskotliwością, ale internet nie ma litości. Sieć zalały komentarze, memy i pytania o to, czy ekspertka od relacji potrafiła dostrzec kryzys we własnym związku.
Trudno o bardziej brutalne zderzenie wizerunku z rzeczywistością.
Ruby czytała tekst powoli, jakby liczyła, że jeśli poświęci mu więcej uwagi, znajdzie w nim coś, co pozwoli jej spojrzeć na cały poranek z innej perspektywy. Artykuł nie był szczególnie złośliwy. Właściwie był nawet dość uprzejmy, a mimo to drażnił ją bardziej niż otwarta krytyka. Ten chłodny, reporterski ton – jakby ktoś opisywał nie czyjeś życie, ale ciekawy zbieg okoliczności, który warto odnotować między informacją o premierze serialu a recenzją restauracji.
Z zamyślenia wyrwało ją kolejne powiadomienie na telefonie, a na ekranie wyświetliło się połączenie przychodzące od Niny.
– Błagam, powiedz, że dzwonisz z informacją, że to wszystko było nieudanym eksperymentem społecznym.
– Nie odbieraj telefonów i nie odpowiadaj na żadne pytania – wystrzeliła Nina, pomijając grzecznościowe formułki.
Ruby oparła się plecami o ścianę.
– Od ciebie właśnie odebrałam.
– Wiesz, o co mi chodzi. Żadnych wiadomości, żadnych komentarzy, żadnych relacji i żartów. Zwłaszcza żartów, bo te można szybko obrócić przeciwko tobie.
– To akurat może być problem.
– Ruby.
Głos Niny, jej agentki, wskazywał wyraźnie, że sytuacja jest napięta. Zawsze taka była, kiedy coś zaczynało się wymykać spod kontroli.
– Zaraz zaczną dzwonić redakcje – mówiła dalej Nina. – Jedna stacja już pyta, czy zgodzisz się na rozmowę jutro rano. Jakiś magazyn chce „kobiecego komentarza po zdradzie”. Ktoś z podcastu napisał, że byłabyś idealną gościnią odcinka o publicznym upokorzeniu.
Ruby uśmiechnęła się pod nosem.
– Fantastycznie. Nie wiedziałam, że istnieje aż tyle formatów.
– Ruby, skup się.
– Staram się.
– Wydawca też dzwonił.
Ruby zamknęła oczy.
– Domyślam się.
– Jest przerażony.
– To całkiem miłe słowo.
– Nie żartuję.
– Ja też nie.
– Posłuchaj mnie uważnie – powiedziała Nina po chwili. – Mamy dwie opcje. – Zamilkła, jakby zastanawiała się, ile powinna jej powiedzieć. – Ruby… to nie jest już tylko jakiś tam artykuł w internecie. Produkcja Leviego rozmawia z telewizją o drugim sezonie. Jeśli ruszą z kamerami, będą potrzebowali nowej, jeszcze bardziej zaskakującej historii.
– Dlatego postanowiłam wyjechać na jakiś czas do Kalifornii.
– Na litość boską, ludzie nie są ślepi.
Ruby przewróciła oczami.
– Naprawdę uważasz, że ktoś będzie mnie szukał na końcu świata? – Spojrzała na walizkę stojącą przy drzwiach, kiedy w słuchawce usłyszała, jak Nina wypuszcza z siebie powietrze. – No dobrze, rozumiem, co chcesz mi powiedzieć. Wiesz, jednak chcę rozważyć te twoje opcje.
– Grzeczna dziewczynka. Pierwsza: wypuszczamy krótkie oświadczenie. Bez nazwisk, bez wchodzenia w szczegóły. Potwierdzasz rozstanie i prosisz o prywatność.
– O matko, to takie… Aż się zastanawiam, co ludzie piszą, kiedy właśnie przestali się kochać w świetle kamer i blasku fleszy.
– Druga opcja – ciągnęła Nina – to zniknięcie na dłuższy czas. I tu wyprzedziłaś mnie o krok, ale trzeba to dobrze zaplanować. Carmel, jak rozumiem? – dodała.
Ruby zająknęła się, zaskoczona.
– S-skąd wiesz?
– Bo znamy się od dziesięciu lat, a twoja ciotka Betty wysyła mi co roku kartkę na święta. Ruby – Nina zabrzmiała dość poważnie – zrozum, ty jesteś marką, a to jest typowy wizerunkowy kryzys.
Ruby spojrzała w sufit, ciesząc się jedynie w duchu, że jej agentka tego nie widzi.
– Strasznie nie lubię, kiedy mówisz o mnie jak o produkcie.
– A ja strasznie nie lubię, kiedy produkt, nad którym pracowałam ponad dziesięć lat, jest właśnie rozkładany na części pierwsze przez pół internetu.
Ruby parsknęła, choć sama nie była pewna, czy to stres, czy właśnie traciła resztki rozumu.
– Dobrze – powiedziała po chwili. – To co robimy?
– Ty wyjeżdżasz, a ja zajmę się całą resztą.
– Dobrze.
– Dobrze?
– Dobrze.
– Wyślę ci szczegóły mailem, ty mi tylko podeślij informacje o wylocie, to załatwię ci podwózkę na lotnisko. Będę wysyłać ci esemesy, żebyś wiedziała, co mam w planach. Więc na ten moment o media się nie martw, ale błagam… naprawdę nie wchodź z nikim w dyskusję…
– Jasne.
– I Ruby…
– Tak?
– Na wszelki wypadek wyłącz internet.
– Postaram się…
– Wiesz, że to dla twojego dobra. A teraz lecę dbać o mój produkt premium, w innym razie stracę całkiem dobrą robotę! Pa! – Nina się rozłączyła, zanim Ruby zdążyła się z nią pożegnać.
Cała Nina… – pomyślała, patrząc na ekran telefonu.
Powiadomienia nadal pojawiały się jedno po drugim, jakby ktoś gdzieś uznał, że jej dzień nie jest jeszcze wystarczająco długi.
I pomyśleć, że Levi wydawał mi się po prostu taki… nowoczesny. Przeciwieństwa się przyciągają? Pff. Dobre sobie…
W końcu otworzyła wiadomości i znalazła jedno imię: Levi.
Coś ją podkusiło, by do niego napisać. Niech się dupek tłumaczy, niech po prostu powie, dlaczego to zrobił! Przecież mówił, że wyjeżdża tylko na zdjęcia do jakiegoś nowego programu, ale słowem się nie zająknął, że to będzie właśnie taki format… A ona naiwnie myślała, że tojedno z tych reality show o przetrwaniu…
Jak długo to planowałeś?!
Przeczytała napisaną wiadomość jeszcze raz, jakby chciała się upewnić, że naprawdę nie ma w tym pytaniu nic, co mógłby znowu wykorzystać przeciwko niej. Po chwili nacisnęła „wyślij” i odłożyła telefon. Jeszcze kilka godzin wcześniej decyzja o wylocie wyglądała jak przesadna reakcja na po prostu beznadziejny poranek. Teraz zaczynała przypominać jedyne sensowne rozwiązanie.
Telefon odezwał się dopiero po kilkunastu minutach. Ruby zdążyła w tym czasie zamknąć laptop, jeszcze raz przejrzeć powiadomienia i dojść do wniosku, że internet najwyraźniej nie planuje dziś zrobić sobie przerwy i prośba Niny mogłaby stanowić jedyne wybawienie. Kiedy zobaczyła na ekranie imię Leviego, nie poczuła ani szczególnego zaskoczenia, ani ulgi. Było to raczej coś nieuniknionego, jak kolejny krok w ciągu tego fatalnego dnia, który od rana rozwijał się w zupełnie innym kierunku, niż ktokolwiek mógłby przewidzieć.
Przez moment patrzyła na ekran, zastanawiając się, czy naprawdę chce tę rozmowę odbyć teraz, kiedy wszystko w niej było jeszcze świeże; w końcu liczyła, że tylko jej odpisze. Ostatecznie jednak odebrała.
– Cześć – powiedział Levi.
Brzmiał zupełnie… normalnie. To była pierwsza rzecz, która ją zirytowała.
– Cześć.
Przez chwilę oboje milczeli, jakby każde z nich czekało, aż drugie zdecyduje się powiedzieć coś sensownego. Ruby usiadła na łóżku i oparła plecy o ścianę, przesuwając stopą walizkę stojącą na podłodze.
– Widziałem twoją wiadomość – powiedział w końcu.
– Domyślam się, że bez tego byś do mnie nie zadzwonił.
– Miałem trochę…
Zawahał się na moment.
– …wywiadów? – podpowiedziała spokojnie.
Levi westchnął cicho.
– Ruby.
– Pytanie było proste.
Słyszała w tle jakieś głosy i ruch, jakby Levi znajdował się w miejscu, gdzie wciąż coś się działo. Przez moment pomyślała, że to w pewnym sensie bardzo pasuje do całej sytuacji: on nadal był w środku wydarzeń, ona siedziała w sypialni z walizką przy drzwiach.
– Od jakiegoś czasu… – powiedział w końcu.
Ruby spojrzała na swoje dłonie.
– Od jakiegoś czasu… co?
– Myślałem, że to się kończy.
Skinęła głową, choć oczywiście nie mógł tego zobaczyć.
– Rozumiem.
– Mówisz poważnie? – Levi kompletnie nie poczuł sarkazmu, a nawet sprawiał wrażenie, jakby odczuł wyraźną ulgę.
– Tak.
I w tym momencie Ruby uderzyła jedna myśl: sama nie była pewna, czy mówi to słowo z przekonaniem, czy raczej z przyzwyczajenia, by zachować spokój w sytuacjach, które zwykle kończyły się czymś znacznie mniej spokojnym.
– Nie planowałem tego w ten sposób – powiedział Levi po chwili.
Ruby zapytała z zaskoczeniem.
– Na wizji?
– Wiesz, o co mi chodzi.
– Właściwie nie wiem.
Przez chwilę milczał, jakby próbował znaleźć słowa, które nie zabrzmią jeszcze gorzej niż wszystko, co wydarzyło się rano.
– To było częścią programu – powiedział w końcu.
Ruby powtórzyła powoli:
– Programu?
– Ruby…
– Pytam tylko, żeby dobrze zrozumieć. To był scenariusz?
– Nie.
– Czyli?
Levi wypuścił powietrze.
– To jest taki format. Oni chcą prawdziwych reakcji. Wiesz, im więcej emocji, tym większa szansa powodzenia i ogromna szansa dla mnie…
Ruby oparła głowę o ścianę i przez chwilę patrzyła w sufit, który nagle wydał jej się zaskakująco interesujący.
– Czyli uznałeś, że prawdziwą reakcją będzie powiedzenie całej Ameryce, że się rozstajemy, i to jeszcze w trakcie MOJEGO wywiadu i promocji MOJEJ książki!
– To nie było tak.
– A jak?
Tym razem cisza aż dźwięczała w jej uszach. Ruby zauważyła, że mimowolnie ściska w dłoni róg poduszki.
– Słuchaj – powiedział w końcu Levi – my od dawna byliśmy w dziwnym miejscu.
– Od dawna?
– No wiesz…
– Nie, właśnie tego nie wiem! Dlatego pytam.
Przez chwilę nic nie mówił.
– Przy tobie wszystko było takie… poukładane.
Ruby uśmiechnęła się drwiąco.
– A nie tak powinno być w udanym i szczęśliwym związku? W twoich ustach brzmi to co najmniej jak zarzut.
– Nie to chciałem powiedzieć. Po prostu… – Znów się zawahał. – Czasami miałem wrażenie, że ja tam nie bardzo pasuję.
Odsunęła telefon od ucha i spojrzała na ekran, jakby chciała się upewnić, że naprawdę rozmawia z właściwą osobą.
– Byłeś częścią naszego związku – powiedziała spokojnie. – Trudno o lepsze dopasowanie.
– Wiesz, co mam na myśli.
– Nie do końca.
Levi odchrząknął.
– Wszystko było takie… zbyt poprawne.
Ruby przez chwilę myślała nad tym, co powiedział. To słowo zabrzmiało dziwnie znajomo, jakby słyszała je już wcześniej, tylko wtedy nie zwróciła na nie większej uwagi.
– Czyli nudne – odparła w końcu.
– Nie powiedziałem tego.
– Ale pomyślałeś.
Po drugiej stronie znów zapadła cisza, która tylko utwierdziła Ruby w tym, że miała rację.
– Mogłeś mi to powiedzieć – odezwała się po chwili.
– Próbowałem.
To zdanie ją zatrzymało. Zamrugała kilka razy.
– Kiedy?
– Ruby…
– Kiedy?
Levi milczał trochę dłużej.
– Pamiętasz kolację u Dana i Lisy?
Zamknęła oczy. Pamiętała bardzo dobrze. Odwołała ją godzinę przed wyjściem, bo kończyła pisać przedostatni rozdział książki.
– Mówiłem wtedy, że coś między nami się zmieniło.
– Powiedziałeś, że jesteś zmęczony.
– Bo byłem, co nie zmienia faktu, że już wtedy nie potrafiłem się z tobą dogadać.
Skinęła głową, zapominając, że jej nie widzi.
– Słuchaj – powiedział Levi – to i tak by się wydarzyło. Program tylko to…
– …przyspieszył?
– Tak.
Westchnęła cicho.
– Super. Świetnie, że akurat ten sposób wydawał ci się najbardziej odpowiedni, aby mi to przekazać.
– Ruby…
– Nie, naprawdę. Dzięki za wyjaśnienie.
– Nie chciałem, żebyś dowiedziała się w ten sposób.
– A jednak właśnie to zrobiłeś.
Levi powiedział jeszcze coś o wielkiej szansie i o tym, że ona zasługuje na kogoś lepszego.
– Wybacz, ale muszę iść – rzucił w końcu. – Zaraz zaczynamy nagranie.
Uśmiechnęła się pod nosem.
– Oczywiście.
– Ruby…
– Tak?
– Naprawdę nie chciałem, żeby to właśnie tak wyszło.
Ruby czuła, że w gardle zbiera jej się wielka gula żalu.
– Wiesz co? – powiedziała w końcu. – Ja też nie.
Szybko się rozłączyła, po czym z oczu popłynęło jej kilka łez wielkości grochu.
Odłożyła telefon na łóżko i wciągając głęboko powietrze, próbowała przyzwyczaić się do tej ciszy. Jeszcze rano w tym samym miejscu stała przed lustrem, poprawiała włosy i zastanawiała się, czy w telewizji bardziej widać zmęczenie, czy tylko światło jest dziś wyjątkowo niekorzystne. Teraz światło było dokładnie takie samo, ale dzień zdążył już nabrać innego znaczenia.
Podniosła się w końcu z łóżka i poszła do kuchni. W lodówce znalazła pół butelki wody i jogurt, którego termin przydatności minął dwa dni wcześniej. Nawet nie była głodna. Albo raczej była, ale w tym dziwnym, trudnym do określenia sensie, który nie miał nic wspólnego z jedzeniem.
Bezlitosny telefon znów się odezwał. Jednak tym razem był to mail.
Ruby otworzyła skrzynkę:
Prośba o krótką rozmowę – wydawnictwo
Był napisany w tonie, który dobrze znała. Wydawcy zawsze używali tego samego języka, kiedy chcieli powiedzieć coś niewygodnego w sposób możliwie najbardziej elegancki. Pisali, że mają nadzieję, że Ruby czuje się dobrze, i rozumieją, że to trudny moment. I jeszcze, że „w związku z dzisiejszymi wydarzeniami medialnymi” warto byłoby się zastanowić nad „dostosowaniem komunikacji wokół nadchodzącej premiery”.
Przeczytała wiadomość jeszcze raz, tym razem wolniej.
„Dostosowaniem komunikacji”.
To był bardzo elegancki sposób, by powiedzieć: „chcemy jakoś wykorzystać fakt, że właśnie rozstaliście się publicznie”.
Przez chwilę chodziła po mieszkaniu bez większego celu, jakby sprawdzała, czy w ciągu ostatnich kilku godzin coś w nim się zmieniło. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak rano. Książki na półce, kubek po kawie stojący na stole, notatki z ostatnim rozdziałem rozłożone przy kanapie. Nawet powietrze pachniało tak samo dobrze jak zawsze – kawą, perfumami, po prostu tak samo.
Naprawdę jestem przewidywalna i nudna – pomyślała.
Kiedy telefon znów zawibrował, nawet nie patrzyła na ekran. Dopiero po chwili sięgnęła po niego.
To była wiadomość od Niny.
Samolot 8:10. Kierowca będzie 6:45. Proszę ostatni raz, wyłącz internet. Zadzwoń, jak wylądujesz.
Ruby przeczytała wiadomość dwa razy. Potem odłożyła telefon na stół i przez chwilę patrzyła na ekran, który powoli wygasł.
Carmel.
Jeszcze rano myślała o tym wyjeździe jak o krótkiej przerwie. Kilka dni nad oceanem, trochę spacerów, dużo spokoju i Betty, która zawsze potrafiła sprawić, że świat stawał się odrobinę prostszy i lepszy.
Teraz Carmel wyglądało bardziej jak schronienie, którego bardzo potrzebowała.
Wróciła do sypialni i jeszcze raz spojrzała na walizkę stojącą przy drzwiach. Wyglądała dokładnie tak samo jak wcześniej, tylko tym razem Ruby miała wrażenie, że naprawdę wie, po co ją spakowała.
Przez chwilę rozważała, czy nie powinna jeszcze komuś odpisać. Było kilka wiadomości od znajomych, jedno pytanie od dziennikarki, a także trzy nieodebrane połączenia od numeru, którego nie znała. Wszystko to mogło poczekać. Świat się nie zatrzyma, jeśli przez jeden wieczór nie odpowie na żadne wiadomości.
Wzięła telefon do ręki, przez chwilę przyglądając się liście kontaktów, i… wyłączyła powiadomienia. To była mała decyzja, ale z jakiegoś powodu poczuła się po niej odrobinę lepiej. Następnie zgasiła światło w salonie, wróciła do sypialni i usiadła na łóżku.
Za oknem miasto nadal tętniło życiem, a ona się zastanawiała, jak to właściwie się stało, że w takiej chwili nie miała nawet do kogo się odezwać, podczas gdy jej były bawił się w najlepsze, sącząc drinka i mocząc tyłek w jacuzzi z jakąś tlenioną blondynką.
Westchnęła głęboko i zdała sobie sprawę z jednego: Nowy Jork nigdy nie przejmował się cudzymi rozstaniami.
Kiedy po wieczornym prysznicu przebrała się w piżamę i położyła na łóżku, w głowie miała dziwnie spokojną pustkę, która pojawia się czasem dopiero po całym dniu pełnym niespodziewanych wydarzeń i emocji. Nie była ani szczególnie smutna, ani szczególnie wściekła. Raczej zmęczona tym, że ktoś postanowił zamienić jej prywatny dzień w publiczne wydarzenie. I to też ją teraz zaskoczyło.
Sięgnęła po telefon tylko po to, żeby sprawdzić godzinę, ustawiła budzik i odłożyła go ekranem do dołu. Miała samolot o ósmej dziesięć.
Zamknęła oczy. Jutro już jej tu nie będzie.
*
Ruby nienawidziła latać, odkąd pamiętała. Wszystko w lataniu wydawało się jej nie na miejscu: zbyt bliskie sąsiedztwo obcych ludzi, małe porcje jedzenia w jeszcze mniejszych plastikowych pojemnikach, no i ta obsesyjna kontrola bagażu podręcznego, jakby ktokolwiek kiedykolwiek próbował przemycić coś bardziej niebezpiecznego niż miniaturowy szampon.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
PROLOG
ROZDZIAŁ 1
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
