58,50 zł
Czarna komedia, szpiedzy, nostalgia… I jeden trup w dżinsach Lato 1969 roku. Czternastoletni Kornel, syn aktorskiej pary Adama i Zofii Kolebackich, zostaje wysłany na kolonie. Kiedy odwiedzają go tam rodzice, przywiezieni odlotowym samochodem przez tajemniczą kobietę, chłopak zaczyna podejrzewać, że uwielbiany ojciec zdradza mamę. Kornel musi się dowiedzieć, co się dzieje w jego rodzinie i co łączy Adama Kolebackiego z piękną Isabel. Rozpoczyna swoje własne śledztwo, które sprawia, że wplątuje się w aferę szpiegowską i działania Służb Bezpieczeństwa. W efekcie ktoś przez niego ginie... Nie tak Kornel wyobrażał sobie pożegnanie dzieciństwa i wchodzenie w dorosłość. Tej śmierci nigdy sobie nie wybaczy – chyba że jednak nie odkrył całej prawdy…? Zakurzone dziecko to zarazem powieść o dojrzewaniu, jak i wciągający thriller szpiegowski osadzony w epoce PRL. Pełen nostalgii, unikatowego poczucia humoru Juliusza Machulskiego i barwnie odmalowanych realiów czasów „słusznie minionych”, portretuje nie tylko artystyczną bohemę lat 60. i 70., ale wciąga w intrygę ścierających się agencji wywiadu. A w tym wszystkim tytułowe zakurzone dziecko wiecznie zajętych rodziców…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 400
Rok wydania: 2026
Data ważności licencji: 10/28/2032
Zakurzone dziecko
Copyright © 2026 by Juliusz Machulski
(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Projekt graficzny okładki: Marysia Machulska
Redakcja: Krystyna Podhajska
Korekta: Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz, Agnieszka Wójtowicz-Zając
ISBN: 978-83-68544-42-8
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]
www.soniadraga.pl
www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2026
Już nie pamiętam, co mnie podkusiło, żeby iść do Zachęty na wystawę PRL – Terra incognita, zorganizowaną z okazji dziesiątej rocznicy upadku komuny. Akurat pisałem scenariusz o miłości w tych czasach komunistycznej zarazy – może pomyślałem, że przypomnę sobie niektóre artefakty z czasów tak zwanej Polski Ludowej? Wystawa obejmowała lata 1956–1989, więc sporo pamiętałem z własnego dzieciństwa, ale przed pisaniem chciałem odświeżyć wspomnienia i dać się zainspirować.
Kolekcja przedmiotów z epoki PRL zamienionych w dzieła sztuki – rzeźby, obrazy, instalacje – była dość przewidywalna i prawdę mówiąc, nieco nudna. Kiedy już zacząłem żałować, że zamiast tego nie poszedłem do kina na najnowszy film Éricka Zonki Wyśnione życie aniołów, w ostatniej sali zobaczyłem coś, co wracało do mnie jak bumerang tym bardziej, im bardziej chciałem o tym zapomnieć.
Jeden z najmłodszych autorów wystawy – Jan Jakub Postanowicz, rocznik 1981 – ze starych bezużytecznych przedmiotów poskładał kolaże. Tworzywem artystycznym stało się wszystko, co wpadło mu w ręce: opakowania po papierosach i gumie do żucia, etykietki zapałczane, znaczki pocztowe, kapsle od butelek, fragmenty gazet.
Jan Jakub powyklejał z nich kopie, a raczej kolażowe parafrazy malarskich arcydzieł – od Leonarda da Vinci do Pabla Picassa. Oglądałem je po swojemu, od końca. Zacząłem od Picassa. I kiedy wreszcie znudzony techniczną powtarzalnością przedsięwzięcia dotarłem do Damy z gronostajem Leonarda, stanąłem, jakbym trafił na niewidzialne drzwi. Wydawało mi się, że właśnie dostałem w środek czoła proustowską magdalenką. Że ktoś wykradł mi zakitrane starannie w tyle głowy wspomnienie o tych dwóch przedmiotach z gumą w nazwie.
Przypomniał mi się dzień, w którym wszystko się zaczęło. I pojawiła się myśl, że mogłem zrobić inaczej, że mogłem nie wkładać ręki do kieszeni marynarki ojca, bo ten mój mimowolny czyn poruszył lawinę. Brak tego jednego jedynego gestu mógł zostawić świat tak spokojnym, jakim był. Rana w sercu, która – jak mi się zdawało – już się zagoiła, otworzyła się w najmniej oczekiwanym momencie.
Łasica na rękach Cecylii Gallerani została wyklejona z białych opakowań gumy do żucia Wrigley’s oraz srebrno-czerwono-niebieskiej folii z kondonów1 Eros! Kultowych kondonów – zresztą jedynych wtedy na rynku – z peerelowskich czasów, bohaterów niezliczonych dowcipów. Widok tych opakowań spowodował, że wróciło wspomnienie. Wtedy też był piątek i piękny bezchmurny dzień, tyle że przed trzydziestoma laty.
Działo się to 11 lipca 1969 roku. Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy tata łamiącym się głosem powiedział, że Bogumił Kobiela nie żyje. A ja machinalnie włożyłem mu rękę do kieszeni marynarki i wyciągnąłem stamtąd dwie gumy: Wrigley’sa i Erosa. Miałem czternaście lat i od dziesięciu dni nudziłem się śmiertelnie na koloniach letnich w Jastrzębinie koło Rozewia. Kolonie formalnie organizował warszawski Teatr Narodowy, ale nie wiadomo czemu połączono je z koloniami dla dzieci pracowników straży pożarnej i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
Już wcześniej wszystko zapowiadało, że rok 1969 nie będzie fajny. W kwietniu rozpadli się Beatlesi i wiedziałem, że w muzyce nic nie będzie tak jak dawniej. Właściwie przestałem słuchać tego całego – jak się wtedy mówiło – bigbitu. Wszystkie inne kapele, które wciąż trwały, były dla mnie zespołami szarpidrutów niedorastających Beatlesom do pięt. Ale miałem wrażenie, choć nie wiem dlaczego, że najgorsze dopiero nadejdzie. Czułem, że śmierć Bogumiła Kobieli zapowiada koniec mojego bezpiecznego, spokojnego świata. Myślałem, że to reguła. Że najfajniejsi artyści kończą tak samo. I za szybko, bo z różnych powodów umierają przed czterdziestką. Zbigniew Cybulski – trzydzieści dziewięć lat, Krzysztof Komeda – trzydzieści osiem, Marek Hłasko – trzydzieści pięć.
Potem nastąpiła ta śmierć, która spowodowała, że przez długie lata budziłem się w panicznym lęku. Kiedy już ją przepracowałem i udało mi się o niej zapomnieć, wspomnienie odżyło. Był ku temu powód.
Bo to ja zabiłem. I uszło mi to na sucho.
Zawsze uważałem, że tworzymy całkiem normalną rodzinę. W każdym razie – w porównaniu z rodzinami kolegów – bezproblemową. Nigdy nie widziałem, żeby rodzice się kłócili. W ciągu roku nie poświęcali mi za wiele czasu, bo sami go nie mieli. Oboje aktorzy, czyli rano próby, wieczorem spektakle, dopiero głęboką nocą w domu. Ja z kluczem na szyi musiałem się wyrabiać. Kiedy stałem się nastolatkiem, nie było to takie trudne. Nawet mi pasowało, bo miałem mnóstwo czasu dla siebie. A czas, wiadomo, jest jedną z tych rzeczy, których nigdy nie ma się za dużo.
W pewnym momencie swojego życia rodzice nie chcieli być wyłącznie aktorami. Nie chcieli zależeć od kaprysów reżyserów ani sympatii dyrektorów teatru i wyczekiwać na decyzję: „Obsadzi mnie w najnowszej premierze czy nie obsadzi?”. Na to byli zbyt niepokorni. Mama szczególnie. Prawdę mówiąc, oboje marzyli o zawodowej niezależności. Dlatego jako czterdziestolatkowie zostali studentami Wydziału Reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej imienia Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Widywałem ich więc rzadziej niż woźna w tej szkole na Miodowej 22/24.
Nie miałem im tego za złe. Właściwie imponowali mi aspiracjami i ciągłą potrzebą artystycznego rozwoju. „Okej, niech w ciągu roku szkolnego robią sobie, co chcą, ale letnie wakacje na mur spędzamy razem!” – myślałem. To był nasz rodzinny zwyczaj. Albo raczej święty obowiązek. Zwłaszcza że w teatrze – tak jak w szkole – przerwa wakacyjna trwała dwa miesiące.
Toteż bardzo się zdziwiłem, gdy po skończeniu ósmej klasy, zanim jeszcze zaczęły się egzaminy do liceum, usłyszałem od mamy, że pojadę na kolonie. Czy nie wiedziała, że kolonie są dla mnie najbardziej znienawidzonym sposobem spędzania wakacji? Zsyłką właściwie. Zastanawiałem się, kto był tym nikczemnym spryciarzem, który wymyślił dla mnie, niezależnego ducha, to pieprzone poniżenie bycia zależnym od obcych ludzi. Kolonie zostały wymyślone tylko po to, by dorośli mogli mieć wreszcie czas dla siebie i nie musieli zajmować się gówniarzami, pętającymi się po domu.
Rodzice zafundowali mi tę kolonijną zdradę jeden jedyny raz w życiu. Właśnie w tym niezapomnianym roku 1969. I żeby dodać obelgę do zranienia, byłby to pierwszy raz, kiedy całe wakacje spędzilibyśmy osobno, z powodu obozu harcerskiego, który czekał mnie w sierpniu. Niemniej wakacje okazały się w jakiś perwersyjny sposób niezapomniane.
Początkowo, zgodnie z przewidywaniami, nudziłem się jak mops w tym Jastrzębinie i nie miałem pojęcia, że wkrótce będę tęsknił za tą nudą. Nadszedł 11 lipca. Zbliżało się właśnie południe, czyli godzina, o której Niepokorna Grupa Dociekliwych Miłośników Historii, czyli NGDMH, zbierała się na niepokorne debaty historyczne z naszym kolonijnym wychowawcą – panem Alkiem.
Żałowałem, że nie miałem w podstawówce takiego nauczyciela historii jak on. Nauczyciela, który nie uczył dat ani faktów, tylko przybliżał historyczny kontekst, który jest najważniejszy. A przede wszystkim – najciekawszy. I który odkłamywał wklepywane nam latami w głowę wiadomości o tym, jacy to my, Polacy, wolni ptacy, byliśmy przez wieki wspaniali.
Pan Alek już na nas czekał na tarasie za budynkiem szkoły przy długim stole z nieociosanych bali. Naprzeciwko niego siedziała w skrupulatnie przemyślanej niedbałej pozie Teodozja, czyli Toska Obermajer, najładniejsza dziewczyna na koloniach. Miałem wtedy manię oceniania nowo poznanych dziewczyn w punktach od jednego do dziesięciu. Toska była „dziesioną” na mojej skali. Po chwili zjawiła się jej psiapsiółka, Ulka Poziomek, inteligentna i sympatyczna dziewczyna, ale na tle Toski ledwie „siódema”.
Zaraz za nią luzackim drygiem wparował Mirek Rączka, mój kolonijny kumpel i partner do brydża, marzący o byciu fotografikiem, z nieodłączną enerdowską Praktiką MTL na szyi. Ja też lubiłem fotografować, ale jak na złość zapomniałem zabrać na ten wyjazd radziecki aparat o beznadziejnej nazwie Smiena. Na końcu doszlusował Rafał Krzos, który chciał, by nazywać go Ralfem. Kolonijny przystojniak, a przede wszystkim zarozumiały snob.
Kiedy sadowiliśmy się za stołem, zza budynku doszły nas znane do znudzenia słowa pieśni: „Morze, nasze morze”. To grupa najmłodszych kolonistów na placu z drugiej strony budynku ćwiczyła występ przed przypadającym 22 lipca dwudziestopięcioleciem PRL-u. Uczestnicy wszystkich kolonii w Polsce musieli w tamtym roku zorganizować takie zaangażowane akademie, by uczcić Srebrne Wesele Polski Ludowej. Pod takim hasłem promowały to wydarzenie, zapluwając się radośnie, prasa, radio i telewizja.
Pan Alek pokazał palcem w stronę, z której dochodził śpiew.
– O! Właśnie! Mamy dobre tło dzisiejszego spotkania. Porozmawiamy o paradoksach naszej historii.
Popatrzyliśmy na siebie nawzajem. Nie rozumieliśmy, o co chodzi, ale już byliśmy podekscytowani, bo pan Alek miał dar zaciekawiania słuchaczy nawet banalnymi rzeczami.
– Pamiętacie refren tej pieśni?
Oczywiście, pamiętaliśmy, ale pytanie było tak trywialne, że nikomu nie chciało się na nie odpowiadać. Prawie nikomu.
– A jakże! – wykrzyknęła Toska, nasza prymuska. – To idzie tak: „Morze, nasze morze, będziem ciebie wiernie strzec”. – Z uśmiechem zadowolenia wzorowej uczennicy zamaszyście otworzyła swój notatnik z zamiarem zapisywania tego, co powie nasz mentor.
– A co dalej? Nie dokończyłaś – dopytywał pan Alek.
– „Mamy rozkaz cię utrzymać albo na dnie, na dnie twoim lec!” – uprzedziła Toskę Ulka.
– „Z honorem lec!” – doprecyzował pan Alek – „…albo na dnie z honorem lec!”.
Dziewczyny skinęły zadowolone, że jako team są najlepsze. Ciągle nie kapowałem, do czego zmierza wychowawca.
– To posłuchajcie tego – powiedział pan Alek. Odchrząknął i zanucił: – Rule Britannia! Britannia rule the waves! Britons never, never, never will be slaves!
Zdziwiło nas, że pan Alek śpiewa, i to nawet dość czysto, a do tego po angielsku, ale dalej niczego nie kumaliśmy.
– W wolnym tłumaczeniu to idzie tak: „Rządź, Brytanio! Rządź falami! Brytyjczycy nigdy, nigdy, nigdy nie będą niewolnikami!” – przetłumaczył pan Alek. – Z metrum może nie jest najlepiej, ale mnie chodziło o meritum.
Wydaje się, że tego dnia całą piątką byliśmy w wyjątkowo słabej formie intelektualnej, bo dalej nie wiedzieliśmy, w czym rzecz. I pan Alek to zauważył.
– Te dwie patriotyczne pieśni mówią o mentalności narodowej więcej niż jakiekolwiek dysertacje na ten temat.
– Aha… – Mirek chciał jako pierwszy dać znać, że pojął komunikat.
Pan Alek czekał jeszcze chwilę, czy ktoś się odezwie, ale na wszelki wypadek milczeliśmy.
– No dobrze – zaczął, gdy cisza stała się nieznośna – z tych pieśni wynika, że ich, to znaczy Angoli, wychowuje się na zwycięzców, którzy rządzą falami, ergo: morzami, czyli światem. A nas, czyli Polaków, wychowuje się na pokonanych, na morskich przegrywów, tyle że pokonanych z honorem.
Pomyślałem, że trafnie podsumował polskie dzieje. Kolejny raz zachwyciłem się tym, jak pan Alek potrafi sprawić, że historia staje się przezroczysta.
– Tak pan myśli? – zapytała Toska. – Ale oni mieli łatwiej na tej swojej wyspie. Trudno się do niej dostać, zimno, cały czas pada. Skomplikowana sytuacja historyczna i pechowe położenie geograficzne sprawiły, że nasza historia jest pasmem nieszczęść. Rozbiory, sanacja, okupacja i tak dalej…
– Masz rację. Rozbiory mieliśmy między innymi z tego powodu – przytaknął pan Alek.
– Z powodu tej pieśni o morzu? – Ulka Poziomek całkiem pogubiona spojrzała znad swojego notesu.
– Co waszym zdaniem spowodowało rozbiory? – Pan Alek strzepnął osę z klapy marynarki.
Nie mieliśmy prostej odpowiedzi na to, wydawało się, proste pytanie.
– Liberum veto!? – wystrzeliła Toska.
– Krótkowzroczność naszych elit? – dodała Ulka.
– Głupota – powiedział prostolinijnie Mirek.
– Tchórzostwo rządzących – wyskoczył Rafał.
Przyszła kolej na mnie. Chciałem inteligentnie wypaść przed Toską. Skupiłem się i przypomniałem sobie cytat, choć nie pamiętałem, czyje to słowa.
– To, że każdy czyn za wcześnie, a każda książka za późno! – rzuciłem nonszalancko.
– Brawo! – pochwalił mnie pan Alek. – Norwid ujął to jak w soczewce.
Mnie bardziej zależało na pełnym uznania spojrzeniu Toski, ale ona akurat coś notowała i wcale na mnie nie patrzyła. Za to Ulka Poziomek uśmiechnęła się do mnie, mrugając obojgiem oczu naraz.
– A może raczej nikt nie mógł patrzeć na nasz piękny kraj mlekiem i miodem płynący? Pokojowo nastawiony do sąsiadów? I właśnie z zazdrości sąsiedzi podzielili Polskę między siebie? – W tym pytaniu pan Alek zawarł odpowiedź i jak przypuszczałem, prowokację.
– W skrócie też można to tak ująć… – potwierdziła Ulka.
– Prawda – poparł ją mądrala Krzos. – W Europie wszyscy patrzyli na nas wrogo i z zazdrością.
– Pewnie nie wszyscy, głównie Niemcy i Rosja – zauważył pan Alek.
– Jedynie Francuzi i Anglicy byli wobec nas w porządku – skwitował Krzos.
– Bo nigdy się z nimi nie biliśmy – dodałem.
– I jeszcze z Węgrami też nie! – dorzucił rzeczowo Mirek Rączka.
Wychowawca popatrzył na nas taksująco, jakby się zastanawiał, czy warto z nami o tym mówić.
– Macie rację: Węgrzy i Francuzi nigdy nie byli naszymi wrogami. Ale Anglicy? Jesteście tego pewni? – dopytywał.
– Poświęcili nas, a właściwie zdradzili w Jałcie… Ale to bardziej Amerykanie. Lecz Anglicy nigdy nie byli naszymi wrogami. – Mirek Rączka mówił teraz nieco mniej pewnie.
– Jesteście o tym przekonani? – spytał pan Alek. – Nigdy z nimi nie walczyliśmy?
– Chyba nie… Chyba? – asekurował się Mirek, bo widać było, że sam nie wierzy w swoje słowa.
Pan Alek się uśmiechnął.
– Walczyliśmy z Anglikami. I to dosyć krwawo. W sensie: bezpardonowo.
– Kiedy?! – zapytaliśmy chórem.
– I gdzie? – dopytywała Ulka.
– Jako żołnierze Napoleona, ale tak czy owak, to byliśmy my. To znaczy Polacy we francuskich mundurach.
Byłem ciekaw rozwinięcia tego wątku, bo dałbym sobie rękę obciąć, że jak świat światem Anglik Polakowi bratem.
– Słyszeliście o bitwie pod Fuengirolą?
– Fuen-hi-ro-lą? – powtórzyła Toska. – To gdzieś w Japonii? Chinach?
– Prawie. W Andaluzji.
Znów zgodnie, choć niejednocześnie pokręciliśmy głowami.
– W październiku tysiąc osiemset dziesiątego roku polski garnizon zamku Sohail w Fuengiroli stoczył bitwę z Brytyjczykami. Trzystu polskich obrońców stanęło na drodze dziesięciokrotnie liczniejszego korpusu brytyjskiego, który z Gibraltaru wyruszył na podbój Malagi.
– O rany! – wykrzyknął Rafał, zwany Ralfem. – Trzystu Spartan? Polskie Termopile?!
Pan Alek uśmiechnął się przebiegle.
– Raczej Somosierra, tyle że piechoty, czyli grenadierów, nie kawalerii. – Popatrzył na nasze twarze wyrażające zachwyt z powodu tej rewelacji i aż musiał się uśmiechnąć. – To były twarde chłopaki, ci nasi wąsaci grenadierzy. Na żądanie angielskiego generała, by poddali zamek, dowódca garnizonu odpowiedział: „To chodźcie i weźcie go sobie!”.
Przez chwilę zaskoczeni, że my też tak czupurnie potrafimy odpowiedzieć wrogowi przewyższającemu nas siłą, trwaliśmy w niemym zachwycie.
– Jak Cambronne pod Waterloo! – wyszeptała z dumą Ulka Poziomek.
– „Gwardia umiera, ale się nie poddaje!” – dopowiedział przemądrzały Ralf.
– Czyli: przegrywamy, choć moralnie wygrywamy – uzupełniłem.
– Jak zwykle! – skwitował ironicznie Mirek Rączka.
– Cambronne powiedział tylko: „Merde!”, czyli: „Takiego wała!”, a dosłownie: „A gówno!” – poprawił go pan Alek. – Ale pod Fuengirolą było inaczej…
Pan Alek tak się dziwnie uśmiechnął, że zaryzykowałem:
– Nie powie pan, że wygraliśmy!?
Wychowawca nie odpowiedział od razu. Trzymał nas w niepewności.
– Był remis? – Mirek Rączka nie wytrzymał.
– Kornel zgadł. Wygraliśmy. Mało tego. Wzięliśmy jeńców, w tym ich dowódcę, generała lorda Andrew Blayneya.
To już było zbyt dużo jak na nasze rozumienie historii.
– Wzięliśmy jeńców? Przy takiej przewadze liczebnej Angoli? – niedowierzałem.
– Oni się nie spodziewali, że nasi w nocy zrobią „wycieczkę”. Chłopacy wyskoczyli znienacka, wzięli do niewoli generała i dwustu śpiących Anglików, odwrócili angielskie armaty i jeszcze zdołali zatopić angielską kanonierkę – wyjaśnił pan Alek tak rzeczowo, jakby sam brał w tym udział.
– Wyskoczyli i zrobili „wycieczkę”?! A Brytyjczycy się tego nie spodziewali? – Ulka nie potrafiła tego pojąć.
– Nie, bo u nich tak nie było przyjęte. Uważali, że noc jest do spania. Przynajmniej w armii His Majesty the King. A szablę Blayneya możecie sobie obejrzeć w Muzeum Czartoryskich, kiedy będziecie w Krakowie.
Przez chwilę panowała cisza, bo nikt z nas się nie spodziewał, że z Anglikami można się nie tylko bić, lecz także wygrać.
– Duma mnie rozpiera, że spuściliśmy Angolom wpierdol! – wykrzyknąłem, gdy doszedłem do siebie po szoku spowodowanym historyczną chwałą.
– Coś niebywałego! – zachwyciła się Ulka.
– Żebyś wiedziała. Ta bitwa została opisana w militarnych annałach jako przykład, że można się przeciwstawić wielokrotnie silniejszemu wrogowi i zwyciężyć. Dowódca tego pogromu Brytyjczyków, porucznik Franciszek Młokosiewicz, bił się potem pod Berezyną, Lipskiem i w powstaniu listopadowym. Zmarł jako generał w swoim łóżku w Warszawie, dożywszy siedemdziesięciu sześciu lat. Ma grób na Powązkach.
Dzięki panu Alkowi zrozumiałem, że historia opowiadana pod prąd jest nie tylko ciekawsza, ale i łatwiejsza do przyswojenia oraz zapamiętania.
– Dlaczego o tym nie uczą nas w szkole? – spytałem.
– Ja uczę – odpowiedział skromnie pan Alek.
Nagle poczułem się szczęśliwy. Był piękny lipcowy dzień. Czułem wiatr od morza, a dzięki takim wychowawcom jak pan Alek świat wydawał mi się jasny i wytłumaczalny. Poczułem dumę płynącą ze zwycięstwa mojego rodaka Młokosiewicza nad zarozumiałymi Anglikami.
W takich podniosłych chwilach myślałem sobie nawet, że może nie ma tego złego. Że może nawet te pieprzone kolonie będą do zniesienia.
I wtedy zauważyłem czerwony samochód, który po długim podjeździe zbliżał się do budynku dawnego dworku, a obecnie szkoły, w której zakwaterowano moje kolonie.
Zastanawiałem się, kto z kolonistów mógłby mieć rodziców z takim odlotowym wozem.
I wychodziło mi, że nikt. Samochód był jak nie z Peerelu. Gdy podjechał bliżej, zobaczyłem, że to Fiat. A gdy się zatrzymał – że to Fiat Sport 850 Coupé. I bardzo się zdziwiłem, kiedy z miejsca obok kierowcy wysiadł tata, a z tylnych miejsc mama i czego już wcale bym się nie spodziewał, babcia! Wizyty rodzin odbywały się w niedziele, ale moi rodzice zawsze wszystko robili inaczej.
Kierowcą okazała się szczupła kobieta, może trzydziestoletnia, w fikuśnym żakiecie ze złotymi guzikami. Jej niesamowite dżinsy miały taki błękitny kolor, jakiego wcześniej nie widziałem. Wiadomo, zagraniczne. Wysiadła z uśmiechem, pupą zgrabnie zamknęła drzwi auta, potrząsnęła szopą rudych włosów i przesunęła na nie okulary przeciwsłoneczne.
Prawdę mówiąc, wolałem zostać i posłuchać, co pan Alek ma jeszcze do powiedzenia o paradoksach historii, ale wiedziałem, że skoro rodzice pokonali dla mnie te czterysta z hakiem kilometrów z Warszawy, powinienem się chociaż przywitać.
– Bardzo was przepraszam – jęknąłem boleśnie – mam gości.
Wszyscy obejrzeli się w stronę przyjezdnych. Kątem oka zauważyłem w spojrzeniu Rafała podziw pomieszany z zazdrością. Lubię czasem wyszukiwać przestarzałe słowa i używać ich na co dzień. Tu pasowało mi słowo „niechybnie”. Zatem: niechybnie wywołało je to luksusowe auto.
– Oczywiście, Kornel! Leć! – zwolnił mnie z dalszej części wykładu pan Alek.
Opuściłem heroicznych napoleońskich grenadierów i nie spiesząc się, z godnością pokonałem dystans dzielący mnie od zaparkowanego Fiata. Zauważyłem, że tata jest smutny. Zamiast oczekiwanego: „Cześć, chłopie!”, usłyszałem:
– Bobek Kobiela nie żyje.
Zamarłem.
– Jak to: nie żyje?
– Umarł wczoraj w Gdańsku. W szpitalu…
Poczułem, jakby ktoś wyrwał mi z serca kawał dzieciństwa. Bogumił Kobiela był moim idolem. Kilka dni wcześniej w tygodniku „Film” widziałem jego zdjęcie z reżyserem Wajdą. Poznałem, że zrobiono je w Wytwórni Filmowej na Chełmskiej w Warszawie, po ogromnym napisie „Cisza!” na budynku. Pamiętałem ten napis z filmu Wszystko na sprzedaż, w którym Kobiela zagrał niezapomniany epizod.
Widać było, że ten, kto zrobił zdjęcie, przerwał rozmowę, jaką prowadzili. Obaj patrzyli w obiektyw zaskoczeni i jakby z lekką irytacją. Natychmiast wyciąłem sobie to zdjęcie z pisma i przykleiłem na ścianie nad moim biurkiem. Kobiela wyglądał na fotografii na bardzo zdrowego aktora. Tym bardziej nie mogłem uwierzyć, że już go nie ma.
– Co mu się stało? – Próbowałem się nie rozpłakać.
– Wypadek samochodowy. Tydzień go ratowali, ale się nie udało – wyjaśnił mój ojciec.
Nie wiedzieć czemu, mimowolnie włożyłem mu rękę do kieszeni marynarki i wyciągnąłem te dwie nieszczęsne gumy.
– Zobaczcie, co wyszperał! – zawołał tata ni to ze śmiechem, ni to z przerażeniem i błyskawicznie wyrwał mi kondon z ręki.
Gumę do żucia zostawił, więc nerwowo rozerwałem opakowanie i zacząłem ją żuć. Tata próbował się roześmiać bardziej szczerze, ale mu to nie wyszło, więc zanucił pod nosem:
– Dum, dum, dum, dum…
Zauważyłem, że mama patrzy w bok, jakby nie czuła się adresatką tego znaleziska, a ruda kobieta bawi się kluczykami auta. Rzeczywiście było to bardzo fajne auto i bardzo do niej pasowało. Ale co robili w nim moi rodzice? Na dodatek z babcią?
Kiedy już przywitałem się z rodziną, przyszła kolej na nieznajomą.
– Mam na imię Isabel – przedstawiła się i przełożyła torebkę z napisem „Isabel Bernard Paris” z prawego ramienia na lewe. Wyciągnęła rękę, po męsku uścisnęła mi dłoń. Była bardzo ładna. Rude włosy, zielone oczy i maleńka blizna w kąciku ust, jakby od cięcia jakimś ostrym przedmiotem. Jednym słowem – niczego jej nie brakowało.
„Tylko dlaczego Isabel, a nie Izabela? Strasznie to pretensjonalne!” – pomyślałem.
– Pani Iza – wyjaśnił tata – pracuje w Locie i ułatwia nam sprawy związane z podróżami lotniczymi.
Nie wiem, dlaczego tata użył liczby mnogiej, bo pamiętałem do tej pory jedną jedyną podróż lotniczą z rodzicami z Warszawy do Koszalina – w drodze do Mielna. W ubiegłym roku spędzaliśmy tam wakacje. Samolot miał śmigła i rzucało nim dość mocno. Wakacje zakończyły się niespodziewanym najazdem wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację.
– Przecież Lot zawiózł nas tylko raz. I tylko do Koszalina – zdziwiłem się.
– Och, teraz jest już lepiej! Latamy do dwudziestu trzech państw świata! – Isabel pochwaliła się możliwościami swojej firmy.
Isabel vel Iza postawiła torebkę na dachu samochodu i wydobyła z bagażnika bardzo zagraniczny koc, więc raczej pled, i z wprawą rozłożyła go na trawie za boiskiem, gdzie znajdowało się nieoficjalne miejsce na wizyty. Potem znów sięgnęła do bagażnika, wyciągnęła rozkładany weekendowy koszyk, jaki widziałem w angielskich filmach, i postawiła go pośrodku koca.
I tak siedzieliśmy całą piątką na tym zagranicznym kocu, na trawie za boiskiem, gapiąc się na ten koszyk. Niby wszystko było fajnie, sympatycznie i z klasą, ale całym sobą wyczuwałem jakieś napięcie.
– Pani Iza często przebywa w Londynie – wyjaśnił tata.
– A! – udałem głupka. – Myślałem, że w Paryżu! – Pokazałem napis na torebce.
Isabel zaśmiała się sympatycznie. Była jeszcze ładniejsza, gdy się śmiała.
– Rzeczywiście! Słyszałam, że masz poczucie humoru! – Uśmiechnęła się do mnie, jakbyśmy byli kumplami. Brakowało tylko tego, żeby zwichrzyła mi włosy.
– Mówiłem ci – dodał ojciec. – Czasem jak coś powie! Ścichapęk!
– Od małego jest taki – niepotrzebnie wtrąciła się babcia. – Dobrze wiem, bo częściej bywał ze mną niż z nimi. – Z pobłażaniem wskazała brodą na moich rodziców.
Isabel szerzej otworzyła oczy z uprzejmym zdziwieniem.
– Szkoda Bobka. – Tata wolał zmienić temat. – Miał jeszcze wszystko przed sobą.
To prawda. Bogumił Kobiela zagrał w wielu filmach, a wydawało się, że ciągle czeka na rolę życia. Tata znał go jeszcze z Krakowa, z czasów studiów w szkole teatralnej. Ja pamiętałem go jako Piszczyka z Zezowatego szczęścia i jak chodził w nartach po plaży w Sopocie w jakimś programie telewizyjnym. Chyba Poznajmy się. Występował tam z innym śmiesznym gościem – Jackiem Fedorowiczem.
– Jak to się stało? – spytałem, czując suchość w ustach.
– Jakoś tak mi się zaplątała, nie wiadomo skąd! – mruknął tata i schował międlony w ręku kondon do kieszeni marynarki. Tym razem do wewnętrznej.
Najwyraźniej był przekonany, że moje pytanie dotyczyło prezerwatywy „Eros”, a nie śmierci największego polskiego aktora komediowego. Kiedy wreszcie skumał, o co szło, i otworzył usta, żeby odpowiedzieć, odezwała się Isabel.
– Deszcz, poślizg, czołówka z pekaesem. Pan Bogumił zabrał po drodze dwóch autostopowiczów. Oni w trakcie poślizgu zaparli się nogami w siedzenie kierowcy i docisnęli go do kierownicy. To spotęgowało siłę uderzenia. – Rozłożyła ręce bezradnie.
Wolałem sobie tego nie wyobrażać.
– Gdyby nie to, pewnie fotel by się rozłożył i pan Kobiela by przeżył. A tak, pęknięta śledziona, krwotok wewnętrzny i mimo dwóch udanych operacji po tygodniu zmarł.
Nie wiedziałem, jak zareagować. Skąd ona to wszystko wie? Właściwie chciałem, żeby już przestała mówić.
– Widzę, że pani jest doskonale poinfor…
– Mówmy sobie po imieniu, Korek… – przerwała mi Isabel, mrużąc łaskawie oczy.
–…że jesteś… Iza, doskonale poinformowana.
Bo najwyraźniej była. „Korek” mówiono na mnie tylko w rodzinie. Średnio mi się spodobało takie skrócenie dystansu.
– Isabel – poprawiła mnie. – Pochodzę z Trójmiasta i ciągle mam tam znajomych. – Jakby to wyjaśniało, dlaczego mówi do mnie „Korek” i dlaczego „Isabel”, nie „Iza”.
Niech ma! Będę mówił „Isabel”.
– Żył trzydzieści osiem lat – dodał nagle ojciec, który wreszcie zrozumiał, że większe poruszenie wzbudziła we mnie tragedia Bobka niż to, co on nosi po kieszeniach.
Miałem o dwadzieścia cztery lata mniej, więc tylko przełknąłem ślinę. I zapamiętałem jako regułę, żeby nigdy, ale to przenigdy nie zabierać autostopowiczów. Oczywiście jak już będę miał samochód.
– Spotkaliśmy pana Kobielę – powiedziała babcia – gdy byliśmy z Korkiem na wczasach w Kazimierzu nad Wisłą. Wtedy wy – wskazała brodą mamę – bawiliście w Rumunii.
Rzeczywiście wtedy pierwszy i ostatni raz widziałem Bogumiła Kobielę na żywo. Siedział w Kazimierzu na krawężniku przy Rynku otoczony wianuszkiem pięknych pań. Miałem dziesięć lat. Błagałem babcię, żeby do niego podeszła i zagadała, że on i tata znają się z czasów studiów w Krakowie. Babcia nie chciała. Wstydziła się. I to jedyne w swoim rodzaju spotkanie z moim idolem przeszło mi koło nosa.
Drugie zdanie wypowiedziane przez babcię zabrzmiało w moich uszach oskarżycielsko. Babcia zawsze miała pretensje, że rodzice nie poświęcają mi wystarczająco wiele czasu i zajmują się mną za mało troskliwie. Dlatego nazywała mnie zakurzonym dzieckiem. Że niby porzuconym na całe dnie, z kluczem na szyi, bawiącym się z rówieśnikami pod blokiem na każdym osiedlu, na jakim od czternastu lat przyszło nam mieszkać. Kurz był czasem metaforyczny, a czasem dosłowny, bo rodzice niezbyt zajmowali się moim wyglądem. Często z podwórka wracałem zakurzony lub zabłocony, ale oni nie mogli tego nawet zauważyć, bo akurat grali w teatrze i wieczorów nie spędzali w domu.
Ja z każdym rokiem, zakurzony czy nie, byłem coraz bardziej zadowolony z wolnej przestrzeni i czasu, jakie dzięki temu miałem tylko dla siebie. Jako czterolatek mogłem przeżywać lekką traumę, kiedy budziłem się nocą sam w domu. Płakałem przerażony, myśląc, że rodzice mnie porzucili, nigdy nie wrócą i całe życie spędzę sam, głodny i porzucony w zakurzonych ciemnościach. Jako sześciolatek przywykłem do tego i dawałem radę. Początkowo się nudziłem, ale po jakimś czasie zauważyłem, że nuda uruchamiała wyobraźnię. Prosiłem mamę, żeby urodziła mi brata. Starszego brata oczywiście, bo uprzywilejowaną pozycję jedynaka mogłem zamienić tylko na równie uprzywilejowaną pozycję młodszego brata. Z bratem się nie udało, więc zacząłem wymyślać różne historie, a niekiedy nawet je zapisywać.
Zamyśliłem się, bo ten kondon dręczył mnie równie mocno jak wiadomość o śmierci Bobka. Dopiero po chwili pojąłem, że Izabela coś do mnie mówi.
– Hej, Korek, jesteś z nami czy nie?
– A nie? Jestem oczywiście – odpowiedziałem zaczepnie.
– Jak ci jest na koloniach? – po raz kolejny nieproszona spytała Isabel.
„Chujowo”, chciałem odpowiedzieć, bo jak mówiłem, nienawidziłem tych letnich przechowalni dla dzieci. Miesiące wakacyjne to miał być nasz wspólny czas na brydża, szachy i kino. Ale rodzice w tym roku jakoś wyjątkowo mnie na te kolonie namawiali.
Szczególnie tata mnie namawiał.
Nie uważałem, że muszę być wobec niej szczery, więc użyłem najnowszej młodzieżowej odzywki:
– W pytkę.
– Dobrze was karmią czy nie? – Isabel dopytywała, jakby to miało jakieś znaczenie.
– W pytkę – powtórzyłem na odczepnego.
– Jakie podają desery? Smaczne czy nie? – nie odpuszczała.
„Co to za pytania? Kim ona jest? Pytajnikiem? Szefem kuchni? – pomyślałem. – Co ją, kurwa, obchodzą moje desery? Chce się ze mną zaprzyjaźnić?” Najwyraźniej. Ale po co?
I dlaczego dodaje na końcu to swoje „czy nie?”? Chce sobie dać możliwość odwołania pytania?
Mogłem po raz trzeci na odczepnego odpowiedzieć „w pytkę”, ale uznałem, że tym razem odpowiem szczerze.
– Prawdę mówiąc, nie wiem, gdyż już pierwszego dnia przegrałem wszystkie desery do końca kolonii.
Isabel miała taki wyraz twarzy, jakby się stała najzwyklejsza rzecz na świecie.
– Przegrałeś? Koreczku! W jaki sposób? – wcięła się do rozmowy nagle spłoszona babcia.
Przez chwilę się zastanawiałem, czy czegoś nie zachachmęcić, ale to była babcia, więc odpowiedziałem szczerze.
– W pokera, babciu.
– Och! Ty grasz w pokera? – Babcia zakryła dłońmi usta.
– Grałem – przytaknąłem z godnością. – Ale przestałem.
– Na pieniądze?! – Babcia była autentycznie poruszona.
– Skąd! Przecież mówiłem: tylko na desery.
Rzeczywiście przy pierwszym obiedzie dałem się wciągnąć w hazardową rozgrywkę i przegrałem wszystkie dwadzieścia jeden deserów, które mi przysługiwały, do grubego Wieśka Marciniaka z grupy średniaków.
– Nie ma tego złego – odetchnęła babcia wieczna optymistka. – To doświadczenie nauczy cię trzymać się jak najdalej od hazardu.
– Trafiłaś, babciu, w sedno. No more gambling!
– Dostałeś się do liceum – po raz pierwszy od przyjazdu odezwała się mama. – Wczoraj wywiesili wyniki.
– Właśnie! Od tego powinniśmy zacząć! – Tata klasnął w dłonie. – Jesteś licealistą!
Rzeczywiście, że też wcześniej o to nie spytałem.
Byłem przekonany, że mnie przyjęli, liczyłem jednak na większe zaangażowanie ze strony rodziców. Oni uznawali widocznie, że nie ma o czym mówić, bo i tak się dostanę. Mimo wszystko na razie słabo się te odwiedziny układały. Uznałem, że chyba powinienem się ucieszyć.
– Hurra… – wykrzyknąłem, ale tak jakoś bez entuzjazmu, że wszyscy na chwilę zamilkli.
Według mnie szkoła, zwłaszcza podstawówka, była uprawomocnionym przestępstwem wobec młodych ludzi. Tłumiła wszelkie zaczątki oryginalności, a przede wszystkim wolność myślenia. Nauczyciele – poza nielicznymi wyjątkami – mnie nie inspirowali. Ani do zdobywania wiedzy, ani do pozytywnego traktowania rzeczywistości. Nie znosiłem się uczyć, odrabiać lekcji. Nienawidziłem szkoły. Ważniejsze było to, co działo się poza szkołą. Spotkania z przyjaciółmi, zbieranie znaczków, chodzenie do kina, gra w nogę. Miałem nadzieję, że w liceum to się zmieni. I do tego pojawi się wciąż oczekiwana wielka miłość…
Patrzyłem na Isabel, jak z tajemniczą miną się uśmiecha, spoglądając raz na mnie, raz na ojca, który widocznie to zauważył.
– Pani Iza pomaga nam także w przeprowadzce – oznajmił tata i poprawił sobie włosy.
– Aha. W podróżach lotniczych i w przeprowadzce.
– Drobiazg – skwitowała Isabel.
Zobaczyłem, że mama zacisnęła usta.
– Dum, dum, dum, dum… – zanucił tata.
Tuż przed wyjazdem na kolonie musieliśmy się wyprowadzić ad hoc z mieszkania, które wynajmowaliśmy przy Pruszkowskiej na Rakowcu, niedaleko lotniska Okęcie. Ledwie przed wyjazdem zdołałem się przygotować do przeprowadzki i spakować swoje rzeczy.
Rodzice ciągle zmieniali teatry, więc tułałem się z nimi po Polsce. Przed trzema laty dostali wreszcie stołeczny angaż w Teatrze Narodowym. Przeprowadziliśmy się wtedy z Łodzi i wynajęliśmy dwa pokoje z kuchnią na trzy lata.
W tym czasie pani Edyta, właścicielka tego lokum, tancerka zespołu Mazowsze, miała mieszkać z mężem Carlosem z Meksyku, studentem szkoły filmowej, w naszym byłym mieszkaniu w Łodzi. Planowali wrócić do Warszawy, gdy Carlos skończy studia, czyli za mniej więcej trzy lata. Okazało się jednak, że pani Edyta jest w ciąży i z jakiegoś powodu zapragnęła rodzić w stolicy. W ten sposób rok przed umówionym terminem musieliśmy wyprowadzić się z Pruszkowskiej i znaleźć nowe miejsce do życia.
Rodzice zostali uprzedzeni o tym wcześniej, ale jak zwykle odkładali wszystko na ostatnią chwilę, więc oczywiście wypadło to akurat w wakacje. Wszystkie nasze rzeczy spakowane w kartony czekały w przepastnych magazynach dekoracji Teatru Narodowego.
– Pani Iza pomogła nam właśnie wynająć wspaniałe mieszkanie w Śródmieściu – powiedział tata. – Osiądziemy na pół roku na Żurawiej, przy Placu Trzech Krzyży. Potem coś załatwię. Tym razem na stałe. Tak mi obiecali w Urzędzie Rady Ministrów – rzucił nonszalancko, jakby przydziały mieszkań spadały na niego bez przerwy i miał już tego dość.
Ile razy to słyszałem? I wiedziałem swoje. Tata nigdy nie miał głowy do banalnych spraw codziennych, nie miał również na nie czasu. Ledwo mu go starczało na występy w teatrze i grę w filmach. „Zaraz! – pomyślałem nagle. – A co on robi w życiu, że ciągle nie ma czasu? Przecież ani w filmie, ani w teatrze nie gra codziennie. Właśnie! Co on robi, jak go nie ma w domu ani w teatrze?” Nagle z opóźnieniem dotarło do mnie, że zamieszkamy w Śródmieściu!
– Będziemy mieszkać na Żurawiej? Super!
– Między Marszałkowską a Kruczą – dodał tata.
– W samym oku cyklonu – dorzuciła mama.
Z nowego adresu byłem strasznie zadowolony, bo otwierał fantastyczne możliwości, jeśli chodzi o chodzenie do kina. „Polonia”, „Świat”, „Śląsk” znajdowały tak blisko, że gdybym wyszedł z domu piętnaście minut przed początkiem seansu, i tak na miejsce dotarłbym dziesięć minut za wcześnie. Nawet kina „Wiedza”, „Młoda Gwardia” i „Przyjaźń” w niezbyt oddalonym Pałacu Kultury stwarzały zupełnie nowe perspektywy. Najbardziej cieszyłem się z położonego o rzut beretem przy Placu Trzech Krzyży kina „Iluzjon – Pod Kopułą”. Tam mogłem uzupełniać pozycje starszego klasycznego kina.
– Adam mówił, że jesteś kinomanem. Będziesz miał teraz dużo kin w okolicy – dodała Isabel. „Czyta skubana w myślach!?” – przestraszyłem się.
Na Rakowcu, czyli na dalekiej Ochocie, najbardziej doskwierał mi właśnie brak kina. Do najbliższego o nazwie „Grunwald” w Stołecznym Klubie Garnizonowym w Alei Niepodległości przy Madalińskiego jechałem autobusem kilkanaście minut. Topograficznie był to Mokotów, ale odległościowo było mi do „Grunwaldu” bliżej niż do dzielnicowego kina „Ochota”, z którym nie istniało żadne komunikacyjne połączenie. Chyba że ktoś lubił się przebijać ze Żwirki i Wigury do Grójeckiej, brnąc przez zagony kapusty przy ulicy Banacha.
Radość z powodu nowego adresu przyćmiewała nieco ta nowa sytuacja, której nie rozumiałem, przyćmiewało ją także to, że musiałem siedzieć na koloniach jeszcze dziesięć dni. Pomyślałem, że skoro oni przyjechali znienacka, w niezapowiedzianym składzie, to ja też mam prawo do jakiegoś nieoczekiwanego ruchu. Nabrałem powietrza w płuca i spytałem:
– Możecie mnie stąd zabrać?
Pytanie musiało zaskoczyć rodziców, bo zastygli jak na komendę ze szklankami kompotu uniesionymi w dłoniach.
– Ale jak: zabrać? – Mama zmarszczyła brwi.
– Dosłownie. Jeszcze dziś. Do domu. Do Warszawy.
– Źle się tu czujesz? – spytała babcia z troską.
– Uprzedzałem, że kolonie są nie dla mnie. Że nuda okropna.
– Ale… – zaczął tata – …przecież wiesz, że mamy tyle spraw… Ta przeprowadzka i ten mój film…
– Mam czternaście i pół roku! Jestem na to za stary! – wybuchnąłem. – Najstarszy na całych koloniach!
Trochę minąłem się z prawdą. Mirek Rączka był starszy ode mnie o dwa miesiące, ale wydawało mi się, że takie aptekarskie szczegóły nie mają znaczenia.
– Hm… – zasępił się tata. – Wiesz, że to wyjątkowa sytuacja. Mieszkamy praktycznie na walizkach.
– Mogę mieszkać na walizkach. – Wzruszyłem ramionami.
– Kolonie zostały zapłacone! – wtrąciła się niepotrzebnie babcia i dodała zaraz jak Isabel: – Czy nie?
– Dopiero jutro się przeprowadzamy. Póki co mieszkamy kątem u znajomych – dodał tata.
– Bo tyś tak to załatwił! – wypaliła mama, patrząc na niego z wyrzutem.
– Właściwie to pani Iza nam pomogła – dorzucił tata.
– Drobiazg. – Isabel się uśmiechnęła. – Moje panieńskie mieszkanie stało akurat puste.
– Mogę kątem w panieńskim mieszkaniu pani Izy – powiedziałem szybko.
– Ale tam nie ma więcej łóżek – roześmiała się Isabel.
Jak to się stało, że są nagle tak blisko zaprzyjaźnieni? Że mieszkają u niej? Co tam się dzieje!? Koniecznie muszę stąd spylać jak najprędzej!
– Mogę na materacu dmuchanym! Na pewno Isabel ma materac dmuchany.
– Mam – odpowiedziała Isabel łagodnie.
– Ale dziurawy! – zaprotestował tata.
Ciekawe, jak to sprawdził. I czemu w ogóle zabiera głos na ten temat?
– To mogę pojechać do Łodzi do babci – rzuciłem na szalę ostatni argument.
Zanim babcia zdążyła odpowiedzieć, tata znowu się wciął:
– Babcia idzie na badania do szpitala. Na dwa tygodnie.
– Ojej? Idę? – upewniła się babcia. – A rzeczywiście, z tymi moimi płucami – przypomniała sobie. – Ale na tydzień chyba tylko?
– No właśnie! – postanowiłem się nie poddawać. – Czyli mieszkanie babci w Łodzi będzie przez tydzień puste?
– Co to za mieszkanie? Bieżąca woda na korytarzu, ubikacja w podwórku – powiedziała mama ze smutną miną, z wyraźnie udawanym współczuciem dla teściowej.
Oczywiście o tym wszystkim wiedziałem. Jeden jedyny niezapomniany raz nocowałem u babci i przyrzekłem sobie, że nigdy więcej, w tej sytuacji byłem jednak skłonny zmienić zdanie. Trudno w to uwierzyć, ale dwadzieścia pięć lat po wojnie na ulicy Wólczańskiej, czyli prawie w centrum Łodzi, istniały mieszkania bez łazienek i toalet.
Mama miała na celu zwrócenie uwagi na warunki bytowe teściowej urągające zasadom higieny. W oczywisty sposób kompromitowały one tatę, który nie umiał zadbać o matkę.
I tak siedzieliśmy w ciszy, która znowu zapadła. Babcia z wyrozumiałym uśmiechem patrzyła gdzieś w bok. Isabel ukryła protekcjonalny grymas i udawała, że szuka czegoś w torbie. Jedynie mama trzymała głowę dumnie, patrząc z góry na ojca. Po chwili jakby znudzona zaczęła wyniośle błądzić wzrokiem po budynku szkoły.
– Wytrzymasz jeszcze, Kornel – zadecydował tata. – Pracuję przecież nad tym, żeby moją mamę, czyli twoją babcię przekwaterować, ale przecież nie dam rady tego zrobić, zanim nie skończę zdjęć do filmu…
Mruknąłem coś na odczepnego, bo prezerwatywa w jego kieszeni nie dawała mi spokoju. Czułem, że zapowiada coś, co niekoniecznie mi się spodoba.
Po raz pierwszy wydało mi się, że w tym nieskazitelnym, jak sądziłem, małżeństwie moich rodziców pojawiła się rysa, której wcześniej nie dostrzegłem. Nie byłem pewien, czy ten kondon został kupiony z myślą o mamie. Skończyła w tym roku czterdziestkę i chyba aż tak nie obawiała się ciąży. Dla kogo więc?
Mimowolnie spojrzałem na Isabel. Nie. To niemożliwe… Chociaż? Była naprawdę bardzo ładna. Ale nie! Tata by mamie tego nie zrobił. Musiało chodzić o mamę! Co ja zresztą wiem o tych prokreacyjnych zawiłościach? Odrzuciłem inne hipotezy, bo nie pojmowałem, że po ślubie z jedną kobietą można rozglądać się za innymi. Słyszałem, że w tej branży różne rzeczy się dzieją, ale przecież to inni aktorzy zdradzali swoje żony. Tata nie robił niczego takiego. Tata musi być okej!
Żebym nie wiem jak to sobie tłumaczył i racjonalizował, kondon Eros-Ol-Ex z Krakowskich Zakładów Przemysłu Gumowego stał się kamykiem w bucie, który nie pozwalał o sobie zapomnieć. Zacząłem się zastanawiać, czy jest możliwe, by mój tata zdradzał mamę. Powoli łączyłem mikrowydarzenia z różnych chwil spędzanych z rodzicami. Rzeczywiście! Na wakacjach nie było dnia, żeby tata nie zaczepił z tym swoim aktorskim wyślizganym wdziękiem choćby zgrabnej kelnerki w kawiarni. Nieznanej dziewczynie na plaży pomagał rozłożyć koc albo nadmuchać materac. Bywało, że łapał za rękaw co ładniejszą konduktorkę w pociągu… Wszystkie zapraszał na swoje wyimaginowane czy prawdziwe premiery. Zupełnie mu nie przeszkadzało, że mama obserwuje te umizgi. Sądziłem, że z niego jest raczej erotoman gawędziarz, i wszystko wydawało mi się zupełnie niewinne. Mimo to zawsze podczas takich zalotnych podchodów byłem tak zażenowany, że wbijałem wzrok w ziemię i wstydziłem się zwracać tacie uwagę. Mama najczęściej milczała, więc uważałem, że wszystko jest okej. Nie zadawałem pytań.
W naszej rodzinie nie rozmawiało się o takich sprawach. Rozmawiało się wyłącznie o teatrze, kinie, książkach. Czasem o jedzeniu i chorobach babci. Chyba w ogóle nie prowadziliśmy rozmów zwanych istotnymi. Nawet gdybym miał jakiś twardszy dowód, zapewne nie zagadałbym na ten temat. Bo co niby miałbym powiedzieć? „Tato, przestań zdradzać mamę?” On na pewno położyłby wtedy uszy po sobie: „Ojej, Korek! Przejrzałeś mnie! Dobrze! Już nie będę zdradzał. W sumie masz rację, chłopie. Głupio wyszło. Przepraszam”.
Na razie siedzieliśmy na kocu i piliśmy kompot z truskawek, który babcia przywiozła w szklanym słoju. Ona jedyna była wyraźnie zadowolona. Siedziała między ukochanym synem a ukochanym wnukiem uśmiechnięta od ucha do ucha. Patrzyła to na mnie, to na tatę, jakby dwóch pozostałych kobiet tu nie było.
Mama rzeczywiście wyglądała na nieobecną. Kierowała wzrok wszędzie, tylko nie na Isabel, która z zagadkowym uśmiechem starała się wyglądać, jakby znajdowała się w centrum zainteresowania. Muszę przyznać, że była i ładna, i wyjątkowo interesująca. Pełna „dziesiona” jak Toska, tyle że w innej kategorii wiekowej.
Wyglądała trochę jak Marusia Ogoniok z Czterech pancernych, tyle że nie w radzieckim szynelu, a w zachodnich ciuchach. Robiła wiele, żeby uczynić swoją obecność zauważalną. Jej uśmiech nie był jednak uśmiechem radości. Skojarzył mi się z uśmiechem drapieżnej pumy, która znalazła ofiarę, ale jeszcze nie wie, jak się do niej zabrać, i tylko rusza w napięciu ogonem: w przypadku Isabel – kluczykami do luksusowego auta.
– Akurat jest okazja. – Pokazałem na Fiata. – Spakuję się szybko i razem wrócimy do Warszawy…
– Kiedy już ci mówiłem… – Tacie najwyraźniej brakowało argumentów.
– W aucie są tylko cztery miejsca – przyszła mu w sukurs Isabel.
– O, właśnie! – Tata odetchnął z ulgą.
– To ja zostanę! – zaoferowała się babcia. – A wy weźmiecie Koreczka!
Tata aż się klepnął ze złości w udo.
– Co mama wygaduje, mamo? Zostanie mama na koloniach za niego? – syknął zirytowany.
– Wrócicie potem po mnie.
– To niedorzeczne – zawyrokował tata. – Dasz radę, Korek. Ten rok jest wyjątkowo…
– …niesprzyjający – weszła mu w słowo mama, patrząc na niego wymownie.
– Właśnie! Niesprzyjający temu, żebyś siedział z nami w Warszawie.
Zrozumiałem, że nic nie wskóram. Przynajmniej na razie. Wiedziałem jednak, że muszę wrócić, bo czułem, że tam coś się dzieje. Tylko co? Miałem nadzieję, że nic bardzo złego.
Będę musiał znaleźć jakiś fortel. Popatrzyłem z zazdrością na samochód, którym przyjechali, i zapytałem tatę, żeby zmienić temat:
– Czy nigdy nie kupimy sobie auta?
Zażenowany spojrzał na Isabel i szybko odpowiedział:
– Wiesz… Mamy teraz wydatki… Przeprowadzka i w ogóle…
Wiedziałem, że to bolesny temat, i z premedytacją przekręcałem sztylet w ranie.
– Nie stać nas na samochód? Wypuścili właśnie Fiata 125p z nowym silnikiem 1500!
– Na razie nie… Może niedługo? Co ci odbiło z tym samochodem? Akurat teraz? Temat kompletnie nie na temat! – Tata oganiał się ode mnie jak od uprzykrzonej osy.
– Nie możemy sobie pozwolić nawet na Škodę?
– Przede wszystkim na Škodę! – odpowiedział tata z zaciśniętymi zębami i wymuszonym uśmiechem. Dawał mi przy tym oczami znaki, żebym przestał.
Wobec tego brnąłem głębiej jak lodołamacz.
– Ma się pojawić lada chwila nowy model: Škoda 1000 MB? Nie możesz tego jakoś załatwić? Ci twoi kumple z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nie potrafią ci jakoś pomóc?
Zadałem cios poniżej pasa, ale ponieważ tata nie chciał mnie stąd zabrać, należało mu się.
Zmroził mnie spojrzeniem, bo obnażałem jego słabe strony: mizerne finanse i przynależność partyjną.
Tata należał do PZPR z przekonania i dlatego nie umiał albo nie chciał wykorzystywać przywilejów, jakie ta przynależność dawała sprytniejszym.
– Škoda 1000 MB, czyli Tysiąc Małych Błędów! – Tata przewrócił oczami i starał się obronić tym zużytym żartem. Nie wiem, dlaczego patrzył przy tym na mamę.
– Kupimy sobie samochód, kiedy będzie nas stać na prawdziwy. Taki jak ten. – Wskazał szklanką z kompotem na Fiata zaparkowanego nieopodal.
Zrobił to tak niezręcznie, że część kompotu chlusnęła na zagraniczną torebkę Isabel. Rudowłosa posłała ojcu spojrzenie, które trwało ułamek sekundy, ale niosło dłuższy komunikat: „Ty niezdaro dupowata! Zalałeś mi kurewsko drogą torebkę!”. Zakłopotany tata desperacko próbował rogiem pledu zetrzeć kompot ze skóry pomalowanej na czerwono. Na ten widok Isabel starała się z uśmiechem zbagatelizować tragedię.
– Nic się nie stało! Nic się nie stało! – Delikatnie, choć stanowczo odebrała mu torebkę. Tata ze zdenerwowania nie zauważył, że zamiast ścierać kompot, raczej wtłacza go do środka razem z truskawką.
– Ojej! – odezwała się mama z autentyczną, jak mi się wydawało, troską. – To prawdziwa skóra! Zostanie plama.
Mama była aktorką, więc autentyczne uczucie mogła zagrać. Ale Isabel przyjęła troskę za dobrą monetę i rozpłynęła się w dziękczynnym w uśmiechu.
– Jeżeli nie zejdzie, Janek kupi mi nową. Mieszkamy stosunkowo niedaleko Bond Street.
– Janek to mąż Isabel! – pospieszył z wyjaśnieniem tata.
Mąż?! A więc jest mąż! Uff! Nieco się uspokoiłem. Skoro Isabel jest mężatką, moje podejrzenia nie mają sensu. Niemożliwe, żeby piękna mężatka interesowała się przystojnym, ale starszym o co najmniej dziesięć lat i w dodatku żonatym aktorem!
Znowu siedzieliśmy w ciszy, przerywanej szelestem papieru odpakowywanych wiktuałów. Normalnie powiedziałbym: produktów, tyle że do Isabel takie słowo niezbyt mi pasowało.
Babcia wyciągnęła z koszyka talerzyk z sernikiem.
– Upiekłam dla ciebie. Taki jak lubisz.
– Dzięki, babciu, podzielę się ze wszystkimi.
– Nie! – prawie krzyknęła babcia i odepchnęła widelec taty, celujący w sernik. – To tylko dla ciebie. Oni mogą sobie kupić. A ty, biedaku, nie będziesz miał tu deserów.
– Co mama! Nie mogę skosztować sernika? Mama przesadza! – Ojciec dopiął swego, bo wyrwał widelcem z mojego kawałka sernika spory kęs dla siebie.
– Jeśli chodzi o mnie, to nie jem nic słodkiego – oznajmiła Isabel. – Za to przygotowałam hamburgery!
– No, no! Jak w Londynie! – westchnęła mama z udawanym podziwem.
Dotąd hamburgery widywałem tylko w amerykańskich filmach. Do Polski ten smakołyk jeszcze nie dotarł, ale widocznie Isabel umiała je przyrządzać.
Smakowały wyśmienicie. Radość z nowo poznanych smaków została niespodziewanie zakłócona przez to, co zobaczyłem. Jakieś sześćdziesiąt metrów od nas w cieniu rozłożystego dębu stała Toska Obermajer. Mógłbym na nią patrzeć i patrzeć i ciągle byłoby mi mało. Natomiast na gościa, który stał oparty jedną ręką o pień dębu i pochylony nad Toską tak, że ich czoła prawie się stykały, nie mogłem patrzeć od pierwszego dnia kolonii. Wręcz miałem na niego alergię. Rafał Krzos, gówniarz młodszy ode mnie o pół roku, ośmielał się startować do niej bezczelnie, chociaż ja pierwszy ją sobie zaklepałem! Toska spojrzeniami na porannych apelach dawała mi do zrozumienia, że gdybym się odważył podejść do niej i zagadać, mógłby to być początek romantycznej historii. Nie rozumiałem więc, dlaczego rozmawiała teraz dosyć swobodnie z Rafałem, a nawet zaśmiała się ze dwa razy. Jak można się zadawać z gościem, który ma na imię Rafał, a każe mówić na siebie „Ralf”?
Isabel coś do mnie mówiła. Nie zwracałem uwagi na jej słowa, dopóki nie usłyszałem „prezerwatywy”. Ocknąłem się natychmiast.
– Co? Co pani… Czy możesz powtórzyć?
– Mógłbyś znaleźć w tym pobycie jakieś pozytywy, czy nie?
Zmusiłem się, aby je znaleźć. Cóż… Uciekłem się do gotowca.
– Niedaleko jest morze, a ja lubię nasze morze.
„…będziem ciebie wiernie strzec!” – dopowiedziałem w myślach.
– Aha! – przytaknęła babcia, nie wiedzieć czemu. – Od małego lubił morze!
– Ruszacie się stąd gdzieś, prawda? Na jakieś wycieczki, czy nie?
Chciałem, żeby już sobie pojechali, ale z powodu obecności babci musiałem udawać dobrze ułożonego młodzieńca, przed którym świat stoi otworem.
– Byliśmy w Jastarni, w Juracie, w Gdyni i w obozie koncentracyjnym w Sztutowie.
– Czyli w Stutthofie? – dopytała Isabel.
– O? – ożywiła się znienacka mama. – W Stutthofie? Tam gdzie przebywał Schopenhauer?
– Szopen i Hauer? Oni też byli w obozie koncentracyjnym? – udałem debila.
– Schopenhauer. Jedna osoba. Jako młody człowiek w tej miejscowości spędził wakacje. W dziewiętnastym wieku.
– Wcale nie jesz sernika – upomniała mnie babcia.
Rzuciłem się na ciasto, jakbym chciał nadrobić niedobór cukru, chociaż myślami powędrowałem zupełnie gdzie indziej. Jeśli tu zostanę, to muszę pokonać Ralfa w wyścigu o serce Toski. Inaczej takie poświęcenie nie miałoby sensu. Tylko jak to zrobić?
– Co czytasz, Korek? – Isabel podjęła rozmowę.
„Co cię to, kurwa, obchodzi?”
Zamiast tego wyjaśniłem:
– Podręcznik do gry w brydża.
– Ciekawy?
– Ciekawy. Tylko źle się kończy.
Isabel roześmiała się perlistym śmiechem i tym razem rzeczywiście zmierzwiła mi włosy, zanim zdążyłem się uchylić.
– W rzeczy samej ścichapęk!
W sumie coraz bardziej mi się podobała.
Nikt nie wiedział, jak zareagować, więc jak zwykle w takich wypadkach odezwała się babcia:
– Korek jest dobrym brydżystą.
– Tak, to prawda. Zawsze wolę grać w parze z nim niż z Adamem – potwierdziła mama.
Tata posłał jej długie spojrzenie.
– Ależ ty mnie niesprawiedliwie nie doceniasz! Nie daję ci powodów!
– Tak! Sama je sobie kupuję w sklepie. „Poproszę dwa powody”, mówię do sprzedawczyni.
Po tej wymianie zdań zapadła zrozumiała cisza. Pierwsza nie wytrzymała babcia:
– Koreczek także zna języki obce. Czyta płynnie po angielsku.
Gdyby tak pochwalił mnie kto inny, zamieniłbym się w śmigło i zaczął krzyczeć, ale to była babcia. Ona jedyna miała u mnie taryfę ulgową.
Isabel wyraźnie się ożywiła.
– Tak się składa, że mam przy sobie książkę Agathy Christie po angielsku! Chciałbyś może rzucić okiem?
– Why not? – Sądziłem, że to właściwa reakcja.
Isabel sięgnęła do przepastnej torby i wyciągnęła z niej pocket-bookaz lakierowaną okładką.
– Evil under the sun – przeczytała tytuł wytłoczony złotymi literami.
– Zło czai się wszędzie – przetłumaczyła mama z cichą satysfakcją.
Isabel wręczyła mi książkę. Nigdy nie byłem fanem Agathy Christie, ale pomyślałem, że to dobry tytuł dla naszego śniadania na trawie. Wprawdzie odrzuciłem prawdopodobieństwo romansu taty z Isabel, ale szósty zmysł podszeptywał mi, że w powietrzu czai się jeśli nie zło, to jakieś nieszczęście. Co tak naprawdę dzieje się tam w Warszawie?
– Dzięki. Jak ci ją oddam?
