Zaklęte serca - Sylwia Motyka - ebook
NOWOŚĆ

Zaklęte serca ebook

Motyka Sylwia

0,0

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Miłość, która może zakończyć wojnę… albo odebrać wolną wolę.

Aurora i Fonso są połączeni pradawną klątwą. Ich serca wyczuwają dobro i zło, ale nie potrafią odróżnić prawdziwego uczucia od iluzji. Niewidzialna siła raz przyciąga ich do siebie, innym razem – brutalnie rozdziela.

Ich losami kierują Szalona Urma, romska wiedźma, która zna cenę miłości, i Bhuta, upiór, który szuka odkupienia.

W tle wybucha wojna między Romami a gadziami i tylko miłość Aurory i Fonsa może ją powstrzymać.

Problem polega na tym, że Fonso ma poślubić wyrachowaną dziedziczkę kopalni złota, a Aurora nie dostrzega, że jej wierny, garbaty przyjaciel Ferka jest w niej beznadziejnie zakochany.

 

Zakazana miłość. Mroczna klątwa. I pytanie, które zmienia wszystko.

Czy to prawdziwe uczucie… czy tylko efekt zaklęcia?

Dla fanek Bridgertonów, Dzwonnika z Notre Dame i baśni z mrocznym twistem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 376

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tego autora w Wydawnictwie WasPos

Dekalog Playboya

Zaklęte serca

W PRZYGOTOWANIU

Nie chcę cię kochać

Wszystkie pozycje dostępne również w formie e-booka

Copyright © by Sylwia MotykaCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja: Kinga Szelest

Korekta: Aneta Krajewska

Projekt okładki: Adam Buzek

Ilustracja na okładce: Ewelina Motyka

Ilustracja na wewnętrznej stronie okładki: Ewelina Motyka

Ilustracja na drugiej stronie: Sylwia Motyka

Ozdoby przy nagłówkach: Ewelina Motyka

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]

Wydanie I – elektroniczne

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie

ISBN 978-83-8464-013-5

Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

Prolog

Bonfire Night

Podczas Bonfire Night po raz pierwszy pękły dwa serca z diamentu i węgla. Nadzieje dwojga kochanków rozwiały się wraz z dymem unoszącym się z tysięcy spopielonych kukieł zdrajcy Guya Fawkesa.

– Charles, muszę ci coś powiedzieć.

Ciszę wieczoru rozdarł szept wyraźnie udręczonej, młodej dziewczyny, która niepostrzeżenie usiadła na ogrodowej ławce obok wysokiego, jasnowłosego mężczyzny. Ich sylwetki niknęły w cieniu rzucanym przez szumiące gałęzie płaczącej wierzby.

– Gdzie ty byłaś!? – wykrzyknął w odpowiedzi, gdy tylko ją zobaczył, po czym porwał jej drobne ciało w umięśnione ramiona i w nagłym ataku radości podrzucił ją prawie do samego nieba. – Gdzie ty byłaś? – powtarzał rozgorączkowany. – Kochanie, gdzie ty byłaś!?

– Charles, przestań! Postaw mnie na ziemię! Jeszcze nas ktoś zobaczy!

– A niech patrzą! Co to ma za znaczenie?! – odparł, ale zastosował się do jej polecenia. – Ja tu umierałem ze strachu! Szukałem cię tyle tygodni! Wszędzie rozesłałem za tobą moich przyjaciół!

Po tych słowach sarnie oczy jego towarzyszki zrobiły się wielkie ze strachu.

– Charles! Dlaczego?! Przecież mówiłam ci… To niebezpieczne! To… – powiedziała, przy czym wskazała na siebie i na niego. – To była nasza tajemnica! My nie możemy…!

– W nosie mam niebezpieczeństwo! Myślałem, że coś ci się stało! Że mi ciebie zabrali. Że jesteś już daleko! Że już cię więcej nie zobaczę! Szalałem ze strachu i rozpaczy! – oznajmił, po czym przyciągnął ją do siebie i zaczął całować na oślep jej twarz i włosy.

– Charles, proszę cię, uspokój się – wyszeptała błagalnie, zwracając przestraszone oczy w stronę posiadłości lorda Byrona, ale chłopak zdawał się jej nie słyszeć.

– Przysięgam, że przeczesałem każdy kawałek tego przeklętego miasta! Już myślałem, że cię nie odnajdę. Miałem zamiar rzucić się do Tamizy.

– Nawet tak nie mów! – zaprotestowała nagle rozzłoszczona.

– No co?! Tak bym zrobił. Bez ciebie moje życie nie ma sensu. Kocham cię! Kocham cię, złotolica dziewczyno!

– Ciii – wyszeptała wyraźnie zmartwiona.

Od strony dworu zaczęły dochodzić przytłumione głosy.

– Proszę cię, usiądź! – poleciła cicho i delikatnie popchnęła go na drewnianą ławkę. Następnie usiadła obok niego i udała, że wróży mu z ręki.

Postronny świadek wydarzeń mógłby pomyśleć, że to tylko przypadkowa romska dziewczyna zawraca głowę młodemu dziedzicowi fortuny lorda Byrona. Wprawniejsze oko dostrzegłoby jednak zarumienione od emocji policzki młodziutkiej dziewczyny i błyszczące od uczuć oczy zakochanego głupca, którego pierwsza młodzieńcza miłość mogła doprowadzić do upadku.

– Dlaczego nie powiedziałaś mi, że musisz wyjechać? Zresztą nieważne! Rozmawiałem wczoraj z Eliz Astor. Ona o wszystkim już wie. Wie, że nie mogę jej poślubić. Powiedziałem jej, że kocham tylko ciebie. Tylko ciebie – szeptał gorączkowo, z miłością wpatrując się w jej smagłą twarz i półprzymknięte oczy tonące w cieniu długich, czarnych rzęs.

Dlaczego dopiero teraz? Teraz, gdy jest już za późno – pomyślała zrozpaczona, a od jej węglowego serca odłamał się pierwszy okruch.

– Odwołaj to – wyszeptała tak cicho, że ledwie było ją słychać. – Powiedz jej, że miałeś atak szaleństwa albo że zjadł cię stres przedślubny. Ona na pewno ci wybaczy.

– Dlaczego miałbym to zrobić, Raji? – spytał retorycznie. – To ciebie kocham! Zresztą tego nie da się odwołać. Jej rodzina zerwała już z nami wszelkie stosunki. Mój ojciec był wściekły. Wielki lord Byron wyrzekł się mnie, gdyż jak twierdzi, okryłem go hańbą. Przykro mi to mówić, ale nie jestem już dziedzicem tej wspaniałej posiadłości – mruknął z sarkazmem i obojętnie wskazał na dom swoich przodków. – Mam nadzieję, że będziesz mnie chciała takiego. Naiwnego marzyciela bez grosza przy duszy, który będzie cię kochał całym sercem. Co? Będziesz mnie chciała takiego? – dodał niepewnie i ujął delikatnie jej podbródek.

Dziewczyna zamknęła powieki, spod których zaczęły spływać gorące łzy.

– Co to? – zdziwił się i dotknął jej mokrego policzka. – Ty płaczesz? Raji, moja kochana, nie rób mi tego. To nie pora, by płakać! Nie cieszysz się, że w końcu będziemy mogli być razem? Zdaję sobie sprawę, że na samym początku może nam być trudno, ale damy sobie radę, maleńka. Mam wielu bogatych przyjaciół. Na pewno załatwią mi jakąś ciepłą posadkę. Nauczę się szyć buty albo zaciągnę się na nauki u jakiegoś adwokata. Na pastora niestety się nie nadaję, nie mam wystarczającej charyzmy, ale myślę, że bez problemu dam radę coś uhandlować. Tylko poczekaj, a zobaczysz, że niedługo skończy się nasz żebraczy los i będę cię obsypywał klejnotami.

Minuty mijały, a między nimi pogłębiała się niezręczna cisza. Mężczyzna zdziwiony brakiem odpowiedzi zaczął się baczniej przyglądać swojej wybrance. Dziewczyna oczy miała wciąż zamknięte, a jej lśniące od łez policzki odbijały księżycowe światło.

– Zawsze będę cię kochać – wyszeptała nagle i wtuliła się w niego rozpaczliwie.

Chłopak zdziwiony, ale wyraźnie zadowolony zaczął gładzić jej długie do pasa kruczoczarne włosy. Z rozkoszą wdychał jej słodki, kwiatowy zapach i zaczął szeptać do ucha.

– Raji Bari. Moja Raji Bari. Gdy wypowiadam twoje imię, słyszę szum wiatru. Jest wyjątkowe tak jak ty. Niedługo będziemy mogli się pobrać i już na zawsze będziemy razem.

– Nie, nie będziemy – odparła stanowczo i odsunęła się od niego.

– Co ty mówisz? – spytał zdezorientowany.

– Ja już mam męża – wyznała, a po jej pięknej twarzy przemknął skurcz bólu.

– Co?!

Tylko tyle zdołał wykrztusić. Jego twarz nagle zrobiła się równie blada, jak u trupa.

– To dlatego zniknęłam. Teraz mieszkam u niego. Przyszłam tu po to, żeby ci o wszystkim powiedzieć. Nie chciałam, żebyś za mną rozpaczał. Żebyś się martwił. Żebyś mnie szukał i wpadł przez to w kłopoty.

– Ale jak to? Ja nic nie rozumiem. Przecież powiedziałaś, że mnie kochasz. Myślałem, że to ze mną chcesz być.

– Chcę, ale to nie jest takie proste.

– Nie jest proste? Ja wyrzekłem się wszystkiego dla ciebie, a ty… – Chłopak odsunął się od niej i odwrócił głowę, jakby nie mógł na nią patrzeć.

– Tak, to nie jest proste – odparła stanowczo. – Spójrz na mnie! Nie odwracaj ode mnie wzroku, jakbym była jakaś nieczysta.

– Nie mogę teraz na ciebie patrzeć – wyjąkał zrozpaczony. Jego ramiona zaczęły się trząść z ledwie hamowanego ataku płaczu. – Twój widok sprawia mi ból.

– Charlesie, zrozum. Ty mogłeś wyrzec się swojego majątku i rodziny, gdyż jesteś mężczyzną. Kobieta, a tym bardziej romska kobieta nie ma takiego prawa… – wyznała z rezygnacją. – Zresztą Baro Rosta widział nas razem. To wszystko przez niego. Doniósł na nas swojemu ojcu, królowi Tagarowi. Wiesz, że według prawa możemy się wiązać tylko z osobami z naszej społeczności. Gdyby nasz romans wyszedł na jaw, czekałby mnie za to romski sąd. Wiem, jaki zapadłby wyrok. Zostałabym wyklęta z romskiej społeczności, a moją rodzinę już zawsze wytykano by palcami. Baro zażądał mojej ręki w zamian za moją nietykalność.

– Jesteś żoną romskiego księcia? – wyszeptał zszokowany.

– Tak. Jestem teraz romską księżniczką – odparła głosem przepełnionym smutkiem.

Mężczyzna patrzył przez dłuższą chwilę w jej zapłakane oczy, aż w końcu wybuchnął:

– Raji! Wynośmy się stąd! Wyjedźmy z Londynu, i tak nic nas tu nie trzyma. Możemy opuścić Wielką Brytanię. Możemy popłynąć do Francji albo do Hiszpanii, nawet do Maroka, jeśli będzie trzeba.

– Ty nic nie rozumiesz! Król Tagar wszędzie ma swoich poddanych. Nie uciekniemy przed nimi.

– Możemy spróbować – oznajmił hardo.

– Charles, ja nie mogę. Ja… Ja… – jąkała się, a jej głos trząsł się od wstrzymywanego płaczu. – Ja nie jestem już sama – dodała i pogłaskała się po brzuchu zakrytym długą falbaniastą sukienką.

Chłopak wstrzymał oddech z niedowierzaniem.

– Nie – wyjąkał. – Nie to niemożliwe.

Gdy dotarło do niego, że już nigdy nie będą razem, na jego diamentowym sercu powstała pierwsza głęboka rysa. W umyśle mężczyzny pojawił się przebłysk gniewu i nienawiści do nienarodzonego dziecka, do jego ojca, a także do samej Raji.

– Zawsze będę cię kochać – szepnęła, po czym szybko wstała i zaczęła biec w stronę świateł miasta.

Mężczyzna siedział tylko i patrzył na nią jak sparaliżowany. W tym samym czasie wieczorne niebo wybuchło czerwienią tysięcy sztucznych ogni, a u stóp zrozpaczonego młodzieńca, w trawie, czerwieniła się wyszywana złotą nicią cygańska chusta, którą wiatr zerwał z głowy jego ukochanej.

Tylko to mu po niej zostało: ta chusta i jej imię, które było zawarte w szumie wiatru: Raji Bari.

Rozdział 1

Córka lorda i romski książę

W na co dzień zatłoczonym Londynie powoli zapadał purpurowy zmierzch, a wraz z nim cichły uliczny gwar, nawoływania przekupek i kłótnie zwaśnionych rodzin. Wszyscy kończyli swoje obowiązki i zaczynali szykować się do snu. Wszyscy oprócz pewnej złotowłosej, piegowatej dziewczyny, która klęczała w pustej katedrze przed obrazem Najświętszej Maryi Panny i śpiewem starała się przebłagać nieuchronny los.

Proszę, zajrzyj w moje serce,wysłuchaj cichych próśb.Zabierz od niej ból i cierpienie,otul ją swoim ukojeniem.Bądź przy niej, Najświętsza,w każdej godzinie złej.Ale nie odbieraj mi jej.Nie odbieraj mi jej…

Dziewczyna ostatnie nuty wyśpiewała głosem przepełnionym żalem. Jej oczy wwiercały się w bogato pozłacany obraz i z kołaczącym sercem czekała na cud. Tak jak już wiele razy wcześniej, to właśnie boskiej matce powierzyła swoje problemy i czekała na odpowiedź, jednak i tym razem odpowiedziała jej głucha cisza.

Nagle z piersi złotowłosej wyrwał się stłumiony szloch. Skryła swoją bladą twarz w delikatne dłonie i zaczęła głośno łkać. Przyglądał się temu wszystkiemu niewysoki chłopak skryty w cieniu szerokiej, marmurowej kolumny. Stał już tam od dłuższej chwili. Jego wielkie, zielone oczy z nabożnym uwielbieniem śledziły każdy, nawet najdrobniejszy ruch znajdującej się przed nim dziewczyny.

Ferka właśnie w ten sposób zwykł poznawać otaczający go świat. Zawsze z oddalenia. Zawsze z ukrycia. Śledził zachowania przychodzących do katedry wiernych. Widok rozmodlonych londyńczyków przynosił mu swoiste ukojenie. W trakcie nabożeństw mógł z bezpiecznej odległości obserwować ludzi. Jak się modlą, jak młode matki z czułością trzymają w ramionach swoje dzieci, jak ojcowie głębokimi głosami wyśpiewują modlitwy. On cicho wyśpiewywał je razem z nimi. To właśnie wtedy czuł się tak, jakby był niemal normalny, niemal ludzki, jakby był taki sam, jak oni.

To jednak złotowłosa najczęściej przykuwała jego spojrzenie. Doskonale pamiętał, jak w wieku dziesięciu lat po raz pierwszy zobaczył tę uroczą dziewczynkę, w różowej sukience w kokardki. Oddaliła się wtedy od swoich rodziców i na katedralnych schodach rozsypywała ziarna dla wygłodniałych gołębi.

On krył się we krużgankowej wnęce. Wiedział, że nie może wychodzić na zewnątrz. Był przyzwyczajony do tego, by za wszelką cenę schodzić ludziom z oczu. Był przecież potworem, prawie nie człowiekiem. Wówczas jednak zafascynowany pięknymi, czekoladowymi oczami i bijącym z nich dobrem po raz pierwszy sprzeciwił się nakazom starszego brata i wychylił się ze swojej kryjówki. Pamiętał, że niczego nie pragnął bardziej, niż znaleźć się blisko tej niezwykłej, małej dziewczynki.

A ona podniosła swoje piękne oczy i na niego spojrzała. Chłopak instynktownie spiął mięśnie i z przerażeniem czekał na to, że jej twarz wykrzywi się w znanym mu wyrazie obrzydzenia. Mimo młodego wieku Ferka nawykł do wyśmiewania, opluwania, a nawet gróźb śmierci. Złe spojrzenia może nie były z tego wszystkiego najgorsze, ale równie bolesne. Oceniający wzrok tej małej dziewczynki byłby jak dotyk gorącego metalu.

Aurora jednak uśmiechnęła się do niego i poprosiła, żeby do niej podszedł. Ferka zrobił to, choć nieufnie. Mała blondyneczka delikatnie ujęła jego dłoń i wsypała do niej część ziaren. Ta chwila, gdy oboje karmili razem ptaki, była najlepszą w jego życiu. Było to jego najdroższe wspomnienie, które jako jedno z nielicznych przynosiło mu ukojenie podczas trudnych lat samotności i wykluczenia.

Ferka nigdy nie zapomniał tego, że Aurora jest jedyną osobą, która na jego widok nie cofnęła się z obrzydzeniem. Jedyną, która się do niego uśmiechnęła i nie traktowała go jak gorszego od siebie. W tamtej chwili, przy niej, po raz pierwszy poczuł się, jakby był normalnym człowiekiem. Chłopak tak bardzo tęsknił do tego uczucia, że później przez całe lata śledził dziewczynę z ukrycia.

Obserwował odbijające się w jej złotych lokach promienie słońca i słuchał jej słodkiego jak trel słowika głosu. Wsłuchiwał się w jej cichy, dziecięcy śmiech i uwagi na temat obrazów świętych, które szeptem przekazywała swojemu dostojnemu ojcu.

Ferka niczego bardziej nie pragnął, niż z nią porozmawiać, zaprzyjaźnić się, wiedział jednak, że jest to niemożliwe. Aurora Byron, była córką Lorda Majora City, najpotężniejszego człowieka w całej dzielnicy. Biedny, garbaty chłopak, w dodatku syn cygańskiego włóczęgi, nie był dobrym towarzystwem dla córki burmistrza. Społeczny wyrzutek pogodzony ze swoim losem ograniczył się więc do obserwowania jej z ukrycia.

Jednak tego wieczoru wszystko się zmieniło. Ferka tak przeżywał płacz dziewczyny, że nieopatrznie wypuścił z rąk ciężki modlitewnik, który upadł z hukiem na marmurową posadzkę. Dziewczyna, słysząc hałas, przetarła ręką mokre od łez policzki i odwróciła się w jego kierunku.

– Prze-prze-przepraszam – wyjąkał. – Ja właśnie tędy szedłem i… Już mnie nie ma – mruknął i zaczął się oddalać.

– Zaczekaj! – zawołała za nim i wstała szybko z klęczek. – Nie odchodź – dodała cicho.

Ferka zatrzymał się, słysząc te słowa, i szeroko otworzył oczy ze zdziwienia. Ludzie przeważnie czekali tylko, aż zniknie im z widoku. Mało kto pragnął jego towarzystwa. Aurora była inna.

Już wcześniej, wiele lat temu powiedziała mu, by do niej podszedł, myślał jednak, że tylko dlatego, że była wówczas dzieckiem. Nigdy by nie przypuszczał, że ta piękna dziewczyna, w którą przeistoczyła się z upływem lat, poprosi go o to, by przy niej został. W sercu Ferki rozkwitła nadzieja i mimowolnie odwrócił się w stronę złotowłosej.

– Myślałem, że wolisz być sama. Nie chciałem ci przeszkadzać – wyszeptał przepraszająco.

– Nie przeszkadzasz mi – odparła i zmusiła się do uśmiechu. – Zresztą to dom Boga, każdy ma prawo tu przebywać.

Chłopak chłonął każde jej słowo i zapisywał w swoim sercu. Nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie mógł porozmawiać z Aurorą, w dodatku sam na sam. Ferka przyłapał się na tym, że wpatruje się w nią z rozanielonym uśmiechem. Odwrócił szybko wzrok, modląc się, by dziewczyna nie uznała go za jakiegoś natręta.

– Podejdź bliżej. Nie musisz się mnie bać. Nie gryzę – zażartowała i ukradkiem starła z twarzy ostatnie ślady łez.

– Nie boję się ciebie – zaprzeczył odruchowo, ale zdradził go trzęsący się głos. – Po prostu spieszyłem się, żeby… – Urwał w połowie zdania, gdyż żadne kłamstwo nie przychodziło mu do głowy.

– Nie martw się. Nie zajmę ci dużo czasu – odrzekła pogodnie.

Następnie usiadła w pierwszej ławce i z zapraszającym uśmiechem poklepała miejsce koło siebie. Ferka uśmiechnął się nieśmiało w odpowiedzi i usiadł obok niej. Chłopak wprost nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Nigdy nie przypuszczał, że będzie mógł rozmawiać z Aurorą i w dodatku znaleźć się tak blisko niej. Po chwili jednak zwrócił uwagę na smutek przebijający się z jej twarzy i mocno zaciśnięte usta.

– Co się stało? – wymsknęło mu się pytanie. – Jeśli nie chcesz, nie musisz odpowiadać. Nie chcę być wścibski – dodał szybko przestraszony.

Nie chciał, żeby dziewczyna uznała, że wtrąca się w nie swoje sprawy.

– Moja mama właśnie umiera – odparła smutno. – Przyszłam tutaj… Sama nie wiem dlaczego… Miałam głupią nadzieję, że tym razem Bóg mnie wysłucha – dodała i jej głos zadrżał od tłumionych emocji.

– On cię słyszy – zapewnił ją Ferka i przysunął się do niej mimowolnie. Tak bardzo pragnął się do niej przytulić i ją pocieszyć. – To, że nie daje odpowiedzi, nie znaczy, że cię ignoruje. Myślę, że Bóg zsyła na nas ciężkie próby, żeby nas zahartować. Wszechmocny najbardziej doświadcza tych, których najbardziej kocha.

– To ja nie chcę, żeby mnie kochał – wyrzuciła, a z jej oczu popłynęły łzy. – Jeśli tak ma wyglądać jego miłość, to wolałabym, żeby go nie było. Żeby nigdy nie istniał. Może wtedy świat byłby lepszy.

– Nie mów tak. Na pewno tak nie myślisz. Wszystkie trudne chwile, które przechodzimy, są po coś. Musisz w to wierzyć.

– A co ty możesz o tym wiedzieć!? – spytała nagle rozzłoszczona. – Co takiego przeszedłeś w życiu? – wyrzuciła, zanim pomyślała. Spojrzała na niego i ze wstydu uniosła rękę do ust. – Ja przepraszam – powiedziała cicho. – Ja nie chciałam…

– Wiem.

Jego oczy mimowolnie napełniły się łzami. W końcu doczekał się tego, czego najbardziej się obawiał – tego, że dziewczyna zamiast mężczyzny dojrzy kalekę, a tak bardzo podobało mu się to, że traktowała go tak, jakby niczym się od niej nie różnił, jakby byli sobie równi.

– Ja już chyba pójdę – wyszeptał i odwrócił się od niej.

– Nie! Zostań! – poprosiła. – Przepraszam cię! Po prostu jesteś taki normalny i miły, że nie zwróciłam uwagi na… – Nie dokończyła zdania.

Popatrzyła tylko na jego wystający garb. W tym spojrzeniu nie było jednak obrzydzenia, wyłącznie współczucie.

Ferka odebrał to jak policzek. Nie chciał litości. Nie od niej. Miał już odejść, gdy nagle poczuł jej palce na swojej ręce. Po jego skórze przebiegł przyjemny dreszcz. Jej dotyk był tak nieoczekiwany…

Nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś go dotykał. A to w dodatku była ona. Dziewczyna, o której marzył przez całe osiem ostatnich lat.

– Zostań! – wyszeptała i uścisnęła jego dłoń. Jej palce były miękkie i delikatne.

Ferka zadrżał z przyjemności, jaką dawała bliskość drugiego człowieka.

– Zostanę – odparł mimowolnie i na powrót się do niej przysunął. – Chcesz mi o tym opowiedzieć? – spytał. Miał na myśli to, co spotkało jej matkę, ale postanowił tego nie doprecyzować. Nie chciał jej spłoszyć.

– Nie. Teraz nie chcę o tym mówić. Może kiedyś – dodała po chwili.

– To co mam zrobić? Chciałbym ci jakoś pomóc.

Chłopak z trudem znosił fakt, że Aurora cierpi, ta złotowłosa dziewczyna najmniej ze wszystkich znanych mu osób zasługiwała na ból związany ze stratą matki.

– Po prostu mnie przytul – wyszeptała i oparła małą główkę na jego ramieniu.

Ferka aż sapnął ze zdziwienia, jednak już po kilku sekundach otoczył ją nienawykłymi do objęć ramionami i marzył o tym, by już nigdy jej z nich nie wypuścić.

*

W tym samym czasie inny chłopak walczył ze sztormowymi falami gwałtownie zalewającymi statek. Fonso Rosta nie należał do strachliwych, ale w momencie takim jak ten nawet najbardziej wytrwałe wilki morskie zwracały swoje twarze ku niebu, błagając wszystkich znanych sobie bogów o ratunek.

– Ty! Majtek! Biegnij na sterburtę i łap liny! Chyba że chcesz pójść z tą łajbą na samo dno! – wrzasnął kapitan, który z trudem panował nad sterami.

Po pokładzie hulał wściekły żywioł, niszcząc wszystko na swojej drodze, przez co marynarze z trudem trzymali się na nogach. Przejście na drugi koniec statku graniczyło z cudem.

Fonso tak naprawdę nie był zwykłym majtkiem, był romskim księciem, ale na morzu jego tytuł nie miał najmniejszego znaczenia. Chłopak bez szemrania posłuchał polecenia kapitana i przekazał stojącemu najbliżej marynarzowi wszystkie liny, które trzymał na bakburcie, po czym z ogromną zręcznością, pomimo fal, które nieprzerwanie bujały całym okrętem, przeniósł się na sterburtę. Tam w ostatniej chwili złapał odwiązujące się liny i ścisnął je mocno w swoich popękanych od wysiłku rękach, niemal wypadając przy tym za burtę. Zaparł się jednak nogami o barierki i ani myślał umierać, przynajmniej nie tej nocy.

Książę uśmiechnął się pod nosem zadowolony z tego, że po raz kolejny w ostatniej chwili umknął śmierci, ale w tym samym momencie uderzyła w niego następna fala i brutalnie zmyła mu ten cwany uśmiech z twarzy. Chłopak wypluł wodę i przeklął szpetnie pod nosem. Nad jego głową przeleciała rozochocona tym wszystkim papuga i zaczęła skrzeczeć:

– Stul dziób, majtku! Stul dziób!

Fonso popatrzył na znienawidzonego ptaka i mocno zacisnął zęby. Miał ochotę rzucić czymś w Rafa, żeby już na zawsze go uciszyć. Może jednak dobrze, że miał zajęte ręce, ponieważ kapitan na pewno pozbawiłby go życia, gdyby choć piórko spadło ze skrzydła jego ulubionego pupila. Chłopak zignorował więc skrzeczącego mu nad głową ptaka i skupił się na tym, żeby utrzymać liny, nie wypadając przy tym za burtę.

Czas jednak mijał, a sztorm zamiast mieć się ku końcowi, zdawał się ciągle narastać. Fale wściekle targały okrętem i znajdującymi się na nim marynarzami. Fonso czuł, że siły zaczynają go opuszczać. Woda co chwilę uderzała w niego i zalewała mu oczy. Liny wyrywały mu się z rąk. Kolana słabły, a wiatr szarpał jego kurtką i rozwiewał mu długie, ciemne włosy. Młodzieniec w akcie desperacji skierował głowę w stronę królestwa Króla Chmur i zaczął go błagać, by ten przestał potrząsać swoim deszczowym drzewem i dał im w spokoju dotrzeć do domu.

Król Chmur widocznie usłuchał próśb młodzieńca, gdyż nie minęło pół godziny, a sztorm ustał. Marynarze odetchnęli z ulgą. Szybko naprawili najpilniejsze usterki i skierowali się na północ, w stronę przysłoniętej wieczną mgłą Anglii.

*

Charles Byron już od godziny stał przy łóżku swojej umierającej żony i wpatrywał się w jej trupiobladą, zlaną potem twarz. Wyrzucał sobie, że wcześniej nie zauważył pierwszych oznak choroby. Był zbyt zajęty pracą i pomnażaniem otrzymanej od przodków fortuny. W czasie gdy on gonił za pieniędzmi, jego żona samotnie zajmowała się domem i wychowaniem ich jedynej córki.

Po twarzy mężczyzny spływały gorzkie łzy, które powoli skapywały na jego przedwcześnie posiwiałą brodę. Nagle wydało mu się, że widzi drżenie ręki jego nieprzytomnej od wielu godzin żony. Poczytał to jako znak nadziei. Zerwał się na równe nogi i postanowił zawalczyć o swoją ukochaną.

Mężczyzna wypadł na korytarz jak wicher. Po drodze chwycił płaszcz oraz kapelusz i pobiegł w stronę drzwi wyjściowych. Minął się z nim młody służący, który właśnie niósł dla niego wodę.

– Gdzie lord biegnie? Czy coś się stało? Czy…

Chłopak nie dokończył. W jego oczach pojawiło się przerażenie. Zapewne myślał, że lady Sofia już umarła. To tłumaczyłoby nagłe szaleństwo jej męża. Charles jednak nie słuchał słów sługi. Nawet się nie odwrócił. Otworzył gwałtownie drzwi wyjściowe i wybiegł w burzową noc.

Raji stała w oknie i wypatrywała powrotu swojego najstarszego syna. Jej mąż pochrapywał cicho w fotelu. W kominku wesoło strzelały płomienie, a romska królowa miała niepokój w sercu i nie wiedziała, czego dotyczy. Przez lata przyzwyczaiła się jednak do tego, by słuchać intuicji, dotychczas nigdy jej nie zawiodła. Stała tak od godziny i zamartwiała się tym, że dzień już dawno się skończył, a Fonso wciąż nie wraca. Bała się najgorszego. W końcu nad Londynem szalała burza, a w taką pogodę nietrudno o nieszczęście, zwłaszcza na morzu.

Kobieta drgnęła nagle, gdyż na podwórku dostrzegła jakiś ruch. Ktoś szedł w stronę jej domu. Roześmiała się z ulgi i wybiegła na zewnątrz, chcąc jak najszybciej przytulić do piersi dawno niewidzianego syna. Była tak szczęśliwa, że rzuciła się na szyję nowo przybyłemu ubranemu w zlany deszczem, długi, czarny płaszcz.

– Wróciłeś! – zawołała i zaczęła go całować po głowie.

Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że stojący przed nią mężczyzna jest zdecydowanie zbyt wysoki i postawny, by być jej osiemnastoletnim synem. W dodatku miał długą, siwą brodę.

– Kim ty jesteś?! – krzyknęła przestraszona i odskoczyła od milczącej postaci.

Z domu w samej piżamie wybiegł jej rozespany mąż i zaczął wrzeszczeć:

– Co ty tu robisz?! Zakazałem ci tu przychodzić! A ty! – warknął i szarpnął za ramię swoją żonę. – Jak śmiesz go obściskiwać! I to na moich oczach! Przed moim własnym domem!

– Puść ją! – krzyknął rozzłoszczony Charles. Nawet po tylu latach nie mógł znieść tego, że ktoś krzywdzi Raji. – Słyszałeś! Puść ją!

Mężczyzna, nie czekając na reakcję Bara, złapał go za koszulę i siłą odciągnął od przestraszonej kobiety.

– Powiedziałem, żebyś ją puścił! – warknął i popchnął go na zabłocony trawnik.

– Jak śmiesz! – wrzasnął Rom. – Jestem królem! Ta zniewaga nie ujdzie ci płazem. W końcu pożegnasz się z życiem, lalusiu.

– Nie mogę się tego doczekać – skomentował Charles i wykrzywił twarz w sarkastycznym uśmiechu.

Baro z niespotykaną w jego wieku zwinnością zerwał się na równe nogi i już miał rzucić się na oponenta, ale w tej samej chwili wbiegła między nich Raji i ich rozdzieliła.

– Przestańcie! – poleciła stanowczo. – To nie czas ani miejsce na wasze kłótnie! Baro, uspokój się! – dodała prosząco, widząc purpurową ze złości twarz męża. – Fonso zaraz wróci do domu. Nie chcę, żeby zobaczył waszą bójkę.

– Trzeba było zachować się, jak na porządną żonę przystało, i czekać spokojnie w domu, a nie rzucać się w ramiona swojego byłego kochanka.

– Myślałam, że to Fonso – odparła cierpliwie.

– Gówno prawda! Nie rób ze mnie idioty! Czy on ci wygląda na naszego syna? – rzucił szyderczo i splunął w stronę Charlesa.

Zaskoczony mężczyzna nie zdążył się uchylić. Ślina jego wroga spłynęła mu po twarzy, a potem zniknęła w jego gęstej brodzie.

– Baro! Opanuj się, na litość boską! – zawołała gniewnie kobieta. – Niepotrzebne nam dodatkowe problemy!

– A jakie on nam może sprawić problemy!? – Romski król się zaśmiał. – Spójrz na niego! Jest taki chudy, że ledwo stoi o własnych siłach! Wyglądem bardziej niż lorda przypomina żebrzącego pod katedrą starca. Już nie jest taki piękny, jak dawniej, ten twój lord. Co, Raji?!

Kobieta zagryzła zęby i nie odpowiedziała.

– Patrz na niego! – warknął zły, a następnie mocno ścisnął podbródek żony i siłą zwrócił jej twarz w stronę Charlesa.

– Zostaw ją! – krzyknął wściekle mężczyzna gotowy w każdej chwili rzucić się na romskiego króla.

Baro zaśmiał się paskudnie i puścił podbródek Raji.

– Widzę, że stara miłość nie rdzewieje – szydził. – Czyżby ci nie wystarczała ta koścista Włoszka? Na starość zachciało ci się mojej żony, gadziu?

– Raji mnie nie obchodzi – zaprzeczył Charles. – Przyszedłem tutaj błagać o twoją pomoc. Moja żona umiera.

– Takie życie – odparł mężczyzna obojętnie i skierował się w stronę domu.

– Baro, błagam cię! Zrobię wszystko, co tylko zechcesz. Wynagrodzę cię stokrotnie. Obsypię złotem. Dam twojemu ludowi wszelkie przywileje. Tylko ją uratuj! – krzyczał zrozpaczony Charles.

Król Romów odwrócił się powoli w jego kierunku.

– My nie pomagamy gadziom!

Uśmiechnął się szyderczo i odszedł. Na progu jednak zatrzymał się na chwilę i zawołał:

– Raji, wracaj natychmiast do domu albo nie będziesz już miała do czego wracać!

Następnie usłyszeli trzaśnięcie drzwi.

– Raji – powiedział udręczonym głosem mężczyzna i podszedł do przemoczonej romskiej kobiety. – Raji, proszę cię…

– Wiesz, że nie mogę – wyszeptała.

Z jej oczu spływały łzy, twarz wyrażała tysiąc sprzecznych emocji. Naprawdę chciała mu pomóc. Zrobiłaby wszystko, żeby nie musiał już cierpieć. Jednak Raji znała swoje miejsce w romskiej społeczności: gdyby sprzeciwiła się tradycji, przypłaciłaby zuchwalstwo własną śmiercią. Jej mąż palcem by nie kiwnął, żeby ją przed nią uchronić.

– Raji, błagam! – wrzasnął i padł przed nią na kolana. – Błagam! Nie pozwól jej umrzeć! Nie pozwól!

– Nie mogę jej pomóc – odparła z trudem i zaczęła iść w stronę domu.

– Możesz ją wyleczyć! Możesz użyć gałązki z drzewa Króla Słońca. Raji, zrób to dla mnie!

– Wybacz mi – szepnęła i zniknęła za drzwiami.

– Raji! – wrzasnął Charles, po czym schował twarz w dłoniach i zaniósł się gwałtownym szlochem.

*

Następnego dnia nad Londynem wstało krwawe słońce. Aurora większość nocy spędziła na niewygodnym fotelu, ustawionym obok łóżka swojej schorowanej matki. Z niepokojem obserwowała jej powoli poruszającą się klatkę piersiową. Liczyła jej oddechy. Wiedziała, że każdy z nich może być tym ostatnim.

Około północy Sofia Byron obudziła się z głośnym krzykiem. Jej twarz płonęła czerwienią, a koszula nocna była przemoczona od potu. Kobietę trawiła rozszalała gorączka. Aurora, widząc jej stan, natychmiast posłała zaufanego sługę po lekarza. Doktor Thomas przyjechał po zaledwie dwudziestu minutach. Spuścił chorej krew i obłożył ją lodem. Jego starania poskutkowały i kobieta zapadła w głęboki sen. Niestety jej stan nie napawał optymizmem. Lekarz w delikatnych słowach polecił dziewczynie, by przygotowała się na najgorsze.

Aurora uklękła przy łóżku matki i przytuliła się do rozgrzanej dłoni. Z jej policzków cicho spływały łzy. Niedługo później do pokoju wszedł lord Byron cały ubłocony i przemoczony. Dziewczyna nie pytała, gdzie się podziewał. Widziała, z jakim trudem znosił chorobę żony. Sofia była dla niego wszystkim. Córka zerwała się na równe nogi i mocno się do niego przytuliła. Jej łzy moczyły mu już i tak mokrą koszulę. Nie musiała nic mówić. Charles zdawał sobie sprawę z tego, że jego żona nie dożyje świtu.

Złotowłosa i jej ojciec przez całą noc nie zmrużyli oka. Obydwoje wpatrywali się w śpiącą kobietę. Ich umysły były pogrążone we wspomnieniach. Aurora przypominała sobie duszne, jesienne wieczory, gdy razem z mamą zrywała w ogrodzie jabłka i zaśmiewała się z dowcipów ojca. Myślała o wspólnie spędzonych godzinach na rysowaniu i wyszywaniu. A także o tym, jak podziwiała matkę śpiewającą w Royal Opera House.

To właśnie Sofia pokazała małej dziewczynce, że jej życie nie kończy się na byciu damą. Że kobiety także mogą się rozwijać i podążać za marzeniami. To dzięki niej Aurora brała lekcje śpiewu i pragnęła występować w operze. Dziewczyna nie mogła się pogodzić z tym, że matka już nigdy nie zobaczy jej na scenie. Złotowłosa mocno zagryzała wargi, by nie zacząć szlochać. Robiła to tak długo, aż w końcu zaczęły krwawić.

Lord Byron zanurzony był we własnych wspomnieniach. Niestety większość z nich wiązała się z wyrzutami sumienia. Obwiniał się, że nie kochał żony tak, jak powinien był. Przez całe lata jego umysł i serce należały do tej, której nie mógł mieć. Sofia stanowiła tylko jej gorszą kopię.

Delikatna Włoszka przez lata robiła wszystko, żeby przebić się przez mur, którym się obwarował. Żona dbała o to, by zawsze czekał na niego smaczny posiłek i gorąca herbata. Cierpliwie znosiła jego liczne nieobecności i pracoholizm. Nigdy na nic się nie skarżyła. Cały swój czas poświęciła na śpiew i opiekę nad ich córką.

Sofia pochodziła z gminu. Była córką ubogiego, włoskiego krawca. To dla Charlesa porzuciła swoją rodzinę i ojczyznę, a on poślubił ją tylko po to, by odegrać się na swoim ojcu. Nigdy nie przebaczył staremu lordowi tego, że przez głupie konwenanse stracił Raji. To z obawy przed wydziedziczeniem wstrzymywał się przed poproszeniem jej o rękę, a kiedy w końcu zebrał się na odwagę, było już za późno.

Gdy pierwsze promienie słońca przedostały się przez witrażowe okna, oczy Sofii się otworzyły. Aurora pierwsza to zauważyła i szybko podbiegła do jej łóżka.

– Mamo! – wyszeptała i chwyciła jej zimną dłoń.

– Córeczko! – odparła tak cicho, że ledwie można było ją usłyszeć. – Mężu! – dodała po chwili i wyciągnęła w jego stronę wolną rękę.

– Tak, kochana?

W sercu Charlesa zagościła nadzieja. Może jednak wszystko skończy się szczęśliwie? Może dostanie drugą szansę i będzie mógł kochać Sofię tak, jak zawsze powinien. Podszedł do swojej żony i uścisnął jej dłoń.

– Tak bardzo was kocham – powiedziała cicho i uśmiechnęła się z wysiłkiem. – Zawsze przy was będę – dodała i zamknęła oczy.

Jej klatka piersiowa przestała się poruszać. Jej dłonie opadły na pościel. Sofia Byron nie żyła.

*

Katedra Świętego Pawła była wypełniona po brzegi. Wszyscy mieszkańcy City of London zgromadzili się tutaj, żeby pożegnać żonę burmistrza. Sofia mimo pospolitego pochodzenia zawsze cieszyła się uznaniem. Zachowywała się jak prawdziwa dama, a jej dobroć nie znała granic. Dzięki jej wstawiennictwu wielu z nich pomimo długów zachowało swoje biznesy, a dzieci najbiedniejszych miały szansę pobierać naukę w szkółce kościelnej.

Trumnę Włoszki pokrywały dziesiątki liliowych bukietów. Były to jej ulubione kwiaty. Równie delikatne i piękne, jak ona sama. Podczas mszy wiele osób miało oczy wypełnione łzami. Niektórzy rozmyślali ze złością nad niesprawiedliwością świata, w którym źli ludzie dożywają późnej starości, a ci dobrzy umierają młodo. Nikt jednak nie był tak wzburzony, jak Charles Byron.

Przez całą mszę wpatrywał się w marmurową posadzkę i myślał o tym, że gdyby Raji dała mu gałązkę z drzewa Króla Słońca, jego żona wciąż by żyła. Własne wyrzuty sumienia postanowił zagłuszyć, obarczając winą romską społeczność.

Lord Byron nie wiedział, że kobieta, której złorzeczy, stoi właśnie na tyłach świątyni i gorzko płacze. Raji nie mogła sobie wybaczyć, że nie uratowała Sofii. Pomimo strachu przed reakcją męża wymknęła się z domu, gdyż chciała być przy Charlesie w tak trudnych dla niego chwilach.

Widział to jednak pastor John, który był uszami i oczami City. W tej dzielnicy nic nie mogło się wydarzyć bez jego wiedzy. Wierni parafianie codziennie dostarczali mu świeże nowinki, a on czuł powinność wobec Boga i posłusznych mu owieczek, żeby nad wszystkim czuwać. Młody mężczyzna doskonale zdawał sobie sprawę z relacji, która niegdyś łączyła burmistrza i romską królową. Jej obecność w świątyni trochę go drażniła, a trochę bawiła.

Pastor John czuł głęboką niechęć do Romów, których uważał za pogan. Pomimo tego, że ludzie ci mieli się za protestantów, większość z nich wciąż kultywowała stare wierzenia i tradycje. Gdyby miało to od niego zależeć, cała romska społeczność jeszcze tej nocy spłonęłaby na stosie.

Mordercze rozmyślania Johna przerwała nagle pieśń żałobna wykonywana przez parafian. A szczególnie jeden przebijający się głos, który wstrząsnął kamiennym sercem pastora. Ten głos był tak słodki, ale jednocześnie tak rozdzierająco smutny, że młody człowiek wytężył wzrok, żeby odszukać jego źródło. Po chwili odnalazł pełne, koralowe usta i jasną, piegowatą twarz. To Aurora Byron swoim śpiewem żegnała ukochaną matkę. Młody człowiek oglądał ją od stóp do głów i nie mógł uwierzyć w to, jak pięknie wyrosła. Z uroczego dziecka niepostrzeżenie zmieniła się w wyjątkowej urody młodą kobietę. W tym właśnie momencie w przebiegłym umyśle pastora narodził się nowy plan.

Rozdział 2

Magia diamentu i węgla

Gdy stary Bounty dobił do brzegu, wszyscy marynarze odetchnęli z ulgą. Wielu z nich od miesięcy nie oglądało rodzinnego kraju. Teraz z radością schodzili z okrętu prosto w ramiona swoich bliskich. Pomimo późnej pory i rozszalałej wichury całe rodziny czekały w porcie na swoich ojców, mężów i braci.

Wśród powracających z odległych krajów był również ktoś, na kogo nikt nie czekał. Wysoki, muskularny, młody chłopak o oliwkowej karnacji, długich, rozpuszczonych włosach i przebiegłych ciemnych oczach. Szedł powoli z workiem zarzuconym na plecy, a gdy tylko dotknął angielskiej ziemi, jego usta wykrzywił uśmiech wdzięczności.

Wróciłem! Żyję! Los był dla mnie łaskawy! – myślał z zadowoleniem.

Chwilę później o mały włos nie przewrócił się na ostrym kamieniu, co go szybko otrzeźwiło. Uśmiech zszedł z jego okolonych zarostem ust i powróciło jego pesymistyczne nastawienie.

Ciekawe, jak szybko tym razem wszystko się spieprzy? – zapytał się w duchu.

Fonso Rosta szedł prosto przed siebie, nie rozglądał się na boki, nie szukał wzrokiem swoich bliskich. Chłopak był pewien, że nikt nie będzie na niego tutaj czekał. W końcu przed dwoma laty sprzeciwił się woli swojego króla i uciekł z kraju. W romskiej społeczności wszyscy byli równi wobec prawa. To, że chłopak był księciem, nie miało większego znaczenia. Jeśli przez te dwa lata jego dziadek nie zmienił swojego zdania, Fonso miał nie dożyć następnego dnia.

Chłopaka znudziło jednak włóczenie się po świecie. Tęsknił za swoją rodziną. W końcu stwierdził, że jeśli ostatni raz dane mu będzie zobaczyć matkę i rodzeństwo, to z godnością przyjmie swój los.

– Ty! Majtek! – krzyknął za nim kapitan Anker. – Płyń z nami! Lepiej smażyć się w karaibskim słońcu, niż kłaść głowę pod katowski topór! – Starszy mężczyzna ruszył w ślad za nim z papugą na ramieniu.

– Z pewnością, kapitanie! Może kiedyś jeszcze będzie nam dane razem wypłynąć! Teraz jednak chcę wrócić do swoich.

– Do swoich!? – sarknął kapitan. – Te dzikusy cię tam zjedzą! Po co ci to, chłopcze? Płyń z nami!

Te słowa brzmiały dosyć zabawnie z ust byłego pirata.

– Dzikusy! Dzikusy! – zakrakała posłusznie papuga.

– Jestem jednym z tych dzikusów – oznajmił z urazą.

Fonso doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że kapitan Anker pod pozorami jowialności i dobroduszności jest zwykłym rasistą.

– Co mówiłeś?! – darł się przygłuchy starzec. – Fonso, po co ci to? Tak ci tęskno do ciągłego deszczu i zasikanych ulic?! Bo chyba nie do rodzinki, która chciała cię zabić? – drążył Anker, który zdążył już dogonić swojego najlepszego marynarza.

– Nie ma rodzin idealnych – odparł chłodno.

– Co mówisz?! – dopytywał się kapitan. – A zresztą! Pal licho! Niech stracę! Podwoję – oświadczył, ale rzucił okiem na Fonsa i szybko dodał: – Potroję przypisaną ci ilość złota! Tylko płyń z nami na Karaiby. Przyda mi się tam ktoś taki jak ty!

Fonso był takim typem chłopaka, który z każdej opresji wychodził cało. Była to przydatna umiejętność, szczególnie jak chciało się płynąć na wyspy zamieszkałe przez kanibali. Młody chłopak wolał już zginąć na swojej rodzimej ziemi otoczony rodziną niż za dalekimi morzami w paszczy jakiegoś prawdziwego dzikusa.

– Przykro mi, kapitanie. Już zdecydowałem. Będę tęsknić za żeglugą i za naszymi wspólnymi przygodami, ale na mnie już czas – oświadczył stanowczo i ponownie ruszył przed siebie.

– Będziesz tego żałował! – wrzeszczał kapitan. – Życie ci niemiłe?!

Chłopak doskonale wiedział, że Anker w nosie ma jego życie. Podczas ostatniego sztormu zginął wieloletni członek załogi, a starszy mężczyzna nawet by tego nie zauważył, gdyby krew trupa nie pobrudziła jego nowiutkiego żagla. Staremu chytrusowi bardziej było szkoda białego płótna niż starego druha.

– Życie ci niemiłe?! – darła się papuga.

– I gdzie ja znajdę drugiego takiego marynarza? – warknął na odchodne kapitan. – Do stu piorunów!

– Do stu piorunów! – krakał Raf.

Boże, jak dobrze, że już nigdy więcej nie usłyszę głosu tego cholernego ptaka! – pomyślał Fonso, a na jego usta powrócił uśmiech.

Po chwili chłopak poczuł, że ktoś klepie go po ramieniu. Momentalnie się wystraszył i stanął w takiej pozycji, by jak najlepiej obronić się przed atakiem, ale zamiast pięści zobaczył szeroki uśmiech.

– Fonso! Stary druhu! To tylko ja. Nie musisz tu tańczyć jak jakaś panienka – zażartował jego przyjaciel Pedro.

Na morzu byli nierozłączni, ale w Anglii każdy miał swoje sprawy i rodzinę. Młody chłopak nie lubił pożegnań, dlatego chciał się wymknąć pod osłoną nocy, ale jak widać, nic nie mogło umknąć sokolim oczom Portugalczyka.

Nagle usłyszeli dziecięcy śmiech. Dopiero wtedy Fonso dostrzegł, że stoi koło nich krągła brunetka z dzieckiem na rękach. Pedro, widząc jego wzrok, przyciągnął ją do siebie i powiedział:

– To Carla, moja żona, i José, mój pierworodny. – Uśmiechnął się z dumą i dodał: – Poznajcie Fonsa, mojego amigo.

– Miło wreszcie poznać niesławnego księcia. Mąż zdążył mi już trochę o tobie opowiedzieć – powiedziała kobieta z szelmowskim błyskiem w oku.

– Księcia? Na morzu byłem zwykłym majtkiem – obruszył się Fonso.

– Taa. Majtkiem. To najlepszy marynarz, jakiego widziałem. Nieraz uchronił mnie od śmierci. Zawsze wiedział, kiedy przyjść mi z pomocą. Czasem zdawało mi się, że czyta w moich myślach.

Młody książę faktycznie miał wrodzony dar czytania ludzkich serc. Gdy tylko poznał Pedra, od razu stwierdził, że musi mieć na niego oko.

Portugalski żeglarz kochał wyrzuty adrenaliny i ryzyko. Jego charakter w połączeniu z morskim żywiołem mógł okazać się zabójczy.

– Pedro przesadza – skomentował skromnie, a jego policzki pokrył rumieniec. Chłopak nie lubił być chwalony.

– Wcale nie. Tyle razy uchroniłeś mnie od śmierci, że chciałbym ci się jakoś odwdzięczyć.

– No co ty! Nie trzeba! Na morzu wszyscy sobie pomagają. To nasz marynarski obowiązek! – tłumaczył.

– Tutaj nie jesteś bezpieczny! – krzyknął rozemocjonowany mężczyzna. – Król Tagar z pewnością niedługo pośle po ciebie swoich ludzi. Ukryj się u mnie! W dzielnicy cudzoziemców nikt nie będzie cię szukał!

– Dziękuję za troskę, ale chcę wrócić do domu. Mam już dość uciekania.

– Nie poddawaj się! – rzuciła nagle Carla. – Nie zasługujesz na śmierć. Chodź z nami! My ci pomożemy – prosiła ze łzami w oczach.

Fonso był zdziwiony jej reakcją. Czuł, że kobieta ulepiona jest z twardej gliny. Na pewno nie należała do tych, które łatwo się wzruszają.

Być może chciała, żeby Fonso nadal osłaniał plecy jej męża podczas kolejnych brawurowych wyskoków?

– Dziękuję wam, ale muszę odmówić. Pora wrócić do domu.

Pogłaskał ciemnowłosą główkę małego José. Chłopczyk uśmiechnął się do niego uroczo i chwilę później zatopił ostre ząbki w jego ręce.

– Auuu! – wrzasnął Fonso.

– José! Nie wolno! – upomniała synka Carla, ale na jej ustach pojawił się czuły uśmiech.

Jak tak dalej pójdzie, to dzieciak wyrośnie na większego lekkoducha niż jego ojciec – pomyślał chłopak, krzywiąc się z bólu.

– Na mnie już pora – powiedział siląc się na uśmiech i zaczął odchodzić.

– Pomyślnych wiatrów! – zawołał za nim Pedro. – Żeby tylko nie zaprowadziły cię pod katowski topór!

– Pomyślnych wiatrów!

Żeby tylko nie doprowadziły cię do kolejnej bijatyki z typami spod ciemnej gwiazdy – skwitował w myślach.

*

Cmentarz wciśnięty był pomiędzy Katedrę Świętego Pawła a resztę miasta. Obwarowany kruszącym się ze starości murem, skryty w cieniu strzelistych drzew był idealnym miejscem do modlitwy za zmarłych i snucia wspomnień o przeszłości. Tutaj w wiecznym śnie pogrążone były liczne pokolenia City of London.

W dzień pogrzebu Sofii Byron nad miastem zawisły burzowe chmury. Od strony morza wiał przenikliwy wiatr i wszyscy czekali na to, aż zacznie padać deszcz. Mieszkańcy dzielnicy pomimo chłodu udali się na cmentarz, żeby pożegnać swoją ukochaną patronkę. Gdy jednak o zachodzie słońca jej trumna spoczęła w ciemnym dole, żałobnicy wrócili do swoich domów. Opustoszały cmentarz tonął w gęstej mgle, a nad grobem Sofii niosły się podniesione głosy.

– Nie rozumiem tego! Dlaczego nie mogę jechać!? Całe lata przygotowywałam się do tego wyjazdu! – złościła się Aurora.

– To nie jest ani miejsce, ani czas na takie rozmowy – skwitował krótko jej ojciec.

– Ale za tydzień odpływa statek. Muszę zacząć się przygotowywać…

– Mówiłem ci już, że nigdzie nie pojedziesz.

– Ale tato! To zawsze było nasze marzenie… – Urwała i spojrzała z bólem na świeży grób swojej matki.

– Zgodziłem się na ten wyjazd tylko dlatego, że miałyście płynąć razem. Przy okazji mogłabyś poznać swoich dziadków. Teraz jednak, gdy Sofia nie żyje… – Charles wziął głęboki oddech i z całych sił starał się powstrzymać łzy.

– Nie będę przecież sama. Popłynę z Dianą – zapewniała złotowłosa.

– A to wielka różnica… – sarknął mężczyzna. – Przecież ona w ogóle nie ma orientacji w terenie. Tylko byście się tam razem zgubiły! A znając ją, to po drodze wpadłybyście jeszcze w niejedne kłopoty.

– To jedź z nami! – warknęła. Szybko jednak spuściła z tonu. – Proszę, tato…

– Dobrze wiesz, że teraz nie mogę nigdzie wyjechać. Jestem odpowiedzialny za tę dzielnicę. Poza tym właśnie zmarła twoja matka! To nie jest odpowiednia pora na szukanie przygód!

– Ja nie chcę szukać przygód. Ja tam jadę do pracy! – jęknęła Aurora.

– To nie praca, tylko zwykłe mrzonki.

– Mama pracowała w operze, dlaczego ja nie mogę?

– Twoja mama nie była córką lorda.

– Ale była żoną lorda – zauważyła sprytnie.

– Śpiew był dużą częścią jej życia. Nie chciałem jej tego zabierać – powiedział cicho, jakby do siebie.

– Dla mnie śpiewanie też jest bardzo ważne! Chcę się czymś zająć. Wyjazd pomógłby mi poradzić sobie ze śmiercią mamy – błagała złotowłosa.

– Powiedziałem: nie! – odparł z naciskiem Charles.

Następnie ostatni raz spojrzał na grób swojej żony i odszedł w stronę karety.

Aurora patrzyła za nim z wyrzutem. Nie rozumiała, dlaczego ojciec zabrania jej wyjazdu. Dziewczyna zacisnęła obleczone w jedwabne rękawiczki ręce w pięści. Po jej twarzy spłynęła pojedyncza łza.

Gdyby mama wciąż żyła, wszystko byłoby inaczej – pomyślała.

Złotowłosa ze złością wytarła policzek i już miała ruszyć za ojcem, gdy z grobu jej matki wiatr poderwał jedną z lilii. Dziewczyna odruchowo chciała ją złapać, ale ktoś inny ją ubiegł.

– Proszę – powiedział uprzejmie mężczyzna.

Złotowłosa spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– Pastor John? Co pastor wciąż tutaj robi? – spytała i z wahaniem przyjęła wyciągnięty w jej stronę kwiat.

– Często wracam tutaj wieczorami, żeby pomyśleć – wytłumaczył spokojnie. Następnie spojrzał w stronę grobu i w jego oczach pojawił się smutek. – Moje kondolencje – dodał po chwili. – Matka panienki była niezwykłą kobietą. Wszystkim nam będzie jej brakować.

– Dziękuję – odparła grzecznie.

Patrzyła na niego z lekkim onieśmieleniem. W końcu był sługą bożym. Należał mu się szacunek. Aurora skrycie go podziwiała. Widziała, ile trudu wkładał w głoszenie ewangelii. Wyczuwała, że John był oddanym pastorem. Dziewczyna od najmłodszych lat nauczona była kierować się sercem. A ono mówiło jej, że duchownemu naprawdę zależy na losie jego parafian.

– Ojciec panienki jest dobrym człowiekiem. Dużo ostatnio przeżył. Musi panienka dać mu czas – doradził delikatnie.

Dziewczyna spojrzała na niego ze zdumieniem. Po chwili zrozumiała jednak, że pastor musiał usłyszeć ich kłótnię.

– Przyznaję, że słyszałem waszą rozmowę – potwierdził jej domysły. – Niestety muszę się zgodzić z twoim ojcem. Samotna podróż młodej dziewczyny do Włoch byłaby wybitnie niewskazana.

– Nie byłabym sama – zaprzeczyła szybko. – Pojechałabym z moją guwernantką.

– Podróż dwóch samotnych kobiet byłaby niewiele lepsza. Znalazłem jednak idealne rozwiązanie.

– Jakie? – spytała z nadzieją.

– Słyszałem, jak pięknie śpiewałaś podczas mszy. Masz wyjątkowy głos i myślę, że szkoda by było nie podzielić się nim ze światem.

– To samo tłumaczę mojemu ojcu. Może pastor mógłby z nim porozmawiać? Przekonać go do mojej podróży?

– Nie ośmieliłbym się tego robić, jednakże wpadłem na pomysł, żeby utworzyć chór. Grupkę starszych dzieci, które śpiewałyby pieśni w trakcie mszy. Mogłabyś ich uczyć śpiewu.

– To…

Złotowłosa w pierwszej chwili chciała odmówić, ale po namyśle uznała, że to wcale nie jest taki zły pomysł. Może w tym roku nie uda jej się popłynąć do Włoch, żeby występować w La Bohème, ale jeśli jej ojciec zobaczy, jak dobrze sobie radzi z chórem, to może zgodzi się na wyjazd w przyszłym roku.

– To wspaniała propozycja – dokończyła szybko. – Kiedy będę mogła zacząć?

– Choćby od jutra – odparł pastor John i uśmiechnął się do niej z zadowoleniem.

To będzie prostsze, niż myślałem – skwitował w myślach. – Piękna Aurora niedługo będzie moja.

*

Raji wymknęła się z kościoła tuż przed końcem mszy. Nie chciała, by Charles ją zauważył. W obecnym stanie mógłby nie zapanować nad emocjami i zrobić jej awanturę. Nie potrzebowała dodatkowych problemów.

Gdy tylko wyszła na zewnątrz, owinęła głowę granatową chustą, by nie zwracać na siebie uwagi. Chwilę później, gdy zabłysły pierwsze lampy gazowe, kobieta przemykała już szybko brudnymi ulicami. Zbliżał się zmierzch, a Baro nie lubił, gdy wówczas przebywała poza domem. Była już prawie pora kolacji i na pewno czekał na nią z niecierpliwością.

Kobieta ze strachem myślała o tym, że mąż znów ukarze ją za nieposłuszeństwo. Starała się biec najszybciej, jak potrafiła. Po drodze wstąpiła jednak na targ. Miała zamiar udawać, że wyszła po świeże warzywa i owoce. Jej serce biło szybko z niepokoju. Bała się, że ktoś mógł ją zauważyć i donieść o wszystkim królowi.

Gdy dotarła do swojego domu, wślizgnęła się cicho na ganek i skierowała prosto do kuchni, na drodze stanął jej jednak Baro.

– Gdzie byłaś? – spytał chłodnym tonem głosu.

– Na targu. Zabrakło mi papryki i włoszczyzny. Kupiłam też świeże wiśnie. Zaraz zrobię ci z nich pyszny barszcz – odparła i pokazała mu wypełnioną po brzegi torbę.

Mąż patrzył na nią przez chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy, następnie podszedł blisko i wykręcił jej rękę.

– A gdzie tak naprawdę byłaś?