Zaklęcie pustyni. Znak wybranej  - K.M. Serafin - ebook
NOWOŚĆ

Zaklęcie pustyni. Znak wybranej ebook

K. M. Serafin

5,0

50 osób interesuje się tą książką

Opis

Orientalne romantasy inspirowane Baśniami Tysiąca i Jednej Nocy.

Opowieść o miłości, której nie wolno istnieć, i mocy, która staje się przekleństwem.

 

W Ritanie, krainie rządzonej przez bezwzględne bóstwa, życie Nazimy, adeptki Bastionu Iskry, zmienia się na zawsze. Wszystko zaczyna się w chwili, gdy na jej dłoni pojawia się tajemnicza pieczęć związana z zapomnianym bogiem. Symbol budzi pradawną moc i czyni ją pionkiem w grze o Kazurra – legendarny miecz stworzenia.

Ścigana przez wysłanników bóstw Nazima musi opuścić świat, który znała. U jej boku stają strażnicy miecza i razem z nim wyrusza w podróż przez pustynię, dżunglę i miasta skrywające sekrety. Z każdym krokiem Nazima odkrywa kolejne tajemnice własnego pochodzenia i przeznaczenia, przed którym nie może uciec.

Wkrótce się okazuje, że największym zagrożeniem nie są wrogowie depczący jej po piętach, lecz uczucie, które nigdy nie powinno się narodzić.

Urodzona, by strzec boskiej tajemnicy. Przeklęta, by pokochać nieśmiertelnego.

 

Choć nigdy nie chciała walczyć, musi zdecydować, co poświęci: własne serce czy świat, który tylko ona może uratować.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 473

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Agata-Akasha

Nie oderwiesz się od lektury

Pokochacie mojego dżina 🧞‍♂️
30



K.M. SERAFIN

Znak wybranej

ZAKLĘCIE PUSTYNI #1

Każda kropla wody w oazie może być ziarenkiem magii dla spragnionego serca, które wciąż wierzy w potęgę baśni.

Niech baśnie – zwłaszcza te szeptane nocą – niosą Wam iskrę nadziei i magię, której każdy z nas potrzebuje w życiu.

Niech każde słowo stanie się mostem do krain, gdzie wszystko jest możliwe.

Część I

Spowite baśnią i wspomnieniem

Zanim opowieść stanie się prawdą, musi być szeptem.

⚶ Zakazane baśnie Ritany ⚶

Rozdział 1

Przez wiele wieków obszar Ritany pozostawał niezamieszkany. Nie było tam nieba ani ziemi – wszystko stanowiło jedność, zawieszone w bezkresie istnienia. Bogowie nie interesowali się tą częścią wszechświata aż do dnia, gdy potężny bóg Targun, dzierżący Kazurro – miecz stworzenia – zapuścił się w okolice Ritany. Tam spotkał jej władczynię, mądrą i piękną Sonnę. Bogowie zakochali się w sobie, a z ich związku narodziło się siedmioro potomków, znanych jako nowe bóstwa.

⚶ Zakazane baśnie Ritany ⚶

Poczuła dłoń zaciskającą się na ramieniu. Zerwała się gwałtownie i instynktownie sięgnęła po nóż, który zwykle trzymała pod poduszką. Ostrze znalazło się w jej palcach, zanim zdążyła pomyśleć. Zawsze w najwyższej gotowości, bo koszmar wspomnień powtarzał się bez końca.

Ale… te oczy. Zielone. To tylko Fatima.

Odłożyła broń na miejsce, gdy napięcie powoli opuszczało jej barki, choć nadal unikała spojrzenia przyjaciółki.

– Nie powinnaś mnie tak budzić, mogłam ci zrobić krzywdę – mruknęła oschle.

– Krzyczałaś. – Skrzyżowała ramiona na piersiach. – Co miałam zrobić? Następnym razem zostawię cię w takim stanie, żeby wszyscy mogli się z ciebie pośmiać.

Siedziała na skraju łóżka i wpatrywała się w narzutę. Była zła? Zraniona? Pewnie jedno i drugie.

– Fati… przepraszam, nie chciałam być taka…

– Opryskliwa? Nieuprzejma? Wredna? – Uniosła brew. – To nic nowego, nie musisz mnie przepraszać.

Nazima się skrzywiła, marszcząc nos, i zerknęła na nią spod rzęs. Fatima była już ubrana do wyjścia – czarne, wojskowe szarawary, wysokie buty, ciemny pas materiału opinający piersi. Brakowało tylko wierzchniej tuniki.

– Dziękuję, że mnie obudziłaś – dodała ciszej, przecierając dłonią spocone czoło.

Nie potrafiła nawet na nią spojrzeć. Rozejrzała się po niewielkim pokoju i podrapała się z zakłopotaniem po karku.

– Która godzina?

– Piąta rano – rzuciła Fatima i z głośnym sapnięciem wciągnęła na siebie czerwoną tunikę z długimi rękawami. – Nie mam zamiaru znowu się przez ciebie spóźnić, więc się pośpiesz.

Nazima obserwowała, jak dziewczyna zapinała na biodrach skórzany pas, następnie sięgnęła po czarną chustę i zarzuciła ją na ramiona. Znowu musiały iść na modlitwy. Rozpoczynał się kolejny poranek, w którym należało oddać cześć bóstwu, którego nienawidziła najbardziej.

W końcu się ubrała – oczywiście później, niż powinna – i zabrała się do nierównej walki z włosami. Grube, ciemnobrązowe fale się plątały. Próbowała zapleść warkocz, ale pasemka wymykały się jej spod palców.

– Na trędowate bóstwa… – syknęła przez zęby, sunąc dłońmi po włosach.

Miała ochotę je obciąć albo spalić. Jedno i drugie brzmiało kusząco.

– Czekaj, pomogę ci. Nie mogę patrzeć, jak się męczysz.

Fatima pchnęła ją lekko na łóżko i stanęła za jej plecami. Ze spokojem sięgnęła po drewnianą szczotkę i zaczęła powoli rozczesywać kołtuny.

– Naz, gdybyś trochę o nie zadbała…

– Przecież wiesz, że ledwo starcza mi czasu na sen… – jęknęła. – Nie wiem, gdzie jeszcze miałabym wcisnąć chwilę na pielęgnację włosów.

– Nie musisz robić nie wiadomo czego. Wystarczy, że zaczniesz je zaplatać do snu i używać więcej olejku. Są takie piękne, a traktujesz je jak przekleństwo. Inne dziewczyny…

– Pieprzę inne dziewczyny, Fati! Wiesz, że mnie nie obchodzą!

– Jaka ty jesteś uparta! – fuknęła i pociągnęła ją za warkocz.

– Kur…

– I przestań tyle przeklinać! Naprawdę nie rozumiem, skąd się u ciebie bierze niechęć do ludzi i ten niewyparzony jęzor!

– Nie zależy mi na innych… – mruknęła.

Duma paliła ją od środka. Mogłaby się postarać. Być milsza, bardziej otwarta, ale wcale nie chciała się zmieniać.

– Naz, nie wiem, dlaczego ja się z tobą w ogóle zadaję…

– Nie masz wyjścia. – Obróciła się bokiem i wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Nikt inny nie chciał ze mną dzielić pokoju.

– Wcale się nie dziwię! – Fatima stanowczo obróciła ją z powrotem i zaczęła zaplatać włosy dalej. – Masz paskudny charakter, dlatego nikt nie może z tobą wytrzymać. Wiesz, gdybyś czasem się powstrzymała i nie mówiła na głos wszystkiego, co myślisz… naprawdę mogłabyś zyskać więcej znajomych.

– Dlaczego mam udawać?!

– Nie kręć się! – Z irytacją klepnęła ją w ramię.

– Fati, przed tobą nie muszę udawać kogoś innego. I wiesz co? Ty mnie lubisz.

– Ale nie każdy jest taki wyrozumiały albo… głupi jak ja… – dodała ciszej. – Naprawdę mam do ciebie za dużo cierpliwości. Gotowe!

Odsunęła się, a Nazima natychmiast poczuła na sobie jej pełne zachwytu spojrzenie. Idealnie zapleciony warkocz spływał po plecach aż do pasa. Kątem oka zauważyła, że przyjaciółka poprawia chustę na ramionach i wsuwa ćwiczebny miecz za pas. Też była już gotowa do wyjścia, ale zanim ruszyła w stronę drzwi, pochyliła się nad poduszką. Wyciągnęła nóż, po czym szybkim ruchem schowała go do wysokiej cholewki skórzanego buta.

– Znowu to samo?! – jęknęła Fatima. – Nikt nie planuje na ciebie zamachu. Dlaczego musisz to codziennie nosić?

Uśmiechnęła się krzywo.

– Nigdy nie wiesz, kiedy może się przydać dodatkowa broń.

– Przecież od sześciu lat jesteśmy w Kręgu Ognia, a jedyna broń, jakiej tu potrzebujemy, to miecz na zajęcia szermierki!

– Przypomnę tylko, że to mnie zamykano w ciemnej piwnicy „dla zabawy”. I to mnie popychano, aż przestałam się szarpać i padałam na ziemię z wysiłku. Muszę mieć czym się bronić.

– To było dawno. Już od lat nikt nawet nie patrzy w twoją stronę.

– I dobrze. Chyba już w końcu wiedzą, że mogę im wydłubać oczy – odparła ze śmiechem, poprawiając cholewę.

Fatima głośno westchnęła i pokręciła głową. Powtarzały tę rozmowę setki razy i zawsze kończyła się tak samo. Nazima uparcie stawiała na swoim, nie pozwalając, by rozsądek przyjaciółki choć na chwilę do niej dotarł.

Zamknęły za sobą drzwi pokoju i ruszyły w ciszy korytarzem, który o świcie wydawał się jeszcze ciemniejszy. Nazima zapięła na nadgarstkach skórzane ochraniacze i ciężko wypuściła powietrze. Myśl o czekających je zajęciach wywoływała u niej ból brzucha. Szła przed siebie, wbijając wzrok w kamienne stopnie w kolorze żółtego piasku, a Fatima wyprzedziła ją i skręciła w korytarz prowadzący w stronę niewielkiego sanktuarium, gdzie miały odbyć salat.

Cholerne modlitwy… – jęknęła w duchu. Nienawidziła tych codziennych modłów z całego serca, a mimo to musiała brać w nich udział. Wszyscy adepci Bastionu Iskry byli zobowiązani do oddawania pokłonów swojemu bóstwu.

Przeszły przez czerwony pasaż zwieńczony łukami i bogatymi ornamentami, które zawsze podziwiała. Tym razem nie potrafiła się na nich skupić. Zatrzymała wzrok na metalowych misach zwisających z sufitu i poczuła narastającą złość. Czuła się niewyspana, a wszystko przez dyżur przy płomieniach. Ogień był podtrzymywany przez moc uczniów wyznaczonych do doglądania światła, a ona właśnie zakończyła swoją pieczę. Na samą myśl o kolejnej turze miała ochotę paść ze zmęczenia.

Skupiła wzrok na mozaice przedstawiającej potęgę Bastionu Iskry i się skrzywiła. Szkoła dla obdarzonych boską iskrą była lustrzanym odbiciem hierarchii społeczeństwa, jakie obowiązywało poza murami uczelni. Uczono ich o równości, sprawiedliwości wśród poddanych Ritany, a w rzeczywistości żadna z tych teorii nie okazywała się prawdziwa. Nawet w Bastionie – miejscu, gdzie gromadzono uczniów obdarzonych mocami – była traktowana gorzej od innych. Ubodzy również tutaj nie mieli równych szans, a ona boleśnie doświadczyła tego na własnej skórze.

Odkąd tu przybyła, była popychana, wyśmiewana i poniżana. Miała moc, ale dla innych wciąż pozostawała nikim. Pierwsze dni w Bastionie boleśnie ją o tym przekonały. Zrozumiała, że do przeżycia w tym środowisku musi nauczyć się walczyć… i to właśnie zrobiła. Sumiennie trenowała, by nikt już nie mógł jej zrobić krzywdy.

Przesunęła spojrzeniem po tablicy z regulaminem szkoły i uśmiechnęła się pod nosem. Zasady… niby dotyczyły wszystkich, a jednak szlachetnie urodzonych niemal nie obowiązywały. Członkowie poszczególnych Kręgów Bastionu nie mogli się ze sobą spoufalać. Związki były niedopuszczalne, a wszyscy uczniowie spotykali się jedynie dwa razy do roku. Pierwsze zebranie przypadało na dzień Święta Powstania Ritany, po którym iskrownicy wracali do domów na miesięczny odpoczynek. Drugi raz widywali się na końcowych egzaminach najstarszych roczników. Nazima doskonale pamiętała, że na początku, gdy była dużo młodsza, z wypiekami na twarzy oglądała zmagania starszych na arenie. Pragnęła dzielić się z kimś emocjami i, tak jak inne dziewczyny, rozmawiać o pojedynkach z koleżankami. Lecz nikt nie chciał spędzać z nią czasu. Nikt prócz Fatimy.

Minęła stanowisko do kontroli płomieni i wspomnienie poprzedniego wieczoru wypełniło jej myśli. Piski podekscytowanych uczennic z najstarszych roczników wywoływały w niej śmiech. Iskrowniczki marzyły o egzaminie i szeptały o potajemnych spotkaniach z chłopakami, ale ona nie zaprzątała sobie tym głowy. Nie szukała miłości, nie pragnęła związku. Chciała po prostu żyć. Po swojemu, bez nakazów i sztywnych obowiązków. Kątem oka zerknęła na poważną Fatimę, zastanawiając się, czy jej przyjaciółka czasem też nie rozmyślała o chłopakach. Czasem dumała, jak wiele sekretów przed nią skrywa.

Bezwiednie pokonywała kolejne czerwone korytarze, dopóki nie stanęły na śliskim, połyskliwym marmurze posadzki. Zatrzymała się gwałtownie, omal nie wpadając na przyjaciółkę. Były już w świątyni i nawet nie zauważyła, kiedy tu weszły.

– Nazima, chusta! – Fatima szturchnęła ją łokciem w żebra.

Dopiero teraz dostrzegła, że świątynia była niemal całkowicie zapełniona, a przybyli uczniowie zajęli już większość miejsc. Pośpiesznie narzuciła na włosy przewiewny pas materiału i z pochyloną głową ruszyła przed siebie.

Każdego ranka uczniowie Kręgu Ognia gromadzili się w świątyni, by oddać cześć swojemu bóstwu, Minorowi. Dla Nazimy była to najgorsza pora dnia. Jej niechęć do boskiej iskry, daru, który w sobie nosiła, wypalała ją od środka. Mimo wielu lat nauki i prób ujarzmienia żywiołu nie potrafiła się pogodzić z tym, że moc płynąca w jej żyłach okazywała się dla niej trucizną, a nie zbawieniem.

To ogień odebrał jej spokój. Nie zdołała go zaakceptować, choć tlił się wewnątrz niej i nawet Nanna – jej ukochana babcia – nie umiała zaleczyć ran, które wywołał. Czuła do iskry tylko nienawiść, to był ciężar, z którym musiała nauczyć się żyć.

Nie chodziło wyłącznie o sam dar. W Bastionie przekonała się, że ogień odebrał jej również godność. Pamiętała, że zamykano ją dla zabawy w lochach, dziurawiono treningową tunikę i wyśmiewano się z jej biedy albo spychano ją na koniec kolejki podczas posiłków, po czym musiała zadowolić się już tylko resztkami.

Uklękła, kładąc dłonie na grubym dywanie, i się pochyliła, jak nakazywał rytuał. Wokół rozbrzmiewały wyuczone formułki dziękczynne dla Minora, które znała na pamięć, lecz dla niej nic nie znaczyły. Nie poruszała ustami, nie modliła się. Nie umiała się do tego zmusić i po prostu milczała. Myślami wróciła do porannego snu, który ostatnio nawiedzał ją coraz częściej. Miała kilka swoich stałych koszmarów. Nocne mary wracały do niej nieustannie, zaburzając normalne funkcjonowanie. Przypominały o przeszłości i nieważne, jak bardzo starała się o nich nie myśleć, wciąż nie dawały jej spokoju.

Tego ranka śniła o ceremonii odkrycia symbolu ognia. Czuła ten sam lęk, który wtedy ją paraliżował. Dlatego krzyczała. Miała dziesięć lat, gdy wzięła udział w ceremonii objawienia. Stała na środku świątyni razem z innymi dziećmi i choć wszyscy wokół uśmiechali się i sprawiali wrażenie podekscytowanych, ona nie czuła radości. Przepełniał ją strach. Była śmiertelnie przerażona, gdy po raz pierwszy ujrzała trzy zakapturzone mistyczki. To właśnie one, te dziwne istoty, których twarzy nie mogła dostrzec, odkrywały, czy w dziecku tli się boska iskra.

Stała w rzędzie, przyglądając się niewzruszonym rówieśnikom, i widziała, że tylko ona drżała. Reszta dzieci wydawała się całkowicie zachwycona tym, co je czekało.

Każdemu nakłuwano palec, a krew rozsmarowywano na wnętrzu drobnej dłoni, którą okrywała koścista, zimna i nieludzka ręka mistyczki. Gdy dziecko miało w sobie boską iskrę, wydobywał się blask i rysował na skórze tatuaż z symbolem właściwego Kręgu.

Nazima zadrżała, przypominając sobie chwilę, w której ją samą ustawiono w szeregu. Powoli zbliżała się w stronę mistyczek. Zerknęła wtedy przez ramię na babcię i po raz pierwszy w życiu dostrzegła w jej oczach prawdziwy strach. A potem musiała podejść do dziwnej istoty czekającej na nią z niewielkim sztyletem w dłoni. Dusiła się od wstrzymywanego krzyku, gdy trupia ręka dotknęła jej własnej. Czuła delikatne ukłucie, patrzyła na rozmazywaną krew i w jednej chwili jej skórę rozjaśnił symbol Kręgu Ognia.

To nią wstrząsnęło.

Jej świat się zatrzymał, bo wiedziała, co to oznacza. Miała trafić do Bastionu Iskry, rozstać się z babcią i rozpocząć samodzielne życie, na które wcale nie była gotowa. Widzenie się z Nanną tylko raz do roku nie stanowiło dla niej wielkiego pocieszenia.

Bała się.

Tak bardzo się bała.

Wspomnienie było niewyraźne, rozmyte, ale wciąż pamiętała, że stała z boku wielkiej sali, w szeregu z innymi – którzy tak jak ona mieli symbol ognia. Dzieci obdarzone mocami innych bóstw również ustawiano w rzędach. Na koniec ceremonii rodzice otrzymali zaledwie kilka minut na pożegnanie się z nowymi adeptami, ale nikt, poza nią, nie wydawał się taki przestraszony. Nikt prócz niej nie płakał. Widziała uśmiechy, podskakiwanie z radości, pocałunki zachwyconych i dumnych rodziców.

Błagała Nannę, by coś zrobiła. By ją zatrzymała i nie pozwoliła jej odjechać. Pragnęła, by babcia została przy niej, lecz na pożegnanie nie miały wiele czasu. Każdy, kto stawiał się na ceremonię, musiał być już spakowany. Gotowy opuścić dom.

Zostały brutalnie rozdzielone.

Ogień zabrał jej babcię i dlatego nienawidziła go całym sercem. Jako adeptka Bastionu Iskry miała z góry zaplanowane życie. Posiadała moc, a wraz z nią otrzymywała wyższą pozycję społeczną i pracę dla bóstw, dla której wielu byłoby gotowych ją zabić. Ona jednak nie uważała tego za zaszczyt. Nawet wyższy status nie robił na niej wrażenia, bo nie chciała takiego losu. Wolałaby nie mieć mocy i żyć po swojemu. Może biednie, ale według własnych zasad. Całą sobą zazdrościła tym, którzy nie posiadali magicznych zdolności.

Ostre szarpnięcie za rękaw wyrwało ją z letargu. Wyprostowała się trochę za szybko, bo zakręciło się jej w głowie, i spojrzała w bok. Fatima patrzyła na nią z karcącym chłodem, jakby nie miała siły jej już upominać. I wtedy to usłyszała. Kilku uczniów szeptało coś do siebie. Inni rzucali jej ukradkowe spojrzenia, a większość nawet się nie kryła z obgadywaniem i wielu wskazywało na nią palcem.

– Nie spałam – wyszeptała szybko, bardziej do siebie niż do przyjaciółki.

Fatima nie zaszczyciła jej odpowiedzią. Zamiast tego wzruszyła ramionami i ponownie – razem z innymi – pochyliła się do przodu w modlitewnej pozycji. Nazima dołączyła do nich z opóźnieniem.

– Ale tak to wyglądało – syknęła cicho. – Naz, ogarnij się. Jeszcze trochę i dostaniesz szlaban. Nie pojedziesz do domu na święta.

Nie odpowiedziała, bo obie wiedziały, że odliczała dni do powrotu. W głowie układała plan wszystkiego, co zrobi z Nanną, gdy w końcu się spotkają. Wspomnienia życia poza Bastionem były jej motywacją do wytrwania w szkole. Wiedziała, że stawka jest wysoka, i nie mogła pozwolić sobie na błąd. Przez resztę modlitwy trwała nieruchomo, starając się nie rzucać w oczy.

Po rytuale ruszyły na śniadanie, a potem nadeszła codzienność. Nazima przejechała wzrokiem po tablicy z rozpisanymi zajęciami. Dzień jak co dzień. Ci sami ludzie, te same twarze i… te same spięcia.

Zgodnie z tradycją Bastionu uczniowie uczyli się w grupach dobranych według wieku. Obdarzonych iskrą było niewielu, więc przez większość czasu Nazima pozostawała skazana na to samo towarzystwo. Jej rocznik liczył zaledwie trzydzieści osób. Dziesięć dziewczyn, z których tylko Fatima stała się jej bliska. A chłopcy? Wśród nich także nie znalazła sprzymierzeńców. Wszechobecna zazdrość o jej sprawność fizyczną skutecznie odbierała jej sympatię rówieśników. Była liderką w walce wręcz, choć jej panowanie nad ogniem uznawano za co najwyżej poprawne. Nawet to jednak nie sprawiło, by inni uczniowie popatrzyli na nią łaskawiej.

Rozdział 2

– Babciu, opowiedz mi jeszcze o dziecku Telipa! – pisnęła dziewczynka o bursztynowych oczach, naciągając okrycie po samą szyję. Jej ciemne, falowane włosy rozsypały się na poduszce.

– Nazima, jest już późno, pora spać. Umawiałyśmy się tylko na jedną legendę.

– Nanna, błagam! Proszę cię!

Jeszcze tylko tydzień. Siedem dni do spotkania z Nanną. Nazima odliczała je jak skazańcy dni do wolności. Nadchodzące spotkanie stawało się jej obsesją, jedynym powodem, by nie rzucić wszystkiego i nie uciec z Bastionu. Chciała, by babcia była z niej dumna, i zamierzała spełnić jej marzenie o ukończeniu szkoły. Tak bardzo chciała ją zobaczyć. Przytulić i usłyszeć znajomy śmiech. Dla tej jednej chwili mogła zacisnąć zęby, przemilczeć każdą zaczepkę i udawać potulną. Nie dać się sprowokować.

Przynajmniej próbowała, ale to nie okazywało się łatwe.

Poskromienie wybuchowego temperamentu przypominało drogę przez mękę. Kiedy ktoś wbijał jej szpilę, język sam rwał się do riposty, a pięści szukały przeciwnika. Niektóre utarczki kończyły się nie tylko siniakami, lecz także wizytą w infirmerii.

Nauczyciele też nie ułatwiali Nazimie życia. Patrzyli na nią jak na kłopot, którego trzeba się pozbyć lub go zneutralizować, więc wymierzali surowsze kary. Domyślała się, że powód nie leżał wyłącznie w jej krnąbrności. Może byli zazdrośni? Może nie mogli znieść myśli, że miała czelność prezentować na arenie lepsze umiejętności niż mężczyźni, których uznawano za ważniejszych?

Bili ją po dłoniach i plecach. Raz za razem, aż skóra piekła, a ciało drżało. Działo się to tak często, że przestała liczyć wymierzane kary. Niemal wszystkie potrafiła znieść.

Prócz zakazu powrotu do domu.

Już dwa razy została w Bastionie na Święto Ritany. Dwa razy nie mogła wdychać zapachu ulubionych potraw i kadzideł, poczuć kojącego wszystko uścisku babci. Tylko przy niej mogła być sobą. Funkcjonować bez tej maski twardej, chłodnej dziewczyny, która zawsze musi panować nad swoimi reakcjami. Z Nanną dużo się śmiała, tańczyła i płakała, wsłuchując się w jej opowieści o nieszczęśliwych miłościach i odważnych bohaterach. Obiecała sobie, że nie dostanie trzeciego zakazu wyjazdu do domu. Nie przez jej niewyparzony język i porywczy temperament. Nie kosztem kochanej Nanny.

* * *

Wszechobecne znużenie, które rozlało się po sali wykładowej niczym lepki dym, nie oszczędzało nawet jej. Przejmowało nad nią kontrolę, oblepiało myśli, zamykało powieki. Historia powstania Ritany nigdy nie była dla Nazimy pasjonująca, choć radziła sobie z nią całkiem dobrze. Nie pomagał nawet fakt, że zajęcia prowadził Nasar, jej ulubiony profesor i opiekun roku. Darzyła go sympatią i ogromnym szacunkiem, ale to nie miało znaczenia, gdy walczyła z własnymi powiekami, które zdawały się ważyć tonę. Usypiała prawie na każdej jego lekcji i zdawała sobie sprawę, że on o tym wiedział. Nigdy jednak nie zwrócił jej uwagi. Była dobra z historii, wystarczająco dobra, by Nasar mógł udawać, że nie widzi, jak jego głos z każdą minutą stawał się dla niej kołysanką.

– Nazimo, czy możesz nam przypomnieć, jakie mamy podziały mocy w Kręgach?

Głos profesora wdarł się brutalnie w jej półsen, sprawiając, że drgnęła gwałtownie na pufie. Zerknęła w bok, potem w przód. Co on mówił? Coś o mocach… bóstw? W głowie miała pustkę. Gorączkowo próbowała odtworzyć choćby skrawek z ostatnich pięciu minut, które zniknęły w otchłani drzemki. Wyprostowała się, przyjęła dumną postawę i postanowiła odpowiedzieć z nadzieją, że trafi.

– Oczywiście. Mamy sześć Kręgów i sześć bóstw, naszych władców. Bóstwa Krainy Górnej to Amina, opiekunka Kręgu Słońca, którego uczniowie uczą się sztuki iluzji, kamuflażu oraz dzielenia się energią. Następnie jest Zafatos, opiekun Kręgu Ducha. To stamtąd pochodzi większość przyszłych kapłanów świątyń oraz osoby, które odsyłają dusze zmarłych do zaświatów – powiedziała jednym tchem i odgarnęła za ucho luźny kosmyk włosów.

– Czy to koniec? – zapytał Nasar, unosząc lekko kącik ust.

– Nie. Jest jeszcze najsilniejszy z bóstw, Telicjusz. Potomkowie tych, w których tchnął własną iskrę, należą do Kręgu Błyskawic i Wiatru.

– Czym się zajmują?

– Uczą się panowania nad mocą wiatru i wykorzystania piorunów w codziennym życiu.

– Dziękuję, Nazimo. Może teraz ktoś inny opowie mi o bóstwach Krainy Dolnej? – zaproponował profesor, rozglądając się po pomieszczeniu.

W sali zapadła głucha cisza. Nikt nie odważył się poruszyć na swoim pufie – nikt nie chciał, by nagły ruch ściągnął na niego uwagę nauczyciela. Niektórzy wstrzymywali oddech, obawiając się, że nawet zbyt głośne nabranie powietrza sprawi, że zostaną wytypowani do odpowiedzi.

Nazima z łatwością potrafiła odpowiedzieć na to pytanie, ale nie zamierzała nikomu pomagać. Widok zlęknionych uczniów, kulących się w milczeniu i unikających wzroku Nasara, sprawiał jej cichą satysfakcję.

– Mahir, może ty?

Zerknęła przez ramię na swojego głównego wroga. Wysoki, postawny, z tą wiecznie zadartą brodą, jakby był księciem. Fakt, w walce radził sobie dobrze, czasem nawet lepiej od niej. Z ogniem też umiał zrobić wrażenie… czasem aż za bardzo. Jeśli jednak chodziło o wiedzę teoretyczną, cóż… według niej jego mózg przypominał drewno opałowe – suche i gotowe do spalenia.

Odwróciła się z powrotem do profesora, tłumiąc śmiech. Nie mogła pozwolić, by Mahir dostrzegł, że się z niego naigrywa. Wystarczyłby jeden błysk ironii w jej oczach, by sprowokować awanturę. A naprawdę nie miała ochoty po raz trzeci spędzać świąt w Bastionie. Nie przez niego.

– Mamy jeszcze Aryie, Redusa i Minora – wydukał z ledwością, a profesor skrzywił się z niezadowoleniem, dostrzegłszy, że wszystkie odpowiedzi zostały mu podpowiedziane przez kolegów.

Nasar zwrócił się do Fatimy z prośbą o uzupełnienie informacji.

– Aryia to Krąg Roślin i Zwierząt – zaczęła pewnym tonem. – Szkolą się tam uzdrowiciele i rolnicy. Minora wszyscy znamy, to nasz opiekun, bóstwo ognia. My doskonalimy walkę wręcz i władzę nad płomieniem. Ostatnim bóstwem jest Redus, który ma w opiece Krąg Wody, a jego adepci uczą się wyczuwać wodne źródła, zamrażać wodę i pozyskiwać ją z powietrza.

Nazima słuchała jednym uchem. Wszystko to przerabiali już tyle razy, że mogłaby wyrecytować te informacje przez sen.

– Bardzo dobrze, dziękuję, Fatimo.

Nasar wrócił do wykładu, lecz nie zdążył zagłębić się w temat, bo po kilku minutach do sali wszedł sekretarz szkoły. Miał kamienny wyraz twarzy. Nachylił się do profesora i szepnął mu coś na ucho, a ten bez słowa skinął głową i wyszedł za nim.

Zrobiło się cicho i Nazima nawet nie musiała się domyślać, co zaraz nastąpi.

– Chyba zarwałaś nockę, zakuwając to wszystko, co?

Mahir nie zawiódł. Jego kpiący głos przerwał idealną ciszę.

Odwróciła się powoli, dając mu ostatnią szansę, by się wycofał. Zmierzyła go spojrzeniem, w którym nie było nawet śladu rozbawienia. Dobrze wiedziała, co robił. Próbował ją sprowokować, a ona obiecała sobie, że wytrwa do świąt. Pojedzie do Nanny. Nie da się nikomu wyprowadzić z równowagi.

– Nie musiałam zakuwać – odparła spokojnie, złośliwie się uśmiechając. – Wystarczy słuchać. Ale skoro masz już problemy ze słuchem, to znak, że nadmiar mięśni nie zostawił ci miejsca na mózg.

Zmrużyła oczy i wbiła w niego spojrzenie. Żyłka na czole Mahira zadrgała. Trafiła w jego czuły punkt i choć nie powinna, to poczuła satysfakcję, ośmieszając go przed grupą. Ciągle próbował ją zastraszyć albo jej zaimponować, a mimo tych wysiłków żadna z prób nie robiła na niej wrażenia.

Wzruszyła ramionami, lekceważąc go, i odwróciła się w stronę Fatimy. Sekundę później to poczuła – wielką, ciężką dłoń, która spoczęła na jej ramieniu.

Zareagowała instynktownie. Chwyciła go za rękę i wykręciła mu palce. Obróciła się, sprawiając, że jego ramię wygięło się pod nienaturalnym kątem, przez co stęknął z bólu i klęknął przed nią na jedno kolano.

– Zabiję cię, robaku! – wrzasnął i drugą dłonią próbował złapać ją za warkocz.

Odskoczyła, gdy jego ręka przecięła powietrze. Rzucił się w jej stronę, a reszta uczniów poderwała się z miejsc i ich otoczyła. Ktoś krzyknął, odwracając uwagę Nazimy, a wtedy Mahir ją chwycił. Złapał za nadgarstki, skręcając je za plecami, i przyciągnął ją do siebie. Jego oddech był gorący. Czuła go tuż przy uchu, na karku.

– Zapłacisz mi za to – groził.

– Błagam, oszczędź sobie! – Zaśmiała się głośno. – Już naprawdę wolę się bić, niż słuchać tego pieprzenia!

Zaskoczyła go. Z impetem nadepnęła mu na stopę i podskoczyła w miejscu, uderzając czubkiem głowy w twarz. Nie tyle poczuła, co usłyszała głośne chrupnięcie, a chłopak od razu puścił jej nadgarstki. Odsunęła się.

Mahir stał na środku sali, starając się powstrzymać krew sączącą się z nosa. Czerwone krople spadały na ozdobny dywan. Wyzywał ją i groził, a ona już otwierała usta, gotowa wbić mu kolejną szpilę – wtedy go zobaczyła.

Nasar.

Stał w progu, taksując ją poważnym spojrzeniem. Pozostali uczniowie niemal rzucili się w jego stronę, przekrzykując się i tłumacząc całe zajście. Profesor uniósł dłoń, przez co wszyscy umilkli.

– Mahir! Idź do uzdrowiciela i przestań się nad sobą użalać! – rozkazał, po czym przeniósł karcący wzrok na drugą stronę. – Nazima! Za mną. Reszta ma już wolne. Zrobicie sobie dłuższą przerwę.

– Wezmę tylko swoje rzeczy – wymamrotała i przygryzła wargę. Nie znosiła, gdy patrzył na nią tak surowo.

– Fatima się tym zajmie. Za mną. Teraz.

Nie czekał na jej reakcję. Odwrócił się i wyszedł, zostawiając drzwi otwarte. Ruszyła za nim, rzucając szybkie spojrzenie koleżance, ale niczego nie potrafiła wyczytać z jej twarzy. W milczeniu przeszli przez duszne korytarze. Czerwień ścian niemal paliła ją w oczy, a cisza między nimi dusiła bardziej niż upał. Słowa cisnęły się na język. Musiała coś powiedzieć. Cokolwiek. Ale od czego zacząć? Nie pamiętała, by profesor patrzył na nią aż tak chłodno. Nawet wtedy, gdy po raz drugi została w Bastionie na święta.

– Nasar, przepraszam. Pozwól mi wyjaśnić…

Podbiegła i złapała go za ramię, lecz on nawet na nią nie spojrzał. Po prostu zdjął jej dłoń ze swojej tuniki. Wystarczył ten jeden gest. Już wiedziała, że wyjazd do domu przepadł.

Nauczyciel bez słowa otworzył drzwi i popatrzył na nią tak, że nie miała wątpliwości, co ma zrobić. Weszła do środka, a drzwi zamknęły się za nimi z głuchym trzaśnięciem, które zabrzmiało jak wyrok. Nasar oparł się o nie, po czym zdjął z głowy profesorski turban. W jego ruchach było coś nienaturalnego. Westchnął ciężko, przeszedł obok Nazimy i położył nakrycie głowy na biurku. Już miała przerwać ciszę, gdy nauczyciel niespodziewanie cofnął się i chwycił ją za dłoń.

Zamarła.

Nie powiedział ani słowa, tylko pociągnął ją w stronę otomany pod wielkim, łukowatym oknem, z którego wpadało do gabinetu ostre światło, i usiadł, zmuszając ją do zajęcia miejsca obok.

– Nasar, to nie ja. Mahir zaczął, ja tylko…

– Poczekaj. Nie musisz się tłumaczyć. Nie znam was od wczoraj…

– Czyli… nie jesteś zły?

– Nie, Nazimo, nie jestem. – Westchnął ciężko.

Coś było nie tak. Jego spojrzenie wydawało się inne. Powinien się wściekać, ale jego gesty temu przeczyły. I to, jak na nią patrzył. Zbyt poważnie. Zbyt długo.

– Muszę ci coś powiedzieć – zaczął cicho.

Twarz mu stężała, a Nazima poczuła rosnący ból brzucha. Profesor pocierał dłonią o szarawary, poluzowywał kołnierzyk białej, lnianej koszuli. Nigdy wcześniej nie ściągał w jej obecności czerwonego turbanu. To nie było normalne. Poczuła, jak serce zaczyna bić jej coraz szybciej.

– Nasar, powiedz, o co chodzi. Zaczynam się denerwować – przyznała drżącym głosem. – Chcesz mi dać karę i przez to nie pojadę do Nanny na święta, tak?

Jedyna szansa w roku na spotkanie z babcią właśnie wymykała się z rąk.

– Nazimo, tu nie chodzi o karę. Żadnej nie dostaniesz… – Zawahał się. – Chodzi o twoją Nannę.

– Coś się stało?! Jest chora?! – Zerwała się z miejsca, ale on natychmiast pociągnął ją z powrotem na siedzisko.

– Twoja Nanna… odeszła.

– Ale dokąd? Musiała sprzedać dom? Wyjechać?! – Głos dziewczyny stawał się coraz bardziej piskliwy. – Nasar, nic z tego nie rozumiem!

Zawirowało jej w głowie. Żołądek ścisnął się boleśnie. Przez chwilę była pewna, że zwymiotuje prosto na dywan.

– Nazimo – powiedział cicho profesor, niemal szeptem. – Twoja babcia umarła. Bardzo mi przykro… Wiem, że miałaś tylko ją.

Wstała. Nie dlatego, że chciała. Jej ciało samo zareagowało. Zamarła w miejscu, czując, jak niewidzialny ciężar powoli miażdży klatkę piersiową. Nie odezwała się, tylko po prostu wyszła.

Szła przez korytarze, nie pamiętając ani jednego kroku. Nie wiedziała, kogo mija, co słyszy. W uszach dudniło coraz szybsze bicie serca. Zatrzymała się dopiero przed drzwiami swojego pokoju. Położyła dłoń na gałce, ale nie potrafiła jej popchnąć. Tam było za ciasno… za duszno. Obróciła się i pobiegła. Kierowała się w dół, przez skrzydła Bastionu, prosto do podziemi, tam, gdzie znajdowały się łaźnie. O tej porze powinny być puste. Musiały być.

Zamknęła za sobą drzwi i spojrzała na ogromny, parujący basen z ciepłymi źródłami. Nad głową paliły się małe latarnie z wiecznie płonącym ogniem. Wokół zbiornika leżały białe, puchate ręczniki, ułożone w równych stosach. Nie mogła wziąć kąpieli. Nie mogła wejść do wody. Nie mogła się ruszyć…

Jej oddech był głośny. Nierówny. Odbijał się echem od ścian. Zsunęła się po drzwiach, zaciskając mocno oczy. Gorzej. Czuła się coraz gorzej. Obrazy Nanny wracały, zbyt wyraźne, zbyt żywe. Pozwoliła sobie nie tylko na płacz, lecz na szloch – dziki, rwący gardło, rozdzierający duszę. Krzyk rozpaczy wydarł się z niej bez ostrzeżenia. Pochodził prosto z piersi, z trzewi, z dna pękniętego serca.

Płakała tak długo, aż zabrakło łez i zdarła gardło. Potem nastała cisza.

* * *

Obudziło ją głośne pukanie. Z trudem otworzyła oczy i rozejrzała się otępiale po pokoju. Za oknem panowała ciemność, a pod policzkiem Nazima poczuła miękkość poduszki.

– Przyniosłam ci krople na uspokojenie.

W półśnie śledziła sylwetkę uzdrowicielki. Kobieta podeszła do stolika przy łóżku, postawiła na nim ciemną buteleczkę i bez słowa wycofała się na korytarz. Drzwi jeszcze nie zdążyły się dobrze domknąć, gdy do środka wpadła Fatima.

– Jak się czujesz? – zapytała cicho, niemal szeptem, i usiadła na skraju łóżka.

Nazima chciała coś odpowiedzieć, ale nie miała siły ruszać ustami. Gardło piekło niczym otwarta rana, a słowa grzęzły głęboko, gdy docierało do niej, że to nie był sen. Wspomnienia wróciły. Łaźnia, echo jej własnego krzyku i bezdech. To Fatima ją znalazła i przyprowadziła do ich wspólnej komnaty. Dosłownie niosła ją na plecach.

Była jej wdzięczna, ale nie potrafiła tego powiedzieć. Żal zżerał ją od środka. Okazał się zbyt ciężki, by mogła się przez niego przebić i normalnie oddychać.

Rozdział 3

Dzieci Targuna nie wykazywały chęci do podejmowania jakiejkolwiek pracy, a ich wizje rządzenia światem były skrajnie odmienne. Przez długi czas nie potrafiły dojść do porozumienia z rodzicami, aż w końcu sześcioro z nich postanowiło odejść. Zanim jednak to zrobiły, zażądały od ojca daru. Bóstwa chciały, by używając Kazurra, stworzył dla każdego z nich osobną planetę. Targun odmówił. Tylko najmłodszy z rodzeństwa, Telip, pragnął pozostać z rodzicami. Marzył o stworzeniu życia na Ritanie i wspólnym rządzeniu planetą. Nie mógł jednak pogodzić się z zakazami ojca i z bólem serca ukradł mu miecz. Przeciął ciemność otaczającą Ritanę i podzielił ją na niebo i ziemię.

⚶ Zakazane baśnie Ritany ⚶

Krople deszczu spadały ciężko na ziemię, rozbijając się o jasny piasek wokół jej butów. W Kasadzie, pustynnym miasteczku, gdzie mieszkała Nanna, deszcz pojawiał się zaledwie kilka razy w roku. A tego dnia? Lało jak z cebra. Strugi wody cięły powietrze, jakby niebo postanowiło wypłakać się razem z Nazimą. W porze upałów nikt nie spodziewał się ulewy. To pewnie sam Redus zjednoczył się z moim smutkiem i zesłał na Kasadę deszcz – pomyślała, gdy chłodna woda spływała po jej czarnej chuście. Krople obmywały twarz, kapały z rzęs i płynęły w dół po policzkach, mieszając się ze słonymi łzami.

Stała nieruchomo na cmentarzu, wpatrzona w to, co zostało po Nannie. Ciała już nie było. Zgodnie z wolą babci zostało spalone, a w dole zasypanym kamieniami spoczęła jedynie urna. Zostały pustka i żal, które rozlewały się po jej ciele niczym trucizna, gdy patrzyła, jak ludzie rzucają płatki kwiatów na świeżo usypany grób. Ostatni rytuał. Symboliczny, a jednak najbardziej bolesny. Zwłaszcza że kwiatów nie było wiele. To już? To naprawdę koniec?

– Nazimo, niech bogowie otoczą twoją zranioną duszę opieką – odezwała się kobieta z boku, która się do niej zbliżyła.

Rozpoznała sąsiadkę babci. Kobieta się pochyliła i dotknęła jej ramienia pomarszczoną dłonią.

– Bogowie mają lepsze zajęcia niż zajmowanie się głupimi śmiertelnikami – wychrypiała, nie mając już siły udawać, że się trzyma.

– Och, dziecko… rozumiem twój ból.

Chciała na nią wrzasnąć. Potrząsnąć i zapytać, jak niby może rozumieć? Skąd wie, co czuje? Ale zaraz przypomniała sobie, że ta kobieta pochowała dzieci i męża. Wiedziała, czym jest strata. Sąsiadka była tak samo biedna jak Nanna i gdy jej bliskich ogarnęła gorączka, nie mogła nic na to zaradzić bez pieniędzy na uzdrowiciela.

– Jak będziesz miała siłę, to przyjdź do mnie. Szesnastolatka nie powinna siedzieć sama w święta – powiedziała cicho, a Nazima tylko przytaknęła, gdy łzy ponownie spłynęły jej po policzkach.

Zdecydowała jednak, że święta spędzi samotnie. Deszcz cichł, jego kojący szum ustępował, ale nie czuła ulgi, tylko chłód. Przenikliwy, rozlewający się po ciele niczym lód. Miała tyle planów i tak wiele rzeczy chciała zrobić. Pragnęła zadać babci tyle pytań. Opowiedzieć o Bastionie, Fatimie i o wszystkim, co ją trapiło. Ale teraz to nie miało już znaczenia. Jej plany rozsypały się w proch.

Nanna nie była tylko babcią. Była wszystkim. Przyjaciółką, powierniczką i kimś, kto słuchał bez oceniania. Jedyną rodziną. To przez nią Nazima starała się panować nad sobą i nieustannie powstrzymywała kotłujący się w niej gniew. Nie robiła tego dla siebie, tylko dla niej, bo tylko Nanna wierzyła, że jej się uda. Że skończy szkołę.

Teraz już nie musiała się starać.

* * *

Powoli szła w mżawce, brodząc w gliniastym błocie. Przeciskała się przez wąskie, dobrze znane uliczki Kasady, które pamiętała z dzieciństwa. Rozejrzała się wokół. Zewsząd otaczały ją zniszczone przez czas budynki – beżowe domy z piaskowca, wszystkie niemal identyczne. Różniły się tylko dywanami rozwieszonymi na dachach, kilkoma donicami ustawionymi na progach i kolorami drzwi z wieloma kołatkami, które niewiele mówiły o majętności ich właścicieli. Większość kwiatów dawno zwiędła, bo nikt w tej wszechobecnej biedzie nie miał siły o nie dbać.

Zatrzymała się przed obdrapanymi drzwiami własnego domu. Wszystko wyglądało tak, jakby czas naprawdę się tu zatrzymał. Kasada była na skraju upadku, ogarnięta przez bezprawie. Miasteczko zdawało się całkowicie zapomniane przez bóstwa.

Wzięła głęboki oddech i wsunęła do zamka metalowy klucz. Stare drzwi zaskrzypiały, a małe i skromne wnętrze obudziło w niej wspomnienia. Zapach palonych kadzideł uderzył ją natychmiast. Wsiąkł w każdy zakamarek domu. Stanęła na progu, patrząc na salon z pufami, na których często z Nanną przesiadywały. Jakby to było wczoraj – pomyślała ze ściśniętym gardłem.

Podeszła do starego regału z pamiątkami gromadzonymi przez lata. Kamyk z targu, kawałek zielonego szkła, z którego miały zrobić ozdobę, i metalowa puszka, gdzie Nanna trzymała swoje rzemykowe bransoletki. Wyciągnęła drżącą rękę w jej stronę, ściągnęła pokrywkę, po czym wzdrygnęła się na widok trzech plecionych bransoletek. Czarna, czerwona i niebieska. Wszystkie włożyła na nadgarstek, mocno zaciągnęła rzemyki, aż poczuła lekki ból.

Niewiele wiedziała o młodości Nanny. Babcia unikała rozmów o przeszłości, a zamiast tego z niezwykłą pasją snuła inne legendy. Zawsze powtarzała, że nie warto rozdrapywać starych ran i trzeba skupiać się na tym, co nadchodzi. Wspomnienia babci zawsze dotyczyły chwil, które spędziły we dwie. Mówiła, że życie bez Nazimy nie miałoby sensu, że jest jej darem.

Ciszę przerwał nagły krzyk dobiegający z ulicy.

Nazima się wzdrygnęła, podeszła do okna, rozchyliła drewniane okiennice i się wychyliła. Po wąskiej uliczce biegła grupka dzieci, rozpryskując błoto na wszystkie strony. Były brudne, bose, z obdrapanymi kolanami. Chłopiec na przedzie ściskał pod pachą zawiniątko owinięte w brudną szmatę. Po chwili zza rogu wybiegł żołnierz w czerwono-czarnej tunice z emblematem Kręgu Ognia. Dogonił chłopca i szarpnął go brutalnie, aż ten upadł. Z pakunku wypadło kilka spleśniałych owoców.

– Kradzież w świątyni! – wrzasnął strażnik. – Nie masz boskiej iskry, smarkaczu! Nie masz praw!

Nazima nie zastanawiała się nawet przez sekundę. Wypadła z domu wprost na ulicę.

– Zostaw go! – zawołała ostro. – To tylko dziecko!

Mężczyzna spojrzał na nią, zaskoczony.

– Kim ty jesteś, żeby mówić straży, co ma robić?!

Chłopiec jęczał, próbując się podnieść. Zza rogu nadbiegał drugi wartownik, a w dłoni trzymał bat. Jeden z dzieciaków rozpłakał się i zasłonił własnym ciałem przyjaciela. Nazima rzuciła się w ich stronę i schowała dzieci za sobą.

– Powiem o tym radzie miasta! To nieludzkie! To tylko spleśniałe owoce! Nie zrobili nic złego! – krzyczała, trzęsąc się ze złości.

– Brak boskiej iskry wystarczy, by skazać ich na śmierć – warknął mężczyzna, mrużąc oczy. – Masz na sobie mundur Kręgu Ognia… – Przesunął po niej spojrzeniem. – Gdzie twoja odznaka?

Wyprostowała się, dumnie unosząc głowę.

– Byłam na pogrzebie babci. Z roztargnienia zostawiłam ją w bagażu.

Mierzył ją wzrokiem nieco dłużej, niż wypadało.

– Daruję im dzisiaj, bo jesteś od nas. Ale jeśli znów ich złapię… nie będzie litości.

Stała nieruchomo, trzymając dzieci za ręce, dopóki strażnicy nie odeszli. Dopiero wtedy kucnęła i podała im kilka drobnych monet.

– Macie. Nie kradnijcie więcej. A jeśli musicie… róbcie to, gdy nikt nie patrzy – szepnęła, głaszcząc jednego z chłopców po zapłakanym, brudnym policzku.

Potem patrzyła, jak dzieciaki uciekają w stronę ruin dawnej łaźni. Były takie małe, bezbronne. Na Ritanie nie brakowało sprawiedliwości. Zwłaszcza dla tych, którzy nie nosili w sobie boskiej iskry.

* * *

Następnego dnia usiadła na podłodze pośród rzeczy Nanny. Czas uciekał. Przerwa świąteczna zbliżała się ku końcowi, a Nazima musiała wrócić do Bastionu. Gdy oszołomienie minęło, przypomniała sobie o obietnicy złożonej babci. Przyrzekła, że skończy szkołę, i choć nie miała ochoty wracać, nie była w stanie złamać danego słowa.

Podkuliła nogi na dywanie i rozejrzała się po skromnym wnętrzu. Babcia nigdy niczego się nie dorobiła, ale nieszczególnie też dbała o dobra materialne. Wszystkie pamiątki po Nannie zmieściły się w niewielkiej drewnianej skrzynce.

Pośród kilku przedmiotów wyróżniał się brązowy, skórzany notes. Nazima nie przypominała sobie, by kiedykolwiek go widziała. Leżał na stole, więc może nie był taki ważny? – zastanowiła się. – A może to coś osobistego? Pamiętnik?

Wahała się, lecz ciekawość okazała się silniejsza.

Ostrożnie odplątała cienki sznurek oplatający skórzaną okładkę, a jej palce przez moment zawisły nad pierwszą stroną. W końcu przewertowała wnętrze i zmarszczyła brwi, bo większość notesu okazała się pusta. Tylko kilka pierwszych kartek pokrywały zapiski: godziny spotkań, jakieś krótkie notatki, niezrozumiałe skróty i symbole. Patrzyła na nie długo, próbując doszukać się w tym sensu, ale wszystko wyglądało jak przypadkowe bazgroły.

Dopiero na jednej z ostatnich stron znalazła coś nowego. Rysunek przedstawiający lampę olejną. Pod spodem, koślawym pismem, zapisano jedno słowo: „Malik”. Zmrużyła oczy. To było imię czy nazwa wsi? Może jakiś podpis? A może to rzemieślnik, u którego babcia chciała kupić lampę?

Nie wiedziała.

Potrząsnęła głową i włożyła notes z powrotem do skrzynki.

* * *

Zapukała do zielonych drzwi z podwójną czarną kołatką. Sąsiadka mieszkała pięć budynków dalej od domu babci. Po chwili Nazima usłyszała powolne szuranie butów. Drzwi się uchyliły, a w tej samej chwili do jej nosa dotarł intensywny zapach gotowanego jedzenia. Brzuch zareagował natychmiast, wydając głośne burknięcie.

– Nazima! W samą porę na obiad! – Sąsiadka otworzyła skrzydło szerzej i wpuściła ją do środka. – Postaw skrzynkę pod ścianą!

Weszła niepewnie i ostrożnie odłożyła rzecz tam, gdzie wskazała kobieta.

– Czy… czy mogę to u pani zostawić na dłużej? Obiecuję, że ją zabiorę, jak tylko skończę szkołę – powiedziała cicho, nie podnosząc wzroku. Palcami bezwiednie bawiła się końcówką warkocza.

– Oczywiście, kochanie. Spodziewałam się tego – odpowiedziała łagodnie staruszka, poprawiając szarą chustę na głowie. – Byłoby bardzo nierozsądne zostawiać ją w pustym domu.

Poklepała dłonią miejsce przy niskim stole, a gdy Nazima usiadła na jednym z kolorowych pufów, postawiła przed nią miskę z parującą zupą. Zapach był tak intensywny, że aż zakręciło się jej w głowie. Żołądek zaburczał z siłą, której nie dało się go ignorować.

– Przepraszam – wymamrotała zawstydzona.

– Tego też się spodziewałam. – Staruszka parsknęła śmiechem. – Nie przewidywałam, że będziesz gotować, ale nie przypuszczałam, że jesteś aż tak głupia, żeby się głodzić.

Nazima posłała jej karcące spojrzenie.

– Oj, nie patrz tak. Jestem stara, nie bawię się już w ładne słówka. Nie mam na to siły. Mówię, co myślę, i tyle. Jedz, dziecko. Jak chcesz trzymać miecz, skoro z głodu za chwilę znikną ci wszystkie mięśnie?

– To pani wie, że jestem w Kręgu Ognia?

– Czy wiem?! – Machnęła dłonią. – Dziewczyno, twoja Nanna codziennie tylko o tym paplała. Wszystkim się chwaliła. Była z ciebie taka dumna…

– Naprawdę? – zapytała cicho. – Nie idzie mi tam najlepiej… – Spuściła wzrok i wbiła go w drewnianą łyżkę.

– Phi! – prychnęła. – Nanna najbardziej była dumna z tego, że lejesz tych chłopaków aż iskry lecą! Za każdym razem, jak dostawała list ze skargami, pękała z dumy!

Nazima zakrztusiła się zupą, zerkając na kobietę z niedowierzaniem.

– A na mnie krzyczała, że źle się zachowuję…

– A co miała ci powiedzieć?! Próbowała cię wychować. Nie mogła przecież wprost ogłosić, że masz tam wszystkich wymordować. Ale wiedz, że była dumna, że dajesz sobie radę i potrafisz o siebie zadbać.

– Nie chciałam trafić do Kręgu Ognia…

– Wiem, ale ona bardzo tego chciała.

– Naprawdę?

– Wiedziała, że się boisz, ale wierzyła, że nauka przegoni lęk. Chciała, żebyś była silna, umiała walczyć.

– Czy ona… cierpiała?

Staruszka zamilkła, a jej spojrzenie złagodniało.

– Nie, kochanie. Nie cierpiała i nie była sama – powiedziała cicho. – Siedziałam przy niej do końca. Odeszła spokojna. Naprawdę.

– Jak… – Głos ugrzązł jej w gardle.

– Umarła? – dokończyła sąsiadka, a Nazima skinęła głową. – Sprzątała podwórko i skaleczyła się w nogę. Zwykłe draśnięcie, myślałyśmy, że to nic takiego, ale rana nie chciała się goić. Potem pojawiła się gorączka, a w osadzie nie było uzdrowiciela. Nie mogłyśmy wsiąść na osły i gdzieś jechać. Przeszła na tamtą stronę we śnie. Spokojnie.

Dziewczynie ścisnął się żołądek. Apetyt zniknął, a fala mdłości uderzyła nagle, grożąc torsjami. Staruszka jednak nie dała się zbyć. Po kilku minutach czułych namów wmusiła w nią jeszcze kilka łyżek zupy z soczewicy. Potem obiecała, że przechowa rzeczy, wręczyła worek z prowiantem na drogę i odprowadziła ją do domu babci.

Nazima wróciła do pustego domu i usiadła w kącie, otulona ulubionym kocem babci. Spojrzała na miejsce, gdzie Nanna zwykle siadała, snując swoje opowieści o bóstwach. Tęsknota ścisnęła ją za gardło tak mocno, że przez chwilę brakło jej tchu. Już nigdy nie zaznam ukojenia w jej ramionach – ta myśl przebiła się przez pancerz i dotknęła tak, że łzy popłynęły po policzkach. Płakała długo, aż sen w końcu przytłumił ból.

Rano obudziły ją ostre promienie słońca i otępiała spakowała wszystko, co ze sobą przywiozła. Zaplotła włosy i zatrzasnęła za sobą drzwi. Wsiadła na gniadego konia pożyczonego ze szkolnej stajni i westchnęła ciężko na myśl o podróży. Droga do stolicy, Al-Qasiry, miała zająć kilka dni.

Kiedy dotarła do rozstaju dróg, odwróciła się po raz ostatni. Mały, beżowy budynek – jej cały świat – tonął w blasku porannego słońca. To już nie było życie Nazimy. Znów zaczynała od nowa. Otarła łzę z policzka i obiecała sobie, że już nigdy więcej nie będzie płakać. Potem odwróciła się i ruszyła w drogę powrotną do Bastionu Iskry.

Rozdział 4

Babcia uśmiechnęła się szeroko, a wokół jej oczu i ust pojawiły się zmarszczki. Dłonią obleczoną w bransoletki pogłaskała wnuczkę po gładkim policzku.

– Babciu, opowiedz.

– No już dobrze, ale to będzie ostatnia historia. Telip miał ludzką żonę, Hasanę, która była śmiertelniczką niespokrewnioną z żadnym z bóstw. Miała jednak w sobie coś, co wzbudzało zazdrość wśród sióstr Telipa.

– Miłość.

– Tak, kochanie, miłość. Kochała wszystkich ludzi tak bardzo, że nawet bóstwo się w niej zakochało.

Siedem lat później…

– Cholera… – mruknęła, zaciskając powieki. – Fatima, dlaczego nie zaciągnęłaś zasłony?! – wrzasnęła, chowając twarz pod narzutą.

Głucha cisza stanowiła jedyną odpowiedź.

Podniosła głowę i rozejrzała się po dusznym, ciasnym pokoju. Nie był luksusowy ani nawet szczególnie przytulny. Dwa pojedyncze łóżka z drewnianymi ramami, wzorzysty, wytarty dywan, a na nim kilka złoto-czerwonych poduszek do siedzenia. W kącie stał niski stół, przy którym piły herbatę. Miały tylko jedno okno – ich jedyne źródło światła – i właśnie przez nie poranne słońce wpadało do środka jak ostrze, rażąc ją prosto w twarz. Ponoć pokoje iskrowników z bogatszych rodzin przypominały pałacowe komnaty. Sama nigdy ich nie widziała, bo też nikt jej do siebie nie zapraszał, ale Fatima była lubiana wśród kadetów Kręgu Ognia i często u nich bywała, a potem dzieliła się z Nazimą wrażeniami.

Zirytowana podniosła się z łóżka. Szybkim ruchem włożyła wojskową tunikę i skierowała się w stronę wyjścia. Wiedziała, że są tylko dwa miejsca, w których mogła znaleźć przyjaciółkę.

Postawiła na pałacowy ogród. Gdy zeszła po ostatnich stopniach na dziedziniec, uderzył ją obłędny zapach lilii wodnych. Stąpała po piaskowych kaflach, które z każdym krokiem przechodziły w błękitne płytki, niemal gładkie pod podeszwami butów. Nad jej głową rozpościerał się czerwony baldachim ze złotymi frędzlami, lekko kołyszącymi się na wietrze, a szmer kamiennej fontanny działał na nią uspokajająco. Odsunęła białe, zwiewne zasłony tarasu, minęła niewielką sadzawkę i kolejne szemrzące źródło, na którego tafli unosiły się białe i różowe lilie. Zbliżyła się do części ogrodu z ogromnymi, rzeźbionymi donicami, w których rosły drzewa cytrusów. Ich liście otaczały wąskie przejście, tworząc zielony tunel, a powietrze wypełniał słodki zapach owoców.

Gdy weszła na patio, towarzyszyło jej ćwierkanie ptaków. Pod stopami połyskiwały białe kafle ozdobione niebieskimi, wijącymi się wzorami. Na wielu z nich widniał symbol Kręgu Ognia. Stąpała cicho, niemal bezszelestnie, mijając kamienne przejścia. Przy niewielkim basenie pośrodku dziedzińca zobaczyła Fatimę, która moczyła w nim jedną z dłoni.

– Tak czułam, że tu jesteś. Dlaczego mnie nie obudziłaś? – zapytała, siadając obok.

Zsunęła wojskowe buty i z westchnieniem ulgi podciągnęła szarawary, po czym zanurzyła stopy w chłodnej wodzie, cicho jęcząc z przyjemności. Był dopiero ranek, a upał już dawał się we znaki.

– Musiałam się wyciszyć. Za bardzo się denerwuję – odparła, nie odrywając wzroku od krystalicznej tafli.

– Ty? Przestań, to tylko egzamin. Przecież wszyscy wiedzą, że świetnie sobie poradzisz.

– Łatwo ci mówić. Magia ognia to jedno, ale walka i pojedynki? Nie radzę sobie z mieczem tak dobrze jak ty. A jeśli trafię na Mahira? Nazimo, on mnie rozniesie… dosłownie.

– Fati, spokojnie. To tylko egzamin. Zaliczamy go i ruszamy w świat, pamiętasz? Nawet jeśli przegrasz, dostaniesz najwyższe oceny z magii. Nie to co ja… – Spuściła wzrok, trącając wodę palcami stopy i lekko ją rozchlapując.

Czuła na sobie spojrzenie przyjaciółki i nie musiała podnosić wzroku, by wiedzieć, że ją obserwuje. Obie miały świadomość, że mogłaby być lepsza. Znacznie lepsza – gdyby tylko zaakceptowała swoją moc. Lęk przed ogniem trzymał ją jednak w miejscu jak łańcuch, którym sama się skuła. Strach i uprzedzenia do własnych darów najbardziej ją ograniczały.

– Wiesz, co chcę powiedzieć. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego tak bardzo nienawidzisz ognia. Nie masz wyjścia. To jest twoje dziedzictwo i musisz je zaakceptować.

– Jesteś tego pewna? – Zmierzyła przyjaciółkę wzrokiem.

Były sobie bliskie, bliższe niż wielu przypuszczało, a jednak istniały wspomnienia, do których nikogo nie dopuszczała.

– Nie mów, że wolisz się zaciągnąć do wojska. O to ci chodzi? Chcesz do końca życia walczyć w wojnach między bóstwami? Wykonywać cudze rozkazy?

Nie odpowiedziała. Myśl, że mogłaby się stać czyimś pionkiem, wywoływała w niej bunt, a ślepe posłuszeństwo przyprawiało o mdłości. Była wolnych duchem, a nawet dyscyplinę obowiązującą w Bastionie znosiła z trudem. Te wszystkie zasady, nakazy i rozkazy. Każdy dzień wydawał się walką między tym, czego od niej wymagano, a tym, co czuła, bo miała zwyczaj mówić i robić to, co myślała. Niemal zawsze wpędzało ją to w kłopoty.

– Opowiem ci o tym ogniu – szepnęła w końcu.

– Kiedy?

– Po egzaminie. Obiecuję – przyznała niechętnie.

Fatima uśmiechnęła się z wyraźną satysfakcją.

– W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak cierpliwie czekać.

Po chwili lenistwa ruszyły z powrotem przez ogród, kierując się do wnętrza pałacu. Choć miały wolne, nazajutrz czekało je najważniejsze wyzwanie.

Egzamin.

Powinien sprawdzić wszystko. Opanowanie magii, umiejętność walki, refleks i wytrzymałość fizyczną. Nazima realistycznie oceniała swoje szanse, bo wciąż miała trudności ze swoją iskrą. Nie ufała wewnętrznemu żarowi, który w niej płonął. Dar bóstwa był dla niej obcy, jakby ktoś umieścił go siłą w jej sercu. Mimo to zamierzała zdać testy i wiedziała, że magiczne braki może nadrobić walką. Potrafiła używać ostrza, a miecz stanowił przedłużenie dłoni. W tej dziedzinie czuła się zdecydowanie lepsza od innych.

Zerknęła ukradkiem na Fatimę, jej przeciwieństwo. Delikatna jak płatek lotosu, niepewna w walce, lecz obdarzona talentem, którego mogła przyjaciółce tylko zazdrościć. Kontrolowała ogień bez oporu czy lęku i czasami Nazima się zastanawiała, jak to jest nie bać się własnej iskry.

Niepokój był jak cień i nigdy jej nie opuszczał. Wdzierał się pod skórę, gęstniał z każdą godziną i mimo że udawała spokojną, wewnętrznie drżała. Nie pomogły kąpiele w termalnych basenach ani modlitwy. Szeptane wersy brzmiały pusto, a aromatyczne olejki nie koiły nerwów. Cały dzień przekonywała przyjaciółkę, że egzamin to tylko formalność, że poradzą sobie jak zawsze, lecz wieczorem wcale nie była tego taka pewna.

Nie bała się o siebie.

Bała się, że Fatima naprawdę trafi na kogoś silniejszego. Że przegra i straci wiarę w siebie, a przecież tak bardzo łaknęła chwały, której ona nie była w stanie zrozumieć. Mimo to zamierzała trwać u jej boku.

Noc nie przyniosła ukojenia.

Cisza ją przytłaczała. Nazima leżała w bezruchu, wsłuchana w równy oddech Fatimy, która spała już od dawna. Tymczasem ona przewracała się z boku na bok, zniecierpliwiona i coraz bardziej rozkojarzona. Bezsenność zepchnęła ją w objęcia wspomnień i nawet z tym nie walczyła. Znów myślała o Nannie.

Siedem lat.

Minęło siedem lat od pogrzebu, a nadal kuło ją w piersi. Po śmierci babci jej jedyną przyjaciółką była Fatima. W szkole nawet już nie próbowała się z nikim zaprzyjaźniać. Żal zamienił się w złość, a ta w furię. Stała się oschła, opryskliwa, gotowa wszcząć bójkę o byle co. Kary sypały się jedna po drugiej, a blizny mnożyły szybciej, niż je zauważała. Nauczyciele mieli jej dość. Wszyscy poza jednym.

Nasar.

Tylko on potrafił do niej dotrzeć.

Po śmierci Nanny jedynie walka przynosiła Nazimie ulgę, a profesor, wiedząc o jej wybuchowym temperamencie, zezwalał na dodatkowe treningi. Tylko tam mogła rozładować gniew i żal, które trawiły ją od środka. Ćwiczyła tak często, że więcej czasu spędzała na treningu niż we własnej komnacie.

Już jako szesnastolatka uchodziła za wyjątkowo sprawną, a po miesiącach nieprzerwanych treningów nie znajdowała chętnych na sparingi. Tylko Mahir wciąż pozostawał jej największym rywalem. Był dla niej górą mięśni, brutalnej siły i zaciętości, która ocierała się o szaleństwo. Znienawidził ją już po ich pierwszym pojedynku, gdy oboje mieli po dziesięć lat. Po tym, jak przez przypadek go pokonała, rozbijając mu nos. Przez kolejne lata jego nienawiść rosła i pęczniała, nabierając cech obsesji. Robił wszystko, by ją upokorzyć, złamać, i wcale się z tym nie krył.

Nie miała złudzeń. Wiedziała, że gdy nadejdzie dzień, w którym opuszczą mury Bastionu, Mahir będzie na nią czekać, ale nie zamierzała dać się zastraszyć. Wręcz przeciwnie, z nieskrywaną satysfakcją wyobrażała sobie, jak mogłaby go zranić. Zmiażdżyć jego dumę, okaleczyć go. Te wizje przynosiły jej dziwną ulgę, ale zawsze, gdy pozwalała im zajść zbyt daleko, w jej głowie odzywał się cichy głos Fatimy. „To złe myśli, Nazimo”. Wtedy od razu wracała do rzeczywistości.

* * *

Poranek w dniu egzaminu był pełen nerwów. Uczniowie ostatniego roku, odziani w czarne szaty, maszerowali w stronę szkolnej areny. Dźwięki ich kroków odbijały się echem od kamiennej posadzki. Nazima pogładziła dłonią prawy nadgarstek, czując pod palcami plecione bransoletki Nanny. Dotykanie ich przynosiło jej spokój, bo miała wrażenie, że babcia jest tuż obok. Nanna, mam już dwadzieścia trzy lata, to już koniec, wiesz? Za chwilę wypełnię dane słowo… – pomyślała i zakryła rzemyki rękawem.

Z oddali dochodził gwar trybun. Podekscytowani uczniowie młodszych roczników nie mogli się doczekać widowiska. Nazima szła korytarzem, mijając rzeźby morskich stworzeń, posągi bóstw bez twarzy i symboli, które reprezentowały każdy aspekt mocy Bastionu. Powietrze wypełniał ciężki zapach kadzideł stosowanych przez uzdrowicieli, a nad trybunami Kręgu Słońca wirowały złote kule światła. Nad częścią widowni Kręgu Błyskawic i Wiatru zawisły drobne, białe chmury.

Minęła kolumnę z wyrytymi błyskawicami i spojrzała na sklepienie, spod którego sypały się drobne iskry. Weszła na kwiatowy dywan, misternie ułożony przez uczniów Kręgu Roślin i Zwierząt, i przeszła nim wprost do obszernej loży, gdzie mieli czekać na swoją kolej, obserwując zmagania innych.

Omiotła spojrzeniem zgromadzony tłum. Hala Al-Mahtab była sercem Bastionu. Owalna przestrzeń wykuta z białego marmuru z trybunami wznoszącymi się warstwami ku górze. Wysokie, złocone kolumny otaczały arenę, podtrzymując rzeźbione łuki i potężne sklepienia kopuł. Magiczne płomienie w lampionach rzucały migotliwy blask, odbijając się w wypolerowanej posadce loży. Przeniosła wzrok na środek areny pokrytej jasnym piaskiem i patrzyła, jak krzątający się po niej nauczyciele wzniecają za sobą tumany białego kurzu.

* * *

Razem z Fatimą obserwowały popisy Kręgu Wody. Nieprzerwanie wpatrywały się w lewitujące strumienie, ostrza z lodu i wodne tarcze, którymi adepci bronili się na arenie przed płomieniami. Każdy ich ruch pozostawał precyzyjny i wyćwiczony niemal do perfekcji. Dostrzegała w ich działaniach lata ćwiczeń, gdy tworzyli lodowe mosty, po których przechodzili na drugą stronę placu. Każde z tych zadań wydawało się dla nich banalne.

Później przyszła kolej Kręgu Słońca.

Iluzje przemieniały arenę w pulsujące życiem ogrody, tropikalne lasy i złociste plaże. W kolejnej próbie iskrownicy łączyli swoje energie, by stworzyć jedno potężne źródło mocy. Niektórzy adepci formowali nawet lśniące ścieżki, po czym stąpali po nich w powietrzu, na co Nazima patrzyła z nieskrywanym zachwytem.

Gdy przyszła kolej na Krąg Ducha, Fatima ścisnęła ją za ramię. Te nietypowe dary budziły lęk, bo nikt tak naprawdę nie rozumiał magii rozmowy z umarłymi, a sama idea kontaktu z duchami wydawała się nieczysta. Pierwszym zadaniem adeptów było nawiązanie więzi z duszami przyzwanymi przez profesorów. Iskrownicy odczytywali ich historie, a potem odsyłali zbłąkane istoty do miejsca spoczynku. Nazima wstrzymała oddech, widząc zamglone sylwetki po raz pierwszy z tak bliska. Przeszył ją dreszcz, a ciało pokryło się gęsią skórką.

Krąg Błyskawic i Wiatru przygotował widowisko, które porwało tłum. Na arenie wirowały huragany, błyskawice przecinały powietrze, a deszcz spadał gwałtownie tylko po to, by chwilę później zniknąć, rozwiany jednym gestem. Śmiechy i oklaski rozbrzmiewały wśród publiczności, gdy widzowie czuli, jak wilgoć z ich ubrań znika w kilka sekund.

Z kolei kadeci Kręgu Roślin i Zwierząt pracowali w parach. Identyfikowali rośliny, ważyli trucizny i szykowali na nie remedium. Wszystko to robili na czas, ale większość z nich nie wyglądała na wyjątkowo przemęczonych. Potem prezentowali też inne umiejętności: przyśpieszali wzrost sadzonek, tworzyli z roślin pułapki i kontrolowali pnącza, którymi oplatali przeciwników. Na końcu poskramiali dzikie zwierzęta reagujące na ich komendy.

Żaden z egzaminów nie był jednak tak wyczekiwany jak test Kręgu Ognia.

Nazima poczuła, jak pot spływa jej po plecach. Tylko ich uczono tak zaawansowanych technik walki i bezwzględności. Nieustannie wystawiano na próby siły, brutalności, a wszystko po to, by przygotować ich do roli przyszłych żołnierzy. Tylko absolwenci ich frakcji mogli zostać nominowani na generałów boskich oddziałów. I to był właśnie jeden z powodów, przez który nienawidziła pieczęci ognia znajdującej się na wnętrzu jej prawej dłoni. Znak boskiej iskry nie stanowił dla niej wyróżnienia, lecz piętno, z którym musiała żyć. Iskra jasno określała, czym może się zajmować i do jakiej grupy społecznej ma należeć. Iskrownicy mimo swych przywilejów stawali się bezwolnymi pionkami. Często walczyli na froncie, mordując się wzajemnie w bezsensowych pojedynkach bóstw, które i tak ostatecznie się ze sobą pojednywały.

Życie według własnych zasad było marzeniem, a ona starała się je zrealizować.

– Jesteś gotowa? – zapytała cicho.

Fatima nadal ściskała jej ramię i Nazima widziała, że ta z trudem nabierała powietrza.

– Nazima… oni wszyscy mają tak łatwo, a my? Nie wiem, czy dam radę.

– Uspokój się – odparła, klepiąc ją po ramieniu. – Przecież to tylko formalność.

– Formalność?! – Jej głos podniósł się o oktawę. – Widzisz tamtego chłopaka? Spadł z lodowego mostu i połamał nogi! A tamten?! Dostał drgawek od trucizny, bo jego partner się pomylił!

– Widziałam… – wyszeptała.

W żołądku poczuła nieprzyjemne ściskanie, bo w końcu to zrozumiała. Egzamin nie był formalnością, tylko selekcją, którą przechodzili najlepsi, a ci, którym się nie powiodło… cóż.

Dla nich bogowie nie mieli już miejsca w swoich planach.

© K.M. Serafin

© Wydawnictwo Black Rose, Zamość 2026

ISBN 978-83-68677-68-3

Wydanie pierwsze

Redakcja

Anna Łakuta-Rudzka

Korekta

Justyna Szymkiewicz

Danuta Perszewska

Magda Adamska

Skład i łamanie

Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Ilustracje w książce

K.M. Serafin

Projekt okładki

Melody M. – Graphics Designer

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autorki i wydawcy.