Zakazany owoc - Carol Townend - ebook
Opis

Elise Chantier i sir Gawain poznali się przed laty i zakochali się w sobie. On był zwykłym rycerzem, a ona znaną na okolicznych dworach pieśniarką. Kiedy Elise podejrzewa, że jest brzemienna, wyjeżdża bez pożegnania. Sir Gawain po kilku miesiącach porzuca poszukiwania i wraca w rodzinne strony. Niespodziewanie dla siebie dziedziczy tytuł hrabiego Meaux, a wraz z nim obowiązki. Z woli króla udaje się więc do lorda Troyes, aby małżeństwem z jego córką przypieczętować sojusz między dwoma rodami. Tam spotyka Elise i poznaje powód, dla którego go opuściła…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 260

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Carol Townend

Zakazany owoc

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Sierpień 1174 – obozowisko w pobliżu Troyes w hrabstwie Szampanii

Troyes pękało w szwach – nadszedł szczytowy okres letniego jarmarku i kupcy zajęli wszystkie izby w zajazdach i gospodach. Komedianci, akrobaci, kuglarze, muzykanci i śpiewacy walczyli o miejsca na rynku. Najemnicy i złodzieje kieszonkowi przechadzali się wąskimi uliczkami, szukając jak najłatwiejszego sposobu, aby się wzbogacić. Za murami miasta utworzono tymczasowe obozowisko zwane Miastem Obcych; rzędy zakurzonych namiotów zapełniały tam każdą piędź pola.

Jeden namiot zdecydowanie się wyróżniał. Był większy od innych, wykonany z purpurowego płótna, a zdobiły go malowane srebrne gwiazdy. Wewnątrz namiotu Elise siedziała przy kołysce Pearl, delikatnie wachlując twarzyczkę córeczki kawałkiem płótna. Było południe, niezwykle upalne nawet jak na sierpień.

Elise rozprostowała ramiona. Suknia lepiła się jej do ciała. Naraz jakieś odgłosy na zewnątrz kazały Elise spojrzeć na wejście do namiotu. Wrócił André, słyszała, jak rozmawia z Vivienne, która niańczyła małego Bruna w cieniu rzucanym przez płócienny dach.

W chwilę później André wszedł do wnętrza.

– Elise, udało się! – Oczy błyszczały mu ożywieniem. Odłożył lutnię na swoje posłanie. – Blanchefleur le Fay ma zaśpiewać w pałacu w dniu Święta Plonów.

– W pałacu? Zdobyłeś zaproszenie do pałacu? Tak szybko? – Elise przygryzła wargę. – Pozostaje mieć nadzieję, że jestem gotowa do występu…

– Oczywiście, że jesteś. Nigdy jeszcze nie słyszałem cię w lepszej formie. Zarządca hrabiego Henryka był zachwycony, kiedy się dowiedział, że Blanchefleur jest w mieście. Zobaczysz, dwór w Szampanii oszaleje na twoim punkcie.

– Nie występowałam już od dłuższego czasu… boję się, że mogłam już zapomnieć, jak to jest.

– Blanchefleur le Fay miałaby zapomnieć? To absolutnie wykluczone. Elise, to życiowa szansa.

Elise popatrzyła na śpiącą Pearl.

– Doskonale się spisałeś, André. Dziękuję.

– Wolałabym, żebyś była odrobinę weselsza – powiedział André, obserwując ją uważnie. – Widzę, że boisz się zaśpiewać w Szampanii.

– Nonsens! – zaprzeczyła żarliwie, chociaż w słowach André kryło się ziarnko prawdy. – Po prostu nie chcę zawieść słuchaczy.

– Boisz się, że go zobaczysz.

– Kogo? – spytała, udając zaskoczenie.

– Oczywiście mam na myśli ojca Pearl. Elise, nie musisz się martwić. Gawaina nie ma w Troyes. Wyjechał do majątku, który objął w spadku.

– Powtarzasz plotki.

– A ty nie?

Nie było sensu zaprzeczać. Istotnie, nie powinna słuchać plotek, ale nie umiała, kiedy chodziło o Gawaina. Ciągle miała przed oczami jego twarz.

– Trudno mi o nim myśleć jako o hrabim Meaux – powiedziała cicho. – Nie spodziewał się, że odziedziczy majątek.

– Tak…

– Podobno nie żyli ze stryjem w zgodzie.

– Cóż, jest teraz hrabią, więc pewnie jakoś doszli do porozumienia.

Elise była zadowolona, że Gawain odziedziczył tytuł. Teraz, gdy wyjechał, mogła liczyć na uśmiech losu. Jako Blanchefleur le Fay od wielu lat pragnęła zaśpiewać na słynnym dworze w Szampanii.

Przed powrotem jednak musiała zmierzyć się z koszmarami przeszłości. Nigdy nie zapomni tego, że jej siostra, Morwenna, zmarła w pobliżu Troyes, ale z drugiej strony dwór w Troyes był idealnym miejscem na triumfalny powrót Blanchefleur le Fay.

Pozostawał jeszcze Gawain i strach, że się przypadkowo spotkają. Co wtedy mu powie? Jak wytłumaczy się z tego, że nie powiadomiła go o ciąży i narodzinach ich córki…

A potem Elise dowiedziała się, że Gawain został hrabią Meaux i przeniósł się o wiele kilometrów stąd, obejmując swe dziedzictwo w Île-de-France.

– Jaki on jest? – spytał André.

– Kto?

– Sir Gawain.

– Kiedy go poznałam, był zwykłym rycerzem, walecznym wojownikiem. Okazał się jednak również szlachetny i opiekuńczy.

W ubiegłym roku Elise przeżyła zaskoczenie, gdy Gawain obdarzył ją zainteresowaniem, choć ani razu nie wypróbowała na nim kobiecych sztuczek Blanchefleur le Fay. Była po prostu nieśmiałą, wstydliwą służącą, Elise.

– A mimo to się go boisz. Zależało ci na tym, żeby się z nim nie spotkać.

– Nie boję się Gawaina. Po prostu chciałam uniknąć… problemów.

– Problemów?

– André, ojciec Pearl jest hrabią. Nie wiem, jak by się zachował, dowiedziawszy się, że ma córkę.

– Dlatego wolisz, żeby się o tym wcale nie dowiedział?

– Tak. To, że Gawain jest teraz hrabią, nie zmieni jego charakteru. Jest prawym człowiekiem i wie, co to honor. Zaprzyjaźniłam się z nim, chcąc zyskać dostęp do Ravenshold.

– Myślałem, że zostałaś służącą Isobel, żeby dostać się do Ravenshold.

– Tak, ale istniało duże prawdopodobieństwo, że nic z tego nie wyjdzie.

– Więc trzymałaś Gawaina w rezerwie. – W oczach André malowały się szok i niedowierzanie. – Myślałem… że znaczył dla ciebie znacznie więcej.

– Oczywiście! Bardzo go lubię – powiedziała szybko Elise, choć darzyła go uczuciem silniejszym niż sympatia. Nigdy nie musiała udawać, że jej się spodobał; od razu połączyła ich silna namiętność. – Nie jestem pewna, czy mi wybaczy. Oszukałam go.

Zagryzła wargi. Przy Gawainie wszystko wydawało się niezwykle łatwe, naturalne i dawało jej mnóstwo radości. Wmawiała sobie, że liczy się dla niej przede wszystkim odkrycie prawdy na temat śmierci Morwenny, ale to nie była prawda.

– Czuję ulgę na myśl o tym, że go nie zobaczę. Zwłaszcza po tym, jak stał się hrabią Meaux. André, on należy do innego świata…

– Świata arystokracji i władzy.

– Otóż to. Możemy czasem gościć w tym świecie z występem, ale to nie nasze miejsce. Swoją drogą, jak to możliwe, że udało ci się tak szybko zdobyć zaproszenie! To cudowne… tylko że…

– Co?

– Suknie Blanchefleur. – Elise dotknęła brzucha, starając się przestać myśleć o ojcu Pearl. – Kiedy ostatnio je przymierzałam, wciąż były trochę za ciasne.

– Cóż mówisz! Jesteś tak szczupła jak przed ciążą.

– Ta łatwość prawienia komplementów jest wręcz niepoprawna, ale dziękuję. Jeśli nie będę mogła odpowiednio ciasno się zasznurować… Blanchefleur nie chciałaby wystąpić w sukni, odsłaniającej zbyt wiele. Pamiętaj, że ludzie lubią myśleć o niej jako o niewinnej dziewczynie. Wyobrażają sobie, że uciekła z klasztoru. A suknie…

– Przymierz je jeszcze raz, Elise. Jestem pewien, że będą pasować. Może kupimy nowe wstążki?

Elise poczuła łaskotanie w żołądku. Zaczerpnęła tchu. Od lat marzyła o występie w Szampanii i musiałaby chyba postradać rozum, żeby odmówić. Chwyciła André za rękę i delikatnie uścisnęła.

– Dobrze. Kupię nowe wstążki. Popilnujesz Pearl, kiedy pójdę na rynek?

André popatrzył na nią z zakłopotaniem.

– Przykro mi, Elise, ale będziesz musiała spytać Vivienne. Wybieram się do miasta. Umówiłem się z przyjaciółmi.

Vivienne była mamką Pearl, bowiem Blanchefleur le Fay nie mogła być karmiącą matką. Blanchefleur trzymała mężczyzn na dystans. Stanowiła uosobienie niewinności, była powściągliwa, wręcz chłodna. Sama bez serca, łamała serca innym.

Nie musiała obmyślać swego pseudonimu scenicznego. Blanchefleur le Fay przylgnął do niej sam być może dlatego, że nosiła biały emaliowany wisiorek w kształcie stokrotki. Blanchefleur była tajemnicza, jakby nie z tego świata. Stała się sławna i przyjmowano ją jak księżniczkę w wielkich domach południa. Blanchefleur wolałaby umrzeć niż urodzić dziecko z nieprawego łoża.

Przez chwilę Elise rozważała możliwość wcielenia się w inną postać, taką, która pozwoliłaby jej na szczerość, ale Blanchefleur otrzymywała na tyle wysokie honoraria, że mogła pozwolić sobie na skorzystanie z usług mamki.

Nie czuła się z tym dobrze i nawet teraz, kilka tygodni po porodzie, wciąż miała wyrzuty sumienia, że sama nie karmi własnej córki.

Niezależnie od tego Vivienne była wspaniałą mamką. Dołączyła do ich niewielkiej grupki w czasach, gdy żył jeszcze ojciec Elise, Ronan. Vivienne nie była śpiewaczką i nie lubiła występów, zajęła się więc gotowaniem, sprzątaniem i pomagała przy pakowaniu, kiedy przenosili się z miasta do miasta. Pełniła rolę służącej Blanchefleur.

Cała trójka: Elise, André i Vivienne, mieszkali razem przez lata, a ubiegłej zimy, kiedy Elise wyjechała, Vivienne i André zostali kochankami. Urodziło im się dziecko – mały Bruno był jedynie o kilka dni starszy od Pearl. Elise miała szczęście, że Vivienne została mamką Pearl. Bez jej pomocy zarabianie na życie byłoby niezwykle trudne.

Elise zwinęła wiśniową wstążkę, włożyła ją do torebki i uśmiechnęła się do straganiarki.

– To jedwab, mademoiselle.

Pokiwała głową i stwierdziła, że wiśniowa wstążka będzie doskonale pasować do ulubionej jedwabnej sukni ze srebrzystego jedwabiu. André miał rację, twierdząc, że odzyskała dawną figurę. Bez trudu mieściła się w strojach Blanchefleur.

Przerzuciwszy chustę przez ramię, zaczęła przeciskać się przez tłum. Upał był nie do zniesienia. Stojące w szeregach wąskie drewniane domy wchłaniały rozpalone powietrze. Elise zrobiło się duszno. Nie mogła się doczekać chwili, kiedy znajdzie się z powrotem w swoim namiocie i zdejmie chustę.

Torując sobie łokciami drogę przez tłum zgromadzony przy kramach, dotarła do skrawka cienia rzucanego przez Bramę Magdaleny i wtedy usłyszała stukot końskich kopyt.

– Proszę się zatrzymać – powiedział idący przed nią mężczyzna. – Nadjeżdżają konie.

Zobaczyła rycerza i jego giermka. Rycerz nie miał na sobie kolczugi. Ubrany był w kremową tunikę obrzeżoną czerwono-złotym pasem. Patrzył na swego giermka i śmiał się z jakiejś jego uwagi.

Elise wstrzymała oddech. Rycerz miał jasne włosy jak Gawain. Jego koń – gniadosz z czarnymi skarpetkami – wyglądał znajomo. A giermek – serce Elise zamarło – w czerwonej tunice z wizerunkiem złotego gryfa…

W tym momencie rycerz odwrócił się i serce omal nie wyskoczyło Elise z piersi. To niemożliwe! – pomyślała. Schowała się za czyimiś plecami i zerknęła przez tłum. Powinien bawić teraz w Île-de-France, przejmując obowiązki w hrabstwie.

Elise znalazła się w niezręcznej sytuacji. Patrzyła, jak Gawain przejeżdża przez bramę. Jego włosy były teraz jaśniejsze niż zimą, jakby spłowiały od słońca. Opalona twarz wydała jej się przystojniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Mimo to nie chciała go spotkać.

Miał być w Meaux.

Jak Blanchefleur le Fay będzie mogła wystąpić, skoro Gawain jest w mieście? Jeśli pojawi się w miejscu, w którym będzie śpiewała, natychmiast ją rozpozna. Zaczną się pytania i oskarżenia. Dowie się o Pearl, a wtedy…

Zamknęła oczy. Bała się tego spotkania. W ubiegłym roku udało jej się wymijająco odpowiedzieć na większość jego pytań o śpiewanie. Wyjawiła wiele o swoim życiu, ale nie powiedziała całej prawdy. Teraz nie wiedziała, jak się zachowa Gawain, kiedy się dowie, że Pearl jest jego córką. Mógłby przecież – myślała gorączkowo – zechcieć ją zabrać…

Tymczasem nowy hrabia Meaux i jego giermek skierowali się w inną stronę; tłum rozstępował się przed nimi. Elise patrzyła na jego szerokie ramiona i płowe włosy, zastanawiając się, czy jest typem mężczyzny, który chciałby wychowywać swoje dziecko. Żałowała, że nie zna go lepiej. Większość rycerzy starałaby się uniknąć odpowiedzialności za dziecko z nieprawego łoża, ale hrabia mógł robić, na co tylko miał ochotę.

Obejrzał się przez ramię. Serce podskoczyło jej aż do gardła. Patrzył prosto na nią! Przygarbiła się i nadepnęła komuś na nogę.

– Uważaj! – syknęła jakaś kobieta.

– Przepraszam – powiedziała Elise.

Odwróciła się i skręciła w Rue du Bois. Pochyliła głowę i zaczęła się przeciskać przez grupę kupców.

– Przepraszam, przepraszam…

– Elise? Elise!

Gawain był dwadzieścia metrów za nią, wokół panował gwar, niosły się ryki mułów, gęganie gęsi, a jednak doskonale słyszała skrzypienie uprzęży i stukot kopyt. Przystanęła i popatrzyła na jakąś dziewczynkę, kurczowo trzymającą się maminej spódnicy. Mógł zrobić komuś krzywdę, goniąc ją na tak wielkim koniu.

Głęboko zaczerpnęła tchu i odwróciła się. Nie miała pojęcia, jak powinna przywitać Gawaina, więc milczała.

– Elise? Elise Chantier?

Znieruchomiała. Starała się nie okazać lęku na widok wielkiego gniadosza. Zwierzę sprawiało wrażenie niemożliwego do okiełznania, jednak Gawain radził z nim sobie doskonale.

– Sir Gawain! – Dygnęła. – Jaka miła niespodzianka!

Zeskoczył z konia i dał giermkowi znak, by przejął wodze, po czym podał ramię Elise.

– Chodź ze mną.

Zmusiła się do uśmiechu.

– Czy to rozkaz, panie?

Był wyższy, niż zapamiętała. Odgłosy i barwy ruchliwej ulicy rozpłynęły się, ledwie nań spojrzała. Te ciemnobrązowe oczy… jak mogła zapomnieć o szarych plamkach? Albo o tych długich rzęsach? O charakterystycznym orlim nosie? Uwielbiała go. Często delikatnie wodziła po nim palcem przed pocałunkami. A jego usta… Gdy na nie spojrzała, przestała się uśmiechać.

Nie sprawiał wrażenia człowieka, który właśnie odziedziczył rozległy majątek.

– Chodź ze mną, Elise.

– Dobrze, panie.

Gawain popatrzył na giermka.

– Spotkamy się za pół godziny, Aubin. Przed bramą zamku.

– Tak, monseigneur.

Kiedy dłoń Elise spoczęła na jego rękawie, Gawain, hrabia Meaux, wydał westchnienie ulgi. Szukał Elise i był zadowolony – i to o wiele bardziej, niż powinien – że ją znalazł. Skierował się w kierunku Bramy Preize.

– Z dala od uliczek otaczających rynek będzie znacznie spokojniej i przyjemniej – powiedział.

Elise nasunęła chustę na ramiona. Czuła, że ma zaczerwienione policzki. Była zbyt ciepło ubrana; Gawain widział, jak jej pierś faluje pod suknią. Zmarszczył brwi. Elise się zmieniła, pomyślał. Niby miała takie same oczy, taką samą twarz… a jednak zaszła w niej jakaś przemiana.

– Nie spodziewałam się cię tu spotkać, panie. Myślałam, że jesteś w Île-de-France.

– Słyszałaś o moim stryju.

Kiwnęła głową.

– Pewnie niedługo wyjedziesz – powiedziała.

Nie spodobał mu się ton jej głosu. W zamyśleniu studiował jej profil.

– To by cię ucieszyło?

Jej policzki przybrały szkarłatną barwę, jakby poczuła się winna. Ubiegłej zimy doskonale czuli się w swoim towarzystwie. Nie mógł aż tak się mylić w swoich odczuciach. Stwierdził, że Elise coś ukrywa.

– W żadnym razie, panie – odpowiedziała cicho. – Miło cię widzieć.

Gawain postanowił nie drążyć tematu. Już od dawna nic ich nie łączy. Teraz musi myśleć o swoim życiu. Niedługo ma spotkać narzeczoną, Rowenę de Sainte-Colombe.

– Znalazłaś wstążkę, której szukałaś?

Spojrzała na niego, zaskoczona.

– Byłeś w namiocie.

Szła tuż obok. Miał ochotę otoczyć ją ramieniem w pasie i przyciągnąć do siebie, jednak tylko skinął głową.

– Przyjaciel powiedział mi, że widział cię w Mieście Obcych.

– Zapewne był to strażnik. Zauważyłam patrole.

Przytaknął.

– Kiedy znalazłem twój namiot, kobieta, która z tobą mieszka, powiedziała mi, że poszłaś kupić wstążkę. – Położył dłoń na jej ramieniu. – Elise, jak się miewasz? Wszystko dobrze?

– Wszystko jest w jak największym porządku, panie.

– Miło mi to słyszeć. Odniosłaś sukces, o którym marzyłaś?

– Jaki…?

– Czy zostałaś znaną chanteuse?

Znów się zaczerwieniła.

– Nie śpiewałam tyle, ile bym chciała.

– Tak? – Gawain uważnie przyglądał się Elise. Był zaskoczony, że zwracali się do siebie tak, jakby spotkali się po raz pierwszy. Mijający ich garncarz, prowadzący osła obwieszonego wyrobami ceramicznymi, nigdy by sobie nie pomyślał, że są parą kochanków. Gawain nieznacznie się pochylił i poczuł zapach Elise – odurzającą mieszankę piżma, ambry i kobiecego ciepła. Z trudem powstrzymał jęk.

– Odeszłaś bez pożegnania.

Popatrzyła na niego swymi ciemnymi, dużymi oczami. Nigdy nie potrafił odgadnąć, co tak naprawdę kryje się w jej spojrzeniu. Wszystko było proste jedynie w łożu. Dawała mu rozkosz, a poza tym okazała się na tyle doświadczona, że wiedziała, jakich ziół ma użyć, by nie zajść w ciążę.

– Niebawem muszę stąd wyjechać – oznajmiła. – Mój pobyt w Szampanii dobiega końca.

– Dlatego że dowiedziałaś się już wszystkiego, co chciałaś, na temat swojej siostry?

– Tak, panie. Kiedy się okazało, że Morwenna zginęła w wyniku nieszczęśliwego wypadku, nie znajduję już powodu, by zostać tu dłużej. Chciałabym wrócić do śpiewania. Przyjaciele na mnie czekają. Moje miejsce jest przy nich.

– Mówisz, że nie masz powodu, żeby tutaj zostać.

– Panie… co masz na myśli?

Gawain zatrzymał się gwałtownie i spojrzał jej w oczy. Poczuł dziwny ciężar w piersi.

– No tak… w końcu nic trwałego nas nigdy nie łączyło… – powiedział cicho.

– Gawainie, dlaczego tak mi się przyglądasz?

– Niech mi Bóg wybaczy. – Po tych słowach ją przytulił. Delikatnie uniósł palcem jej podbródek.

– Gawainie?

Delikatnie pocałował ją. Nie chciał, by wyjeżdżała. Aż do tej chwili nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo za nią tęskni i jak wysoko ceni sobie spędzone z nią chwile.

– Elise – wyszeptał. Miała taki sam słodki smak. Tym razem pocałował ją gwałtownie, wręcz żarłocznie. Była teraz bardziej kobieca niż minionej zimy. Podobała mu się ta zmiana. Przeniknął go dreszcz, gdy zetknęły się ich języki.

– Mon Dieu, Elise. Wiem, że niczego sobie nie przysięgaliśmy, ale nawet się ze mną nie pożegnałaś! Martwiłem się o ciebie!

Miała przyspieszony oddech. Z przyjemnością patrzył na jej zaróżowione policzki. A więc nie był jej obojętny. Nie chciałby zostać sam ze świadomością, że Elise odeszła, bo uznała, że nie jest tego wart.

– Przepraszam, panie. – Cofnęła się nieznacznie, dotknęła palcami obrzmiałych warg. – Czy to był pożegnalny pocałunek?

Gawain był zdziwiony tym, jak niechętnie ją wypuszcza z objęć. Boże, ta kobieta stanowiła dla mnie prawdziwe wyzwanie. Tak się działo od początku znajomości.

Ta cicha, nieśmiała dziewczyna bez najmniejszego wysiłku niezmiennie przyprawiała go o zawrót głowy. Chciałby ją dalej całować, ale przecież w ogóle nie powinien był tego robić. Musiał myśleć o przyszłości. Miał poślubić pannę Rowenę de Sainte-Colombe. Trudno było mu myśleć teraz o pani Rowenie, której nigdy dotąd nie widział, gdy obok niego stała Elise. Ta kobieta go fascynowała.

Oparł się biodrem o ścianę domu.

– Możesz to nazwać pożegnalnym pocałunkiem, jeśli chcesz. Elise, przyjechałem tu, żeby cię odnaleźć… chciałem się upewnić, że jesteś cała i zdrowa… A ta kobieta, z którą mieszkasz…

– Vivienne. To moja dobra przyjaciółka.

– Znasz ją od dawna? Też jest pieśniarką?

– Znam ją wystarczająco długo. I nie jest pieśniarką.

– A jej mąż? To dobry człowiek?

– Vivienne jest niezamężna.

– Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że ty i Vivienne mieszkacie same w namiocie w Mieście Obcych?

– Oczywiście, że nie. Mieszka z nami André.

– Kim, do diabła, jest André?

– Kochankiem Vivienne.

– Ojcem bliźniaków?

– Bliźniaków? – Na jej twarzy odmalowało się zaskoczenie. Po chwili uśmiechnęła się. – Ach, tak, bliźniaków.

– Czy André jest dobrym człowiekiem? – zapytał Gawain. Czy to tylko jego wyobraźnia, czy też uśmiech Elise był trochę zbyt radosny? I dlaczego unikała jego wzroku? – Powiedz mi coś o nim.

– Bardzo go lubię.

– Jest pieśniarzem?

– André gra na lutni. Występujemy razem.

Gawain stłumił westchnienie. Udzielała mu bardzo krótkich odpowiedzi. Unikała szczegółów, a to, co powiedziała na temat warunków życia, nie uspokoiło go. Czy gdyby doszło do napadu, André okazałby się na tyle silny, by ją ochronić? Musiałby przede wszystkim zatroszczyć się o swoją kobietę i dzieci. Kiedy Gawain pozna tego człowieka, będzie mógł właściwie go ocenić. Elise chciała za wszelką cenę zostać pieśniarką, ale potrzebowała kogoś silnego u swego boku.

– Więc jesteś zadowolona ze swojego życia i śpiewania?

– Śpiew daje mi poczucie spełnienia.

– Cieszę się, że tak uważasz. Wracasz teraz do obozu?

– Tak.

– Pozwól, że cię odprowadzę. – Jeśli dopisze mu szczęście, zanim dojdą do namiotu, André, lutnista, już tam będzie. Spróbuje go ocenić, patrząc mu prosto w oczy.

Cofnęła się.

– Panie, dam sobie radę bez eskorty.

Była przerażona. Jak to możliwe? Przecież przed chwilą się całowali.

– Elise, co się dzieje?

– Nic złego, panie. Po prostu dam radę dojść do namiotu sama.

Gawain posmutniał. Znów starała się go pozbyć. Podczas ostatniego pobytu w gospodzie Pod Czarnym Dzikiem przyjaciel Gawaina, Raphael, kapitan gwardii, powiedział, że do Troyes przybyli oszuści i fałszerze. Raphael był niemal pewien, że ukryli się w Mieście Obcych. Wprawdzie Gawainowi trudno było uwierzyć w to, że Elise zadaje się z oszustami, to nie mógł tego wykluczyć. Zachowywała się bardzo dziwnie i zamierzał dowiedzieć się, co jest tego powodem.

– Elise, mimo to pójdę z tobą.

ROZDZIAŁ DRUGI

Elise w odrętwieniu szła z Gawainem w stronę bramy zamkowej na spotkanie z giermkiem. Z całych sił próbowała się uspokoić.

Prowadzili niezobowiązującą rozmowę. On pytał, a ona starała się udzielać nieskomplikowanych, układnych odpowiedzi, co najwyraźniej zadowalało Gawaina. Kiedy doszli do zamku, poczuła narastającą panikę. Co będzie, jeśli Gawain pozna prawdę na temat Pearl?

Giermek Gawaina czekał przy bramie.

– Dziękuję, Aubin – rzekł Gawain, przejmując wodze. Zgrabnie wskoczył na siodło i podał dłoń Elise.

Cofnęła się o krok.

– Panie, spodziewasz się, że z tobą pojadę?

– Zmusiłaś mnie już do zbyt długiego spaceru. Jestem hrabią i powinienem wszędzie jeździć konno. Moja reputacja bardzo by ucierpiała, gdybym wybrał się z tobą pieszo do Miasta Obcych.

Od kiedy to Gawain zaczął się przejmować tym, co pomyślą o nim ludzie? Chyba żartował? Poczuła ukłucie bólu. Trudno było odgadnąć jego prawdziwe intencje, a jeszcze całkiem niedawno uwielbiali się z sobą droczyć. Bardzo jej tego brakowało.

– Nie pomyślałeś o mojej reputacji, panie. – Przypomniała sobie imię olbrzymiego wierzchowca Gawaina. – Jak myślisz, co stanie się z moją reputacją, jeśli zajadę pod namiot na grzbiecie Bestii?

Uśmiechnął się.

– Nie na grzbiecie Bestii, moja miła. Posadzę cię przed sobą.

Szybko wychylił się z siodła, objął ją na wysokości klatki piersiowej i uniósł. Pisnęła przeraźliwie. Nic podobnego nigdy nie powinno się przytrafić Blanchefleur le Fay. Nikt nie powinien nawet wyobrażać jej sobie w takiej sytuacji.

– Nie próbuj walczyć, Elise – ostrzegł.

Pociągnął jej chustę, spódnice zafurkotały, wolna ręka zaplątała się w wodzach, a potem jakimś cudem znalazła się przed Gawainem, bokiem do kierunku jazdy.

– Proszę mnie postawić na ziemi, panie, wszyscy się na nas gapią. To nieprzyzwoite. – Zaczerwieniona aż po nasadę włosów, usiłowała wygładzić spódnice.

Otoczył ją ramieniem w pasie.

– Nie musisz się niczego obawiać. Nie puszczę cię.

– Jest mi niewygodnie, twojemu koniowi też na pewno to się nie podoba. Przecież siedzę mu prawie na szyi!

– Bestia nosiła już większe ciężary.

– Mój panie, proszę pozwolić mi zejść. Skoro już musisz odprowadzić mnie do namiotu, pójdę obok ciebie.

Nie posłuchał jej. Zabrzęczały ostrogi, ścisnął konia piętami i ruszyli.

Matko Boska, modliła się w duchu Elise. Błagam, niech się nie dowie, że jest ojcem Pearl.

– Odpręż się – powiedział cicho Gawain, gdy przejeżdżali przez Bramę Preize.

Strażnicy nie kryli zdziwienia, ale się uśmiechali. Ku zaskoczeniu Elise, do jej uszu nie dotarły żadne sprośne uwagi. Najprawdopodobniej gwardziści byli zbyt roztropni na to, by narazić się hrabiemu Meaux. Zastanawiała się, jak omówią to, co widzieli, kiedy Gawain znajdzie się już odpowiednio daleko.

Otoczyła go ramieniem w pasie.

– Ty łobuzie – mruknęła.

Mimo wszystko była zadowolona, bowiem poczuła się tak jak przed rokiem. Taka bliskość rozpraszała ją i nie pozwalała jej zaplanować, co ma mu powiedzieć, kiedy dojadą do namiotu.

Spochmurniała.

– Elise?

– To zły pomysł. Bardzo zły pomysł.

– Jeśli aż tak bardzo ci się to nie podoba, możesz iść obok mnie.

Zacisnęła palce na jego pasie i westchnęła afektowanie.

– Za późno, panie. Dojeżdżamy do obozowiska. Moja reputacja już legła w gruzach.

Kiedy podjechali pod namiot, na chwilę zapanowało niezręczne milczenie.

Vivienne wachlowała dzieci śpiące pod daszkiem z płótna. Uniosła wzrok, słysząc odgłos kopyt, i powoli uniosła się ze stołka.

– Wszystko w porządku, Vivienne – powiedziała Elise, gdy Gawain pomógł jej zsiąść. – Podobno spotkałaś już sir Gawaina.

Vivienne kiwnęła głową. Gawain podszedł do dzieci i przyjrzał im się uważnie.

– Bliźnięta – powiedział. – Przypuszczam, że czasami nie jest łatwo sobie z nimi poradzić.

Vivienne popatrzyła bezradnie. Elise czuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Nie wiedziała, co pocznie, jeśli Gawain dowie się, że Pearl jest jego córką. Będzie musiała coś zrobić, żeby odszedł od dzieci, zanim wszystko się wyda. Musiała działać szybko. Instynktownie wzięła go za rękę i wprowadziła do namiotu.

Gawain był tak wysoki, że szorował swymi jasnymi włosami o płótno dachu. Z zainteresowaniem rozejrzał się dookoła, objął wzrokiem trzy posłania, dziecięce kołyski i kufry podróżne.

– A więc tak mieszkasz. – Chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że wciąż trzyma Elise za rękę. – Nie masz tu za wiele miejsca.

– To prawda.

– A jak się tu żyje w zimie?

– Kiedy przyjdą mrozy, odnajmiemy coś.

Vivienne zakaszlała i wsunęła głowę do namiotu.

– Przepraszam, że przeszkadzam. To potrwa tylko chwilę. Bruno pilnie potrzebuje czystej pościeli.

Vivienne podeszła do kufra, uniosła wieko, po czym wyjęła kilka przedmiotów i położyła na posłaniu. Znalazłszy pościel, szybko skierowała się do wyjścia.

– Dziękuję. Nie będę już państwu przeszkadzać.

Elise gorączkowo szukała w myślach tematu do rozmowy. Chciała za wszelką cenę odciągnąć uwagę Gawaina od dzieci.

Tymczasem Gawain machinalnie pogłaskał dłoń Elise. Był pewien, że coś ją trapi i nie tylko to, że nie spodziewała się spotkać go w Troyes. Czyżby chodziło o oszustów, o których mówił jego przyjaciel Raphael? Żadna inna możliwość nie przychodziła mu do głowy.

– Kiedy wróci André? – spytał.

– Nie mam pojęcia. Będziemy musieli zapytać Vivienne. Czasami… – Urwała, pochmurniejąc.

Gawain podążył za jej wzrokiem. Zmarszczył brwi. Na sienniku leżał miecz, częściowo zakryty przez suknie i kawałki płótna. Miecz? Vivienne musiała wyjąć go z kufra, a potem w pośpiechu zapomniała schować go z powrotem.

– Co tu robi ten miecz? – Elise wysunęła dłoń z ręki Gawaina i uniosła broń.

Miał skórzaną pochwę, poczerniałą od starości. Zazgrzytał nieprzyjemnie, gdy go wysunęła. Stal dawno straciła połysk, ale na rękojeści lśnił duży czerwony kamień.

– Jest bardzo ciężki – powiedziała, patrząc na Gawaina. – Cięższy niż twój.

Gawain poczuł skurcz żołądka. Po Turnieju Wszystkich Świętych Elise zainteresowała się bronią. Pamiętał, że tłumaczył jej, jak wykuwa się miecze damasceńskie. Fakt, że Elise także to pamięta, sprawił mu satysfakcję. Niestety, miłe wspomnienie zostało zmącone przez rosnący niepokój. Co, u diabła, robił ten miecz w namiocie Elise?

– André powiedział mi, że spotkał się z trupą komediantów. To chyba byli jacyś jego dawni przyjaciele. Pewnie oni to zostawili.

Gawain chrząknął. Usilnie starał się sobie przypomnieć, co dokładnie powiedział mu Raphael w gospodzie Pod Czarnym Dzikiem. Mężczyzna został aresztowany za próbę sprzedaży fałszywej relikwii albo korony. Wspomniał też, że ktoś podobno wykonał kopię Excalibura. Podejrzewano, że miecz zostanie sprzedany jako należący niegdyś do legendarnego króla Artura. Wtedy to wszystko wydało się Gawainowi tak nieprawdopodobne, że niezbyt uważnie słuchał przyjaciela.

Czy to możliwe, że przed chwilą widział ten właśnie miecz?

Jeśli ktoś miał zamiar oszukać jakąś naiwną duszę i nakłonić ją do pozbycia się sporej sumy za falsyfikat, Raphael powinien zostać o tym powiadomiony. Gawain nie mógł tego ukrywać przed kapitanem gwardii, tym bardziej że hrabia Henryk polecił strażnikom, by czujnie przyglądali się wszystkiemu, co dzieje się w Mieście Obcych.

– Chciałbym go obejrzeć – rzekł, wyciągając rękę.

Elise podała mu miecz.

– Masz rację. Jest ciężki. Nieporęczny. – Przesunął kciukiem po brzegu. – I zaskakująco ostry.

– Gawainie, co cię trapi?

Nie odpowiedział. Ważył miecz w ręku, chwycił rękojeść, by nim zakołysać. Żółty metal przypominał wyglądem złoto. A kamień…

– To granat – oznajmił, zaskoczony. – Prawdziwy granat.

– Nie jest prawdziwy, Gawainie. To niemożliwe.

– Mówisz, że miecz należał do jakichś komediantów?

– André powiedział, że spotkał się z nimi tuż po naszym przyjeździe do Troyes.

Gawain z ciężkim sercem wpatrywał się w granat na rękojeści.

– Ten miecz mi się nie podoba. Jest źle wyważony, a głownia to tragedia, ale rękojeść i kamień są sporo warte – orzekł.

– To niemożliwe! To miecz sceniczny… rekwizyt.

Popatrzył na nią poważnym wzrokiem.

– Człowiek potrafi zabić dla samego klejnotu. A jeśli rękojeść jest wykonana ze złota… – Gawain urwał, czując, że to, co zamierza zrobić, pogrąży go w oczach Elise. Szczerze tego żałował. Lubił ją i zależało mu na tym, żeby dobrze o nim myślała po rozstaniu. Szybko wsunął miecz do pochwy. – Poproś Vivienne, żeby tu przyszła. Chciałbym z nią pomówić.

Zamrugała powiekami. Gawain mówił stanowczym tonem, jakby wydawał rozkazy.

– Gawainie, o co chodzi?

– Muszę porozmawiać z Vivienne.

Trudno było cokolwiek wyczytać z jego twarzy.

Vivienne weszła do namiotu, niosąc dzieci. Pearl kwiliła, więc Elise wzięła ją na ręce i pogładziła po ramieniu. Gawain wodził dookoła tak surowym wzrokiem, że pomimo upału przeszył ją zimny dreszcz.

Vivienne spojrzała na miecz w ręku Gawaina. Dygnęła, położyła Bruna na posłaniu i wyciągnęła rękę.

– Odłożę go, panie.

– Sam się tym zajmę, dziękuję – powiedział lodowatym tonem.

– Panie…

Elise głaskała Pearl po pleckach.

Gawain zaczerpnął tchu. Nie spuszczał wzroku z Vivienne.

– Chciałbym, żebyś mi powiedziała, co ten miecz robi wśród twoich rzeczy. Ten miecz, o ile się nie mylę, ma rękojeść wykonaną ze złota. – Dotknął granatu. – A ten kamień jest prawdziwy, a w dodatku doskonale oprawiony.

– Nie wiem zbyt wiele na ten temat, monseigneur. Miecz należy do przyjaciela André. Ten przyjaciel chyba chce go sprzedać.

– A jak nazywa się ten przyjaciel?!

Vivienne na przemian to otwierała, to zamykała usta. Elise położyła dłoń na rękawie Gawaina.

– Gawainie, nie musisz krzyczeć na Vivienne. Jest przerażona!

Posłał jej stalowe spojrzenie.

– Jedynie zadaję pytania.

– Ona się ciebie boi.

– Jeśli nie zrobiła niczego złego, nie ma się czego obawiać. – Zwrócił się do Vivienne. – Jak nazywa się twój przyjaciel, madame?

– Za-zapomniałam…

– A myślisz, że André może znać jego nazwisko?

Vivienne cichutko jęknęła. Bruno wiercił się na swym posłaniu, unosząc piąstkę.

Gawain zmarszczył czoło.

– Jakim nazwiskiem posługuje się André na czas występów?

– André de Poitiers.

– Myślisz, że przypomni sobie nazwisko przyjaciela, do którego należy miecz?

– To bardzo możliwe, panie. – Bruno zaczął zawodzić. Vivienne w oszołomieniu popatrzyła w jego stronę.

– Proszę kontynuować, madame.

Vivienne bezradnie machnęła dłonią.

– Monseigneur, nikt z nas nie ma broni, więc chyba nie złamaliśmy prawa. Myślę, że przyjaciel André chce sprzedać ten miecz.

Gawain niemal przygwoździł ją wzrokiem.

– I próbujecie sprzedać ten miecz dla niego?

– Nie, panie. Przyjaciel André sam chce go sprzedać. André po prostu wziął go na przechowanie. Włożył go do mojego kufra. Prawdę mówiąc, zapomniałam, że ten miecz tam jest.

Gawain fuknął z irytacją. Elise miała ściśnięty żołądek. Nie wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi, jednak bez wątpienia Gawain podejrzewał Vivienne albo André o jakąś niegodziwość.

– Sir Gawainie? – Vivienne postąpiła o krok, w jej wzroku tlił się niepokój. – Chyba nie zrobiliśmy niczego wbrew prawu? My tylko przechowujemy miecz dla kogoś, kto chce go sprzedać.

– Vivienne, ten miecz ma wielką wartość.

– Panie, jeśli to prawda, to przyjaciel André dostanie za niego dużo pieniędzy. – Spojrzała pytająco na Gawaina. – Co w tym złego?

Przyjaciółka była tak zmieszana, że Elise zaczęła ją uspokajać. Chociaż miecz znalazł się w kufrze Vivienne, dziewczyna była niewinna. Gawain na pewno też to widział.

– Nie ma w tym nic złego – odpowiedział Gawain surowym tonem – pod warunkiem, że kupujący nie jest wprowadzany w błąd co do pochodzenia miecza.

– Panie…?

– Ktoś mógłby zapłacić za ten miecz więcej, niż jest wart, gdyby uwierzył, że… na przykład… że ta broń należała kiedyś do króla Artura.

– Legendarny Excalibur – szepnęła Elise, wpatrując się w złotą rękojeść. Granat mienił się czerwonawo jak oko smoka. – To tylko opowieści. Nie ma w tym krztyny prawdy.

– Też tak uważam.

Bruno zaniósł się szlochem; Vivienne wzięła go na ręce. Kołysząc synka, patrzyła na Gawaina swymi dużymi, niewinnymi oczami.

– Panie, ja nic nie wiem o tym legendarnym mieczu.

Gawain przyglądał się jej uważnie. Ciszę panującą w namiocie przerywało jedynie brzęczenie osy na zewnątrz i cichy szloch dziecka.

– Naprawdę, panie. Nie wiem, o czym mówisz.

Elise zdała sobie sprawę z tego, że wstrzymuje oddech. Gawain miał tak poważną minę, że z trudem go poznawała. A kiedy jego wyrok spoczął na niej, przeszył ją dreszcz.

– Kiedy wróci lutnista?

– André? Nie wiem. – Vivienne poruszyła się niespokojnie, a po chwili powiedziała: – Wróci na kolację, monseigneur.

– Na pewno? Nie wcześniej?

– Nie, panie.

– Dobrze. – Gawain stał nad Vivienne jak kat nad dobrą duszą. – Czy mój giermek wciąż jest w pobliżu?

– Tak, panie.

Podszedł do drzwi i zarzucił klapę.

– Aubin! Chodź tutaj.

Aubin pospieszył w stronę namiotu i z zakłopotaniem skinął głową w stronę Elise.

– Aubin, jedź prosto do garnizonu w Troyes – rozkazał Gawain. – Rozmawiaj z panem Raphaelem i nikim więcej. Powiedz mu… – Popatrzył na Elise. – Nie, to na nic. Elise, rozumiesz, że muszę powiadomić o tym strażników?

– Naprawdę musisz?

– To nie ulega kwestii. Vivienne będzie musiała udać się ze mną do zamku. Kapitan gwardii zada jej kilka pytań na temat tego miecza.

Vivienne pobladła.

– Nie możesz tego zrobić – powiedziała Elise, ogarnięta lękiem. – Nie wiem, dlaczego ten miecz jest w naszym namiocie, ale jestem pewna, że Vivienne nie ponosi za to winy. Nie możesz zabrać jej do zamku. Jest karmiącą matką. Co stanie się z dziećmi? Zamek w Troyes to nie jest odpowiednie miejsce dla dzieci, a Vivienne nie może ich zostawić. Muszą być regularnie karmione.

Vivienne przełknęła z trudem.

– Aresztujesz mnie, panie…?

– Nie. Ale nie mogę udawać, że nie widziałem miecza. Będziesz musiała wyjaśnić to kapitanowi Raphaelowi.

– Gawainie, nie możesz zabrać jej do garnizonu z dziećmi.

Posłał jej karcące spojrzenie.

– Gawainie, garnizon to nie jest miejsce dla karmiącej matki!

– Rozumiem.

Elise odetchnęła z ulgą.

– Dziękuję.

– Mimo wszystko będę musiał zabrać Vivienne.

– Dokąd?

– Pojedzie ze mną do mojego majątku.

Oczy Elise zrobiły się okrągłe jak spodki.

– Jako twój więzień?

– Jako mój gość. Le Manoir des Rosières znajduje się tylko kilka kilometrów stąd. Raphael będzie mógł tam przesłuchać Vivienne. – Popatrzył na przerażoną dziewczynę. – Czy tak będzie lepiej, madame?

– Dziękuję, panie – pisnęła Vivienne. Była tak zrozpaczona, że Elise współczuła jej całym sercem.

– Gawain, nie możesz tego zrobić! – Elise przytuliła Pearl. Nie pozwoli, by rozdzielono ją z córeczką.

– Wkrótce się przekonasz, że jednak mogę. Aubin? – Gawain poklepał się podejrzanym mieczem po udzie. Granat wydawał się błyszczeć złowrogo.

– Panie?

– Jedź do majątku i powiedz panu Bertranowi, że potrzebuję sześciu konnych. – Ocenił wymiary kufra podróżnego Vivienne i dwóch posłań. – I powiedz mu, żeby przygotował na jutro wóz. Vivienne, umiesz jeździć konno?

– Niezbyt, panie. Mamy wóz i to w nim podróżuję.

– Szkoda. Musimy być ostrożni, więc wykorzystanie waszego wozu nie wchodzi w grę. Musimy jakoś doprowadzić ciebie i dzieci do Bramy Preize. Reszta może poczekać do jutra. – Gawain zerknął na Elise. – Do tego czasu zdążę porozmawiać z Raphaelem i André.

Elise pogładziła Pearl po włoskach i ją przytuliła. Nie może pozwolić, aby zabrał jej dziecko, więc sięgnęła po ostatnią deskę ratunku.

– Skoro zabierasz Vivienne do swej posiadłości, będziesz musiał przygotować też pokój dla mnie – powiedziała.

Gawain uniósł brwi. Elise przyciskając córeczkę do siebie, ciągnęła:

– Vivienne nie może jechać sama, będzie potrzebowała pomocy przy dzieciach… a poza tym jesteśmy jak rodzina. Od tak dawna żyjemy razem.

Nie spodziewała się jednak, że człowiek taki jak Gawain, samotnik, to zrozumie. Patrzyła na ojca swego dziecka. Hrabia Meaux zdawał się ją ignorować. Nie zamierzała jednak dawać za wygraną.

– Panie, nalegam, aby towarzyszyć Vivienne i dzieciom w twoim domu.

Zmierzył ją ostrym spojrzeniem.

– Nalegasz?

– Tak, panie, nalegam.

– Uważaj, Elise – powiedziała cicho Vivienne i wyszła z Brunem z namiotu.

– Gaw… Sir Gawainie. – Elise popatrzyła mu prosto w oczy. – Przepraszam za to, że sprawiam ci kłopot, ale bardzo zależy mi na tym, żeby towarzyszyć Vivienne. Jestem jej potrzebna. Jeśli jesteś, panie, zdecydowany zabrać Vivienne do swego domu, będę musiała z nią pojechać.

– Rozumiem. Na twoim miejscu czułbym to samo i z radością gościłbym cię pod swoim dachem, jednak teraz nie mogę.

– Zatem jest u ciebie miejsce dla Vivienne i dzieci, ale nie ma go dla mnie?

– Od czasu twojego ostatniego pobytu w Troyes… wiele się zmieniło.

Uniosła brwi.

– Proszę, zechciej mnie wtajemniczyć.

– Po śmierci stryja wyjechałem z Troyes… to było kilka tygodni temu. Wróciłem, żeby spotkać się z moją narzeczoną.

Gwałtownie zaczerpnęła tchu.

– Zamierzasz się ożenić? No tak. Nie słyszałam o tym. Gratuluję, sir Gawainie. – Poczuła ucisk w piersi.

– Dziękuję. Zawieram małżeństwo ze względów politycznych. Moja przyszła żona jest córką dobrego przyjaciela mojego stryja. Nasz związek ma błogosławieństwo króla Francji.

Elise szybko pochyliła się nad Pearl. Boże, czy mogła znaleźć się w gorszej sytuacji? Skoro Gawain planuje ożenek, to naturalne, że nie życzy sobie jej obecności w swoim domu!

– Czy wolno mi zapytać o nazwisko damy, z którą zamierzasz się ożenić, panie?

– Rowena de Sainte-Colombe. Jej ojciec ma dobra w pobliżu Provins.

– Życzę wam obojgu wszystkiego najlepszego, Gaw… panie. Teraz rozumiem, dlaczego moja obecność w twojej posiadłości jest niepożądana.

Skłonił się przed nią.

– Dziękuję za wyrozumiałość.

Zacisnęła mocno wargi; w ustach czuła suchość.

– Nie pozwolę jednak na to, żeby rozdzielono mnie z dziećmi.

– Nie utrudniaj i tak już trudnej sytuacji, Elise.

– Nie chcę niczego utrudniać! Mówię tylko, że nie dam odebrać sobie dzieci.

Przeczesał włosy palcami.

– Elise, na miłość boską…

– Gawainie, Pearl jest moją córką!

Znieruchomiał. Zaskoczony, wpatrzył się w małą dziewczynkę.

– Twoją córką? Chcesz mi powiedzieć, że to dziecko… Pearl… jest twoje?

– Tak. – Elise zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, Gawain patrzył na Pearl jak na pozaziemską istotę.

– Elise… – Odchrząknął. – To niemożliwe.

– Pearl jest moją córką. Nie dam jej sobie odebrać.

Odłożył na posłanie złocony miecz i wyciągnął rękę w stronę Pearl, ale zaraz ją opuścił.

– Myślałem, że to są dzieci Vivienne. Zapewniałaś mnie, że to bliźnięta!

Tytuł oryginału

Lord Gawain’s Forbidden Mistress

Pierwsze wydanie

Harlequin Mills & Boon Ltd, 2015

Redaktor serii: Dominik Osuch

Opracowanie redakcyjne: Dominik Osuch

Korekta: Lilianna Mieszczańska

© 2015 by Carol Townend

© for the Polish edition by Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2016

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżone.

Wyłącznym właścicielem nazwy i znaku firmowego wydawnictwa Harlequin jest Harlequin Enterprises Limited. Nazwa i znak firmowy nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-1845-0

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.