Zakazana Dolina - Hrynyszyn Jarosław - ebook + książka

Zakazana Dolina ebook

Hrynyszyn Jarosław

0,0

Opis

„Zakazana Dolina” – powieść przygodowo-romantyczna Jarosława Hrynyszyna to propozycja dla dystrybutorów poszukujących współczesnej, angażującej prozy przygodowej. Historia Roberta, byłego kapitana statków, łączy dynamiczną akcję, emocje i napięcie wynikające z trudnych doświadczeń bohatera. Powrót do Polski nie oznacza końca zagrożeń, lecz początek dramatycznych wydarzeń, w których przeszłość dogania człowieka.

 

Książka wyróżnia się wyrazistą fabułą, uniwersalnym przesłaniem i potencjałem sprzedażowym w segmencie powieści z wątkiem romantycznym. „Zakazana Dolina” to wartościowa nowość, która może atrakcyjnie uzupełnić ofertę księgarń.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 238

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Opieka redakcyjna

Agnieszka Gortat

Redaktor prowadzący

Ewa Tadrowska

Korekta

Słowa na warsztatAgata Czaplarska

Opracowanie graficzne i skład

Marzena Jeziak

Projekt okładki

Aleksandra Sobieraj

© Copyright by Jarosław Hrynyszyn© Copyright by Borgis 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Wydanie I

Warszawa 2026

ISBN 978-83-68768-27-5ISBN (e-book) 978-83-68768-28-2

Wydawca

Borgis Sp. z o.o.ul. Ekologiczna 8 lok. 10302-798 [email protected]/borgis.wydawnictwowww.instagram.com/wydawnictwoborgis

Wydrukowano w Polsce

Druk: Sowa Sp. z o.o.

Cel podróży to nie jest miejsce, do którego zmierzasz,ale nowa perspektywa, z jaką patrzysz na świat.Henry Miller

Spis treści

Start

Epilog

Landmarks

Table of Contents

Cover

Samolot obniżał lot, kapitan poinformował pasażerów, że za dwadzieścia minut wylądują na Lotnisku Chopina w Warszawie. Robert gładko przeszedł odprawę celną i ruszył w kierunku wyjścia. Był zaskoczony nowoczesnym wystrojem lotniska – widać zalążki nowego świata. Czuł dumę, że kraj, który opuścił dwadzieścia lat temu, zbliża się do standardów Europy Zachodniej.

Już w tłumie spostrzegł Staszka, swego przyjaciela z lat dziecinnych, którego nie można nie zauważyć – kawał chłopa z niego, i do tego przystojny. Przywitali się po męsku, podając sobie dłonie, i ruszyli w stronę parkingu.

– Masz zarezerwowany pokój w hotelu, tak jak chciałeś. Za dwa dni mieszkanie będzie gotowe. No co tak patrzysz? Wiesz, ile miałem roboty ze znalezieniem ekipy remontowej? Teraz coraz trudniej znaleźć fachowców.

– Staszek, ja nic nie powiedziałem. Patrzę na ciebie i zastanawiam się, jak długo będziesz znosił moje prośby: to o mieszkanie, to o remonty, to o załatwienie spraw spadkowych po dziadkach…

– Co z tobą, Robert? Masz minę wisielca. Posłuchaj, coś ci powiem, przyjaciela się ma albo nie. Jestem prawnikiem, to moja praca, a do tego cię lubię. Moja żona ciągle powtarza: „Jesteście jak bracia syjamscy, nie można was rozdzielić”.

– I ma rację, ja bez ciebie uschnę jak gałązka. Co u Justyny? – zapytał Robert. – Wszystko dobrze?

– Tak, lepiej nie mogłem trafić. Dała mi dwoje dzieci i jest najlepszą żoną na świecie. Ma żal do ciebie, że nie chciałeś z nami zamieszkać.

Robert zatrzymał się na chwilę, popatrzył na przyjaciela i powiedział:

– To jest dowód mojej sympatii do Justyny. Jestem typem samotnika i mam swoje nawyki.

– Robert, masz dwadzieścia siedem lat, najwyższy czas się ustatkować.

– Na razie jest mi tak dobrze, ale nie mówię nie.

– Jak twoje ramię? Dalej częściowo sparaliżowane?

– Tak, i według amerykańskich lekarzy chyba tak zostanie, jestem inwalidą.

– Dobrze, że masz ubezpieczenie.

– Tak, i to w dwóch firmach.

Wypadek zdarzył się rok temu. Robert zostawił firmowy kuter w doku na dwa tygodnie i jechał samochodem do swojego mieszkania. Przy głównej ulicy trwała budowa i z niewiadomych przyczyn żuraw budowlany przewrócił się na jezdnię, przygniatając kilka samochodów, w tym Roberta, który i tak miał szczęście, że przeżył. Na miejscu zginał jego ojciec, który jechał razem z nim. Kilka aut zostało zmiażdżonych, a ich pasażerowie – niekiedy całe rodziny – zabici. To była wielka tragedia, o której jeszcze długo pisała prasa.

Robert został inwalidą – doznał częściowego paraliżu lewego ramienia. O pracy kapitana na statkach i kutrach musiał zapomnieć. Wcześniej nawet zastanawiał się, czy nie pójść do Akademii Marynarki Wojennej, ale śmierć ojca bardzo go przygnębiła i wszystko zeszło na dalszy plan. Co z tego, że dostał duże odszkodowanie? Nawet teraz, gdy jest dorosłym mężczyzną, brakuje mu ojca. Miał w nim duże oparcie. Pamięta wakacje spędzane z ojcem, który wyemigrował do Stanów Zjednoczonych zwabiony przez znajomych wizją dobrej pracy i zarobków. Lubił, jak włóczyli się, zwiedzając Alaskę, latali śmigłowcem z jednego odwiertu na drugi. To najlepsze wspomnienia w życiu. To ojciec nauczył go patrzenia na świat bez różowych okularów, ale też z odrobiną romantyzmu. Wychował go na człowieka uczciwego i sprawiedliwego.

Jako chłopak był zachwycony życiem na Alasce. Z radością i ciekawością zwiedzał ten stan. Pamiętał, jak w nagrodę za dobre stopnie w szkole ojciec zaprosił jego przyjaciela Staszka do Ameryki. Przyjaciel także był zachwycony możliwością wielkiej podróży na inny kontynent. To dopiero były wakacje! Nigdy ich nie zapomni. Przed wyjazdem do Stanów obiecał Staszkowi, że będzie pisał, i słowa dotrzymał: pisał raz w miesiącu i raz w miesiącu otrzymywał list z Polski.

Matkę Robert pamięta jak przez mgłę. Miał pięć lat, gdy zmarła. Oglądając stare zdjęcia, przypominał sobie ich spacery w parku i wyjazdy do zoo. Po śmierci mamy wychowywała go babcia. Ojciec nie mógł go zabrać, bo nie miał wtedy obywatelstwa amerykańskiego. Ponadto na początku pracował całymi dniami i chciał się dorobić, aby sprowadzić rodzinę do godnych warunków. Nie chciał też zabierać chłopca z jego środowiska – dobrej szkoły, od ukochanej babci i przyjaciół. Dopiero na ósme urodziny Roberta ojciec przyjechał do Polski i razem polecieli do Stanów. Dla chłopaka był to nowy, nieznany świat, do którego musiał się szybko przystosować, co wcale nie było łatwe. Determinacja i odwaga pozwoliły mu stać się tym, kim jest dzisiaj. Ameryka nie daje nic za darmo, tam liczą się pieniądz, nieprzeciętne umiejętności albo wiedza – to zapewnia jej potęgę na skalę światową i dzięki temu jest mocarstwem militarnym. Dorastanie w takim kraju dało Robertowi siłę do dalszej walki, aby móc przetrwać w każdych warunkach i nie pójść na dno.

Teraz jechał z przyjacielem do hotelu. Pożegnali się w recepcji, Robert poszedł do swojego pokoju, a Staszek pojechał do domu. Mieli się spotkać za dwa dni w mieszkaniu Roberta. Mężczyzna jeden dzień poświęcił na zwiedzanie miasta. Tyle się zmieniło na lepsze: jest czyściej, kamienice są zadbane, ludzie bardziej radośni. Siedząc w parku na ławce, Robert przyglądał się otoczeniu. Będzie teraz mieszkał w mieście znanym sobie z lat dziecinnych, a jednocześnie trochę obcym z racji lat, które upłynęły. Spacerował po ulicach Warszawy, aż w końcu zgłodniał, więc wstąpił do restauracji. Był zdziwiony uprzejmą obsługą i smacznym daniem, jakie mu zaserwowano. Dobrze, że Staszek dał mu złotówki, bo dolarami nie mógłby zapłacić. Wyszedł z restauracji i spacerkiem udał się w kierunku centrum. Przechadzał się po mieście aż do wieczora.

Następnego dnia rano poszedł do swojego remontowanego mieszkania. Zapukał do drzwi. Otworzył mu młody człowiek.

– Słucham pana?

– Ja w sprawie mieszkania.

– Z tego, co wiem, to mieszkanie nie jest na sprzedaż.

– To wiem, chciałem zobaczyć, jak przebiega remont.

– Proszę zapytać właściciela, czy pozwoli panu wejść do mieszkania.

– Ja jestem właścicielem.

– Każdy tak może powiedzieć.

– Ma pan rację. Nazywam się Robert Kamiński, a Stanisław Różek jest moim adwokatem.

– No teraz to jesteśmy w domu, trzeba było tak od razu. Proszę, niech pan wejdzie. Mogłem się domyślić po akcencie, ale nie załapałem. Jestem właścicielem firmy remontowej, nazywam się Jan Małek. Jakby coś się nie podobało, to proszę powiedzieć.

Robert chodził po pokojach i wszystko oglądał.

– Kiedy będę mógł się wprowadzić? – zapytał.

– Pan Stanisław naciskał, aby do jutra wieczór wszystko było gotowe, ale sam pan widzi, ile jest jeszcze pracy. Wiem, że pan mieszka w hotelu, to postaram się zdążyć. Wieczorem i tak pan nie będzie się wprowadzał, to ekipa sprzątająca będzie pracowała całą noc, a rano pan się może wprowadzać.

– Dobrze. Za nocną pracę dopłacę, co pan na to?

– U takich ludzi to warto pracować. – Uśmiechnął się Jan. – W termosie mam kawę. Może się napijemy? – zaproponował.

– Z przyjemnością.

Obaj panowie stali przy oknie i rozmawiali o remoncie mieszkania.

– A co z meblami? – zapytał Jan. – Mam propozycję: moja młodsza siostra jest studentką architektury na drugim roku. Jak sama mówi, bardzo chce mieć swoje pieniądze na dalszą naukę, bo i tak dużo jej pomagam. Może przyda się w urządzeniu mieszkania?

– Dobrze, niech przyjdzie do mojego hotelu, to z nią porozmawiam.

– O nie, żaden hotel!

– Pan mnie źle zrozumiał, miałem na myśli kawiarnię hotelową.

– To może spotkacie się tu, w pana mieszkaniu? I tak musi je zobaczyć, skoro ma przy nim pomagać.

– Skoro tak pan uważa, to tak zróbmy. Jestem pod wrażeniem, w jaki sposób opiekuje się pan swoją siostrą.

– Może to przesada, ale mam tylko ją, zostaliśmy sierotami. Wychowuję ją, odkąd skończyła rok. Teraz pomaga mi moja żona i oboje o nią dbamy, a moje dzieci wprost ją uwielbiają.

– Teraz rozumiem, skąd ta troska.

W drodze do hotelu Robert wstąpił na siłownię i wykupił karnet na cały rok. Postanowił zacząć ćwiczyć od przyszłego tygodnia. Miał cichą nadzieję, że to usprawni jego ramię. Optymizm przygasł – ramię bolało jak diabli. A najgorsze było to, że tak już zostanie. Jednak gdy pomyśli o samochodach zmiażdżonych na jego oczach, to chwali Boga, że tylko tak to się dla niego skończyło.

W hotelowej restauracji zjadł obiad i wyruszył do centrum handlowego w poszukiwaniu wszystkiego, co potrzebne w domu. Wrócił zmęczony, usiadł w fotelu i przez chwilę zastanawiał się, czy dobrze zrobił, przyjeżdżając do Polski.

* * *

Siostra pana Jana okazała się młodą, ładną, naturalną blondynką o niebieskich oczach. Widać w niej było drzemiącą energię i chęć pokazania, że jest coś warta jako architekt wnętrz.

– Jestem pod wrażeniem pani pomysłów – powiedział Robert – ale proszę mieć na uwadze, że to ja będę tu mieszkał.

Dziewczyna trochę się zmieszała, ale po chwili powiedziała:

– Przecież mam urządzić panu mieszkanie. Wydawało mi się, że mogę decydować sama. Mówił pan, że zdaje się na architekta wnętrz. No dobrze, zróbmy to razem.

– To już lepiej, dojdziemy do porozumienia.

– Może omówimy każdy pokój z osobna? – zaproponowała Ania.

– Widzę postępy w pani dyplomacji.

Dziewczyna z uśmiechem odparła:

– Nauczyłam się rozmawiać z ludźmi od brata. Słyszałam, jak negocjuje umowy. Kiedy mam zacząć pracę?

– Najlepiej zaraz.

Oboje wyruszyli na wędrówkę do kilku galerii, która trwała aż do wieczora.

– Zapraszam panią na spóźniony obiad.

– Jeżeli przyjmie pan zaproszenie, to możemy zjeść u mojego brata i bratowej, która bardzo dobrze gotuje.

– Tak bez zapowiedzi? – zapytał Robert.

– Wystarczy jeden telefon. – Ania czekała na zgodę Roberta. – To co, mogę zadzwonić?

– Skoro pani nalega, to proszę dzwonić.

Pojechali taksówką, po drodze Robert kupił dobre wino. Brat i bratowa Ani mieszkali w ładnym domku na peryferiach miasta. Przyjęli Roberta bardzo gościnnie, a kolacja była wyśmienita. Przy stole panowała rodzinna atmosfera, a to wiele mówiło o gospodarzach tego domu.

Robert wrócił do hotelu niezbyt późno, bo rano mieli przywieźć meble.

* * *

O godzinie dziewiątej rano był już w mieszkaniu. Chwilę po nim przyszła Ania. Nawet nie zdążyła zamknąć drzwi, gdy ekipa zaczęła wnosić meble. Oboje uzgadniali, co i gdzie ma być postawione.

Robert i Ania spędzali razem coraz więcej czasu, co ich do siebie zbliżyło. Nawet razem gotowali obiady i zdarzało się, że Robert zastawał Anię śpiącą na kanapie lub czekającą na niego i wtedy razem udawali się na spacer. Ich relacja była coraz bardziej widoczna, co niepokoiło jej brata. Nie polubił tego mężczyzny.

Pewnego dnia, gdy razem szykowali obiad, usłyszeli dzwonek do drzwi. Dziewczyna poszła otworzyć. W progu mieszkania stał mężczyzna. Gdy zobaczył dziewczynę, powiedział:

– O przepraszam, pomyliłem drzwi!

Ania z opowiadań Roberta o jego przyjacielu domyśliła się, że jest to Staszek.

– Nie pomylił pan drzwi. Robert jest w pokoju, proszę, niech pan wejdzie.

Mężczyzna się uśmiechnął i wszedł do mieszkania. Zobaczył przyjaciela przy zastawionym stole. Popatrzył na kobietę i zapytał:

– Gdzie znalazła pani tego starca?

– Nie jest taki stary, raczej w podeszłym wieku.

– Dziękuję wam obojgu za opinię o moim wieku. Tak naprawdę nie czuję się stary, no może trochę – wtrącił Robert.

– Panie Stanisławie, proszę z nami zjeść obiad, już podaję do stołu – zaproponowała Ania i nie czekając na zgodę gościa, skierowała się do kuchni.

– Jestem pod wrażeniem – powiedział Staszek.

– Już wyjaśniam. Ania jest studentką architektury i pomaga mi w urządzeniu mieszkania.

– No, nareszcie!

– Co nareszcie?

– Nareszcie nie będziesz sam.

Ich rozmowę przerwał powrót dziewczyny z kuchni. Zasiedli do obiadu. Staszek zawsze był duszą towarzystwa. Jego przekomarzania się z Anią i Robertem były na najwyższym poziomie kulturalnym, a anegdoty wywoływały u dziewczyny śmiech do łez.

Po obiedzie obaj odprowadzili Anię na przystanek autobusowy.

– Bardzo się cieszę, że pan Robert ma takiego przyjaciela, panie Stanisławie – powiedziała Ania. – Miło, że mogłam pana poznać. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. – Nie czekając na odpowiedź, wsiadła do autobusu i pomachała im ręką.

Panowie wracali w kierunku mieszkania Roberta i parkingu, gdzie Staszek zostawił auto.

– Co za miła dziewczyna! W sam raz dla ciebie. Jest młoda, ładna i będzie miała dobre wykształcenie.

– Ale chyba nie dla mnie… Nie dość, że jestem starszy, to do tego inwalida.

– Co ty wygadujesz? Widziałem, jak na ciebie patrzy. Jesteś raczej chory na głowę!

* * *

Minęły cztery miesiące, odkąd Robert przyjechał do Polski. Czas szybko leciał. Chodził na siłownię i zajęcia rehabilitacyjne, ale te wysiłki nic nie pomogły. Wydawało się, że już nic się nie da zrobić z jego ramieniem. Pewnego dnia prowadzący Roberta rehabilitant zasugerował:

– Szkoda pańskiego czasu i pieniędzy. Wie pan, żeby to ramię ruszyć, to musi być wysiłek ponad miarę, tak jakby zależało od tego pana życie, gdzieś daleko od ludzi, gdzie będzie pan zdany tylko na siebie. Jedynie tak może pan coś wskórać.

– Może to, co pan mówi, ma sens, ale nie jestem przygotowany na taki wyjazd, tym bardziej że zaczynam układać sobie życie w Polsce.

– Wiem, że to nie jest łatwa decyzja, ale zawsze to jakieś wyjście – dodał rehabilitant.

Robert szedł spacerkiem do domu głęboko zamyślony. Przed wejściem do mieszkania zobaczył, że drzwi są uchylone. Wtedy jakby się ocknął, cicho wszedł do przedpokoju i zarejestrował przewrócony stolik. Ruszył w głąb mieszkania. Przechodząc obok sypialni, usłyszał przekleństwo. Uchylił drzwi. Zobaczył młodego mężczyznę wkładającego spodnie. Na łóżku leżała naga, zakrwawiona i nieprzytomna Ania.

– Co jej zrobiłeś?! – wrzasnął Robert.

Młody człowiek w desperacji rzucił się na niego z pięściami i chciał uciec, ale Robert był szybszy. Kopnął go w nogę, złapał za fraki i zawlókł do pokoju. Tam uderzył go w twarz otwartą dłonią, ale i tak młodzieniec przeleciał przez stół. Następnie go podniósł i posadził na krześle.

– Kim jesteś i co robisz w moim mieszkaniu?! Mów prawdę, bo sprawię ci takie manto, że długo mnie będziesz pamiętał!

W takich chwilach Robert nie okazywał litości. Pracując jako kapitan na dużych kutrach, miał do czynienia z ludźmi o różnym usposobieniu. Nie pytano ich, skąd są, tylko czy chcą zarobić. W takiej pracy ludziom towarzyszą strach i frustracja, przez co zdarzały się bójki. Nie każdy nadawał się do pracy na morzu. Młody człowiek miał pecha, że trafił na marynarza.

– Drugi raz nie powtórzę!

– Mój ojciec jest majstrem u pana Janka, a Anię znam od dawna. Kilka razy chciałem ją zaprosić do kina, ale zawsze odmawiała. Spotkałem ją wczoraj i chwaliła sobie pracę u pana i że ma klucze do mieszkania. Powiedziałem, że ja też mam znajomego, który by ją zatrudnił, i umówiłem się z nią na dzisiaj w kawiarni, mówiąc, że będzie ze mną znajomy. Poprosiłem kumpli o pomoc. Powiedziałem im o Ani. W kawiarni dosypali jej do kawy jakiś proszek, już przed drzwiami pana mieszkania była nieprzytomna. Zanieśliśmy ją do sypialni i oni wtedy zaczęli okradać mieszkanie.

– A ty wolałeś robić coś innego! To, co zrobiłeś, będzie cię prześladowało przez całe życie. – Chłopak opuścił głowę. – Za wszystkie szkody zapłaci twój ojciec. A teraz idziemy do twoich kolegów.

– Ale oni mnie zabiją!

– Jak nie pójdziesz, to ja to zrobię!

Dwie przecznice dalej skręcili w małą uliczkę i zatrzymali się przed starą obdrapaną kamienicą.

– Idziemy dalej.

– Jest pan pewien, że damy radę zabrać rzeczy, które panu ukradli?

– Chciałem ci przypomnieć, że to przez ciebie wszystko jest u nich. Idziemy. Które piętro?

Zatrzymali się przed właściwymi drzwiami i chłopak zapukał. Otworzył im młody mężczyzna.

– Czego?

Robert kątem oka zobaczył swoje obrazy, które były oparte o ścianę. Upewnił się, że dobrze trafił. Pierwszy cios nogą trafił mężczyznę w krocze. Ten, nie wydając żadnego dźwięku, padł na kolana. Drugi cios kolanem pozbawił go przytomności. Robert ruszył w głąb mieszkania. Z kuchni wybiegła kobieta. Gdy zobaczyła, co się stało, pobiegła po nóż. Chciała nim ugodzić Roberta, lecz ten złapał ją za rękę i silnie wykręcił. Słychać było trzask pękającej kości. Pchnął kobietę, ta upadła na podłogę i się nie ruszała. Wszedł do pokoju – na kanapie siedziało dwóch mężczyzn. Na widok Roberta wstali.

– Zabijemy cię! – wrzasnął jeden z nich i ruszył na Roberta.

Ten długo się nie namyślał, z całej siły kopnął ławę. Uderzyła w kolana jednego z nich. Mężczyzna krzyknął i przewrócił się na podłogę. Drugi napastnik złapał Roberta za ubranie i pchnął na ścianę. Zwarli się w uścisku. Robert wiedział, że nie da rady jedną ręką. Musiał coś wymyślić, bo będzie źle. Przewaga przeciwnika była zbyt duża. Wbił mu palec w oko, polała się krew. Złodziejaszek zakrył oko dłońmi i wybiegł z mieszkania. Wszystko działo się tak szybko, że Robert jeszcze nie ochłonął i rozglądał się za kolejnym przeciwnikiem, ale ten leżał na podłodze i trzymał się za połamane kolana. To był koniec walki. Całemu zajściu przyglądał się młodzieniec, który przyprowadził tu Roberta.

– Proszę pana, musimy iść, zaraz przyjedzie policja.

Robert uspokoił się i przyznał mu rację. Obaj wyszli z mieszkania złodziei. Po drodze polecił chłopakowi, żeby jechał do domu i powiedział ojcu prawdę, a następnie wrócił do jego mieszkania. Zagroził, że jeżeli tego nie zrobi, to go znajdzie i wtedy zajmie się nim na poważnie. Następnie Robert zadzwonił do Staszka i poprosił stanowczym głosem, aby do niego przyjechał.

Mężczyzna przekroczył próg swojego mieszkania. Zrobił kawę i zastanawiał się, co może wyniknąć z tej sytuacji. Nie był z siebie zadowolony, dał się ponieść emocjom. Całą złość za cierpienie Ani wyładował na złodziejach. Nie chciał robić krzywdy młodzieńcowi, i tak dostanie za swoje.

Była chwila, że Robert chciał okaleczyć chłopaka, bo zabójstwo nie wchodziło w grę. Mógł zadzwonić na policję, i tak by zrobił, ale to, co zobaczył w pokoju, odebrał jako usiłowanie zabójstwa. Zasada, której nauczył się w Stanach: „Mój dom jest moją twierdzą”, w jego mniemaniu została naruszona. Należało to załatwić w sposób, w jaki on sam zdecyduje.

Mniej więcej po trzydziestu minutach przyszedł Staszek.

– Co tu się stało?! Mieszkanie wygląda jak po wojnie.

– Usiądź, Stasiu, wszystko ci opowiem.

– Ale kto to zrobił? Kto splądrował twoje mieszkanie? Ania tak ładnie je urządziła. – Przyjaciel był oburzony.

Robert opowiedział o całym zdarzeniu.

– Dobrze, że ciebie tam nie było, bo cała czwórka zmieściłaby się w jednej szafie, zabrali nawet stolik – skomentował Stanisław.

– I jak ty to widzisz od strony prawnej?

– Nasze prawo stoi po stronie poszkodowanego, nawet jeżeli ten zrobił komuś krzywdę.

– To durne prawo.

– Zgadzam się z tobą, ale prawo jest prawem i nic nie poradzimy.

Ktoś zapukał do drzwi.

– Spodziewasz się kogoś?

– Tak, ma przyjść ojciec tego chłopaka.

Staszek wprowadził majstra. Widać, że mężczyzna był poddenerwowany i blady. Rozglądał się po mieszkaniu.

– Panie Robercie, pokryję wszystkie straty, tylko proszę nie zgłaszać tego zajścia na policję.

– Dobrze, ale proszę gdzieś ukryć syna, bo Jan mu nie daruje.

– A co Jan ma z tym wspólnego?

– Czyli syn nie powiedział wszystkiego… Proszę za mną.

Cała trójka skierowała się do sypialni.

– A to co? – zapytał Staszek. – To jakiś horror.

– W tym miejscu przyłapałem pańskiego syna, jak gwałcił nieprzytomną Anię.

– Rany boskie! Nie daruję mu!

– Tak jak mówiłem, niech go pan gdzieś daleko wywiezie i niech nigdy nie wraca.

– Tak zrobię, mam brata we Francji. Bardzo przepraszam za syna. Tak jak mówiłem, pokryję wszystkie koszty. Obawiam się, że mój szef mnie zwolni.

– Niech pan z nim porozmawia – doradził Staszek.

– Panie mecenasie, może pan by się podjął roli mediatora? Zależy mi na pracy u pana Janka.

– Zobaczę, co da się zrobić, ale nic nie obiecuję. To będą trudne rozmowy, na jednej na pewno się nie skończy.

Robert spakował swoje rzeczy i razem z przyjacielem wyszli z mieszkania i udali się do hotelu. Po drodze uzgodnili, że Robert będzie tam czekał, a Staszek w tym czasie sprawdzi, co się dzieje u poszkodowanych.

* * *

Wiadomości były złe. Robert ich okaleczył, a to nie spodoba się sędziemu.

– Będziesz musiał wyjechać na jakiś czas – powiedział Staszek. – Dzisiaj byłem na dworcu i kupiłem ci bilet z przesiadką do Paryża. Co dalej? Sam musisz zdecydować.

– Wiem, muszę wszystko przemyśleć. Będę miał na to czas w podróży. – Robert nawet w najgorszych snach nie przypuszczał, że może się zdarzyć coś takiego. To jakiś obłęd.

– Co zrobimy z mieszkaniem? – zapytał Staszek, który zawsze miał podejście prawnika i człowieka praktycznego.

– Nie miałem w nim szczęścia, sprzedaj je.

– A co z pieniędzmi? Może kupić drugie w innym miejscu?

– Dobrze, ale się nie spiesz. Mam jeszcze trochę czasu do wyjazdu, chciałbym się pożegnać z Janem.

Staszek spojrzał na Roberta, ale nic nie powiedział. Pożegnał się z nim i wyszedł z pokoju. Po drodze rozmyślał o swoim przyjacielu. Miał rację co do Ani i Roberta, ich uczucie zaczęło pomału nabierać rumieńców. Tak się cieszył z jego szczęścia, że też los nie był mu łaskawy. Dlaczego tak się dzieje, dlaczego właśnie on? Kolejna myśl przyszła mu do głowy, aż przystanął. Może los przeznaczył mu inną drogę życia? Czas pokaże.

Po jakiejś półgodzinie do pokoju hotelowego jak burza wpadł Jan.

– Panie Robercie, co się stało?! Byłem w pana mieszkaniu, ale drzwi były zamknięte. Zadzwonił pan Staszek i powiedział, że pan chce się ze mną widzieć. Byłem zdziwiony, że pan jest w hotelu.

– Proszę się uspokoić i powiedzieć mi, co z Anią.

– To pan nic nie wie?! Anię ludzie znaleźli na ulicy i powiadomili pogotowie. Teraz jest w szpitalu. Tylko zbieg okoliczności sprawił, że znajoma pielęgniarka miała dyżur. To ona nas powiadomiła, w jakim jest stanie.

Robert otworzył butelkę wody, nalał do szklanki i podał ją Janowi.

– Proszę to wypić i się uspokoić, a ja wszystko panu opowiem.

Zdał relację z całego zajścia, pomijając fakt, że okaleczył winnych całego wydarzenia.

– Ja tego majstra zwolnię. Traktowałem brygadę jak rodzinę, może za bardzo im wierzyłem. A to, co zrobił Ani jego syn… Znajdę i zabiję tego drania!

– Niech pan nie gada takich głupstw! Chce pan skończyć w kryminale? A co z rodziną? Oni pana potrzebują. Ania teraz wymaga opieki i wsparcia. Obawiam się, że potrzebny będzie też psycholog. Na zemstę przyjdzie czas. Mam dla pana radę jako dla szefa firmy. Każdy pracownik wiedział wszystko o każdym, plotkują potem u siebie w domach, bo skąd syn majstra wiedział, co się dzieje w moim mieszkaniu? Zwolnienie majstra nic nie da. Relacje w brygadzie powinny ulec zmianie. I jeszcze jedno, proszę dopilnować, by majster pokrył szkody, jakie wyrządził jego syn.

– Skąd pan tyle wie o ludziach i jak z nimi postępować?

– Byłem kapitanem na dużych kutrach rybackich i miałem do czynienia z różnymi ludźmi. I proszę, niech pan nie traci kontaktu z mecenasem, może jeszcze się panu przydać.

– Panie Robercie, bardzo pana przepraszam za siostrę.

– Co pan mówi! Ania jest ofiarą, i to bardzo przykre. Gdy dojdzie do siebie, to proszę ją ode mnie pozdrowić. Ma pan wspaniałą siostrę. Nie wiem, czy się jeszcze zobaczymy, ale nigdy nie wiadomo, więc życzę pana rodzinie wszystkiego dobrego i głowa do góry, będzie dobrze.

Na pożegnanie mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.

Robert zamówił taksówkę i pojechał na dworzec kolejowy. Tam wsiadł do pociągu relacji Warszawa-Paryż. Przeszedł do wagonu restauracyjnego i zjadł późny obiad. Następnie znalazł swoje miejsce, zagłębił się w fotelu i usnął. Spał prawie całą noc.

Obudził się nad ranem, wypił przyniesioną przez kelnera kawę i dopiero wtedy dotarło do niego, że tak naprawdę to nie wie, co dalej. W którą stronę świata się udać? Analizował wszystkie możliwości za i przeciw. Ale człowiek zawsze ciągnie do miejsc, które dały mu trochę radości i szczęścia. „Jadę na Alaskę” – z tym postanowieniem zrobiło mu się lżej na sercu. Pomyślał o Ani. Ma nadzieję, że szybko wyzdrowieje i zapomni o całym tym zdarzeniu. Jest młoda i to daje jej przewagę w walce z obecnym stanem psychicznym. Oby tak było.

W Paryżu wziął taksówkę na lotnisko i po dwóch godzinach leciał do Bostonu. Tam zatrzymał się na jeden dzień, a o poranku wyruszył do Vancouver. Myślał, że zostanie jakiś czas w Kanadzie, ale w porcie przypadkowo spotkał dobrego znajomego – kapitana dużego kutra, który wypływał za dwa dni na Alaskę.

– Robert, płyń ze mną – zachęcał. – Co tu będziesz robił? Tam masz znajomych i przyjaciół. Na pewno znajdziesz coś dla siebie.

– Ale kto zatrudni inwalidę?

– Nie mów takich głupstw, jesteś młody, całe życie przed tobą i zawsze lepiej być wśród swoich.

– Dobrze, o której mam być w porcie?

– Za dwa dni wypływamy, będę na ciebie czekał, a teraz zapraszam do pubu, wypijemy za spotkanie.

I tak Robert znów znalazł się w znajomym porcie i mieście Anchorage. To z tego portu wypływał dużymi kutrami na połów ryb i do tego portu wracał po skończonej zmianie. W tym mieście mieszkał i pracował, miał plany na przyszłość, ale znalazł się w nieodpowiednim czasie i miejscu. Przez to stał się inwalidą i wyjechał do Polski. Do głowy mu nie przyszło, że tak szybko tutaj wróci. Nie wiedział, co o tym sądzić.

Razem ze znajomym kapitanem poszli do pubu. Robert chciał w ten sposób podziękować kapitanowi kutra za darmowy rejs i za okazaną życzliwość. Kapitanowie zostali entuzjastycznie przywitani. Obaj byli lubiani przez marynarzy i jako ludzie, i jako szefowie, chociaż Robert potrafił być bezwzględny dla podwładnego, który na to zasługiwał. Zamówili piwo i rozmawiali o warunkach pracy na morzu, o łowiskach, których jest coraz mniej, o sztormach i tajfunach, bo z morzem nie ma żartów – to żywioł decyduje, kto przeżyje, a kto nie. Mimo to ludzie i tak ryzykowali od zarania dziejów. Tylko prawdziwi ludzie morza bez strachu, ale też z respektem dla wody, wyruszali w nieznane sobie strony.

Przy barze zaczęła się bójka. Brodaty mężczyzna walczył z dwoma marynarzami i dawał sobie z nimi radę. Po chwili obaj przeciwnicy leżeli na podłodze i wcale nie chciało im się wstać. Właściciel pubu się wściekał, bo rozbili duże lustro i połamali krzesła. Kazał całej trójce zapłacić za wyrządzone szkody. Dwaj marynarze od razu uregulowali zobowiązanie i wyszli z pubu, ale obcy nie miał tyle pieniędzy. Właściciel zagroził, że wezwie policję. Robert wstał od stolika i podszedł do niego.

– Ja zapłacę. To mój znajomy. Zapraszam do stolika.

Robert nigdy nie przypuszczał, że ten mały gest z jego strony zaważy na jego dalszym życiu.

– Robert, a niech cię! Teraz wiem, dlaczego ciebie lubią i poważają. Teraz ja stawiam! – powiedział kapitan. – Dla pana też piwo.

Mężczyzna się nie odezwał, więc marynarz poszedł po trzy piwa. Pili, nic nie mówiąc. Każdy rozmyślał o swoich sprawach, o dalszym życiu i o tym, co może go czekać w przyszłości. Naraz obcy powiedział: „Morgan” i nic więcej. Każdy się przedstawił i dalej pili w milczeniu. Po jakimś czasie kapitan wstał i się pożegnał. Robert i Morgan zostali sami. Żaden nie kwapił się do rozmowy. W pewnym momencie Morgan wstał i wyszedł bez słowa.

Właściciel pubu podszedł do stolika, przy którym siedział Robert.

– Znasz tego gościa, za którego zapłaciłeś? – zapytał.

– Nie, pierwszy raz go widzę.

– To jakiś dziwny człowiek, przychodzi do pubu, zamawia jedno piwo i godzinami tak siedzi, z nikim nie rozmawia, jest tu od miesiąca. Raz go zagadnąłem, ale popatrzył na mnie i nic nie powiedział.

– Może jest małomówny, ze mną też nie rozmawiał. Może to jakiś traper – powiedział Robert.

– Może masz rację. Poczekaj, ktoś mi mówił, że daleko w górach spotkali trapera z blizną na czole. Był sam. Gdy go zaczepili, to wyciągnął nóż, więc dali mu spokój. Dam głowę, że to ten sam człowiek.

Koniec wersji demo.

Epilog

Minęło kilkanaście lat. Przed domem zatrzymał się samochód, z którego wysiadła młoda kobieta. W podskokach wbiegła po schodach do domu, w holu spotkała majordomusa.

– Dzień dobry Jon, czy wiesz gdzie jest dziadek?

– Dzień dobry, Pan Morgan jest w ogrodzie – odpowiedział majordomus.

– Dziękuję – powiedziała pogodnie dziewczyna i już jej nie było.

Wbiegła na taras i zobaczyła swojego dziadka, który siedział w wiklinowym fotelu. Zawołała:

– Dziadku, dziadku!

Morgan podniósł głowę.

Jej długie blond włosy powiewały na wietrze, a promienie słoneczne rozświetlały fryzurę tak, że wyglądały z odległości jak aureola.

Podbiegła do Morgana i objęła go za szyję.

– Dziadku, zostałam przyjęta do Akademii Marynarki Wojennej. Rodzice już wiedzą – powiedziała radośnie.

– Pewnie nie są zachwyceni. Chcesz pływać na jakiejś łajbie? – odparł Morgan, ale w jego głosie słychać było dumę.

– Nie, chcę być kapitanem łodzi podwodnej! – powiedziała pewnym siebie głosem Kristi.

Morgan popatrzył uważnie na wnuczkę. Po chwili powiedział:

– Przed tobą długa droga.

– Wiem, ale sam mówiłeś: „ Jeżeli chcesz coś w życiu osiągnąć musisz być wytrwałym”. Chcę być kapitanem i będę! Szkoła to pierwszy krok – powiedziała dziewczyna.

– Tak, to prawda – odpowiedział mężczyzna. A w myślach dodał: „I trzeba mieć dużo szczęścia”.