Zabójcza sława - Jennifer Pearson - ebook + książka

Zabójcza sława ebook

Jennifer Pearson

3,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Słynna wokalistka nie żyje! Kto ją zamordował?

Blair Baker, światowej sławy gwiazda muzyki, zostaje zamordowana tuż przed długo wyczekiwanym koncertem w rodzinnym mieście. Jej młodsza siostra Stevie uświadamia sobie, że ma tylko jedną szansę, by odkryć, kto za tym stoi.

Rzecz w tym, że już raz przez to przechodziła. Poświęciła wiele, by poznać tożsamość człowieka, który skrzywdził osobę bliską jej sercu – ale wtedy była jeszcze dzieckiem. Tym razem nie odpuści.

Próba znalezienia odpowiedzi na pytanie o śmierć Blair szybko przeradza się w niebezpieczną grę. Stevie odkrywa niewygodne rodzinne sekrety, mimo że komuś bardzo zależy, by nie wyszły na jaw. Czy jest gotowa stanąć twarzą w twarz z brutalną rzeczywistością?

Trzymający w napięciu thriller młodzieżowy pełen zwrotów akcji i złożonych postaci, którym będziecie kibicować do ostatnich stron!

Przeczytaj, jeśli lubisz:

• "Przewodnik po zbrodni według grzecznej dziewczynki" Holly Jackson

• "Genialne umysły" z serii "The Naturals" Jennifer Lynn Barnes

• "Obsesję" Natashy Preston

• "To nie moje imię" Megan Lally

W tym trzymającym w napięciu thrillerze o wielowarstwowej fabule śledztwo przeradza się w obsesję, gdyż młodsza siostra brutalnie zamordowanej gwiazdy popu nie cofnie się przed niczym, by odnaleźć zabójcę.

PUBLISHERS WEEKLY

SUGEROWANY WIEK: 15+

Jennifer Pearson – w przeszłości pracowała jako nauczycielka, a dziś spełnia się jako pisarka. Mieszka w północno-wschodniej Anglii z dwoma żywiołowymi synami i niemal równie energicznym mężem. Jest autorką kilku powieści dla dzieci w wieku szkolnym, które opublikowała jako Jenny Pearson. Jej książki były nominowane do nagród, takich jak Costa Children’s Book Award i Waterstones Children’s Book Prize. Zdobyła prestiżowe wyróżnienie Lollies (Laugh Out Loud Book Awards). Gdy nie pisze, to najczęściej uprawia sport albo kompulsywnie ogląda seriale true crime, pochłaniając przy tym zatrważające ilości sera.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 567

Data ważności licencji: 7/29/2030

Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AgataMajk

Całkiem niezła

Całkiem ok
00



Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginałuDrop Dead Famous

Projekt okładkiSimon & Schuster UK Ltd

Adaptacja okładkiNATALIA TWARDY

Fotografia na okładce© 2026 ADOBE STOCK

Koordynacja projektuŁUKASZ CHMARA

Opieka redakcyjnaANNA HEINE

RedakcjaDAGMARA ADWENTOWSKA

KorektaSARA SZULC-PRZEWODOWSKA

Redakcja technicznaLOREM IPSUM – Radosław Fiedosichin

Copyright © 2026 J C Pearson Author Ltd

Polish edition © Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.

ISBN 978-83-271-7153-5

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Mojej cudownej i zabójczo błyskotliwej siostrze, Caroline.

Jeśli kiedykolwiek zostałabym zamordowana,

jestem pewna, że wytropiłabyś sprawcę.

1

Stevie Baker zaparkowała przy boisku do futbolu pod swoim liceum i podniosła wzrok na siostrę – mierzącą całe sześć metrów. Minął ponad rok, odkąd ostatni raz widziała Blair. Teraz przed nią wyrosła. Olbrzymia, dwuwymiarowa piękność.

Billboard, przedstawiający blondwłosą zdobywczynię platynowej płyty, laureatkę nagrody Grammy, określaną mianem międzynarodowego objawienia muzycznego, prawdopodobnie widać było z drugiego końca miasta. Blair – najbardziej rozpoznawalny produkt eksportowy Honeyville, lepszy nawet od tradycyjnego – jak nazwa miasta może sugerować – miodu. Pozuje w mundurku licealnej orkiestry, a raczej w jego bardziej efekciarskiej odsłonie: kozakach do połowy uda i czaku wysadzanym cyrkoniami. Słowa Homecoming Tour oświetlały ją z każdej strony. Z błyszczących, czerwonych ust wystawał różowy język.

Bardziej w stylu Blair się nie dało. Frank Baker, tata Stevie, poklepał ją po ramieniu i potrząsnął nią energicznie.

– Robi wrażenie, co, Niedźwiadku?

Faktycznie, trudno byłoby się nie zgodzić.

Pięć lat temu, tuż przed ukończeniem szesnastu lat, Blair wkroczyła ze swoją gitarą na scenę programu America’s Next Icon i z dnia na dzień z ciemności – albo nawet ciemnogrodu, jakim jest Honeyville – przeniosła się w światła reflektorów z całego kraju. Stevie pomyślała sobie, że start trasy Blair w ich rodzinnym mieście miał wyraźnie wizerunkowy charakter, ale w pozytywnym sensie. Blair niebawem skończy dwadzieścia jeden lat, czyli osiągnie pełnoletność, a ten koncert będzie jej imprezą urodzinową. Trzydniową, od pierwszego do trzeciego czerwca.

Zaproszeni są wszyscy. Pod warunkiem, że kupią bilet.

Frank uścisnął Stevie za ramię.

– Mia byłaby zachwycona.

Stevie zdusiła nagły napływ nostalgii.

– Zdecydowanie.

W tym momencie podeszła do nich Marnie Baker. Wymownym gestem uniosła w górę wypielęgnowane dłonie.

– Co ona ma z tym językiem? Mogłaby się przecież uśmiechnąć. Ma taki piękny uśmiech. Kto chce oglądać jej jęzor?

– To jej znak rozpoznawczy, mamo – odparła Stevie.

Mimo że w gruncie rzeczy była to słuszna uwaga. Stevie też niespecjalnie lubiła oglądać język siostry, a już zwłaszcza gdy rozmiarem przypominał materac do pływania.

Obok nich przebiegła grupa rozwrzeszczanych dziewczyn z pierwszej klasy. Ścigały się w kierunku nieustannie wydłużającej się kolejki do prowadzących na stadion bramek obrotowych. Każda z nich miała na sobie inną wersję tego samego stroju – cekinową spódniczkę, kowbojki, a na przedramionach – bransoletki przyjaźni i brokat. Ogromną ilość brokatu. Ktoś z kolejki wyciągnął głośnik i okrzyki radości ustąpiły spontanicznemu grupowemu karaoke największego przeboju Blair – Broken Roots and Burned Bridges1.

W oczach Franka pojawił się niepokój. Marnie nie przepadała za tym kawałkiem. A ściślej mówiąc, w domu Bakerów panował absolutny zakaz puszczania czy choćby wspominania tego tytułu, ponieważ opowiadał o apodyktycznej matce pijaczce. Marnie może i lubiła od czasu do czasu uraczyć się kieliszkiem wina lub margarity, ale do alkoholiczki było jej daleko. A przynajmniej do tej sportretowanej w singlu, która stoi przed domem i wrzeszczy na koty. Blair utrzymywała, że kobieta z piosenki to wytwór jej wyobraźni, ale nie wpływało to na stopień naburmuszenia Marnie. Poza tym Stevie lubiła puszczać ten kawałek na pełny regulator domowych głośników za każdym razem, kiedy pokłóciła się z matką. A to zdarzało się coraz częściej.

Marnie otworzyła puderniczkę i przeczesała włosy grzebieniem.

– Frank, którędy do wejścia dla VIP-ów? – Nie dając mu ani chwili na odpowiedź, dodała: – Powinieneś pozwolić Blair wysłać po nas samochód. Dlaczego upierałeś się, żeby tego nie robiła? – Następnie: – Dobrze wyglądam w tym garniturze? Czy lepiej by mi było w niebieskim? Mogłam założyć niebieski. Dlaczego nie powiedziałeś, że niebieski ładniej się prezentował?

Frank zdawał się zastanawiać, na które pytanie odpowiedzieć w pierwszej kolejności, kiedy uratowało go wołanie:

– Państwo Baker?

Był to Hilton Moore, czołowy dziennikarz Hollywood, specjalizujący się w wywiadach z gwiazdami. Stevie natychmiast go rozpoznała. Ciemne, sięgające ramion, falowane włosy. Zbyt obcisły garnitur. Nieproporcjonalnie duża szczęka. Stevie przyznała w duchu, że nie można mu odmówić urody, pomimo dojrzałego wieku. Pewnie niedługo stuknie mu czterdziestka.

Szedł w ich stronę szybkim, pewnym krokiem, zębami naprzód, oślepiając ich bielą. W dłoni trzymał mikrofon. Za nim kamerzysta z trudem próbował dotrzymać mu tempa. Stevie wydała z siebie mimowolny pomruk, bo Hilton w jej oczach prezentował się jak zwyczajny palant. To on napisał te bzdury o Halu.

Marnie zmusiła się do szerokiego uśmiechu i wymamrotała:

– Atakujemy urokiem, ludzie. Dostanie od nas jedynie Happy Family.

Stevie spojrzała na nią z powątpiewaniem.

– Uśmiechamy się, dalej! – syknęła Marnie, po czym przeniosła wzrok ze Stevie na Franka. – A nie mówiłam, że będą kamery? Ostrzegałam, żebyście ubrali się elegancko, ale czy wy mnie kiedykolwiek słuchacie?

Tata Stevie wygładził przód koszuli.

– Nam się tam krata podoba. – Frank puścił oczko do córki. – Można by pomyśleć, że się umówiliśmy!

Na twarzy Stevie pojawił się delikatny uśmiech. Tak, ona też miała na sobie tartan. Nie dopuściłaby do tego zgrania wzorów, gdyby nie fakt, że przyszła tu prosto z siłowni i nie wzięła żadnych innych ubrań.

– Panie Moore! – zawołała Marnie.

Stevie postanowiła trzymać się na uboczu i schowała się za tatą, żeby nie musieć uczestniczyć w tej rozmowie.

– Pani Baker, wygląda pani absolutnie promiennie – stwierdził Hilton, pochylając się, żeby ucałować powietrze przy obu policzkach Marnie. – I ten żółty! Bardzo w nim pani do twarzy!

– To Pantone dwanaście, olśniewający kanarkowy – wyszeptała Stevie.

Frankowi wymsknęło się parsknięcie, które próbował zamaskować kaszlnięciem.

– Czaruś – stwierdziła żartobliwie Marnie, poklepując Hiltona po ramieniu. – Jak ci się podoba Karolina Południowa?

– Jest bardzo urokliwa. Całe miasto pachnie smażonym ciastem i wodą z jeziora. A wczoraj w hotelu zjadłem najlepsze krewetki z kaszą gryczaną w życiu – powiedział Hilton, po czym wyciągnął rękę w kierunku Franka. – Panie Baker.

Frank z wyraźną niechęcią uścisnął dłoń Hiltona.

– Dodam tylko, że pan również wygląda promiennie!

Tym razem Stevie nie zdołała powstrzymać parsknięcia.

„Promiennie” to przysłówek, którego zdecydowanie nie użyłaby, opisując swojego tatę. „Niezawodny”, „solidny” – już prędzej. Prawdziwy ojciec, żeby nie powiedzieć „typowy”.

Frank wyglądał na lekko przerażonego.

– Promiennie?

– To ta krata – wyszeptała Stevie.

– No może z pominięciem tej śliwy – stwierdził Hilton, przechylając głowę. – Ktoś podbił panu oko, panie Baker? Jak to się stało?

– Frank pomaga w świetlicy środowiskowej imienia Aarona Taylora – odpowiedziała pospiesznie Marnie, wyraźnie zmartwiona, że Hilton mógłby zasugerować swoim czytelnikom, że ojciec Blair Baker szwenda się po mieście i wszczyna burdy.

– Aaron Taylor... – powtórzył Hilton. – Już gdzieś słyszałem to nazwisko. Tylko gdzie?

Stevie rzuciła tacie zmartwione spojrzenie. Był to dla niego trudny temat, ponieważ przybył na miejsce zdarzenia jako jeden z pierwszych funkcjonariuszy.

Marnie położyła dłoń na sercu.

– To właśnie on, biedaczysko, został zamordowany cztery lata temu w Dzień Niepodległości. Frank po przejściu na emeryturę chciał w jakiś sposób pomóc lokalnej społeczności, więc podjął w świetlicy wolontariat.

– I mam rozumieć, że któraś z odwiedzających to miejsce osób stoi za tym podbitym okiem, tak? – zapytał Hilton.

Frank machnął lekceważąco ręką.

– To nic takiego. Wpadłem między kilku awanturujących się chłopaków. Niektórzy potrafią być nieco zbyt żywiołowi.

Hilton rzucił mu jeden ze swoich uśmiechów.

– Nie wątpię! Ale ja nie jestem tu po to, by rozmawiać o trudnej młodzieży...

– A czy istnieje nietrudna młodzież? – wtrąciła Stevie.

Hilton przeniósł na nią wzrok.

Wybornie. Teraz pewnie będzie musiała z nim rozmawiać. Mogła trzymać jadaczkę na kłódkę.

– O, proszę! Nie zauważyłem cię! – Hilton przycisnął dłoń do klatki piersiowej, z miną do złudzenia przypominającą zaskoczenie. Stevie może i nie należała do najwyższych, zwłaszcza w porównaniu do Blair, ale zdecydowanie nie była przezroczysta. – A ty to kto? – zapytał, przysuwając mikrofon do jej ust.

Mimo że miała osiemnaście lat, mówił do niej jak do przedszkolaczki.

Przeniosła wzrok z mikrofonu na Hiltona.

– A ja jestem Stevie. – Jej ton celowo wyrażał entuzjazm, zupełnie nie pasował do gniewnego spojrzenia.

– Młodsza siostra! – Hilton wyrzucił ręce w górę. – No przecież!

– No, młodsza siostra.

Oczywiście rozpoznana przez pryzmat starszej, bo jakżeby inaczej.

– Nie poznałem cię! – Hilton zaśmiał się i pokręcił głową. – Niesamowite, jesteś zupełnie niepodobna do Blair!

Stevie słyszała to bardzo często. Blair miała sto siedemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, była szczupła i blondwłosa. Natomiast Stevie mierzyła sto sześćdziesiąt centymetrów, miała sylwetkę gimnastyczki i ciemne włosy.

Łączyły je jedynie jasnoniebieskie oczy.

– Musicie być bardzo podekscytowani tym, że Blair rozpoczyna dziś wieczorem nową trasę koncertową. I to w swojej starej szkole, w rodzinnym mieście!

Marnie entuzjastycznie skinęła głową – może trochę zbyt entuzjastycznie, pomyślała Stevie.

– Bardzo, ale to bardzo! Jak wszyscy w Honeyville. Całe miasto od miesięcy nie mówi o niczym innym. Blair jest dla nas wielkim powodem do dumy.

„Powód do dumy” nie pojawił się wśród licznych określeń, których Marnie użyła w odniesieniu do córki, kiedy ta ostatnio zaszczyciła ich swoją obecnością. Męcząca, jęcząca, niezorganizowana... Odwiedziny Blair zawsze wiązały się z potencjalnymi łzami, napadami złości czy rodzinnymi awanturami. To prawda, co mówią ludzie, że sława zmienia człowieka. Ale sława nie tylko zmieniła Blair, ale także odebrała ją rodzicom.

Tak więc Marnie nie oszukiwała – byli dumni z Blair. Ale dumę tę przysłaniał smutek.

– Wspaniale ponownie widzieć ją na scenie po kolejnej przerwie!

Hilton w irytujący sposób podkreślił słowo „kolejna”. Sześć miesięcy temu Blair trafiła do lekarza. Oficjalna wersja – w którą Marnie rozpaczliwie chciała wierzyć – głosiła, że wyjechała do ośrodka spa, żeby odpocząć i zregenerować siły. Krążyły jednak plotki, że znów znalazła się na odwyku.

Mężczyzna obniżył głos.

– Domyślam się, że był to dość ciężki emocjonalnie czas? – Uśmiech dziennikarza ustąpił minie pełnej troski ciekawości. – Czy utrzymanie dobrych relacji rodzinnych nie bywało... wymagające?

Stevie przeniosła wzrok z taty na mamę. Jak zamierzają odnieść się do tego pytania? Podskoczyła, gdy Marnie wydała z siebie tubalny, wymuszony śmiech.

– A w której rodzinie nie ma drobnych nieporozumień? Mimo to radzimy sobie. Całkiem nieźle. Lepiej niż nieźle!

Był to występ z tych raczej bezoscarowych.

– Cudownie to słyszeć. – Hilton wyraźnie nie uwierzył w ani jedno jej słowo. – To znaczy, że Hal pojawi się na koncercie? – Rozejrzał się, jakby chciał dodać: „bo jakoś go nigdzie nie widać”.

– Oczywiście! – Marnie mimowolnie uniosła głos. Odchrząknęła, zreflektowała się i dodała: – Za nic by tego nie przegapił!

Przyrodni brat przekazał Stevie zgoła inną wersję.

– Wybacz, Hiltonie, musimy się zbierać – powiedział Frank, położywszy rękę na plecach Marnie, żeby zasygnalizować, że czas już iść.

Stary dobry Frank. Do perfekcji opanował umiejętność ratowania mamy Stevie z różnego rodzaju opresji. Zapobiegł wielu publicznym konfrontacjom. Jedna z nich miała miejsce w Targecie, w alejce z sezonowymi dekoracjami, gdzie Marnie dopadła pedagoga szkolnego Stevie. Pan Hassell pozostawał w błogiej nieświadomości, jak niewiele brakowało, by jedna z ozdobnych dyń wylądowała na jego głowie.

– Wydaje mi się, że widzę Bex Lyons – kontynuował Frank. – Ma zaprowadzić nas na nasze miejsca.

– Faktycznie! – wykrzyknęła Marnie, rozglądając się w poszukiwaniu najkrótszej drogi ucieczki. – To pani Lyons! Pani Lyons!

Bex była asystentką menedżera Blair. Przynajmniej tak uważała Stevie. Możliwe, że pełniła również funkcję ochroniarki. Była niską, przysadzistą kobietą o bladej cerze, włosach przystrzyżonych przy samej skórze. Otaczała ją aura osoby, z którą lepiej nie zadzierać. Teraz przyglądała im się zza okularów przeciwsłonecznych. Na jej twarzy nie napiął się nawet jeden mięsień. Pozostawała niewzruszona na widok wrzeszczącej do niej kobiety w zwiewnym żółtym garniturze.

– Musimy lecieć! – Marnie ruszyła zdecydowanym krokiem, zostawiając Hiltona i jego mikrofon w tyle.

– Tato, a Hal serio przyjdzie? – zapytała Stevie, gdy ruszyli za mamą.

– Nie wiem. Wydawało mi się wcześniej, że widziałem jego furę, ale chyba po prostu chciałem ją zobaczyć – odpowiedział Frank. – Mama próbowała go przekonać, żeby się pojawił, ale powiedział, że jest za stary na koncerty.

Stevie uniosła brwi. Hal miał tylko trzydzieści trzy lata, więc oboje doskonale wiedzieli, że powód był inny. Tak naprawdę Hal nadal w pełni nie przebaczył Blair tego, że kilka lat temu „sprzedała” prasie jego historię.

– Być może Annie udało się go namówić. Powiedziała mi, że ona postara się przyjść, nawet bez Hala – dodał Frank.

Hala nie będzie. Nie po katastrofalnej kolacji powitalnej, która miała odbyć się poprzedniego wieczoru. Jednak Blair wysłała im olbrzymi bukiet kwiatów z wiadomością, że musi dłużej zostać w pracy. Hal był – delikatnie mówiąc – wściekły. Annie, jak na dobrą żonę przystało, próbowała go uspokoić, ale nawet jej zwykle niezawodny pozytywny wpływ tym razem nie zadziałał. Stevie rozumiała jego reakcję. Hal przyszedł, gotowy, by w końcu poukładać sprawy z Blair, i zabolało go, że ona nawet nie raczyła się pojawić.

Blair wysłała Stevie wiadomość. Pierwszą od czterech miesięcy, jeśli wierzyć telefonowi, z wyraźną prośbą o załagodzenie sytuacji.

Proszę, zrozum. Powiedz wszystkim, że jest mi bardzo przykro, ale to naprawdę bardzo ważne. Nie mogę tego teraz wyjaśnić, ale uwierz mi, mam ku temu powód.

Jak zwykle, przekaz był przesadnie dramatyczny i najpewniej wyssany z palca. Naprawdę mam dobrą wymówkę, ale nie mogę żadnej naprędce wymyślić, więc zapchaj się tym bełkotem.

Stevie odesłała krótką odpowiedź:

Jasne. Luzik.

Uznała, że bez sensu jest się w to zagłębiać.

– Państwo Baker... – Bex nieznacznie zsunęła okulary przeciwsłoneczne, żeby przyjrzeć się Stevie. – I... siostra, jak mniemam?

Ponownie wypowiedziane z dozą zaskoczenia, mimo że Bex do tej pory co najmniej dwa razy widziała się ze Stevie. Z drugiej strony, miało to miejsce już jakiś czas temu.

Ze stadionu dały się słyszeć pierwsze dźwięki utworu. Zespół supportujący, Dime a Dozen, rozpoczął koncert. Wśród ludzi wciąż czekających w kolejce poniósł się pomruk zniecierpliwienia.

– Macie akredytacje? – warknęła Bex.

Stevie wzdrygnęła się na to pytanie. Wow. Ta to dopiero jest czarująca.

Marnie zaczęła gorączkowo przeszukiwać torebkę. Kolejno podała Stevie olbrzymi pojemnik lakieru do włosów, garść paragonów i kanapkę z indykiem owiniętą folią spożywczą, po czym w końcu wyciągnęła trzy smycze z VIP-owskimi wejściówkami.

– Ta-da! – krzyknęła triumfalnie.

Bex pozostała niewzruszona.

– Załóżcie je, proszę. Przeprowadzę was przez kontrolę bezpieczeństwa i wskażę wasze miejsca.

Bex poprowadziła ich na sam początek kolejki, gdzie ochroniarz z obojętnym wyrazem twarzy patrzył na rozentuzjazmowaną fankę Blair Baker, która błagała, żeby pozwolił jej wejść na backstage.

– Rany boskie! Czy ta dziewczyna ma na sobie kostium kąpielowy? – Marnie szepnęła na tyle głośno, że usłyszeli ją wszyscy w promieniu dziesięciu metrów.

Był to naprawdę wyjątkowy outfit. Fioletowy kombinezon z frędzlami biegnącymi wzdłuż tułowia i rękawów oraz srebrne kowbojki.

Stevie wszędzie rozpoznałaby te blond włosy i absurdalną ilość błyszczyka. Colby Green nieco ponad dwa lata temu, w połowie pierwszej klasy, przeniosła się z East Side High do Honeyville. Kiedy dowiedziała się, że siostra Blair Baker jest w jej wieku i chodzi do tej samej szkoły, przez cały semestr nie dawała jej spokoju. Stevie próbowała wszystkiego, żeby na nią nie trafić, ale gdy dziewczyna pewnego dnia podczas przerwy obiadowej zaczepiła ją w toalecie, uznała, że dłużej tego nie zniesie. Była w połowie sikania, kiedy padło pytanie, czy Blair zgodziłaby się na live’a na fanpage’u. Stevie kazała Colby się odwalić albo załatwi jej zakaz wstępu na wszystkie koncerty Blair aż po grób. Po tej groźbie wreszcie odzyskała spokój.

Jednak tym razem Colby nie wyglądała, jakby zamierzała tak łatwo odpuścić. Frędzle latały wściekle we wszystkie strony, kiedy machała telefonem przed twarzą ochroniarza.

– Jestem jej największą fanką! Proszę spojrzeć! Prowadzę fanpage Blairites! Ja...

– Nie wejdziesz na backstage. Nawet jeśli masz na dupie tatuaż z jej imieniem.

Stevie starała się nie okazywać przesadnej radości, wyprzedzając Colby, ale poczuła się dzięki temu trochę ważna. Może jednak bycie siostrą supergwiazdy miało swoje zalety.

Stevie i jej rodzice pokazali swoje przepustki ubranej w kamizelkę odblaskową kobiecie, która rzuciła do nich:

– Nazwiska.

– Pani Marnie, przez „ie”, Baker. – Mama powiedziała to donośnie i z powagą, co sprawiło, że kilka osób z kolejki zaczęło szeptać między sobą:

– To mama Blair?!

Ojciec Stevie pochylił się i odchrząknął.

– Frank Baker.

Kobieta odhaczyła imiona rodziców, ale zatrzymała się nad imieniem Stevie i ściągnęła brwi.

– Stevie Baker? Hmm... – Stuknęła długopisem w podkładkę. – Masz może jakiś dokument?

– Zostawiłam w aucie. – Policzki Stevie zapłonęły czerwienią. Czy naprawdę nie zostanie wpuszczona na koncert własnej siostry? To musiała być karma za to, że zachowała się tak bufonowato.

– Jakiś problem, Janie? Ci państwo to rodzina Blair – wtrąciła się Bex.

Janie niezdarnie przełożyła podkładkę z ręki do ręki.

– Ależ skąd, pani Lyons.

Bex wykonała zachęcający gest ręką.

– Zapraszam za mną.

Marnie skinęła śpiesznie głową, posyłając Janie spojrzenie mówiące „miałaś jedno zadanie, słońce”.

Stevie usłyszała zza pleców wrzask. Colby i jej frędzle stawały się coraz bardziej ożywione.

– Mam paść na kolana i błagać? – zapytała Colby.

Marnie cmoknęła z niezadowoleniem.

– Niezła aferzystka!

– Mogę ci od niej załatwić takie wdzianko, Marnie – powiedział Frank, klepiąc ją żartobliwie po tyłku.

Fuj. Stevie nie chciała tego słuchać.

Marnie przewróciła oczami.

– Zachowuj się, Frank.

Kiedy Bex wyprowadziła ich na płytę, Stevie z wrażenia wzięła głęboki oddech. Trybuny były prawie pełne. Słyszała, że sprzedano dziesięć tysięcy biletów, a rozejrzawszy się wokół, uwierzyła w te pogłoski.

Stadion zmienił się nie do poznania. Machina produkcyjna Blair Baker przybyła do miasta w chwili, gdy uczniowie Honeyville High zaczęli wakacje. W ciągu niecałych dwóch tygodni zbudowano ogromną scenę na północnym krańcu boiska, idealnie na wprost centrum sportowego. Wybudowano kilka zadaszonych przejść, aby umożliwić dostęp do sceny. Murawę wyłożono specjalną nawierzchnią ochronną, a trybuny wyposażono w dodatkowe siedzenia, aby pomieścić więcej widzów.

Marnie była w siódmym niebie. Gdy tylko wypatrzyła kogoś znajomego, kiwała, machała lub posyłała entuzjastyczne okrzyki, po czym przypominała Frankowi, kto to.

Byli tam również niektórzy koledzy i koleżanki z dawnej klasy Stevie. Koncert zaplanowano jako inaugurację uroczystości związanych z zakończeniem roku szkolnego. Następnego dnia wyruszali do Folly Beach na tydzień plażowania. Niby została zaproszona, ale uważała, że nie powinna jechać. Nie czuła, że ma prawo świętować, bo nie kończyła jeszcze liceum. Chodziła z nimi do tego samego przedszkola i podstawówki, ale po tym, co wydarzyło się z Mią, narobiła sobie zaległości w nauce i musiała powtarzać pierwszą klasę. Ich drogi się rozeszły – z jej winy – czego była całkowicie świadoma. Żałowała, że sprawy nie potoczyły się inaczej.

– Mamy tu całe Honeyville w komplecie! – powiedział Frank, podczas gdy Stevie przyglądała się swoim kolegom i koleżankom zmierzającym w kierunku trybuny wschodniej. – Wszystko okej, Niedźwiadku? Możesz do nich dołączyć, jeśli chcesz.

Stevie posłała mu wymuszony uśmiech.

– Że niby miałabym zostawić mojego ziomka od kraty samego? – odpowiedziała, szturchając go w ramię. Spojrzała raz jeszcze w ich kierunku, potem z powrotem na niego. Dostrzegła zatroskanie w jego oczach i uśmiechnęła się, tym razem szczerze.

– Naprawdę się nie martw, tu mi dobrze.

Bex Lyons poprowadziła ich na przód stadionu i w górę po schodach trybuny znajdującej się tuż obok sceny. Przesuwali się wzdłuż rzędu w kierunku swoich miejsc, a Marnie, zupełnie nieświadomie, okładała torebką każdą mijaną osobę. Widownia pękała w szwach, tłum ubranych w cekiny fanów w dużej mierze nie przejmował się występującym właśnie supportem, który, mimo braku zainteresowania, nie tracił animuszu. Maskotki koncertu, gigantyczne misie w strojach drużyny futbolowej Honeyville High, klaskały w łapki, próbując rozbudzić entuzjazm.

– Najlepsze miejsca! – ocenił Frank, zacierając ręce, gdy dotarli na środek swojego rzędu.

– Miejmy nadzieję – odparła Marnie, zajmując miejsce z niemalże królewską gracją. Kiwała przy tym głową i uśmiechała się do nieznajomych, którzy wyraźnie nie mieli pojęcia, kim ona jest. Stevie spojrzała na puste miejsce obok siebie, po czym przeniosła wzrok na Bex. Czyżby musiała spędzić ten wieczór z nią u boku? To dopiero byłoby radosne przeżycie...

– Tu usiądzie Gunner Trip – powiedziała Bex.

I Bogu dzięki. Chwila. Ten Gunner Trip?

– Dołączy do was później – poinformowała ich Bex, patrząc już w innym kierunku. – Dam ci swój numer, na wypadek gdybyś chciała się ze mną skontaktować. – Stevie podała jej swoją komórkę, żeby mogła wpisać kontakt. – Muszę wracać na backstage. Mnóstwo pracy. Dobrej zabawy. Podczas tej trasy koncertowej przesuwamy wszystkie granice. Zobaczycie zupełnie inną, dorosłą Blair.

W przesuwaniu granic to akurat Blair nie miała sobie równych. W przypadku Hala oznaczało to doprowadzenie go na skraj wytrzymałości, skąd następnie zepchnęła go jednym ruchem.

Marnie szturchnęła Stevie łokciem w bok i powiedziała bezgłośnie: „Gunner Trip”, a jej oczy błyszczały dzikim podekscytowaniem. Stevie udawała, że nic się nie dzieje. Ale to, że miał przyjść i usiąść obok nich, było faktycznie całkiem ekscytujące.

Gunner Trip grał jako obrońca w drużynie Titansów. Stał się bohaterem narodowym po występie w Tańcu z Gwiazdami. I chłopakiem Blair, na to wygląda. Tylko wygląda, bo zgodnie z prawem ustanowionym przez Marnie Baker status chłopaka pozostaje niepotwierdzony, dopóki nie pozna go ktoś z rodziny. Zapowiadało się jednak, że wkrótce się to zmieni.

– Frank, słyszałeś? Gunner Trip! – krzyknęła Marnie, po czym poderwała się na nogi i pacnęła Stevie w kolana.

– Stevie, zamień się ze mną miejscami!

Stevie ledwo zdążyła się przesunąć, kiedy Marnie rzuciła się na jej siedzenie.

– Gunner Trip! – powtórzyła Marnie, podnosząc ramiona i zacierając ręce.

Stevie nie znała jeszcze tego chłopaka, a już było jej go żal.

Usiadła na swoim nowym miejscu i rozejrzała się dyskretnie wokół. Może w loży VIP-ów znajdowały się jeszcze inne gwiazdy. W rzędzie poniżej siedział jakiś starszy pan z dziewczyną, która prawdopodobnie była jego córką. Stevie wydawało się, że go zna – może jakiś aktor? Dopiero, gdy się obrócił, zdała sobie sprawę, kim był. Kirk Tyler, menedżer Blair. Stevie nigdy nie poznała go osobiście, ale miała go za dupka od dnia, w którym Blair ominęła trzynaste urodziny Mii, ponieważ Kirk kazał jej występować w jakimś centrum handlowym. Status dupka został potem potwierdzony w całej rozciągłości, kiedy w zeszłym roku Blair nie pojawiła się na żadnym czuwaniu dla Mii z powodu „zobowiązań zawodowych”.

Jego wzrok padł na Stevie, a potem przesunął się na Franka i Marnie. Podniósł rękę w geście powitania. Marnie mu odmachała, a Frank skinął głową. Stevie odwróciła się w poszukiwaniu kogoś, kogo jeszcze mogłaby rozpoznać. Dwa rzędy dalej zauważyła aktora Todda Richardsa w towarzystwie supermodelki Ashy Deacon, która scrollowała telefon z posępną miną. Prawdopodobnie dlatego, że po jej drugiej stronie siedział Pogodynek Stan, lokalny meteorolog. Wyglądał na wyraźnie podekscytowanego – Stevie przechyliła głowę – i tak, był lekko dziabnięty. W rzędzie pod nim znajdowali się członkowie K-popowego zespołu KP1 i Roddy Ripper, niedawno emerytowany mistrz Ultimate Fighting Championship.

To zdumiewające, że wszyscy ci ludzie pofatygowali się do zapyziałego, liczącego pięć tysięcy mieszkańców Honeyville.

Support zdążył zejść ze sceny, a Gunner Trip nadal się nie pojawił. Marnie przestała wzdychać z rozczarowania, dopiero gdy zgasły światła i stadion pogrążył się w ciemności.

Wtedy na ogromnym ekranie wyświetliły się dwie twarze, a pod nimi napis: „W hołdzie tym, którzy odeszli”.

Stevie wciągnęła powietrze tak szybko, że prawie się zakrztusiła, a na stadionie zapadła pełna napięcia cisza.

Aaron Taylor i Mia.

Co to miało znaczyć?

Aaron miał poważną minę i kurtkę drużyny East Side High na sobie. Jego włosy o kolorze brudnego blondu były krótko przystrzyżone po bokach i lekko potargane na czubku. Jego kanciasta twarz zastygła w niemal surowym wyrazie, a intensywnie zielone oczy wpatrywały się w tłum. Stevie poznała jego przybranych rodziców, Marvina i Glorię Thompsonów, w świetlicy środowiskowej, którą odwiedzała z tatą, ale jego samego – nigdy. Aaron był przystojnym chłopakiem, lecz w jego oczach krył się smutek.

W przeciwieństwie do Mii, która zarażała uśmiechem przez piksele. To zdjęcie zrobił Hal podczas rodzinnego wyjazdu Bakerów, latem, kiedy skończyła dwanaście lat. Tuż przed pstryknięciem powiedział coś żenującego, typu: „dzwoniło do mnie słońce, żeby się poskarżyć, że je przyćmiewasz”, więc jej uśmiech był szeroki i całkowicie naturalny. Miała na sobie białą sukienkę, a na jej nadgarstku błyszczała bransoletka z zawieszkami. Blond włosy o piaskowym odcieniu były związane w kucyk, a jej zwykle blada cera nabrała blasku opalenizny. Zdjęcie to pochodziło z prywatnego archiwum rodziny i Stevie wiedziała, że nie zostało przekazane mediom.

Z głośników rozbrzmiał głos Blair:

– Honeyville dwukrotnie dotknęła tragedia. Dziś cała nasza społeczność łączy się w pamięci o Aaronie i Mii.

Stevie zwróciła się do mamy.

– Wiedziałaś o tym? – wyszeptała.

Marnie potrząsnęła głową ze łzami w oczach.

Stevie następnie zwróciła się do taty, który również wyglądał na wstrząśniętego.

– Jestem pewien, że twoja siostra ma dobre intencje...

Dobre intencje? Ona żerowała na bólu miasta.

Całe szczęście, że Hal nie przyszedł.

Fajerwerki wystrzeliły wysoko w nocne niebo, głośno eksplodując na żółto i czerwono – w barwach Honeyville High. Tłum wybuchnął okrzykami zachwytu, a następnie po trybunach poniósł się głos.

Jednak Stevie nie mogła zapomnieć o tym, co właśnie zobaczyła.

Blair powinna ich ostrzec. Powinna zapytać.

Ostatnia petarda eksplodowała z okropnym hukiem. Następnie na stadionie zapadła cisza, a powietrze zgęstniało od napięcia.

– WRÓCIŁAM, BITCHES! – Głos Blair poniósł się po widowni.

– Ach, ta twoja siostra, kulturalna jak zawsze – rzucił Frank w kierunku Stevie w celu rozluźnienia atmosfery.

Wrzaski i okrzyki radości wstrząsały stadionem. Wszyscy wstali z miejsc. Scena wypełniała się dymem, po którym tańczyły światła. Następnie rozległy się głośne dźwięki gitary elektrycznej, które wprawiły żebra Stevie w drżenie.

Krzyki przybrały na sile, niemalże granicząc z histerią.

– HO-HO-HONEYVILLE – ponownie rozległ się głos Blair.

Światła błyskały coraz szybciej, a przez dym przebijała się platforma.

Na niej spoczywała siostra Stevie. Jej opalone nogi zwisały poza krawędź. Miała na sobie ten sam strój, co na billboardzie. Z wyjątkiem kapelusza. Leżał obok niej, światła odbijały się od kryształków, którymi był wysadzany.

Stevie próbowała wyrzucić z głowy twarz Mii. Próbowała odpuścić i dobrze się bawić. Krzyki widowni nasilały się, a platforma unosiła się coraz wyżej.

Serce biło jej jak oszalałe. Blair bez wątpienia wiedziała, jak zrobić efektowne wejście.

– Mam nadzieję, że dobrze ją tam zabezpieczyli – powiedziała Marnie z grymasem na twarzy. – Strasznie wysoko ją podnoszą.

Dźwięk gitary znowu poniósł się po stadionie. Publiczność rozpoznała piosenkę i wybuchnęła entuzjastycznymi okrzykami. Stevie uśmiechnęła się szeroko. Przebój Broken Roots and Burnt Bridges otwierał koncert. Marnie otrząsnęła się z gęsiej skórki. Grupa fanek znajdująca się w sekcji stojącej złapała się za ręce, a następnie zaczęła krzyczeć i podskakiwać. Niektóre ze znajdujących się na publiczności dziewczyn zdążyły się już rozkleić. Jedna z nich krzyknęła:

– Kocham cię, Blair! – Jak gdyby kochanie jej było tak proste. Uniesione telefony czekały w gotowości, żeby nagrać pierwszą piosenkę tej trasy.

Dźwięki gitary zwiastowały pierwszą zwrotkę. Okrzyki zelżały, żeby Blair mogła wyśpiewać pierwszy wers.

– Cztery albumy, ponad osiemdziesiąt piosenek na koncie, a ona wybiera akurat tę – marudziła Marnie.

– To ulubiony kawałek publiczności, mamo – odpowiedziała Stevie.

– A nie mogła zaśpiewać tego o swoim pierwszym zakochaniu? To dopiero jest śliczna piosenka.

Zza ich pleców dało się słyszeć uciszające syknięcie. Stevie odwróciła się za siebie i zobaczyła patrzącego na nią gniewnie Todda Richardsa.

Marnie również się obejrzała, pomachała i posłała mu uśmiech, po czym zirytowana wymamrotała:

– A ten za kogo się ma, żeby uciszać mnie na koncercie własnej córki? Co za tupet! – Następnie zamilkła w oczekiwaniu na znajomy głos Blair. Jednak, mimo że zespół zaczął już grać pierwszą zwrotkę, mikrofon nadal milczał.

– To chyba moment, w którym powinna zacząć śpiewać, co? – zapytała Marnie.

– Zwykle zaczyna – odpowiedziała Stevie. – Pewnie dalej buduje napięcie.

Gitara prowadząca po raz drugi rozpoczęła zwrotkę, a cała publiczność wydawała się pochylać w stronę sceny w oczekiwaniu, aż Blair wyśpiewa słynne: „królowa we własnym królestwie z butelką w dłoni”. Ale znów się nie doczekali.

– A może nie działa jej mikrofon? – Marnie szturchnęła łokciem Stevie. – Pójdź i powiedz komu trzeba, że ma problemy techniczne.

– Myślę, że jeśli takowe wystąpiły, jej liczny zespół już się tym zajmuje, mamo. Po prostu maksymalizuje napięcie.

– Cel osiągnięty – odburknęła Marnie.

– Wygląda na bardzo... nieruchomą. Myślicie, że wszystko z nią w porządku? – zapytał Frank.

– Na pewno nic jej nie jest. Zachowujecie się, jakbyście nie znali Blair. Chce wycisnąć z tego momentu, ile się da – uspokoiła ich Stevie.

Jednak kątem oka dostrzegła, że członkowie zespołu wymienili się szybkimi, zdezorientowanymi spojrzeniami. Po czym raz jeszcze wrócili do intro.

Pierwsza zwrotka rozpoczęła się po raz trzeci. Gitara brzmiała głośniej, bardziej natarczywie, jakby gitarzystka zaczynała się lekko irytować. Stevie w ogóle się jej nie dziwiła. Zgadzała się z Marnie – Blair powinna skończyć te wygłupy i w końcu zacząć śpiewać.

Jednak mikrofon nadal milczał.

Przez stadion przeszedł pomruk skonsternowania, gdy zespół po raz czwarty wrócił do początku utworu.

Pogodynek Stan zaczął wymachiwać swoją piersiówką i wrzasnął:

– No dalej, zaczynaj!

Marnie obróciła się do niego i warknęła:

– Buduje napięcie, ignorancie!

Stevie przechyliła głowę. Frank miał rację – Blair wydawała się wyjątkowo nieruchoma. Ogarnęło ją nieprzyjemne uczucie niepokoju.

Coś było nie tak. Bardzo nie tak.

Cały stadion wstrzymał oddech, kiedy przyszła pora na wokal Blair.

Tym razem na pewno zaśpiewa.

Dopiero gdy ktoś podniósł krzyk, Stevie zauważyła krew.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 Dosłownie: „Zerwane więzi i spalone mosty” (przyp. tłum.). ↩