Krzywda - Klaudia Muniak - ebook

Krzywda ebook

Klaudia Muniak

0,0

Opis

Potwory nie istnieją. Są tylko ludzie, którzy nie znają żadnych granic.
Po pożarze domu Moniki Janik wszyscy są przekonani, że poznali już najgorszą prawdę. Mylą się. W zgliszczach policja znajduje szczątki małego dziecka, a na laptopie Janik zapiski, które odsłaniają obraz niewyobrażalnego okrucieństwa. Bezduszny eksperyment naukowczyni przekracza wszelkie moralne granice i stawia pod znakiem zapytania ustalenia śledczych.
 
Wiktoria Błońska, dziennikarka uwikłana w sprawę podpaleń i śmierć najbliższego przyjaciela, nie potrafi przejść obojętnie wobec tej krzywdy. Im głębiej sięga, tym wyraźniej widzi, że prawda o Rozie prowadzi do ludzi, którzy powinni ją chronić – a zamiast tego świadomie ją skrzywdzili.
Kiedy ogień pochłania kolejne domy, okazuje się, że największe zło rodzi się nie z szaleństwa, lecz z chłodnej decyzji. Z przekonania, że cel usprawiedliwia wszystko.
 
Krzywda to mroczna opowieść o granicach, które zostały przekroczone, i o prawdzie, której nie da się spalić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 279

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Klaudia Muniak, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska

Marketing i promocja: Wiktoria Jadziewicz

Redakcja: Magdalena Białek

Korekta: Magdalena Owczarzak, Agnieszka Śliz

Projekt okładki i strony tytułowe: Kornel Gawron

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68800-88-3

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

www.czwartastrona.pl

Prolog

Pierwsze, co czuję, to ból. Uderza we mnie z siłą, która pozbawia moje płuca tchu. Wyję, choć wiem, że żaden okrzyk ani jęk nie są w stanie mi ulżyć. Moje dłonie zmieniły się w jedną wielką ranę. Drżą. Podrażnione nerwy wariują. Krew nie chce krzepnąć, nieprzerwanie sączy się z porozrywanych tkanek.

Żałuję, że byłam nieświadoma tak krótko. Chciałabym znów wrócić do stanu błogiego nieczucia, ale nie wiem nawet, co sprawiło, że straciłam przytomność. Może ten pojeb przypierdolił mi w jakiś czuły punkt albo zrobił to na tyle mocno, że zemdlałam z bólu, nie pamiętam.

Rozglądam się, lecz bydlaka nigdzie nie ma. Nie chcę się łudzić, że tak po prostu odpuścił, ale nic nie wskazuje, żeby kręcił się w pobliżu. Dookoła jest cicho jak makiem zasiał. Tak cicho, że jestem skłonna uznać, że faktycznie sobie poszedł.

Mijają kolejne minuty, ból rozrywa mi czaszkę, w ogóle nie słabnie. Usiłuję zmusić mózg do zignorowania bodźców, które odbiera, ale to jak walka z wiatrakami.

Może naprawdę sobie poszedł? Dostał przecież to, czego chciał. Pękłam. Okej, to niczego nie gwarantuje – ani tego, że wyjdę z tej piwnicy cała, ani tym bardziej że nie rozpęta się burza, jeśli jakimś cudem przeżyję – ale skurwysyn wciąż się nie pojawia.

Rozglądam się po pomieszczeniu z większą czujnością. Nic nie przykuwa mojej uwagi na dłużej. Pewnie dlatego, że mrok jest tak gęsty, że widzę tylko ciemność. No i trawi mnie ból, o którym nie potrafię zapomnieć choćby na milisekundę.

Muszę zmienić swoją pozycję, choć o odrobinę. Mrowienie w łydkach stało się nie do wytrzymania. Poruszenie się jest jednak bardzo trudne, krępujące mnie więzy są mocno zaciśnięte. Nieoczekiwanie zahaczam o coś stopą. To coś leży na podłodze, zdaje się, że między moimi nogami.

Dotykam opuszkami palców płaskiego przedmiotu i w pomieszczeniu robi się jaśniej. Z niedowierzaniem zauważam, że blask bije… z telefonu. Aparat wygląda jak moja komórka, przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Kiedy ekran gaśnie, pospiesznie trącam telefon. Tym razem nic się nie dzieje. Piwnica ginie w nieprzejednanym mroku, a wyświetlacz pozostaje czarny. Rodzi się we mnie coś na kształt paniki. Nie mogło mi się przywidzieć, nie jest ze mną jeszcze tak źle.

Biorę głębszy wdech i znów wyginam stopę. Precyzja. Muszę stuknąć w ekran precyzyjniej. Kiedy moim oczom ukazuje się znajoma tapeta, niemal krzyczę z radości. Wrzeszczałam jak opętana, kiedy Urbaniak zdejmował mi buty, nie wyobrażałam sobie, że przeżywam ekstrakcję kolejnych dziesięciu paznokci. To wtedy wymiękłam. Teraz jestem skłonna mu za to podziękować. No bez przesady, ten kutas zasługuje dokładnie na to samo, co mi zrobił. I jeszcze odcięcie jaj.

Ponownie podwijam stopę, tym razem po to, żeby wstukać kod odblokowujący komórkę. Nie udaje mi się za pierwszym razem ani nawet za drugim. Klnę głośno przy kolejnej próbie. Tracę cierpliwość, w przypływie frustracji prawie kopię telefon. Prawie. Powstrzymuję nerwy niemal w ostatnim momencie, komórka pozostaje w moim zasięgu. Wpatruję się w nią, jakby była moim największym wrogiem, choć wiem, że jeśli postaram się bardziej, stanie się moim wybawieniem.

Wyświetlacz w końcu się odblokowuje. Na tym polega sukces: na niepoddawaniu się. Na mierzeniu wysoko i parciu na ten szczyt.

W pierwszym odruchu chcę wystukać numer sto dwanaście, ale szybko rezygnuję, bo przecież może jeszcze nie wszystko stracone. Nie mam pojęcia, dlaczego ta niezrównoważona gnida poszła sobie stąd, pozostawiając mnie przy życiu, ale w tej chwili to tak mało ważne.

Szybko dochodzę do wniosku, że jest tylko jedna osoba, która może mi pomóc.

1

– Trzymasz się jakoś?

– Myślałam, że po pogrzebie będzie łatwiej. – Błońska porwała kostkę Rubika i zaczęła obracać bezładnie kolorowe kwadraty.

Wczoraj dziennikarka pochowała przyjaciela. Tak jak się spodziewała, ceremonia odbyła się z honorami. Kotowicza pożegnali koledzy z jednostki, miejscowi urzędnicy i ludzie, którym policjant za życia zdążył pomóc. Rodzice, których Mirek odnalazł po tym, jak wyszedł z bidula, nie pojawili się. Od początku mieli go w dupie i z biegiem czasu nic się nie zmieniło.

– Nie powiem nic pocieszającego, bo nigdy nie byłem w takiej sytuacji. – Makary przysiadł na skraju biurka.

Dziennikarz uczestniczył w pogrzebie funkcjonariusza przede wszystkim ze względu na Wiktorię. Nie wyobrażał sobie, żeby nie było go w pobliżu, kiedy przyjaciółka przeżywała tak trudne chwile.

– I obyś nigdy nie był – odbąknęła reporterka.

– Gdybyś czegoś potrzebowała, to pamiętaj: jestem.

– Wiem. Dzięki.

Przez dłuższy moment w pomieszczeniu słychać było jedynie dźwięk uderzającego o siebie plastiku. Kostka Rubika nieprzerwanie tańczyła pomiędzy palcami Błońskiej.

– Może powinnaś trochę odpocząć – zasugerował Sarnecki. – Jedźcie gdzieś z Robertem. Przewietrzcie głowy. Dla niego ta sytuacja też pewnie nie jest łatwa. Zginął jeden z nich, jak by nie było, kumpel z jednostki.

Reporterka odłożyła zabawkę na blat i zaczęła rozcierać skronie.

– Wydaje mi się, że oderwanie się od tego wszystkiego może być dobrym rozwiązaniem – przekonywał. – Może przynieść wam trochę wytchnienia, musicie złapać odrobinę dystansu.

– Naprawdę sądzisz, że to możliwe? – warknęła.

– Nie wiem. Ale może warto spróbować.

Błońska zacisnęła palce na powiekach tak mocno, że aż zapulsowało jej w skroniach. Nie chciała atakować kolegi. Była przekonana, że Sarnecki miał dobre intencje. Makary nie wiedział jednak wszystkiego.

Nie miał pojęcia, że w domu w Hutkach był ktoś jeszcze. Że oprócz zwłok Moniki Janik, zaginionej przed laty laborantki TechLeku, śledczy odkryli niewielki szkielet. Właściwie drobny. I że lekarz medycyny sądowej ocenił, iż te szczątki również należą do człowieka. Do dziecka.

– Rotter na pewno się zgodzi, żebyś wzięła wolne. – Sarnecki obstawał przy swoim. – Na bank nie będzie miał nic przeciwko temu, żebyś wybrała zaległy urlop.

– Makary, zamknij się wreszcie!

Reporter zamilkł. Spojrzał przy tym na Wiktorię z urazą.

– To zaszło za daleko, teraz już nie mogę odpuścić – oświadczyła, zdobywając się na spokojniejszy ton.

– Mówisz o tym, co spotkało Mirka, czy o pożarze w Hutkach? – spytał.

Mierzyli się przez chwilę wzrokiem, Wiktoria skapitulowała pierwsza. Chwyciła kostkę Rubika i jej ściany na nowo zaczęły wirować pomiędzy palcami dziennikarki. Wygrywały nierówny rytm. Puls Błońskiej zdawał się dostosowywać do tego chaotycznego tempa, jej serce na przemian to kołatało wściekle, to zwalniało, jakby miało się zatrzymać na dobre.

– Wika? – Sarnecki musiał przypomnieć reporterce o swojej obecności.

– O jednym i drugim – rzuciła zdawkowo, choć w głębi duszy kusiło ją, żeby podzielić się szczegółami.

Makary rzadko brał czynny udziału w sprawach, które podejmowała Błońska, ale często o nich dyskutowali. Rozkładali na czynniki pierwsze, wspólnie analizowali. Wiktoria żałowała, że tym razem nie mogła sobie na to pozwolić.

Obiecała, że będzie milczeć. Zapewniła Roberta, że nikomu nie piśnie ani słowa o zwłokach tamtego dziecka. Nie mogła zawieść jego zaufania. Nie tylko nie chciała wystawiać na szwank tego, co między nimi było, ale również nie chciała stracić nowego „informatora”. Potrzebowała kogoś w policyjnych szeregach.

– Co tam się wydarzyło? – zaczął dociekać Sarnecki. – W Hutkach? Co tam się tak właściwie stało?

– Spłonął dom.

– Nie rozmawiaj ze mną jak z idiotą – zdenerwował się. – Musisz wiedzieć coś, czego nie wie reszta. Znam cię.

Wiktoria przygryzła wargę. W prasie wrzało, ale policji jak na razie udawało się utrzymywać w tajemnicy kluczowe informacje. Błońska podejrzewała, że śledczy będą milczeć co najmniej do czasu, dopóki nie zostanie ustalona tożsamość drugiej ofiary pożaru.

– Powiesz mi z łaski swojej, co się dzieje? – fuknął Sarnecki.

– Od kiedy tak bardzo interesują cię takie sprawy?

– Od kiedy zachowujesz się tak, że się o ciebie martwię.

Błońska prychnęła drwiąco.

– Byłaś w Hutkach – nie odpuszczał.

– Jasne, że byłam. I wyobraź sobie, że się wkurzyłam, bo Rotter wysłał tam Agę i…

– Nie o tym mówię. – Sarnecki wszedł dziennikarce w słowo.

– Więc oświeć mnie, o co ci tak naprawdę chodzi.

– Byłaś tam wczoraj wieczorem.

Wiktoria mocniej zacisnęła palce na sześciennej łamigłówce, niewiele brakowało, żeby wszystkie kwadraciki znalazły się na swoich miejscach.

– W Hutkach – dodał dziennikarz, aby nie było wątpliwości, co ma na myśli.

– Śledzisz mnie? – oburzyła się. – Jeździsz za mną?

– Nie.

– A co przed chwilą powiedziałeś?

– Wczoraj pojechałem za tobą – przyznał.

– Tylko wczoraj?

– Daj spokój.

– Po co? – nie przestawała się złościć. – Co ty odpierdalasz?

– Po pogrzebie Mirka miałaś jechać do domu. Tak mówiłaś: że wracasz do domu. A przyjechałaś tu. – Sarnecki dźgał palcem blat biurka, jakby to ono było winne temu, co przeżywała jego przyjaciółka. – Wyglądałaś źle. Fatalnie. Zresztą nic się nie zmieniło, nadal wyglądasz jak gówno.

– Umiesz w komplementy, nie ma co – zakpiła.

– Wyszłaś z redakcji i coś mnie tknęło – ciągnął pomimo jej poirytowania. – Przestraszyłem się, że…

– Że co zrobię? – wcięła mu się w zdanie.

– Wolałem mieć pewność, że tym razem pojedziesz do domu. Że nie zrobisz jakiejś głupoty. Czegoś w przypływie dużych emocji. Wiem, ile Mirek dla ciebie znaczył. No i miałem nosa. Pojechałaś do Hutek.

– Jaja sobie ze mnie robisz – wysyczała przez zaciśnięte zęby.

– Po prostu się o ciebie martwię – powtórzył.

– To przestań! – Wiktoria rzuciła niedokończoną kostkę Rubika na stół, a ta wylądowała na blacie z głośnym plaskiem. – I przestań za mną jeździć. Nie życzę sobie tego, rozumiesz? – Nie czekając na odpowiedź kolegi, zerwała się z miejsca i wyszła z biura.