Ostatnie przyjęcie - A.R. Torre - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Ostatnie przyjęcie ebook i audiobook

A. R. Torre

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Perla Wultz ma wszystko: idealną córkę, kochającego męża, luksusowy dom na strzeżonym osiedlu i… obsesję. Nie może przestać myśleć o zbrodni sprzed dwudziestu trzech lat. O przyjęciu urodzinowym małej dziewczynki, które zamieniło się w rzeź. O człowieku, który odpowiedział za nią przed sądem i społeczeństwem.

Leewood Folcrum przyznał się do tych morderstw. Odsiaduje wyrok dożywocia, a jego codzienność wypełniają książki i listy od fanek. Wiele osób wierzy w jego niewinność. Niektórzy — jak odwiedzający go doktorant — są przekonani, że Leewood coś ukrywa. Wystarczy odpowiednio go poprowadzić, by wyjawił prawdę. Jego przyznanie się do winy było pełne niedopowiedzeń, a motywy — niejasne.

Co tak naprawdę wydarzyło się ponad dwie dekady temu? Dlaczego Perla nie może przestać myśleć o tamtym przyjęciu? I co jest gotowa zrobić, by inni również o nim nie zapomnieli?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 363

Data ważności licencji: 11/22/2031

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 1 min

Lektor: Grzesław Krzyżanowski

Data ważności licencji: 5/22/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The Last Party

Projekt okładki: Piotr Wszędyrówny

Redaktorka prowadząca: Agata Then

Redakcja: Bożena Sęk

Redakcja techniczna: Maciej Grzmiel

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Brzezińska, Katarzyna Szajowska

Zdjęcie na okładce: © Magdalena Wasiczek/Trevillion Images

© 2024 by Select Publishing LLC

All rights reserved.

This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with Graal, SP. Z.O.O.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026

© for the Polish translation by Robert J. Szmidt

ISBN 978-83-287-4156-0

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Mortui vivos docent.

Zmarli uczą żywych.

ROZDZIAŁ 1 PERLA

Ta rodzina rzucała się w oczy. Wszyscy na nią patrzyliśmy nawet przed tym, zanim to się stało.

Cheryl Higgins, kelnerka (zajazd przydrożny U Tony’ego)

Wyraz twarzy kobiety zmienił się, zanim upadła. Akurat coś przeżuwała z oczami zaciągniętymi mgiełką, ewidentnie znudzona rozmową, która toczyła się przy jej stole, ewident­nie myślami gdzie indziej. Obserwowałam ją, ponieważ się z nią utożsamiałam. Rozumiałam jej alienację. Poza tym patrzenie na nią było ciekawsze od przysłuchiwania się Grantowi, który opowiadał o ptakach.

– …najdziwniejsze jest to, że ich szlaki migracyjne nie wynikają z…

Przysięgam, że mój mąż wybrał sobie hobby celowo, by zanudzać mnie na śmierć. Zaledwie minionej nocy zamarł w pół pchnięcia, uniósł głowę i nadstawił ucha, ponieważ wydawało mu się, że usłyszał dzięcioła kosmatego.

Kobieta, o której mówię, skorzystałaby, wypełniając sobie głębokie bruzdy biegnące od nosa do kącików ust. Odmłodziłaby się w ten sposób o dziesięć lat. Zerknęłam na Granta, nawiązując z nim kontakt wzrokowy wystarczająco długi, aby pomyślał, że pilnie słucham o zadziwiającym wzroście populacji jaskółek o tej porze roku, po czym wbiłam oczy w talerz – gdzie królował gumowaty kurczak z rusztu, zwiędły szpinak i parę jagód – i zaraz znów przeniosłam spojrzenie na kobietę, która siedziała dwie loże od nas zwrócona twarzą do mnie.

Ponieważ nie było mowy, aby mogła sobie pozwolić na zabieg medycyny estetycznej, zachowałam dobre rady dla siebie, machając ręką na potencjalne zyski. W tej knajpie nie widziałam nikogo, kto by się oddał w ręce chirurga plastycznego, no chyba że chodziłoby o zrobienie cycków. Na parkingu roiło się od tanich aut na łysych oponach i z powgniatanymi błotnikami upstrzonymi naklejkami. Pośród tej masy lśnił mój Range Rover – widoczne przypomnienie, że znaleźliśmy się w niewłaściwym miejscu. Powinniśmy byli zaczekać z jedzeniem do powrotu do miasta. Tymczasem wylądowaliśmy w zapyziałym zajeździe, gdzie podano nam trzy talerze z czymś, co niewątpliwie wywoła biegunkę.

Kobieta skrzyżowała ze mną spojrzenie. Zaczęłam odwracać wzrok, ale w tym samym momencie ona odciągnęła palcami dekolt trykotowej koszuli z motywem Ozzy’ego Osbourne’a, rozdziawiając równocześnie usta. Przyglądałam się zafascynowana, jak wywraca oczami w stronę sufitu i wolniutko przechyla się w lewo niczym pulchny kręgiel trącony kulą.

Wyrżnęła o posadzkę z ciałem znienacka zwiotczałym, nawet nie wyciągając rąk.

Ruch był błyskawiczny, a uderzenie silne; nie odbiła się ani nie przetoczyła, pozostała w pozycji na boku, z jednym ramieniem przyszpilonym ciężarem ciała i drugim uniesionym sztywno w powietrze jak nóżka roweru.

W najbliższym otoczeniu zapadło milczenie, które rozszerzyło się następnie na dalsze stoliki koncentrycznie niczym powiększająca się kałuża krwi, aż wszyscy w zajeździe wyciągali szyje w tę samą stronę z zaalarmowanymi minami i głosami, które rykoszetowały w pomieszczeniu. Nadziałam przypalony kawałek kurczaka na widelec i umieściłam w ustach, po czym zaczęłam spokojnie przeżuwać.

Siedząca do tej pory obok chuda wytatuowana kobieta wydała z siebie spóźniony krzyk, wyrwała się z loży i na klęczkach przypadła do leżącej koleżanki. Rozglądając się szaleńczo po lokalu, krzyknęła:

– Niech ktoś zadzwoni po pogotowie! Czy jest na sali lekarz?

Zapadła cisza, podczas gdy wszyscy rozglądali się kolejno w prawo, w lewo, znów w prawo. Westchnęłam, odłożyłam widelec i podniosłam rękę.

– Perla… – ostrzegł mnie Grant, ale posłałam mu twarde spojrzenie, po czym wyślizgnęłam się z loży i wstałam.

Moja reakcja spowodowała szmer wśród obecnych. Złapałam serwetkę z serwetnika na stole obok i wycierając w nią dłonie, zbliżyłam się do leżącej.

– Pani jest lekarzem? – upewniła się wytatuowana kobieta, mnąc w garści materiał koszulki swojej nieprzytomnej koleżanki.

– Proszę się odsunąć – warknęłam. – Czy ona cierpi na jakieś alergie pokarmowe?

– Ja… nie wiem. – Kobieta zerknęła na towarzyszącą jej parę. – Maggie? Frank? Wiecie może, czy Bev ma na coś alergię?

Bev? Wykapana Bev! Uklękłam na podłodze i przewróciłam nieprzytomną kobietę na plecy. Macając jej potylicę, szybko odkryłam guza w miejscu, w którym zetknęła się z posadzką, ale nie zauważyłam krwi ani nawet rozcięcia. Następnie się pochyliłam i przyłożyłam ucho do jej ust, aby sprawdzić, czy oddycha.

– Nie oddycha – oznajmiłam.

Obecni zaszemrali w odpowiedzi i skupili na mnie spojrzenia. Ciekawi, czy uratuję tę kobietę, czy pozwolę jej umrzeć.

Rozchyliłam wargi nieprzytomnej nieoddychającej kobiety, żeby zobaczyć, czy w jej ustach pozostały resztki jedzenia. Nie widząc żadnych, włożyłam palce głęboko do jej gardła. Wąski kanał był oślizgły i ciepły, cofnęłam więc szybko dłoń.

– Czy ktoś wezwał pogotowie? – zapytałam, rzucając spojrzenie w stronę naszej loży. Mój mąż zdążył już się poderwać ze swojego miejsca, przed nim stała nasza córka. Oboje obserwowali każdy mój ruch.

Założyłabym się, że nie obejrzałby się nawet wtedy, gdyby na ramieniu usiadła mu płomykówka.

– Tak – potwierdziła kelnerka. – Karetka jest w drodze. Dyspozytor kazał rozpocząć…

– Resuscytację krążeniowo-oddechową – wpadłam jej w słowo, już trzymając splecione dłonie na piersi Bev.

Zaczęłam uciskanie, odliczając miarowo w myślach. Bev miała na szyi cienki złoty łańcuszek z krzyżykiem, który zaplątał się w jej spłowiałych żółtych lokach. Wyglądała na osobę w moim wieku, choć przy swoich mniej więcej trzydziestu pięciu latach była bardziej zniszczona ode mnie, jakby wiodła znacznie trudniejsze życie. Wyraźnie nie dbała o cerę, twarz miała ogorzałą i poprzecinaną zmarszczkami od beztroskiego opalania, zaczynał jej się też robić drugi podbródek. Nie zawdzięczałam wiele swojej matce, ale przynajmniej odziedziczyłam po niej pełne wyrazu piwne oczy, lekko zadarty nos i owal twarzy. Ojcu zawdzięczałam krzywy uśmiech i traumę emocjonalną.

Dwadzieścia siedem, dwadzieścia osiem, dwadzieścia dziewięć, trzydzieści. Zaprzestałam uciskania i ścisnęłam dwoma palcami skrzydełka nosa nieprzytomnej kobiety, zauważając przy tym odprysk lakieru na swoim palcu wskazującym. Muszę zadzwonić z samego rana i umówić się na manicure, pomyślałam. Przyłożyłam wargi do warg kobiety, z całych sił powstrzymując się przed nagłym cofnięciem. Wzięłam wdech i wtłoczyłam powietrze w jej usta, raz i drugi. Trzydzieści ucisków, dwa oddechy. Łatwizna, a jednak wszyscy gapili się na mnie, jakbym na ich oczach robiła czarodziejską sztuczkę.

Podobało mi się to.

Oderwałam się, przyłożyłam znów dłonie do nieruchomej klatki piersiowej i podjęłam uciskanie. Zdążyłam policzyć do siedemnastu, gdy poczułam, że ciało pod moimi dłońmi przechodzi dreszcz.

– Co to było? – Koleżanka Bev wciąż klęczała obok mnie.

Nie przerywając RKO, zerknęłam na nią przelotnie, poirytowana tą bliskością, i natychmiast przesunęłam się kawałek, szorując po podłodze jasnoszarymi spodniami. W pełni świadoma, że po wszystkim będę musiała je wyrzucić.

Bev zaczynała odzyskiwać przytomność. Czułam to, tak samo jak podniecenie towarzyszące ratowaniu czyjegoś życia. Uśmiechnęłam się i dalej robiłam swoje. Dwadzieścia pięć… dwadzieścia osiem… trzydzieści. Ściśnięcie nosa, dwa wymuszone oddechy – teraz już bez przejmowania się mięsistością jej warg ani pryszczem tworzącym się jej centralnie na czole.

– No dalej – mruknęłam, rozpoczynając trzeci cykl z kolei. Moje serce jakby się zsynchronizowało z rytmem narzuconym przez uciskanie.

Kobieta zakasłała, coś wyleciało z jej ust i uderzyło mnie w bark. Zaklęłam, przerwałam masaż serca i przewróciłam ją na bok, aby mogła się wykasłać, czemu towarzyszyło prychanie i plucie.

– Bev! – pisnęła jej koleżanka. – O mój Boże, Bev!

Kiedy usłyszałam syreny, oderwałam wzrok od ratowanej kobiety i odszukałam spojrzeniem swoich najbliższych. Moja córka podrygiwała na palcach u stóp, szczerząc się do mnie z dumy; klienci lokalu zaczynali bić brawo i rozmawiać między sobą. Ktoś podał mi dłoń, a ja ujęłam ją i podniosłam się na nogi. Uśmiechając się do wszystkich i do nikogo, gestem przyjęłam wyrazy uznania. W zajeździe nie było człowieka, który by się nie cieszył, i tylko mój mąż patrzył na mnie ponuro z twarzą pociemniałą z gniewu.

ROZDZIAŁ 2 Z KRONIKI SOPHIE WULTZ

Cześć. Jestem Sophie Wultz. Mam jedenaście lat i właśnie skończyłam piątą klasę. To mój pierwszy wpis w ramach wakacyjnego projektu twórczego. Mamy za zadanie pisać latem codziennie przez co najmniej piętnaście minut. W pierwszy dzień szkoły oddamy nasze kroniki panu Alfordowi, przez co uważam, że w ten sposób chce on szpiegować nasze myśli. Bridget mówi, że pan Alford jest zboczony. Ja nie mam zdania, ale wydaje mi się, że ten projekt jest najlepszym tego dowodem.

Dlatego nie oddam mu zeszytu. Założę drugi, w którym będę robiła nudne wpisy, tak żeby wyglądały, że zajęły mi piętnaście minut, choć w rzeczywistości machnę je w pięć. Umiem pisać bardzo szybko. Ręcznie i na klawiaturze też. Mieliśmy w szkole sprawdzian z pisania na klawiaturze i okazało się, że jestem jedną z tych osób, które piszą najszybciej z całej klasy. Wyrabiam sześćdziesiąt siedem słów na minutę. Mogłabym być stenotypistką. Stenotypista to ten, kto w sądzie zapisuje, co kto mówi. Taka praca by mi się podobała, chociaż kusiłoby mnie, żeby zmyślać w trakcie pisania. Ludzie opowiadają czasami głupoty. Kiedy oglądam Court TV, ten kanał z relacjami na żywo z procesów sądowych, umiem rozpoznać, kto kłamie. Bywa, że adwokaci też to umieją, i wtedy zadają podchwytliwe pytania, ale większość tego nie robi. Kończą przesłuchanie i wracają na swoje miejsce, nawet jeśli świadek ewidentnie coś ukrywa.

Tato mówi, że byłabym dobrym adwokatem, ale ja nie wiem, czy to jest to, co chciałabym robić w życiu. Przesiadywanie całymi dniami na sali sądowej wydaje mi się nudne. Już wolałabym być aktorką. Latałabym wtedy po świecie i występowała w filmach u boku różnych gwiazd… Tak, to byłoby zdecydowanie ciekawsze. Zwłaszcza że można przy okazji zrobić różne kursy, na przykład sztuk walki, jazdy konnej czy naśladowania akcentów.

Tato mówi, że mogę zostać, kim chcę, ale mamie nie podoba się pomysł, że miałabym być aktorką. Chce, żeby wszystko kręciło się wokół niej, a ja chcę, żeby wszystko kręciło się wokół mnie. Różnica między nami jest taka, że ja jestem dzieckiem, do tego jedynaczką, więc zasługuję na to, żeby wszystko się kręciło wokół mnie, a ona ma robić mi drugie śniadanie, kupować ubrania, jakie chcę, i zabierać mnie na spotkania z przyjaciółkami w galerii handlowej, a jeśli jej się to nie podoba, trudno. Na to się przecież pisała, kiedy decydowała się na dziecko.

Poza tym jeśli nie chce, żebym była aktorką, sama powinna mniej aktorzyć. Widzę przecież, że uwielbia udawanie – choć to nie do końca udawanie. Tato nazywa to kłamaniem. Mama kłamie i ja też lubię kłamać, dlaczego więc nie mieliby mi za to płacić? Przy okazji zyskałabym sławę i może jeszcze wyszła za gwiazdora filmowego.

Ale nie zamierzam mieć dzieci. Po co mi rozstępy na brzuchu, niemowlęce rzygi na ubraniu i pampersy w torbie? Będę wysoka i śliczna i będę popijać szampana w przyćmionych barach, a przystojni faceci będą mi szeptać na ucho, jaka jestem piękna.

Teraz nie jestem piękna. Ani wysoka. Nie mam nawet biustu. Można o mnie powiedzieć tylko tyle, że dobrze gram w piłkę nożną i nieźle piszę na klawiaturze.

To ja. Sophie Wultz. Przeciętna do bólu. Ale to się zmieni. Pewnego dnia będę sławna.

ROZDZIAŁ 3 PERLA

Opuściłam osłonę przeciwsłoneczną pasażera i odsłoniłam lusterko, żeby sprawdzić makijaż i wyrządzone szkody. Szminka poszła się kochać, sięgnęłam więc do torebki i wyjęłam zapasową tubkę, którą nosiłam przy sobie właśnie z myślą o sytuacjach awaryjnych.

Grant, który nie odezwał się ani słowem, odkąd opuściliśmy zajazd, wciskał gaz do dechy w moim SUV-ie.

Zerknęłam na jego przystojny profil.

– No co? Będziesz mnie karał milczeniem? Najwyraźniej masz mi coś do powiedzenia.

– Nie wierzę, że to zrobiłaś.

– Że uratowałam komuś życie? Faktycznie, postąpiłam okropnie. – Przekręciłam spód tubki, wysuwając sztyft w kolorze bladego różu złamanego fioletem.

– Uważam, że to było super – wtrąciła Sophie z tylnego siedzenia. – Opowiem wszystkim koleżankom i opiszę w swojej kronice.

– Nic nikomu nie opowiesz – uciął Grant. – Twoja mama postąpiła niewłaściwie.

– Och, błagam. – Przesunęłam sztyftem po wargach. – To było zło konieczne.

– Wcale nie. Mogłaś podjąć resuscytację, nie mówiąc, że jesteś lekarzem.

– Nic takiego nie powiedziałam. Ludzie to założyli.

– Podniosłaś rękę, kiedy padło pytanie o lekarza. A potem, po przyjeździe karetki, wydawałaś instrukcje ratownikom! Twierdziłaś, że jesteś neurochirurgiem z Green Bay.

– I co z tego? Dobrze się bawiłam. A ona już była bezpieczna. Co za różnica, że trochę pościemniałam?

– Trochę? Perla, ty nie masz pojęcia o medycynie, wiesz tyle, ile się dowiedziałaś z tego programu w telewizji, który tak namiętnie oglądasz.

Zacisnęłam wargi, żeby utrwalić szminkę.

– Skoro już musisz udawać prawniczkę i wykłócać się z obcymi o prawa konstytucyjne, wolna wola. Ale to było przekroczenie granicy. A gdyby ona umarła, Perla? Albo gdyby na miejscu znalazł się prawdziwy medyk? I gdyby przyłapał cię na oszustwie?

– W tamtym zajeździe nie było ani jednej osoby o pełnym uzębieniu – odparłam oschle. – Sądzisz, kurwa, że w takiej garkuchni stołowałby się lekarz?

– Mama przeklęła! – zapiała Sophie. – Zarobiłam dolara!

Zignorowałam ją.

– Jesteś wściekły, bo bili mi brawo.

– Jestem wściekły, bo się puszyłaś. I pozwoliłaś, żeby postawili nam lunch. To my powinniśmy im zapłacić za to, że uczyniłaś ich pionkami w swojej grze, cholera!

– Tato przeklął! – Sophie klasnęła w dłonie. – Zarobiłam dolara!

– To śmieszne. – Zakręciłam szminkę i wrzuciłam ją z powrotem do torebki. – Zrobiłam coś dobrego. Nie zasługuję, żebyś traktował mnie jak złoczyńcę.

Zgrzytając zębami, Grant zmienił pas, aby wyprzedzić jadący wolniej samochód. Nie mówił nic przez minutę, a gdy z jednej minuty zrobiły się dwie, sięgnęłam ręką do torebki po portfel. Otworzywszy miniaturową torebeczkę z białej skóry, wyciągnęłam banknot pięciodolarowy, po czym podałam go Sophie ze słowami:

– Reszta na kredyt, okej?

– Okej! – Uśmiechnęła się do mnie promiennie i złożyła banknot najpierw na pół, a potem na ćwierć i wsunęła między kartki kroniki.

– A więc… – Zerknęłam na zegarek i szybko obliczyłam, ile zajmie nam droga do domu. – Co powiecie na deser w Café Perla i późniejsze kino?

Sophie wydała okrzyk radości. Popatrzyłam na Granta. Jeśli istniał klucz do serca mojego męża, był on wykuty z trudów miłości i wspólnie spędzanego czasu. Grant wydał majątek na salkę kinową w piwnicy naszego domu – wieczór filmowy stanowił najlepszy sposób na jego gniew. Mężowska wściekłość topniała już po paru godzinach mile spędzonych z Sophie, które zwykle wieńczył gorący seans w łóżku. Byłam gotowa na tę pokutę. Nie ma ceny, jakiej bym nie zapłaciła za aplauz pełnej sali zajazdu i za oczy wszystkich na mojej osobie.

Ratowanie życia okazało się ekscytujące. Szkoda, że nie można powiedzieć tego samego o odwrotności.

ROZDZIAŁ 4

Dom Perli był jak ze zdjęć w magazynie wnętrzarskim. Dało się to zobaczyć nawet na fotografiach miejsca zbrodni, które wyciekły do internetu, i to pomimo całej tej krwi.

Kennedy Wells, sąsiadka i projektantka wnętrz

Zbudowaliśmy dom osiem lat temu, zatrudniając architekta, który stworzył pod nas projekt będący spełnieniem wszystkich naszych marzeń. Po rozważeniu kwestii szkolnej rejonizacji zdecydowaliśmy się na zamknięte prywatne osiedle w Pasadenie, które oferowało działki wielkości małego majątku ziemskiego. Ostatecznie wybraliśmy jedną z największych na samym końcu ślepej uliczki, przylegającą bezpośrednio do parku krajobrazowego.

Postanowiłam nie liczyć się z groszem i przeznaczyć na ten dom cały swój spadek. W efekcie powstał mający osiemset metrów kwadratowych dom, w którym pomieszczenia wysokie na prawie siedem metrów szły w parze z kremowym wyposażeniem, ośmioma kominkami, biblioteką ciągnącą się wzdłuż ścian i odważną wzorzystą tapetą.

Projekt obejmował przestronny parter z bliźniaczymi salonami, ogromną centralną kuchnią i spiżarnią, przyległymi jadalniami oraz – odpowiednio na uboczu – z pracowniami dla niej i dla niego. Na piętrze znalazła się gi­gantyczna sypialnia małżeńska z trzema garderobami, łazienką, osobnym prysznicem parowym i spa. Poziom ten dzieliły na pół nasze gabinety i pralnia, przy czym po drugiej stronie znajdowały się dwa pokoje gościnne i królestwo Sophie. W piwnicy urządziliśmy salkę kinową, siłownię, dodatkowy pokój gościnny, piwniczkę z winami i magazyn.

Pilnowałam, żeby w domu panował porządek – w końcu było to miejsce, gdzie miały się spełnić nasze marzenia. Tyle że niektóre z nich były jak z koszmaru.

Nastawiłam jeden piekarnik na trzysta pięćdziesiąt stopni, a drugi na znacznie niższą temperaturę. Wysunęłam jedną z szerokich podwójnych szuflad wyspy i przez moment podziwiałam idealnie ułożone przybory o długich trzonkach. Wybrałam spośród nich stalową rózgę do drinków i łyżeczkę do kawy, po czym umieściłam je na blacie. Następnie obróciłam się do Sophie.

– Czy twój telefon jest w pudełku?

– Tak. – Skinęła głową w stronę niewielkiej drewnianej szkatuły, w której co wieczór po kolacji umieszczała swoją komórkę. Była to nieśmiała próba chronienia jej przed mediami społecznościowymi, drapieżcami w internecie i utratą duszy w wyniku uzależnienia od ciągłej rozrywki. Zwyczaj ten dawał mi też odrobinę kontroli nad córką, co mi się niezmiernie podobało.

– Tato wydał rozkazy?

– O, tak. – Złożyła dłonie jak do modlitwy. – Życzy sobie brownie i mleko z… – Zmarszczyła czoło, usiłując sobie przypomnieć. – Z…

Czekałam, choć byłam pewna, czego Grant sobie zażyczył. Mój mąż był mężczyzną uporządkowanym, precyzyjnym i konsekwentnym, dzięki czemu wiedziałam, że w tej właśnie chwili wkłada granatowe spodnie od piżamy, szare skarpetki i miękki biały T-shirt. Następnie zażyje lek na zgagę, wyszczotkuje i wynitkuje zęby, mimo że miał zjeść deser i popcorn, a więc czekało go powtórne szczotkowanie i nitkowanie. Po seksie – który odbędzie się na kołdrze w pozycji misjonarskiej, po której ja znajdę się na górze – weźmie prysznic i przebierze się w jedwabne bokserki i w świeży biały T-shirt. Położy się spać boso, gdyż lubi korzystać z funkcji podgrzewania nóg, którą oferuje nasz materac i którą Grant skrzętnie wykorzystuje, nastawiając grzanie każdej nocy na dwie godziny i ustawiając termostat na medium. Zanim wreszcie wejdzie pod kołdrę, zdąży jeszcze podłączyć swoją komórkę do prądu, ale nie mniej niż dwa metry od poduszki.

Początkowo ta przewidywalność doprowadzała mnie do szału. Obecnie ją doceniam. Koniec końców w małżeństwie przewagę ma ten, kto dzięki wiedzy o drugiej połówce – o jej czynach i reakcjach – jest w stanie nią manipulować.

– Cholewcia. Zaraz wracam. – Sophie okręciła się na pięcie i pomknęła w stronę schodów.

Ja zabrałam się do szykowania ciasta na brownie, szybko i sprawnie mieszając składniki i przelewając powstałą masę do niewielkiej formy, która gwarantowała cztery idealne porcje. Resztę masy wyrzuciłam do kubła. Żadne z nas nie potrzebowało dodatkowej porcji cukru i kalorii, która by nas kusiła na stole. Dzisiejszy wieczór i tak miał się odbić negatywnie na naszej diecie. Na koniec wyjęłam z zamrażarki lody waniliowe i położyłam je na ladzie, żeby się rozmroziły.

Zamówienie Sophie było równie przewidywalne – zażyczy sobie S’moresów i Coli. Grant oczywiście będzie jej suszył głowę ze względu na niekorzystne działanie kofeiny, ale sam będzie popijał zawał serca z własnej filiżanki.

Po wstawieniu foremki do piekarnika naszykowałam S’moresy dla Sophie, używając mikrofalówki, aby rozpuścić nadzienie jej piankowo-czekoladowych kanapeczek. Kiedy wróciła, układałam pierwszą z nich na białym porcelanowym talerzyku.

– Już wiem, powiedział, że chce brownie, mleko i kawę po irlandzku.

– Robi się – odparłam. – Mam prośbę, ubij śmietankę… – Wysunęłam dolną szufladę lodówki, po czym jedną ręką chwyciłam śmietankę, a drugą mleko.

– Dalej się gniewa o to, co zrobiłaś przy lunchu. – So­phie odebrała ode mnie składniki i zabrała się do pracy, w której miała wprawę. – Powiedział, że to było niewybaczalne.

Odkręciłam butelkę whiskey i nalałam odrobinę do szklanki.

– A ty co uważasz?

– Nie wiem. Moim zdaniem dobrze zrobiłaś. Wszyscy bili ci brawo.

– Tato po prostu nie chce, żebyś zaczęła kłamać.

– Wiem. Ale ty skłamałaś. – Zajrzała do miski, skupiona na ubijaniu.

– Cóż, czasami nie ma znaczenia, czy skłamiesz, czy nie. Powiedziałam, że jestem lekarzem, ponieważ byłam pewna, że mogę pomóc tej kobiecie i że ryzyko niepowodzenia jest niskie. – Odstawiłam butelkę z alkoholem do szafki. – Gdybyś powiedziała komuś, że nie cierpisz matematyki…

– Ale ja lubię matematykę. – Polizała końcówkę trzepaczki i włożyła ją z powrotem do miski.

– No dobrze, ale załóżmy, że powiedziałabyś, że jej nie lubisz. Jakie jest ryzyko? – Nabrałam łyżeczką cukru i dodałam do filiżanki, którą ustawiłam pod dzióbkiem ekspresu i wcisnęłam guzik, uwalniając strumień gorącego espresso.

– Nie wiem. Takie, że nie pytaliby mnie o matematyczne rzeczy?

– Czy ktokolwiek pyta cię o takie rzeczy?

– Nie.

– Widzisz? – Odsunęłam parującą filiżankę od ekspresu. – Twoje kłamstwo nie miałoby najmniejszego znaczenia.

– Czyli nie pogniewasz się na mnie, jeśli skłamię?

Ależ oportunistka z tej mojej córki! Nic, tylko szukała zgód, ułatwień, ustępstw. Tymczasem nie powinna o nic prosić, powinna sięgać jak po swoje. Wkrótce to zrozumie. Bo kiedy człowiek czeka, aż życie samo mu coś przyniesie, zwykle nie dostaje połowy tego, na co zasługuje. Gdybym ja czekała, nie byłabym żoną Granta. Nie zostałabym córką George’a i Janice i ostatecznie – ich spadkobierczynią. Nie prowadziłabym życia takiego, jakie prowadzę.

Oczywiście nie sposób mieć wszystkiego. Czasem coś się nie udaje. Najlepszym przykładem jest stojąca obok mnie Sophie, która nie powinna była w ogóle się urodzić.

Łyżeczką przeniosłam kapkę świeżej śmietanki do kawy Granta, po czym zastanowiłam się, na czym skończyłyśmy. A, tak. Czy bym się na nią pogniewała, gdyby uciekła się do kłamstwa?

Odchrząknęłam.

– To właśnie martwi twojego tatę. Że widząc, jak ja kłamię bezkarnie, sama zaczniesz kłamać. W sprawach poważnych, a więc mających konsekwencje. W tym aspekcie zgadzam się z twoim tatą.

– Zgadzasz się ze mną w jakim aspekcie? – Grant wkroczył do kuchni z ciepłym uśmiechem. Może tym razem szybko mi wybaczy? Dołączywszy do nas przy wyspie, odebrał z moich rąk swoją kawę. – Mmm, jak ładnie pachnie. A co z ciastkami?

– Niedługo będą gotowe. Mówiłam, że zgadzam się z tobą: kłamanie jest złe i Sophie nie powinna tego robić.

Moja córka uniosła brew, a ja puściłam do niej oko.

– Za to chętnie wypiję. – Grant upił łyczek kawy, po czym mlasnął jak zawsze, gdy coś mu smakowało.

Nie cierpiałam jego mlaskania. Pod każdym względem. Nienawidziłam dźwięku, który mu towarzyszył, i charakterystycznego ściągnięcia ust, które go poprzedzało. A najbardziej ze wszystkiego byłam zła na siebie, że wyczekiwałam tej oznaki aprobaty z jego strony.

Identycznie było z moim ojcem: też rozpaczliwie pragnęłam jego pochwał. I już wtedy rozumiałam, jaka to groźna pułapka. Trzymałam się go z całych sił, przez co utraciłam go na zawsze.

Sophie właśnie oplotła Granta rękami w pasie i uśmiechnęła się do niego.

Poczułam gniew i prędko się odwróciłam, niezdolna znieść tego widoku.

ROZDZIAŁ 5 Z KRONIKI SOPHIE WULTZ

Martwią się, że nie rozumiem, dlaczego kłamstwo jest dopuszczalne, ale ja rozumiem więcej, niż im się wydaje. Jestem bystrzejsza od nich obojga i na tyle bystra, by wiedzieć, że powinnam tę wiedzę zachować dla siebie.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji