Zabawa w wilka - Zuzana Říhová - ebook
NOWOŚĆ

Zabawa w wilka ebook

Zuzana Říhová

0,0

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Bohumil i Bohumila wraz z synkiem przenoszą się z miasta na wieś, by ratować swój związek. Zamiast uzdrawiającej sielanki czeka ich jednak duszna atmosfera zamkniętej, wrogiej społeczności. Z każdym dniem przybywa niewytłumaczalnych zdarzeń i makabrycznych incydentów, a granica między jawą a koszmarem zaczyna się niebezpiecznie zacierać.

 Wokół ich domu, położonego na samy dnie wąwozu, co noc węszy jakieś duże zwierzę…

 Napisana niezwykle obrazowo książka Zuzany Říhovejto gra prozy artystycznej z horrorem i baśnią; powieść sielska, którą lepiej czytać w bezpiecznych objęciach miejskiej cywilizacji.

 Autorka puszcza oko do starszych i nowszych mistrzów opowieści grozy, jak Karel Jaromír Erben czy Angela Carter, by zachwycić, przerazić i wciągnąć nas wszystkich bez reszty do swojej Zabawy w wilka.

 Książka nominowana do nagrody Magnesia Litera w kategorii Proza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 289

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Cestou špendlíků nebo jehel

First published in 2021 by Argo, Prague

Redakcja: Magdalena Granosik, Julia Różewicz

Korekta: Aleksandra Szulejewska

Projekt okładki: Kasia Michałkiewicz-Hansen

Wydanie książki zostało dofinansowane przez

Copyright © by Zuzana Říhová, 2021

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Afera, Wrocław 2026

Copyright © for the Polish translation by Dorota Dobrew

All rights reserved

ISBN 978-83-65707-95-6

Wydanie I, Wrocław 2026

Wydawnictwo Afera

www.wydawnictwoafera.pl

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek

noc taka gorzka

dlaczego tak

ja wiem to wilk

o kamień się czochra

Tristan Tzara

Częśćpierwsza

Przestępowała w gnoju z nogi na nogę. Ogromny brzuch, naznaczony pulsującymi żyłami, to napinał się w skurczach, to rozluźniał. Spod ogona wysunął się czubek ostrej raciczki, bokiem wyciekał śluz. Szarawa strużka ciągnęła się w dół, aż zadrgała w letnim powiewie i pacnęła na ściółkę.

Z odrazą zmarszczył czoło i przełknął ślinę. Patrzył, jak Pepa szykuje przy krowim zadzie duże metalowe wiadro z letnią wodą, mniejsze naczynie i stare ręczniki. Wciągnął gumowe rękawice, żeby się nie zafajdać. Šimečka z Dolní Planéj nie używa rękawic, wciska rękę po łokieć, dla niego to normalne. Ohyda.

Pepa zaczął wsuwać rękę, powoli przekręcił ją w lewo, potem w prawo. Krowa zadrżała, dwa razy kurczowo napięła brzuch. Ukazała się cała raciczka. Pepa sprawnie ją chwycił i zamknął w przygotowanej pętli z konopnego sznura. Pociągnął. Krowa zamuczała niespokojnie. Nie wiedziała, co się dzieje przy jej zadzie, głowę miała uwięzioną w metalowym pałąku, luźnym na tyle, żeby mogła dosięgnąć paszy.

– Prrr, mućka, ciii, no, no, no… – Pepa poklepał ją wesoło po zadzie.

Zerknął na Bohumila, a on nieznacznie się uśmiechnął. Każda krowa tutaj to mućka?, pomyślał.

Obserwował, jak powoli wyłania się kończyna cielątka. Starał się zachować kamienny wyraz twarzy, wyglądać naturalnie i obojętnie, ale tak naprawdę myślał tylko o tym, żeby pobiec do domu i się napić. Potem mógłby odszukać na YouTubie film z krowim porodem, gdyby przypadkiem zachciało mu się coś takiego obejrzeć, chociaż to pewne, że mu się nie zachce. Wszystko wokół krowy było umazane krwią i śluzem, czuł się brudny, chociaż stał na betonowym chodniku kilka metrów dalej. Mimo to odsunął się jeszcze, żeby przypadkiem coś nie chlapnęło mu na kurtkę. Ma ją ledwie kilka tygodni.

Pepa się najeżył. Zaraz pokaże temu cieniasowi, jak to u nich jest. Prymitywna wiocha, prymitywni ludzie! Prychnął pod nosem. Miastowy elegancik, beżowa kurteczka, beżowe półbuciki, tak się wystroił do obory. Patrzy na cielaka, jakby w życiu nie widział cielęciny. Na sto procent wegetarianin. Na sto procent kretyn. Poszedłby o zakład, że z bliska zaleci od niego mdły zapach wody po goleniu. Ale na razie Pepa stoi przy krowim zadzie i wyciąga cielaka. Krowa próbowała kopnąć go prawą tylną nogą, więc sam dał jej porządnego kopniaka. Obejrzał się na Bohouša. Jestem Bohumil, tak się przedstawił, tylko kretyn tak się przedstawia, tego Pepa był pewien. Ja też niby oficjalnie mam na imię Josef, ale przecież przedstawiam się normalnie: Pepa. Podrapał się w kroku, było mu gorąco.

– Spociłem się jak świnia. – Znów na niego spojrzał. Cha, cha, cha!, ale wybałusza gały, zaraz mi tu kojfnie. Nikt się z tobą nie będzie cackać, mięczaku. Jeszcze raz kopnął krowę, szarpnęła się z bólu. – No, stój, mućka, przecież to nie twój pierwszy raz. – Pepa przesuwał palce dalej po sznurze, wnikał coraz głębiej. Przekręcał dłoń, badając gęstą ciemność krowiej pochwy. Lubił rodzić razem z krową.

Bohumil stał jak wmurowany i patrzył. Obserwował dłoń znikającą w krowie aż po nadgarstek, po łokieć. Jezusie słodki, jak głęboko jeszcze można sięgnąć? Poczuł ucisk w żołądku. Ze zdziwienia otworzył usta. Boże mój, obraca rękę, gmera, zaraz coś chwyci. Po łokciu Pepy spłynęła strużka krwi. Już ma, tak, złapał, zaraz wyciągnie. Przygotowanym sznurem otoczył drugą racicę, uśmiechnął się pod nosem, dobra, jesteśmy w domu. Pociągnął. Nic. Pociągnął jeszcze raz, poczerwieniał z wysiłku, zaparł się nogami, szarpnął sznur, i chyba… pierdnął? Tak, pierdnął. Ale nie wydobył cielaka.

– Ej, młody, chodź no tu. Potrzymaj. Muszę coś przynieść. – Podał mu oba sznury.

Bohumil omiótł wzrokiem oborę. Do mnie mówi? O nie…

Podszedł bliżej i jak automat przejął powrozy. Spuścił oczy, wolał patrzeć na podściółkę i krowie placki. Poczuł wstyd – rozciągnięta pochwa, wystające z niej ostre racice. Po kręgosłupie spłynęła mu strużka potu. Słyszał muchy, które z głośnym bzyczeniem zderzały się z jego twarzą, jedna z nich uporczywie próbowała wlecieć mu do ucha. Nie oganiał się, nie chciał przestraszyć krowy. Bał się jej. Była ogromna. Stał przy jej zadzie, wlepiał wzrok w słomę rozmiękczoną przez wody płodowe. Do prawego buta przylgnęło mu jakieś białawe świństwo. Stał i pozwalał, żeby żywcem zżerały go muchy.

Dobrze mi tak, pomyślał. Stoję w oborze po kostki w śluzie z krowiej pochwy i trzymam na smyczy cielaka. I zbiera mi się na płacz.

Podniósł wzrok ponad bezwładnie sterczące racice. Tak bardzo było mu żal tej krowy. Może nawet bardziej niż siebie samego.

Pepa wrócił z jakimś wielkim metalowym przyrządem.

– Kurde, na spacer idziesz z tym cielakiem czy co? – Trącił go. – Dawaj. – Zaczął mocować ustrojstwo na krowim zadzie.

Bohumil przełknął ślinę. Jeżeli jeszcze i to jej tam wsadzi, to się porzygam.

Podał mu tę okropną smycz i szybko się cofnął na betonowy chodnik. Pepa zręcznie nasadził metalową konstrukcję na zad zwierzęcia, a sznury oplatające racice zaczepił o dźwignię. Zaczął nią poruszać: cielę powoli wysuwało się na zewnątrz. Trwało to długo. Pepa, czerwony z wysiłku, poruszał nogami cielaka wte i wewte, ale najwidoczniej się zaklinowały. Chwilę szarpał się z dźwignią , nacisnął ją jeszcze ze dwa razy, aż wreszcie razem z falą śluzu wysunęła się głowa o zdziwionych oczach. Bohumil wpatrywał się w nie jak zaczarowany. Naszła go myśl, że kryje się w nich jakaś tajemnica. Jakby cielak przynosił na świat coś w rodzaju proroctwa. Czuł, że bardzo mu to potrzebne. Zmiana, na którą liczy, na którą niecierpliwie czeka, bo przecież, do cholery, po to tu przyjechał, tak czy nie? Głowa cielaka była czarna, tylko na czole widniał biały kształt, jakby mapa, nie, zmarszczył nos, raczej gwiazda. Święte cielę, pomyślał i pokręcił głową. Z napięciem czekał na słowa przepowiedni. Czy przyniesie szansę jemu i jego rodzinie? Sam tej szansy nie widział.

Cielak jeszcze nie reagował na świat. Urodził się niemal ślepy, przednie nogi chwiały się bezwładnie niczym cienkie warkoczyki starej kobiety. Zwisał jak zwiędłe kwiaty w wazonie. Pepa jeszcze raz wcisnął dźwignię i zwierzę pacnęło na słomę delikatnie, bardzo cicho. Bohumil się przestraszył. Czy tak miało być? Żyje? Zacisnął zęby. Cielę przyszło na świat bezgłośnie. Bohumil skinął głową, jakby tego się spodziewał. Jest mi pisane milczenie. Cisza i milczenie. Jestem sam, jestem zły i pragnę, żeby nikt więcej nie zaznał szczęścia. Mówił do siebie i patrzył, jak przywracają cielaka do życia, pocierają słomą, szturchają, masują serce. Chciał, żeby ktoś postąpił z nim odwrotnie. Pozbawił go życia. Zabrał z tego świata złego człowieka, otoczonego milczeniem bliskich, którzy go nie kochają.

– Kurde, nad czym tak medytujesz? Koniec widowiska. – Pepa chlapnął na niego wodą, którą polewał cielaka. Potem postawił nowo narodzone zwierzę na nogi.

Bohumil pomyślał, że Pepa z cielęciem i krową obchodzi się zbyt brutalnie. Powinien dać im odpocząć. Jemu i Bohumili zostawili chłopca prawie na pół godziny, dopiero potem zabrali, żeby obmyć go z krwi i śluzu.

Krowa próbuje dostać się do swojego dziecka, ale przeszkadzają jej w tym metalowe pręty. Czuje nowe życie, jeszcze mokre i chwiejne. Nie może się nawet obejrzeć, wyczerpana przestępuje z nogi na nogę i muczy. Nareszcie jakiś dźwięk, już miał wrażenie, że gra w niemym filmie: gwałtowne ruchy, udawane upadki, wygłupy, a jednocześnie na wszystkich wokół zalega ciężka, sprana kołdra smutku. Pepa czyści cielę, potrząsa nim. Nie tak gwałtownie, chciałby powiedzieć, ale przecież tylko by go wyśmiali. Prawie wszyscy już tu są, wielkie wiejskie chłopy. Sláva, myśliwy, mieszka przy polu. Ma prawie dwa metry wzrostu, gęste siwe włosy, mówi mało i wolno. Milan przyszedł chyba prosto z gospody. Jeździ do Hradca na montaże. Ma ukruszoną prawą jedynkę, mówi miękko, trochę sepleni. Chyba jest w porządku. Nie zna jeszcze tamtych dwóch, którzy zmierzają w kierunku obory.

Pepa przechwycił spojrzenie, które Bohumil rzucił ku drodze, przestał nacierać cielaka i obejrzał się.

– Idą te dwie cioty. – Skrzywił się. – Kumple z Pragi. Bardzo zżyci, kapujesz? – Mrugnął znacząco.

Znów zadrżały mu kolana. Od kiedy tu przyjechał, ani razu się porządnie nie wyspał. Oczywiście, w mieście wszyscy narzekają na samochody i nocne tramwaje. Ale kogut?! Nie może spać przez to, że w ciągu ostatnich kilku tygodni rozpieprzyło mu się życie, to jedno. Ale tutaj w ogóle nie można spać, a już na pewno nie po piątej rano. Nie wie dokładnie, skąd dochodzą te wrzaski. Kiedyś dorwie gada i poderżnie mu gardło. Tak bardzo tego pragnął. Tak bardzo chciał poderżnąć czyjeś gardło. Czuł, że dłużej już nie stłumi wściekłości. Ale na samą myśl o nożu ściskało go w żołądku. Dawniej myślał o pociągach. To pomagało. Prawie zawsze. Ta-ta-tak, ta-ta-tak.

Do obory weszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich przykucnął przy cielaku.

– Jeju, coś pięknego, taki delikatny.

Pepa spuścił wzrok i lekko kopnął w metalową bramkę.

– Boże, nie przedstawiłem się… Ale to cielątko jest takie słodkie. – Podniósł się i podał rękę Bohumilowi. – Josef Broumský.

Pepa patrzył na tę scenę. Zaczął szybciej trącać butem bramkę, wzdrygnął się i odwrócił wzrok. No nie, jasna cholera. Josef… Nie Pepa – Josef! Kopnął jeszcze raz, aż zadźwięczało.

– Bohumil Novotný – przedstawił się.

Drugi z przybyłych podał mu rękę.

– Michael Horna, miło mi.

Pepa dalej patrzył w ziemię. No oczywiście. Michael, jakżeby inaczej.

– Słyszeliśmy już o was. Dawno przyjechaliście? – zapytał Josef, wciąż zwrócony w stronę cielaka.

– Dwa tygodnie temu. Tak, dwa. – Nie dwa, tylko cztery. Cztery tygodnie życia w Podlesí, cały miesiąc koszmarnych upałów na tym zadupiu.

– O, to niedawno. Dopiero wszystko poznajecie, prawda?

Bohumil nieznacznie skinął głową.

– A przyjechaliście na stałe czy tylko na lato, żeby odetchnąć od miasta?

– Tak. To znaczy na razie na stałe, chyba.

– Gdzie indziej znaleźliby taką świeżutką cielęcinę? – Pepa wykrzywił się w uśmiechu i szturchnął cielaka nogą.

Na ekobazarku na Placu Pokoju, miał ochotę odpowiedzieć Bohumil, ale się powstrzymał. To chyba jego nowa profesja. Tak tkwić w oborze, czy raczej w zagrodzie przed oborą, kiwać głową, patrzeć i już nigdy słowem się nie odezwać. Poddać się temu milczeniu, zanurzyć się w nim jak w morskiej pianie. Nabrać wody w usta. I zapadać się coraz głębiej w absolutnej ciszy i metalicznej ciemności, kilometr za kilometrem, aż na samo dno, gdzie żyją morskie stworzenia, których nikt nigdy nie widział. Tylko on, Bohumil Novotný. Nikt inny. Obserwuje je w milczeniu. Zagląda w ich owalne gęby. Myśli o tym, co ich czeka w Podlesí. Miłość albo niemiłość. Nic pomiędzy.

Przytaknął, kiedy Pepa zaproponował wypad do gospody. Zachlejemy, powiedział tamten. Parę piw na przekładkę z miętówką, pomyślał Bohumil. W ogóle pije się tu jeszcze miętówkę? Rozejrzał się. Pije. Zdecydowanie, i to ze śmietanką. Znów ta nieodparta chęć, żeby być złym. Powiedzieć im, że nad ranem wszyscy się od tego chlania porzygają, a potem bez mycia od razu hop w drelichy, hop do Buły na sałatkę i po coś na kaca. Muszę się uspokoić, pomyślał. Uśmiechnąć się. Nie, to by było za wiele. Tylko lekko unieść kąciki ust, tak będzie lepiej. Nie muszę robić z siebie głupka.

Będę tu żyć, w Podlesí. Nie dlatego, że chcę, ale dlatego, że muszę.

– To jak, wpadniesz na piwo? – zapytał znowu Pepa.

Bohumil patrzył, jak przenoszą cielę do kojca. Nie, kojec jest dla królików. Do chlewika. Też jakoś nie pasuje. Te wszystkie nazwy musiał wymyślić jakiś psychol z czasów uspołecznionego rolnictwa: każdemu zwierzątku własny przytulny daszek nad głową.

– Wiesz, raczej nie.

– My też nie, mamy królika w piekarniku – odezwał się Michael, chociaż nikt go nie pytał.

Bohumil po raz pierwszy uśmiechnął się szczerze. Wyobraził sobie miniaturowego białego króliczka z czerwonymi oczkami, jakiego kupuje się dzieciom za dobre świadectwo, jak siedzi sobie w rogu piekarnika i delikatnie pofukuje różowym noskiem. Zauważył zdziwione spojrzenia. Szybko zamienił szeroki uśmiech na w miarę neutralny uśmieszek, do przyjęcia, tak przynajmniej sądził. Górna trójka zahaczyła o dolną wargę, usta przekrzywiły się w lewo, a oczy wciąż się śmiały. Wyglądał jak szaleniec.

– Serio, dzięki za dzisiaj, świetnie poszło. – Nie wiedział, jak inaczej skwitować udany poród.

– Nie ma za co, wpadnij jutro, może będę już coś wiedział. Ale teraz latem robota jest tylko w polu albo w gospodarstwie.

– Dziękuję, wpadnę. – Bohumil jeszcze raz podziękował. Czuł taką potrzebę.

Z obory wracał razem z Josefem i Michaelem. Ale chciał być sam. Teraz, natychmiast. Wypłakać się gdzieś w krzakach. Nawet udusić się płaczem.

– A ten wasz dom… od dawna go macie? – zapytał, żeby uprzedzić ich pytania. Przecież każdy lubi mówić o sobie. Tak właśnie, o sobie.

– To nasze drugie lato tutaj. Naprawdę, super sprawa. Jest gdzie pojeździć na rowerach. Coraz częściej zostajemy tu poza sezonem, siedzimy, ile się da, i nie wracamy do Pragi.

Usłyszał westchnienie? Czy tylko mu się wydawało?

– Mieszkasz tutaj, tak? Też jesteś z Pragi? – zapytał Michael, a Josef powtórzył z nutą smutku:

– No tak, pięknie tutaj.

Jak aktorzy. Jakby występowali w reklamie. Pięknie tu, naprawdę. Pięknie, tanio, drugie opakowanie gratis.

Uspokój się, przestań.

– Tak, jestem z Pragi, z Holešovic. Teraz mieszkam tutaj. Przynajmniej na razie. Mieszkam w Podlesí – powtórzył, żeby przekonać samego siebie. W jego głosie zabrzmiał niepokój mężczyzny w średnim wieku, który musiał wybrać to, czego wcale nie chciał, czego nie przeżyje, co wciska mu oczy głęboko w oczodoły, odkrawa z jego ciała plasterek po plasterku, aż niedługo nic z niego nie zostanie. Tak jak Buła w spożywczaku kroi maszynką wędlinę, płat martwo upada na płat, a ostatni kawałek, ten, którego nie da się już przeciąć, twarda dupka ze sznurkiem, to jest właśnie to, co z niego zostało. Takie okrawki Buła zazwyczaj od razu pożera, jak nikt nie patrzy. Co zrobi on, kiedy nikt nie będzie patrzył? Nawet on sam, bo jego oczy są zaciągnięte białą mgłą? Wstyd. Skuli się w sobie i rozpłacze. Nie potrafi inaczej. Po prostu nie da się, nie da się nie płakać.

– Mieszkam tam. – Uniósł rękę ciężką z niewyspania. Palce zadrżały, jakby żyły własnym życiem.

Michael spojrzał znacząco na Josefa.

Bohumil cofnął rękę i schował ją za plecami. Ej, chłopaki, pogadacie sobie o tym w domu, okej? Że jestem dziwny, że pewnie piję, skoro trzęsą mi się ręce, że na pewno mam długi, bo co innego może zmusić Prażanina, żeby się przeniósł do starej chałupy gdzieś pod granicą. A kiedy zobaczycie, jak zmaltretowana jest moja żona, jakie ma blizny na ręce, będziecie mi mówić dzień dobry bardzo uprzejmie, ale z daleka. A jak się zamachnę na jakąś francę, z tych, co się lęgną nad stawem i gryzą jak cholera, to lekko się wzdrygniecie. Będzie wam głupio, ale odsuniecie się na bok, a głowy schowacie w ramionach, zanim jeszcze pacnę to ścierwo. Powiedziałem: to wszystko przegadacie sobie w domu, przy kieliszku. Dzisiaj moje oczy nie będą białe, tylko krwistoczerwone od waszego wina. Okej, chłopaki? Ale dopiero w domu, bo serio, nie wytrzymam dłużej tych waszych znaczących spojrzeń.

– Tak, wiemy, że tam. – Michael skinął głową w kierunku parowu, gdzie stał dom Bohumila. – Ładna chałupa. Trzeba będzie włożyć w nią trochę roboty, nie? Ale co tam, okolica jest piękna.

W dupie mam waszą piękną okolicę.

– Tak, piękna – przytaknął.

Nigdy nie wyrażał się wulgarnie, nie cierpiał tego. A teraz przychodziły mu na myśl najgorsze słowa, jakby musiał wypowiedzieć je wszystkie naraz. Wykrzyczeć najobrzydliwsze bluzgi. Jakby ich ordynarne brzmienie, płynące z jego ust, miało go oczyścić. Oblepić dziąsła ohydą, którą ma w sobie. Sláva to kawał skurwysyna! Naprawdę źle ze mną, bardzo źle. Muszę stąd jak najszybciej spadać, bo zacznę krzyczeć.

– No to co… My już idziemy, ale spotkamy się znowu?

– Pewnie, że tak.

– Supcio! Wpadnij, jakbyś koło nas przechodził, dobra? Po prostu zapukaj, wszystko jedno do których drzwi. Wieczorem prawie zawsze jesteśmy w domu. – Michael skinął w jego stronę.

– Mamy dobrą kawkę – dodał Josef.

– Jasne, dzięki.

Muszę się napić, pomyślał. Skręcił w leśną ścieżkę, biegnącą stromo w dół. Idę się znieczulić, bez dwóch zdań. Mijał drewniane domki praskich letników. Trawniki równiutko skoszone, wymuskane, odkurzone, ziemia wokół roślin przysypana korą. Mózgi też. Codzienne podlewanie. Żywopłoty idealnie przycięte, leżaki grzecznie zaparkowane na noc w szopie. Wyprawy do Baumaksu czy Obi i na wystawy roślin. I do Makro, po wielopaki. W rogu krzew porzeczki, każdego lata obsypany czerwonymi syfkami jak pupa niemowlaka. Aż się w nim roi od os i szczypawek, ale co, tyle owoców! Mają się zmarnować? No i grill! Najlepiej się grilluje wędzonkę. Albo ryby! Palce lizać! Jak się odłożyło trochę grosza, to jest i basen. Na potwierdzenie: że ogród jest piękny. Nasz ogród jest piękny. Podoba ci się? Ładny, nie? No ba, przepiękny!

Zatrzymał się i wziął głęboki oddech. Coś w nim buzowało z sykiem, niczym w butelce zepsutego młodego wina. Jak tak dalej pójdzie, to tu nie wytrzymam. To pewne. Dzisiaj jeszcze zaleję się w trupa, a potem schowam się w jakiejś dziurze i będę lizać rany. Ale od jutra muszę coś z tym zrobić. Polubić. Naturę, spokój, czyste powietrze i miłych ludzi. Tak, miłych ludzi. A widzieliście ich? Roześmiał się głośno. Nie da rady. Moja kochana, wszystko przeciekło nam przez palce, a tobie między nogami.

Minął skupisko domków letniskowych i ostatni płaski odcinek pod lasem, dokąd można jeszcze dojechać samochodem. Zapadał zmierzch. Widział już kilka razy, jak słońce zmienia się w krwawą pomarańczę. A potem nastaje ciemność. Gęsty, płynny mrok. Od lasu w stronę zabudowań nawet latem zieje lodowate tchnienie. Da się jeszcze posiedzieć przed domem, jest w miarę ciepło, ale wystarczy odejść kilka kroków i już czuje się chłód, który wnika do piersi i nie pozwala swobodnie oddychać. Teraz też. Czuje, że stygnie mu serce, zwalnia jego rytm. Tak może wyglądać śmierć. Ciemny, zimny las za domem wzbudza w nim lęk. Za dnia panuje tam całkowita cisza. Czasem trafi się grzybiarz. Ale kiedy zaczyna się ściemniać, w lesie słychać jakieś łupnięcia, a igliwie trzeszczy pod kopytami. Nie wiadomo czyimi. W nocy budzą go dziwne rżenia i skomlenia, jelenie podobno szczekają, ale to nie może być jeleń. Może muflon, powiedziałby, że to muflon, ale wyśmialiby go, gdyby stwierdził, że za jego domem wyją muflony. Nie, nie „wyją”, cholera, co robią muflony? W życiu by nie pomyślał, że akurat tutaj zabraknie mu słów. Właśnie tu, gdzie każdy mieszkaniec wsi posługuje się jakimiś dwoma tysiącami wyrazów. I to biernie. Zwolnił kroku. Boże, tak nie można. Znowu coś mu nie gra, znowu kwęka, jojczy. Może ci ludzie są w porządku.

No, na pewno. A rozmawiałeś z nimi? Muszę się napić.

Schodził ścieżką, ostatni dom w osadzie poniżej drogi był już daleko za nim. Szedł szybkim krokiem w dół zbocza, do serca wąwozu. Krwawa pomarańcza zaczynała blaknąć, więc instynktownie przyspieszył. Pewnie to nie muflon, ale coś żyje w tym lesie. I to coś nie ma dobrych zamiarów. Zauważył, że po zmroku nikt nie wychodzi poza osadę, dalej niż do gospody. Bo i po co? Hipnotyzujące oko telewizora. Albo strach. Wyczuwał go. Ten strach płynął od ludzi z Podlesí. Zadrżał z zimna. Dosyć. Tak tu nie przetrwam. A jestem tu właśnie po to, żeby przetrwać. Przyjechaliśmy, żeby przetrwać. Trochę się zadyszał. Jego dom stał na dnie wąwozu. Dom był wąwozem. Miejscem, gdzie nikt nie może mieszkać. Ale tam właśnie mieszkają. Bohumil i Bohumila. I chłopiec.

Potknął się, już nie widział ścieżki. Spojrzał z lękiem w stronę nieba. Och, nie. Pomarańcza opada w paszczę aksamitnej ciemności, która łapczywie wbija w nią zęby. Jej słodki sok rozpryskuje się na jego ramionach. Jest lepki. Przyspieszył. Objęło go coś mrocznego, noc kichnęła mu w twarz. Och, nie.

Przepraszam, młody człowieku. Tylko trochę się tu rozpanoszę, rozleję na boki, sięgnę tu i tam, i chuchnę ci, młody człowieku, strachem i zgrozą prosto w kark. Młodzieńcze! Schlebia ci to, prawda? Zmarszczki masz wszędzie, od dłoni aż po plecy. Postać pochylona. Zakola lśnią od potu, włosów nam nie przybywa, oj, nie przybywa. Piersi zwiotczały, przypominają drobne uszka. Ale może to, co najlepsze, wciąż jeszcze przed nami, prawda? Nie ma co się bać. Od lęku jeszcze nikt nie umarł. Lęk obkurcza tętnice, zapycha serce, ale przecież w tym ostatnim papierku nikt panu nie wpisze ciemności, lęku, samotności, a już na pewno nie nocy. Bo ta zgroza, którą po zmroku zieję w stronę gospodarstw i chat, jest aksamitna i czuła. Pewnie, że skowyt i pomruki, które docierają z lasu do samych progów, to żaden powód do radości, ale przecież, kochaniutki, nie trzeba od razu tak na to patrzeć. Chodź do mnie, pobądź ze mną, chwilkę sobie posiedzimy, wetkniemy jeden paluszek, a potem drugi i zaraz sobie pójdziemy. A gdzie będziemy wtykać paluszki? Jak to gdzie? Tam, gdzie najbardziej boli i krwawi, no przecież nie tam, gdzie ci to sprawi przyjemność. Łaskotki i gilganie nosem po żebrach, żeby rozchichrać dziecko, zostaw sobie na rano. Ja sięgnę po twoje cierpienie. Łapczywie chwycę ustami twoje roztrzęsione palce, pożywię się twoim strachem, wyssę go z twoich zaciśniętych warg. Musisz mnie napoić, chłoptasiu, teraz jesteś mój, przyciągnę cię tak blisko do siebie, że zabraknie ci tchu, wtedy najbardziej nasycę się twoim niezmiennym, ale słodkim smutkiem.

Noc szturcha go w żebra, ale on nie może już bardziej przyspieszyć. Przecież biegnie! Pędzi wąwozem do domu. Do domu? Dostrzega w końcu światło nad progiem, wyciąga przed siebie ręce, żeby smużka jasności z pękniętej lampy uratowała go przed osaczającą nocą. Światło żarówki nad drzwiami obejmuje go słodko, noc cofa szczapowate szpony i prycha: wiesz, co cię tu czeka, będziesz umierać, tak właśnie będzie, czeka cię mroczna, leśna śmierć.

Z impetem otworzył drzwi. Spocona koszula przylepiła mu się do pleców.

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Polecamy

Proza czeska

Jan BalabánWakacje / Możliwe, że odchodzimy • Którędy szedł aniołBianca BellováJezioro • Mona • Takie urywkiTereza BoučkováRok KogutaRoman CílekJa, Olga HepnarováEmil HaklZasady śmiesznego zachowaniaPetra HůlováPlastikowe M3, czyli czeska pornografia • Macocha • KrótkahistoriaRuchuZdeněk JirotkaSaturninMarkéta PilátováCiemna stronaMiroslav Sehnal / Břetislav UhlářGodzina w niebiePetra SoukupováZniknąć • Pod śniegiem • Najlepiej dla wszystkich • Sprawy, na które przyszedł czas • Zawsze jest ktośPetr ŠabachGówno się pali • Podróże konika morskiego • Masłem do dołu • Pijane banany • Dowód osobisty • Babcie • Ta kurewska miłośćMarek ŠindelkaZostańcie z nami • Mapa Anny • Zmęczenie materiałuZdeněk SvěrákOpowiadania i wierszKateřina TučkováBoginie z Žítkovej • Wypędzenie Gerty Schnirch • Bílá Voda

Seria Czeska Bajka

Radek MalýPopieliczkiVojtěch MatochaTruchlin • Truchlin. Czarny merkuryt • Truchlin. Biała KomnataIva ProcházkováPyszna środa • Nawet myszy idą do niebaPetra SoukupováBercik i niuniuchPavel Šrut, Galina MiklínováNiedoparki • Niedoparki powracają • Niedoparki na zawsze

Seria Czeskie Krymi

Jiří BřezinaPrzedawnienie • PołudnicaPetra KlabouchováŹródła WełtawyDaniel PetrSiostra ŚmierćIva ProcházkováMężczyzna na dnie • Roznegliżowane • Zagraj mi na drogęMichal SýkoraCzłowiek pana ministra • To jeszcze nie koniec • Pięć martwych psów František ŠmehlíkUsłyszeć śpiew jeleni

czeskie smaczki

Zofia Tarajło-LipowskaNowy Kapoan. Strzel i traf do czesko-polskich językowych gafMichael ŽantovskýHavel od kuchni

Ekonomia i polityka

Václav KlausMy, Europa i świat

Seria Nowe Polskie

Rafał NiemczykMama umiera w sobotę

Wydawnictwo Afera

al. Karkonoska 10

53-015 Wrocław

telefon: (+48 71) 716 48 30

fax: (+48 71) 716 48 31

[email protected]

www.WydawnictwoAfera.pl