Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 26.05.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
POWIEŚĆ O DETERMINACJI, PATRIOTYZMIE, ODWADZE I PRAGNIENIU PRZETRWANIA W CZASIE, GDY WSZYSTKIE DROGI PROWADZIŁY NA MONTE CASSINO. Jest rok 1941.
Liliana po stracie bliskich podróżuje po kraju, by odnaleźć ukochanego, lecz w miejscu, w którym zrodziła się ich miłość, trafia w ręce swojego największego wroga, funkcjonariusza NKWD. Zostaje osadzona w baranowickim więzieniu, torturowana oraz skazana na wiele lat pracy w Karłagu. Tylko pragnienie spotkania z narzeczonym trzyma ją przy życiu. Gdy wraz z innymi więźniami Liliana zostaje wywieziona na dalekie tereny ZSRR, nie przypuszcza, że wszystko, co wie o sobie, zostanie wystawione na próbę i jak długą drogę będzie musiała pokonać, by odnaleźć miłość.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 307
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Nina Zawadzka, 2025
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Michał Grosicki
Redakcja: Malwina Kozłowska
Korekta: RedKor Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Anna Apanas
ISBN: 978-83-8441-113-1
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Mojemu drugiemu narzeczonemu i jednocześnie jedynemu mężowi – z miłością
PROLOG
1944 rok
Kiedy ich oczy się spotkały, Przemek zrozumiał, że od tej pory nic już nie będzie zależało od niego.
Zdawało mu się, że w jednej chwili świat się zatrzymał, choć w istocie dla postronnego obserwatora nie zmieniło się nic. W powietrzu nadal świstał grad kul wystrzeliwanych z ponad dwóch tysięcy dział. Huk porażał słuch, a echo eksplozji i czerwone łuny na tle jaśniejącego nieba sprawiały wrażenie, jakby wzgórze niemal całe zajęte było ogniem.
Jednak nawet ów widok nie zmroził krwi w żyłach Przemka tak bardzo, jak to jedno spojrzenie. Nic bowiem na świecie nie robi na człowieku większego wrażenia niż świadomość, że oto właśnie traci się sens życia.
Od wielu godzin na wzgórzu rozgrywała się najkrwawsza z bitew, a Przemysław był niczym wystawiona na ostrzał żywa tarcza, której jednak żadna kula nie chciała sięgnąć. Zupełnie jak gdyby los, chcąc, by zapamiętał tę ostateczną chwilę, roztoczył nad nim parasol ochronny.
Ten, którego modlił się nigdy nie spotkać na swojej drodze, stał przed nim w pełnej krasie. W towarzystwie członków swojej brygady, w aurze szacunku, jak gdyby był samym generałem Andersem.
Przeciwnik był wysoki, postawny, z gęstą czupryną włosów i oczyma, które barwą hipnotyzowały zebranych wokół niego żołnierzy. Sprawiał przy tym wrażenie mężczyzny, który doskonale wie, co robi. I robi to tak przemyślanie, że niemal od razu chciałoby się powierzyć mu swoje życie, z przekonaniem graniczącym z pewnością, iż zostanie oszczędzone.
Przemysław, gdyby sam nie wiedział o nim tak wiele, zapewne dołączyłby do jego popleczników. Tak jak oni spijałby z jego ostro zarysowanych ust każdą wykrzyczaną komendę.
Nagle, choć pora ku temu nie była w żaden sposób właściwa, Przemek pomyślał, że nie tylko spojrzenie i pewność siebie nakazywały pozostałym ufać temu człowiekowi. Chodziło o postawę, tak odmienną od innych. Wśród wynędzniałych, umęczonych okrutnymi więzieniami, morderczą pracą w łagrach i wielotysięczną podróżą żołnierzy armii Andersa ten człowiek wyglądał jak mityczny Herkules – człowiek, na którym skutki wojny nie odcisnęły najlżejszego piętna.
Los, choć nierówno rozdawał karty, wydał się teraz nad wyraz sprawiedliwy. Pociski rozrywające przestrzeń nie mogły ominąć toru przeznaczenia. Trzy kule w niemal prostej konstelacyjnej linii przecięły jasny materiał munduru. I dopiero po chwili krew zaczęła przesiąkać przez materiał, przypominając zebranym o niezwykłej kruchości życia.
Przemek zachwiał się na nierównym podłożu. Na zboczu powinien był leżeć płasko! Może wtedy ich spojrzenia nie spotkałyby się, a on sam nie znajdowałby się teraz w tak niezręcznej sytuacji.
Mimo ognia, którym płonął cały masyw, nieoczekiwanie poczuł na swoim ciele lodowaty dreszcz. Wojna o polską sprawę w jednej chwili przestała mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie, życie bowiem wrzuciło go w sam środek nowej bitwy. Wiedział już, że jej nie uniknie. Nim bitwa o klasztor na wzgórzu się skończy, on sam musi wziąć udział w ostatnim, decydującym starciu.
Jednak najtrudniejsza w tym wcale nie miała być próba sił, ale coś, na co Przemysław nie miał już żadnego wpływu.
LILIANA
Białowieża
Biegła co sił w nogach, a ściśnięte przerażeniem serce podchodziło jej do gardła. Nogi niemiłosiernie drżały z wysiłku, stawy skokowe opanował ból spowodowany krzywymi stąpnięciami na nierównym poszyciu. Nieraz już upadła, gubiąc cenne sekundy i skracając dystans pomiędzy nią a ścigającymi ją mężczyznami. Mimo to starała się coraz szybciej przeskakiwać przez zarośla i próbowała omijać wyrastające pędy jeżyn, które niczym zasieki rozłożone na dziką zwierzynę raniły jej łydki i spowalniały ruchy.
Nie obracała się za siebie, choć krzyki i rosyjskie komendy zdawały się dobiegać ze wszystkich stron. Biegła – w nadziei, że mężczyźni odpuszczą pościg. Oni jednak tropili ją niestrudzenie.
Nagle strach przebiegł po jej dwudziestoletnim ciele nieznośnym, lodowatym dreszczem, bo zorientowała się, że lada moment czeka ją najtrudniejsze wyzwanie.
Jeszcze przez jakiś czas będzie mogła biec slalomem pomiędzy drzewami, które nieraz już przyjmowały w siebie wystrzeliwane w jej stronę kule. Później rozsada drzew stanie się coraz rzadsza, by następnie ustąpić miejsca oświetlonej przez księżyc polanie, oddzielającej gaj od Puszczy Białowieskiej. Wtedy nic już nie uchroni jej przed śmiercionośną kulą. Liliana, żeby przeżyć, musiała przebiec ten dystans jak najszybciej. Tu nie było czasu na potknięcie, krzywo postawioną stopę ani przerwę na złapanie oddechu. Wystarczyłby jeden niedopracowany ruch, by wpadła w ręce funkcjonariuszy bezpieki.
Oddychała coraz głośniej, karmiąc płuca rześkim nocnym powietrzem. Skupiona niczym uciekająca przed lwami antylopa, analizowała położenie i możliwości. Rachunek nieubłaganie wskazywał na jej klęskę.
Mimo to jednak wiedziała, że za wszelką cenę musi opanować wyczerpanie i zrobić wszystko, by nie dać się złapać. Wszystko, by przeżyć i jeszcze raz móc zobaczyć ukochanego!
Kiedy wbiegła na polanę, księżyc stał już wysoko na niebie, oświetlając drogę niczym latarnia na morzu. Rozmokła po zimie łąka zamieniła się w błocko i grunt chlupał teraz pod nogami. Każdy krok był coraz trudniejszy, a mlaskające błoto klejące się do butów zdradzało jej położenie. Im szybciej biegła, tym głębiej grzęzła w podłożu. Ucieczka wydawała się teraz prawie niemożliwa, ale Liliana nie zamierzała się poddać; szczerze wierzyła, że dobry los uchroni ją od niebezpieczeństwa.
Nagle powietrze przeciął głośny świst kul. Pociski zaczęły wbijać się w miękką ziemię tuż przy jej stopach, rozpryskując na boki mokre grudki ziemi. Liliana spanikowała; próbowała przyspieszyć, lecz nogi, wykończone kilkukilometrowym biegiem, zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Mimo to, choć wolniej i coraz bardziej chwiejnie, parła naprzód. Niestrudzenie. Byle dalej. Byle przetrwać.
Do lasu wpadła z duszą na ramieniu, potykając się o wystający korzeń. Po kilkudziesięciu susach, tuż przy niewielkim strumyku, odbiła w lewo, wiedząc, że tylko tu, przy wodzie dającej życie młodnikom, zdoła się ukryć.
Znała ten las jak własną kieszeń. Jednak od południowej strony nie była już tak dawno, że początkowo zdało jej się, jakby straciła orientację. Pośród drzew liściastych posadzony przed laty gąszcz małych świerków stał się tak duży, że teraz z trudem wbiła się pomiędzy kłujące gałęzie. Zgięta wpół, by chronić się od niskich gałęzi drzew, a jednocześnie wysoko unosząc nogi, przedzierała się naprzód, lecz drżące z wysiłku kończyny stały się miękkie jak galareta, a z głodu i nerwów wirowało jej przed oczyma. Po kilku chwilach zabrakło jej sił, by odgarniać sprzed siebie ciężkie gałęzie coraz większych choinek, które otaczały ją niczym mur. Nie widząc już drogi ucieczki, spanikowała i przystanęła. Przytuliła się plecami do konaru świerku i okrywszy wątłe ciało kłującymi gałęziami, oczekiwała najgorszego. W bezruchu próbowała uspokoić szalejące w piersi serce i ciężki oddech. Bezgłośnie połykała gęste, wilgotne powietrze, przeczesując wzrokiem teren. Próbowała nie zdradzić się żadnym, nawet najcichszym westchnieniem i owładnięta przerażeniem poczęła nasłuchiwać, czy mężczyźni zbliżają się do jej kryjówki.
Las otulał Lilianę spokojem i ciszą. Zwierzęta i ptaki, spłoszone hałasem, rozpierzchły się w ciemności i zaszyły w sobie tylko znanych miejscach. Dopiero po dłuższej chwili w powietrzu rozległy się odgłosy kroków, plaskanie traperów o mokre poszycie. Liliana, słysząc je, zamarła. Nogi piekły ją z bólu i niemiłosiernie drżały, więc by zmusić umysł do skupienia się na czymś innym, zacisnęła dłonie na kłujących gałęziach. W nerwowym oczekiwaniu zdawało jej się, że całkiem oślepła i nie widzi kierunku, z którego przybyła. Z czasem pośród gałęzi prócz dźwięków kroków zaczęły nieść się szepty, rosyjskie bluzgi oraz strzały ostrzegawcze, które z pewnością miały ją wystraszyć i sprowokować do biegu. Liliana jednak nie zamierzała się ruszać.
W końcu z miejsca, w którym się ukryła, zobaczyła oddalonych o kilkaset metrów mężczyzn, którzy wcześniej ją gonili. Idąc, rozglądali się na boki, zdezorientowani i wściekli. W końcu, nie zauważywszy jej, przystanęli ledwie kilka metrów od niej. Lila przymknęła powieki, bojąc się, że w tej ciemności zdradzą ją białka oczu. Wstrzymała powietrze i modliła się o cud, aż usłyszała, jak jeden z mężczyzn rzuca do drugiego po rosyjsku:
– Wracajmy. W końcu wpadnie. O ile wyjdzie stąd cała.
Drugi z nich wyraźnie nie był zadowolony z polecenia i przez chwilę się wahał.
– Daleko nie mogła uciec. Czuję, że jesteśmy blisko.
– Daj spokój, Nazarow. W końcu dorwiesz tę małą dziwkę.
Nikita Nazarow… Liliana pomyślała z przestrachem o mężczyźnie, którego niegdyś poznała w Brześciu, a którego imienia nie mogła sobie przypomnieć, dopóki po latach znów nie spojrzała mu w oczy.
Wtedy, w Brześciu, była bardzo młoda, pewna swojej urody i własnej wartości, a przy tym dość naiwna, by wierzyć, że Rosjanie tak jak Polacy z honorem znoszą odrzucone zaloty. Nikita Nazarow najwyraźniej należał do tych mężczyzn, którzy na pielęgnowaną w sercu urazę znają tylko jedno panaceum. Zemstę.
Nazarow na przestrzeni lat zmienił się nie do poznania. Z cherlawego chłopca ze zubożałej rodziny, o dziecięcym głosie i karłowatej postawie, wyrósł na wysokiego i dobrze zbudowanego mężczyznę, obecnie funkcjonariusza NKWD. Liliana nie poznałaby go, gdyby nie przeszywający wzrok, którym dawniej prześwietlał ją na wskroś, a którym teraz przeczesywał okolicę. Było w nim coś obłąkańczego. Coś, czego się bała i co wywoływało nieprzyjemne gniecenie w brzuchu. Przed laty lekceważyła spojrzenia rzucane podczas przypadkowych spotkań. Nie było ich dużo, wszak do Brześcia jeździła z ciotką jedynie na większe zakupy lub proszone podwieczorki i kolacje. A on z rzadka bywał w Baranowiczach i Różanej. Wtedy też czuła się spokojniejsza, bo wiedziała, że Nazarow nic nie może jej zrobić. Teraz, gdy życie Polaków zależało od Rosjan, błagała w myślach Boga, by uchronił ją przed gniewem tego człowieka.
Delikatnie uniosła powieki i wtedy w blasku księżyca znów zobaczyła jego wysoko uniesiony, kościsty podbródek. Wydawało się, że wzrok mu nie wystarcza i że Nikita próbuje wywęszyć jej kryjówkę. Przez moment nawet odniosła wrażenie, że ją dostrzegł, lecz to było zaledwie złudzenie, bo nieoczekiwanie spuścił głowę i ruszył za swoim kompanem, który znacznie oddalił się już od Nazarowa.
Dopiero gdy mężczyźni całkiem zniknęli z oczu, Liliana odetchnęła pełną piersią. Puściła gałęzie, które poraniły jej dłonie, odeszła kilka kroków i usiadła na mchu. Całe jej ciało drżało niemiłosiernie, serce waliło w piersi jak oszalałe, a każdy oddech sprawiał ból. Zupełnie jak gdyby stres obkurczał płuca i teraz, porażone przypływem powietrza, dawały o sobie znać.
Skrzyżowała dłonie i przyłożyła je do piersi. Ten gest zawsze ją uspokajał. Teraz jednak, w przypływie adrenaliny i strachu, trwało to znacznie dłużej. Im bliżej była celu podróży, tym trudniej udawało jej się wymykać z rąk funkcjonariuszy. Nie wiedziała, jak długo już uciekała przed NKWD ani który to był pościg w ciągu ostatnich miesięcy, ale każdy kolejny zdawał się kłaść na jej psychice coraz większym cieniem. A teraz, kiedy spotkała na swojej drodze Nikitę, z narastającą trwogą myślała o przyszłości.
Do białego rana nie zmrużyła oczu, czując niemal to samo przytłoczenie co podczas podróży do Różanej w tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym roku. Zupełnie jak gdyby przeczuwała, że życie znów wystawi ją na próbę i że tu, pod ukochanym niebem, przeznaczenie szarpnie najczulsze struny jej serca.
PRZEMEK
Baranowicze
Kiedy strażnik otworzył podkute metalem drzwi celi, Przemysław Lenartowicz zobaczył, że tym razem jego rozmówcą będzie kobieta. Ucieszył go ten widok – dawał nadzieję na łagodne przesłuchanie. Co prawda tuż za jej plecami stało dwóch mężczyzn, zapewne w roli strażników, którzy na dźwięk komendy z przyjemnością zrobiliby użytek ze swoich pięści. Jednak Przemek znał ich na tyle, by wiedzieć, że nie są tak silni, na jakich wyglądają. Miał już z nimi do czynienia; nie zdołali go zabić. Poza tym ciało, wielokrotnie wystawiane na tortury, miał już na tyle zahartowane, że pobicie nie robiło już na nim większego wrażenia.
Enkawudziści jeszcze przez chwilę trzymali go mocno pod ramiona, jak gdyby związane sznurem ręce za plecami nie unieruchamiały go wystarczająco. Nagle uścisk zelżał, a jeden z mężczyzn kopnął Przemysława w plecy, przez co ten gwałtownie wpadł do niewielkiej celi. Zachwiał się nieco, robiąc hałas, lecz zdołał zachować pion, nim enkawudziści zamknęli za nim drzwi.
Znał już procedury i bez namysłu zasiadł na przyszykowanym dlań krześle, stojącym w nieznacznej odległości przed biurkiem.
Kobieta w sztywnym mundurze, siedząc prosto za niewielkim stolikiem, podniosła na niego wzrok, lecz po chwili znów pochyliła się nad dokumentami. Przemek cierpliwie czekał, obserwując jej jasne lico, czoło zakryte częściowo czapką, szczupłą sylwetkę oraz zadbane dłonie.
Po chwili odetchnęła, przebiegła wzrokiem dokument i uniosła brew; uznawszy, że nic już nie trzeba dopisywać, włożyła kartkę do teczki i sięgnęła po kolejną. Znajdował się w niej plik dokumentów.
– Nazwisko i imię – odezwała się nieoczekiwanie.
– Lenartowicz Przemysław.
Spojrzała na niego z niezadowoleniem, jak gdyby mieli już za sobą wątpliwą przyjemność zapoznania się.
Miała ciemne tęczówki, które oświetlone jedynie nagą żarówką zawieszoną na kablu nad jej głową wydawały się niemal czarne. To spojrzenie przeszywało go na wskroś. Zdjęła czapkę, a wówczas jego oczom ukazały się upięte z dbałością w kok włosy z równym jak od linijki przedziałkiem pośrodku. Teraz dostrzegł, że kobieta jest młoda. Zbyt młoda na to, by być w więziennej hierarchii kimś ważnym.
Splotła dłonie i wsparła na nich podbródek.
– Jesteś oskarżony o szpiegostwo na rzecz państwa wrogiego ZSRR. Z kim współpracujesz?
– Nie jestem obywatelem Rosji, żebym miał obowiązek wykazywać lojalność wobec ZSRR.
Zmrużyła oczy, wyraźnie nieusatysfakcjonowana jego odpowiedzią, po czym wstała od stołu i założyła skórzane rękawiczki. Nie spuszczając z niego wzroku, zaczęła chodzić po celi.
Przemysław spostrzegł teraz, że pomimo mało kobiecego w formie munduru była zgrabna i szczupła. Nie w jego typie, lecz gdyby nie wojna, byłby gotów się z nią umówić.
– A więc przyznajesz się, że próbowałeś przekroczyć granicę, aby przekazać meldunki stronie niemieckiej?
– O ile mnie pamięć nie myli, Trzecia Rzesza to wasz sojusznik, towarzyszko, a nie wrogie państwo. A zatem co w tym złego, że poszedłem do sojusznika? – zapytał drwiąco.
Głośny świst przeciął powietrze i Przemek poczuł na twarzy ból. Z rozcięcia na policzku szybko zaczęła spływać krew.
– Komu i o czym meldowałeś za granicą?
– Szedłem tylko do domu. Nie moja wina, żeście się tak dogadali, iż granica przechodzi przez moje gospodarstwo.
– A więc przyznajesz, że przekraczałeś granice państwowe, wykonując wrogie nam działania.
Spojrzała na niego wyczekująco. Przemek poczuł, że nie ma już siły dyskutować.
– Nie – rzucił tylko.
Zbagatelizowała jego odpowiedź.
– Jakie to były zadania i od kogo je dostałeś? – drążyła.
„Doprawdy, czy wszystkie kobiety słyszą tylko to, co chcą usłyszeć?” – spytał siebie w duchu, patrząc na nią jak na wariatkę.
Pejcz znów poszedł w ruch i kolejna pręga oszpeciła jego policzek.
– Odpowiadaj! – krzyknęła histerycznie kobieta.
Przemysław wzniósł brwi, zaskoczony zmianą w jej zachowaniu.
– Nie mam nic do dodania.
– A więc przyznajesz się, że jesteś szpiegiem?
– Powiedziałem już przed momentem, że nie. I zdania nie zmienię.
Zacisnęła usta i zbliżyła się do niego, po czym wymierzyła mu siarczysty policzek.
– Nie pogrywaj ze mną – wycedziła przez zęby. – Wiemy o tobie wszystko!
Prychnął.
– Skoro wiecie, to po co w kółko pytacie o to samo?
– Iwan! – krzyknęła spazmatycznie.
Tęższy strażnik podszedł do Przemka i z impetem kopnął nogę krzesła. Ten jeden ruch wystarczył, żeby pod naporem ciężaru przesłuchiwanego i niestabilnej konstrukcji drewno pękło. Przemek padł na posadzkę, a Iwan gwałtownie uniósł nogę i podeszwą ciężkiego żołnierskiego buta łupnął w jego głowę tak, jakby jednym kopniakiem chciał ją rozgnieść niczym skorupę orzecha.
Lenartowicz syknął z bólu i próbował się obrócić, lecz z powodu związanych na plecach rąk miał ograniczone ruchy. Wiercił się, próbując się wyswobodzić, a kiedy udało mu się wysunąć spod tego poniżającego ścisku, Iwan ponownie uniósł nogę i z jeszcze większą siłą, precyzją i wściekłością próbował wgnieść but w głowę Przemka. Tępy ból rozlał się po skroni Lenartowicza. Ziarnka piasku spod podeszwy wpadły mu do oka i ucha. Iwan napierał całym ciałem na głowę i kark Przemka tak mocno, iż ten miał wrażenie, iż lada moment rozkruszy mu kości. Sekundy zdawały się wiecznością. Ból rozsadzał czaszkę, szczękę i oczodoły. Z nosa i ucha zaczęła sączyć się krew. Ciało sztywniało, porażone uciskiem tego prymitywnego imadła. Rzeczywistość mieszała się z obłędem, a zapach śmierci stał się nad wyraz wyczuwalny.
W końcu Przemysław Lenartowicz przestał się szarpać, pogodzony z przegraną i własnym nieszczęsnym losem.
– Dość! – Wysoki kobiecy głos przerwał tortury.
Iwan natychmiast się odsunął, lecz widząc obezwładnione bólem ciało, zamachnął się i kopnął jeszcze Przemka z całej siły w plecy.
Szybki, mocny strzał sprawił, że Lenartowiczowi na moment zabrakło tchu. Drugi potężny kopniak wstrząsnął nim całym. Przemek jęknął z bólu i strachu, mógłby bowiem przysiąc, że poczuł nieprzyjemne chrupnięcie w okolicy lędźwi.
– Żyje – rzucił z uciechą Iwan, jak gdyby dostał pozwolenie na dalszą zabawę.
– Dość! – Kobieta brzmiała stanowczo.
Przemek leżał bezwładnie, nabierając tylko powietrza przez rozchylone usta. Nie ośmielił się otworzyć oczu ni poruszyć, by nie zrobić sobie większej szkody. Z twarzą przyciśniętą do ubłoconej i brudnej od krwi posadzki słyszał, że funkcjonariuszka zbliża się do niego. Kiedy podeszła, schyliła się i dłonią odzianą w skórzaną rękawiczkę złapała go za włosy, po czym pociągnęła do góry, zmuszając Przemka, by na nią spojrzał.
– Przyznajesz się?
– Nie – wyszeptał.
– Za krótki wpierdol dostałeś… Iwan!
Mężczyzna sprzedał Przemkowi kilka kopniaków godnych najlepszego piłkarskiego strzelca, lecz Lenartowicz nawet się nie zająknął.
Kobieta znów szarpnęła go za włosy.
– Posłuchaj, gnoju. Podpiszesz mi teraz dokument, w którym przyznajesz się, że jesteś szpiegiem, albo Iwan cię wykończy – wysyczała po rosyjsku. – Rozumiesz?
Przemek milczał.
Oddaliła się na moment, by zaraz powrócić. Poczuł przy sobie duszący kwiatowy zapach jej perfum. Nim uniosła jego głowę, wsunęła mu w dłoń pióro.
– Spójrz na mnie, Lenartowicz! – wrzasnęła, żeby go ocucić, a Przemek nieznacznie uniósł powieki. – Podpiszesz mi teraz protokół, w którym przyznajesz się, że jesteś polskim szpiegiem na usługach Niemców, i prosisz o skrócenie kary. Odsiedzisz wyrok, spędzisz trochę czasu w łagrze, a jeśli się wykażesz, to puścimy cię do domu.
Przemek spojrzał w jej czarne jak smoła oczy. Krył się w nich mrok, jakiego nigdy wcześniej nie widział. A może to świadomość bliskiej śmierci kazała mu tak odbierać rzeczywistość?
Jego przedłużające się milczenie coraz bardziej ją rozjuszało. Zaciskając w złości szczęki, zmrużyła oczy i szarpnęła go wyjątkowo mocno za włosy.
– Podpisuj! – zakomenderowała nagle, tracąc cierpliwość.
Przez głowę przeleciały mu wszystkie chwile w wojsku, które doprowadziły go do tego miejsca. Wszystkie szkolenia, przyjaźnie, braterstwa krwi i przysięgi. Setki zapewnień, że nigdy, za nic w świecie, choćby torturom nie było końca, a śmierć czyhała tuż za winklem, nie zdradzi Polski. O nią walczył jego ojciec i za nią zginął jego brat w kampanii wrześniowej. On, Przemysław Lenartowicz, choćby musiał znosić tu najgorsze tortury, nie wyprze się swojego dziedzictwa, swojej historii i lojalności wobec kraju. To była kwestia honoru i dumy.
– Nie – wyszeptał, patrząc jej głęboko w oczy.
– Coś ty powiedział?!
– Nie podpiszę – odparł najbardziej pewnym tonem, na jaki było go stać.
Odrzuciła z impetem jego głowę.
– Iwan!
Wielkolud jednym susem skoczył na stopy Przemka, miażdżąc mu kości i zmieniając ich położenie.
Ból był tak ogromny, że Przemek nie zdążył krzyknąć; organizm w reakcji obronnej odciął mu umysł i pozbawił przytomności.
Ocknął się dopiero w chwili, gdy strażnicy wrzucili go do celi. Przez ułamek sekundy widział malujące się przerażenie na twarzach współosadzonych, lecz nie miał siły przyjrzeć im się bliżej. Koledzy ułożyli go bliżej okna, by zobaczyć obrażenia.
Zacisnął powieki, czując nieznośnie pulsujący ból w głowie, plecach i nogach oraz spojrzenia przyklejone do jego zmaltretowanego ciała. Nikt nie śmiał się odezwać. Cisza aż piszczała w uszach; dopiero po chwili przerwało ją miarowe postukiwanie w rurę z dolnej celi. Przemek czekał, aż jego przyjaciel skończy nadawać alfabetem Morse’a pytanie, i uśmiechnął się pod nosem, rozszyfrowując jego treść.
Z trudem sięgnął po schowaną w kieszeni spodni monetę. Wymacał przy ścianie cienką rurkę, pozostałość po grzejnikach, i zaczął delikatnie stukać; wystarczyło tylko musnąć monetą rurkę, by dźwięk poniósł się na całej długości.
„Trzy długie muśnięcia. Kropka. Kropka, muśnięcie, kropka…” – wyliczał w myślach, aż ułożył zdanie.
„Orzeł wrócił do klatki”.
„Może latać?” – nadano kolejny zaszyfrowany komunikat.
„Ma złamane skrzydło” – odstukał Przemek z trudem.
„Do wiosny się zagoi i polecimy do Polski” – pomknęło dźwiękiem przez rurę.
„Polecimy” – odpukał Przemek i zasnął z monetą w dłoni, wykończony przesłuchaniem, bólem, który obezwładniał jego ciało, oraz bezradnością, która coraz zachłanniej odbierała mu nadzieję na wolność.
LILIANA
Różana
Ranek był rześki i chłodny. Słońce wpadało ciepłymi promieniami pomiędzy listowie, tworząc melancholijne, jasne smugi wśród niezliczonych odcieni zieleni. Las tętnił życiem, a dowodów na nie wznosiło się w powietrzu całe mnóstwo. Ptaki ćwierkały radośnie, prześcigając się w coraz to piękniejszych ariach, a ciche szmery i szelesty dobiegające z różną częstotliwością z wszelkich stron sygnalizowały obecność zwierzyny.
Gdy Liliana uniosła powieki, wspaniała, jaskrawa barwa młodych, wiosennych liści niemal ją poraziła. Nabrała powietrza w płuca i ziewnęła, czując nieprzyjemne mroczki na ścierpniętym i zmarzniętym ciele po nocy spędzonej na zimnej ziemi. Przez chwilę leżała bez ruchu, nasłuchując, a kiedy upewniła się, że nie słyszy znikąd żadnych słów, usiadła. Sarna stojąca nieopodal, dostrzegłszy Lilianę, przestała żuć wystający z pyska liść, po czym uciekła w popłochu. Dziewczyna przypatrywała jej się przez chwilę, a potem wstała i wyszła z zarośli, w których skryła się minionej nocy. Otrzepała spódnicę i obszerny ojcowski filcowy płaszcz z podszewką, zabrany podczas ucieczki z rodzinnego domu. Następnie przeczesała palcami splątane, skołtunione włosy i ruszyła na północ.
Głód dawał jej się mocno we znaki, lecz Liliana starała się skupić myśli jedynie na tym, że czekało ją kilka godzin pieszej wędrówki i nareszcie dotrze do kresu drogi! Nie mogła się doczekać, aż stanie w progu domu ciotki, który był jej równie bliski, co obejście rodzinnej willi.
Marzyła o tym dniu, odkąd tylko wywinęła się z rąk funkcjonariuszy NKWD, którzy wpadli do lwowskiego mieszkania profesor Bernackiej i zaaresztowali wszystkie koleżanki Liliany z tajnych kompletów. Jej samej z mieszczącego się na pierwszym piętrze mieszkania profesorki udało się uciec przez okno. Zwichnęła przy tym okropnie kostkę, lecz zdołała dokuśtykać do pozostawionego pod domem roweru i odjechać, tuż przed tym, jak funkcjonariusze wyszli przed kamienicę, prowadząc studentki do ciemnego samochodu.
Pod adres stancji, w której mieszkała we Lwowie, podjeżdżała kilka razy. Zawsze jednak w okolicy kręcili się funkcjonariusze NKWD, a gdy jednego z nich zobaczyła w oknie swojego pokoju, wiedziała, że w tym mieście nie jest już bezpieczna. Później wielokrotnie modyfikowała plan swojej podróży, gubiąc się w tłumie, zmieniając pociągi czy w końcu błądząc po bezdrożach. Zmierzając do Radziechowa, rodzinnego miasta, oddalonego o niespełna sto kilometrów od Lwowa, musiała liczyć tylko na siebie. A później wcale nie było lepiej.
Dom rodzinny, który był jej pierwszym celem podróży i domyślnym miejscem schronienia, zastała splądrowany i opuszczony. Liliana nie spodziewała się spotkać w nim rodziny w komplecie, ponieważ ojciec Władysław i brat Amadeusz jeszcze przed wybuchem wojny zaciągnęli się do wojska, lecz martwiło ją zniknięcie mamy, Haliny Wilczyńskiej z Urbańskich, oraz dwóch maleńkich sióstr.
Matka nigdy nie ruszała się z domu. Czasem nawet w żartach wspominała, że gdyby miała umrzeć, to tu, w odziedziczonej po swoich rodzicach willi, w której się wychowała i w której wydała na świat swoje potomstwo.
Liliana na widok ogołoconego z drogocenności i pustego rodzinnego domu w mig zrozumiała, że stało się coś złego, a ona może być bezpieczna jedynie w Różanej. Szybko podjęła decyzję, że musi uciec do ciotki Konstancji, u której od lat spędzała każde wakacje. Posiadłość położona na północ od Puszczy Białowieskiej, na skraju wsi Różana, pośród niekończących się połaci pól i w centrum rozległego zadbanego ogrodu, zawsze jawiła się Lilianie jako raj i bezpieczna przystań. To tam odpoczywała od lwowskiego zgiełku. Tam zakochała się bez pamięci. I tam spędziła najpiękniejsze chwile swojego życia.
Dlatego teraz, po miesiącach tułaczej wędrówki, gdy znajdowała się już tak blisko celu, serce radośnie biło jej w piersi. Nadal jeszcze nie czuła się bezpieczna, zwłaszcza że od Brześcia funkcjonariusze NKWD zdawali się śledzić każdy jej krok. Lecz nagle przestało mieć to dla niej znaczenie. Liczyło się tylko, by jak najszybciej znaleźć się na posesji ciotki Konstancji.
Kiedy murowany piętrowy dom z szarą dachówką, lukarnami, wymalowanymi na biało okiennicami i werandą otoczoną ażurową balustradą pojawił się na horyzoncie, Liliana poczuła niebywałą euforię. Rzuciła się biegiem, nie chcąc tracić czasu. Pragnęła być już w obejściu i witać się czule z ciotką.
Jednak im bliżej była budynku, tym coraz więcej nieprawidłowości rejestrowała w ukochanym obrazie. Najpierw zobaczyła powalone drzewo czereśni; z jej najwyższych gałęzi dało się dostrzec oddalone o kilka kilometrów ruiny Pałacu Sapiehów. Liliana wdrapywała się na nie w dzieciństwie i objadała soczystymi owocami.
Teraz leżało jakby rozłupane przez piorun, wspierając się czubkiem o krawędź dachu. Na tle jaskrawej wszędobylskiej zieleni wyschnięte i poczerniałe liście oraz gałęzie budziły w Lilianie postrach. Z każdym krokiem jednak coraz lepiej rozumiała, dlaczego nie uprzątnięto tego drzewa.
Gdy od ogrodzenia posesji dzieliło ją ledwie kilka kroków, wszelkie marzenia o bezpieczeństwie, jakie snuła o tym domu, prysły jak bańka mydlana.
Wyglądało to tak, jakby przez posesję przeszło tornado. Wyrwane drzwi wejściowe leżały w ogrodzie. Szyby w oknach zostały wybite. Kwiaty, największa duma ciotki Konstancji, leżały zniszczone, jakby zdeptało je stado koni. Porozrzucane wokół domu rzeczy wyraźnie leżały tam już od dawna: były brudne, zakurzone, zniszczone od deszczu. Nim Liliana odważyła się przekroczyć próg domu, minęła jeszcze pozostałości po palenisku. Ogień musiał być tak wielki, że z pewnością widać go było z daleka, bo średnica okrągłego wypalonego na trawie czarnego śladu była dłuższa niż ramię żurawia u studni. Liliana popatrzyła z boleścią na ten widok, a wówczas wśród zgliszczy zamajaczył mosiężny emblemat, który dawniej stanowił dekorację hebanowych, sprowadzanych z Włoch mebli.
Drżała, wchodząc do domu, a kiedy zobaczyła ogrom zniszczeń, łzy stanęły jej w oczach. Salon wyczyszczono z mebli, boazerii i drzwi, z których brutalnie zerwano również futryny. Ślady po nich ukazywały wnętrze domu niczym ciało otwarte podczas operacji, gdzie tynk i aksamitne tapety, niczym mięśnie i skóra dla kości, stanowiły osłonę surowych, zimnych cegieł. Kryształowy żyrandol, przykuwający zawsze uwagę wszystkich, leżał pośrodku pokoju, roztrzaskany w drobny mak. Wielkie kwiaty w donicach, zajmujące całą wschodnią ścianę salonu i sprowadzane przez ciotkę z różnych zakątków świata, wyschły, a ich pożółkłe liście, zerwane przez hulający w domu wiatr, pląsały po brudnym, drogim parkiecie, który teraz był pełen dziur. Obrazu rozpaczy dopełniały ściany, z których w kilku miejscach pozrywano tapety. Wiszące na nich dawniej płótna mistrzów, teraz pozbawione pozłacanych ram, leżały pod oknem, na stosie, z wbitą weń siekierą.
Liliana obróciła się i spojrzała na inne pokoje, które prezentowały się w równie opłakanym stanie.
Na drżących nogach przeszła przez korytarz i zaczęła się wspinać po wybrakowanych schodach. Płakała przy tym bezgłośnie, nie będąc w stanie pojąć, co wydarzyło się w tym domu podczas jej nieobecności. Furia, z jaką złoczyńcy rozprawili się z jej azylem, musiała pochodzić z samego dna piekła, skoro została skierowana w stronę Konstancji.
Nie było bowiem w tej części Polesia lepszej, czulszej ani hojniejszej osoby, która przeznaczała krocie ze swego majątku na pomoc polskim sierotom i edukację biednych dzieci z okolicznych wiosek. Często też sama, chcąc dzielić się własną wiedzą, organizowała w domu spotkania edukacyjne, wieczorki literackie, poetyckie i artystyczne. Pragnęła w tym zakątku, na skraju Różanej, stworzyć miejsce, gdzie każdy będzie czuł się dobrze.
Ojciec Liliany często miał za złe siostrze, że ta trwoni w ten sposób rodzinny majątek, lecz ciotka, pomagając innym ludziom, zwłaszcza najmłodszym, rekompensowała sobie w ten sposób brak dzieci, o których od zawsze marzyła. Liliana w przeciwieństwie do ojca podziwiała ciotkę za to, że wszystkich ludzi mierzyła jedną miarą. Każdy w jej mniemaniu zasługiwał na wszystko, co najlepsze, a jeśli życie skąpiło im pieniędzy, jedzenia czy schronienia, chciała te braki wypełnić. Liliana, patrząc na ciotkę, pragnęła w przyszłości również stać się kobietą, dla której najważniejszy będzie drugi człowiek. Być może właśnie dlatego postanowiła studiować we Lwowie na wydziale lekarskim. Chciała pomagać ludziom mieszkającym na wsiach, którzy nie mieli dostępu do odpowiedniej opieki medycznej.
Teraz, gdy szła przez zdemolowane piętro domu w kierunku pokoju, który zajmowała za każdym razem, gdy odwiedzała ciotkę, wszystko się w niej burzyło. Nie mogła zrozumieć, jak można tak dobrej osobie tak bardzo zniszczyć życie. Jak można karać za dobro?
Pokój, w którym Liliana spędziła najpiękniejsze chwile życia, niewiele różnił się od innych, w których wszystko zostało zniszczone lub wyniesione. Jedynym meblem, jaki ostał się w tym miejscu, było łóżko z przytwierdzonym do ściany tapicerowanym wezgłowiem. Teraz pozbawione pościeli i materaca, z częściowo wybitymi deskami, znajdowało się na swoim miejscu, choć ktoś wyraźnie próbował je zniszczyć, porąbać siekierą kawałek po kawałku.
Przytłoczona widokiem zniszczeń Liliana padła na kolana i się rozpłakała. Tego było już za dużo. Wszystko, do czego dążyła przez ostatnie miesiące, zostało zniszczone!
Pragnienie bezpieczeństwa i marzenia o schronieniu w tym miejscu rozmyły się jak dym. Zostało tylko pogorzelisko wspomnień, w które wpadła jak w bezbrzeżną otchłań.
Kiedy tak siedziała, rozpaczając nad własnym losem, przez wybitą szybę wdarł się do pokoju ciepły podmuch wiatru i owionął jej twarz. Ten jeden mały podmuch wystarczył, by przywołać przed jej oczy postać Cypriana. Tak bardzo pragnęła zatopić się w jego troskliwym, jasnym spojrzeniu, poczuć miękkość bezpiecznych ramion, ciepło ciała, czułe pocałunki…
Nikt jej tak nie kochał jak Cyprian i nikt tak pięknie jak on nie mówił o ich miłości.
Nieoczekiwanie zdało jej się, że słyszy szelest kartek. Wzdrygnęła się i zamarła; z coraz mocniejszymi porywami szelest stawał się głośniejszy. Wytężyła słuch i schyliła się pod łóżko.
Tuż przy przeciwległej ścianie, w samym kącie, leżał otwarty zeszyt, a jego kartki, niesione wiatrem, to unosiły się lekko, to opadały. Liliana wyciągnęła po niego dłoń, lecz znajdował się zbyt daleko, by zdołała go dosięgnąć. Wstała i przez chwilę rozglądała się w poszukiwaniu czegoś, czym mogłaby sobie pomóc, lecz ani w tym, ani w sąsiednich pokojach nie było nic przydatnego. Bez zbędnego namysłu weszła na stelaż, chybocząc się na połamanych deseczkach, jednak i to nie pomogło. Szpara pomiędzy zbitymi deskami była zbyt wąska, by Liliana zdołała wsunąć w nią dłoń. W końcu, przepraszając w duchu ciotkę, postanowiła jedną z nich wyłamać; dopiero wówczas zdołała chwycić zeszyt w czerwonej twardej oprawie.
– Nie wierzę… – szepnęła na widok pamiętnika, który zapomniała stąd zabrać, wyjeżdżając latem tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku do Lwowa.
Tylko Bóg jeden wiedział, ile razy wyrzucała sobie, że nie sprawdziła wtedy dobrze walizki i zostawiła ten zeszyt u ciotki! Szybko kupiła nowy, bo nie chciała, by uciekło z jej myśli to, czego nie zdołała zawrzeć w liście. Mieli bowiem z Cyprianem umowę, by spisywać w zeszycie wszystko, czego doświadczyli podczas swojej nieobecności, a później, gdy już mogli się zobaczyć, wymieniali się tymi dziennikami i czytali je sobie nawzajem, by poczuć, że czas rozłąki przeżyli razem.
Tamtego lata wszystko się zmieniło. Liliana odnosiła wrażenie, że pisanie w kupionym przez siebie zeszycie jest pozbawione głębi. Brakowało jej w nim śladu ukochanego, każdy bowiem brulion od Cypriana zawierał na pierwszej stronie kilka słów, które chłopak zapisywał w wieczór przed ich ostatnim spotkaniem. Były jak przyrzeczenie, wyznanie miłości, najpiękniejszy poemat na jej cześć. Dzięki nim podczas tych miesięcy rozłąki stale myślała o ukochanym.
Delikatnie otworzyła pamiętnik i spojrzała na pierwszą stronę. Na widok znajomego pisma łzy wzruszenia znów napłynęły jej do oczu. Przetarła je szybko; nie mogła się teraz rozklejać.
Tak długo czekała na jakikolwiek znak od niego! Tyle wysłanych przez nią listów nadal pozostało bez odpowiedzi, że teraz głupotą byłoby odwlekać czytanie z powodu łez!
Na górze strony widniała data – 11 sierpnia 1939 roku – a poniżej tekst, po którym Liliana, nim przeczytała go szeptem, najpierw przejechała opuszkami palców. Jak gdyby chciała dotknąć tych słów, poczuć je fizycznie i choć na ułamek sekundy ukoić tym dotykiem swoją tęsknotę.
Za rok o tej porze, gdy znów wrócisz do mnie piękniejsza, wiedz, że pijany szczęściem kochać Cię będę po stokroć mocniej niż teraz. Znów daruję Ci bliskość, radość i siebie. Siebie… Na dolę, na niedolę i na wieczność.
Twój na zawsze, C.
Gdy ujrzała te słowa kolejny raz, płacz znów ugrzązł jej w krtani. Zamknęła pamiętnik i przytuliła go do piersi. Teraz zdawało się, że tęsknota doskwiera jej jeszcze bardziej. Z głodu i emocji pociemniało jej przed oczyma. Musiała wyjść na zewnątrz. Nabrać powietrza w płuca i odnaleźć w sobie resztkę sił, by przetrwać.
Przez te wszystkie miesiące wojny miłość była jedynym jej punktem zaczepienia. Jedynym drogowskazem i kierunkiem. Do niej Liliana uciekała się w chwilach zwątpienia. Jej pragnęła i za nią tęskniła. Musiała uczynić wszystko, by przeżyć. By jeszcze raz móc zobaczyć się z Cyprianem i poczuć się kochaną.
Ogarnięta emocjami szybko zbiegła po schodach, przeskakując wyrwane stopnie – i może właśnie dlatego nie usłyszała intruzów, którzy kręcili się po obejściu. Dopiero gdy znalazła się na parterze i zamierzała wypaść na podwórze, stanęła jak wryta – w progu domu stał Nikita Nazarow. Stał i patrzył na nią tak, jak patrzy wygłodniały wilk na swoją ofiarę.
– Nareszcie się spotykamy, sikoreczko – odezwał się drwiąco, szczerząc zęby, wyraźnie dumny ze swojego znaleziska.
Liliana na jego widok poczuła zimny dreszcz na plecach, a jej mięśnie gwałtownie się napięły. Nagle przestała bać się Nazarowa i bólu, jaki mógłby jej zadać. Lękała się tylko o to, że mógłby zabrać jej zeszyt – jedyną pamiątkę, jaka została jej po Cyprianie. Nie spuszczając wzroku z Nikity, niemal niezauważalnie wsunęła brulion do kieszeni płaszcza.
– Co ty tu robisz? – wydukała, cofając się w stronę schodów.
– Nie ty tu będziesz zadawać pytania, sikoreczko.
– Nie mów tak na mnie. I wyjdź, bo nie masz prawa przebywać w tym domu.
Nikita zaśmiał się rubasznie, a jego twarz się zmieniła. Była teraz pełna wściekłości, która domagała się uwolnienia.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
CZĘŚĆ I. Klatka, 1941 rok
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Meritum publikacji
