Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
41 osób interesuje się tą książką
Czterdziestopięcioletnia Iwona Rosińska zdaje sobie sprawę, że zawaliła własne życie. Trauma z młodości wpłynęła na to, jaką kobietą się stała. Zniknięcie starszej siostry uczyniło z niej osobę zgorzkniałą i wredną. To przez nią rozpadło się małżeństwo z cudownym mężczyzną. I gdy wydaje się, że już nic się nie zmieni, otrzymuje w spadku mały domek na Podkarpaciu.
Kobieta czuje, że siostra miała jakiś ukryty cel, by ściągnąć ją do tej niewielkiej wioski i posiadłości na skraju lasu. Razem z córką, Amelią, decydują się na wyjazd. To ma dać im szansę na nowy początek, ale i na wyjaśnienie tajemnic z przeszłości, które niczym rak przez lata niszczyły Iwonę.
Co się wydarzyło ponad dwie dekady temu? Dlaczego Judyta uciekła z domu? Kto stał za jej zniknięciem, a kto wyciągnął do niej pomocną dłoń? Kogo powinna się bać Iwona, a komu może zaufać?
Ta skomplikowana i niejednoznaczna historia pokazuje, jak bardzo indywidualne decyzje wpływają na losy ludzi nam najbliższych, ale także i tych, którzy pojawiają się na naszej drodze jedynie na chwilę.
Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam, jeśli pisarz w swej opowieści umiejętnie wodzi mnie za nos. I tak jest w tej książce. Autorka gmatwa wątki, powolutku odkrywa sekrety, odsłania fragmenty historii i kiedy wydaje się, że czytelnik już, już dotrze do prawdy, następuje wolta.
Tak właśnie dzieje się w powieści „Za sutanną”, dlatego z całego serca polecam – Barbara Mikulska, autorka książek dla dzieci, powieści fantastycznych i obyczajowych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 254
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tej autorki w Wydawnictwie WasPos
CYKL KLĄTWA SIÓSTR
Klątwa sióstr #1
Klątwa sióstr. Czas odpowiedzi #2
POZOSTAŁE POZYCJE
Topielica ze Świtezi
Epidemia uczuć
Coś patrzy
Miasto samobójców
Sekret belfra
Głosy z lasu
Krzyk rzeki
Puste wnętrze
Tajemnice szkolnych murów
Za sutanną
Wszystkie pozycje dostępne również w formie e-booka
Copyright © by Agnieszka KaźmierczykCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reservedWszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja:Barbara Wiśniewska
Korekta: Magdalena Czmochowska
Projekt okładki: Adam Buzek
Ilustracje: Gemini AI
Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I – elektroniczne
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
ISBN 978-83-8464-059-3
Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
1
Dziś
Róża zmierzała jak co dzień w kierunku plebanii. Mimo iż ranki bywały jeszcze dość chłodne, dzisiejsze czerwcowe słońce z impetem pięło się coraz wyżej i wyżej, sprawiając, że kobieta niemal czuła unoszące się w powietrzu lato. Z koszykiem pełnym świeżych jaj od kur z własnej hodowli, którą szczyciła się wśród sąsiadów i znajomych nie tylko z ich wsi, ale także i z okolicy, zbliżała się do schodów prowadzących do małego budynku. Otoczony przez krzewy i drzewa przycupnął w pewnym oddaleniu od kościoła. Zrobiła po raz kolejny znak krzyża, widząc wpatrującego się w nią znad bramy Jezusa ukrzyżowanego. Ciszę przerywało jedynie pogwizdywanie kosów i melodia nucona przez starszą kobietę:
– Błogi czas nam teraz świeci, o Jezu kochany, w którym możem czcić Cię w sposób przez Ciebie wybrany…
Z trudem pokonywała stopnie, jej nogi zwykły puchnąć o tej porze roku mocniej niż zwykle. Wydając szereg sapnięć, podciągając przydługą spódnicę i mamrocząc pod nosem, wchodziła coraz wyżej. Wreszcie zasapana stanęła przed drzwiami plebanii. Wcisnęła dzwonek raz, potem drugi i jeszcze kolejny. Ani proboszcz, ani diakon nie zjawili się jednak na to wezwanie. Nieśmiało nacisnęła klamkę, drzwi poza godzinami urzędowania kancelarii pozostawały zwykle zamknięte. Dziś jednak było zupełnie inaczej. Weszła do środka, rozglądając się na boki. Po lewej stronie znajdowało się pomieszczenie, w którym kapłani przyjmowali wiernych oraz mała łazienka, a za nią kuchnia. Na wprost wejścia widać było schody wiodące do sypialni księży.
Róża zajrzała najpierw do kuchni. Zostawiła koszyk z jajkami na białym, drewnianym stole i wróciła do sieni.
– Proszę księdza! Księże proboszczu? Jest tu kto? – zawołała, by nie zostać posądzoną o wścibstwo. Nikt jednak nie odpowiedział. Serce kobiety biło coraz mocniej. Zastanawiała się, czy powinna opuścić to miejsce, zwłaszcza że przejmująca cisza wskazywała na nieobecność obu kapłanów. Ciekawość jednak, a może poczucie obowiązku, jak nazywała je w myślach, kazała jej jednak wspiąć się po dość stromych schodach. Okazało się to nie lada wyzwaniem. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się jej przebywać w tej części domu.
Sapiąc i dysząc, pokonała kilkanaście drewnianych stopni. Oparła się o poręcz i zamierzała odsapnąć, ale jej oczy niemal bez udziału woli lustrowały otoczenie.
W pierwszej chwili zakręciło się jej w głowie tak mocno, że stoczyłaby się w dół, gdyby odruchowo nie przytrzymała się poręczy. Oddychała szybko, nogi jej drżały – nie wiadomo czy z wysiłku, czy z przerażenia. Chciała krzyczeć, lecz głos ugrzązł tak głęboko w gardle, że żaden dźwięk nie wydostał się na zewnątrz. Stała więc i patrzyła. Na krew, na leżącą na ziemi postać, tak dobrze znaną… Nie miała wątpliwości, co widzi. Kilkudziesięcioletnie życie oszczędzało jej dotychczas podobnych widoków, dlatego przez cały czas potrząsała z niedowierzaniem głową, jakby starając się przekonać samą siebie, że nie śni, że stary umysł nie płata jej figli.
W sypialni proboszcza na podłodze leżał diakon Dominik. Nie miała co do tego wątpliwości, choć ciało pokryte było krwią. Młody mężczyzna nie ruszał się, a spanikowana Róża nie potrafiłaby udzielić pomocy ani jemu, ani nikomu innemu. Czas. To on odgrywał tutaj najważniejszą rolą. Oprzytomniała więc i zamierzała zacząć działać na tyle, na ile potrafiła. Gdy minął pierwszy szok, najszybciej jak to możliwe w przypadku osiemdziesięciolatki, zeszła ze schodów i korzystając z telefonu znajdującego się w kancelarii, połączyła się z pogotowiem, informując dyspozytora:
– Nasz ksiądz… nasz młody ksiądz… chyba nie żyje! Prędko, prędko na plebanię! – Głos ze słuchawki poprosił o kilka dodatkowych informacji. Kobieta udzieliła odpowiedzi po swojemu, prosto – poruszona obrazem, który miała przed oczyma, nawet gdy zamykała powieki. Gdy odłożyła słuchawkę, opadła na krzesło i zalała się gorzkimi łzami, nie dowierzając, że w ich małej miejscowości mogło dojść do podobnego wydarzenia. Nie traciła nadziei… nie dawała wiary, że ten młody chłopak o serdecznym uśmiechu i pełnych radości oczach konał… w dodatku tuż obok niej. Sięgnęła do fartucha, wydobyła z kieszeni różaniec i ucałowawszy krzyż, zaczęła się modlić, bo to było, w jej mniemaniu, ważniejsze niż przyjazd pogotowia.
– Zdrowaś Maryjo, Matko Boża… – mówiła przez łzy, przekładając nieporadnie kolejne koraliki w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń.
*
Zgodnie z zasadą, że im mniejsza społeczność, tym wieści rozchodzą się szybciej, kilkadziesiąt minut później informacja została przekazana dalej, a po kilku godzinach niemal wszyscy mieszkańcy wsi zgromadzili się pod plebanią, żądając odpowiedzi. Policja zabezpieczyła jednak teren, a prokurator przybyły na miejsce nie chciał udzielać żadnych wyjaśnień. Nie zniechęciło to jednak pazernych i nieznoszących sprzeciwu reprezentantów mediów, którzy nie dawali za wygraną. Ludzie, podjudzani przez nich, także dokładali swoje, co ostatecznie doprowadziło do wygłoszenia przez prokuratora krótkiego, ale zaskakującego dla wszystkich obecnych komunikatu:
– Przed godziną dziewiątą w domu parafialnym znaleziono zwłoki młodego mężczyzny. Podjęte zostały czynności związane z zabezpieczeniem miejsca zdarzenia, przeprowadzono także oględziny ciała, jak i miejsca zdarzenia z uwagi na podejrzenie przestępczego spowodowania śmierci – mówił.
Policjanci porozrzucani między plebanią, ogrodem i terenem przed budynkiem przemieszczali się bez specjalnego wzruszenia, wymieniając uwagi, fotografując teren i szukając śladów. Wśród zebranych mieszkańców okolicznych domów słychać było głośne westchnienia i okrzyki, będące wyrazem niedowierzania i szoku. Prokurator po kilkuminutowej przerwie kontynuował:
– Niebawem poznamy wyniki sekcji zwłok, które wskażą nam bezpośrednią przyczynę zgonu mężczyzny. Prokuratura podejmie czynności z uwagi na kierunek śledztwa związany z ewentualnym zabójstwem. Na ten moment nie mam nic więcej do dodania. – Skinął głową i zniknął za taśmą oddzielającą tłum od miejsca zbrodni. Mężczyzna w średnim wieku z opadającymi powiekami i krzaczastymi brwiami nie wydawał się mocno zaskoczony, mimo iż śmierć młodego chłopaka, w dodatku tuż przed święceniami kapłańskimi, dla wielu była czymś nie do pomyślenia, szczególnie w rejonie, gdzie księży wciąż darzono ogromnym szacunkiem. Widząc coraz większe niezadowolenie tłumu wynikające ze strachu pomieszanego z niezdrową ciekawością, głos postanowił zabrać sołtys. Niski, tęgi wąsacz w czarnych spodniach podciągniętych znacznie powyżej pasa i śnieżnobiałej koszuli otarł pot z czoła, odchrząknął kilka razy i głośno zaapelował:
– Mieszkańcy! Jako sołtys jestem zdruzgotany wiadomością o tym, co dzisiaj się wydarzyło, tu, w naszej spokojnej i cichej wsi! Teraz jednak nie pozostaje nam nic innego jak tylko modlitwa! Modlitwa za duszę diakona Dominika! Prośmy o życie wieczne dla tego chłopca! Znaliśmy go, lubiliśmy… Tym bardziej trudno uwierzyć, że nie ma go już wśród nas. – Przerwał na moment, bo emocje wzięły górę. W tym czasie z tłumu dały się słyszeć okrzyki, szmery, wreszcie pytania, na które ludzie, chcieli poznać odpowiedzi.
– Gdzie jest proboszcz? – krzyknął postawmy mężczyzna. – Dlaczego go tutaj nie ma?! – dodał. – Jemu także grozi niebezpieczeństwo…
– Nie mam takiej wiedzy. – Sołtys rozłożył bezradnie ręce. – Miejmy jednak nadzieję, że nasz pasterz jest cały i zdrów. – Pokiwał znacząco głową.
Ludzie szemrali między sobą, wygłaszając rozmaite teorie, przywołując plotki i szepcząc coś sobie do uszu. Nagle, gdy część z nich zamierzała już oddalić się z tego przeklętego miejsca, coś wywołało kolejne poruszenie. Policjanci i prokurator wyszli na zewnątrz i najpierw ustawili się grupką w jednym miejscu, by już za moment nerwowo chodzić to w tę, to w drugą stronę. Wreszcie prokurator skinął na sołtysa. Krępy mężczyzna powolnym krokiem zbliżył się do niego, po krótkiej wymianie zdań mężczyźni w asyście dochodzeniowców udali się na tyły parafii. Wysoka dziennikarka z lokalnej telewizji, niemającej wiele wspólnego z profesjonalnymi mediami, ubrana w dżinsy i czarną koszulkę, rzuciła wówczas do tłumu, nie przerywając żucia gumy:
– Co znajduje się za domem parafialnym? – Była znudzona, a upał powodował, że dodatkowo stawała się coraz bardziej drażliwa.
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast od jednej ze starszych pań, której twarz przybrała dziwny grymas.
– Trochę dalej, ale jeszcze na terenie plebanii, ksiądz ma taki blaszak na swój samochód – odpowiedziała i położyła dłoń na ustach, obawiając się, że niepotrzebnie zdradziła szczegóły.
– Da się tam wejść od drugiej strony? – dopytywała dziennikarka już znacznie ciszej mężczyzny stojącego obok, gotowa w tym momencie niemal zabić za najlepsze ujęcie i bycie o krok przed pozostałymi mediami, licząc po cichu na nagłą karierę.
– Nie da rady. Tylko tu od wejścia. – Pytany pozbawił ją nadziei na newsa i zaistnienie.
Promienie słoneczne przygrzewały coraz mocniej, co dawało się we znaki zarówno dziennikarzom, jak i mieszkańcom, którzy – mimo trwających od kilku dni wakacji – mieli przecież mnóstwo pracy. Widząc, że służby nie są skore do podania jakichkolwiek nowych informacji, opuszczali miejsce, dotąd tak dobrze znane, które dla wielu stało się azylem skrywającym ich problemy, dylematy, a które dziś stało się świadkiem makabrycznej zbrodni.
Ci, którzy zostali dzisiaj w domach, nieprzerwanie wyczekiwali cogodzinnych wiadomości radiowych, a teleodbiorniki pokazywały serwisy, w których każdy co najmniej kilka minut poświęcał porannym wydarzeniom. Dopiero jednak wieczór miał przynieść nowe informacje, które wbiły w fotel zarówno sołtysa, jak i innych mieszkańców. Dziennikarka ogólnopolskiej stacji telewizyjnej prezentowała najnowsze doniesienia:
– Wracając do sprawy zwłok mężczyzny znalezionych w domu parafialnym dziś rano… Wstrząsającego odkrycia dokonano także niedaleko plebanii. W garażu należącym do proboszcza zlokalizowano zaparkowany pojazd z włączonym silnikiem, a w nim zwłoki pięćdziesięciodwuletniego mężczyzny – według świadków, proboszcza. Prokuratura prowadzi dwa odrębne śledztwa w sprawie obu śmierci. Drugie ciało zostało także zabezpieczone do badań sekcyjnych. Na miejscu pojawiło się pogotowie ratunkowe i straż pożarna, jednak drugiego mężczyzny również nie udało się uratować. Czy ciało na pewno należy do proboszcza parafii? Jak doszło do dzisiejszych zdarzeń? Co wykaże sekcja zwłok? Czy doszło do morderstwa i samobójstwa? Będziemy informować na bieżąco. – Spikerka zakończyła wypowiedź, a mieszkańcami zgromadzonymi przed telewizorami wstrząsnął dreszcz… Zdawali sobie sprawę, że każda, także ta ich mała społeczność skrywa tajemnice, nie sądzili jednak, że mogą one prowadzić do najmroczniejszych zakamarków duszy, nawet tych, które powinny być najbliżej jasności.
2
Kilka tygodni wcześniej…
Mała miejscowość nie stanowiła szczytu jej marzeń. Nie odnajdywała nigdy przyjemności w przesiadywaniu na tarasie, w pielęgnowaniu roślin, a perspektywa mycia podłóg i ścierania kurzu na powierzchni większej niż czterdzieści metrów kwadratowych przyprawiała ją o migrenę. Iwona nie była typem perfekcyjnej pani domu. Jej mieszkanie w samym centrum Krakowa w starej kamienicy przy ulicy Krótkiej miało kuchnię połączoną z większym pokojem i drugi mniejszy, który wcześniej był jej sypialnią. Teraz z kolei zadekowała się tam Amelia, jej osiemnastoletnia jedynaczka.
Rozejrzała się. Naczynia rozstawione na blacie powinny znajdować się w zmywarce, jednak z jakichś względów nigdy nie wstawiała ich tam tuż po wypiciu kawy czy spożyciu posiłku. Liczyła po cichu, że nagromadzone zaczną irytować jej córkę, która odziedziczyła po ojcu pedantyzm. Wbrew oczekiwaniom matki działo się tak jednak tylko przez pierwsze tygodnie ich wspólnego życia na Krótkiej. Aktualnie, po trzech miesiącach od rozstania rodziców nastolatki i przeprowadzki ze studwudziestometrowego apartamentu na Prądniku Białym kupionego przez ojca, do miejsca, którego umeblowanie i styl pamiętać musiały czasy komuny, i jej zrobiło się wszystko jedno. Wychodziła z założenia, że nic nie jest w stanie sprawić, by to lokum stało się choć odrobinę mniej przygnębiające i brzydkie. Nastolatka nie poddawała się jednak w walce, by wnętrze jej matki choć odrobinę się zmieniło, co jednak okazało się zadaniem trudnym, by nie powiedzieć niemal niewykonalnym.
Matka zapewniała, że to stan przejściowy, lecz nie zanosiło się na zmianę od wielu lat, podczas których Rosińska stawała się coraz bardziej zrzędliwa i coraz mniej zdawała się kochać życie, co dobijało obie kobiety. Starsza jednak zupełnie się do tego nie przyznawała. Każda z nich musiała uporać się po swojemu z sytuacją. Amelia, korzystająca już wcześniej z pomocy psychologa, po prostu dodała do swojej listy zmartwień kolejne. Iwona przekonywała siebie, że jest dość twarda, by przełknąć tę gorzką pigułkę w samotności.
Odszedł do innej kobiety, choć twierdził, że to nieprawda, że po prostu się przyjaźnią. Młodsza. Ładniejsza, jak powiedziała jej sąsiadka, a następnie potwierdziła córka, pokazując matce profilowe zdjęcia potencjalnej przyszłej macochy w jej mediach społecznościowych. Ojciec natomiast nazywał „nową”: spokojną, opanowaną i mniej wulgarną niż wieloletnia żona. Iwona początkowo złorzeczyła, rzucała na prawo i lewo obelgami: to skierowanymi pod adresem oddalającego się małżonka, to w stronę szczupłej brunetki. Po jakimś czasie doszła jednak do wniosku, że ich małżeństwo od dawna było pozbawionym większych emocji egzystowaniem obok siebie. Bardziej uwierało ją to, że postanowił zostać w apartamencie, mimo iż to on podjął decyzję o separacji, choć jego córka miała tam swój azyl od kilku lat. Wprawdzie zaproponował Amelii, by mieszkała z nim, lecz ta nie brała tego pod uwagę. Wybrała ciasną, norowatą przestrzeń, byleby pozostać z matką. Wprawdzie Iwona nie zajadała się lodami ani nie zaczęła nagle siedzieć w dresie zamiast wychodzić do ludzi, dziewczyna – o ogromnej wrażliwości, postanowiła starszą Rosińską wspierać, nie przestając jednak kochać ojca ponad życie.
Iwona każdego wieczoru dokonywała autoanalizy. Choć nie było z nią psychologa, zasiadała w fotelu i wracała do tego, co stało się początkiem końca. Nie mówiła tego głośno przy córce, w obawie, że ta może zmienić front i nagle ją opuścić, co wydawało się aktualnie najczarniejszym scenariuszem – choć zdawała sobie sprawę z faktu, iż to niezwykle egoistyczne podejście. Rosińska obwiniała się o rozpad związku, doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, że gdyby była nim – Igorem: człowiekiem światłym, dowcipnym i niezwykle czułym, ona także by odeszła od osoby oschłej i trudnej w codziennym współżyciu. Jej cechy charakteru, a właściwie rozliczne wady: jak kłótliwość, pesymizm, czepialstwo, wulgarność połączone z gburowatością i poczuciem bezsensu, które towarzyszyły jej od ponad dwudziestu lat, od czasu tamtego wydarzenia, które wywróciło życie rodziny do góry nogami – musiały w końcu stać się nie do zniesienia dla kogoś, kto dzielił z nią dach. Zwłaszcza dla człowieka takiego jak Igor. Inni zazdrościli jej męża: pogodny, dobroduszny, otwarty – tak o nim mawiali. Zawsze zastanawiała się, dlaczego wybrał akurat ją. Nie umiała odpowiedzieć sobie na to pytanie. Wiedziała zaś doskonale, dlaczego z niej zrezygnował.
Gdy rzeczywistość traciła jeden kolor po drugim i wydawało się, że obie z Amelią skazane są już wyłącznie na szarość, nagle życie przyniosło coś zupełnie nieoczekiwanego. Wraz z jednym listem z zagranicy, jednym spotkaniem, które czterdziestopięcioletnia Iwona Rosińska odbyła, los dwóch kobiet mógł się odmienić, tyle że nikt nie potrafił jednoznacznie ocenić, czy zmiana owa będzie zmianą na lepsze. Iwona ocknęła się z półsnu, gdy córka pstryknęła przed jej oczyma palcami. Znów znajdowały się w ciasnym ciemnym mieszkaniu.
– Dlaczego nigdy nie mówiłaś, że masz siostrę? – Amelia usiadła na łóżku stojącym pod ścianą w pokoju będącym połączeniem kuchni i salonu. Choć określenia te nijak nie pasowały do mieszkania, które Iwona jako właścicielka wynajmowała od dziesięciu lat studentom, a które w niezmienionym kształcie przejęły kilka miesięcy temu, trochę wbrew sobie.
– Mówiłam. Może nie rozwodziłam się na ten temat, ale z całą pewnością kiedyś wspominałam. Zresztą, to bez znaczenia. To trudne sprawy, znacznie bardziej niż te znane z programów paradokumentalnych, córko. I sprawy stare. Bardzo. Nadal nie chcę o tym gadać. A ty najlepiej wiesz, że jeśli człowiek nie chce o czymś gadać, to nie narusza się jego przestrzeni osobistej – skwitowała. Amelia nic nie odpowiedziała. Matka rzeczywiście niezwykle szanowała jej prywatność, nigdy nie okazała się nielojalną czy wścibską w przeciwieństwie do matek jej znajomych.
Nastolatka przyglądała się tej niskiej kobiecie, której włosy farbowane regularnie na kasztanowo były krótko obcięte i lekko falowane na końcach. Ubrana w dżinsy i T-shirt wyglądała na więcej niż czterdzieści pięć lat. Nie dbała zanadto o urodę, nadprogramowe kilogramy nigdy jej nie przeszkadzały. Nie nakładała makijażu, jedynie usta lubiła podkreślić pomadką. Głosiła zasadę, że bycie sobą jest w życiu największym komfortem, a ona lubi luksus, więc nie zamierza z tego rezygnować. Dziś, w tym miejscu, w tym stroju i w tym nastroju – zdanie to wydawało się paradoksem.
Za nic miała kanony piękna, przyklejane jej przez innych etykietki, szła własną drogą, często pod prąd. Miała wielu nieprzyjaciół, a tylko kilka życzliwych osób w otoczeniu, z którymi jednak ze względu – jak mawiała – na obowiązki zawodowe, ale w głównej mierze lenistwo, kontakt ograniczyła niemal do minimum.
Amelia szanowała ją za to, że potrafi być „ponad to”, zazdroszcząc matce po cichu siły charakteru. Starsza Rosińska uważała, że córka odziedziczyła po niej ociupinkę asertywności i poczucie wolności, ale Amelia tego nie dostrzegała. Z całą pewnością jednak nie była jak jej równolatki.
Amelia, w wieku piętnastu, szesnastu lat, wciąż poszukiwała odpowiedzi na zasadnicze pytania dotyczące samej siebie, swojej tożsamości. W sposób dojrzały, korzystając w chwilach zwątpienia i niepewności z rad terapeuty. Cechowała ją znacznie większa niż rówieśników dojrzałość, uważność i wrażliwości na sprawy świata i drugiego człowieka. Manifestowała swoją odrębność także poprzez strój czy fryzurę. Z tego właśnie powodu była w szkole, szczególnie podstawowej, przez wielu odrzucona, a także spotykała się z niewybrednymi komentarzami i młodzieżowym hejtem. Matce zdradzała minimum, które musiała znać, na całą resztę próbowała znaleźć własny sposób. Czasem autodestrukcyjny, dlatego miała za sobą także konsultacje psychiatryczne. Nie rezygnowała jednak z siebie, walczyła z przyzwyczajeniami i szukała innych metod radzenia sobie z emocjami, których doświadczała, w jej przekonaniu, bardziej niż inni i płaciła za to wysoką cenę. Pomagały także leki, choć te niosły ze sobą skutki uboczne. Całkiem sama.
Mimo wszystko wciąż wierzyła w ludzi, wciąż chciała widzieć w nich dobro. Wolontariuszka grająca dwa razy w tygodniu w gry planszowe z pensjonariuszami domu pomocy społecznej, miłośniczka ekologicznego stylu życia – Amelia Rosińska – największy sukces jej rodzicielki, co Iwona głośno akcentowała przy każdej okazji.
– Nie uroniłaś łzy… – odezwała się nagle, gdy matka zalała wreszcie wrzątkiem dwie zielone herbaty. – Nie widziałam, żebyś w ostatnim czasie była jakaś zmieniona, jakby ta śmierć w ogóle cię nie obeszła. – Wracała do wątku siostry matki, choć ta wyraźnie oznajmiła, że nie ma zamiaru rozmawiać na ten temat. – Ale ja nic nie rozumiem, bo nic mi nie mówisz. – Wzruszyła ramionami.
– Po pierwsze, chyba jeszcze to do mnie nie dotarło, mała. – Iwona wpatrywała się w okno, choć widok był daleki od tego znanego z krakowskich pocztówek. – Po drugie, mój stan nie jest najlepszy od jakiegoś czasu, więc może po prostu kolejny powód do smutku nie wywołuje już takiej różnicy… Po trzecie, pochowałam ją już dawno temu, kiedy z własnej woli przestała się odzywać… Wtedy wylałam wiele łez, zbyt wiele, a mam wrażenie, że nigdy całkiem nie pozbyłam się smutku – przyznała szczerze. – Było mi łatwiej obarczyć ją winą za zniszczenie mojego rodzinnego domu, było mi łatwiej przekuć miłość i rozczarowanie w złość i zawód… i zdecydować, że nie chcę jej znać, że dla mnie umarła – dodała.
Amelia przygryzła wargę. Do niedawna nie wiedziała o ciotce, teraz okazywało się, że to ona najprawdopodobniej zamieniła przed laty jej mamę w nieczułego potwora.
– Kochałaś ją w ogóle? – Amelii było przykro, nie chciała ranić matki ani drążyć bolesnego tematu, próbowała jednak podtrzymywać rozmowę z ciekawości dotyczącej nieznanej części rodzinnej historii.
– Mela, głupie pytanie. Bardzo ją kochałam. Była moją lepszą połową. Tą mądrzejszą, bardziej ułożoną, wrażliwszą. No i ładniejszą, o wiele ładniejszą. – Uśmiechnęła się, przypomniawszy sobie twarz siostry. Twarz, którą widziała po raz ostatni wieki temu.
– Jak długo się nie widziałyście? – kontynuowała dziewczyna, lecz matka nie była skłonna do dalszych wynurzeń. Uważała, nie ma potrzeby wtajemniczania córki w sprawy, których ona sama, dorosła już kobieta, nie rozumiała i już dawno temu postanowiła przestać roztrząsać.
– Dajmy spokój, kochanie. – Spojrzała wprost w oczy wyższej od niej blondynki. Zdawała sobie sprawę, że Amelia wygląd odziedziczyła po ojcu, czasem widziała w niej także coś z Judyty i – czuła się z tego powodu bardzo szczęśliwa. Igor był bowiem wysokim, szczupłym blondynem z błękitnymi oczami. Młodzieńczy wygląd nie zmieniał się mimo upływu lat, jedynie wokół oczu pojawiły się lekkie zmarszczki, kiedy się uśmiechał, co tylko dodawało mu uroku. Chłopięca uroda – nie umiała przejść obok niej obojętnie dawniej, dziś też, kiedy na nią patrzył… czuła to, co wówczas. Żałowała, że nigdy mu tego nie powiedziała. Tego i wielu innych rzeczy. W pewnym momencie po prostu przestała mówić, zamykając się coraz bardziej w swojej jaskini.
Córka miała jego twarz. Delikatne rysy. A włosy w odcieniu jasnego zboża nie zmieniły koloru od czasów dzieciństwa poza chwilami, gdy brutalnie ingerowała w ich naturalny odcień płukankami z drogerii, zmieniając je to na zielony, to na różowy odcień. Na szczęście zawsze wracał niczym sierpniowe zboże.
– Dobra. Jak chcesz. Ale po tym spotkaniu z prawnikiem powiedziałaś, że teraz wszystko się zmieni… Możesz kontynuować, jeśli te zmiany uwzględniają moją skromną osobę. Chyba że chcesz mnie zostawić z ojcem… – Swoją postawą zdradzała niepokój, więc matka zdecydowała się nie dręczyć nastolatki niepotrzebnie i celowo.
– W żadnym razie. Jesteś dorosła, decydujesz sama, a wiesz doskonale, że każde z nas chce cię mieć blisko, choć jeszcze na chwilę, bo i tak lada moment wyfruniesz z gniazda. Jest mi okropnie żal taty… On kocha cię i potrzebuje tak samo mocno jak ja, dlatego musisz go jak najczęściej odwiedzać. Bez ciebie usychamy… To oczywiste. – Wzruszyła się odrobinę, ale nie dała poznać tego po sobie. – Wracając do kwestii zmiany. Okoliczności nie są zbyt ważne. Istotne dla nas jest to, że możemy skorzystać z pewnej nieruchomości, która jest położona gdzieś na środku niczego, na Podkarpaciu. Mała wioska, zupełnie nie nasze klimaty, ale dom wygląda… chyba fajnie. – Spojrzała wyczekująco, nie bił od niej entuzjazm.
– Serio? – Dziewczyna wybałuszyła oczy i wyglądała na przerażoną. – Odziedziczyłaś domek w lesie, na wsi… jak w jakimś tanim horrorze… i jako rozsądna kobieta masz zamiar rzucić wszystko i tam jechać. Ot, tak? – upewniała się, że dobrze usłyszała.
– Chcemy. Tylko jeśli obie chcemy – poprawiła ją. – Córcia, nie musimy tego robić. To luźna propozycja. Dom jest do naszej dyspozycji bezterminowo. Skończyłaś ostatnią klasę w szkole, której nienawidzisz, wśród ludzi, którzy cię nie rozumieją – to twoje słowa. Możesz startować gdziekolwiek. Z twoimi możliwościami. Z twoimi wynikami. Z twoją wrażliwością… jest jeszcze czas… – wyliczała. – Oczywiście nie musimy się przeprowadzać i rzucać Krakowa tak definitywnie. Do domku możemy jeździć na weekendy… – odbiegała coraz bardziej od pierwotnego zamysłu, próbując wyczuć nastrój jedynaczki. Ta myślała długo, zanim wypowiedziała kolejne zdanie.
– Mała miejscowość i ja. – Wskazała swój rozciągnięty brązowy sweter, długie czarne dzwony i twarz bez grama makijażu poza czarnymi kreskami wokół oczu. – Nawet na kilka wakacyjnych miesięcy, do października… o ile w ogóle zdecyduję, co dalej… to i tak chyba zbyt wiele – wymamrotała, nie chcąc zasmucać matki.
– W porządku. Bez zobowiązań – odparła.
– Co masz przed sobą? – Amelia spojrzała w stronę Iwony.
– Myśląc długofalowo albo jak wolisz dalekosiężnie… zerkałam tu i ówdzie. – Wskazała miejsce obok siebie przy stole, włączyła komputer i otworzyła zakładkę ze stroną znalezioną kilka dni po spotkaniu z notariuszem, po tym jak pierwsze emocje opadły.
– Przygotowałaś się. – Córka czytała informacje zawarte na stronie, przerzucała myszą kolejne zakładki, mimowolnie się uśmiechnęła, a następnie pogłaskała matkę po plecach. Iwona kochała swoją córkę ze wszystkimi dziwactwami, traktowała ją od zawsze poważnie, nie lekceważyła pomysłów, szanowała punkt widzenia, nawet gdy Mela była jeszcze dzieckiem.
– Czysto hipotetycznie, są dwie interesujące opcje w Rzeszowie. Dojedziesz, to znaczy dojechałabyś pociągiem w pół godziny. Rzeszów to duże miasto, podobne do Krakowa… pełne ludzi o rozmaitych poglądach, wyrażających siebie w rozmaity sposób – zachęcała.
– Grafika, Sztuki Wizualne… – westchnęła dziewczyna, a następnie wypuściła nagromadzone powietrze, jakby wyrzucając z siebie wszystkie emocje.
– Kiedyś dałabyś się pokroić za taką propozycję. – Iwona przyglądała się córce uważnie. – Masz talent… niebywały – dodała. – Pamiętasz panią Izę z podstawówki? Dzięki niej to zauważyliśmy. Serdeczna i dobra nauczycielka z pasją. Do dziś, gdy spotkam ją na ulicy, pyta, czy rozwijasz się plastycznie.
– Pani Iza to faktycznie cudowna kobieta. Ale może się myliła co do mnie… – skwitowała. – To bardzo dobre propozycje, mamo. I wydaje mi się, że to może być moja droga. Tyle że ostatnimi czasy, choć was w to jeszcze nie wtajemniczyłam, żeby nie dolewać oliwy do ognia… myślę bardziej, żeby zrobić sobie gap year, wiesz doskonale, na czym to polega… – Obserwowała bacznie reakcję matki. – Rok przerwy między szkołą średnią a studiami jest wielu ludziom potrzebny. Daje sporo odpowiedzi, pomaga ułożyć myśli. Chciałabym zaliczyć kilka kursów rysunku, lepiej się przygotować. To jeszcze do obgadania. – Na chwilę zamilkła. Matka zdawała się przetwarzać usłyszane właśnie informacje, a Amelia starała się ocenić, czy jest choć trochę na tak, czy zaraz będzie starała się wyperswadować jej ten pomysł.
– Ale co z tobą? Z twoją szkołą? – Jej empatia znów wzięła górę. – Na wsi hiszpański i angielski? Stawki musiałabyś chyba obniżyć o połowę, to nie Kraków. – Nie wiedziała, czy matka ma już plan i na nią, i na siebie, choć do tej pory zawsze była kobietą, która świetnie radzi sobie nawet w najtrudniejszych okolicznościach i planuje wszystko z wyprzedzeniem.
– Moment, moment… Od początku! Wiem co to gap year, uczę angielskiego, prawda? Będę z tobą szczera – trochę mnie to przeraża, córa, bo wielu po tym roku nie chce już wracać do edukacji, zostaje w robocie, traci najlepsze lata, w których zawiera się przyjaźnie na całe życie, szaleje do białego rana, zaznaje ostatniego etapu względnej beztroski. Nie chciałabym także, abyś zmarnowała to, co masz w sobie. Bo talent plastyczny, jaki przejawiasz, talent, który potwierdziły liczne nagrody w konkursach, ma niewielu z nas – ciągnęła. – Wiesz, że twoje rysunki to nie tylko perfekcyjne kreski, jak mówiły nauczycielki, ale w nich zawierasz ogromne serce, emocjonalny przekaz, to jesteś cała ty… to wypływa z wnętrza. Ale wiesz też doskonale, że będę cię wspierać w każdej decyzji, znasz mnie. – Uśmiechnęła się do córki. – Bez presji, bez oczekiwań. Moim jedynym oczekiwaniem jest twoje szczęście i spełnienie. – Znów wzruszyła się, kilka razy zatrzepotała rzęsami, żeby pozbyć się napływających do oczu łez, co wychwycić mógł tylko ktoś, kto znał Iwonę nieco dłużej. Za moment kontynuowała: – Co do mojej szkoły… Przecież wiesz, jak to wygląda. Od pandemii mam małą grupę uczniów stacjonarnie, ale od dawna chciałam przejść całkowicie na pracę zdalną. Niepotrzebne koszty ciągle zjadały połowę pensji – a to wszystko dla garstki. Na hiszpańskim będę musiała zrezygnować tylko z jednej uczennicy, Magdy. Reszta łączy się ze mną. Na angielskim – przestanę robić zajęcia dla maluchów, sądzę, że pozostali zdecydują się na formułę on-line. Jestem przekonana, że tylko na tym skorzystam.
– Ty nienawidzisz tych hermetycznych społeczności tak samo jak ja, o ile nie bardziej. Nie pasujemy tam. Ani ja, ani wyszczekana ty. – Córka westchnęła.
– Nie musimy dawać się nadmiernie poznać. – Znów odbijała piłeczkę. – Patrz… – Zmieniła zakładkę na zdjęcia domu. Weszła na mapy i przekonała córkę, że znajdują się zupełnie na uboczu. – To jest ten dom. – Wskazała kolejne zdjęcie, a następnie malownicze fotografie okolicy.
Amelia obejrzała cierpliwie wszystkie fotki, jednak nie wydawała się przekonana, co Iwona od razu wyczuła. Czekała więc na to, co za chwilę nastąpi.
– Mamo… jeszcze inna kwestia, bo ktoś tu musi robić za głos rozsądku, skoro taty nie ma obok. – Nie miała takiego zamiaru, ale sprawiła tym ostatnim zdaniem przykrość matce. – Ten dom. – Wskazała zdjęcia. – Popatrz na blat w kuchni. Ile on ma powierzchni? A to? Kto napali w piecu? Kto odśnieży ten chodnik? A to dojście do posesji? – Pokazywała palcem. – Kto będzie kosił trawę? – Córka nie chciała odbierać jej marzeń, ale znała Iwonę aż za dobrze. Starsza Rosińska wyraźnie posmutniała.
– Amela, nie wiem. Ale nie chcę tu utknąć. W tej ponurej kawalerce w betonozie miasta. Szczególnie teraz. Myślę, że zmiana jest potrzebna. Zawsze wierzyłam, byłam przekonana, że wszystko dzieje się w życiu po coś, jak śpiewa Mrozu w którejś piosence. Lubimy ją, wiesz którą? – Córka skinęła głową. – I skoro w takim momencie otrzymujemy nieoczekiwaną, totalnie niespodziewaną ofertę od prawnika ciotki, to może znaczy, że tak trzeba… że to zrobi nam dobrze. Tak o tym myślę. Tak chcę myśleć. Ale nie zrobię niczego bez ciebie, bez twojej aprobaty. Bo jesteśmy w tym obie. – Traktowała córkę po partnersku już od dłuższego czasu, choć wiedziała, że wszystkie poradniki psychologiczne odradzały taki model wychowania.
– Nie wiem… może masz rację. To nie tak, że jestem całkiem przeciw… Może faktycznie… zróbmy to. – Wstała nagle i wyprostowała się, a głowę skierowała w stronę szafki ze zdjęciami. Stała tam fotografia ich rodziny, ich trojga. Uśmiechnięci, szczęśliwi, podczas jednego z wyjazdów.
– O czym myślisz? – Iwona była z niej dumna i dziękowała losowi, fatum czy bytowi, który był gdzieś ponad nimi za to, że obdarzył ją tak mądrą towarzyszką doli i niedoli.
– Nie chcesz mnie oddalić… – Amelka wolała się upewnić. – No wiesz, ukarać ojca tą przeprowadzką, czegoś mu udowodnić… zrobić mu na złość… – zaryzykowała.
– Zwariowałaś! Nic z tych rzeczy. Do Krakowa to nadal blisko. Sama będę cię wsadzała w pociąg, kiedy tylko zechcesz. I ojciec także może do ciebie przyjechać. A może kiedyś mina mu zrzednie, jak zobaczy, jaka ze mnie wiejska gospodyni. – Wybuchnęła śmiechem i zaraziła nim córkę.
– Póki co brzmi dość nieprawdopodobnie, ale, być może, tak właśnie będzie, mamo… – Amelia przytuliła sięgającą jej do ramienia Iwonę. Rosińskie stały tak jeszcze przez moment. Iwona była spokojna. Pierwszy raz od dawna.
3
Szalony pomysł matki i córki spotkał się z podejrzliwością i niedowierzaniem Igora, jednak zadeklarował, że pomoże w razie potrzeby i kibicuje, co Iwona przyjęła z jeszcze większym bólem, niż gdyby złorzeczył i szydził. To byłoby jednak niezgodne z jego naturą. Ostatnie tygodnie stanowiły dla niej rozliczenie z samą sobą. I w rozliczeniu tym wypadała okropnie blado. Doszła do etapu, w którym dałaby się pokroić, gdyby mąż zaoferował jej jeszcze jedną szansę, rezygnując z relacji z kobietą, która rzekomo ją zastąpiła. Wydawało się to jednak niemożliwe. Szef marketingu w dużej międzynarodowej firmie, a przy tym człowiek o gołębim sercu, co zupełnie nie przystawało do jego funkcji, do ludzi, w towarzystwie których się obracał, do miejsc, w jakich bywał. Mimo to nie zmienił się wiele od czasów studenckich, kiedy się poznali. Pozostał skromny, może trochę bardziej zamknięty w sobie. Ona zmieniała się mocno, po każdym traumatycznym przeżyciu coraz bardziej chowając się w skorupie.
