Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
HIPNOTYZUJĄCA POWIEŚĆ PRZEPEŁNIONA MAGIĄ POŁUDNIA WŁOCH
Caterina mieszka na włoskiej wyspie Alicudi. Gdy jej bliźniaczka nagle umiera, a matka pogrąża się w depresji, obowiązek opieki nad rodziną spada na jej barki. Nastolatka traci nadzieję na szczęście.
Szukając nowej ścieżki, Caterina poznaje historię o majarach. Podobno to czarownice, które nocą wzlatują, kryjąc się w czerni nieba, a o świcie wracają na wyspę z dobrami zdobytymi w Palermo.
Dziewczyna marzy o tym, by pewnego dnia wraz z nimi wznieść się ku słońcu i odmienić los swojej rodziny.
Gdy mieszkańców wyspy zaczynają nawiedzać halucynacje nieodróżnialne od jawy, Caterina zaczyna wątpić w opowieść, która dawała jej nadzieję na lepsze życie. Czy majary istnieją naprawdę? A może to wszystko jest tylko legendą?
Lamalfa z pasją opisuje pełną wyzwań codzienność rodziny żyjącej na początku XX wieku na niewielkiej, wulkanicznej wyspie. Czy ich marzenia mogą się spełnić?
„LIBR AIRIE NOUVELLE”
Powieść, która uwiedzie czytelników.
„IL MANIFESTO”
Przyprawia o zawrót głowy od pierwszej do ostatniej strony.
„ELLE ITALIA”
Intensywny debiut zainspirowany prawdziwą historią.
„MARIE CL AIRE ITALIA”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 392
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
2024 © Marta Lamalfa Edizione pubblicata in accordo con Laura Ceccacci Agency Srl and BookLab Literary Agency. Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Natalia Pola Miscioscia, 2026
Redaktorka nabywająca i prowadząca • Weronika Jacak
Redakcja • Tadeusz Lipiński
Korekta • Agata Piotrowska, Anna Gądek
Projekt typograficzny wnętrza • Mateusz Czekała
Łamanie • Magdalena Rząsa
Projekt okładki i strony tytułowe • Magda Bloch
Ilustracja na okładce • Charles Courtney Curran The South Wind, The Breezy Day (1917)
ISBN 978-83-68889-05-5
Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Zabiły żałobne dzwony. Każdemu uderzeniu towarzyszy zdanie modlitwy:
„Babci Cacie powiedz, proszę,
że mamy się wszyscy dobrze, że twój dziadek
mimo wszystko sobie radzi
i że ją pozdrawia. Ciotce Rosinie,
że opuncja nie uschła, a wy codziennie
jecie po owocu, tak jak chciała.
Teraz gdy ciebie już nie ma,
dla twojego rodzeństwa zostanie więcej.
Powiedz wujowi Viciowi, że tata i wuj Pino
się pogodzili i żeby się tym już nie martwił,
i że jak urodzi się chłopiec, to imię dam mu po nim”.
Głowa Palmiry buja się niczym dzwon. W przód i w tył, w przód i w tył. Miękko, powoli. Jakby prowadzona niewidzialną ręką. Dzięki temu ma wrażenie, że kołysze w ramionach córkę, jeszcze ten ostatni raz. I samą siebie, by łatwiej jej było zniknąć. W przód i w tył, w przód i w tył.
Przywołuje kolejne zdania, niczym fragmenty rozmowy, na przestrzeni lat przerywanej w pół słowa przez tych, co żegnali się przed nią. To litania, w której słowa zmieniają szyk, ale nie znaczenie, modlitwa, którą każdy odmawia po swojemu, ale zawsze w ten sam sposób:
„A kumowi Nitto, że jego łódź dostał wuj Neno,
syn Bartola, że dobry z niego chłopak
i że traktuje ją lepiej niż żonę własną”.
Obok niej Caterina, druga córka, ta, która nie umarła, tępo wpatruje się w chaber wyhaftowany na białej sukni bliźniaczki. Drepcze po nim mrówka. Boi się zejść. Zatrzymuje się z przednimi odnóżami zawieszonymi w powietrzu, niezdecydowana. Potem wraca na bezpieczne niebieskie płatki.
Maria leży przed nimi na stole przykrytym zaplamionym białym płótnem. Jej twarz ma łagodne rysy, ale stanowczy wyraz. Ma wąskie oczy, duże uszy, jej usta są rozświetlone blaskiem ustawionych wokół świec. W dłoniach trzyma liść palmowy i bukiet stokrotek.
„Wujowi Vanniemu przekaż, że oźrebiła się
oślica i że wszystkie małe się udały”.
Wokół trzech kobiet gąszcz pochylonych głów i ściszonych głosów.
Przed nimi otwarte drzwi domu, a z drugiej strony ciekawski tłum zaglądający do środka.
Za nimi pozostali członkowie rodziny: Saverio, po bliźniaczkach najstarszy z rodzeństwa, krzywo patrzy na najmłodszego Nardina bawiącego się na podłodze bączkiem. Mały co chwila stęka albo nie wiedząc, co zrobić ze swoimi brudnymi rękoma, pociera nimi nos i rozsmarowuje sobie ziemię po twarzy. Ojciec, Onofrio, przycupnął na brzegu krzesła z głową wspartą na złożonych do modlitwy dłoniach. Dziadzionardo siedzi obok i zlizuje smarki spod nosa. Palma, nestorka rodu, catananna1, zakryła twarz rąbkiem czarnej sukni, żeby przez głowę mogły przetaczać się wszystkie złe myśli. Catananno2 Pino, nestor rodu, zasnął i tylko co jakiś czas chroma noga odskakuje mu do przodu.
„Ciotce Enzie... powiedz Enzie, że... my,
Którzyśmy tu zostali, mamy się dobrze.
Tak jej powiedz. I...”
Palmira jeszcze bardziej ścisza głos i zbliżając się do ucha Marii, szepcze tak, że wyłącznie ona i Caterina mogą usłyszeć jej słowa: „Powiedz Ginowi...”.
Jakiemu Ginowi? Caterina nie zna żadnych martwych Ginów. Kojarzy tylko jednego żywego Gina, syna Domenica, tego od owiec, którego Maria spotkała kiedyś na plaży i który – jak później opowiadała – wziął ją za rękę, zaprowadził za Świętego Bartłomieja i dotknął jej ust – „że o nim myślę i że wciąż mieszka w moim sercu”.
Gdy wypowiada te słowa, matka już się nie buja. Ujmuje w dłoń rękę Marii i ściska mocno: jest tak twarda, że mogłaby się rozkruszyć niczym skórka chleba.
„Toniemu przekaż, że...”
Promienie słońca, które wcześniej trwały w bezruchu, zaczynają prześlizgiwać się po twarzach Palmiry i Cateriny, jak po liściach falujących na wietrze. To głowy, tam za drzwiami, zaczęły poruszać się to w prawo, to w lewo.
Wzrok ich obu przyciąga ta nagła zmiana światła.
Powietrze drga od szeptów i czuć w nim gorycz oddechów. Pośród tłumu otwiera się wyrwa, która szybko się rozszerza: jakiś młody mężczyzna próbuje dostać się do środka.
– Kanalia – cedzi przez zęby na jego widok Palmira i wbija wzrok w swojego męża Onofria.
Wuj Pino bez słowa wstaje i zastępuje młodemu mężczyźnie drogę. Popycha go mocno, aż za tłum zebrany przed domem, i obaj znikają między ludźmi.
Onofrio cierpliwie znosi spojrzenie Palmiry. On ceni sobie spokój, cieszy się, że to brat zajął się problemem. Nestorka Palma wymierza mu cios otwartą dłonią w głowę.
Cały ten zamęt potwierdza przypuszczenie Cateriny, że młodym człowiekiem, który próbował wejść do domu, musiał być Ferdinando.
Wiedziała o nim tylko tyle, ile opowiedziała jej Maria, oraz to, co poprzedniego wieczoru mówili rodzice. Siostra wspominała o mężczyźnie, z którym czasem wspinała się do Pianicello i który uczył ją wielu rzeczy. Czego ją uczył, Maria nigdy nie umiała wyjaśnić. Od rodziców usłyszała natomiast, że Ferdinando Marię zabił. Chociaż na własne oczy widziała, jak siostra choruje, jej stan powoli się pogarsza, aż w końcu umiera, i nie pojmowała, jak to możliwe, że ktoś ją zamordował.
– Własnymi rękoma cię ubiję. – Ciszę przecina dochodzący z zewnątrz głos wuja Pina.
Niektórzy pochylają głowy i wbijają wzrok w ziemię, inni, zapominając o śmierci, wyglądają przed drzwi, podpatrują, jak życie targa się za włosy.
Ciotka Melina potem opowiadała, że wuj Pino przepędził go na kopach, aż stoczył się w dół gościńca, w koszuli powalanej we krwi i ziemi. I że ciskał w jego kierunku przekleństwami, dopóki mu powietrza w płucach starczyło. Niektóre z nich dało się słyszeć aż w domu i nestorka, zasłaniając usta dłonią, wyszeptała wtedy do Onofria:
– Oto co się dostaje, jak się człowiek w swoich sprawach wysługuje innymi. Kto to słyszał, żeby bluźnić w pogrążonym w żałobie domostwie.
Wuj Pino usiadł z powrotem na swoim miejscu. Miał lekko rozerwane spodnie.
Wszystkie spojrzenia ponownie zwróciły się ku Marii.
Palmira przygląda się uważnie zebranym, każdemu z osobna, jakby chciała się upewnić, że Ferdinando nie ukrył się gdzieś wśród nich. Ale jej wzrok błądzi i nie rozpoznaje nikogo.
Opuszcza głowę i próbuje wrócić do swojej litanii:
– A temu... A...
Jednak nie jest w stanie kontynuować. Obrzuca Caterinę zamglonym spojrzeniem, po czym nagle wstaje. Czarna chusta, która zakrywała jej włosy, osuwa się na ziemię.
– Mów dalej ty, Caterì. Powiedz jej o Bartolu i wuju Pinie – poleca, zaciskając dłonie na ramionach córki tak mocno, że niemal sprawia jej ból.
Caterina obserwuje, jak matka podnosi chustę i powoli się oddala, zahacza biodrem o ramę drzwi, po czym znika w pokoju pradziadków.
Co ma powiedzieć o Bartolomeo czy wuju Pinie? Jak wybrać najważniejsze sprawy? Nie potrafi odprawiać tych modłów.
Czuje, że zebrani za drzwiami nie wbijają już wzroku w ziemię, teraz wszystkie spojrzenia skierowane są na nią.
Czy powinna wyznać siostrze, że Bartolo naśmiewał się z jej krzywych nóg, a potem podciął ją i opowiadał wszystkim, że się potknęła, bo jej koślawe kończyny nie są w stanie utrzymać jej w pionie? Albo że wuj Pino zaledwie tydzień przed tym, jak siostra zachorowała, podarował jej dzban wina, cały dla niej i Marii, mówiąc, by nie wspominała o tym matce, bo ta jeszcze nie zrozumiała, że wyrosły z nich już dorodne panniska. Nie dała wtedy siostrze wina, schowała je, nadal stoi ukryte w komodzie. Może teraz powinna jej o tym powiedzieć, pójść po nie do sypialni i przynieść tu, by go spróbowała, wprowadzić ją w świat dorosłych. A może nie.
A może to ona ją zabiła, bo nie podzieliła się z nią tym sekretem. Raz zapragnęła czegoś tylko dla siebie. Może przez to się od niej oddaliła? Czy Maria mogła umrzeć właśnie dlatego? Dlatego, że Caterina pomyślała o sobie jako o osobnym bycie? Może siostrę na ziemi utrzymywała tylko ta cienka nić, która wiązała je ze sobą, a ona ją zerwała, zachowując wyłącznie dla siebie tę tajemnicę?
Nie ma pojęcia, co miałaby powiedzieć o Bartolu czy wuju Pinie, w końcu obaj są z całą pewnością żywi i obserwują ją uważnie, jakby potwierdzali, że podoła powierzonemu jej zadaniu. Ta sytuacja ją przerasta. Musi istnieć jakiś inny Bartolo i inny wuj Pino, o których ma mówić.
Żeby nie przedłużać milczenia, podchodzi do siostry, na tyle blisko, że teraz widzi dokładnie twarz bliźniaczki. Czuje na sobie spojrzenie żywego wuja Pina, który wraz z pozostałymi czeka tuż za drzwiami, by odprowadzić ciało do kościoła. Caterina zaciska usta i ledwo nimi poruszając, zaczyna zawzięcie mielić niezrozumiałe, wymyślone słowa.
A zatem tak wyglądałaby po śmierci? Czasem widywała swoje pomarszczone odbicie w wodach morza, obserwowała to ulotne niczym zjawa w szybach domów, ale patrząc właśnie na Marię, miała uczucie, że widzi, jak sama wygląda naprawdę. Wszyscy mówili jej, że jest wierną kopią siostry, i już to nadawało jej ciału konkretny kształt.
Co pocznie, teraz gdy ich ciała zostały rozłączone? Gdy jej siostra, twarda jak skała, sflaczała niczym świńskie wnętrzności i niedługo zacznie puchnąć, jak chleb, który wyrósł za bardzo i wylewa się z formy, jej skóra pęknie niczym ziemie Vulcano i z wnętrza wydobędą się śmierdzące gazy. Ona tymczasem będzie się starzeć, powoli sypać się warstwa po warstwie, upodabniając się ciągle bardziej do ojca i oddalając od wspomnienia o Marii czy o sobie samej. Stanie się kobiecą wersją ojca: trochę drobniejszą, z węższym nosem i bardziej symetrycznymi oczami, o subtelniejszych rysach twarzy. Ciężko jej o tym myśleć.
Czy bez Marii będzie umiała ocenić, które z myśli w jej głowie są błędne, a które właściwe? Do tej pory to siostra je dla niej porządkowała.
Maria.
Znika pod białym prześcieradłem. Zabierają ją sprzed jej oczu.
Caterina nie jest na to gotowa. Siostra wymyka się jej zbyt szybko, zbyt niespodziewanie. Myślała, że ma jeszcze czas, że mają więcej czasu, żeby się pożegnać.
Wuj Neno, Domenico, wuj Silvio i wuj Saro podnoszą trumnę. Każdy trzyma z jednej strony i opierają ją sobie na ramionach. Silvio jest trochę niższy od pozostałych i trumna przechyla się nieznacznie, a ciało przesuwa. Pozostali trzej garbią się lekko, próbując wyrównać wysokość.
Nestorka Palma wstaje powoli, całuje palce swojej dłoni i dotyka nimi białej tkaniny. Palmira, która wróciła tak bezszelestnie, że nikt się nie zorientował, muska kosmyk ciemnych włosów wysuwający się ze skrzyni, po czym podnosi dłoń do ust i tam ją zostawia.
Mężczyźni ruszają w stronę wyjścia. Tłum się rozstępuje, a do wnętrza wdziera się oślepiający snop światła.
Caterina śledzi ich wzrokiem, dopóki nie zaczynają boleć jej oczy.
Ksiądz jak zwykle przemawia tak, że jedynie Bóg potrafi go zrozumieć.
– Dies irae, dies illa, dies tribulationis et angustiae, dies calamitatis et miseriae, dies tenebrarum et caliginis, dies nebulae et turbinis, dies tubae et clangoris super civitates munitas, et super angulos excelsos.
Nawet tego dnia, gdy Caterina chciałaby wiedzieć, co mówi o jej siostrze i o tym, dokąd się udała, do piekła, czyśćca czy nieba.
Ma nadzieję, że trafiła do czyśćca, bo skoro mówią, że piekło jest pod ziemią, a niebo nad ludzkimi głowami, czyściec musi być pośrodku, gdzieś za morzem, które – jeśli tylko wie się, jak pływać łodzią – można prędzej czy później pokonać.
Caterina co niedziela chodziła na mszę, bo tak należało. Podobnie w czwartki i soboty, dni wypiekania chleba.
Mimo że to dopiero kwiecień, dzień jest upalny, a droga do kościoła, wspinaczka po wszystkich tych stopniach, które pną się tak wysoko w górę, że niemal sięgają chmur, wysuszyła jej łzy.
Gdy była mała, Caterina wierzyła, że Kościół Świętego Bartłomieja jest właśnie tym niebem, o którym prababka nieustannie rozprawiała. Urosło w niej przekonanie, że na niedzielne msze chodziło się po to, by pobyć ze zmarłymi. Była jeszcze dzieckiem, kiedy umarł wuj Vicio. Podczas nabożeństwa bezskutecznie szukała go wśród zebranych, aż w końcu zapytała prababki, czy poszedł do piekła. Nestorka Palma ze śmiechem odpowiedziała, że droga do raju była co najmniej dziesięć razy dłuższa niż ta do kościoła. Caterina pomyślała wtedy, że to dlatego ludzie nie chcieli umierać – nie w smak były im trudy wspinaczki do nieba. Musiała zapamiętać, że lepiej umrzeć w pochmurny dzień.
Caterinie zabrakło łez, ale pot został. Oddałaby wszystko, żeby móc ściągnąć tę grubą czarną chustę, pod którą się gotuje, ale gdy tylko odrobinę ją zsuwa, prababka od razu ją poprawia, naciągając aż po oczy, przez co w kościele widzi jedynie podłogę i drewnianą ławę, i swoje poranione stopy.
Z twarzy na ubranie spływa jej strużka potu. Prababka bierze go za łzy, a jej małe, wyblakłe ze starości oczy szklą się ze wzruszenia. Drżącą prawą dłonią Palma ociera chusteczką nos, a silniejszą lewą zaciska na drewnianej ławie. Jej chude ramię jest niczym łamliwa, sucha gałąź. Caterina widzi, jak zaczynają uginać się pod nią nogi, a staruszka zgięta wpół zaczyna przypominać żuka.
Saverio pomaga jej wstać. Jego twarz, podobnie jak siostry, zlana jest potem. Prababka z trudem chwyta się śliskich, mokrych dłoni wnuka.
Caterina ponownie odsuwa z twarzy czarną chustę, a jej wzrok napotyka spojrzenie brata, jego oczy, osadzone blisko nosa, zupełnie jak u Dziadzianarda.
Saverio jest o rok młodszy od bliźniaczek, ale odkąd Caterina pamięta, zawsze był większy od nich. Kiedy głos zmienił mu się na niższy, od razu wszedł w rolę starszego brata i zaczął ich bronić, zanim wyrosły mu pierwsze włosy pod pachami.
Prababka wstaje. Saverio szepcze do jej zdrowego ucha, że już czas ruszyć w stronę miejsca pochówku. Ona nic nie słyszy, ale idzie za nim, widząc, że wszyscy zbierają się do wyjścia.
Tłum, powoli przemieszczający się w stronę drzwi kościoła, przygniata Caterinę, zupełnie jakby jej ciało również miało zniknąć, rzucone pomiędzy pozostałe i pewnego dnia przysypane wapnem. Pewna była tylko jednego, bo widziała to na własne oczy: wszystkie ciała szły razem pod ziemię, prosto do piekła. „Ważne, żeby dusza trafiła, gdzie trzeba” – powtarzała nestorka Palma.
Caterina nadal chodzi po świecie, tymczasem ciało Marii zostaje pośpiesznie wrzucone do zbiorowej mogiły. Za życia nietykalna, teraz już na zawsze zostaje zmieszana ze szczątkami Peppego Tinagghii i Ghimmiruta, choć nigdy ich nie lubiła.
Ksiądz wciska ciało Marii głębiej, żeby zostawić miejsce dla tych, co przyjdą po niej, a Caterinę przeszywa ból, którego jej siostra nie może już poczuć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Wł. prababka (przyp. tłum.). ↩
2 Wł. pradziadek (przyp. tłum.). ↩
